Biała Beza - Agnieszka Litorowicz-Siegert - ebook + audiobook

Biała Beza ebook i audiobook

Agnieszka Litorowicz-Siegert

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Podróż przez pokolenia i obyczaje. Wycieczka w świat wartości kobiet, lustro ich problemów.

Ami jest zetką, młodą kobietą, która nie potrafi wytyczyć życiowej drogi. Zostać w Polsce czy wyjechać? Postawić na trwały związek czy na eksperyment? Mieć dzieci, stały adres? Przejąć rodzinne dziedzictwo i zająć się salonem ślubnym stworzonym przez prababkę czy zerwać z tradycją? Dylematy się mnożą. Ami, towarzysząca odchodzeniu matki, musi podjąć najważniejszą decyzję w swoim życiu. Co w analogicznej sytuacji zrobiły jej poprzedniczki? Dostaje w to wgląd – może przyjrzeć się prababce, babce i matce, które stanęły w obliczu kluczowych dylematów i musiały wybrać jedno rozwiązanie.

Winta mierzy się z problemami repatriantki zza Buga. Los rzuca ją do małego miasta na Pomorzu, które opuszczone przez wysiedlonych Niemców, osadza się w swojej nowo nabytej polskości. Nie chce tu zostać, ale… W latach siedemdziesiątych Danka, jej córka, mieszkając na prowincji, zderza się ze ścianą stereotypów i uprzedzeń. Jak zawalczyć o nietypową miłość w świecie, który piętnuje nawet okularników i leworęcznych? Córka Danki, Laura, pozornie silna i niezależna, skrywa domową tajemnicę. Czy będzie umiała zbuntować się przeciw przemocy, wyrwać z kręgu milczenia?

Ami przekona się, jak silne są kobiety w jej rodzinie. Ale czy sama będzie potrafiła zdecydować o sobie? Czy salon Biała Beza zostanie w rodzinie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 336

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 49 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Dmoch

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



AMI

Teraz

 

Mocny zapach jaśminu wpadał przez uchylone okno. Wypełniał pokój, kładł się na białej pościeli i bladych dłoniach śpiącej kobiety. „Jest chyba zbyt intensywny”, pomyślała Ami. Spojrzała na spokojną, nieobecną twarz matki. „Może ona go nie czuje?”

Dotknęła jej kręconych, długich włosów, rozłożonych na poduszce dookoła głowy jak promienie słońca z dziecięcego rysunku. Od kilku dni pracowała nad tym, by układały się w równych odstępach, starannie poprawiała pasmo po pasmie. Pieczołowicie wyrównywała wisiorki długich kolczyków, które codziennie zmieniała matce – raz złote z łańcuszków, potem srebrne w kształcie sopli i miedziane z bursztynową kulką na końcu. Kiedyś Laura mogła nosić tylko srebrną biżuterię. Gdy zachorowała, jej organizm odmówił reagowania na inne materiały. Jakby się uzbroił i przejawił gotowość do walki, poczynając od tak drobnej sprawy jak alergia na złoto. Nikt nie skojarzył tego z nadciągającą potrzebą totalnej samoobrony.

Kiedy Ami wchodziła do pokoju matki i widziała nieład na poduszce, zapobiegawczo tłumiła radość. Owszem, oznaczało to, że matka się poruszała, ale nie niosło już żadnej nadziei. Łudzenie się jest nierozsądne, radość zwodzi na manowce. Dziś włosy, palce, kołnierzyk koszuli trwały w bezruchu. Nic się nie działo.

Ami podeszła do okna – może jednak je zamknie. Spojrzała na ogród za budynkiem. Alejki zachęcające do przejścia się nimi w stronę stawu za furtką, ławki przy klombach – zmarnowany potencjał. Nikt tu nie wychodził na spacery. „Jeśli rezydenci sąsiednich pokoi wciąż mogli stanąć na własnych nogach i podejść do okna, co czuli, wiedząc, że raczej nie usiądą już pod żadnym ze starych drzew, żeby ocienić twarz albo papierową skórę na powierzchni dłoni? Może powinno się zadbać o to, by widoki z okna w takich miejscach zniechęcały do wyjścia? Żeby nie było żal”. Właśnie o tym myślała, kiedy za plecami usłyszała cichy głos matki.

– Amelko…

– Tak, mamo? – Rzuciła się do łóżka, pochyliła się nad szeptem Laury.

– Kochanie, przyszło mi do głowy… Może wzięłabyś na siebie posprzątanie apartamentu? Miałam to zrobić, ale widzisz… – Laura z wysiłkiem wciągnęła w nozdrza haust powietrza. – Chyba nie zdążę. Śniła mi się babcia, przypomniałam sobie, że miałam upo… rządkować… jej… doku…

– Nic nie mów, nie męcz się. Zajmę się tym. Jak ci się poprawi, zawiozę cię tam i skontrolujesz. – Ami starała się nadać głosowi neutralny ton. „Łzy nie teraz i żadnych więcej bzdur o przyszłości”, nakazała sobie w duchu. – Albo zrobię zdjęcia i pokażę ci, jak sobie poradziłam.

– O tak, zdjęcia. Dasz mi wodę? Go… rą… co… – Laura zamknęła oczy i oddychała nierówno.

– Nie przeszkadza ci zapach jaśminu?

Ami uniosła lekko jej głowę. Wargi straciły zdolność układania się na skraju szklanki, więc minimalnymi ruchami wlewała płyn do ust matki ułożonej na płasko. Po odrobinie, żeby ani kropla nie spłynęła z kącika, bo wtedy Laura wyglądałaby żałośnie. Obu zależało, by temu zapobiegać.

– Nie czuję jaśminu – szepnęła, gdy córka odłożyła jej głowę na poduszkę.

– Nieważne, mamo. Może to perfumy pielęgniarki. Pójdę już, okej?

– Jasne. Pozdrów… – Zmarszczka na jej czole zakomunikowała wysiłki pamięci.

– Aleksa.

– Tak. Aleksa. Dobranoc.

– Dobranoc, mamo.

Ami ucałowała ją w policzek pachnący mieszanką leków, które dogłębnie nasączyły ciało. Granica wyczuwalności była mniej więcej centymetr nad powierzchnią skóry. Ami szybko się wyprostowała, przedarła za nią. Poprawiła pasma włosów i fałdy na kołdrze. Wzięła torbę i bez oglądania się za siebie wyszła na korytarz.

