Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Trzy przyjaciółki z liceum spotykają się po paru latach, żeby powspominać dawne czasy. Wpływowa dziewczyna z bogatego domu, ślepo jej posłuszna, rozpieszczona lalka i Nina – dziewczyna z marginesu, która bardzo nie chce być nikim.
Ta szkolna przyjaźń miała dziwne oblicze – dziewczyny uwielbiały znęcanie się nad słabszymi, zwłaszcza nad Asią, od której wkrótce wszyscy się odsunęli.
Ale liceum się skończyło i każda z nich poszła w swoją stronę. Dziś mają tylko dobrze się bawić. Kiedy plotkują przy winie, przypadkiem odkrywają, że ich dawna ofiara właśnie tańczy na swoim weselu.
Besties postanawiają, że to dobra okazja, by jeszcze raz wykręcić jej jakiś numer…
Czy Nina pozostanie lojalna, czy w końcu postąpi zgodnie z własnym sumieniem?
I czy Asia wciąż jest typem ofiary?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 255
Copyright © 2025 by Kamila Kolińska Copyright © 2025 for this edition by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.
Projekt okładki Tania Staricka
Materiały graficzne na okładce Etsy/PhotoshopDigitalArts
Skład i łamanie Radosław Stępniak
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całościalbo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci – żyjących obecnie lub w przeszłości – oraz do rzeczywistych zdarzeń i miejsc jest czysto przypadkowe.
ISBN 978-83-68242-87-4
2025.1
Must Read jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, nabywasz książki legalnie i nie udostępniasz ich publicznie, np. w Internecie. Dziękujemy za to, że w ten sposób wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować ich książki.
Żaklina Barańska szła, kołysząc biodrami, krokiem tak pewnym, jakby cała szkoła należała do niej.
Może rzeczywiście tak było. Inni uczniowie schodzili jej z drogi, jak gdyby bali się, że zostaną staranowani, chociaż szczupłe, zgrabne ciało Żakliny nie mogło przecież stanowić takiego zagrożenia. Na chłopców działała jak magnes – wodzili za nią wzrokiem, wręcz nie potrafili odwrócić głowy w inną stronę. Natomiast w oczach dziewczyn płonęła zazdrość, którą za wszelką cenę próbowały ukrywać pod płaszczykiem uprzejmości, bo prawie każda oddałaby wszystko, byleby zaprzyjaźnić się z Barańską.
Szanse na to były mniej więcej takie jak wygrana na loterii. Żaki nienawidziła wszystkiego i wszystkich. O każdym miała coś negatywnego do powiedzenia, oczywiście za jego czy jej plecami. Przyzwyczaiła się do bogactwa i luksusów, które zapewniali jej rodzice, i wyjątkowo trudno było ją zadowolić. Dlatego każda osoba, której akurat okazała sympatię, czuła się, jakby właśnie wylosowała zwycięski kupon. Ta przyjaźń miała prawie same plusy – wszyscy w szkole chcieli się przypodobać znajomym Żakliny, żeby tylko wkupić się w jej łaski. Znikały nawet problemy z nauczycielami, bo rodzice dziewczyny wkładali tyle pieniędzy w tę szkołę, że również kadra pedagogiczna musiała się z nią liczyć. A Barańska nigdy nie odmawiała pomocy przyjaciołom. Istniała tylko jedna mała wada bliskiej relacji z nią, a miała na imię...
– Asia – odezwała się przesłodzonym głosem Tamara, po tym jak Żaki szturchnęła ją w ramię, dając wyraźny sygnał, by to zrobiła.
Joanna Kowalska uniosła powoli głowę ze zbolałą miną, spodziewając się tego, co ją zaraz spotka. Jej twarz zasłonięta cienkimi włosami już dawno przestała wyrażać zdziwienie. Była zwyczajnie zmęczona naszymi ciągłymi zaczepkami, a może nawet pogodzona z tym, że tak wygląda jej codzienność. Już dawno przestała próbować się bronić. Zaciskała usta w wąską kreskę, czekając, aż uratuje ją dzwonek na lekcje. Bo tylko na to mogła liczyć. Nikt w szkole nie odważyłby się kazać nam zostawić ją w spokoju.
