Będzie dobrze, musi być - Hanna Bilińska-Stecyszyn - ebook
NOWOŚĆ

Będzie dobrze, musi być ebook

Hanna Bilińska-Stecyszyn

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

To, co dla niej było grzechem, dla mnie było największym darem. 

Niektórzy mówią, że nic nie dzieje się bez przyczyny, inni – że losem człowieka rządzi przypadek. Czasem życie płynie spokojnie, dzień jest podobny do dnia, aż w jednej chwili ten spokój coś burzy. I wcale nie musi to być katastrofa samolotu, powódź czy inny kataklizm. Wystarczy wakacyjne spotkanie…

Bohaterki tej powieści przeżywają prawdziwe prywatne trzęsienie ziemi i po wielokroć muszą uwierzyć, że BĘDZIE DOBRZE, MUSI BYĆ:

- gdy zawodzi nadzieja,

- gdy pragnienie jest tak silne, że odbiera trzeźwość myślenia,

- gdy trzeba zaufać swojej intuicji wbrew rozsądkowi.

Akcja dzieje się we współczesności w Kazimierzu Dolnym oraz w latach powojennych w Gorzowie Wielkopolskim. Autorka opowiada o potrzebie macierzyństwa, która przenosi góry, a także o skutkach walki o dziecko za wszelką cenę.

Czytelniczki chwalą wzruszenia, których dostarcza książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 340

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Szczególnie pozdrawiamy czytelników naszej partnerskiej biblioteki w Mieścisku. Niech przygoda z bohaterami naszych książek trwa!

Wydawczyni

Działalność oficyny SILVER objęta jest patronatemPolskiego Towarzystwa Okulistycznego.

Edycja © SILVER oficyna wydawnicza, 2026

Tekst © Hanna Bilińska-Stecyszyn, 2026

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden fragment tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody Wydawcy.

 

Wszelkie podobieństwo do osób i miejsc występujących w książce jest przypadkowe.

 

Wydanie I

Warszawa 2026

Prolog

Dziewczynka, która właśnie przyszła na świat, była śliczna jak laleczka. W słoneczny poranek pod koniec maja, gdy dni oszałamiają wonią bzów i jaśminów, najwyraźniej zrobiło jej się niewygodnie w ciasnocie brzucha matki. Zapragnęła zatem jak najszybciej opuścić dotychczasowe legowisko.

Urodziła się w asyście lekarza i położnej współpracujących ze sobą niczym idealnie zgodny tandem. Profesjonalny i zarazem empatyczny, serwujący jęczącej z bólu położnicy serdeczne słowa pocieszenia i wsparcia. Tuż przy nich, w pobliżu drzwi szpitalnej porodówki czekała na swoją kolej pielęgniarka z oddziału noworodków, żeby tam przenieść dziecko.

Zaledwie przez kilka minut malutka była jedynaczką. Doktor właśnie ściągnął rękawice i zaczął zdejmować fartuch. Położna, obmywszy maleństwo i zawinąwszy je wprawnie w szpitalny pieróg, przekazała je pielęgniarce. Następnie stanęła przy kobiecie, by odebrać łożysko i ją umyć.

– Doktorze! – krzyknęła nagle. – Główka! Drugie idzie!

Tym sposobem powitano na świecie dziewczynkę numer dwa. Młodszą od siostry o pięć minut, lżejszą o dziesięć gramów oraz krótszą o jeden centymetr. Każda z dziewczynek ważyła niewiele więcej niż dwa kilogramy. Mimo że tak małe, wszystkie parametry miały w normie. Od pierwszych chwil głośnym krzykiem zaświadczyły, że dzielnie poradzą sobie na tym nienajlepszym ze światów.

Kobietę przywieziono do szpitala, gdy odeszły jej wody płodowe. Zaczął się poród, trzeba było działać w pośpiechu. Nikt z personelu nie spodziewał się ciąży mnogiej. Świeżo upieczona matka także. Jak się okazało w wywiadzie, było to jej pierwsze spotkanie z tak pięknymi dziedzinami medycyny, jakimi są ginekologia i położnictwo.

Maleńkie nadgarstki dziewczynek obwiązano tasiemkami opisanymi numerami i nazwiskiem kobiety, inaczej personel szpitalny nie byłby w stanie ich odróżnić. Zszokowana matka również. Gdy przewieziono ją na salę położnic, wciąż płakała. Dopiero w drugiej dobie odkryto, że jedna z dziewczynek, ta z numerem jeden, na lewej nóżce tuż nad zgięciem kolana ma dwa nieduże ciemnobrązowe znamiona. To był jedyny sposób na identyfikację sióstr. Jedynka to ta z pieprzykami, dwójka bez.

Dziewczynki od razu zaczęto dokarmiać, by zwiększyć ich wagę urodzeniową, zwłaszcza że położnica miała niewiele pokarmu, a malutkie przy jej piersi głównie płakały, zamiast ssać. Ich matka sama przypominała zagubione dziecko. Pytana o to, jakie imiona nada córeczkom, jedynie bezradnie kręciła głową. I znowu miała oczy pełne przerażenia i łez.

Czy pani ma na imię Julia?

„Kazimierz Dolny nad Wisłą jak perła między wzgórzami”[1] – niemal bez przerwy tłukło się w mojej głowie. Wprawdzie nie przepadałam za piosenkami późnego Grechuty, o wiele bardziej wolałam te z pierwszych lat jego twórczości, ta jednak w pełni oddawała koloryt miasteczka, do którego znowu przyjechaliśmy. Nic dziwnego, że od rana raz po raz nuciłam ją w myślach.

Dzień był gorący, prawdziwie letni. Siedzieliśmy z Krzyśkiem w ogródku Kawiarni u Radka – naszej ulubionej od dnia, gdy ją odkryliśmy rok temu podczas pierwszej bytności w Kazimierzu. Skoro to była moja i Krzysztofa druga wizyta w słynnym miasteczku, powtarzaliśmy wiele spośród poznanych już szlaków. Odwiedziliśmy Korzeniowy Dół, zabytkowy kirkut, Kuncewiczówkę, malowniczą ulicę Krakowską, Bulwar Nadwiślański… To nigdy nam się nie znudzi. Zresztą odkrywaliśmy także nowości: świeżo budowane lub odrestaurowane domy i pensjonaty bogato zdobione tutejszą odmianą kamienia, zwanego opoką kazimierską, czy nieznane nam wcześniej uliczki i restauracje.