Tonął w pomarańczowym świetle słońca. Było popołudnie, daleko do końca dnia, ale matka od pewnego czasu na pożegnanie mówiła: „dobranoc”. Jakby tam, dokąd przechodziła po zamknięciu powiek, było ciemno… Ami powoli przemierzała korytarz, znowu dziwiła się ciszy panującej w budynku. Mijając kolejne pokoje, doceniała zamysł architekta. Drzwi miały szyby na wysokości pozwalającej dostrzec tylko ściany wyklejone barwnymi tapetami, udekorowane obrazami. Przyjemnie – można pomyśleć. Łóżka i mieszkańcy pokojów pozostawali poza zasięgiem wzroku. Jednocześnie, żeby do nich zajrzeć, nie trzeba było uchylać drzwi, męczyć uszu lokatorów zbędnym skrzypnięciem, absorbować zamieszaniem. Jedno spojrzenie i wiadomo, że ktoś wciąż żyje…

Na małym parkingu minęła dwie pielęgniarki w idealnie odprasowanych fartuchach i sztywnych staroświeckich czepkach. Przy kieszonkach bawetów miały zawieszki na łańcuszkach, przypominające zegarki. Ami wielokrotnie i bezskutecznie zastanawiała się, do czego służą te gadżety. Wygląd personelu przypominał jej postaci z angielskich filmów. W jakimś sensie lubiła klimat tego miejsca – wystylizowany i lekko odrealniony. Płaciła pieniędzmi za ładne opakowanie ciężkiego tematu. Dobrze, że ją na to stać.

Dziesięć minut później zaparkowała w podziemnym garażu i windą wjechała na ostatnie piętro. Cieszyła ją myśl o kawie, którą wypije na tarasie. Była wykończona. Nim nacisnęła dzwonek, drzwi otworzył Aleks. Czekał na nią w korytarzu. Nieumiejętnie maskował niepokój.

– I jak?

Odebrał od niej kurtkę i zakupy, które zrobiła przed wizytą u Laury.

– Tak samo.

– Rozmawiałaś z lekarzem?

– Tak. – Ami weszła do kuchni i zabrała się do rozpakowywania toreb. – Nic nie wiadomo.

– Aha.

Aleks przejmował od niej słoiki i paczki. Czuła, z jakim trudem powstrzymuje się od kolejnych pytań.

– Zrobisz mi kawę? Mama nie ma gorączki, reaguje na leki przeciwbólowe. Z cukrem, dobrze? Jest stabilna.

– W porządku.

– Chcesz rogalika? Kupiłam z cynamonem. Nie wiadomo, ile to potrwa, naprawdę nie wiadomo. A może kanapkę?

Słuchała swojego głosu, podświadomie rozdzielała zdania na osobne części jak klocki układanki. Te o matce i te o codziennych sprawach. Musiała je mieszać. Nie potrafiła tak po prostu rozmawiać o jej śmierci.

– Zdecydujmy, co robimy z biletami.

Aleks w końcu się odważył. Do lotu zostały im trzy tygodnie. Można się wycofać, odsprzedać albo założyć, że polecą mimo wszystko.

– To nie jest pytanie na teraz.

– A na kiedy? – Próbował ukryć irytację.

– Jutro rozważymy wszystkie możliwości, okej? Także tę, że lecisz sam. Dziś głowa mi pęka.

– Dobrze, dam ci tabletkę. Sam? Możemy i tak.

– Czekam na zewnątrz.

Ami wzięła po drodze sweter i wyszła na taras. Był stąd widok na park, jezioro i przeciwległy brzeg – dla niego Laura zdecydowała się kupić to mieszkanie. Urządziła je nowocześnie. Lubiła designerskie meble, z rozmysłem dobierała dywany i lampy, rozwieszała grafiki. Miała dobry gust. Ma. „Możemy i tak”, do Ami wróciły słowa Aleksa. Często tak do siebie mówili. Były w tym spolegliwość i otwarcie na wiele rozwiązań. „Wszystko jest możliwe” brzmi lepiej niż sztywny konkret. Długo tak myślała. Polecą do Lizbony, rozejrzą się, wczują w miasto. Ona może pracować z każdego miejsca, Aleks wystarczy, że będzie w Polsce raz na pół roku, bo wspólnik dopilnuje tutaj spraw. Mogą też wrócić po miesiącu. Wszystko mogą. Mieszkać razem albo osobno. Nie mieć dzieci albo mieć. Raczej nie mieć. Kupić psa albo kota. Może dwa psy?

– Będę dziś nocować na Mickiewicza.

Odebrała z jego rąk kubek, zajęła wiklinowy fotel i pozwoliła, żeby otulił ją pledem.

– Dlaczego? Salon jest zamknięty. Masz tam coś do roboty?

– Mama prosiła, żebym uporządkowała apartament. Nikt tam nie zaglądał od lat.

– Zabawnie to nazywacie. Pokój i kuchenka. Apartament, że ho, ho.

– Babcia Danka tak mówiła. Jej matka, moja prababcia, zamieszkała w nim, kiedy oddała swój dom mojej mamie. Była przekorna, jak widzisz.

– Raczej miała poczucie humoru.

– Nic mi o tym nie wiadomo. – Ami wzięła łyk kawy i zapatrzyła się na jezioro. Słońce już zaszło, woda zmieniała odcień szarości na coraz ciemniejszy. – Wybiorę się tam zaraz, rozejrzę się, może przejrzę papiery. Muszę się czymś zająć.

– Rozumiem. Chcesz, żebym pojechał z tobą?

– Masz pracę. Dam sobie radę. Zostanę do rana, o ósmej umówiłam się z kimś, kto ma wstępnie obejrzeć salon.

– Jesteś pewna, że chcesz go sprzedać?

– Powiedziałam: wstępnie. Dopiję kawę i idę spakować kosmetyki.

Oparła się wygodnie i poczuła, jak zmęczenie próbuje zatrzymać ją w miejscu. Oby kofeina zadziałała jak najszybciej.

– Podwiozę cię na Mickiewicza. I zrobię ci coś do jedzenia na rano. Odgrzejesz sobie. No, będzie dobrze.

Aleks zmienił ton na miękki, zbyt ciepły. Jego serdeczność kruszyła ją w środku, wytrącała ze względnej równowagi. Wstała szybko, nie chciała, żeby ją przytulił. Spakowała rzeczy, zarzuciła kurtkę i podała mu kluczyki do auta.

– W Lizbonie jest teraz trzydzieści stopni. Musimy kupić lekkie ubrania – zmieniła temat.

