192 osoby interesują się tą książką

Opis

Andrzej Sapkowski, arcymistrz światowej fantasy, zaprasza do swojego Neverlandu i przedstawia uwielbianą przez czytelników i wychwalaną przez krytykę wiedźmińską sagę!

Oto Geraltowa kompania:

JASKIER, trubadur w kapelusiku z piórkiem egreta.
Studiował siedem sztuk wyzwolonych,
słynny po wszystkich dworach i zamtuzach.
„Kłamliwa łajza” i „zachrypnięty bażant”
to najłagodniejsze z określeń, jakim obdarzają go porzucone kochanki.

CAHIR, czarny rycerz z koszmarów Ciri.
Poszukiwany przez najlepszych szpiegów Cesarstwa Nilfgaardczyk,
który dowodzi, że Nilfgaardczykiem wcale nie jest.

MILVA, trafiająca z dwustu kroków łuczniczka.
Pyskata i do słów nieparlamentarnych skora.

REGIS, cyrulik intelektualista.
Nosi się staroświecko i pachnie ziołowo-korzennie.
Osobnik jakby nie z tej bajki.

Piątka krasnoludów oraz sprytny gnom zwiadowca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Through these fields of destruction Baptisms of fire I’ve watched all your suffering As the battles raged higher And though they did hurt me so bad In the fear and alarm You did not desert me

Wówczas rzekła wróżka do wiedźmina: „Taką ci dam radę: obuj żelazne buty, weź do ręki kostur żelazny. Idź w żelaznych butach na koniec świata, a drogę przed sobą kosturem macaj, łzami skrapiaj. Idź przez ogień i wodę, nie ustawaj, wstecz się nie oglądaj. A gdy już zedrą się chodaki, gdy zetrze się kostur żelazny, gdy już od wiatru i żaru wyschną twe oczy tak, że już ni jedna łza z nich wypłynąć nie zdoła, wówczas na końcu świata odnajdziesz to, czego szukasz i to, co kochasz. Być może.”

I wiedźmin poszedł przez ogień i wodę, wstecz się nie oglądał. Ale nie wziął ni butów żelaznych, ni kostura. Wziął tylko swój miecz wiedźmiński. Nie posłuchał słów wróżki. I dobrze zrobił, bo to była zła wróżka.

Flourens Delannoy, Bajki i klechdy

Rozdział pierwszy

W krzakach darły się ptaki.

Zbocze parowu porastała gęsta, zbita masa jeżyn i berberysów, wymarzone miejsce do gniazdowania i do żeru, nic tedy dziwnego, że roiło się tam od ptactwa. Zawzięcie trylowały dzwońce, świergotały czeczotki i piegże, co chwila rozbrzmiewało też dźwięczne „pink-pink” zięby. Zięba dzwoni na deszcz, pomyślała Milva, odruchowo spoglądając na niebo. Nie było chmur. Ale zięby zawsze dzwonią na deszcz. Przydałoby się nareszcie trochę deszczu.

Miejsce na wprost wylotu kotlinki było dobrym myśliwskim stanowiskiem, dającym niezłe szanse na udane polowanie, zwłaszcza tu, w Brokilonie, mateczniku zwierzyny. Władające potężnym obszarem lasu driady polowały niezmiernie rzadko, a człowiek jeszcze rzadziej odważał się tu zapuszczać. Tutaj żądny mięsa lub skór łowca sam stawał się obiektem łowów. Brokilońskie driady nie miały litości dla intruzów. Milva przekonała się kiedyś o tym na własnej skórze.

Czego jak czego, ale zwierza w Brokilonie nie brakowało. Jednak Milva tkwiła w zasadzce już ponad dwie godziny i nadal nic nie wychodziło na strzał. Polować z marszu nie mogła – panująca od miesięcy susza wysłała poszycie chrustem i liśćmi, trzeszczącymi przy każdym kroku. W takich warunkach tylko bezruch w zasadzce mógł zaowocować sukcesem i zdobyczą.

Na gryfie łuku usiadł motyl admirał. Milva nie płoszyła go. Obserwując, jak składa i rozkłada skrzydełka, patrzyła równocześnie na łuk, nowy nabytek, którym wciąż jeszcze nie przestała się cieszyć. Była zawołaną łuczniczką, kochała dobrą broń. A ta, którą trzymała w dłoni, była najlepszą z najlepszych.

Milva miała w życiu wiele łuków. Uczyła się strzelać ze zwykłych jesionowych i cisowych, ale prędko zrezygnowała z nich na rzecz refleksyjnych laminatów, jakich używały driady i elfy. Elfie łuki były krótsze, lżejsze i poręczniejsze, a dzięki warstwowej kompozycji drewna i zwierzęcych ścięgien również o wiele „szybsze” od cisowych – wystrzelona z nich strzała dosięgała celu w czasie dużo krótszym i po płaskim torze, co w znacznej mierze eliminowało możliwość zniesienia przez wiatr. Najlepsze egzemplarze takiej broni, gięte poczwórnie, nosiły wśród elfów nazwę zefhar, taki bowiem runiczny znak tworzyły wygięte ramiona i gryfy łuku. Milva używała zefarów przez ładnych kilka lat i nie sądziła, by mógł istnieć łuk, który je przewyższał.

Ale wreszcie trafiła na taki łuk. Było to oczywiście na Morskim Bazarze w Cidaris, słynnym z bogatej oferty dziwnych i rzadkich towarów zwożonych przez żeglarzy z najdalszych zakątków świata, zewsząd, dokąd docierały kogi i galeony. Milva, gdy tylko mogła, odwiedzała bazar i oglądała zamorskie łuki. Tam właśnie nabyła łuk, o którym sądziła, że posłuży jej przez wiele lat – pochodzący z Zerrikanii zefar wzmacniany szlifowanym rogiem antylopy. Łuk ten miała za doskonały. Przez rok. Albowiem w rok później, na tym samym straganie, u tego samego kupca zobaczyła istne cudo.

Łuk pochodził z dalekiej Północy. Miał łęczysko długie na sześćdziesiąt dwa cale, mahoniowy, dokładnie wyważony majdan i płaskie, laminowane ramiona, sklejone z przeplatających się warstw szlachetnego drewna, warzonych ścięgien i kości wielorybich. Od innych leżących obok kompozytów różniła go nie tylko konstrukcja, ale i cena – i cena właśnie zwróciła uwagę Milvy. Gdy jednak wzięła łuk do ręki i wypróbowała go, zapłaciła bez wahania i bez targów tyle, ile żądał handlarz. Czterysta novigradzkich koron. Rzecz jasna, nie miała przy sobie tak niebotycznej sumy – w targu poświęciła swój zerrikański zefar, pęk sobolowych łupieży i przecudnej roboty elfi medalionik, koralową kameę w wianuszku rzecznych pereł.

Ale nie żałowała. Nigdy. Łuk był niewiarygodnie lekki i wprost idealnie celny. Choć niezbyt długi, krył w kompozytowych ramionach nielichego kopa. Zaopatrzony w zapiętą na precyzyjnie podgiętych gryfach jedwabno-konopną cięciwę, przy dwudziestoczterocalowym naciągu dawał pięćdziesiąt pięć funtów mocy. Prawda, bywały łuki, które dawały nawet osiemdziesiąt, ale Milva uważała to za przesadę. Wystrzelona z jej wielorybiej pięćdziesiątki piątki strzała pokonywała odległość dwustu stóp w czasie pomiędzy dwoma uderzeniami serca, a na sto kroków miała aż nadto impetu, by skutecznie porazić jelenia, człowieka zaś, jeśli nie nosił zbroi, przeszywała na wylot. Na zwierzęta większe od jelenia i na ciężkozbrojnych Milva rzadko polowała.

Motyl odleciał. Zięby nadal darły się w krzakach. I nadal nic nie wychodziło na strzał. Milva oparła się barkiem o pień sosny, zaczęła wspominać. Ot tak, żeby zabić czas.

Do jej pierwszego spotkania z wiedźminem doszło w lipcu, dwa tygodnie po wydarzeniach na wyspie Thanedd i wybuchu wojny w Dol Angra. Milva wróciła do Brokilonu po kilkunastodniowej nieobecności, przyprowadziła resztki komanda Scoia’tael, rozbitego w Temerii podczas próby przedostania się na teren objętego wojną Aedirn. Wiewiórki chciały przyłączyć się do powstania wznieconego przez elfy w Dol Blathanna. Nie powiodło im się, gdyby nie Milva, byłoby po nich. Ale znalazły Milvę i azyl w Brokilonie.

Zaraz po przyjeździe poinformowano ją, że Aglais pilnie oczekuje jej w Col Serrai. Milva zdziwiła się trochę. Aglais była przełożoną brokilońskich uzdrowicielek, a głęboka, pełna gorących źródeł i jaskiń kotlina Col Serrai była miejscem uzdrowień.

Posłuchała jednak wezwania, będąc przekonana, że idzie o jakiegoś leczonego elfa, pragnącego za jej pośrednictwem skontaktować się ze swym komandem. A gdy zobaczyła rannego wiedźmina i dowiedziała się, w czym rzecz, wpadła w istny szał. Wybiegła z groty z rozwianym włosem i całą złość wyładowała na Aglais.

– Widział mnie! Widział moją twarz! Czy pojmujesz, czym mi to grozi?

– Nie, nie pojmuję – odrzekła chłodno uzdrowicielka. – To Gwynbleidd, wiedźmin. Przyjaciel Brokilonu. Jest tu od czternastu dni, od nowiu. I jeszcze jakiś czas upłynie, zanim będzie mógł wstać i normalnie chodzić. Pragnie wieści ze świata, wieści o jego bliskich. Tylko ty możesz mu ich dostarczyć.

– Wieści ze świata? Chybaś rozum straciła, dziwożono! Czy ty wiesz, co teraz dzieje się na świecie, za granicami twojego spokojnego lasu? W Aedirn trwa wojna! W Brugge, w Temerii i w Redanii zamęt, piekło, wielkie łowy! Za tymi, co rebelię wszczęli na Thanedd, gonią wszędy! Wszędy pełno szpiegów i an’givare, jedno słowo nieraz wystarczy uronić, usta skrzywić, gdy nie trza, i już kat ci w lochu czerwonym żelazem zaświeci! A ja na przeszpiegi mam chodzić, dopytywać się, wieści zbierać? Karku nadstawiać? I dla kogo? Dla jakiegoś półżywego wiedźmina? A co to on mi, brat albo swat? Iście rozumu zbyłaś, Aglais!