Teraz rozparci wygodnie w ogródkowych fotelach łapaliśmy oddech po przebytej trasie. Niby tylko spacer, jednak trochę dał się nam we znaki. Za rok miało nam stuknąć pół wieku chodzenia po tym świecie – to już nie te czasy, gdy nasze kroki przypominały rącze podskoki młodych łań i zwinnych jelonków. W kawiarnianym ogródku cień wielkiego parasola pozwalał obronić się przed upałem, tak samo jak kawa mrożona i beczkowe piwo. A nogi mogły odpocząć po wspinaczce na Górę Trzech Krzyży i zejściu po stromiźnie kocich łbów ulicy Zamkowej.

Dochodziła trzynasta, jeszcze nie wszystkie miejsca w ogródku były zajęte. Przy stoliku przed nami nikt nie siedział, mogliśmy więc swobodnie popatrywać na ludzi kręcących się po rynku. To jeden z kazimierskich rytuałów – a nuż wypatrzy się kogoś znanego z ekranu czy z estrady. Zwłaszcza w czasie festiwalu filmowego.

– Krzysiu, słuchaj – powiedziałam w pewnym momencie do męża, przysuwając głowę, tak żeby nikt niepowołany nie mógł nas usłyszeć – chyba mignął mi przed chwilą ten aktor z Nadobre i na złe, wiesz, ten z jeżykiem. Doktor Wójcik czy jak mu tam. Ale nie to ci chciałam powiedzieć. Tylko proszę, nie rozglądaj się! – Na wszelki wypadek chwyciłam męża za rękę.

– Co się dzieje? – Krzysztof spojrzał na mnie zaskoczony, a jednocześnie trochę rozbawiony. – No to co, że aktor? Chcesz pobiec za nim po autograf?

– Przestań. – Skrzywiłam się. – Mówiłam, że nie o niego chodzi. Tam po lewej, przy pierwszym stoliku – ściszyłam głos – siedzi taki dziwny facet. Niby czyta gazetę, ale… Tylko nie patrz teraz, bo się zorientuje, że o nim mówimy. To znaczy nie on jest dziwny, dziwne jest jego zachowanie. Cały czas mi się przypatruje.

– Może to twój znajomy?

– A skąd, pierwszy raz go widzę!

– To może cię bierze za jakąś gwiazdę filmową? – Krzysztof uśmiechnął się i pociągnął łyk piwa. – O, jak mi tego było trzeba… – westchnął z lubością.

– Nie żartuj z tą gwiazdą! Przecież nie zmyślam. – Uniosłam głowę i spojrzałam w lewo, żeby się upewnić, czy nie mam zwidów. – O, znowu – szepnęłam. – Gapi się.

– Zaraz sprawdzę. – Krzysztof, jak zwykle w podobnych sytuacjach, zachowywał spokój, co najwyżej okraszony żartobliwymi nutkami. – Pewnie mu się spodobałaś. Mam być zazdrosny?

Lubiłam poczucie humoru mojego męża, zwłaszcza gdy doprawiał je czułością, tym razem jednak żarty Krzyśka wcale mnie nie bawiły. Ze złością pociągnęłam przez słomkę tak duży łyk kawy, że lodowaty haust poczułam od razu w gardle. To nie było przyjemne, omal się nie zakrztusiłam.

Po rynku, mimo że dzień osłabiał wszystkich skwarem początku sierpnia, kręciło się sporo ludzi. Wycieczki seniorów w okularach przeciwsłonecznych i kapeluszach, pojedynczy turyści, trójka rozchichotanych dzieciaków ganiających się wokół studni, wszędobylskie Cyganki zaczepiające spacerowiczów, żeby naciągnąć ich na wróżenie. Jak to latem w Kazimierzu. Nagle jedna z dziewczynek się przewróciła. Rozbiła kolano, co obwieściła rozdzierającym płaczem. Aż się poderwałam, żeby ruszyć jej na pomoc i otrzeć dziecięce łzy, lecz szybko obok małej pojawiła się młoda kobieta, zapewne jej matka, i zaczęła tulić córeczkę. Z rozczuleniem przyglądałam się tej scenie, przypominając sobie, jak w podobnych sytuacjach pocieszałam kiedyś Kubę i Miśka, naszych synków.

Na tle studni fotografowała się właśnie para nastolatków, długowłosa dziewczyna w sukience w biało-zielone paski i jej towarzysz w bermudach i podkoszulku bez rękawów. Oni tragedią małej w ogóle się nie interesowali. Gdy zakończyli sesję zdjęciową, schronili się pod daszek studni, żeby napić się wody. Ze śmiechem zaczęli się ochlapywać, potem chłopak pociągnął partnerkę za rękę i ruszyli w stronę sklepików pod filarami. Krzysztof podążył za nimi wzrokiem i w ten sposób mógł omieść spojrzeniem również mężczyznę z gazetą.

– Kochanie, informuję, że wszystko w porządku – zameldował. – Czyta gazetę. Chyba przesadzasz z tym obserwowaniem.

– Może – uspokoiłam się nieco.

A jednak… Czułam, że za chwilę ten mężczyzna podniesie głowę i znowu spojrzy w moim kierunku. Tak się stało w istocie. Ułamek sekundy – i powrócił do czytania. Czy raczej udawania, że czyta.

Byłam stuprocentowo pewna, że nigdy wcześniej go nie spotkałam. Kiedy wchodziliśmy z Krzyśkiem do kawiarnianego ogródka, ten mężczyzna już tam siedział samotnie przy stoliku blisko wejścia, przed nim leżało jakieś kolorowe pismo. Z wyglądu ktoś z naszej półki wiekowej, pięćdziesięciolatek, może ciut starszy. Sączył kawę. Miał na sobie błękitne dżinsy i dziwny wielobarwny kubrak, który od razu rzucał się w oczy. Pewnie dlatego i ja zwróciłam na niego uwagę.

Gdy mijaliśmy jego stolik, spojrzał na nas. Niby tak jak się patrzy na nieznajomych, mimochodem. Jednak w ułamku sekundy zdążyłam dostrzec, że w jego oczach zapalił się nagły błysk – ni to zaskoczenie, ni to przypomnienie. Potem, gdy już siedzieliśmy z Krzyśkiem przy stoliku i sączyliśmy zamówione napoje, znowu napotkałam wzrok tego człowieka. Tym razem patrzyliśmy na siebie nieco dłużej niż kilka sekund. On nawet się uśmiechnął i podniósł rękę, jakby chciał pomachać dawno niewidzianej osobie, którą teraz niespodziewanie spotyka, lecz jeszcze nie ma pewności, czy to naprawdę ona.