W aucie rozmawiali o głupstwach. Pod kamienicą na końcu alei wysadzanej starymi topolami Aleks wyłączył silnik. Pożegnali się krótkim pocałunkiem.

Otworzyła ciężką furtkę, a potem drzwi do piętrowego domu. Zapaliła światło w korytarzu, upewniła się, że pomieszczenia po prawej i lewej są zamknięte. Powoli wspięła się na piętro. Jak zwykle światło zgasło za wcześnie i od połowy schodów musiała iść w ciemności. Ile lat słyszała o tym zawodnym mechanizmie? Ile klientek matki przyjeżdżających na przymiarki o późnej porze na niego narzekało? I ten zacinający się zamek. Już. Znalazła się w przestronnym korytarzu i przez chwilę zastanawiała się, czy zajrzeć do salonu albo biura. Nie, była tam wczoraj, wszystko jest w porządku. Skierowała się na prawo, gdzie na końcu przedpokoju mieściło się malutkie służbowe mieszkanie. Podobno przed wojną zajmowała je służąca bogatej właścicielki. Odnalazła w pęku kluczy ten, którego używali najrzadziej.

Pokój prababki przywitał ją wonią pudru i kurzu. Wyraźnie to czuła – ciężki, różany puder. „Czyj? Kto go używał?” Podeszła do okna i rozsunęła grube zasłony. Pod opuszkami palców wyczuła wypukłość materiału, kształt liści i kielichów tulipanów. Zapaliła lampę przy stoliku, przeliczyła poduszki leżące na tapczanie. Pięć, sześć, siedem. I osiem świeczników w pokoju. Ta jej mania przeliczania. Zdjęła zasłaniającą lustro płachtę z białego materiału. Muślin. „Gdzie go dzisiaj szukać?” Otworzyła przeszklone drzwiczki kredensu. Przesunęła palcami po szybie. „Nie szkło, to kryształ”. Pudełka i koperty – dużo tego. Teraz tylko je wyjmie i rozłoży na stole. Odsunęła wazon i ciężką popielniczkę, rozmieściła pudełka na blacie. Także albumy i dwie srebrne kasetki. Przetarła czoło. Jutro.

Rozpięła górne guziki koszuli i usiadła przy toaletce. Stały tam kolorowe flakony i kilka pojemniczków o nieznanej zawartości. Jedne alabastrowe, inne kiczowate, z plastiku o brzydkich kolorach. Miszmasz. Sięgnęła po najbliższy, pękaty. „Puzderko”, przypomniała sobie zabawną nazwę, którą usłyszała od którejś z kobiet w rodzinie. Zdjęła wieczko pomalowane w smoki i gejsze. Różowy proszek zapachniał przyjemnie. Zidentyfikowała go od razu – ten dziwny puder. Powąchała z daleka, nie chciała zakrztusić się pyłem. Wstała i poczuła, jak bardzo chce jej się spać. Siedem poduszek. Puszysty koc. Światło księżyca wpadające przez okno. I turkot kół pociągu. Oddalający się, cichnący…

WINTA – 1946

1Kapelusze frau Laube

 

Stała tyłem do drzwi dworca, zaciskała powieki i starała się oddychać głęboko, równo. Na policzkach czuła promienie słońca. Dłonie położyła na udach, wyczuła pod nimi szorstkość materiału spódnicy. Szarej, do połowy łydek. To jedna z jej najlepszych, w walizce miała jeszcze dwie. „Walizka, gdzie ona?” Ruszyła stopą w skórzanym trzewiku, sprawdzając, czy bagaż stoi, jak go postawiła. „Boże mój, jak ja tu nie pasuję…”, pomyślała kolejny raz. Postanowiła trwać nieruchomo w bezładnym zgiełku, dopóki nie wróci spokojny oddech. Potrącano ją z lewa i z prawa, wahadłowe drzwi stacji otwierały się i zamykały bez przerwy, ludzie się nawoływali, przeklinali albo śmiali się rubasznie. Pomyślała, że musi wyglądać durnowato, jak kukła albo posąg ustawiony w centrum tego zamieszania przez szalonego artystę. Nie szkodzi, ona nie jest stąd, mogą o niej myśleć, co chcą.

– Lalka, a ty zakwitnąć tutaj zamierzasz? – Mężczyzna taszczący dwa pudła stanął obok i przetarł czoło rękawem ciężkiego kożucha. – No dawaj, pomogę. Gdzie twoje czemodany?

– Dziękuję, mam tylko jedną walizkę – powiedziała, nie otwierając oczu i kładąc szczególny nacisk na „walizkę”.

Słowa „czemodan” nie znosiła. Wiedziała, że jeśli ten człowiek nie odejdzie, będzie musiała na niego spojrzeć. Mimo wszystko była dobrze wychowana.

– Jedna walizka?! A co ty, na wywczasy do Miadzioła przyjechała, a?

Zarechotał, a ona poczuła drgnięcie małego mięśnia na skroni. Nazwa miłego jej sercu miejsca na kilka sekund uniosła się w powietrze jak skrząca gwiazda, po czym rozprysła się na drobinki i zniknęła. Ten człowiek musiał być z jej stron.

– Przyjechałam na jeden dzień. A na pana nikt nie czeka? – Niechętnie otworzyła oczy i spojrzała na niskiego szatyna w nieokreślonym wieku. – Kożuch w taką pogodę?

Zapytała, choć znała odpowiedź. W wagonie, z którego wysiadła, wielu podróżnych miało na sobie grube okrycia. Nie zmieściły się do przesiedleńczego bagażu, a żal je było zostawić. Tylko nieliczni zrobili z nich prowizoryczne legowiska. Większość nie zdejmowała palt i futer, jakby ze strachu, że ktoś je ukradnie. Piramidalna głupota. Stąd też i zapach w wagonie był podły. Czy to wtedy pierwszy raz pomyślała o tym niepasowaniu?

– Moja żonka i dzieciaki już wszystkie rozlokowane, ale bagaże jeszcze zostały na stacji, to się wróciłem nazad. Strażacy furmankę podstawili i pomagają wozić, o, widzi pani? – Mężczyzna wskazał palcem skraj przydworcowego placu, gdzie kłębili się ludzie oczekujący na transport. – Willę piękną zajęlim, nad jeziorem. O, panienko, tu będziemy mieć życie jak w Madrycie. Niemce zostawili całe domy, w niektórych to i porcelana, i kryształy się trafiają. Nie zdążyły france zabrać, jak uciekały. Ale trza te skarby szybko chować po piwnicach albo do pieców, tak ludzie robią. Bo ruskie wpadają i wszystko szast-prast do swoich worów. No, to pani da radę sama? Ja lecę. A jakby co, to niech mnie pani szuka w pomarańczowej willi przy plaży. Trzeba sobie pomagać, taka prawda. Ulicy to ja nie powiem, bo jeszcze niemieckie napisy są. Ale łatwo znaleźć. W ogrodzie żółte róże kwitną, prawie takie jak u nas w Smorgoniach.