– Nieładnie tak nie odpowiadać, gdy ktoś cię woła – kontynuowała Tamara. – Rodzice nie nauczyli cię kultury?
Żaki wybuchnęła śmiechem, jakby usłyszała najlepszy żart w historii. W rzeczywistości był on po prostu okrutny. Rodzice Asi zmarli nagle w jakimś strasznym wypadku niecały rok temu. Nigdy nie podano do publicznej informacji szczegółów, ale musiało to być dla niej traumatyczne doświadczenie, a śmianie się z tego było poniżej godności.
Poczułam na sobie spojrzenie przyjaciółki i dotarło do mnie, że zapomniałam udawać rozbawioną. Szybko się wyprostowałam, gotowa poprawić swoje zachowanie.
– Co jest, Aśka? – zapytałam zaczepnie, zanim Żaklina mogłaby wyczuć moją niechęć do męczenia dziewczyny. – Popłaczesz się?
Tami odgarnęła włosy z czoła gestem godnym diwy, zanim przemówiła:
– Nie, ona nie może płakać. Nie można być jednocześnie głupią, brzydką i mieć słaby charakter. Trzeba wybrać jeden problem.
– I zwykłą – dorzuciła Żaki. – Nie zapominaj o najważniejszym. Jesteś najnudniejszą, najbardziej niewyróżniającą się z tłumu osobą, jaką kiedykolwiek widziałam. To obrzydliwe.
Asia już dawno nauczyła się, że wdawanie się w potyczki słowne nie ma sensu, bo szybko mogą przerodzić się w rękoczyny. Znalazła lukę pomiędzy mną a rzędem szafek i ruszyła do ucieczki. Być może delikatnie odbiłam w prawo, żeby zrobić jej miejsce. Dziewczyny tego jednak nie zauważyły. Byłam tego pewna, bo inaczej nie dałyby mi żyć.
Wtedy rozległ się huk.
– Dokąd to, cukiereczku?
Tuż przed twarzą Asi zmaterializował się olśniewająco przystojny Gabriel Cieślik. Tamara i Żaklina patrzyły na niego, jakby był jedynym facetem na świecie. W rzeczywistości tylko ta pierwsza powinna tak robić, bo to ona spotykała się z nim od pierwszej klasy liceum. Poczułam nieprzyjemne uczucie w żołądku, ale nie skomentowałam tego. Nie moja sprawa.
Asia zadrżała na widok okrutnego uśmiechu Gabrysia, ale nie czekała na dalsze obelgi. Odbiła się od szafek i ruszyła sprintem w stronę schodów. Jej wielki plecak obijał się na wszystkie strony w rytm jej ruchów. Niektórzy oglądali się za nią, bo w tym wieku bieganie po korytarzach, jakby uciekało się przed mordercą, nie było codziennym widokiem.
Gabriel objął Tamarę swoim zadziwiająco wielkim jak na siedemnastolatka ramieniem i przyciągnął do siebie, a ona wtuliła się w jego mięśnie z szerokim uśmiechem.
– Powinnyście dać jej spokój – odezwał się chłopak. – Jeśli istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że plotki o niej są prawdą, lepiej nie ryzykować.
Żaklina parsknęła pod nosem.
– Masz na myśli plotki, do których powstania sama się przyczyniłam? – Pokręciła głową, jakby usłyszała najgłupszą rzecz na świecie, po czym zarzuciła designerską torbę na ramię, dając nam tym samym znak, że czas się zbierać. – To głupie, pospolite dziewczę z jeszcze głupszym, pospolitym imieniem nie potrafi nawet obronić się przed piłką do siatki. Jeśli myślisz, że byłaby w stanie zabić swoich własnych rodziców, to może dobrze, że odnalazłeś swoje powołanie w sporcie, bo rozumu ci brakuje, Gabi.
– Ej, może nie tak ostro?
– Sorry not sorry. Ktoś musiał ci to w końcu powiedzieć.
