Baśniobór - Brandon Mull - ebook

35 osób właśnie czyta

Opis

Przez wiele wieków czarodziejskie istoty ukrywały się w tajemnym miejscu zwanym Baśnioborem, który jest dziś jedną z ostatnich przystani prawdziwej magii. Czarodziejską? Oczywiście. Ekscytującą? Jasne. Bezpieczną? Cóż, właściwie wręcz przeciwnie. Kendra i jej brat Seth nie mają pojęcia, że ich dziadek jest obecnym opiekunem Baśnioboru. W otoczonym murami lesie pradawne reguły wprowadzają porządek między chciwymi trollami, złośliwymi satyrami, kłótliwymi wiedźmami, psotnymi chochlikami i zazdrosnymi wróżkami. Gdy jednak zasady te zostają złamane, ujawniają się potężne moce zła, a Kendra i jej brat muszą zmierzyć się z największym w swym życiu wyzwaniem, by uratować rodzinę, Baśniobór, a może i cały świat... Fenomenalne! Niektóre sceny są godne Władcy pierścieni. „The Los Angeles Times" Pierwsze miejsce na liście książkowych bestsellerów dla dzieci „The New York Timesa"! Ponad 2 miliony egzemplarzy sprzedanych w Stanach Zjednoczonych!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Fablehaven

Copyright © 2006 by Brandon Mull. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie 1

Warszawa 2011

Przekład: Rafał Lisowski

Redaktor serii: Natalia Sikora

Redakcja: Andrzej Szewczyk

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Małgorzata Kuśnierz

Redakcja techniczna: Marta Nowakowska

Ilustracje we wnętrzu książki oraz na okładce: © Brandon Dorman

Opracowanie okładki polskiej i stron tytułowych na podstawie wersji oryginalnej: Szymon Wójciak

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Tekst — Małgorzata Krzywicka

Piaseczno, Żółkiewskiego 7a

ISBN 978-83-7747-286-6

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

BRANDON MULL

(ur. 1974) imał się różnych zajęć, był m.in. aktorem komediowym, archiwistą i copywriterem. Baśniobór (2006) to jego debiut powieściowy. Książka szybko weszła na listy bestsellerów. Do dziś ukazało się pięć tomów przygód Kendry i Setha, trwają prace nad ekranizacją cyklu.

Mull jest ponadto autorem powieści Pingo, The Candy Shop War i Beyonders. Mieszka w amerykańskim stanie Utah z żoną i trójką dzieci.

Dla Mary, dzięki której pisanie jest możliwe

Rozdział I Obowiązkowe wakacje

Kendra wyglądała przez boczną szybę suv-a i patrzyła, jak za oknem śmigają drzewa. Gdy nieustanny ruch zaczynał ją męczyć, patrzyła w przód i przyglądała się konkretnemu drzewu, wiodła za nim wzrokiem, gdy powoli się zbliżało, mijało auto i stopniowo znikało w tyle.

Czy takie właśnie jest życie? Da się spoglądać w przyszłość albo w przeszłość, ale teraźniejszość umyka zbyt szybko, by ją pojąć? Może czasem rzeczywiście, lecz nie dziś. Dziś jechali niekończącą się dwupasmówką przez zalesione wzgórza stanu Connecticut.

– Dlaczego nam nie powiedzieliście, że dziadek Sorenson mieszka w Indiach? — skarżył się Seth.

Brat Kendry miał jedenaście lat i po wakacjach szedł do szóstej klasy. Zdążyło mu się już znudzić granie na kieszonkowej konsoli — to znak, że droga była naprawdę długa.

Mama obróciła się w stronę tylnego siedzenia.

– Już niedługo. Podziwiaj widoki.

– Jestem głodny — jęknął Seth.

Mama zaczęła szperać w siatce pełnej przekąsek.

– Masz ochotę na masło orzechowe i krakersy?

Seth wyciągnął rękę po krakersy. Tata zza kierownicy poprosił o batonika Almond Roca. W święta stwierdził, że właśnie te lubi najbardziej i będzie je jadł na okrągło. Niemal pół roku później wciąż trwał w swym postanowieniu.

– Kendra, ty też coś chcesz?

– Nie, dziękuję.

Dziewczynka wróciła do obserwowania szaleńczej parady drzew. Rodzice wybierali się na siedemnastodniowy rejs wokół Skandynawii wraz ze wszystkimi wujkami i ciotkami ze strony matki. W dodatku wszyscy jechali za darmo. Wcale nie dlatego, że wygrali jakiś konkurs. Wyruszali w rejs, bo dziadkowie Kendry się udusili.

Babcia i dziadek Larsenowie odwiedzali w Karolinie Południowej krewnych, którzy mieszkali w przyczepie. Doszło do jakiegoś wycieku gazu i wszyscy zmarli we śnie. Dziadkowie dawno temu zastrzegli, że po ich śmierci dzieci wraz z małżonkami za odłożoną sumę mają się udać w rejs po Skandynawii.

Wnuków nie zaproszono.

– Nie będziecie się nudzić zamknięci na jakimś statku przez siedemnaście dni? — spytała Kendra.

Tata spojrzał na nią w lusterku wstecznym.

– Podobno żarcie jest niesamowite… Ślimaki, kawior, te sprawy.

– Nie wszystkich z nas ten rejs tak bardzo ekscytuje — odezwała się mama ze smutkiem. — Formułując swoją wolę, wasi dziadkowie raczej nie brali pod uwagę tragicznej śmierci. Ale wykorzystamy tę okazję jak najlepiej.

– Statek zatrzymuje się w portach — wtrącił tata, celowo kierując rozmowę na inne tory — więc przez jakiś czas będziemy na lądzie.

– Tą szosą też będziemy jechać siedemnaście dni? — spytał Seth.

– Już prawie jesteśmy na miejscu — odparł tata.

– Czy musimy mieszkać u dziadków Sorensonów? — odezwała się Kendra.

– Będzie fajnie — rzekł tata. — Powinniście czuć się zaszczyceni. Dziadkowie rzadko kogoś do siebie zapraszają.

– No właśnie. Ledwie ich znamy. To pustelnicy.

– To moi rodzice — powiedział tata — i jakoś wytrzymałem.

Droga przestała się wić wśród zalesionych wzgórz i biegła teraz przez miasteczko. Gdy zatrzymali się na światłach, Kendra przyjrzała się otyłej kobiecie, która tankowała minivana. Wóz miał brudną przednią szybę, ale właścicielka najwyraźniej nie zamierzała jej umyć.

Kendra zerknęła przed siebie. Szyba auta rodziców też była strasznie brudna, oblepiona martwymi insektami, i to mimo że tata czyścił ją zmywakiem przy ostatnim tankowaniu. Jechali dziś aż z Rochester.

Wiedziała, że dziadkowie Sorensonowie wcale nie zaprosili ich do siebie. Sama słyszała, jak mama prosiła dziadka, by zgodził się ich przyjąć. To było na pogrzebie.