– Jeśli masz zamiar wrzeszczeć – przerwała spokojnie driada – to idźmy dalej w las. Jemu potrzebny jest spokój.

Milva obejrzała się mimo woli na wylot jaskini, w której przed chwilą widziała rannego. Kawał chłopa, pomyślała odruchowo, choć chudy, ale jedna żyła... Łeb biały, ale brzuch płaski niby u młodzika, widno, że trud mu druhem, nie słonina i piwo...

– On na Thanedd był – stwierdziła, nie zapytała. – Rebeliant.

– Nie wiem – wzruszyła ramionami Aglais. – Ranny. Potrzebuje pomocy. Reszta mnie nie obchodzi.

Milva żachnęła się. Uzdrowicielka znana była z niechęci do gadania. Ale Milva zdążyła już wysłuchać podnieconych relacji driad ze wschodniej rubieży Brokilonu, wiedziała już wszystko o wydarzeniach sprzed dwóch tygodni. O kasztanowłosej czarodziejce, która zjawiła się w Brokilonie w błysku magii, o przywleczonym przez nią kalece ze złamaną ręką i nogą. Kalece, który okazał się wiedźminem, znanym driadom jako Gwynbleidd, Biały Wilk.

Początkowo, opowiadały driady, nie wiadomo było, co czynić. Pokrwawiony wiedźmin na przemian krzyczał i mdlał, Aglais nakładała prowizoryczne opatrunki, czarodziejka klęła. I płakała. W to ostatnie Milva absolutnie nie wierzyła – a bo to widział kto kiedy płaczącą magiczkę? A później przyszedł rozkaz z Duen Canell, od Srebrnookiej Eithné, Pani Brokilonu. Czarodziejkę odprawić, brzmiał rozkaz władczyni Lasu Driad. Wiedźmina leczyć.

Leczono go. Milva widziała. Leżał w jaskini, w niecce pełnej wody z magicznych brokilońskich źródeł, jego unieruchomione w szynach i na wyciągach kończyny spowite były gęstym kożuchem leczących pnączy conynhaeli i pędami purpurowego żywokostu. Włosy miał białe niby mleko. Był przytomny, choć leczeni conynhaelą zwykle bez ducha leżą, bredzą, magia przez nich gada...

– No? – beznamiętny głos uzdrowicielki wyrwał ją z zadumy. – Jak tedy będzie? Co mam mu powiedzieć?

– Żeby do wszystkich biesów poszedł – warknęła Milva, podciągając obciążony sakwą i myśliwskim nożem pas. – I ty też idź do biesa, Aglais.

– Twoja wola. Nie przymuszę cię.

– Prawaś. Nie przymusisz.

Poszła w las, pomiędzy rzadkie sosny, nie oglądając się. Była zła.

O wydarzeniach, jakie miały miejsce w pierwszy lipcowy nów księżyca na ostrowie Thanedd, Milva wiedziała, Scoia’tael mówili o tym bez przerwy. Podczas zjazdu czarodziejów na wyspie doszło do rebelii, polała się krew, poleciały głowy. A armie Nilfgaardu, jakby na sygnał, uderzyły na Aedirn i Lyrię, zaczęła się wojna. A w Temerii, Redanii i Kaedwen skrupiło się wszystko na Wiewiórkach. Raz, bo podobno zbuntowanym czarodziejom na Thanedd przyszło w sukurs komando Scoia’tael. Dwa, bo to podobno jakiś elf czy też półelf żgnął sztyletem i zabił Vizimira, redańskiego króla. Rozwścieczeni ludzie wzięli się więc ostro za Wiewiórki. Wrzało wszędzie niby w kotle, elfia krew płynęła rzeką...

Ha, pomyślała Milva, może i prawda to, co kapłani bają, że koniec świata i dzień sądu bliski? Świat w ogniu, człowiek nie tylko elfowi, ale i człowiekowi wilkiem, brat na brata nóż podnosi... A wiedźmin do polityki się miesza i do rebelii staje. Wiedźmin, któren przecie tylko od tego jest, by świat przemierzać i szkodzące ludziom monstra ubijać! Jak świat światem, nigdy wiedźmin żaden ni do polityki, ni do wojaczki wciągać się nie dawał. Toć nawet taka bajka jest, o głupim królu, co przetakiem wodę nosił, zająca chciał gońcem, a wiedźmina wojewodą uczynić. A tu masz, wiedźmin w rokoszu przeciw królom poszczerbiony, w Brokilonie przed karą kryć się musi. Iście, koniec świata!

– Witaj, Mario.

Drgnęła. Oparta o sosnę niewysoka driada miała oczy i włosy w kolorze srebra. Zachodzące słońce otaczało aureolą jej głowę na tle pstrokatej ściany lasu. Milva uklękła na jedno kolano, nisko skłoniła głowę:

– Bądź pozdrowiona, Pani Eithné.

Władczyni Brokilonu zatknęła za łykowy pasek złoty nożyk o kształcie sierpa.

– Wstań – powiedziała. – Przejdźmy się. Chcę z tobą porozmawiać.

Długo szły razem przez pełen cieni las, mała srebrnowłosa driada i wysoka płowowłosa dziewczyna. Żadna nie przerywała milczenia.

– Dawno nie zaglądałaś do Duen Canell, Mario.

– Czasu nie stało, Pani Eithné. Do Duen Canell daleka od Wstążki droga, a ja... Przecież wiesz.

– Wiem. Zmęczona jesteś?

– Elfy potrzebują pomocy. Z twego rozkazu im przecie pomagam.

– Na moją prośbę.

– Iście. Na prośbę.

– Mam jeszcze jedną.

– Takem myślała. Wiedźmin?

– Pomóż mu.

Milva zatrzymała się i odwróciła, ostrym ruchem złamała zawadzającą gałązkę wiciokrzewu, obróciła ją w palcach, cisnęła na ziemię.

– Od pół roku – powiedziała cicho, patrząc w srebrzyste oczy driady – głowę w hazard stawię, elfów z rozgromionych komand przeprowadzam do Brokilonu... Gdy wypoczną i z ran się wyleczą, nazad ich wywodzę... Mało tego? Nie dość uczyniłam? Co nów na szlak ciemną nocą ruszam... Słońca się już lękam jak nietoperz albo puszczyk jaki...

– Nikt nie zna leśnych ścieżek lepiej od ciebie.

– W kniei nie dowiem się niczego. Wiedźmin ponoć chce, bym wieści zbierała, między ludzi pojechała. To rebeliant, na jego imię mają an’givare wyostrzone uszy. Mnie samej też nijak w miastach się pokazywać. A jak mnie kto rozpozna? Pamięć o tamtym żywa jeszcze, nie przyschła jeszcze tamta krew... Bo dużo było wtedy krwi, Pani Eithné.

– Niemało – srebrne oczy starej driady były obce, zimne, nieprzeniknione. – Niemało, prawda to.

– Jeśli mnie rozpoznają, na pal nawleką.

– Jesteś rozważna. Jesteś ostrożna i czujna.

– By wieści, o które wiedźmin prosi, pozbierać, trza się czujności wyzbyć. Trza pytać. A teraz ciekawość niebezpiecznie objawiać. Jeśli mię pochwycą...

– Masz kontakty.

– Umęczą. Zakatują. Albo zgnoją w Drakenborgu...

– A wobec mnie masz dług.

Milva odwróciła głowę, zagryzła wargi.

– Ano, mam – powiedziała gorzko. – Nie zapomnieć mi o tym.

Przymknęła oczy, twarz skurczyła się jej nagle, usta drgnęły, zęby zwarły się silnie. Pod powiekami blado zaświeciło wspomnienie, upiornym, księżycowym blaskiem tamtej nocy. Wrócił nagle ból w kostce, ucapionej rzemienną pętlą pułapki, ból w stawach, dartych szarpnięciem. W uszach rozbrzmiał szum liści prostującego się gwałtownie drzewa... Krzyk, jęk, dzika, szaleńcza, przerażona miotanina i ohydne uczucie strachu, który spłynął na nią, gdy zrozumiała, że nie uwolni się... Krzyk i strach, skrzyp liny, rozfalowane cienie, rozkołysana, nienaturalna, odwrócona ziemia, odwrócone niebo, drzewa o odwróconych wierzchołkach, ból, krew tętniąca w skroniach... A o świcie driady, dookoła, wianuszkiem... Daleki srebrzysty śmiech... Kukiełka na sznurku! Huśtaj się, huśtaj, pacyneczko, główeczką do dołu... I jej własny, lecz obcy, rzężący krzyk. A potem ciemność.

– Iście, mam dług – powtórzyła przez ściśnięte zęby. – Iście, bom przecie wisielec odcięty z powroza. Póki życia, widzę, nie spłacić mi tego długu.

– Każdy ma jakiś dług – powiedziała Eithné. – Takie jest życie, Mario Barring. Długi i wierzytelności, zobowiązania, wdzięczność, zapłata... Uczynić coś dla kogoś. A może dla siebie? Bo tak naprawdę to zawsze płacimy sobie, nie komuś. Każdy zaciągnięty dług spłacamy sobie. W każdej z nas tkwi wierzyciel i dłużnik zarazem. Rzecz w tym, by zgodził się w nas ten rachunek. Przychodzimy na świat jako odrobina danego nam życia, potem wciąż zaciągamy i spłacamy długi. Sobie. Dla siebie. Po to, by w końcu rachunek się zgodził.

– Bliski jest ci ten człek, Pani Eithné? Ten... wiedźmin?

– Bliski. Choć sam o tym nie wie. Wróć do Col Serrai, Mario Barring. Idź do niego. I zrób to, o co cię poprosi.

W kotlince zachrzęścił chrust, trzasnęła gałązka. Zabrzmiało głośne i gniewne „czek-czek” sroki, zięby zerwały się do lotu, migając białymi sterówkami. Milva wstrzymała oddech. Nareszcie.

Czek-czek, zawołała sroka. Czek-czek-czek. Znowu trzasnęła gałązka.

Milva poprawiła wysłużony, wytarty do połysku skórzany ochraniacz na lewym przedramieniu, ułożyła kiść ręki w przymocowanej do majdanu pętli. Z płaskiego kołczanu na udzie wyjęła strzałę. Odruchowo, z nawyku sprawdziła stan brzeszczotów grotu i opierzenie. Kupowała brzechwy na jarmarkach – wybierając średnio jedną z dziesięciu, które jej oferowano – ale zawsze opierzała je sama. Większość dostępnych w handlu gotowych strzał miała lotki za krótkie i ustawione prosto wzdłuż brzechwy, a Milva używała wyłącznie strzał opierzonych spiralnie, lotkami nie krótszymi niż pięć cali.