Nie doczekał się odzewu, bo odwróciłam głowę. Jedyne, co zaobserwowałam kątem oka, to że zdjął tę papuzią kurtkę, z pewnością zbyt ciepłą na taki upalny dzień. Powiesił ją na oparciu krzesła. Został w jasnoszarej koszulce polo z krótkim rękawem. Powachlował się gazetą, a potem udawał, że zatopił się w lekturze, kontynuując ten dziwny spektakl spojrzeń.

Mijały kolejne minuty. Ukradkowa obserwacja trwała. I coraz bardziej mnie irytowała. Tak zapewne musiała się czuć Izabela Łęcka, gdy w teatrze przewiercał ją wzrokiem zafascynowany nią Stach. Przyszło mi do głowy to właśnie skojarzenie, bo Lalka to moja ukochana powieść i nawet zabrałam ją do Kazimierza, żeby przed zaśnięciem wracać do ulubionych fragmentów. Tyle że ani ja nie miałam urody Beli, ani ten mężczyzna nie nosił fraka. Choć trochę, to musiałam przyznać, przypominał z urody Jerzego Kamasa, w dodatku bródkę miał podobną.

– Krzysiu, w naszych szklankach widać dno, zbierajmy się. Powinniśmy jeszcze zrobić zakupy na kolację i śniadanie, bo niewiele nam zostało z wczoraj. Poza tym czuję się jak małpa w zoo – poskarżyłam się mężowi. – On się znowu gapi.

– Znowu? Mam go wyzwać na pojedynek, że nadmiernie interesuje się moją żoną, czy pogratulować dobrego gustu? – Krzysztof zrobił groźną minę, po czym puścił do mnie oko.

– Jasne, że na pojedynek. Proponuję w tych wierzbowych zaroślach nad Wisłą. – Zachichotałam rozbawiona. – Jutro, o wschodzie słońca.

– Nie chce mi się tak wcześnie wstawać.

– Więc daruj mu życie. I chodźmy stąd.

Mężczyzna w szarej koszulce najwyraźniej się domyślił, że rozmawiamy o nim i niedługo wyjdziemy, bo nagle się podniósł i ruszył w naszą stronę, przeciskając się między stolikami. Po chwili stał już przy nas.

– Przepraszam, że państwa niepokoję – zaczął. – Mam pytanie.

Z bliska dostrzegłam siatkę zmarszczek wokół jego oczu – ocienionych czarnymi rzęsami i szarobłękitnych „niczym dwa wiadra pełne wody, w której odbija się lekko zachmurzone niebo”. Przypomniało mi się to porównanie z dawno czytanej książki, lecz nie pamiętałam jej tytułu.

– Tak? – spytał Krzysztof. Nie zabrzmiało to zbyt grzecznie.

– Czy jest pani… – Mężczyzna zignorował mojego męża, patrzył wyłącznie na mnie. – Czy mieliśmy kiedyś okazję się poznać? – W jego jasnych oczach zapaliła się nadzieja, że usłyszy odpowiedź twierdzącą.

– Przykro mi. Nie mieliśmy – zaprzeczyłam stanowczo. – Pierwszy raz pana widzę.

– Na pewno? – nie ustępował. – Bo te loki i pani uśmiech, rysy twarzy…

– Loki? Miliony kobiet takie mają. Chyba mnie pan z kimś myli.

– W takim razie proszę o wybaczenie. – Skinął głową, lecz minę wciąż miał pełną niedowierzania, jak ktoś przekonany o tym, że nie mówią mu prawdy, i jedynie dla świętego spokoju ustępuje. – Do widzenia. – Ruszył w stronę swojego stolika, bez pośpiechu, jak na zwolnionym filmie. Po kilku sekundach odwrócił się jednak, zrobił dwa kroki, znów był blisko. – Czy pani ma na imię Julia? – wypalił.

– Julia? – Gdybym nadal piła kawę, teraz na pewno bym się zakrztusiła. – To znaczy…

Nie dokończyłam, bo Krzysztof złapał mnie za rękę. Wzbudzaliśmy już zainteresowanie, kilka osób z sąsiednich stolików zaczęło się nam przypatrywać i zjawił się kelner, zapewne w obawie, że może dojść do awantury.

– Drogi panie – Krzysztof podniósł się i wycedził prosto w twarz natręta – wystarczy tych indagacji. To moja żona od ponad dwudziestu lat i wiem najlepiej, jak ma na imię. Zapewniam, że nie Julia. A teraz będzie pan uprzejmy zostawić nas w spokoju. Poprosimy rachunek – zwrócił się do kelnera.

– Już przynoszę. – Chłopak oddalił się, zbierając po drodze opróżnione filiżanki i pucharki po lodach.

Krzysztof przysiadł jeszcze na chwilę na brzegu krzesła, po powrocie kelnera uregulował rachunek i ruszyliśmy do wyjścia.

Gdy mijaliśmy stolik Poszukującego Julii – tak nazwałam go w myślach – mężczyzna nie patrzył na nas. Siedział lekko pochylony, z brodą podpartą dłonią zwiniętą w pięść.

Nie był to radosny widok.

– Szkoda, że nie mogliśmy mu pomóc – powiedziałam do męża, gdy wędrowaliśmy do sklepu.

– Szkoda – potwierdził.

Na skraju rynku przechodzącym w ulicę Browarną trochę trzeba się było poprzeciskać wśród ludzi, więc nie dało się rozmawiać. Turyści kupowali widokówki, pamiątki, piegowata plastyczka w słomianym kapeluszu rysowała portrety. Właśnie odbywała się sesja z kilkuletnią dziewczynką. Mała, niezwykle przejęta, siedziała na rozkładanym stołeczku, obok stali jej rodzice.

Weszliśmy do sklepiku pod schodami. W pomieszczeniu kłębił się tłum, minęło sporo czasu, zanim zbliżyliśmy się do lady. Chłopak przed nami, w czarnym T-shircie z nieco wyblakłym napisem „It’s My Life”, chciał kupić dwie puszki najtańszego piwa. Miał na głowie sporą szopę włosów o nieokreślonym kolorze i dziecinną twarz cherubinka. Ekspedientka poprosiła go o okazanie dokumentu tożsamości. Z przewieszonej przez ramię podniszczonej skórzanej konduktorki wygrzebał dowód osobisty, sprawdziła, mruknęła „Przepraszam, muszę”, podziękował z uśmiechem. Po tej wymianie uprzejmości zaczął wygrzebywać drobniaki z kieszeni dżinsów. Zabrakło mu paru groszy. Sprzedawczyni machnęła ręką, podała mu puszki. Zapewnił, że odda przy okazji, i zaczął przepychać się do wyjścia. Jego pełnoletniość faktycznie musiała mieć bardzo świeżą datę ważności. Z powodu loczków przypominał trochę naszego młodszego syna, Miśka. „Ciekawe, co tam u chłopaków, trzeba zadzwonić”, pomyślałam.