Na wspomnienie pogrzebu Kendra aż się wzdrygnęła. Wcześniej było czuwanie — dziadków Larsenów wystawiono w jednakowych trumnach. Wcale nie podobał jej się widok umalowanego dziadka. Jaki szaleniec wpadł na pomysł, że gdy ktoś umiera, należy zatrudnić preparatora, który upiększy zmarłego jeszcze ten jeden raz? Zdecydowanie wolałaby pamiętać ich żywych, a nie w tej groteskowej formie, odświętnie ubranych. To właśnie Larsenowie byli tymi dziadkami, którzy mieli udział w życiu Kendry i Setha. Dzieci spędziły u nich wiele wakacji i długich wizyt.

Kendra właściwie nie przypominała sobie za to spędzania czasu z dziadkami Sorensonami. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy rodzice brali ślub, dziadkowie odziedziczyli jakąś posiadłość w Connecticut. Nigdy ich tam nie zaprosili i sami rzadko fatygowali się do Rochester — a gdy już przyjeżdżali, to zwykle tylko jedno z nich. We dwoje pojawili się zaledwie dwukrotnie. Zdawali się całkiem mili, ale ich wizyty były zbyt rzadkie i krótkie, by powstała więź. Babcia wykładała historię na jakiejś uczelni, a dziadek często podróżował, bo prowadził niewielką firmę importową. Kendra tylko tyle wiedziała.

Wszyscy się zdziwili, gdy dziadek przyjechał na pogrzeb. Od ostatniej wizyty Sorensonów minęło osiemnaście miesięcy. Przeprosił, że żona nie mogła mu towarzyszyć — wyjaśnił, że źle się poczuła. Zawsze mieli jakąś wymówkę. Czasem Kendra zastanawiała się, czy potajemnie nie wzięli rozwodu.

Pod koniec czuwania usłyszała, jak mama przymila się do dziadka, by zgodził się zaopiekować dziećmi. Stali w korytarzu, za rogiem od wyjścia z sali, w której wystawiono ciała. Kendra usłyszała ich, zanim skręciła za ten róg, więc przystanęła, by podsłuchać rozmowę.

– Dlaczego Marci nie może ich wziąć?

– Normalnie by mogła, ale też jedzie na rejs.

Kendra wyjrzała zza rogu. Dziadek Sorenson miał na sobie brązową marynarkę z łatami na łokciach oraz muszkę.

– A co będzie z jej dziećmi?

– Zostawi je u teściów.

– To może wynajmiecie opiekunkę?

– Dwa i pół tygodnia to trochę długo na opiekunkę. Pamiętam, jak proponowałeś, że kiedyś weźmiesz je do siebie.

– Rzeczywiście. Ale czy to musi być pod koniec czerwca? Dlaczego nie w lipcu?

– Rejs ma określony termin. Jaka to różnica?

– W tym czasie bardzo dużo się dzieje. Sam nie wiem, Kate. Już nie potrafię obchodzić się z dziećmi.

– Ja wcale nie chcę jechać. Ale to było ważne dla moich rodziców, więc jedziemy. Nie chcę cię do niczego zmuszać. — Mama robiła wrażenie, jakby zaraz miała się rozpłakać.

Dziadek westchnął.

– No, chyba znajdzie się jakieś miejsce, gdzie można by ich zamknąć.

W tym momencie Kendra opuściła korytarz. Od tamtej pory w duchu obawiała się pobytu u dziadka.

Wyjechali z miasteczka i teraz wspinali się po stromym wzniesieniu. Droga okrążała jezioro, a potem znikała pośród niskich, zalesionych wzgórz. Od czasu do czasu mijali skrzynki pocztowe. Czasem między drzewami prześwitywał jakiś dom, a czasem ciągnęła się tylko pusta szosa.

Skręcili w węższą drogę i jechali dalej. Kendra nachyliła się do przodu, by sprawdzić kontrolkę benzyny.

– Tato, zostało ci już niecałe ćwierć baku — powiedziała.

– Już prawie dojechaliśmy. Zatankuję, jak was odstawimy.

– Nie możemy jechać z wami na ten rejs? — spytał Seth. – Schowalibyśmy się w szalupach. Przemycalibyście nam żarcie.

– Lepiej będziecie się bawić u dziadków — odparła mama. – Sami zobaczycie. Dajcie im szansę.

– Jesteśmy na miejscu — oznajmił tata.

Zjechali z drogi na żwirowy podjazd. Kendra nie widziała ani śladu domu, tylko podjazd znikający między drzewami.

Opony chrzęściły na żwirze, gdy mijali kilka tabliczek informujących, że znajdują się na prywatnej posesji. Inne odstraszały nieproszonych gości. Wreszcie dotarli do niewysokiej metalowej bramy — otwartej, ale można ją było zamknąć, zagradzając wejście.

– To jest najdłuższy podjazd świata — jęknął Seth.

Im dalej się zapuszczali, tym treść tabliczek robiła się bardziej niekonwencjonalna. Znaki „Teren prywatny” i „Wstęp wzbroniony” ustąpiły miejsca hasłom typu: „Uwaga: dwururka” czy „Intruzi będą gnębieni”.

– Śmieszne te tabliczki — skomentował Seth.

– Raczej okropne — mruknęła Kendra.

Po kolejnym zakręcie dojechali do zwieńczonego liliami ogrodzenia z kutego żelaza. Dwuskrzydłowa brama była otwarta. Jak okiem sięgnąć w obie strony między drzewami ciągnęło się ogrodzenie. Obok stała ostatnia tabliczka:

„Dalej czeka cię pewna śmierć”.

– Czy dziadek ma paranoję? — spytała Kendra.

– Te tabliczki to żart — odrzekł tata. — Odziedziczył tę ziemię. Na pewno już tu stały.

Przejechali przez bramę, ale domu wciąż nie było widać. Tylko jeszcze więcej drzew i jeszcze więcej krzaków. Przebyli niewielki mostek nad strumykiem, a potem wspięli się na łagodne wzniesienie. Na szczycie las nagle się skończył i po drugiej stronie rozległego trawnika oczom pasażerów ukazał się dom.

Budynek był duży, ale nie ogromny, miał wielospadowy dach, a nawet wieżyczkę. Po tym, jak Kendra zobaczyła bramę z kutego żelaza, spodziewała się zamku albo pałacu. Dom, zbudowany z kamienia i ciemnego drewna, wyglądał na stary, lecz utrzymany w dobrym stanie. Większe wrażenie robił otaczający go teren. Przed budynkiem jaskrawo kwitł ogród. Charakteru dodawały mu przystrzyżone żywopłoty i staw rybny. Za domem wyrastała wielka brązowa stodoła, co najmniej pięciopiętrowa i zwieńczona wiatrowskazem.

– Ale tu cudownie! — zawołała mama. — Szkoda, że wszyscy nie możemy zostać.

– To ty tutaj nigdy nie byłaś? — zdziwiła się Kendra.

– Nie. Wasz ojciec bywał tu kilka razy, zanim się pobraliśmy.