– To pan stamtąd? – Przełknęła ślinę i się wyprostowała.

– Ma się rozumieć, całą rodziną przyjechalim. A panienka skąd, jeśli wolno wiedzieć?

– Z Oszmiany.

– O, to blisko. Czyli my sąsiady. Piękna ta wasza Oszmiana. To znaczy nie wasza. To znaczy tego, chciałem powiedzieć…

– Niechże pan idzie – szepnęła, powstrzymując łzy. – I dziękuję, będę pamiętać, pomarańczowa willa, żółte róże.

– Lutycz się nazywam, Kostek Lutycz! – krzyknął, odchodząc.

Winta zaciągnęła się lekko wilgotnym, zupełnie niepodobnym do znanego jej powietrzem. Było ciężkie, choć rześkie. Niemal czuła, że jej płuca się przeciw niemu buntują. Tęskniła za zapachem ulic po deszczu, kwiatów w oszmiańskich ogrodach. No, przecież nie będzie się mazać. Zaraz stąd odjedzie. Nie da się wchłonąć w zgiełk, który tak bardzo ją irytuje. A chyba najbardziej nie podobało jej się to, że wielu ludzi, z którymi rozmawiała w podróży, czuło coś na kształt ekscytacji. Po co tak? Dlaczego? Jak można? Ona się nie cieszyła, ona cierpiała. Wszystko zostało tam, wszystko… Ale teraz trzeba się uspokoić, jest do wykonania misja. Szybko się z tym upora i znajdzie pociąg jadący dalej.

Odruchowo dotknęła skórzanej raportówki przewieszonej na skos przez ramię. Miała tam dokumenty, trochę zdjęć, portfelik i przesyłkę, którą musi oddać tutaj, w tym okropnym mieście. Zaraz, ale czy na pewno dobrze wysiadła? Odwróciła się i zerknęła w górę, nad zegar zdobiący wejście na stację. Odczytała: „Neustettin”. W porządku, nie zbłądziła. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy podróży dobrze znała niemiecki. Podobnie jak francuski i rosyjski. „To jakby Nowy Szczecin”, przetłumaczyła nazwę miasta i zdziwiła się, dlaczego teraz gospodarze nazywali je Szczecinkiem. Nielogiczne, ale po co ma się nad tym zastanawiać? Nie jej sprawa.

Podniosła walizkę z bruku i ruszyła przed siebie dość szeroką ulicą prowadzącą zapewne do jakiejś większej. Jednak dokąd konkretnie ma iść? Radzili: urząd repatriacyjny. „Tylko którędy powinnam…” Zanim zdążyła w myślach dokończyć zdanie, zobaczyła przyczepioną byle jak do drzewa tabliczkę z napisem „Państwowy Urząd Repatriacyjny”. „Drogowskaz dla nomadów ze wschodu”, westchnęła i swoim zwyczajem ruszyła w przeciwnym kierunku. Najpierw się przejdzie, bagaż nie jest ciężki. Miała dość tych ludzi, ich zapachu, gadania, łez i wyrazu zagubienia w oczach. Teraz potrzebny jej park. Woda, wiatr. Mówili, że w tym mieście jest jezioro, a i cały ten Lutycz wspomniał o plaży. Poszuka.

Rozpięła filcowy żakiet i poprawiła spinki w koronie z warkocza upiętego wokół głowy. Miała nadzieję, że zostało na niej choć trochę woni fiołkowych perfum, którymi Mania spryskała ją dwa dni temu przy pożegnaniu. Wspomnienie siostry niebezpiecznie podeszło jej do gardła, więc tupnęła obcasem i skierowała się tam, gdzie intuicyjnie przeczuwała obecność jeziora.

Minęła duży budynek poczty, potem okazałą szkołę, w końcu kościół z czerwonej cegły i ciąg kamienic w dużych ogrodach. Nic tu nie było zniszczone. Jakby Neustettin nie słyszał o wojnie. Ulice rzeczywiście wciąż miały stare nazwy, a nad wejściami do sklepów wisiały szyldy z napisami po niemiecku. Wyraźnymi lub gdzieniegdzie przemalowanymi na nazwy polskie albo rosyjskie. Starała się tylko je odczytywać, nie pozwalając sobie na emocje. Jest jak jest. Byli Niemcy, są Polacy. „Dziwne, bo dziwne, nawet całkiem niedorzeczne. Bo jak można zabrać ziemię jednym i dać drugim, przepędzić w różne strony, wyrwać ludzi jak jabłonki z gruntu, z korzeniami…?” No przecież miała dać spokój. Nie ona urządza świat, tylko politycy. „Dość, Wincento”, nakazała sobie i skupiła się na widoku, który przezierał przez korony drzew na krańcu alei. Tu pewnie zaczyna się park. A więc jest i jezioro – dostrzegła wyraźniej taflę wody. Ucieszyła się. Oczy odpoczną, serce się uspokoi.

Stanęła na krawężniku, żeby przepuścić wojskowe auto pędzące po bruku, gdy nagle za plecami usłyszała huk żywej melodii. Aż podskoczyła. „Co, u czorta?” Odwróciła się. Z okna piętrowej kamienicy dudnił niemiecki marsz.

– A bodaj cię jasny gwint, w kibinimater! – zaklął dźwięczny głos, a po chwili w otwartym oknie na parterze ukazała się głowa młodej kobiety z jasnymi lokami. – Ludwik! Ludwiiik!!! – krzyknęła tak, że Wincie ciarki przeszły po plecach. – Dokądś ty znowu polazł?! Jak się to cholerstwo przycisza?! Chodź mi tu zaraz! O, dzień dobry! – Dziewczyna nagle dostrzegła Wintę. – Pięknie pani wygląda. Modnisia jaka, patrzcie ludzie. Polka? Pani podejdzie. No, niech się pani nie boi.

– Nie boję się.

Winta wzruszyła ramionami, nie zamierzała wykonać żadnego ruchu. Jednak blondynka nie dawała za wygraną.