Kupiliśmy coś na śniadanie i wodę mineralną. Krzysiek zapakował zakupy do plecaka.

– Trzeba by to zanieść do pensjonatu. A jutro targ, mam ochotę na pomidory prosto z krzaka i ten serek z czarnuszką, który odkryliśmy w ubiegłym roku – powiedziałam, gdy wyszliśmy ze sklepu i ruszyliśmy w stronę Nadrzecznej.

Targ na kazimierskim rynku, w każdy wtorek i piątek odbywający się w otoczeniu zabytkowych kamienic, to jedna z głównych atrakcji miasteczka. Kupowaliśmy tam zawsze pomidory wielkie jak talerze deserowe, ogórki małosolne, owoce, lokalne sery i inne przysmaki. Już sam slalom między klientami i sprzedawcami zachwalającymi swój towar, wśród tych wszystkich zapachów, barw i dźwięków, sprawiał przyjemność.

– Ten chłopak w sklepie, taki młodziak, podobny do Michała. Widziałaś? Musimy zadzwonić do naszych – odezwał się Krzysztof, gdy po przejściu przez mostek nad Grodarzem skręciliśmy w Nadrzeczną.

– Właśnie miałam to powiedzieć.

Ucieszyło mnie, że pomyśleliśmy o tym samym. Często się tak zdarzało. Podobno w długoletnich związkach to normalne, jedno zaczyna coś mówić, drugie wchodzi mu w słowo: „Wiesz, też mi to przyszło do głowy!”.

– Tylko nie teraz, pewnie nie ma ich w domu – dodał Krzysztof.

– Jasne – zgodziłam się. – Zadzwonimy do chłopaków pod wieczór, zapewne siedzą nad wodą.

– Taki upał. Również bym wskoczył do jeziora… – rozmarzył się Krzysiek. – A póki co mam propozycję. Nie ciągajmy się w taki gorąc w tę i z powrotem. Dochodzi druga, już bym coś zjadł. – Przystanął, wskazując na mijane właśnie schodki wejściowe do Grilla u Michalaków. – Potem pójdziemy po bilety. Zakupy odniesiemy na koniec. Co ty na to?

– Ja na to, że jasne, wejdźmy, skoro zgłodniałeś. Wprawdzie w ten skwar na mięcho nie mam ochoty, w dodatku głowa zaczyna mnie ćmić. Najwyżej wezmę coś z baru sałatkowego.

Nałożyłam sobie kopiasty talerz warzyw, Krzysztof poprosił o karkówkę. Jadłam jednak z mniejszym niż zazwyczaj apetytem, bo nieprzyjemne ćmienie w skroniach coraz silniej dawało mi się we znaki. Z powodu upału, a pewnie też po emocjach dzisiejszego dnia.

W głowie miałam mętlik. Tych kilka zdań, które zamieniłam z mężem po opuszczeniu Kawiarni u Radka, o zakupach, synach czy obiedzie, nie było w stanie wyrugować myśli o dziwnym spotkaniu z facetem w popielatej koszulce. Wciąż wypływały na powierzchnię. W labiryncie zwojów mózgowych rozpychały mi się jego słowa: „Te loki i uśmiech… Czy pani ma na imię Julia? Czy pani ma na imię Julia?”. Z twarzy Krzysztofa wyczytałam, że on ma podobnie. Jednak z pełnymi ustami trudno było rozmawiać. Grillowana karkówka była tak wielka i tak cudownie pachniała ziołami, że nie wytrzymałam i skubnęłam parę kawałków z talerza Krzyśka.

To on wreszcie zainicjował rozmowę.

– Aniu, martwisz się tym spotkaniem? – zapytał, gdy przełknął ostatni kęs.

– Nie, nie martwię. Raczej się zastanawiam, skąd taka pomyłka. No i… Przyznaję, zafrapowało mnie to. Ciekawe, kim jest tajemnicza Julia, której tamten facet poszukuje.

– Zadanie za dziesięć punktów. Ma twoje loki, twój uśmiech, a nie jest tobą. Zgadnij, kto to – spróbował żartu, ale z coraz dotkliwszym bólem głowy nie miałam ochoty na zabawę.

– Królewna Śnieżka – mruknęłam na odczepnego.

Kiedy wyszliśmy z restauracji, podjął temat poważniejszym tonem:

– Chyba widzę wyjaśnienie tej zagadki – zaczął. – Ta Julia faktycznie może być bardzo podobna do ciebie. Czytałem, że każdy człowiek ma sobowtóra.

Przechodziliśmy znowu przez skwer, na wąskim chodniku co rusz trzeba się było z kimś wymijać.

– Przysiądźmy gdzieś na chwilę, bo w tym tłumie nie da się rozmawiać. Może na Małym Rynku? Tam powinno być luźniej – zaproponowałam.

Po kilku minutach przycupnęliśmy obok budynku dawnej synagogi, na schodkach wiodących do ulicy Lubelskiej. Słońce przewędrowało już kawałek w stronę zachodu, dzięki czemu znaleźliśmy nawet skrawek cienia rzucanego przez boczną ścianę budynku. I przechodniów było tu znacznie mniej.

– Pamiętasz, jak twój brat mówił – kontynuował Krzysztof – że w Poznaniu jest taki gość, jakiś pracownik teatru, bardzo podobny do mnie? Aż się Andrzej pomylił i chciał zagadać, dopiero z bliska poznał, że to nie ja. Potem wiele razy myślał, że mnie widzi. No więc gdzieś na pewno istnieje kobieta, która jest twoją sobowtórką.

– Pewnie tak.

– Istnienie ludzi o bardzo podobnych lub identycznych rysach twarzy, włosach, kolorze oczu zostało potwierdzone naukowo – dorzucił na uzasadnienie swojej teorii.

– Ja nawet gdzieś czytałam, że każdy z nas ma siedmiu sobowtórów – dodałam. – Ale to chyba legenda. Mnie zresztą wystarczy jeden. To znaczy jedna. Jej szuka ten mężczyzna.

– To zapewne jedyne wyjaśnienie. Chodźmy już po te bilety. – Krzysztof podniósł się i podał mi rękę.