Przeszła pomiędzy nami i ruszyła w stronę dziedzińca, a ja przez chwilę miałam wielką ochotę zostać tam, gdzie jestem. Czasem myślałam, że fajnie byłoby odpocząć od Żaki i jej wiecznie niezadowolonej miny, ale kiedy zobaczyłam, że Tamara odkleja się od swojego idealnego chłopaka, wiedziałam, że na mnie też czas.
Przyjaźń z nimi była dobra, miała wiele korzyści. Nawet jeśli wiązała się z tym, że czułam do siebie coraz większą odrazę.
Stare drzwi mojego domu rodzinnego, które ledwo trzymały się w zawiasach, zamykały się tylko wtedy, gdy naprawdę mocno się nimi trzasnęło. To było mi bardzo nie na rękę, ponieważ zawsze próbowałam wyjść niezauważona. Nie chciałam, żeby ktokolwiek ze szkoły wiedział, gdzie mieszkam. Zadawałam się z fajnymi, popularnymi dziewczynami, które zamieszkiwały piękne, ogromne wille w bogatszej części miasta. Nie chciałam odbiegać od nich w żadnym aspekcie, ale na ten akurat nie miałam wpływu. Dlatego nadrabiałam w innych kwestiach.
Zamachnęłam się mocno ręką i aż podskoczyłam, gdy drzwi huknęły. Rozejrzałam się na boki z pochyloną głową, a gdy zorientowałam się, co robię, miałam ochotę pacnąć się w czoło. Już dawno skończyłam szkołę, nie musiałam się przed nikim kryć ani nikomu imponować, tym bardziej że nie utrzymywałam kontaktu prawie z nikim z liceum. A jednak głupi wstyd za swoje pochodzenie wszedł mi w nawyk. Najwyraźniej nieważne, ile w życiu osiągnę, nigdy nie pozbędę się poczucia, że jestem gorsza.
Szłam znajomymi ulicami miasteczka, do którego nie wracałam zbyt często. Nie miałam po co. Na rodziców nigdy nie mogłam liczyć. Dla nich zawsze ważniejsze było to, żeby mieli za co kupić papierosy i alkohol, niż to, że ich dziecko chodziło głodne i brudne. Z jednej strony tłumaczyłam ich sama przed sobą – to ludzie z własnymi demonami, z którymi nie potrafili wygrać. A jednak z drugiej strony czułam do nich żal. Może nawet odrazę. Gdy ich odwiedzałam, robiłam to tylko z poczucia obowiązku, nigdy z miłości czy tęsknoty. Tym razem jednak wyjątkowo przyjechałam w rodzinne strony w zupełnie innym celu.
Jesienne powietrze smagało mnie po twarzy, gdy pomiędzy drzewami zaczął wyłaniać się dom, w którym spędziłam większość licealnych chwil. Ogromna willa w ogóle się nie zmieniła. Wszystko wyglądało tu dokładnie tak, jak zapamiętałam. Ogrodnik państwa Barańskich nadal przycinał żywopłot w ten sam kształt. Kostka brukowa prowadząca do garażu lśniła, jakby ktoś polerował ją na kolanach, a rośliny w ogrodzie prezentowały się nadzwyczaj spektakularnie jak na jesienną porę.
Gdy dotarłam do bramy, musiałam zatrzymać się na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza. Nagle jakoś trudniej było oddychać. Naciśnięcie dzwonka wiązało się z powrotem do przeszłości, którą tak bardzo starałam się zostawić za sobą.
Nie było już odwrotu. Zgodziłam się na to spotkanie. Zresztą, chciałam go. Stres był zupełnie naturalny, skoro nie widziałam moich przyjaciółek już od kilku lat. Przełykając gulę w gardle, nacisnęłam dzwonek domofonu przed wielką bramą.
– Rezydencja państwa Barańskich – odezwał się głos, który wywołał we mnie falę gorąca. Żaklina próbowała naśladować ochroniarza, ale nie mogła powstrzymać śmiechu.
– Proszę mnie wpuścić, baranie – odparłam tym samym tonem.