– Czyli Polka. Ja też, ma się rozumieć, z Gródka. Pani wie, gdzie to, a? – zapytała z charakterystycznym zabużańskim zaśpiewem.

Chyba tylko ten przyjemny ton głosu skusił Wintę do odpowiedzi.

– Wiem. Pochodzę z tamtych okolic.

– O, dzięki Bogu! Miło swojego zobaczyć. Bo pani wie, ja mam tu za sąsiadów jakichś kmiotków spod Łodzi i Ukraińców po drugiej stronie, o tam, ta szara willa, widzi pani? Polacy raczej tu domów nie biorą, dużych nie chcą. A ja lubię duże, a tu nawet lepiej niż mieszkanie, bo i cukiernia jest. Po niemiecku się nazywała, zaraz, jakoś…

– Schwarze Katze, czarny kot – przetłumaczyła Winta, niemal wykrzykując nazwę wymalowaną nad łukiem drzwi wejściowych.

Blondynka wciąż tkwiła w oknie i przyglądała się jej z zaciekawieniem, poruszając lokami w rytm marsza.

– No właśnie. Niemieckiego nie znam, niestety! – odkrzyknęła. – A może stety, bo teraz to bardzo niedyplomatyczne, że tak powiem. Pani zmęczona chyba. I dokąd to? Tak sama? Ja z bratem tu jestem, rodzice dalej pojechali, do Torunia. A ja lubię jeziora, to pomyślałam: tu zostanę. Urządzam się, możliwości dużo. Interes może jakiś rozkręcę, a co! Trzeba korzystać, wszystko się tu dopiero zaczyna. Zobaczy pani, jaki rozgardiasz. No, na herbatkę zapraszam. Tylko to cholerstwo ściszę, bo Ludwika gdzieś poniosło. Brata znaczy. No, pani idzie.

Zniknęła za firanką, a Winta zastanawiała się, jak wybrnąć z tej nieoczekiwanej sytuacji. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Potarła czoło. Muzyka na szczęście ucichła, więc mogła pozbierać myśli. Może ta dziewczyna lepiej niż urząd wskaże jej miejsce, gdzie może przebywać adresat przesyłki? Wyglądała na obrotną.

– Pani wciąż tu sterczy? Zapraszam! – Blondynka pojawiła się w alejce prowadzącej do bramki.

Winta uniosła brodę, pewnym krokiem weszła przez furtkę i pierwsza wyciągnęła rękę.

– Jestem Wincenta. Można mówić Winta. Z Oszmiany.

– A ja Nina, można mówić… Nina – zaśmiała się gospodyni. – Kiedyś freblanka, teraz chwilowo sklepowa.

– Miło mi. Moja siostra także uczyła metodą Friedricha Froebla w przedszkolu przy liceum Jana Śniadeckiego w naszym mieście. – Winta się uśmiechnęła, chyba pierwszy raz tego dnia.

– Do herbaty mam rogaliki z buraczaną marmoladą. Wstrętnie smakują, ale ładnie wyglądają. Idziemy! – Nina odwróciła się na pięcie i falując biodrami, ruszyła do wejścia pod kolorowym napisem.

Znalazły się w obszernym korytarzu dwupoziomowego domu z szarego piaskowca. Drzwi na prawo wiodły zapewne do cukierni, bo nad nimi pozostał bledszy niż reszta ściany ślad po szyldzie. Winta dałaby sobie głowę uciąć, że czuła stamtąd zapach wanilii. Czy to możliwe, by utrzymał się tak długo? Niemcy wyjechali prawdopodobnie kilka miesięcy temu. Po lewej znajdowało się wejście do mieszkania, a na piętro prowadziły szerokie schody z balustradą. Było tu nawet przyjemnie. Ale… po co ona w ogóle tutaj weszła? Powinna się wycofać, nie zna tej dziewczyny. Może lepiej…

– Proszę się nie wahać, jesteśmy same, będzie spokój. Ludwik pewnie poleciał w swoich sprawach na miasto. Nie zauważyłam, jak wyszedł. No, tutaj. – Nina otworzyła na oścież drzwi mieszkania. Weszły do jasnego przedpokoju. – Ładnie sobie żyli, co? Proszę, dywany, boazerie i jaki żyrandol, niech pani patrzy. A tu kuchnia. – Uchyliła drzwi w masywnej futrynie, za którymi znajdowało się przestronne pomieszczenie z kuchenką na fajerki i dużym stołem. W oknach wisiały kwieciste zasłony. – Nie ma co narzekać, co? Pokażę pani pokoje. O, tutaj stołowy, a tu sypialnia i jeszcze, niech pani spojrzy, gabinet z biblioteką. I tutaj, za tymi rozsuwanymi drzwiami, salon. Nawet pianino było, tylko Ludwik gdzieś zabrał. No, chodźmy do kuchni, nastawię wodę.

Dziewczyna poruszała się po mieszkaniu szybko. W tym samym tempie wyrzucała z siebie słowa. Bezsprzecznie była sympatyczna, choć Winta starała się nie ulegać jej urokowi. Rejestrowała widoki, które Nina roztaczała przed jej oczami, jak w fotoplastykonie. Pokoje rzeczywiście były ładnie urządzone, z pewnością mieszkali tu bogaci ludzie o dobrym guście. Uderzało tylko to, że na tapetach odcinały się prostokąty o innym odcieniu.

– To po obrazach?

– Po obrazach, lustrach, może i portretach. Pozabierali, gdy opuszczali dom. Kredens w jadalni zastałam pusty, etażerki w salonie też. Co zrobić, oni swoje pakowali, my swoje – westchnęła Nina.

Winta przypomniała sobie toboły i pudła wypełniające wagony pociągu, który ją tutaj przywiózł. Raczej nie było tam kryształów i porcelany. Widać wędrówka ludów nie wyglądała tak samo dla wszystkich.

– Siadajmy przy stole. Oto herbatka z róży, a rogaliki zagrzejemy o tu. – Nina podeszła do pieca z zielonych kafli stojącego w rogu kuchni i otworzyła mosiężne drzwiczki zamontowane na wysokości oczu. – Taki cudaczny pomysł mieli. Nie piekarnik, ale grzeje, od ognia z dołu ciepło idzie i jak trzeba coś podgrzać, to można tutaj. A teraz niech pani powie, dokąd się udaje. I chyba samotnie, mam rację? Do swoich, już tu są?