– Swoją drogą… Może snuję jakieś wizje z kosmosu, lecz chciałabym poznać tę kobietę. Czuję, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. – Uśmiechnęłam się, wstając.

– Faktycznie z kosmosu. Kochanie, tylko mi nie odleć. – Krzysiek objął mnie przez plecy, po czym potarmosił mi grzywkę.

– To przez ten upał. Ale wiesz, Krzysiu, jako smarkula bardzo chciałam mieć siostrę. Nawet jednej lalce dałam na imię Marzenka, z powodu tych marzeń. Bawiłam się, że ona jest moją młodszą siostrą. Doskwierało mi bycie jedynaczką. Potem Andrzej się urodził, lecz wtedy miałam już dziesięć lat. A siostra, cóż, pozostała w marzeniach.

Na Lubelskiej znowu uderzył nas żar rozgrzanej słońcem ulicy. Na szczęście od Nadwiślańskiej, gdzie znajdowało się kino festiwalowe, dzieliło nas tylko kilka minut spaceru.

Filmy wyświetlano w wielkim namiocie znajdującym się obok Szkoły Rzemiosł Budowlanych[2]. Na dziedzińcu tłum chętnych na zakup biletów tworzył grubaśny ogonek. Stanęliśmy karnie na końcu, wkrótce za nami pojawili się następni, trzy dziewczyny w kolorowych zwiewnych ciuszkach, wraz z nimi dwóch równie barwnych chłopaków. Widać było po nich wakacyjny luz. Drażniły mnie ich chichoty, aż korciło mnie, żeby zatkać uszy. Oczywiście tego nie zrobiłam, jedynie strofowałam się w duchu, że jestem starą marudą, przecież młodość ma prawo tak się śmiać z byle czego. To przez tę cholerną bolącą głowę i konieczność stania w tłumie, mimo że poprzedniego dnia kolejkowe towarzystwo zupełnie mi nie przeszkadzało. Ale dziś…

Miałam wrażenie, że przesuwamy się straszliwie wolno, słońce nad nami też nie miało litości.

– Krzysiu, łeb mi pęka – poskarżyłam się wreszcie. – Odeszła mi ochota na kino. Jutro możemy się wybrać nawet na dwa seanse, dobrze? Chodźmy do domu, muszę wziąć tabletkę. Szkoda, że nie mam przy sobie. Chociaż wody mi daj.

Krzysiek spojrzał na mnie z troską i wyciągnął z plecaka butelkę mineralnej, którą wypiłam duszkiem niemal do dna.

– Nie ma sprawy. Wracamy – powiedział.

Zanim zrobiliśmy w tył zwrot, wśród ludzi cisnących się w pobliżu kasy mignęła mi popielata koszulka. Natychmiast poznałam. To był on. Poszukujący Julii. Również wybierał się na film.

– Zobacz, kto tam stoi. – Szturchnęłam Krzysztofa w ramię.

– Też go zauważyłem. Pewnie kinoman tak jak my – skwitował.

Poszukujący Julii zajęty był rozmową z innym mężczyzną, lecz chyba wyczuł, że na niego patrzę, bo się odwrócił. I uśmiechnął się, jak do kogoś znajomego. No tak, można powiedzieć, że zawarliśmy znajomość, choć w nietypowych okolicznościach. Więc i ja się uśmiechnęłam. Mimo to poczułam ulgę, że nie zdecydowaliśmy się na pójście do kina. Nie chciałam kolejnej niezręcznej sytuacji.

Po kilkunastu minutach marszu ulicą Lubelską dotarliśmy do Willi Pod Kasztanami, naszej – od pierwszego pobytu w Kazimierzu – ulubionej noclegowni. Od razu połknęłam tabletkę przeciwbólową, potem zaparzyłam sobie kawę. W oczekiwaniu, aż lek zacznie działać, wyszłam na balkon. Krzysiek po szybkim prysznicu postanowił trochę podrzemać.

W ogrodzie pan Jarosław, nasz gospodarz, właśnie podwiązywał krzewy pomidorów. Powietrze drgało z gorąca, jednak wesołe barwy warzywnych i kwiatowych grządek, zieleń trawnika i rosnących przy nim drzew były jak balsam. Nie docierały tu odgłosy z ulicy, czasem tylko odezwał się jakiś ptak. Istna arkadia, zwłaszcza dla mojej głowy, która na szczęście z minuty na minutę miała się lepiej.

Przysiadłam na tarasowym foteliku i powoli sączyłam kawę. Przymknęłam oczy. Było mi dobrze, spokojnie. Myślałam o filmach, które dzięki festiwalowi już obejrzeliśmy, i o tych, które jeszcze zobaczymy. W pokoju mieliśmy folder z repertuarem festiwalowym, ciekawiło mnie, co będą grali następnego dnia, lecz kręceniem się, otwieraniem i zamykaniem drzwi nie chciałam przeszkadzać Krzyśkowi w drzemce.

Zaczęłam za to wspominać nasz pierwszy przyjazd do Kazimierza.

Zakochałam się w tym miasteczku, gdy w telewizji obejrzałam Dwa księżyce Andrzeja Barańskiego i przeczytałam opowiadania Marii Kuncewiczowej, na podstawie których film zrealizowano. To była połowa lat dziewięćdziesiątych i jeszcze ładnych kilka lat przyszło mi czekać, zanim udało się zrealizować marzenie, żeby pojechać do Kazimierza i zobaczyć wszystkie te cuda z bliska.

Krzysztof mi wprawdzie sekundował, a jednocześnie trochę studził moje zapały – a to ze względu na naszych synów. Dwóch nastolatków, którzy przestali przejawiać ochotę na podróże z rodzicami, choć w dzieciństwie niemało się z nami najeździli. My z kolei uważaliśmy, że są za młodzi, żeby zostawić ich samych. Wprawdzie Jakub, o sześć lat starszy od Michała, zawsze był odpowiedzialny i mogliśmy na nim polegać, jednak dmuchaliśmy na zimne. Bo to wiadomo, co wpadnie do młodych głów pod nieobecność starych? Dopiero w ubiegłym roku, gdy Kuba był już pełnoletni, odważyliśmy się zostawić chłopców samych na gospodarstwie i powierzyć Michała opiece starszego brata. Z trudem ukrywali, jak ich cieszy wizja spędzenia domowych wczasów bez nadzoru dorosłych. Nagotowałam im mnóstwo jedzenia, zostawiliśmy trochę pieniędzy, zaopatrzyliśmy w masę rodzicielskich nakazów i bezcennych rad i wyruszyliśmy.