Nałożyła strzałę na cięciwę i wpatrzyła się w wylot kotlinki, w zieleniejącą między pniami plamę berberysu, ciężkiego gronami czerwonych jagód.

Zięby nie odleciały daleko, wznowiły dzwonienie. Chodź, kózko, pomyślała Milva, unosząc i napinając łuk. Chodź. Jestem gotowa.

Ale sarny poszły parowem, w kierunku bagienka i źródeł zasilających wpadające do Wstążki strumyki. Z kotliny wyszedł koziołek. Ładny, na oko ponad czterdziestofuntowy. Uniósł głowę, zastrzygł uszami, potem odwrócił się ku krzakom, skubnął listki.

Stał korzystnie – tyłem. Gdyby nie pień zasłaniający cel, Milva strzelałaby bez zastanowienia. Nawet trafiając w brzuch, grot przeszyłby go i dosięgnął serca, wątroby lub płuc. Trafiając w udziec, rozwaliłby arterię, zwierzę również musiałoby paść w krótkim czasie. Czekała, nie zwalniając cięciwy.

Kozioł znowu uniósł głowę, postąpił krok, wyszedł zza pnia – i nagle odwrócił się lekko przodem. Milva, utrzymując strzałę w pełnym naciągu, zaklęła w myśli. Strzał od przodu był niepewny – miast w płuco, grot mógł ugodzić w brzuch. Czekała, wstrzymując oddech, wyczuwając słony smak cięciwy kącikiem ust. To była jeszcze jedna wielka, wręcz nieoceniona zaleta jej łuku – gdyby używała broni cięższej lub wykonanej mniej starannie, nie zdołałaby tak długo trzymać jej w napięciu, nie ryzykując zmęczenia ręki i obniżonej precyzji strzału.

Szczęściem kozioł pochylił głowę, skubnął wystające z mchu trawy i obrócił się bokiem. Milva odetchnęła spokojnie, wymierzyła na komorę i delikatnie wypuściła cięciwę z palców.

Nie usłyszała jednak oczekiwanego trzasku łamanego przez grot żebra. Kozioł natomiast wyskoczył w górę, wierzgnął i znikł przy wtórze chrupu suchych gałęzi i szumu potrącanych liści.

Przez kilka uderzeń serca Milva stała nieruchomo, skamieniała niby marmurowy posąg leśnej boginki. Dopiero wówczas, gdy wszelkie odgłosy ucichły, odjęła prawą dłoń od policzka i opuściła łuk. Odnotowawszy w pamięci trasę ucieczki zwierza, usiadła spokojnie, oparła plecy o pień. Była doświadczoną łowczynią, kłusowała w pańskich lasach od dziecka, pierwszą sarnę położyła mając jedenaście lat, pierwszego rogacza czternastaka – na niebywale szczęśliwą łowiecką wróżbę – w dniu swych czternastych urodzin. A doświadczenie uczyło, że z pogonią za strzelonym zwierzem nigdy nie należało się spieszyć. Jeśli trafiła dobrze, kozioł musiał paść nie dalej niż dwieście kroków od wylotu kotlinki. Jeśli trafiła gorzej – a w zasadzie nie dopuszczała takiej możliwości – pośpiech mógł tylko sprawę pogorszyć. Źle strzelony ranny zwierz, nie niepokojony, po panicznej ucieczce zwolni i będzie szedł. Ścigany i płoszony zwierz będzie gnał na złamanie karku i nie zwolni aż za siódmą górą.

Miała więc co najmniej pół godziny. Wsadziła w zęby wyrwane źdźbło trawy i zamyśliła się znowu. Wspominała.

Gdy po dwunastu dniach wróciła do Brokilonu, wiedźmin już chodził. Utykał lekko i nieznacznie zaciągał biodrem, ale chodził. Milva nie zdziwiła się – wiedziała o cudownych właściwościach leczniczych leśnej wody i zielska, zwanego conynhaelą. Znała też umiejętności Aglais, nie raz była świadkiem błyskawicznego wręcz uzdrawiania rannych driad. A pogłoski o niebywałej odporności i wytrzymałości wiedźminów też nie były widać wyssane z palca.

Nie poszła do Col Serrai zaraz po przybyciu, choć driady napomykały, że Gwynbleidd niecierpliwie wyglądał jej powrotu. Zwlekała celowo, wciąż była niezadowolona ze zleconej jej misji i chciała to zademonstrować. Odprowadziła do obozu elfy z przyprowadzonego komanda Wiewiórek. Rozwlekle zdała relację o wydarzeniach w drodze, ostrzegła driady przed szykowaną przez ludzi blokadą granicy na Wstążce. Dopiero gdy napomniano ją po raz trzeci, Milva wykąpała się, przebrała i poszła do wiedźmina.

Czekał na nią na skraju polany, tam, gdzie rosły cedry. Przechadzał się, od czasu do czasu przysiadał, prostował się sprężyście. Widać Aglais zaleciła mu ćwiczenia.

– Jakie wieści? – spytał zaraz po powitaniu. Chłód w jego głosie nie zmylił jej.

– Wojna chyba ku końcowi się ma – odrzekła, wzruszając ramionami. – Nilfgaard, powiadają, srodze Lyrię i Aedirn pogromił. Verden się poddało, a król Temerii ułożył się z nilfgaardzkim cesarzem. A elfy w Dolinie Kwiatów własne królestwo założyły. Wszelako Scoia’tael z Temerii i Redanii nie powędrowały tam. Biją się nadal...

– Nie o to mi szło.

– Nie? – udała zdziwienie. – A, prawda. Tak, zawadziłam o Dorian, jakeś prosił, choć przyszło szmat drogi nadłożyć. A niebezpieczne nynie gościńce...

Urwała, przeciągnęła się. Tym razem nie ponaglał jej.

– Czy ów Codringher – spytała wreszcie – którego kazałeś mi odwiedzić, był twoim przyjacielem?

Twarz wiedźmina nie drgnęła, ale Milva wiedziała, że zrozumiał z miejsca.

– Nie. Nie był.

– To dobrze – kontynuowała swobodnie. – Bo nie ma go już wśród żyjących. Spłonął razem ze swą sadybą, został aby komin i pół frontowej ściany. Całe Dorian huczy od plotek. Jedni gadają, że ów Codringher uprawiał czarnoksięstwo i jady warzył, że z diabłem miał pakt, więc czarci ogień go pochłonął. Drudzy mówią, że wsunął nos i palce do niewłaściwej szpary, jako to miał we zwyczaju czynić. A komuś to nie w smak było, więc go zwyczajnie utrupił i podłożył ogień, by zatrzeć ślady. A ty jak myślisz?

Nie doczekała się ani odpowiedzi, ani emocji na poszarzałej twarzy. Kontynuowała więc, nie rezygnując ze złośliwego i aroganckiego tonu.

– Ciekawe jest, że ów pożar i zgon owego Codringhera w pierwszy lipcowy nów miesiączka się zdarzyły, dokładnie jako i tumult na ostrowie Thanedd. Wypisz wymaluj, jakby kto się domyślał, że właśnie Codringher coś o ruchawce wie i że o detale będzie pytany. Jakby kto chciał mu zawczasu gębę na wieki zasznurować, jęzor oniemić. Co na to powiesz? Ha, widzę, nic nie powiesz. Małomównyś! Tedy ja ci powiem: niebezpieczne są te twoje dzieła, te twoje przeszpiegi i wypytywanki. Może ktoś oprócz Codringherowej również inne gęby i uszy chcieć zamknąć. Tak sobie myślę.

– Wybacz mi – powiedział po chwili. – Masz rację. Naraziłem cię. To było zbyt niebezpieczne zadanie dla...

– Dla niewiasty, tak? – szarpnęła głową, ostrym ruchem odrzuciła z ramienia wciąż jeszcze mokre włosy. – Toś chciał powiedzieć? Galant się znalazł! Zakarbuj sobie, że choć do sikania kucać muszę, moja kapota wilkiem, nie zającem podszyta! Tchórza mi nie zadawaj, bo mnie nie znasz!

– Znam – powiedział cicho i spokojnie, nie reagując na jej złość i podniesiony głos. – Jesteś Milva. Przeprowadzasz do Brokilonu Wiewiórki, przedzierając się przez obławy. Znane jest mi twoje męstwo. Ale ja lekkomyślnie i samolubnie naraziłem cię...

– Głupiś! – przerwała ostro. – O siebie się martw, nie o mnie. O dziewuszkę się martw!

Uśmiechnęła się kpiąco. Bo tym razem twarz mu się zmieniła. Milczała z rozmysłem, czekała na dalsze pytania.

– Co wiesz? – spytał wreszcie. – I od kogo?

– Ty miałeś twego Codringhera – parsknęła, dumnie unosząc głowę – ja mam moich znajomków. Takich, którzy bystre mają oczy i uszy.

– Mów. Proszę, Milva.

– Po ruchawce na Thanedd – zaczęła, odczekawszy chwilę – zawrzało wszędy. Łowy na zdrajców się zaczęły. Osobliwie na tych czarodziejów, co za Nilfgaardem stali, jako i na innych sprzedawczyków. Niektórych ujęto. Inni zniknęli, kamień w wodę. Nie trza wielkiego umu, by zgadnąć, dokąd uszli, pod czyje skrzydła się schronili. Ale nie tylko na czarowników i zdrajców polowano. W rebelii na Thanedd zbuntowanym czarodziejom pomogło komando Wiewiórek, nimi sławny Faoiltiarna przewodził. Szukają go. Rozkaz wydano, żeby każdego schwytanego elfa na męki brać, o komando Faoiltiarny pytać.

– Kim jest ten Faoiltiarna?

– Elf, Scoia’tael. Jak mało który ludziom za skórę zalazł. Wielka cena jest za jego głowę. Ale nie tylko jego szukają. Szuka się też jakiegoś nilfgaardzkiego rycerza, któren na Thanedd był. I jeszcze...

– Mów.

– An’givare o wiedźmina wypytują, imieniem Geralt z Rivii. I o dziewuszkę imieniem Cirilla. Tych dwoje przykazano żywymi brać. Pod gardłem to nakazano: obojgu ujętym włos z głowy spaść nie może, guz z sukni urwać się nie ma prawa. Ha! Drogi musisz być ich sercu, że tak się o twoje zdrowie troskają...

Urwała, widząc wyraz jego twarzy, z której raptownie zniknął nieludzki spokój. Zrozumiała, że choć się starała, nie zdołała napędzić mu strachu. Przynajmniej nie o jego własną skórę. Niespodziewanie poczuła wstyd.