– Nie. Zostali. To znaczy…

– Jak pani nie chce, proszę nie mówić. – Nina spoważniała. Przez chwilę mierzyły się wzrokiem, po czym klasnęła w dłonie. – Bez sensu z tą panią, może mówmy sobie po imieniu. Ja zza Buga, pani zza Buga. O, i na tę okoliczność coś nawet mam. – Otworzyła drzwi białego kredensu i wyjęła nalewkę w błękitnej karafce. – Ta jedna buteleczka po nich została. Śliczna, prawda? Ale nalewka już moja, na malinach i samogonie, z domu przyjechała. To znaczy… ze starego domu. No, na pohybel Niemiaszkom i na nasze zdrowie, Winto. Może tak być? – Nalała płyn o pięknej barwie do kieliszków i swój uniosła w geście toastu.

– Niech będzie – westchnęła Winta i sięgnęła po swoją nalewkę.

Nagle poczuła, że schodzi z niej nieznośne napięcie ostatnich dni. Tak, bardzo chciała usiąść teraz wygodnie, nawet za cenę słuchania, jak ta energiczna dziewczyna szczebioce.

– Kto cię tak pięknie nazwał?

– To zdrobnienie. Wymyśliła je moja mama. Lubię je.

– Co tutaj robisz?

– Przyjechałam na chwilę, może nawet jutro ruszę dalej.

– Gdzie to dalej jest, jeśli wolno spytać? – Nina wyjęła z pieca talerz z rogalikami. – No, kosztuj.

– Rzeczywiście ładne. Już się tu rozgościłaś? – Winta zbyła jej pytanie i wyjrzała za kuchenne okno. – Wielki ogród. I chyba sad za nim?

– O tak, rezydencje tu mieli magnackie. Ale teraz to moje. Z nadania prawowitej władzy. Kto pierwszy, ten lepszy. Zajęłam, nie oddam.

– Tak to tutaj działa?

– A tak. W urzędzie dostajesz przydział, ale jak sama coś sobie wyszukasz, to dadzą zgodę. Brać, przebierać. Teraz najlepsza chwila, bo jeszcze nie wszyscy zjechali. Ile to trwa? Raptem parę miesięcy. Cała ta roszada historyczna. Ciężko ludziom, wiem, bo mnie też było ciężko zostawić rodzinne strony. Ale co poradzisz? Lepiej się trochę rozejrzeć i jak najwięcej z tego wycisnąć, tyle ci powiem. Jakbyś jednak chciała tu kąta poszukać, Ludwik ci pomoże. On dużo może, trzyma się z władzą, obrotny chłopak. Inżynier z zawodu, u nas w miasteczku pomagał elektryfikację przeprowadzać i pompę wodną zakładać. Fach w rękach. Ale na razie ważny urzędnik. Broń może nosić. Bo tu jeszcze wielu złych po lasach i różnych zakamarkach się szwenda.

– Czyli?

– Ja się tam nie wyznaję. Upaszki, kułaki, wszelki sort. Zamieszanie wielkie jeszcze jest. I będzie rok, jak nie dłużej, tak mówi Ludwik. Niemcy jeszcze po domach zostali, nie wszystkich wymiotło, niedobitki się chowają. Niektórzy nawet pracę mają, we młynie chłopak na przykład pomaga. Wiem, bo mój narzeczony we młynie jest za kierownika.

– Narzeczony?

– Zdzich, tutaj poznany. Góral z Wetliny. Akcja „Wisła”, słyszałaś? No właśnie. Miłość od pierwszego wejrzenia. Wiesz, jak Ordonka śpiewa: „Na pierwszy znak, gdy serce drgnie, ledwo drgnie, a już się wie” – zanuciła, przykładając dłoń do serca. – Ja wiedziałam. Przystojny chłop. Ślub planujemy. Ja bym się nawet nie spieszyła, ale Ludwik mówi: „Jak się uwiniecie, to będzie pierwsze huczne wesele w powiecie”. Fetę chcą nam urządzić, wiesz, to dobre dla tej, no, propagandy. Polski ślub na odzyskanej polskiej ziemi. Brzmi morowo, co?

– W sumie…

– A ty co, mężatka?

– Nie. Wolałabym o tym nie rozmawiać… Powiedz mi lepiej o interesie, który zamierzasz otworzyć.

– Och, takie na razie bajeczki. Ale sama zobacz, pod bokiem mam lokal, jeszcze sprzęty stoją: piec, kuchnia, nawet specjalna maszynka do kawy. Stoliki też zostawili. Aż się prosi, żeby coś tu znowu urządzić. Tylko na razie władza państwowa nie ma czasu na takie rzeczy. Pożyjemy, zobaczymy. A ty w ogóle spać masz gdzie? Jutro chcesz dalej jechać, jak mówisz.

– Muszę coś załatwić. Dlatego dziękuję ci za gościnę, będę szła.

– Ale dokąd?

– Prawdę mówiąc, nie wiem. Muszę oddać przesyłkę znajomemu, który tu jest.

– Adres znasz?

– Nie. Ale wiem, że na pewno tu dojechał. Poradzono mi, żebym pytała w PUR-ze.

– Tyle tam wiedzą, co zjedzą. Ty musisz na Ludwika zaczekać. Powinien być niedługo, on cię pokieruje. Załatwisz, co trzeba, a potem u nas zanocujesz, chcesz? Hotelu jeszcze nie ma, a ty, zdaje się, umordowana jesteś i pewnie głodna. Zrobimy tak: ja teraz polecę na chwilę, zdobędę prowiant, a ty sobie odpocznij. I wiesz? Na górze jest wolne mieszkanie. Też moje. No, niech będzie, że Ludwika, ale to tak jakby moje. Na razie mieszkamy oboje na dole, więc tam sobie możesz przenocować, będziesz miała spokój. Wykąpiesz się, woda w kranie jest i prysznic działa! Nic nie mów, nie zaprzeczaj. Zdejmij ten piękny żakiet, walizkę zaniosę od razu na górę. Będziesz zadowolona.

Nina mówiła i krzątała się wokół rzeczy Winty, nie zostawiając jej chwili na reakcję. Była ujmująca w swojej gościnności i serdeczności. Winta faktycznie czuła się wyczerpana, ale przede wszystkim brudna. A w tym domu było jasno i przyjemnie pachniało.

– To ja lecę, wrócę za godzinę. Proszę, sama sobie otwórz, będziesz miała niespodziankę. – Nina się uśmiechnęła, odsłaniając równe białe zęby, i podała Wincie ciężki klucz. – Tylko nie włączaj przypadkiem tego ustrojstwa. – Wskazała na gramofon z tubą stojący w przedpokoju. – Coś się zepsuło, tarabani jak opętany. Zresztą sama szkopska muzyka na tych płytach. To akurat mogli sobie zabrać. No, biegnę, zrobię nam coś dobrego, gotować to ja potrafię. Może faktycznie gastronomię jakąś otworzę. – Na wychodnym spojrzała w lustro i poprawiła jasne loki.