– Dziadkowie wiele robią, żeby zniechęcić gości — wtrącił tata. — Ja, wujek Carl, ciocia Sophie… Żadne z nas nie spędziło tutaj zbyt wiele czasu. Zupełnie tego nie rozumiem. Macie farta, będziecie się świetnie bawić. W razie czego możecie całe dnie pluskać się w basenie.

Zatrzymali się przed garażem.

Otworzyły się drzwi frontowe i z wnętrza wyłonili się dziadek Sorenson, a zaraz za nim wysoki, tyczkowaty mężczyzna o dużych uszach oraz szczupła staruszka. Mama, tata i Seth wysiedli z auta. Kendra została w środku i patrzyła.

Na pogrzeb dziadek przyjechał gładko ogolony, ale teraz miał siwą, szczecinowatą brodę. Był ubrany w sprane dżinsy, robocze buty i flanelową koszulę.

Kendra przyglądała się staruszce. To nie była babcia Sorenson. Mimo siwych włosów z kilkoma czarnymi pasemkami jej twarz zdawała się bezwieczna. Miała oczy jak migdały, ciemne niczym najczarniejsza kawa, a rysy zdradzały chyba azjatyckie korzenie. Choć była niska i odrobinę przygarbiona, zachowała egzotyczną urodę.

Tata i patykowaty facet otworzyli bagażnik, po czym zaczęli wyjmować torby i walizki.

– Kendra, idziesz? — spytał tata.

Dziewczynka otworzyła drzwi i stanęła na żwirze.

– Wystarczy, że wstawisz bagaże do domu — tłumaczył dziadek tacie. — Dale zaniesie wszystko do sypialni.

– Gdzie mama? — spytał tata.

– Pojechała w odwiedziny do ciotki Edny.

– W Missouri?

– Edna umiera.

Kendra mało co słyszała o ciotce Ednie, więc ta wiadomość niewiele dla niej znaczyła. Spojrzała na dom. W oknach zauważyła wypukłe szkło. Pod okapami ptaki uwiły gniazda.

Wszyscy ruszyli pod drzwi frontowe. Tata i Dale nieśli najcięższe bagaże. Seth trzymał mniejszą torbę oraz pudełko po płatkach śniadaniowych. To pudełko to jego zestaw kryzysowy. Wypełniały je przeróżne rzeczy, które jego zdaniem przydadzą się podczas przygody: gumki recepturki, kompas, batoniki z muesli, monety, pistolet na wodę, lupa, plastikowe kajdanki, sznurek, gwizdek.

– To jest Lena, nasza gosposia — oznajmił dziadek. Staruszka skinęła głową i pomachała. — A Dale pomaga mi dbać o teren.

– Jakaś ty ładniutka! — powiedziała Lena do Kendry. — Pewnie masz ze czternaście lat. — Mówiła z lekkim akcentem, którego dziewczynka nie umiała rozpoznać.

– Kończę w październiku.

Na drzwiach wisiała żelazna kołatka — mrużący oczy goblin z kółkiem w zębach. Ciężkie drzwi miały pokaźne zawiasy.

Kendra weszła do domu. Hol wyłożono lśniącą posadzką. Na niskim stoliczku, w białym wazonie z ceramiki, stała wiązanka przywiędłych kwiatów. Z boku, nieopodal czarnej ławki z wysokim rzeźbionym oparciem, znajdował się wysoki wieszak. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający polowanie na lisy.

Kendra widziała też wnętrze innego pomieszczenia — większość drewnianej podłogi pokrywał tam ogromny haftowany dywan. Meble, podobnie jak sam dom, były stare, ale w dobrym stanie. Większość kanap i foteli wyglądała jak te, które zwykle spotyka się w zabytkowych rezydencjach.

Dale ruszył po schodach na górę, niosąc część bagaży. Lena przeprosiła i wyszła do innego pokoju.

– Masz piękny dom! — zachwyciła się mama. — Szkoda, że nie zdążymy go zwiedzić.

– Może kiedy wrócicie — powiedział dziadek.

– Dzięki, że zgodziłeś się przygarnąć dzieciaki — odezwał się tata.

– Cała przyjemność po naszej stronie. Już was nie zatrzymuję.

– Rzeczywiście, niestety się spieszymy.

– Bądźcie grzeczni i róbcie wszystko, co powie dziadek – poinstruowała mama, po czym uściskała Kendrę i Setha.

Dziewczynka poczuła, że zaraz się rozpłacze. Powstrzymała łzy.

– Miłego rejsu.

– Wrócimy, zanim się obejrzycie — powiedział tata.

Objął córkę i zmierzwił czuprynę synka. Potem wraz z mamą wyszli, machając na pożegnanie. Kendra podeszła do drzwi, by popatrzeć, jak wsiadają do samochodu. Tata zatrąbił i ruszyli. Znów powstrzymywała łzy, widząc, jak auto znika pośród drzew.

Mama i tata teraz pewnie zaśmiewali się w najlepsze, uradowani, że właśnie wyruszają sami na najdłuższe wakacje od ślubu. Kendra niemal słyszała brzęk kryształowych kieliszków, gdy będą to opijać. A ona stała tutaj, porzucona. Zamknęła drzwi. Seth, jak zwykle na nic nie zważając, właśnie przyglądał się misternie wykonanym figurom z ozdobnego zestawu szachów.

Dziadek stał w holu, obserwował wnuka z uprzejmie zakłopotanym wyrazem twarzy.

– Zostaw te szachy — Kendra upomniała brata. — Chyba są drogie.

– Och, nic nie szkodzi — powiedział dziadek, ale takim tonem, że dziewczynka zrozumiała, iż poczuł ulgę, widząc, jak Seth odkłada figury. — Pokazać wam pokój?

Oboje poszli za nim na górę, a potem przemierzyli wyłożony dywanem korytarz, który prowadził do wąskich drewnianych schodów biegnących w stronę białych drzwi. Dziadek ruszył po skrzypiących stopniach.

– Rzadko miewamy gości, zwłaszcza dzieci — powiedział przez ramię. — Chyba najwygodniej będzie wam na strychu.

Otworzył drzwi, a Seth i Kendra weszli za nim. Dziewczynka już przygotowała się na widok pajęczyn i narzędzi tortur, więc z ulgą stwierdziła, że strych to pogodny pokój zabaw. Podłużne pomieszczenie było przestronne, czyste i jasne, stały tam dwa łóżka, regały z książkami dla dzieci, wolno stojące szafy, czyściutkie komody, jednorożec na biegunach, liczne skrzynie z zabawkami oraz klatka z kurą.

Seth ruszył wprost do kury.

– Ale fajnie! — zawołał.

Wetknął palec przez cienkie pręty, usiłując dotknąć pomarańczowo-złotych piór.

– Ostrożnie! – ostrzegła Kendra.

– Bez obaw — uspokoił ją dziadek. — Złotogłówka to bardziej zwierzak domowy niż podwórkowa kura. Zwykle opiekuje się nią wasza babcia. Pomyślałem sobie, że chętnie ją zastąpicie. Złotogłówkę trzeba karmić, czyścić jej klatkę i zbierać jajka.

– Składa jajka!? — Seth robił wrażenie zarazem zaskoczonego i wniebowziętego.