– No, z tym pościgiem to przecie daremny ich zachód – powiedziała łagodniej, ale wciąż z lekko drwiącym uśmiechem na wargach. – Ty w Brokilonie bezpieczny jesteś. A dziewczyny też żywej nie dostaną. Gdy gruzy na Thanedd przekopali, rozwaliny tej magicznej wieży, co się zawaliła... Hej, co tobie?

Wiedźmin zatoczył się, oparł o cedr, usiadł ciężko przy pniu. Milva odskoczyła, przerażona bladością, która nagle pokryła mu twarz.

– Aglais! Sirssa! Fauve! Do mnie, żywo! Zaraza, na umieranie mu się chyba zebrało! Hej, ty!

– Nie wołaj ich... Nic mi nie jest... Mów. Chcę wiedzieć...

Milva zrozumiała nagle.

– Niczego nie naszli w rumowisku! – krzyknęła, czując, że też blednie. – Niczego! Choć każdy kamień obejrzeli i czary rzucali, nie znaleźli...

Otarła pot z brwi, gestem powstrzymała nadbiegające driady. Chwyciła siedzącego wiedźmina za ramiona, pochyliła się nad nim tak, że jej długie jasne włosy spadły na jego zbielałą twarz.

– Źle pojąłeś – powtarzała szybko, nieskładnie, z trudem znajdując słowa w natłoku tych, które cisnęły się jej na usta. – To jeno chciałam rzec, że... Opacznie mnie pojąłeś. Bo ja... Skądże wiedzieć mogłam, że ty aż tak... Nie tak chciałam. Ja jeno o tym, że dziewczyna... Że nie znajdą jej, bo bez śladu znikła, jak owi czarodzieje... Wybacz mi.

Nie odpowiedział. Patrzył w bok. Milva zagryzła wargi, zacisnęła pięści.

– We trzy dni wyjeżdżam z Brokilonu – powiedziała łagodnie po długim, bardzo długim milczeniu. – Niech jeno miesiączek pójdzie na uszczerb, niech nocki trochę ciemniejsze nastaną. Do dziesięciu dni wrócę, może wcześniej. Wnet po Lammas, w pierwszych dniach sierpnia. Nie turbuj się. Ziemię i wodę poruszę, ale wywiem się wszystkiego. Jeśli kto co wie o tej pannie, też będziesz to wiedział.

– Dzięki, Milva.

– Do dziesięciu dni... Gwynbleidd.

– Jestem Geralt – wyciągnął dłoń. Uścisnęła bez zastanowienia. Bardzo silnie.

– Jestem Maria Barring.

Skinieniem głowy i cieniem uśmiechu podziękował za szczerość, wiedziała, że docenił.

– Bądź ostrożna, proszę. Zadając pytania uważaj, komu je zadajesz.

– Nie frasuj się o mnie.

– Twoi informatorzy... Ufasz im?

– Ja nikomu nie ufam.

– Wiedźmin jest w Brokilonie. Wśród driad.

– Tak przypuszczałem – Dijkstra splótł ramiona na piersi. – Ale dobrze, że to się potwierdziło.

Milczał przez chwilę. Lennep oblizał wargi. Czekał.

– Dobrze, że się potwierdziło – powtórzył szef tajnych służb królestwa Redanii, zamyślony, jak gdyby mówił do siebie. – Zawsze to lepiej mieć pewność. Ech, gdyby jeszcze okazało się, że Yennefer jest z nim... Nie ma z nim czarodziejki, Lennep?

– Słucham? – wywiadowca drgnął. – Nie, jaśnie panie. Nie ma. Co rozkażecie? Jeśli chcecie żywego, wywabię go z Brokilonu. Jeśli zaś milszy wam martwy...

– Lennep – Dijkstra uniósł na agenta swe zimne, bladobłękitne oczy. – Nie bądź nadgorliwy. W naszym fachu nadgorliwość nigdy nie popłaca. A zawsze jest podejrzana.

– Panie – Lennep zbladł lekko. – Ja jeno...

– Wiem. Ty jeno pytałeś, co rozkażę. Rozkazuję: zostaw wiedźmina w spokoju.

– Wedle rozkazu. A co z Milvą?

– Ją też zostaw w spokoju. Na razie.

– Wedle rozkazu. Czy mogę odejść?

– Możesz.

Agent wyszedł, ostrożnie i cichutko zamykając za sobą dębowe drzwi komnaty. Dijkstra milczał długo, zapatrzony w piętrzące się na stole mapy, listy, donosy, protokoły przesłuchań i wyroki śmierci.

– Ori.

Sekretarz uniósł głowę, chrząknął. Milczał.

– Wiedźmin jest w Brokilonie.

Ori Reuven znowu zachrząkał, odruchowo spoglądając pod stół, w kierunku nogi szefa. Dijkstra zauważył spojrzenie.

– Zgadza się. Tego mu nie zapomnę – warknął. – Przez dwa tygodnie nie mogłem przez niego chodzić. Straciłem twarz wobec Filippy, musząc jak pies skamleć i prosić o jej cholerne czary, bo inaczej kusztykałbym do dzisiaj. Cóż, sam sobie jestem winien, nie doceniłem go. Najgorsze, że nie mogę mu się teraz zrewanżować, dobrać do jego wiedźmińskiej dupy! Sam nie mam czasu, a przecież nie mogę dla prywaty używać moich ludzi! Prawda, Ori, że nie mogę?

– Hem, hem...

– Nie chrząkaj. Wiem. Ach, do diabła, jak ta władza nęci! Jak kusi, by się nią posłużyć! Jak łatwo się zapomnieć, gdy się ją ma! Ale gdy się zapomni raz, końca nie ma... Czy Filippa Eilhart ciągle jeszcze siedzi w Montecalvo?

– Tak.

– Bierz pióro i kałamarz. Podyktuję ci list do niej. Pisz... Psiakrew, skupić się nie mogę. Co to za cholerne wrzaski, Ori? Co się tam dzieje na placu?

– Żacy obrzucają kamieniami rezydencję nilfgaardzkiego posła. Zapłaciliśmy im za to, hem, hem, jak mi się zdaje.

– Aha. Dobrze. Zamknij okno. Jutro niech żacy pójdą obrzucać filię banku krasnoluda Giancardiego. Odmówił mi ujawnienia kont.

– Giancardi, hem, hem, przekazał znaczną sumę na fundusz wojenny.

– Ha. Niech więc obrzucają te banki, które nie przekazały.

– Wszystkie przekazały.

– Ach, nudny jesteś, Ori. Pisz, powiadam. Umiłowana Fil, słońce moich... Cholera, ciągle się zapominam. Weź nowy arkusz. Gotów?

– Tak jest, hem, hem.

– Droga Filippo. Pani Triss Merigold martwi się pewnie o wiedźmina, którego teleportowała z Thanedd do Brokilonu, czyniąc z tego faktu głęboki sekret, nawet przede mną, co okrutnie mnie zabolało. Uspokój ją. Wiedźmin ma się już dobrze. Już nawet zaczął wysyłać z Brokilonu emisariuszki z zadaniem szukania śladów księżniczki Cirilli, osóbki, która tak Cię przecież interesuje. Nasz przyjaciel Geralt najwyraźniej nie wie, że Cirilla jest w Nilfgaardzie, gdzie sposobi się do ślubu z cesarzem Emhyrem. Zależy mi, aby wiedźmin spokojnie siedział w Brokilonie, dlatego też postaram się, żeby ta wieść dotarła do niego. Napisałeś?

– Hem, hem, dotarła do niego.

– Od akapitu. Zastanawia mnie... Ori, wycieraj pióro, do cholery! Piszemy do Filippy, nie do rady królewskiej, list ma wyglądać estetycznie! Od akapitu. Zastanawia mnie, dlaczego wiedźmin nie szuka kontaktu z Yennefer. Nie chce mi się wierzyć, aby ten graniczący z obsesją afekt wygasł tak nagle, niezależnie od opcji politycznych jego ideału. Z drugiej strony, gdyby to Yennefer była tą, która dostarczyła Cirillę Emhyrowi i gdyby były na to dowody, to z chęcią bym sprawił, żeby wiedźmin dostał je do ręki. Problem rozwiązałby się sam, pewien jestem tego, a wiarołomna czarnowłosa piękność nie byłaby pewna dnia ni godziny. Wiedźmin nie lubi, gdy ktoś dotyka jego dziewczynki, Artaud Terranova dowodnie przekonał się o tym na Thanedd. Chciałbym wierzyć, Fil, że nie masz dowodów zdrady Yennefer i nie wiesz, gdzie ona się ukrywa. Bolałoby mnie bardzo, gdyby się okazało, że to kolejny tajony przede mną sekret. Ja nie mam przed Tobą sekretów... Z czego się śmiejesz, Ori?

– Z niczego, hem, hem.

– Pisz! Ja nie mam przed Tobą sekretów, Fil, i liczę na wzajemność. Pozostaję z głębokim uszanowaniem, et caetera, et caetera. Daj, podpiszę.

Ori Reuven posypał list piaskiem. Dijkstra usiadł wygodniej, zakręcił młynka kciukami splecionych na brzuchu dłoni.

– Ta Milva, którą wiedźmin wysyła na przeszpiegi – zagadnął. – Co możesz mi o niej powiedzieć?

– Zajmuje się, hem, hem – chrząknął sekretarz – przerzucaniem do Brokilonu grup Scoia’tael rozbitych przez wojska temerskie. Wyprowadza elfy z obław i kotłów, umożliwiając im wypoczynek i ponowne sformowanie w bojowe komanda...

– Nie racz mnie wiedzą powszechnie dostępną – przerwał Dijkstra. – Działalność Milvy jest mi znana, zamierzam ją zresztą wykorzystać. Gdyby nie to, dawno rzuciłbym ją na żer Temerczykom. Co możesz mi powiedzieć o niej samej? O Milvie jako takiej?

– Pochodzi, jak mi się zdaje, z jakiejś zapadłej wsi w Górnym Sodden. Naprawdę nazywa się Maria Barring. Milva to przydomek, który nadały jej driady. W Starszej Mowie znaczy...

– Kania – przerwał Dijkstra. – Wiem.

– Jej ród to z dziada pradziada myśliwcy. Leśni ludzie, za pan brat z knieją. Gdy syna starego Barringa zatratował łoś, stary wyuczył leśnego rzemiosła córkę. Gdy zmarło mu się, matka ponownie wyszła za mąż. Hem, hem... Maria nie ładziła z ojczymem i uciekła z domu. Miała wtedy, jak mi się zdaje, szesnaście lat. Powędrowała na północ, żyła z polowania, ale leśnicy baronów nie umilali jej życia, samą tropili i szczuli niby zwierza. Zaczęła więc kłusować w Brokilonie i tam, hem, hem, dopadły ją driady.