– Poczekaj. Tak po prawdzie: dlaczego mi pomagasz? – Winta spojrzała jej w oczy.

Nina nagle zmieniła wyraz twarzy, wydawała się teraz skupiona, może nawet smutna.

– Tutaj każdy potrzebuje pomocy. Rozumiesz? To jest dziki świat, w którym trudno się odnaleźć. Zwłaszcza jeśli jest się samemu. No, rozgość się, niedługo wracam. – Odwróciła się na pięcie i wybiegła z mieszkania.

Winta śledziła ją wzrokiem aż do furtki. Potem wróciła do korytarza i spojrzała w górę schodów. Czyli w kamienicy są tylko dwa mieszkania. To na piętrze musi być tak duże jak dolne i była cukiernia razem wzięte. Czy powinna tam wchodzić? Nie należała do niezdecydowanych, poza tym marzyła o kąpieli. Zdjęła żakiet i cofnęła się do przedpokoju Niny, żeby odwiesić go na wieszak. Wyprostowała się, dotknęła palcami dzierganego kołnierzyka dopiętego do bluzki z bufiastymi rękawami. Pedantycznie sprawdziła jego ułożenie. Poprawiła kosmyki włosów, które wydostały się z warkocza. Zamknęła drzwi mieszkania na dole.

Schody na piętro lekko trzeszczały, ale solidna poręcz dawała oparcie. Dotarła przed drzwi osadzone w mocnej, frezowanej framudze. Włożyła klucz do zamka, ustąpił z oporem. Znalazła się w szerokim holu, obszerniejszym niż przedpokój na dole. Rozmieszczenie pomieszczeń po dwóch stronach korytarza i widoczny na jego końcu salon przypomniały jej rozkład domu w Oszmianie. Westchnęła i ruszyła wprost do największego pokoju, skąd docierało światło popołudniowego słońca.

Przekroczyła próg i stanęła jak wryta. Z wrażenia przyłożyła ręce do piersi, a uśmiech sam wypłynął na jej twarz. Na dużym stole, na półkach etażerek i na oparciach krzeseł leżały… kapelusze. Kolorowe, cięższe z filcu i leciutkie słomkowe, wszystkie zdobione kwiatami i kokardami. Pokój wyglądał jak teatralna garderoba albo magazyn modystki, podobny do tego, który Winta z matką odwiedzały w Wilnie.

W powietrzu unosił się przyjemny zapach – pudrowy, kwiatowy, chyba różany… Podeszła do stołu i ostrożnie sięgnęła po kapelusz z cienkiego filcu, obwiedziony wokół ronda atłasową wstążką. Piękny. Może przymierzy? Rozejrzała się – w pokoju nie było lustra. Może w sąsiednim? Cofnęła się do holu i otworzyła kolejne drzwi. Ten pokój był mniejszy od salonu. Pod oknem stała pluszowa kanapa, pod jedną ścianą dwa fotele i stolik z blatem zdobionym wenecką plecionką, a pod drugą ciężki kredens, zupełnie pusty. Nie było dywanu, który mógłby przysłaniać parkiet, bo – podobnie jak po obrazach na ścianach – na podłodze został prostokątny ślad. Również tutaj nie znalazła lustra. Żadnych bibelotów, fotografii, ozdób. Urodę kredensu podkreślały tylko witrażowe szybki w drzwiczkach, kolorowe, pstre. Lubiła połączenia jaskrawych barw. Podeszła bliżej i przyglądała się z zaciekawieniem.

Nagle drgnęła. Wytężyła słuch. Skrzypienie schodów było coraz głośniejsze. To raczej nie Nina – za wcześnie i kroki zbyt ciężkie. Odwróciła się. Ktoś wszedł już do holu i wprawnie otwierał kolejne drzwi. Dwoje po prawej, dwoje po lewej… „Za chwilę będzie tutaj”. Zanim zdążyła wymyślić, jak wytłumaczy swoją obecność w obcym mieszkaniu, w progu stał już krępy mężczyzna w mundurze i zniszczonych, topornych butach. Na głowie miał zmiętą furażerkę z czerwoną gwiazdą.

– Zdrastwuj, krasawica – mruknął i podparł się pod boki.

Winta poczuła, jak krew nabiega jej do skroni i zaczyna nerwowo pulsować. Zacisnęła zęby.

– Proszę mówić po polsku, nie rozumiem waszego języka – usłyszała swój rozkazujący ton.

– Szto ty gaworisz?! – Żołnierz postąpił dwa kroki i przyglądał się jej jak interesującemu zwierzątku w zoo. Przekrzywił głowę i zmrużył małe, jasne oczy. – Eto twaja kwartira?

– Nie rozumiem – skłamała znowu.

– Ty wsjo panimajesz, krasawica.

Zbliżył się jeszcze bardziej. Poczuła jego nieświeży oddech i zapach potu.

– Czego pan chce?

– Czewo chaczu? – Wyszczerzył żółte zęby i zarechotał. – A może ja chaczu tiebie? Da, oczień chaczu. – Podniósł rękę i zamierzał położyć ją na jej piersi.

– Won! – krzyknęła i zrobiła krok w tył.

– Znaczit ty panimajesz. Oj, szutki, szutki. Krasawica choczet poigrać.

– Won stąd! – powtórzyła i poczuła, jak jej obie dłonie zaciskają się w twarde pięści.

Gorączkowo obliczała własne siły wobec jego potencjału. Był niewysoki, ale krzepki. Poruszał rozczapierzonymi, grubymi palcami, jakby chciał chwycić zdobycz.

– Wot, lisica – powiedział w połowie po polsku, po czym przełknął ślinę.

Wiedziała, że teraz powinna zrobić unik i uciec albo wyprowadzić cios. Żołnierz był jednak szybszy, za długo się wahała. Ruszył i napierając ciałem, pchnął ją pod ścianę. Przywarła do niej i słyszała jego ohydne, lubieżne sapanie. Zadrżała z obrzydzenia. Próbowała nie poddać się panice, ale czuła, jak jej ciało tężeje i wypełnia się niemocą. Chciała krzyknąć, jednak głos uwiązł jej w gardle. Szarpnęła się, prowokując tylko jego większy napór. Dyszał w jej szyję i palcami szukał guzików bluzki. Poczuła suchość w ustach i mrowienie w głowie…

– Stój, ręce do góry! – Ostry, kategoryczny głos rozległ się nagle dwa metry od nich. – Zostaw ją i łapy do góry! Albo zabiję jak psa!