– Jedno czy dwa dziennie, jeśli ją dobrze karmić — wyjaśnił dziadek. Wskazał białe plastikowe wiaderko pełne ziaren, które stało obok klatki. — Powinna jej wystarczyć jedna garstka rano i jedna wieczorem. Co parę dni trzeba zmieniać ściółkę, a poza tym musi mieć dużo wody. Każdego ranka dajemy jej małą miseczkę mleka. — Dziadek puścił oko do wnuków. — To właśnie tajemnica składania jajek.

– Możemy ją wyjmować? — Kura podeszła na tyle blisko, by Seth mógł pogładzić jej piórka palcem.

– Bylebyście ją z powrotem zamknęli. — Dziadek pochylił się i wsunął palec do klatki, a wtedy Złotogłówka natychmiast go dziobnęła. — Nigdy za mną nie przepadała — powiedział, cofając dłoń.

– Niektóre zabawki wyglądają na bardzo drogie — stwierdziła Kendra, stojąc obok bogato zdobionego wiktoriańskiego domku dla lalek.

– Zabawki są po to, żeby się nimi bawić — odparł dziadek. — Postarajcie się, żeby ich za bardzo nie uszkodzić, i to mi wystarczy.

Seth odszedł od klatki i zbliżył się do niewielkiego pianina w kącie pokoju. Trącił klawisze, a dźwięk okazał się inny, niż spodziewała się Kendra. To był mały klawesyn.

– Uważajcie ten pokój za własną przestrzeń — powiedział dziadek. — W granicach rozsądku nie będę was gonił, żebyście tutaj sprzątali, o ile resztę domu potraktujecie z szacunkiem.

– Dobra — zgodziła się Kendra.

– Mam też złe wieści. Właśnie teraz jest szczyt sezonu na kleszcze. Słyszeliście kiedyś o boreliozie?

Seth przecząco pokręcił głową.

– Ja chyba tak — stwierdziła jego siostra.

– Tę chorobę po raz pierwszy odkryto w mieście Lyme, niedaleko stąd. Można na nią zapaść po ugryzieniu przez kleszcza. A w tym roku w lesie jest ich pełno.

– A jak wyglądają objawy? — spytał Seth.

Dziadek na chwilę zamilkł z poważną miną.

– Zaczyna się od wysypki. Po niedługim czasie może prowadzić do zapalenia stawów, paraliżu i niewydolności serca. Poza tym bez względu na chorobę i tak lepiej, żeby żaden kleszcz nie wwiercił się wam w skórę i nie pił krwi. Kiedy próbuje się go pozbyć, odrywa się głowa. Trudno go wtedy wygrzebać.

– Obrzydliwe! — zawołała Kendra.

Dziadek ponuro pokiwał głową.

– Są tak małe, że prawie ich nie widać, dopóki nie opiją się krwią. Wtedy pęcznieją jak winogrono. W każdym razie pod żadnym pozorem nie wolno wam wchodzić do lasu. Trzymajcie się ogrodu. Jeżeli złamiecie ten zakaz, to koniec z wychodzeniem z domu. Rozumiemy się?

Kendra i Seth pokiwali głowami.

– Poza tym macie się trzymać z dala od stodoły. Za dużo tam drabin i starego, zardzewiałego sprzętu rolniczego. Obowiązują te same zasady co w przypadku lasu: jeżeli tam wejdziecie, to już do końca pobytu nie opuścicie tego pokoju.

– Dobra — zgodził się Seth, ruszając w poprzek pomieszczenia ku małym sztalugom ustawionym na płachcie brezentu pochlapanej farbą. Na sztalugach spoczywało puste płótno. Kolejne były oparte o ścianę obok regałów pełnych słojów z farbami. — Mogę malować?

– Jeszcze raz wam mówię, że tutaj możecie się bawić, jak chcecie — powiedział dziadek. — Bylebyście nie zniszczyli tego pokoju. Mam wiele obowiązków, więc nie będziecie mnie często widywać. Ale dość tu zabawek i rozrywek, żebyście mieli się czym zająć.

– A telewizja? — spytał Seth.

– Nie ma telewizji ani radia. Taka zasada obowiązuje w całym domu. Gdybyście czegoś potrzebowali, Lena zawsze będzie w pobliżu. — Dziadek wskazał fioletowy sznurek, który wisiał na ścianie przy jednym z łóżek. — Wystarczy, że pociągniecie. Zresztą, za parę minut Lena przyniesie wam kolację.

– Nie będziemy jeść razem? — zapytała Kendra.

– Czasami tak. Ale teraz muszę odwiedzić wschodnie pole. Mogę wrócić późno.

– Ile masz ziemi? — spytał Seth.

Dziadek się uśmiechnął.

– Powiedzmy, że więcej, niżbym chciał. Do zobaczenia rano. – Odwrócił się, by wyjść, ale przystanął i sięgnął do kieszeni kurtki. Wręczył Kendrze maleńki breloczek z trzema miniaturowymi kluczykami różnej wielkości. — Każdy z tych kluczy pasuje do czegoś w tym pokoju. Zobaczymy, czy zgadniecie, co który otwiera.

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Kendra słuchała, jak schodzi po schodach. Stanęła przy progu, odczekała, a potem łagodnie nacisnęła klamkę. Ustąpiła powoli. Dziewczynka uchyliła drzwi i wyjrzała na pusty korytarz, po czym znów je zatrzasnęła. Przynajmniej dziadek nie zamknął ich na klucz.

Seth otworzył skrzynię z zabawkami i badał jej zawartość. Zabawki były staromodne, ale w świetnym stanie… Żołnierzyki, lalki, łamigłówki, pluszowe zwierzaki i drewniane klocki.

Kendra podeszła do teleskopu przy oknie. Spojrzała przez wizjer, skierowała teleskop w stronę szyby i zaczęła kręcić gałkami. Mogła poprawić ostrość, ale nie dawała rady odpowiednio jej ustawić.

Przestała gmerać przy gałkach i przyjrzała się oknu. Szyby wykonano z wypukłego szkła, tak samo jak te od frontu. Obraz był zniekształcany, zanim docierał do teleskopu.

Dziewczynka podniosła zasuwkę i otworzyła okno. Miała stąd dobry widok na las po wschodniej stronie domu, oświetlony złotym blaskiem zachodzącego słońca. Przysunęła teleskop bliżej okna, po czym przez chwilę znów kręciła gałkami, aż wreszcie liście na drzewach w dole stały się idealnie ostre.

– Daj popatrzeć — poprosił Seth stojący tuż obok.

– Najpierw pozbieraj zabawki. — Koło otwartej skrzyni leżał cały ich stos.

– Dziadek powiedział, że możemy tutaj robić, co chcemy.

– Ale bez ruiny. A ty już zacząłeś demolkę.

– Bawiłem się. To jest pokój zabaw.

– Pamiętasz, że rodzice uczyli nas zawsze sprzątać po sobie?

– Pamiętasz, że rodziców tu nie ma?

– Naskarżę im na ciebie.

– Niby jak? Wsadzisz list do butelki? Jak wrócą, to już dawno zapomnisz.