Jej rechot urwał się raptownie, gdy odłożyła słuchawkę. Usłyszałam wibracje, a zaraz potem brama otworzyła się przede mną na oścież, jakby w oczekiwaniu, że wejdzie przez nią ktoś ważny. Nieśmiało pokonałam drogę do drzwi jak za dawnych lat.
Uczucie nostalgii mieszało się w moim żołądku ze stresem. Chociaż po liceum obiecywałyśmy sobie z dziewczynami, że utrzymamy kontakt, to w rzeczywistości wcale nie było to takie łatwe. Każda z nas dostała się na uczelnię w innej części kraju. Dzwoniłyśmy do siebie, ale długie rozmowy na FaceTime z czasem przerodziły się w wiadomości na czacie grupowym, który również wraz z mijającymi miesiącami umarł, a nasze wspólne tematy ograniczyły się do frazesów: „Co u ciebie?” i „Dobrze”. Miałyśmy ambicje, by raz na jakiś czas spotkać się na żywo, ale gdy jedna z nas proponowała termin, zawsze którejś nie pasowało.
Aż do teraz.
Moje rozmyślania przerwał pisk radości, a razem z nim odpłynęły wszelkie obawy. Zatrzymałam się na chwilę. Żaklina biegła w moją stronę z taką ekscytacją, jakbyśmy znowu miały po szesnaście lat.
– Ninka, jak ja za tobą tęskniłam – powiedziała, rzucając mi się w ramiona. Od razu poczułam, że jej dobry nastrój to zasługa wina, a nie mojej obecności.
Z wyglądu nie zmieniła się prawie wcale. Gęste, kruczoczarne włosy, których wszystkie dziewczyny jej zazdrościły, opadały falami na jej ramiona. Rysy twarzy może trochę jej spoważniały, chociaż w jasnych jak niebo oczach nadal tańczyły chochliki. Usta miała chyba nieco większe, ale niewykluczone, że już w liceum je powiększała. Nigdy się do tego nie przyznała, ale trudno było mi uwierzyć, że wszechświat obdarował ją i dobrobytem, i popularnością, i urodą.
– Hej. – Poklepałam ją po plecach trochę niezręcznie. – Tami już jest?
Przyjaciółka wskazała dłonią na maserati zaparkowane na podjeździe. Gwizdnęłam pod nosem.
– No ba. Poczekaj, aż zobaczysz jej męża. Boże, jakie ciacho.
Skrzywiłam się na ten komentarz. Żaki wzięła mnie pod ramię i poprowadziła w stronę domu.
– Widziałam go na zdjęciach, wiesz – przypomniałam jej.
– No tak, ale to nie to samo. Jest ultraprzystojny. Myślałam, że Gabriel był szczytem jej możliwości, a tu niespodzianka. Aha, i zanim wejdziemy do środka, ustalmy jedną rzecz. Jak coś, to ty też jesteś wkurzona, że nie zaprosiła nas na ślub.
Zmarszczyłam brwi. Tamara wyjaśniła nam, że to była prywatna ceremonia, na której byli tylko oni, ich rodzice i świadkowie. Poza tym, całkiem szczerze, i tak nie miałabym pieniędzy, żeby polecieć na Dominikanę tylko po to, żeby usłyszeć jak dwoje ludzi mówi sobie „Tak”. Żaki pewnie zafundowałaby mi bilet, ale wolałam nie mieć wobec niej długu wdzięczności.
Dlatego, że już się przekonałam, w jaki sposób to się może skończyć.
Rezydencja państwa Barańskich to ogromna willa z wieloma pokojami, więc nie byłam w stanie stwierdzić, czy rodzice Żakliny przebywali akurat w domu, czy nie. W naszym wieku chyba głupio byłoby prosić starych o pozostawienie wolnej chaty na imprezę, a zresztą byliśmy dorośli, nie musieliśmy się już kitrać z alkoholem.
Żaki zaprowadziła mnie do salonu, który pomimo upływu lat w ogóle się nie zmienił. Ten wieczór zdecydowanie miał minąć pod znakiem nostalgii. Czasy liceum wróciły do mnie ze zdwojoną siłą, gdy patrzyłam na ogromny obraz tuż nad kanapą przedstawiający martwą naturę. Nie gapiłam się na niego zbyt długo, bo to, co działo się pod nim, przykuwało większą uwagę. Tamara siedziała na kolanach swojego ukochanego i, sądząc po intensywności ich pocałunku, chyba wkładała mu język do gardła.