Ten nasz pierwszy pobyt w Kazimierzu zapamiętam na zawsze. Była połowa lipca dwa tysiące pierwszego roku. Wyjechaliśmy na noc, czekało nas wiele godzin jazdy, z Lubniewic to grubo ponad pięćset kilometrów. Zresztą w ostatniej chwili przed startem zdecydowaliśmy, by pojechać jeszcze dłuższą trasą i odwiedzić też Sandomierz. Jak zwiedzać kawałek Polski, dotychczas nam nieznany, to na całego! Co prawda w Sandomierzu przeszliśmy się jedynie trasą podziemną pod kamienicami i obejrzeliśmy niesamowite malowidła w Bazylice Katedralnej, lecz obiecaliśmy sobie, że na pewno kiedyś wrócimy. Wówczas najważniejszy był Kazimierz.

Ulica Czerniawy, którą tamtego lata wjechaliśmy do miasteczka, wiodła dość stromo w dół, prowadząc do rozwidlenia ulic: Nadrzecznej, Lubelskiej i jeszcze jednej, najciekawiej nazwanej – Kwaskowa Góra.

Tuż za skrzyżowaniem na rozległej łące znajdował się parking. Jakie szczęście, że właśnie tam się zatrzymaliśmy! Miła pani zawiadująca parkingiem zapytana o jakieś miejsca noclegowe, wskazała nam dom po przeciwnej stronie ulicy. Jak się potem okazało, była to żona naszego gospodarza.

Dom był jak spod igły i tonął w zieleni i kwiatach. Na posesji w zgodzie z nazwą przywitał nas rozłożysty kasztanowiec obsypany iglastymi kulkami. Pokoje znajdowały się na pierwszym piętrze, dostaliśmy ten od strony ogrodu – Pod Aniołkiem. Pownosiliśmy bagaże, trochę się ogarnęliśmy po podróży i ruszyliśmy w miasto.

Wszystko było jak w przewodnikach. Kamieniczki, studnie, kościoły. Nawet rynek ten sam co w filmie, choć już nie taki sam. Nie mogłam się powstrzymać od licznych ochów i achów. A te nie słabły mimo ciągłego oganiania się od stad komarów. Niedawna powódź na szczęście nie wyrządziła miastu zbyt wielkich szkód, za to pozostawiła po sobie pamiątkę w postaci plagi brzęczących krwiopijców, które atakowały także w biały dzień. Antykomarowy sprej udało się nam kupić cudem w sklepiku obok rynku, bo właśnie zabrakło odganiaczy, a wolontariuszki zbierały do puszek datki na odkomarzanie miasta.

W odkrytej wtedy Kawiarni u Radka wśród prac kilku znanych artystów zobaczyliśmy przykuwający wzrok ptasio-kobiecy fresk Franciszka Starowieyskiego. Jego samego zresztą też widzieliśmy – akurat przechodził przez rynek. W tym mieście była to dla takich jak my prowincjuszy pozbawionych namacalnego kontaktu z tak zwaną kulturą wysoką po prostu okazja za okazją do rozdziawiania ust w zachwycie.

Tak zaczęła się moja miłość do Kazimierza Dolnego i oby trwała jak najdłużej. Za rok na pewno przyjedziemy tu znowu!

Ten pierwszy najważniejszy sprawdzian z wyrwania się spod skrzydeł rodziców nasi synowie zdali na czwórkę z minusem. Gdy po powrocie weszliśmy do mieszkania, najsłabszymi punktami okazały się kuchnia i łazienka. Zlewozmywak był tak załadowany nieumytymi naczyniami, że jeszcze trochę, a wypadłyby na podłogę. W łazience zaś w ten obraz nędzy i rozpaczy wpisywały się przepełniony kosz na brudy, góra ciuchów rzuconych obok oraz niedomyta wanna. Kiedy wyraziłam oburzenie, Michał próbował się bronić:

– Mamuś, bo trzeba nas było zawiadomić, o której przyjeżdżacie – argumentował. – Nawet pralkę bym zapuścił, przecież umiem!

Rzeczywiście przed startem w drogę powrotną nie zadzwoniliśmy do chłopaków z godziną przyjazdu. Śpieszyliśmy się, poza tym chcieliśmy ich zaskoczyć. Wiadomo, że niespodziewana wizytacja może dać najprawdziwszy ogląd.

– Michu ma rację – dorzucił swoje trzy grosze Kuba. – Gdybyśmy wiedzieli, kiedy wracacie, zrobilibyśmy błyski i nie musiałabyś się denerwować.

– Aha, więc to nasza wina! – Trochę mnie zirytowała ta pokrętna argumentacja, choć bardziej rozbawiła. Przecież kiedyś byłam młoda i też nie przepadałam za domowymi porządkami. – Te wasze „błyski” proszę zrobić teraz. Mam nadzieję, że godzina wam wystarczy – zarządziłam, po czym wróciłam do rozpakowywania bagaży.

Krzysiek nic nie mówił, zapewne w ramach męskiej solidarności. Jedynie uśmiechał się pod nosem.

Późnym wieczorem już w pełni rodzinnej zgody jedliśmy kolację. Wojaże przynoszą wielką radość, jednak powroty do domu zawsze są najmilsze. Zwłaszcza że dogadaliśmy się z chłopakami: każdy następny powrót poprzedzi informacja, kiedy dokładnie mają się nas spodziewać, żeby zdążyli się przygotować.

Po drzemce Krzyśka przejrzeliśmy program i ustaliliśmy, że jutro pójdziemy na francuską komedię Plotka. Dobrze nam zrobi coś lżejszego, szczególnie po wczorajszym seansie dramatu biograficznego o pisarce Iris Murdoch, która zachorowała na alzheimera (bardzo poruszający film, według mnie chyba najlepszy tego festiwalu). Czytałam kiedyś jej powieści, takie mądre! To straszne, co robi z człowiekiem ta okrutna choroba.

Co do drugiego filmu – nie umieliśmy się zdecydować, czy będzie to fabuła, czy może jakiś dokument. Najlepiej gdyby to nie było coś przybijającego, bo nie po to przyjechaliśmy do Kazimierza, żeby miały nas przygniatać wielkie i często nierozwiązywalne problemy tego świata. Może Mikrokosmos, który mieli wyświetlać na zamku w plenerze?

Po kolacji zadzwoniliśmy do chłopaków.

– Cześć, mamo. – Michał odezwał się dopiero po kilku sygnałach. – Nie słyszałem, że dzwonisz, bo miałem słuchawki w uszach.

– Misiu, co u was?