Kendra zauważyła kalendarz na ścianie.

– Zapiszę w kalendarzu.

– Super. A ja przez ten czas popatrzę przez teleskop.

– Ale właśnie ja patrzyłam. Nie możesz sobie znaleźć czegoś innego?

– Wcześniej nie zauważyłem teleskopu. Nie podzielisz się? Przecież rodzice uczyli nas, żeby się dzielić.

– Dobra, weź go sobie. Ale zamykam okno, owady wlatują.

– Wszystko jedno.

Dziewczynka zamknęła okno.

Seth popatrzył przez wizjer i zaczął kręcić gałkami. Kendra uważniej przyjrzała się kalendarzowi. Okazało się, że był z 1953 roku. Każdemu miesiącowi towarzyszyła ilustracja bajkowego pałacu.

Otworzyła kalendarz na czerwcu. Dziś był jedenasty. Dni tygodnia się nie zgadzały, ale i tak mogła odliczać czas do powrotu rodziców. Wracali dwudziestego ósmego.

– W tym głupim teleskopie nie da się ustawić ostrości — poskarżył się Seth.

Kendra uśmiechnęła się pod nosem.

Rozdział II Zbieranie wskazówek

Następnego ranka Kendra siedziała przy śniadaniu naprzeciw dziadka. Drewniany zegar nad jego głową wskazywał ósmą czterdzieści trzy. W kącik jej oka świeciło odbite światło słoneczne. To Seth puszczał zajączki za pomocą noża do masła. Kendra miała za daleko do okna, żeby odpłacić mu tym samym.

– Seth, nikt nie lubi, kiedy słońce świeci mu w oczy – powiedział dziadek.

Seth przestał puszczać zajączki.

– Gdzie jest Dale? — zapytał.

– Dale i ja wstaliśmy parę godzin temu. Pracuje na dworze. Ja przyszedłem tylko po to, żeby dotrzymać wam towarzystwa przy pierwszym śniadaniu.

Lena postawiła po misce przed Sethem i Kendrą.

– Co to? — spytał chłopiec.

– Kasza manna — wyjaśniła Lena.

– Bardzo pożywna — dodał dziadek.

Seth pogrzebał łyżką w misce.

– Co w tym jest? Krew?

– Jagody z ogrodu i konfitury malinowe domowej roboty — wyjaśniła Lena, stawiając na stole tacę z tostami, masłem, dzbankiem mleka, cukiernicą i miską z dżemem.

Kendra spróbowała kaszy manny. Była przepyszna. Jagody i konfitury malinowe dodawały niezwykłej słodkości.

– Ale dobre! — zawołał Seth. — I pomyśleć, że tata teraz je ślimaki.

– Pamiętajcie o zakazie chodzenia do lasu — przypomniał dziadek.

– I nie wolno nam wchodzić do stodoły — dopowiedziała Kendra.

– Dobra dziewczynka. Za domem jest basen. Specjalnie go dla was przygotowaliśmy, zadbaliśmy o równowagę związków chemicznych i tak dalej. Jest też cały ogród do spenetrowania. Poza tym zawsze możecie pobawić się w pokoju. Wystarczy, że uszanujecie zasady, a będzie nam się świetnie układać.

– Kiedy wróci babcia? — spytała Kendra.

Dziadek spuścił wzrok na swoje dłonie.

– To zależy od cioci Edny. Może za tydzień. A może za parę miesięcy.

– Całe szczęście, że babcia wyzdrowiała — powiedziała dziewczynka.

– Wyzdrowiała?

– Po tym, jak chorowała i nie mogła przyjechać na pogrzeb.

– No tak. Rzeczywiście, kiedy wyjeżdżała do Missouri, wciąż nie najlepiej się czuła.

Dziadek zachowywał się nieco dziwacznie. Kendra zastanawiała się, czy dzieci go peszą.

– Szkoda, że się z nią minęliśmy — powiedziała.

– Jej także było przykro. No, na mnie już czas. — Dziadek nic nie zjadł. Odsunął krzesło, wstał i odszedł od stołu, wycierając dłonie o dżinsy. — Jeżeli chcecie pływać, pamiętajcie o kremie do opalania. Zobaczymy się później.

– Przy obiedzie? — spytał Seth.

– Pewnie dopiero przy kolacji. Jeśli czegoś wam potrzeba, to Lena we wszystkim pomoże.

Po tych słowach wyszedł.

*

Kendra, ubrana w kostium kąpielowy i z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, wyszła na werandę za domem. Miała ze sobą ręczne lusterko, które znalazła na szafce nocnej przy łóżku. Uchwyt wykonano z masy perłowej wysadzanej sztucznymi diamentami. W powietrzu było nieco wilgoci, ale wciąż panowała przyjemna temperatura.

Podeszła do balustrady i wyjrzała na prześlicznie przystrzyżony ogród… Ścieżki z białych kamyków wiły się wśród klombów, żywopłotów, grządek warzywnych, drzewek owocowych i kwitnących roślin. Splątane winorośle pięły się po podwieszanych kratkach. Wszystkie kwiaty były chyba w pełnym rozkwicie. Kendra nigdy w życiu nie widziała piękniejszych.

Seth już pływał. Basen miał czarne dno i otaczały go kamienie, co tworzyło wrażenie, że to staw. Kendra przyspieszyła kroku i ruszyła ścieżką w tamtą stronę.

Ogród tętnił życiem. Wśród liści fruwały kolibry, furkocząc niemal niewidocznymi skrzydłami. Olbrzymie, bzyczące trzmiele o włochatych brzuchach latały z kwiatka na kwiatek. Oszałamiająco różnorodne motyle trzepotały skrzydełkami przypominającymi płatki bibuły.

Kendra minęła małą nieczynną fontannę z wyrzeźbioną żabą. Zatrzymała się, gdy duży motyl przysiadł na krawędzi pustej wanienki dla ptaków. Miał ogromne skrzydła — niebiesko-czarno-fioletowe. Dziewczynka nigdy w życiu nie widziała motyla o równie jaskrawych barwach. Oczywiście nigdy nie była w ogrodzie światowej klasy. Może tutejszy dom nie przypominał pałacu, ale otaczający go teren był godny króla. Nic dziwnego, że dziadek miał tyle obowiązków.

Ścieżka w końcu doprowadziła Kendrę do basenu. Wokół niego ułożono wielobarwne płyty. Stało tam kilka leżaków oraz okrągły stół z parasolem.

Seth z kamiennego podwyższenia, podkulając nogi, wskoczył do basenu z wielkim pluskiem. Jego siostra położyła ręcznik i lusterko na stole, a następnie sięgnęła po butelkę kremu do opalania. Rozcierała białą masę po twarzy, rękach i nogach, dopóki nie wniknęła w skórę.

Kiedy Seth pływał pod wodą, dziewczynka podniosła lusterko. Obróciła je tak, żeby odbite promienie słoneczne padały na powierzchnię basenu. Gdy jej brat się wynurzył, wycelowała jasną plamą światła wprost na jego twarz.