– Widzisz, Ninka? Pewne rzeczy się nie zmieniają – powiedziała do mnie cicho Żaki, a gdy się z nią zgodziłam, dodała głośniej: – Masakra! Nie można was zostawić nawet na pięć minut?
Podniosła z fotela poduszkę i cisnęła nią w blondynkę, która z rumieńcami na policzkach odkleiła się od swojego partnera. Na mój widok dziewczyna wybałuszyła oczy, jakby dopiero teraz sobie przypomniała, że Żaki po mnie wyszła.
– O mój Boże, Ninka! – Tami zachwiała się na nogach, wstając z kanapy. – Nie sądziłam, że jeszcze cię zobaczę!
Zamknęła mnie w uścisku, a ja, zamiast odpowiedzieć coś miłego, zaczęłam się zastanawiać, czy to nie wyjątkowo dziwne słowa na powitanie. Ona jednak odsunęła się ode mnie niezrażona milczeniem. Zmierzyła mnie wzrokiem, tak jak to potrafiły tylko osoby z wyższych sfer.
– Nic się nie zmieniłaś – skomentowała.
Jej twarz drgnęła ledwo zauważalnie, a ja miałam przeczucie, że to wcale nie był komplement, ale nim zdążyłam zareagować, już straciła zainteresowanie. Wskazała gestem ręki na mężczyznę, który stanął obok niej, jakby pokazywała mi swoje trofeum.
– To jest Marcel Mazur, mój mąż – powiedziała rozpromieniona, nienaturalnie podkreślając ostatnie słowo. – A to Nina Gajowczyk, moja przyjaciółka z liceum.
Szalenie przystojny wysoki brunet wyciągnął do mnie dłoń. Nie wiem, czy zrobił na mnie takie wrażenie przez to, co nagadała mi Żaklina, ale gdy nasze dłonie się zetknęły, poczułam dreszcze.
– Hej – odparłam niezręcznie, odsuwając się od nich.
Zastanowiłam się, czy mowa ciała mogła zdradzić moje myśli. Nagle poczułam się obnażona przed tym towarzystwem. Musiałam szybko zmienić temat. Wskazałam palcem na stojące na stole opróżnione kieliszki.
– Widzę, że zaczęliście pić beze mnie.
– Ups, przyłapałaś nas – zaśmiała się Tami.
– Zaraz nadgonisz – zapewnił jedyny mężczyzna w naszym gronie. – Co najbardziej lubisz pić? Zrobię ci drinka.
– Nie trzeba...
– Nalegam. Podobno jestem w tym najlepszy. Co zresztą widać.
Spojrzał wymownie na rozchichotane dziewczyny, które w tej chwili coś do siebie szeptały. Uśmiechnęłam się uprzejmie.
– No dobrze, to może być na przykład margarita.
Marcel pstryknął palcami.
– Miałem wielką nadzieję, że to powiesz.
– Jestem taka przewidywalna? – zaśmiałam się.
– To się jeszcze okaże. Daj mi pięć minut.
Skierował się w stronę kuchni, ale zanim nas zostawił, puścił oczko do swojej kobiety. Dołączyłam do przyjaciółek na kanapie.
– Nie przeszkadza ci to, że gość, który jest u ciebie po raz pierwszy, panoszy się w twojej kuchni? – pół żartem zapytałam Żaki.
Machnęła na to ręką.
– No co ty. Jak tylko utrzyma mnie pijaną, to będę szczęśliwa.
– To właśnie sekret mojego udanego małżeństwa – dorzuciła Tami, unosząc kieliszek z resztką aperola.
– Małżeństwa, na którego zawarcie nas nie zaprosiłaś – odezwała się Żaklina. – Taka z ciebie przyjaciółka.