– Michu – poprawił mnie.

Czasem wymykało mi się to „Misiu”, ponieważ tak nazywaliśmy naszego młodszego, gdy był przedszkolakiem. Ale mniej więcej od trzeciej klasy już „Misia” czy nawet „Miśka” absolutnie sobie nie życzył.

– Więc, Michu, co słychać?

– Przed chwilą wróciłem znad jeziora, robię sobie kanapki.

– A Kuba?

– Kuby nie ma.

– Zostawił cię? – Trochę się zaniepokoiłam.

– Mamo! – Michał nie krył oburzenia, najwyraźniej uderzony w godność świeżo upieczonego trzynastolatka. – Czy ja jestem przedmiotem, który można zostawić? Albo małym dzieckiem? Nie utnę sobie palca, nie utopię się w wannie, wyluzuj! Kuba zaraz będzie. Rano pojechał do Gorzowa, do Asi. Ma wrócić ostatnim autobusem.

Asia była od dwóch lat dziewczyną naszego starszego syna. Bardzo ją polubiliśmy. Po maturze oboje zaczęli studia w Zielonej Górze i zamieszkali razem na stancji, związek zatem wyglądał na poważny.

– Co poza tym? – Chciałam wiedzieć. – Macie co jeść?

– Wszystko okej. Zostało jeszcze trochę z zapasów, a jak zabraknie, Asia obiecała, że coś nam ugotuje. Już raz nam zrobiła placki ziemniaczane. Nic się nie martw, na pewno nie umrzemy z głodu. Kiedy wracacie?

– Za parę dni, jeszcze nie wiemy dokładnie, tyle tu atrakcji. Na pewno damy wam znać. Trzymajcie się. Pozdrów Kubę. I oczywiście Asię też! – dodałam. Cieszyłam się, że zapowiada mi się gospodarna synowa.

Następnie zadzwoniłam do rodziców. Przede wszystkim chciałam się dowiedzieć, jak się czują. Chodzili ostatnio po lekarzach, robili różne badania.

Odebrała mama i jak to ona, miała do przekazania wyłącznie dobre wieści. Żeby się o nich nie martwić, wyniki mają niebudzące zastrzeżeń, a jedyne, co im dokucza, to upały.

– Niedługo noc, a wciąż tak ciepło, bo się miasto przez cały dzień rozgrzało do czerwoności. Siedzimy z tatą w ogrodzie pod gruszą i polewamy się wodą – zażartowała mama na koniec. – A właśnie, ojciec coś ci ma do przekazania, zaraz mu dam telefon. Janek, Ania dzwoni! – zawołała.

– Cześć, tato. Mama mówi, że u was wszystko w porządku, ale proszę, uważaj na siebie. Z twoim nadciśnieniem trzeba się pilnować w te gorąca.

– Uważam, bądź spokojna. Córcia, słuchaj, jest propozycja nie do odrzucenia. W drodze powrotnej koniecznie zajedźcie do nas. Mam nadprodukcję pomidorów i ogórków, weźmiecie sobie do domu.

– Z chęcią! Dam wam znać, gdy będziemy blisko, bo mogą się trafić korki, zwłaszcza przy wjeździe do miasta. Bardzo się cieszę na spotkanie. Trzymajcie się, moje staruszki kochane.

Od pewnego czasu z czułością nazywałam rodziców staruszkami i oni to lubili, choć do prawdziwej starości wciąż im było daleko. Może w dziewiętnastym stuleciu sześćdziesiąt siedem i sześćdziesiąt osiem lat oznaczało już sędziwy wiek, ale dzisiaj, na początku dwudziestego pierwszego? Absolutnie nie!

Mama urodziła mnie młodo, mając niespełna osiemnaście lat. Tato ożenił się z nią trochę później, gdy wyszedł z wojska. Nie był moim prawdziwym ojcem, choć oczywiście prawdziwszego i lepszego nie mogłabym sobie wymarzyć. Oboje pochodzili z jednej wsi i w tym samym transporcie przybyli z rodzicami na Ziemie Odzyskane, do Lubniewic. Chociaż był o rok starszy, chodzili do jednej klasy, bo zaraz po wojnie nie przywiązywano jeszcze tak dużej wagi do roczników; mama, bystra dziewuszka, poszła do szkoły o rok wcześniej. Już w podstawówce Jan się w niej podkochiwał. Tylko że najpierw los mocno namieszał w ich życiu, a szczególnie w życiu mojej mamy. Jako tak zwana panna z dzieckiem wyszła za tatę najpierw z wdzięczności, a dopiero potem szczerze go pokochała.

Biologicznego ojca nie znałam. Nie mogłam go poznać, gdyż umarł tragicznie przed moim przyjściem na świat. Utonął. Rodzice powiedzieli mi o tym, gdy miałam kilka lat. Nie chcieli, żebym dowiedziała się z plotek wścibskich sąsiadów. Wiadomo, jak to w małej miejscowości, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, a czego nie wiedzą, to zmyślą. Oczywiście rodzice ostrożnie przekazali mi tylko te najkonieczniejsze informacje, żeby mnie nie przerazić. Małemu dziecku to w zupełności wystarczyło, dom rodzinny pełen miłości zapewniał mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy podrosłam, nachodziły mnie niekiedy podejrzenia, że okoliczności moich narodzin to rodzinne tabu, lecz i wtedy nie dopytywałam, by nie sprawiać przykrości rodzicom. Zresztą ta wiedza do niczego nie była mi potrzebna.

Gdy miałam dziesięć lat, urodził się Andrzej, mój brat. To u niego i jego żony Beaty mieszkali teraz mama i tato. Przed kilku laty po naradzie rodzinnej postanowiliśmy sprzedać nasz lubniewicki stary dom, który sypał się na całego. Nawet szybko poszło, bo trafił się inwestor z dużą kasą i było go stać na zrobienie z tej chałupki cacuszka. My z Krzysiem wtedy już mieszkaliśmy na swoim, a Andrzej z Beatą po studiach zostali w Poznaniu, gdzie rozkręcili dobrze prosperującą firmę. Mieli spore dochody, kupili dom z ogrodem na Krokusowej, jednej z kwietnych ulic poznańskiego Junikowa. Do nich przenieśli się rodzice. Niby nie przesadza się starych drzew, lecz po pierwsze nie byli jeszcze starzy, a po drugie wielki atut stanowił całkiem spory przydomowy ogród. W środku wielkiego miasta – zielony azyl. Tato zawsze lubił prace ogrodnicze, więc z zapałem zabrał się do różnych upraw owocowo-warzywnych. Mama, przez całe wcześniejsze życie pracująca jako krawcowa, w Poznaniu zakończyła krawiecki rozdział i w końcu rycie w ziemi, sianie, pielęgnowanie kwiatów, grabienie i podlewanie też sprawiało jej radość.