– Ej! — wrzasnął chłopiec i szybko stamtąd odpłynął.

Kendra dalej kierowała odblask na tył jego głowy. Seth znów się obrócił, podniósł rękę i zmrużył oczy. Musiał odwrócić wzrok.

Dziewczynka się roześmiała.

– Przestań! – zawołał Seth.

– Nie podoba ci się, co?

– Daj spokój! Już więcej nie będę. Dziadek nieźle na mnie nawrzeszczał.

Kendra odłożyła lusterko na stół.

– To lusterko jest dużo jaśniejsze niż nóż do masła — powiedziała. — Założę się, że na stałe uszkodziło ci siatkówkę.

– Mam nadzieję, bo wtedy cię pozwę na milion dolarów.

– Powodzenia. W banku mam jakąś stówę. Wystarczy ci na opaski na oczy.

Chłopiec podpłynął do niej ze złością, a Kendra zbliżyła się do krawędzi basenu. Gdy próbował wspiąć się na brzeg, wepchnęła go z powrotem. Była prawie o głowę wyższa od brata i zwykle w bójkach dawała mu radę, chociaż kiedy dochodziło do zapasów, to strasznie się rzucał.

Seth zmienił taktykę — zaczął ją ochlapywać szybkimi ruchami dłoni. Woda była zimna i Kendra w pierwszej chwili się wzdrygnęła, a potem nad chłopcem skoczyła wprost do basenu. Po chwilowym szoku prędko przyzwyczaiła się do temperatury i odpłynęła od brata w kierunku płytkiego krańca.

Seth ruszył za nią i zaczęli się nawzajem ochlapywać. Zwarł palce i zataczał rękami szerokie łuki po powierzchni wody. Kendra natomiast chlapała oburącz, przez co plusk był mniejszy, ale bardziej skoncentrowany. Wkrótce się zmęczyli. Trudno wygrać wojnę na chlapanie, jeśli uczestnicy są już cali mokrzy.

– Ścigajmy się — zaproponowała, gdy zaprzestali walki.

Gonili się w tę i z powrotem. Najpierw płynęli kraulem, potem żabką, na plecach i na boku. Następnie wymyślili dodatkowe utrudnienia, na przykład pływanie bez użycia rąk albo skakanie na jednej nodze w poprzek płytkiego końca basenu. Zazwyczaj wygrywała Kendra, ale Seth okazał się szybszy w pływaniu stylem grzbietowym i w niektórych wyścigach z utrudnieniami.

Gdy Kendra już się znudziła, wyszła z basenu. W drodze do stołu po ręcznik gładziła swe długie włosy i bawiła się gumową fakturą zlepionych kosmyków.

Seth wspiął się na duży kamień przy głębokim końcu.

– Popatrz na to! — zawołał, po czym wskoczył do wody z jedną nogą wyprostowaną, a drugą ugiętą.

– Nieźle — pochwaliła Kendra, żeby go udobruchać.

Gdy spojrzała na stolik, zamarła. Nad ręcznym lusterkiem wirowały kolibry, trzmiele i motyle. Kilka motyli i sporych ważek nawet usiadło na jego tafli.

– Seth! Chodź, zobacz! — syknęła dziewczynka głośnym szeptem.

– Co?

– Po prostu chodź.

Seth podciągnął się i wyszedł z basenu, po czym z założonymi rękami przyczłapał do Kendry. Zaczął się przyglądać chmurze żywych istot nad lusterkiem.

– Co z nimi?

– Nie wiem — odparła siostra. — Czy owady lubią lustra?

– Te tak.

– Patrz na tego czerwono-białego motyla. Jaki ogromny!

– Tamta ważka też. — Seth wskazał palcem.

– Szkoda, że nie mam aparatu. Na pewno nie weźmiesz teraz lusterka.

– Akurat! — Chłopiec wzruszył ramionami.

Podreptał do stołu, złapał lusterko za rączkę, popędził do basenu i wskoczył do wody. Część owadów natychmiast się rozproszyła. Większość poleciała za Sethem, lecz również rozpierzchła się, nim dotarła do basenu.

Chłopiec wynurzył się na powierzchnię.

– Gonią mnie jakieś pszczoły?

– Wyjmij lusterko z wody, bo je zniszczysz!

– Spokojnie, nic mu nie będzie — odparł Seth, podpływając do brzegu.

– Daj mi je. — Kendra odebrała lusterko od brata i wytarła je ręcznikiem. Chyba nic mu nie będzie. — Zróbmy eksperyment.

Położyła lusterko na leżaku taflą do góry i odsunęła się.

– Myślisz, że wrócą? — spytała.

– Zobaczymy.

Usiedli przy stoliku nieopodal leżaka. Po niecałej minucie do lusterka podfrunął koliber i zawisł nad nim w powietrzu. Zaraz dołączyło do niego kilka motyli. Na tafli przysiadł trzmiel. Nie upłynęło wiele czasu, a wokół lusterka znów kłębił się gąszcz niewielkich skrzydlatych stworzeń.

– Idź i obróć je szkłem do dołu — poleciła Kendra. — Chcę zobaczyć, czy to odbicie im się podoba, czy samo lusterko.

Seth podkradł się do leżaka. Stworzenia najwyraźniej nie zwróciły na niego uwagi. Powoli wyciągnął rękę, odwrócił lusterko i wrócił do stołu.

Motyle i pszczoły, które wcześniej przysiadły na lusterku, wzbiły się w powietrze, ale tylko nieliczne odleciały. Większość wciąż kręciła się nad leżakiem. Dwa motyle i ważka wylądowały na oparciu tuż przy krawędzi lusterka. Wzbiły się w powietrze i obróciły przedmiot, nieomal zsuwając go przy tym z leżaka.

Gdy lustrzana tafla znów była widoczna, rój ścieśnił się wokół niej. Kilka stworzeń wylądowało na powierzchni.

– Widziałeś to? — spytała Kendra.

– Ale dziwne — stwierdził Seth.

– Skąd one miały tyle siły?

– W końcu parę ich było. Odwrócić lusterko jeszcze raz?

– Nie, boję się, że spadnie i się zbije.

– Dobra — chłopiec przerzucił ręcznik przez ramię. — Idę się przebrać.

– Zabrałbyś ze sobą lusterko?

– W porządku, ale będę biegł. Nie chcę, żeby coś mnie ugryzło.

Ruszył powoli do lusterka, chwycił je i puścił się pędem przez ogród w stronę domu. Część roju zaczęła go leniwie gonić, ale wkrótce się rozproszyła.

Kendra owinęła ręcznik wokół bioder, zabrała butelkę z kremem do opalania, którą zostawił Seth, i udała się do domu.

Kiedy dotarła do pokoju zabaw na strychu, Seth miał na sobie dżinsy i wojskową bluzę z długim rękawem. Wziął pudełko po płatkach, które służyło mu jako zestaw kryzysowy, i ruszył ku drzwiom.

– Dokąd idziesz?

– Nie twoja sprawa, chyba że chcesz iść ze mną.

– Skąd mam wiedzieć, czy chcę iść, jak mi nie powiesz dokąd?