Zaskoczona Tamara otworzyła usta, ale zanim zdążyła sformułować myśl, brunetka kontynuowała:
– Poza tym, jak już, to panoszy się po kuchni moich rodziców. To ich dom, nie mój.
Tamara odwróciła się do niej całym ciałem, jakby usłyszała najciekawszą rzecz na świecie, albo po prostu odetchnęła z ulgą, że nie musi po raz kolejny tłumaczyć, dlaczego nie zaprosiła nas na swój ślub.
– Myślałam, że wróciłaś tu na stałe, teraz, kiedy tatuś zaproponował ci posadę w firmie...
– Zaczynasz pracę dla swojego ojca? – zdziwiłam się.
Przez twarz Żaki przebiegł cień. Zauważyłam go tylko przez krótką chwilę. Gdybym akurat mrugnęła, mogłabym go nie dostrzec. Nie lubiłam jej denerwować. Kumplując się z tą dziewczyną, lepiej było upewniać się, że jest zadowolona. Mój żołądek zacisnął się jak za dawnych lat. Jednak kiedy się w końcu odezwała, sprawiała wrażenie wyluzowanej:
– Nie rób takiej miny, Ninka. Przecież to było jasne, że przejmę kiedyś firmę. Tata chce mnie wtajemniczyć jak najszybciej. To ma dla mnie sens. Po co mam pracować gdzieś indziej, skoro mogę zarabiać kokosy, zrzucając obowiązki na innych, właśnie tu? Nawet jeśli stary mnie przyłapie, to przecież zamydlę mu oczy. Łatwa sprawa.
Wzruszyła ramionami, wyraźnie znudzona tym tematem. Cisnęło mi się na usta pytanie, co z jej studiami. Zaczęłyśmy w tym samym czasie i ja za rok miałam bronić magistra. Tami przerwała naukę, gdy Marcel jej się oświadczył. A Żaki? Zmieniała temat, gdy pytałyśmy. Nigdy nie pochwaliła się też dyplomem licencjatu.
Zapisałam sobie mentalną notatkę, by zapytać ją o to później. Może margarita doda mi odwagi.
Gdy Marcel postawił przede mną drinka, a ja uśmiechnęłam się w podziękowaniu, Tamara klepnęła mnie w kolano.
– No, opowiadaj, co u ciebie, Ninka.
Zmieszałam się. Nie było co opowiadać. Moje wszystkie dni wyglądały dokładnie tak samo. Rano wstawałam, szłam na uczelnię i bez względu na to, ile miałam zajęć, tak je sobie organizowałam, żeby po wykładach biec prosto do pracy. Brałam tyle nadgodzin, ile się dało, i starałam się nigdy nie odmawiać, gdy ktoś chciał, żebym przyszła za niego. Tak właśnie wyglądało moje superekscytujące życie. Nauka, praca, sen, nauka, praca, sen. Czasem tego ostatniego brakowało. Ale gdybym po prostu powiedziała dziewczynom, że „nic ciekawego”, to pewnie zapytałyby, po co w takim razie w ogóle przyszłam.
– No cóż, zastanawiam się nad wyborem tematu pracy mag...
– Nuuuuda! Wiesz, że nie o to pytam – Tami weszła mi w słowo z niezadowolonym cmoknięciem. – Poznałaś kogoś wyjątkowego w tym Krakowie? Czy na twojej drodze stanęła jakaś bratnia dusza? Najlepiej w postaci wysokiego bruneta z mięśniami twardymi jak skała.
Wybałuszyłam na nią oczy. Była dopiero dziewiętnasta, a już chciała wchodzić na takie tematy. Czyli omijamy grzecznościowe pogawędki o pogodzie, muzyce czy dramach polskich influencerów.
– Nie – odpowiedziałam niepewnie, ale gdy zobaczyłam ich miny, dodałam szybko: – ale też nie szukam nikogo. Dobrze mi tak, jak jest.
Żaki nachyliła się do Tamary.
– To jest dosłownie hasło przewodnie smutnych singielek.
Powiedziała to półszeptem, ale na tyle głośnym, żebym usłyszała. Obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem, więc ja zrobiłam to samo. Bo przecież to był żart.
Prawda?