Z bratem, tak dużo ode mnie młodszym, dłuuugo nie udawało mi się złapać dobrego porozumienia. Nie miałam wtedy pojęcia, jaki z niego wyrośnie fajny facet! Mądry i odpowiedzialny. Na początku byłam zazdrosna o względy okazywane bobasowi. Kiedy podrósł, a ja byłam już nastolatką z pretensjami, tym bardziej mnie irytował. Wciąż mnie zaczepiał, mały złośliwiec. I musiałam ustępować, bo od starszej siostry rodzice oczekiwali więcej niż od smarkacza – byłam przeświadczona o tej „niesprawiedliwości”.

Gdy się na mnie o coś gniewał, nazywał mnie owcą. Urodziłam się, jak czasem wspominała mama, zupełnie łysa, lecz włosy szybko pojawiły się na mojej głowie i od razu skręcały się w mnóstwo pierścionków. Po pierwszych postrzyżynach nic się nie zmieniło, wręcz przybyło loczków – jasnoblond, bo w dzieciństwie właśnie taki miały kolor, potem ściemniały. Sąsiadki i klientki mojej mamy zachwycały się, że to jak aureola i że wyglądam jak aniołek. Mama zaś szepnęła mi kiedyś, tak żeby tato nie słyszał, że te loczki odziedziczyłam po moim biologicznym ojcu.

Oczywiście aniołka z aureolą wolałam od owcy. Zresztą tych swoich kudłów strasznie nie lubiłam, zawsze był kłopot z ich rozczesywaniem. Jako nastolatka zazdrościłam koleżankom fryzur na topielicę, prostych, długich do ramion. Gdyby nawet istniały wtedy prostownice, przypuszczam, że z moim gąszczem niewiele dałoby się zrobić. Związywałam loki z tyłu gumką, żeby je trochę ujarzmić, i zamartwiałam się, że taka smętna owieczka nie spodoba się żadnemu chłopakowi.

Krzysztof wydobył mnie z otchłani kompleksów, a moje włosy nazwał oceanem loczków. Szczególnie że wtedy nastała moda na afro, na wzór Angeli Davis, i ja się w nią nieźle wpasowywałam. Dziś nawet się cieszę, że mam zgrabną fryzurkę, z którą nie trzeba się biedzić i w której mi do twarzy, a swoich kędziorków z kolei nie lubi Michał. Mówi, że to niesprawiedliwe, że on je po mnie odziedziczył, a Jakub ma proste po ojcu.

Takie kręcone włosy jak moje zapewne ma – miała – również owa Julia, której poszukiwał nieznajomy z kawiarni. I tysiące innych kobiet, jak mu odpowiedziałam.

Znowu przypomniało mi się to dziwne spotkanie. Szczęśliwie poświęciłam przypomnieniu zaledwie chwilkę, głowę mając już zajętą czym innym. Nadrzeczną wędrowaliśmy w stronę Bulwaru Nadwiślańskiego. Nareszcie było czym oddychać, upał w znacznym stopniu zelżał.

Po kilkunastu minutach minęliśmy piekarnię i restaurację Sarzyńskich, następnie po przeciwnej stronie, tuż przed skrętem w ulicę Tyszkiewicza, sympatyczny bar Weranda, który nazywaliśmy Tramwajem. U jego stóp w kamiennym kanale szemrze potok o nazwie Grodarz. Czasem zdarzało mu się głośno szumieć i bulgotać, lecz tylko po burzach. Teraz jednak nie zanosiło się na burzę i dnem kanału ledwie ciurkała cieniutka strużka.

Kawałek dalej z festiwalowego namiotu dobiegły do naszych uszu dźwięki filmowych dialogów. Trochę zrobiło mi się żal, że tego wieczoru nie siedzimy w kinie. Dobrze, że na pociechę następnego dnia zamierzaliśmy podwójnie zaserwować sobie atrakcje seansowe.

Nad Wisłą zgromadziło się sporo ludzi, tak jak my spragnionych cowieczornego widowiska. Niczym na nadbałtyckiej plaży, choć tam czerwona kula, zmniejszająca się do cieniutkiego okrawka, ginęła w otchłaniach morza. Tutaj słońce żegnało się z dniem po drugiej stronie rzeki, coraz bliższe kępom łozin, w których gąszczu zamierzało się skryć. Niebo mocno poróżowiało – najpierw przybrało niesamowitą gołębią barwę wczesnego zachodu, a potem oblekło się w krwiste szaty, rozsnuwając na falach długaśne czerwone smugi.

Siedzieliśmy na schodkach wiodących w dół ku betonowemu nabrzeżu, przy którym cumowały statki wycieczkowe. Ludzie robili zdjęcia, pozowali na tle zachodu, głosy zachwytu mieszały się z krzykiem nadwiślańskich rybitw i mew. Ptaki też żegnały dzień, udając się na spoczynek.

Poniżej naszego stanowiska, obok grupki ludzi, którzy zeszli nad samą wodę, kolejny raz tego dnia dostrzegłam męską sylwetkę w pstrej kurtce.

Znowu on.

1 Z piosenki Marka Grechuty o tym samym tytule.

2 Dzisiejszy Zespół Szkół im. Jana Koszczyca Witkiewicza.

To jest fragment książki.Pełna wersja zawiera dalsze rozdziały.

Drogi Czytelniku!

Dziękujemy za zakup naszej książki. Pamiętaj, że powstała ona wysiłkiem wielu osób: autorki, zespołu redakcyjnego oraz grafików. Oczywiście możesz ją pożyczać bliskim Ci osobom. Jeśli mówisz o niej komuś, wspomnij o wydawnictwie. Możesz też nas cytować, ale nie zmieniaj treści i podawaj tytuł i nazwiska twórców.

Do zobaczenia znów!

Tekst: Hanna Bilińska-Stecyszyn

Redakcja: Iwona Krynicka

Korekta: Joanna Wśniewska, Magdalena Wołoszyn-Cępa

Projekt okładki i stron tytułowych: Ilona Gostyńska

Opracowanie e-booka: Leszek Kwiatkowski

Projekt logotypów: Maciej Szymanowicz

 

SILVER oficyna wydawnicza

ul. Madalińskiego 67C/5

02-549 Warszawa

[email protected]

ISBN: 978-83-980767-0-8