Seth zmierzył siostrę wzrokiem.

– Obiecujesz, że nie wygadasz?

– Niech zgadnę: do lasu.

– Chcesz iść ze mną?

– Złapiesz boreliozę — ostrzegła Kendra.

– Bzdura. Kleszcze są wszędzie. Tak samo jak trujący bluszcz. Gdyby ludzi to miało powstrzymywać, nikt nie wychodziłby z domu.

– Ale dziadek nie chce, żebyśmy chodzili do lasu — zaprotestowała dziewczynka.

– Dziadka nie będzie cały dzień. Jak nie wypaplesz, to nikt się nie dowie.

– Nie rób tego. Dziadek był dla nas miły. Powinniśmy się go słuchać.

– Jesteś odważna jak wiadro piasku.

– Niby co jest takiego odważnego w niesłuchaniu dziadka?

– To nie idziesz ze mną?

Kendra się zawahała.

– Nie.

– Nagadasz na mnie?

– Jak zapytają, dokąd poszedłeś.

– Niedługo wrócę.

Seth wyszedł z pokoju. Kendra słyszała, jak z tupotem zbiega po schodach.

Podeszła do szafki nocnej. Spoczywało na niej ręczne lusterko, a tuż obok leżał breloczek z trzema maleńkimi kluczami. Wczoraj wieczorem długo usiłowała sprawdzić, do czego pasują. Ten największy otwierał szkatułkę na komodzie, pełną sztucznej biżuterii — naszyjników z fałszywych diamentów, kolczyków z perłami, wisiorków ze szmaragdem, pierścionków z szafirem i bransoletek z rubinem. Na razie nie wiedziała, co można otworzyć pozostałymi dwoma kluczami.

Podniosła breloczek. Wszystkie kluczyki były maleńkie — najmniejszy wręcz wielkości pinezki. Gdzie ona znajdzie taką małą dziurkę?

Poprzedniego wieczoru Kendra spędziła większość czasu, badając szuflady i skrzynie z zabawkami. Niektóre szuflady miały dziurki od klucza, ale były już otwarte, a kluczyki nie pasowały. To samo ze skrzyniami.

Jej uwagę zwrócił wiktoriański domek dla lalek. Czy może być lepsze miejsce na maleńkie dziurki od klucza niż malutki domek? Rozpięła i otworzyła zamki, odsłaniając dwa piętra i kilka pokoi pełnych miniaturowych mebli. W środku mieszkała piątka lalek — ojciec, matka, syn, córka i bobas.

Szczegółowość wykonania była niesamowita. Na łóżkach leżały kołdry, koce, prześcieradła i poduszki. Na kanapach położono poduchy, które można zdejmować. Kurki wanny naprawdę się obracały. W szafach wisiały ubrania.

Szafa w głównej sypialni domku wydała się podejrzana. Pośrodku znajdowała się nieproporcjonalnie duża dziurka od klucza. Kendra wsunęła i przekręciła najmniejszy kluczyk. Drzwiczki stanęły otworem.

W środku znajdowało się coś owiniętego w złotą folię — okazało się, że to czekoladka w kształcie różyczki. Za czekoladką dziewczynka znalazła mały złoty kluczyk. Dołączyła go do breloczka. Był większy niż ten, który otworzył szafeczkę, ale mniejszy niż ten od szkatułki z biżuterią.

Kendra ugryzła czekoladkę. Była miękka i rozpływała się w ustach. Dziewczynka nigdy w życiu nie jadła doskonalszej i bardziej kremowej. Dokończyła ją w trzech kolejnych kęsach, rozkoszując się każdym z nich.

Dalej przeszukiwała domek — sprawdziła każdy mebel, zajrzała do wszystkich szafek i za każdy miniaturowy obrazek na ścianach. Nie znalazła już więcej dziurek od klucza, więc zamknęła całość i zatrzasnęła zamki.

Rozejrzała się po pokoju, rozmyślając, gdzie teraz szukać. Został tylko jeden klucz, a może dwa, jeśli ten złoty też coś otwierał. Sprawdziła już większość przedmiotów w skrzyniach z zabawkami, ale zawsze mogła się jeszcze upewnić. Dokładnie przeszukała szuflady w szafkach nocnych, komody i szafy, a także bibeloty na półkach z książkami. Dziurki od klucza mogły się kryć w niespodziewanych miejscach, na przykład pod ubrankiem lalki albo za nogą łóżka.

W końcu podeszła do teleskopu. Chociaż to było bardzo mało prawdopodobne, sprawdziła, czy nie ma w nim dziurek od klucza. Niestety nie.

A może przez teleskop namierzy Setha? Gdy otworzyła okno, zobaczyła Dale’a idącego trawnikiem na skraju lasu. Niósł coś oburącz, ale był odwrócony plecami do Kendry, więc nie widziała, co to jest. Pochylił się i położył to coś za niewysokim żywopłotem, więc teraz to krzewy zasłaniały widok. Mężczyzna odszedł żwawym krokiem, rozglądając się, czy nikt go nie szpieguje, i wkrótce zniknął Kendrze z oczu.

Zaciekawiona dziewczynka zbiegła po schodach i wyszła tylnymi drzwiami do ogrodu. Dale’a nie było w pobliżu. Pospieszyła przez trawnik do niewysokiego żywopłotu widocznego ze strychu. Trawa ciągnęła się jeszcze przez jakieś dwa metry po drugiej stronie i wreszcie urywała gwałtownie na skraju lasu.

Na ziemi tuż za żywopłotem stała spora blaszana foremka do ciasta pełna mleka.

Nad nią w powietrzu wisiał opalizujący koliber, trzepocząc skrzydełkami tak szybko, że zlewały się w mgiełkę. Wokół niego wirowało kilka motyli. Od czasu do czasu któryś z nich obniżał lot i pluskał się w mleku. Koliber odleciał, a zbliżyła się ważka. Gromadka była mniejsza niż ta, która zebrała się przy lusterku, ale było tu znacznie więcej ruchu, niż Kendra spodziewałaby się zobaczyć wokół miski z mlekiem.

Patrzyła, jak przeróżne skrzydlate zwierzęta przylatują i odlatują po napiciu się z foremki. Czy motyle piją mleko? A ważki? Najwyraźniej tak. Nie minęło wiele czasu, zanim poziom mleka wyraźnie opadł.

Kendra spojrzała w górę, na strych. Miał tylko dwa okna, oba zwrócone w tę samą stronę. Wyobraziła sobie pomieszczenie znajdujące się za tymi oknami i nagle zrozumiała, że pokój zabaw stanowi tylko połowę przestrzeni, którą powinien zajmować strych.

Zostawiła foremkę z mlekiem i obeszła dom. Z przeciwnej strony znajdowała się druga para okien na strychu. Kendra nie wiedziała jednak o żadnych innych schodach prowadzących na najwyższą kondygnację. To oznaczało, że w pokoju zabaw musiało być tajemne przejście! Może otwierał je ostatni klucz!