Przybysz odbezpieczył magazynek, a Rosjanin zwolnił ucisk, odstąpił od Winty i z niechęcią podniósł ręce.

– Swołocz jebana – zaklął pod nosem i pozwolił, żeby mężczyzna obszukał go od tyłu, a potem odwrócił twarzą do siebie.

Był to młody człowiek o jasnych włosach, w skórzanej kurtce i spodniach wpuszczonych w oficerki.

– Dokumenty! – zażądał, patrząc groźnym wzrokiem na o wiele niższego sołdata.

– Nie mam. Puszczaj mnie. Nic się nie stało. Panimajesz. Niczto!

– Jak do tego doszło? – Mężczyzna pierwszy raz spojrzał na Wintę.

– Ona sama chatieła. – Rosjanin rzucił jej spojrzenie z ukosa i zaśmiał się szyderczo.

– Nieprawda! On tu wtargnął i na mnie napadł! – Odzyskawszy głos, poprawiła ubranie i zrobiła krok w kierunku Rosjanina. – Kłamiesz, chamie! Gdybym miała broń, już byś nie żył.

– Spokojnie, zaraz to załatwimy. – Blondyn chwycił Rosjanina za kołnierz i potrząsnął nim kilka razy. – Mam teraz wezwać naszych czy wyniesiesz się stąd w sekundę i twoja noga tu więcej nie postanie?

– Nikawo nie wzywaj. Idu, idu. My druzja, prawda? Polaki i ruskie, druzja.

– Nikakije druzja! – krzyknęła Winta, płynnie przechodząc na rosyjski, i rzuciła się na Rosjanina. Patrząc mu w twarz, wysyczała: – Jeżeli jeszcze raz cię zobaczę, połamię ci kości, rozumiesz? Jeśli jeszcze raz tkniesz polską kobietę, los ci tego nie daruje. Przeklinam cię na tę okoliczność. Rusz Polkę i po tobie. A teraz spierdalaj. Sam albo cię wykopię!

Sołdat zrobił wielkie oczy, a przybysz, widząc, jak tamten, skłoniwszy się przed Wintą, ucieka z mieszkania, gwizdnął z uznaniem.

– No, no! Placówka obroniona. Kim pani jest, na Boga?

– A pan? Mężczyzna przedstawia się pierwszy, czyż nie?

– Ludwik Olszewski. Kapitan Wojska Polskiego. Lat trzydzieści jeden. Kawaler. – Trzasnął obcasami oficerek. – Zasalutowałbym, ale do pustej głowy nie można. Coś jeszcze chce pani wiedzieć?

– Wystarczy. – Uśmiechnęła się i nabrała powietrza w płuca. – Dziękuję. Uratował mnie pan. Nie wiadomo, do czego by się posunął.

– Niestety możliwe, że do najgorszego.

– Dlaczego pan go puścił?

– Cóż, w sumie pani to zrobiła. Zastanawiałem się, co z nim począć. Ale prawda jest taka, że nie warto wywoływać z nimi konfliktów. Mamy to pod kontrolą.

– Zachowanie ruskich drani?

– Tak. Są wyzwolicielami, mają prawo tu być, taka polityka. A my dostaliśmy rozkaz utrzymać spokojną sytuację za wszelką cenę.

– Wszelką? Czyli oni mogą napadać i gwałcić, a wy przymykacie oczy?

– Proszę nie żartować, tego nie powiedziałem, panno…

– Wincento. Dla znajomych Winta. Mówiłam to już pana siostrze. Bo rozumiem, że mam do czynienia z bratem Niny.

– We własnej osobie. Nie ma jej w domu. Jak się pani tu dostała?

– Pana siostra była tak miła, że ugościła mnie herbatą i zaproponowała nocleg. Klucz mam od niej. Poszła na zakupy. A ja…

– A pani jest moim gościem.

– No tak, słyszałam, że to pana mieszkanie.

– Widzę, że już sobie porozmawiałyście. Rzeczywiście, zgodnie z prawem moje. Choć dla mnie za duże. Żal było nie wziąć, bo to piękny apartament, prawda? A skoro dają…

– Kto dawał?

– Władza ludowa. Mam tu ogród i sad wiśniowy. Do parku blisko, spacery można urządzać.

– Mówi pan, jakby mieszkał tu od dawna.

– Bo teraz to mój dom. Lepiej szybko zapuścić korzenie i stać się tutejszym. Tak łatwiej. Ale mniejsza. Jak się pani podobają kapelusze? Widziała je pani, prawda? Niemka, frau Laube, która tu mieszkała, była prawdziwą damą.

– Myślałam, że modystką.

– Nie, była bogata i miała podobno fiksum-dyrdum na punkcie kapeluszy. Chyba nie zdołała zabrać wszystkich. Znaleźliśmy skrzynię pełną tamtych z salonu. Nina je tak porozkładała. A frau Laube… – Olszewski przerwał i spojrzał pytająco na Wintę, która próbowała powstrzymać wybuch wesołości. – O co chodzi?

– Fiksum-dyrdum? Kto tak mówi? – Nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– Och, co w tym nadzwyczajnego? – Wzruszył ramionami, ale też się uśmiechnął. Miał tak samo równe i białe zęby jak siostra. – Tak się mówi w mojej rodzinie. Ale jeśli pani woli, może być bzik lub fioł. Lepiej?

– Proszę się nie gniewać. – Machnęła ręką. – Sama nie wiem, czemu mnie to rozbawiło.

– Przynajmniej humor się pani polepszył.

Spojrzał na nią uważnie. Wydawało jej się, że z troską.

– Potrafię szybko się pozbierać. Inaczej bym nie przetrwała – rzuciła, wychodząc do holu. – Nina chyba wróciła, słyszę głosy w korytarzu. Idziemy?

– Oczywiście – zreflektował się. – Pani przodem.

– To może po imieniu? – Schodząc po schodach, odwróciła głowę.

– Jasne. Mów do mnie Ludwik. I uważaj na ostatnim stopniu, deska się rusza.

Redakcja: Katarzyna Stolarek-Kulec

Korekta: Beata Buko, Adrianna Hess

 

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie wykorzystane na okładce: archiwum Pawła Panczakiewicza

 

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68891-08-9