– I zamiast ukatrupić, przygarnęły – mruknął Dijkstra. – Uznały za swoją... A ona odwdzięczyła się. Zawarła pakt z Wiedźmą Brokilonu, ze starą Srebrnooką Eithné. Maria Barring umarła, niech żyje Milva... Ile ekspedycji załatwiła, zanim ci w Verden i Kerack połapali się? Trzy?

– Hem, hem... Cztery, jak mi się zdaje... – Oriemu Reuvenowi ciągle coś się zdawało, choć pamięć miał niezawodną. – Było tego do kupy coś koło setki ludzi, tych najzajadlejszych do polowań na dziwożonie skalpy. A długo nie mogli się połapać, bo Milva czasem wynosiła jednego z rzezi na własnych plecach, a ocalony pod niebiosa wychwalał jej męstwo. Dopiero za czwartym razem, w Verden, jak mi się zdaje, ktoś się w czoło pacnął. Jakże to tak, zawrzaśli nagle, hem, hem, że przewodniczka, która ludzi na dziwożony skrzykuje, za każdym razem z życiem uchodzi? I wylazło szydło z miecha, że przewodniczka wiedzie, ale w potrzask, wprost pod strzały czekających w zasadzce driad...

Dijkstra odsunął na brzeg biurka protokół z przesłuchania, bo wydało mu się, że pergamin wciąż cuchnie izbą tortur.

– I wtedy – domyślił się – Milva zniknęła w Brokilonie jak sen jaki złoty. Ale do dziś w Verden trudno o ochotników do wypraw na driady. Stara Eithné i młoda Kania dokonały niezłej selekcji. I oni ośmielają się twierdzić, że prowokacja to nasz ludzki wynalazek. A może...

– Hem, hem? – zachrząkał Ori Reuven, zdziwiony urwanym zdaniem i przedłużającym się milczeniem szefa.

– Może w końcu zaczęli uczyć się od nas – dokończył zimno szpieg, patrząc na donosy, protokoły przesłuchań i wyroki śmierci.

Gdy nigdzie nie dostrzegła farby, Milva zaniepokoiła się. Przypomniała sobie nagle, że koziołek zrobił krok w momencie strzału. Zrobił lub chciał zrobić – co na jedno wychodziło. Ruszył się, a strzała mogła trafić w brzuch. Milva zaklęła. Strzał w brzuch, przekleństwo i hańba dla łowcy! Pech! Tfu, tfu, złe licho!

Szybko podbiegła do zbocza kotlinki, rozglądając się bacznie wśród jeżyn, mchów i paproci. Szukała strzały. Zaopatrzona w grot o czterech brzeszczotach, wyostrzonych tak, że goliły włoski z przedramienia, wypuszczona z odległości pięćdziesięciu kroków strzała musiała przebić kozła na wylot.

Dostrzegła, znalazła i odetchnęła z ulgą, splunęła trzykrotnie, rada z fartu. Niepotrzebnie się obawiała, ba, było lepiej, niż przypuszczała. Strzała nie była oblepiona kleistą i śmierdzącą treścią żołądka. Nie nosiła też śladów jasnej, różowej i pienistej farby z płuc. Brzechwa była cała pokryta ciemną, bogatą czerwienią. Grot przeszył serce. Milva nie musiała się skradać ani podchodzić, nie czekał jej długi marsz po śladach. Kozioł bez wątpienia leżał martwy w gąszczu, nie dalej niż sto kroków od polanki, w miejscu, które wskaże jej farba. A postrzelony w serce kozioł musiał po paru skokach farbować, wiedziała więc, że znajdzie ślad z łatwością.

Po dziesięciu krokach odnalazła trop, podążyła nim, ponownie pogrążając się w myślach i wspomnieniach.

Dotrzymała danej wiedźminowi obietnicy. Wróciła do Brokilonu nawet wcześniej, niż obiecywała, pięć dni po Święcie Żniw, pięć dni po nowiu, zaczynającym u ludzi miesiąc sierpień, a u elfów Lammas, siódmy, przedostatni savaed roku.

Przeprawiła się przez Wstążkę o brzasku, ona i pięciu elfów. Komando, które wiodła, liczyło początkowo dziewięciu konnych, ale żołdacy z Brugge cały czas szli ich tropem, trzy stajania przed rzeką wsiedli im na kark, przycisnęli, poniechali dopiero nad Wstążką, gdy w oparach świtu zamajaczył im Brokilon na prawym brzegu. Żołdacy bali się Brokilonu. To ich uratowało. Przeprawili się. Wycieńczeni, poranieni. I nie wszyscy.

Miała dla wiedźmina wieści, ale była przekonana, że Gwynbleidd wciąż jest w Col Serrai. Zamierzała pójść do niego dopiero około południa, wyspawszy się jak należy. Zdumiała się, gdy nagle jak duch wyłonił się z mgły. Bez słowa usiadł obok, patrząc, jak mości sobie legowisko, układa derkę na kupie gałęzi.

– Ależ ci pilno – powiedziała z przekąsem. – Wiedźminie, ja z nóg lecę. Dzień i noc na kulbace, tyłka nie czuję, a przemoczona jestem do pępka, bośmy się świtem jako wilcy przez nadrzeczne łozy przedzierali...

– Proszę cię. Dowiedziałaś się czegoś?

– Dowiedziałam – parsknęła, rozsznurowując i zzuwając przemoczone, opierające się buty. – Z niewielkim trudem, bo o sprawie głośno. Że ta twoja panna taka persona, tegoś mi nie powiedział! Myślałam sobie, pasierbica twoja, chudziaczek jakiś, sierota przez los ukrzywdzona. A tu masz: cintryjska królewna! Ha! A możeś i ty przebrany książę?

– Mów, proszę.

– Nie dostaną jej już w ręce królowie, bo ta twoja Cirilla, jak się wyjawiło, z Thanedd prosto do Nilfgaardu uciekła, pewno wraz z tymi magikami, co zdradzili. A w Nilfgaardzie cesarz Emhyr z pompą ją przyjął. I wiesz co? Pono żenić się z nią zamyśla. A teraz daj mi odetchnąć. Chcesz, pogadamy, jak się wyśpię.

Wiedźmin milczał. Milva rozwiesiła mokre onuce na rosochatej gałęzi, tak by znalazło je wschodzące słońce, szarpnęła klamrę pasa.

– Rozdziać się chcę – burknęła. – Czego tu jeszcze stoisz? Fortunniejszych wieści chybaś się spodziewać nie mógł? Nic ci już nie grozi, nikt o ciebie nie pyta, przestali się tobą szpiedzy zajmować. A twoja dziewka wymknęła się królom, cesarzową będzie...

– To pewna wiadomość?

– Nynie nic niepewne – ziewnęła, usiadła na barłogu – chyba to, że słoneczko co dnia niebem od wschodu na zachód podróżuje. Ale o nilfgaardzkim cesarzu i o królewnie z Cintry musi prawdą być, co gadają. Głośno o niej.

– Skąd ten nagły rozgłos?

– Niby to nie wiesz! Ona wszak Emhyrowi w wianie szmat ziemi wniesie! Nie tylko Cintrę, po tej stronie Jarugi też! Ha, toż i moja to będzie pani, bo ja z Górnego Sodden, a całe Sodden, pokazało się, jej lenno! Tfu, gdy w jej lasach jelonka zwalę, a chycą mię, z jej rozkazu może powieszą... Ot, świat parszywy! Zaraza, oczy mi się same zamykają...

– Jeszcze tylko jedno pytanie. Z tych czarodziejek... To znaczy, z tych czarodziejów, którzy zdradzili, ujęto któregoś?

– Nie. Ale jedna magiczka, powiadają, życie sobie odebrała. Skoro po tym, gdy padł Vengerberg, a wojska kaedweńskie wkroczyły do Aedirn. Ani chybi ze zgryzoty albo ze strachu przed kaźnią...

– W komandzie, które przyprowadziłaś, były luźne konie. Elfy dadzą mi któregoś?

– Aha, pilno ci w drogę – mruknęła, owijając się derką. – Tak sobie myślę, że wiem, dokąd...

Zamilkła, zdziwiona wyrazem jego twarzy. Nagle zrozumiała, że przyniesiona przez nią wieść wcale nie była fortunna. Nagle pojęła, że nic, całkiem nic nie rozumie. Nagle, niespodziewanie, znienacka poczuła chęć, by usiąść przy nim, zasypać go pytaniami, wysłuchać, dowiedzieć się, może coś poradzić... Gwałtownie zawierciła knykciem w kąciku oka. Jestem wycieńczona, pomyślała, śmierć przez całą noc deptała mi po piętach. Muszę odetchnąć. Co mnie wreszcie obchodzą jego frasunki i troski? Co on mnie obchodzi? I ta dziewka? Do diabła z nim i z nią! Zaraza, całkiem mnie przez to wszystko sen odbieżał...

Wiedźmin wstał.

– Dadzą mi konia? – powtórzył.

– Bierz, którego chcesz – powiedziała po chwili. – Elfom zaś lepiej w oczy nie leź. Przetrzepali nas na przeprawie, skrwawili... Jeno karego nie tykaj, bo kary mój... Czego tu jeszcze stoisz?

– Dziękuję ci za pomoc. Za wszystko.

Nie odpowiedziała.

– Mam dług wobec ciebie. Jak go spłacę?

– Jak? A tak, że precz pójdziesz sobie nareszcie! – krzyknęła, unosząc się na łokciu i szarpiąc gwałtownie derką. – Ja... Ja się wyspać muszę! Konia bierz... I jedź. Do Nilfgaardu, do piekła, do wszystkich biesów, mnie zajedno! Odejdź! Zostaw mnie w spokoju!

– Spłacę, com winien – powiedział cicho. – Nie zapomnę. Może stanie się kiedyś tak, że ty będziesz potrzebowała pomocy. Oparcia. Ramienia. Krzyknij wtedy, krzyknij w noc. A ja przyjdę.

Kozioł leżał na skraju zbocza, gąbczastego od bijących źródeł, gęsto zarośniętego paprocią, wyciągnięty, ze szklistym okiem wpatrzonym w niebo. Milva widziała wielkie kleszcze, wpite w jego jasnopłowy brzuch.

– Będziecie musiały poszukać sobie innej krwi, robale – mruknęła, zawijając rękawy i dobywając noża. – Bo ta już stygnie.