Kiedy już zamierzała wrócić na górę i poszukać ukrytych drzwi, zauważyła Dale’a idącego od stodoły z kolejną foremką z mlekiem. Popędziła za nim. Gdy ją zobaczył, przez chwilę miał zakłopotaną minę, po czym uśmiechnął się szeroko.

– Co pan robi? — spytała dziewczynka.

– Niosę mleko do domu, nic więcej — odparł Dale, nieco zmieniając kierunek marszu. Wcześniej szedł w stronę lasu.

– Naprawdę? A po co zostawił pan tamto mleko za żywopłotem?

– Tamto mleko? — Miał minę winowajcy.

– Aha. Piły je motyle.

Dale już nie szedł przed siebie. Spojrzał na Kendrę przenikliwie.

– Umiesz dotrzymać tajemnicy?

– Jasne.

Mężczyzna rozejrzał się, jakby sądził, że ktoś ich obserwuje.

– Mamy kilka mlecznych krów. Dają dużo mleka, więc nadmiar wystawiam owadom. Dzięki temu ogród tętni życiem.

– Dlaczego to jest tajemnica?

– Nie wiem, czy twój dziadek by to pochwalał. Nie pytałem go o zgodę. Mógłby uznać, że to marnotrawstwo.

– Jak dla mnie to dobry pomysł. W waszym ogrodzie jest tak dużo różnych motyli. Nigdy tylu nie widziałam. No i te wszystkie kolibry.

Dale pokiwał głową.

– Podoba mi się to. Dodaje atmosfery.

– Więc nie niósł pan mleka do domu.

– Nie, nie. To mleko nie jest pasteryzowane. Pełno w nim bakterii. Można się od niego nabawić masy różnych chorób. Nie nadaje się dla ludzi. Za to owady takie lubią najbardziej. Nie zdradzisz mojego sekretu?

– Będę milczeć.

– Dobra dziewczynka — powiedział Dale i mrugnął porozumiewawczo.

– A to mleko dokąd pan niesie?

– Tam — ruchem głowy wskazał las. — Codziennie stawiam parę misek na skraju ogrodu.

– Nie psuje się?

– Nie zostawiam go na długo. Czasami owady wypiją wszystko do dna, zanim zdążę zebrać foremki. Niezłe mają pragnienie.

– Do zobaczenia później.

– Widziałaś gdzieś brata?

– Chyba jest w domu.

– Naprawdę?

Kendra wzruszyła ramionami.

– Może.

Odwróciła się i ruszyła w stronę budynku. Wchodząc po schodach werandy, obejrzała się przez ramię.

Dale stawiał mleko za niewielkim okrągłym krzakiem.

Rozdział III Chata w bluszczu

Seth przeciskał się przez gęste zarośla, aż w końcu dotarł do ledwie widocznej, krętej ścieżki, jakie zwykle wydeptują zwierzęta. W pobliżu rosło przysadziste, sękate drzewo o kłujących liściach i czarnej korze. Chłopiec obejrzał bluzę, by sprawdzić, czy nie przyczepiły się do niej kleszcze. Uważnie zbadał wzór maskujący. Na razie nie widział ani jednego kleszcza. Oczywiście to właśnie te niewidoczne dadzą mu się we znaki. Miał nadzieję, że płyn odstraszający owady, którym się spryskał, robi swoje.

Przykucnął i ułożył niewielką piramidkę z kamieni, by oznaczyć punkt, gdzie przeciął ścieżkę. Zapewne z łatwością znaj dzie drogę powrotną, ale lepiej dmuchać na zimne. Jeśli zbyt długo pozostanie poza domem, dziadek może się domyślić, że złamał zakaz.

Seth pogrzebał w swym pudełku po płatkach i wyją! kompas… Ścieżka wydeptana przez zwierzęta biegła na północny wschód. Pierwotnie obrał kierunek wschodni, ale im dalej szedł, tym zarośla były gęstsze. Odnalezienie niewyraźnego szlaku to dobra wymówka, żeby nieco zboczyć z kursu. Tak będzie dużo łatwiej niż przedzierać się przez krzaki ze scyzorykiem. Szkoda, że nie miał maczety.

Ruszył ścieżką. Wysokie drzewa stały blisko siebie i rozpraszały światło słoneczne, które przeradzało się w zielonkawy blask przeplatany cieniami. Do tej pory Seth wyobrażał sobie, że w lesie będzie czarno jak w jaskini po zmroku.

Wśród krzaków coś zaszeleściło. Przystanął i z pudełka po płatkach wyjął małą lornetkę. Przyłożył ją do oczu i rozejrzał się po okolicy, ale nie zauważył nic ciekawego.

Szedł dalej, aż w pewnej chwili, może pięć metrów przed nim, na szlak wyszło z zarośli jakieś zwierzę. Było to pękate, szczeciniaste stworzenie sięgające mu prawie do kolan. Jeżozwierz. Ruszył w kierunku chłopca z dużą pewnością siebie. Seth zamarł. Stworzenie znajdowało się na tyle blisko, że widział każdy jego kolec, smukły i ostry.

Jeżozwierz toczył się w stronę chłopca, a ten się wycofywał. Czy zwierzęta nie powinny uciekać przed ludźmi? Może ten jeżozwierz miał wściekliznę. Albo po prostu nie zauważył Setha. Bądź co bądź, chłopak miał na sobie maskującą bluzę.

Seth szeroko rozłożył ramiona, tupnął nogą i warknął. Jeżozwierz spojrzał w górę, zmarszczył nos i zszedł ze ścieżki. Seth słuchał, jak zwierzę przeciska się przez listowie, oddalając się od wydeptanego szlaku.

Chłopiec wziął głęboki oddech. Przez chwilę nieźle się wystraszył. Już prawie czuł kolce przebijające się przez nogawkę jego dżinsów i wkłuwające się w nogę. Raczej trudno byłoby ukryć wyprawę do lasu, gdyby wrócił do domu, wyglądając jak poduszka na igły.

Choć nie przyznałby się do tego za żadne skarby, to żałował, że Kendra nie poszła wraz z nim. Na widok jeżozwierza pewnie zaczęłaby krzyczeć i swoim przerażeniem dodałaby mu odwagi. Mógłby się z niej nabijać, zamiast myśleć o własnym strachu. Nigdy wcześniej nie widział jeżozwierza na wolności. Ze zdziwieniem stwierdził, że patrząc na te ostre kolce, czuje się całkiem bezbronny. A gdyby przypadkiem nadepnął na coś takiego w zaroślach?

Rozejrzał się. Zaszedł już daleko. Oczywiście znalezienie drogi powrotnej to łatwizna — wystarczyło wrócić po ścieżce, a potem skierować się na zachód. Ale jeśli teraz pójdzie do domu, może już nigdy tu nie dotrze.

Ruszył dalej po szlaku. Niektóre drzewa były pokryte mchem i porostami, kilka pni oplatał bluszcz. Dróżka się rozwidlała. Spojrzawszy na kompas, Seth stwierdził, że jedna ścieżka biegnie na północny zachód, a druga — dokładnie na wschód. Trzymając się wcześniejszego postanowienia, wybrał tę drugą.