Wprawnym i szybkim ruchem przecięła skórę od mostka aż do odbytu, zręcznie prowadząc ostrze obok genitaliów. Ostrożnie rozdzieliła warstwę tłuszczu, brocząc ręce do łokci, odcięła przełyk, wywaliła wnętrzności na wierzch. Rozcięła żołądek i pęcherz żółciowy w poszukiwaniu bezoarów. W magiczne właściwości bezoarów nie wierzyła, ale nie brakowało durniów, którzy wierzyli i płacili.

Uniosła kozła i ułożyła go na leżącym opodal pniu, rozpłatanym brzuchem ku ziemi, tak by krew mogła wyciekać. Wytarła ręce wiechciem paproci.

Usiadła obok zdobyczy.

– Opętany, szalony wiedźminie – powiedziała cicho, wpatrzona w wiszące sto stóp nad nią korony brokilońskich sosen. – Wyruszasz do Nilfgaardu po twoją dziewuszkę. Wyruszasz na koniec świata, który stoi w ogniu, a nawet nie pomyślałeś o tym, by zaopatrzyć się w prowiant. Wiem, że masz dla kogo żyć. Ale czy masz z czego?

Sosny, rzecz jasna, nie komentowały i nie przerywały monologu.

– Tak sobie myślę – podjęła Milva, wydłubując nożem krew spod paznokci – że nie masz nijakich szans na odzyskanie tej twojej pannicy. Nie zdołasz dotrzeć nie tylko do Nilfgaardu, ale nawet do Jarugi. Tak sobie myślę, że nie dojedziesz nawet do Sodden. Tak sobie myślę, że śmierć ci pisana. Na twojej gębie zaciętej jest ona wypisana, z oczu twoich paskudnych spoziera. Doścignie cię śmierć, szalony wiedźminie, dopadnie cię rychło. No, ale dzięki temu koziołeczkowi nie będzie to przynajmniej śmierć głodowa. A to chyba też coś. Tak sobie myślę.

Na widok wchodzącego do sali audiencyjnej nilfgaardzkiego ambasadora Dijkstra westchnął skrycie. Shilard Fitz-Oesterlen, poseł cesarza Emhyra var Emreisa, miał zwyczaj prowadzić rozmowy w języku dyplomatycznym i uwielbiał wplatać w zdania pompatyczne językowe dziwolągi, zrozumiałe tylko dla dyplomatów i uczonych. Dijkstra studiował w Akademii Oxenfurckiej i choć nie uzyskał tytułu magistra, znał podstawy nadętego uniwersyteckiego żargonu. Niechętnie jednak się nim posługiwał, bo w głębi duszy nie cierpiał pompy i wszelkich form pretensjonalnego ceremoniału.

– Witam, ekscelencjo.

– Panie hrabio – ukłonił się ceremonialnie Shilard Fitz-Oesterlen. – Ach, raczcie wybaczyć. Może już powinienem mówić: jaśnie oświecony książę? Wasza wysokość regencie? Wasza mość sekretarzu stanu? Na honor, wasza wielmożność, godności sypią się na was takim gradem, że doprawdy nie wiem, jak mam tytułować, by nie uchybić protokołowi.

– Najlepiej będzie „wasza królewska mość” – odrzekł skromnie Dijkstra. – Wiecie wszak, ekscelencjo, że to dwór czyni króla. A nieobcy jest wam zapewne fakt, że gdy ja krzyknę: „Podskakiwać!”, to dwór w Tretogorze pyta: „Jak wysoko?”

Ambasador wiedział, że Dijkstra przesadza, ale wcale nie tak bardzo. Królewicz Radowid był małoletni, królowa Hedwig przybita tragiczną śmiercią męża, arystokracja zastraszona, ogłupiała, skłócona i podzielona na frakcje. W Redanii faktyczne rządy sprawował Dijkstra. Dijkstra bez trudu uzyskałby każdą godność, jaką by tylko zechciał. Ale Dijkstra żadnej nie chciał.

– Wasza wielmożność raczyła mnie wezwać – powiedział po chwili ambasador. – Z pominięciem ministra spraw zagranicznych. Czemu przypisać mam ten honor?

– Minister – Dijkstra uniósł oczy ku powale – zrezygnował z funkcji ze względu na stan zdrowia.

Ambasador poważnie skinął głową. Wiedział doskonale, że minister spraw zagranicznych siedział w lochu, a będąc tchórzem i idiotą, bez wątpienia wyznał Dijkstrze wszystko o swych konszachtach z nilfgaardzkim wywiadem już podczas poprzedzającego przesłuchanie pokazu narzędzi. Wiedział, że siatka zorganizowana przez agentów Vattiera de Rideaux, szefa cesarskiego wywiadu, została rozgromiona, a wszystkie nitki były w rękach Dijkstry. Wiedział też, że te nitki wiodły wprost do jego własnej osoby. Ale jego osobę chronił immunitet, a obowiązki zmuszały do prowadzenia gry do samego końca. Zwłaszcza po dziwnych zaszyfrowanych instrukcjach, niedawno przysłanych do ambasady przez Vattiera i koronera Stefana Skellena, cesarskiego agenta do specjalnych poruczeń.

– Ponieważ następcy jeszcze nie mianowano – podjął Dijkstra – mnie przypadnie niemiły obowiązek poinformowania, że wasza ekscelencja uznana została personą non grata w królestwie Redanii.

Ambasador ukłonił się.

– Ubolewam – powiedział – że skutkujące wzajemnym odwołaniem ambasadorów dyfidencje wynikają ze spraw, które wszakże bezpośrednio nie dotyczą ani królestwa Redanii, ani Cesarstwa Nilfgaardu. Cesarstwo nie podjęło żadnych wrogich kroków wobec Redanii.

– Poza blokadą ujścia Jarugi i Wysp Skellige dla naszych statków i towarów. Poza uzbrajaniem i wspieraniem band Scoia’tael.

– To są insynuacje.

– A koncentracja wojsk cesarskich w Verden i w Cintrze? Rajdy zbrojnych band na Sodden i Brugge? Sodden i Brugge to temerskie protekcje, my zaś jesteśmy w sojuszu z Temerią, ekscelencjo, ataki na Temerię to ataki na nas. Pozostają też sprawy bezpośrednio Redanii dotyczące: rebelia na wyspie Thanedd i zbrodniczy zamach na króla Vizimira. I sprawa roli, jaką Cesarstwo odegrało w tych wydarzeniach.

– Quod attinet incydentu na Thanedd – rozłożył ręce ambasador – nie upoważniono mnie do wyrażania opinii. Jego Cesarskiej Mości Emhyrowi var Emreisowi obce są kulisy prywatnych porachunków waszych czarodziejów. Ubolewam nad faktem, że znikomy skutek odnoszą nasze protesty przeciw sugerującej coś innego propagandzie. Szerzonej, jak ośmielam się zauważyć, nie bez poparcia najwyższych władz królestwa Redanii.

– Protesty wasze zaskakują i niepomiernie dziwią – uśmiechnął się lekko Dijkstra. – Wszakże cesarz bynajmniej nie ukrywa faktu przebywania na jego dworze cintryjskiej diuszesy, uprowadzonej właśnie z Thanedd.

– Cirilla, królowa Cintry – poprawił z naciskiem Shilard Fitz-Oesterlen – nie została uprowadzona, lecz poszukała w Cesarstwie azylu. Nie ma to nic wspólnego z incydentem na Thanedd.

– Doprawdy?

– Incydent na Thanedd – ciągnął z kamienną twarzą ambasador – wbudził niesmak cesarza. A skrytobójczy, dokonany przez szaleńca zamach na życie króla Vizimira wywołał jego szczerą i żywą abominację. Jeszcze większą abominację budzi zaś szerzona wśród pospólstwa ohydna plotka, ośmielająca się szukać w Cesarstwie instygatorów tych zbrodni.

– Ujęcie rzeczywistych instygatorów – powiedział wolno Dijkstra – położy kres plotkom, miejmy nadzieję. A ujęcie ich i wymierzenie sprawiedliwości to sprawa czasu.

– Justitia fundamentum regnorum – przyznał poważnie Shilard Fitz-Oesterlen. – A crimen horribilis non potest non esse punibile. Zaręczam, że Jego Cesarska Mość również pragnie, by tak się stało.

– Jest w mocy cesarza spełnić to pragnienie – rzucił od niechcenia Dijkstra, krzyżując ramiona na piersi. – Jedna z przywódczyń spisku, Enid an Gleanna, do niedawna czarodziejka Francesca Findabair, z cesarskiej łaski bawi się w królową marionetkowego państwa elfów w Dol Blathanna.

– Jego Cesarska Wysokość – ukłonił się sztywno ambasador – nie może mieszać się do spraw Dol Blathanna, niezależnego królestwa, uznanego przez wszystkie sąsiadujące mocarstwa.

– Ale nie przez Redanię. Dla Redanii Dol Blathanna to nadal część królestwa Aedirn. Choć wespół z elfami i Kaedwen rozebraliście Aedirn na sztuki, choć z Lyrii nie pozostał lapis super lapidem, zbyt wcześnie skreślacie te królestwa z mapy świata. Zbyt wcześnie, ekscelencjo. Jednak nie czas i nie miejsce dyskutować o tym. Niech Francesca Findabair króluje sobie na razie, na sprawiedliwość przyjdzie pora. A co z innymi rebeliantami i organizatorami zamachu na króla Vizimira? Co z Vilgefortzem z Roggeveen, co z Yennefer z Vengerbergu? Są podstawy, by mniemać, że po klęsce puczu obydwoje zbiegli do Nilfgaardu.

– Zapewniam – uniósł głowę amabasador – że tak nie jest. A gdyby do tego doszło, zaręczam, że nie minie ich kara.

– Nie wobec was zawinili, nie do was tedy należy ich karanie. Szczere pragnienie sprawiedliwości, będącej wszak fundamentum regnorum, cesarz Emhyr udowodniłby, wydając nam przestępców.

– Nie można odmówić słuszności waszemu żądaniu – przyznał Shilard Fitz-Oesterlen, udając zakłopotany uśmiech. – Osób tych jednak nie ma w Cesarstwie, to primo. Secundo, gdyby nawet tam trafiły, to istnieje impedyment. Ekstradycji dokonuje się z wyroku prawa, w danym przypadku ferowanego przez radę cesarską. Zważcie, wasza wielmożność, że zerwanie przez Redanię stosunków dyplomatycznych to akt nieprzyjazny, a trudno liczyć na to, by rada przegłosowała ekstradycję osób poszukujących azylu, jeśli tej ekstradycji żąda kraj nieprzyjazny. Byłaby to rzecz bez precedensu... Chyba, żeby...

– Żeby co?

– Żeby stworzyć precedens.

– Nie rozumiem.

– Jeżeli królestwo Redanii byłoby gotowe wydać cesarzowi jego poddanego, ujętego tu pospolitego zbrodniarza, cesarz i jego rada mieliby podstawy, by odwzajemnić ten gest dobrej woli.

Dijkstra milczał długo, sprawiając wrażenie, że drzemie lub myśli.

– O kogo chodzi?

– Nazwisko przestępcy... – ambasador udał, że stara się przypomnieć sobie, wreszcie sięgnął do safianowej teczki po dokument. – Wybaczcie, memoria fragilis est... Mam. Niejaki Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach. Niebłahe na nim ciążą grawamina. Poszukiwany jest za morderstwo, dezercję, raptus puellae, gwałt, kradzież i fałszowanie dokumentów. Uciekając przed gniewem cesarza, zbiegł za granicę.

– Do Redanii? Daleką wybrał drogę.

– Wasza wielmożność – uśmiechnął się lekko Shilard Fitz-Oesterlen – nie ogranicza wszakże swych zainteresowań li tylko do Redanii. Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby przestępca ten został ujęty w którymkolwiek ze sprzymierzonych królestw, wasza wielmożność wiedziałaby o tym z raportów swych licznych... znajomych.

– Jak, mówiliście, zwie się ów zbrodzień?

– Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach.

Dijkstra milczał długo, udając, że szuka w pamięci.

– Nie – powiedział wreszcie. – Nie ujęto nikogo o takim imieniu.

– Doprawdy?

– Moja memoria nie bywa fragilis w takich sprawach. Żałuję, ekscelencjo.

– Ja również – odrzekł lodowato Shilard Fitz-Oesterlen. – Zwłaszcza tego, że wzajemna ekstradycja przestępców nie wydaje się w takich warunkach możliwa do przeprowadzenia. Nie będę dłużej nużył waszej miłości. Życzę zdrowia i powodzenia.

– Wzajemnie. Żegnam, ekscelencjo.

Ambasador wyszedł, wykonawszy kilka skomplikowanych, ceremonialnych ukłonów.

– Pocałuj mnie w sempiternum meam, chytrusie – zamruczał Dijkstra, krzyżując ramiona na piersi. – Ori! Wyłaź!

Sekretarz, czerwony od długo powstrzymywanego chrząkania i pokasływania, wyłonił się zza kotary.

– Czy Filippa wciąż siedzi w Montecalvo?

– Tak, hem, hem. Są z nią panie Laux-Antille, Merigold i Metz.

– Za dzień lub dwa może wybuchnąć wojna, za chwilę granica na Jarudze zapłonie, a te zaszyły się w jakimś dzikim zamczysku! Bierz pióro, pisz. Umiłowana Fil... Cholera!

– Napisałem: „Droga Filippo”.

– Dobrze. Pisz dalej. Może Cię zainteresuje, że cudak w hełmie z piórami, który z Thanedd zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił, nazywa się Cahir Mawr Dyffryn i jest synem seneszala Ceallacha. Dziwnego tego osobnika poszukujemy nie tylko my, ale, jak się okazuje, również służby Vattiera de Rideaux i ludzie tego skurwysyna...

– Pani Filippa, hem, hem, nie lubi takich słów. Napisałem: „tej kanalii”.

– Niech będzie. Tej kanalii Stefana Skellena. Wiesz zaś równie dobrze jak ja, droga Fil, że służby wywiadowcze Emhyra pilnie poszukują tylko tych agentów i emisariuszy, którym Emhyr poprzysiągł zalać sadła za skórę. Takich, którzy miast wykonać rozkaz lub zginąć, zdradzili i rozkazu nie wykonali. Rzecz wygląda zatem dość dziwnie, wszakże byliśmy pewni, że rozkazy tego Cahira dotyczyły pojmania księżniczki Cirilli i dostarczenia jej do Nilfgaardu. Akapit. Dziwne, acz uzasadnione podejrzenia, które ta sprawa wzbudziła we mnie, oraz nieco zaskakujące, acz nie pozbawione sensu teorie, które mam, chciałbym przedyskutować z Tobą w cztery oczy. Z wyrazami głębokiego uszanowania et cetera, et cetera.

Pojechała na południe, prosto jak strzelił, najpierw brzegiem Wstążki, przez Wypalanki, później, przeprawiwszy się przez rzekę, podmokłymi wąwozami, zarosłymi mięciutkim, jaskrawozielonym dywanem płonnika. Zakładała, że wiedźmin, nie znając terenu tak dobrze jak ona, nie będzie ryzykował przeprawy na ludzki brzeg. Ścinając potężny, wybrzuszony w stronę Brokilonu łuk rzeki miała szanse dogonić go w okolicach kaskady Ceann Treise. Podróżując szybko i bez postojów, miała szanse nawet go wyprzedzić.

Zięby nie myliły się, gdy dzwoniły. Niebo na południu zachmurzyło się wyraźnie. Powietrze stało się gęste i ciężkie, komary i gzy zrobiły się wyjątkowo natrętne i dokuczliwe.

Gdy wjechała w łęg, zarośnięty obwieszoną zielonymi jeszcze orzechami leszczyną i gołym, czarniawym szakłakiem, poczuła obecność. Nie usłyszała. Poczuła. Wiedziała więc, że to elfy.

Wstrzymała konia, by ukryci w gąszczu łucznicy mieli możliwość dobrze się jej przyjrzeć. Wstrzymała też oddech. W nadziei, że nie trafiła na popędliwych.

Nad przewieszonym przez zad konia koziołkiem brzęczała mucha.

Szelest. Ciche gwizdnięcie. Zagwizdała w odpowiedzi. Scoia’tael niczym duchy wyłonili się z zarośli, a Milva dopiero wówczas odetchnęła swobodniej. Znała ich. Należeli do komanda Coinneacha Dé Reo.

– Hael – powiedziała, zsiadając. – Que’ss va?

– Ne’ss – odrzekł sucho elf, którego imienia nie pamiętała. – Caemm.

Opodal, na polance, obozowali inni. Było ich co najmniej trzydziestu, więcej, niż liczyło komando Coinneacha. Milva zdziwiła się. Ostatnimi czasy oddziały Wiewiórek topniały raczej, niż rosły. Ostatnimi czasy spotykane komanda były grupami pokrwawionych, zgorączkowanych, ledwo trzymających się w siodłach i na nogach obszarpańców. To komando było inne.

– Cead, Coinneach – pozdrowiła zbliżającego się dowódcę.

– Ceadmil, sor’ca.

Sor’ca. Siostrzyczka. Tak ją nazywali ci, z którymi była w przyjaźni, gdy chcieli wyrazić szacunek i sympatię. I to, że przecież byli od niej wiele, wiele zim starsi. Z początku była dla elfów tylko Dh’oine, człowiekiem. Później, gdy już regularnie im pomagała, mówili na nią Aen Woedbeanna, „niewiasta z lasu”. Jeszcze później, poznawszy lepiej, wzorem driad zwali ją Milvą, Kanią. Jej prawdziwe imię, które wyjawiała najbardziej zaprzyjaźnionym, odwzajemniając podobne gesty z ich strony, nie pasowało im – wymawiali je: „Mear’ya”, z cieniem grymasu, jak gdyby w ich mowie nieładnie im się kojarzyło. I zaraz przechodzili na „sor’ca”.

– Dokąd to zmierzacie? – Milva rozejrzała się baczniej, ale nadal nie dostrzegała rannych ani chorych. – Na Ósmą Milę? Do Brokilonu?

– Nie.

Powstrzymała się od dalszych pytań, znała ich zbyt dobrze. Wystarczyło jej tylko kilku spojrzeń na nieruchome, stężałe twarze, na przesadny, demonstracyjny spokój, z jakim porządkowali ekwipunek i broń. Dość było jednego uważnego spojrzenia w głębokie, bezdenne oczy. Wiedziała, że szli do walki.

Od południa niebo ciemniało, chmurzyło się.

– A dokąd ty zmierzasz, Ess’creasa, sor’ca ? – spytał Coinneach, potem szybko rzucił okiem na przewieszonego przez konia kozła, uśmiechnął się lekko.

– Na południe – chłodno wyprowadziła go z błędu. – Ku Drieschot.

Elf przestał się uśmiechać.

– Ludzkim brzegiem?

– Przynajmniej do Ceann Treise – wzruszyła ramionami. – Przy kaskadach pewnikiem wrócę na brokilońską stronę, bo...

Odwróciła się, słysząc chrapanie koni. Nowi Scoia’tael dołączali do i tak już niezwykle licznego komanda. Tych nowych Milva znała jeszcze lepiej.

– Ciaran! – krzyknęła cicho, nie kryjąc zdumienia. – Toruviel! Co wy tu robicie? Ledwo com was przeprowadziła do Brokilonu, a wy znów...

– Ess’creasa, sor’ca – powiedział poważnie Ciaran aep Dearbh. Spowijający głowę elfa bandaż plamiła sącząca się krew.

– Tak trzeba – powtórzyła za nim Toruviel, zsiadając ostrożnie, by nie urazić zgiętego w temblaku ramienia. – Przyszły wieści. Nie możemy tkwić w Brokilonie, gdy liczy się każdy łuk.

– Gdybym była wiedziała – wydęła wargi – nie trudziłabym się dla was. Nie nadstawiałabym karku na przeprawie.

– Wieści przyszły wczoraj w nocy – wyjaśniła cicho Toruviel. – Nie mogliśmy... Nie możemy w takiej chwili zostawić naszych towarzyszy broni. Nie możemy, zrozum to, sor’ca.

Niebo ciemniało coraz bardziej. Tym razem Milva wyraźnie usłyszała daleki grom.

– Nie jedź na południe, sor’ca – powiedział Coinneach Dé Reo. – Nadchodzi burza.

– A cóż mnie burza może... – urwała, spojrzała na niego uważniej. – Ha! A więc to takie wieści was doszły? Nilfgaard, tak? Przekraczają Jarugę w Sodden? Uderzają na Brugge? Dlatego wyruszacie?

Nie odpowiedział.

– Tak, jak w Dol Angra – spojrzała w jego ciemne oczy. – Znowu nilfgaardzki cesarz posłuży się wami, byście ludziom mąt na tyłach czynili mieczem a ogniem. A później cesarz mir z królami zawrze, a was wytłuką. W ogniu, który wzniecicie, sami zgorzejecie.

– Ogień oczyszcza. I hartuje. Trzeba przezeń przejść. Aenyell’hael, ell’ea, sor’ca? Po waszemu: chrzest ognia.

– Milszy mi inny ogień – Milva odtroczyła kozła i zwaliła go na ziemię, pod nogi elfów. – Taki, który pod rożenkiem trzaska. Macie, byście w pochodzie z głodu nie osłabli. Mnie już niepotrzebny.

– Nie jedziesz na południe?

– Jadę.

Jadę, pomyślała, jadę szybko. Muszę ostrzec tego głuptaka wiedźmina, muszę uprzedzić, w jaką zawieruchę się pakuje. Muszę go zawrócić.

– Nie jedź, sor’ca.

– Dajże mi pokój, Coinneach.

– Nadchodzi burza od południa – powtórzył elf. – Idzie wielka nawałnica. I wielki ogień. Schroń się w Brokilonie, siostrzyczko, nie jedź na południe. Zrobiłaś dla nas dość, więcej już nie możesz. I nie musisz. My musimy. Ess’tedd, esse creasa! Na nas czas. Żegnaj.

Powietrze było ciężkie i gęste.

Zaklęcie teleprojekcyjne było skomplikowane, musiały je rzucać wspólnie, złączywszy dłonie i myśli. Nawet wówczas okazało się, że to diabelnie duży wysiłek. Bo też i odległość była niemała. Zaciśnięte powieki Filippy Eilhart zadrgały, Triss Merigold dyszała, na wysokie czoło Keiry Metz pot wystąpił kroplami. Tylko na twarzy Margarity Laux-Antille nie znać było zmęczenia.

W skąpo oświetlonej komnacie zrobiło się nagle bardzo jasno, po ciemnej boazerii ścian zatańczyła mozaika rozbłysków. Nad okrągłym stołem zawisła jarząca się mlecznym blaskiem kula. Filippa Eilhart wyskandowała końcówkę zaklęcia, a kula opadła naprzeciw, na jedno z dwunastu ustawionych wokół stołu krzeseł. Wewnątrz kuli pojawiła się niewyraźna postać. Obraz drgał, projekcja była niezbyt stabilna. Ale szybko stawała się wyraźniejsza.

– Jasna cholera – mruknęła Keira, ocierając czoło. – Czy oni tam w Nilfgaardzie nie znają glamarye ani czarów upiększających?

– Najwidoczniej nie – stwierdziła Triss kątem ust. – O modzie też chyba nigdy nie słyszeli.

– Ani o czymś takim, jak makijaż – powiedziała cicho Filippa. – Ale teraz sza, dziewczyny. I nie gapcie się na nią. Trzeba ustabilizować projekcję i powitać naszego gościa. Wzmocnij mnie, Rita.

Margarita Laux-Antille powtórzyła formułę zaklęcia i gest Filippy. Obraz drgnął kilkakrotnie, stracił mglistą chwiejność i nienaturalne lśnienie, kontury i barwy wyostrzyły się. Czarodziejki mogły teraz jeszcze dokładniej przyjrzeć się postaci po przeciwnej stronie stołu. Triss przygryzła wargę i znacząco mrugnęła do Keiry.

Kobieta z projekcji miała bladą twarz o nieładnej cerze, nijakie, pozbawione wyrazu oczy, wąskie sinawe usta i lekko haczykowaty nos. Nosiła dziwaczny, stożkowaty, nieco wymięty kapelusz. Spod miękkiego ronda spadały ciemne, niezbyt świeżo wyglądające włosy. Wrażenia nieatrakcyjności i zaniedbania dopełniała czarna, luźna i niekształtna szata, obszyta na ramieniu wystrzępioną srebrną nitką. Haft przedstawiał półksiężyc w kręgu gwiazd. Była to jedyna noszona przez nilfgaardzką czarodziejkę ozdoba.

Filippa Eilhart wstała, starając się nadmiernie nie eksponować biżuterii, koronek i dekoltu.

– Czcigodna pani Assire – powiedziała. – Witamy w Montecalvo. Cieszymy się ogromnie, że zgodziłaś się przyjąć nasze zaproszenie.

– Zrobiłam to z ciekawości – powiedziała nieoczekiwanie miłym i melodyjnym głosem czarodziejka z Nilfgaardu, odruchowo poprawiając kapelusz. Dłoń miała szczupłą, poznaczoną żółtymi plamami, paznokcie połamane i nierówne, ewidentnie obgryzione.

– Wyłącznie z ciekawości – powtórzyła – której konsekwencje mogą zresztą okazać się dla mnie fatalne. Prosiłabym o wyjaśnienia.

– Niezwłocznie do nich przystąpię – kiwnęła głową Filippa, dając znak pozostałym czarodziejkom. – Pierwej jednak niech mi wolno będzie przywołać projekcje pozostałych uczestniczek zgromadzenia i dokonać wzajemnej prezentacji. Proszę o chwilę cierpliwości.

Czarodziejki ponownie złączyły dłonie, wspólnie wznowiły inkantację. Powietrze w komnacie zadzwoniło jak naprężony drut, spod kasetonów sufitu znowu spłynęła na stół jarząca się mgła, wypełniając pomieszczenie migotaniną cieni. Nad trzema z nie zajętych krzeseł wyrosły pulsujące światłem sfery, wewnątrz sfer zamajaczyły kontury postaci. Jako pierwsza pojawiła się Sabrina Glevissig w turkusowej i wyzywająco wydekoltowanej sukni z wielkim, ażurowym, stojącym kołnierzem, stanowiącym piękną oprawę dla ufryzowanych i ujętych w brylantowy diadem włosów. Obok niej wyłoniła się z mglistego blasku projekcji Sheala de Tancarville w czarnych, obszytych perłami aksamitach, z szyją okręconą boa ze srebrzystych lisów. Magiczka z Nilfgaardu nerwowo oblizała wąskie wargi. Poczekaj na Franceskę, pomyślała Triss. Gdy zobaczysz Franceskę, czarny szczurku, to oczy wyjdą ci z orbit.

Francesca Findabair nie zrobiła zawodu. Ani przepyszną suknią barwy byczej krwi, ani dumną fryzurą, ani rubinową kolią, ani sarnimi oczami otoczonymi ostrym elfim makijażem.

– Witam wszystkie panie – powiedziała Filippa – w zamku Montecalvo, dokąd pozwoliłam sobie zaprosić was celem omówienia pewnych spraw o niebagatelnym znaczeniu. Ubolewam nad faktem, że spotykamy się w postaci teleprojekcji. Na spotkanie bezpośrednie nie pozwoliły jednak ani czas, ani dzielące nas odległości, ani sytuacja, w której znalazłyśmy się wszystkie. Jestem Filippa Eilhart, pani tego zamku. Jako inicjatorka spotkania i gospodyni pozwolę sobie dokonać prezentacji. Po mojej prawej zasiada Margarita Laux-Antille, rektorka akademii w Aretuzie. Po mojej lewej: Triss Merigold z Mariboru i Keira Metz z Carreras. Dalej, Sabrina Glevissig z Ard Carraigh. Sheala de Tancarville, przybyła z Creyden, z Koviru. Francesca Findabair, znana też jako Enid an Gleanna, obecna władczyni Doliny Kwiatów. I wreszcie Assire var Anahid z Vicovaro w Cesarstwie Nilfgaardu. A teraz...

– A teraz ja się pożegnam! – wrzasnęła Sabrina Glevissig, wskazując Franceskę upierścienioną dłonią. – Posunęłaś się za daleko, Filippa! Nie mam zamiaru siedzieć przy jednym stole z tą cholerną elfką nawet jako iluzja! Krew na murach i posadzkach Garstangu nie zdążyła spłowieć! A to ona rozlała tę krew! Ona i Vilgefortz!

– Prosiłabym o zachowanie form – Filippa oburącz wsparła się na krawędzi stołu. – I zimnej krwi. Wysłuchajcie tego, co mam do powiedzenia. O nic więcej nie proszę. Gdy skończę, każda z was zdecyduje, czy pozostać, czy odejść. Projekcja jest dobrowolna, można ją przerwać w każdej chwili. Jedyne, o co proszę te, które zdecydują się odejść, to dochowanie tajemnicy o tym spotkaniu.

– Wiedziałam! – Sabrina poruszyła się tak gwałtownie, że na moment wypadła z projekcji. – Sekretne spotkanie! Tajne ustalenia! Krótko mówiąc, spisek! I chyba oczywiste, przeciw komu wymierzony. Czy ty kpisz z nas, Filippa? Żądasz dochowania sekretu przed naszymi królami, przed kolegami, których nie uznałaś za stosowne tu zaprosić. A tam siedzi Enid Findabair, z łaski Emhyra var Emreisa królująca w Dol Blathanna, władczyni elfów, którzy czynnie i zbrojnie wspierają Nilfgaard. Mało tego, ze zdumieniem stwierdzam oto na tej sali projekcję czarodziejki z Nilfgaardu. Od kiedy to czarodzieje z Nilfgaardu przestali wyznawać ślepe posłuszeństwo i niewolniczy serwilizm wobec cesarskiej władzy? O jakich sekretach my tu mówimy? Jeśli ona tu jest, to za zgodą i wiedzą Emhyra! Z jego rozkazu! Jako jego oczy i uszy!

– Przeczę temu – powiedziała spokojnie Assire var Anahid. – Nikt nie wie, że uczestniczę w tym spotkaniu. Byłam proszona o dochowanie tajemnicy, dochowałam jej i dochowam. Także w moim własnym interesie. Bo gdyby to wyszło na jaw, nie uniosłabym cało głowy. Na tym bowiem opiera się serwilizm czarodziejów w Cesarstwie. Mają do wyboru serwilizm lub szafot. Podjęłam ryzyko. Przeczę, jakobym przybyła tu w charakterze szpiega. Udowodnić mogę to w jeden tylko sposób: własną śmiercią. Wystarczy złamać tajemnicę, o którą apeluje pani Eilhart. Wystarczy, by wieść o naszym spotkaniu wyszła za te mury, a stracę życie.

– Dla mnie zdrada sekretu również mogłaby mieć przykre konsekwencje – uśmiechnęła się uroczo Francesca. – Masz wspaniałą sposobność do rewanżu, Sabrino.

– Ja rewanżuję się w inny sposób, elfko – czarne oczy Sabriny zapłonęły złowróżbnie. – Jeżeli sekret wyjdzie na jaw, to nie z mojej winy czy nieostrożności. Bynajmniej nie z mojej!

– Czy ty coś sugerujesz?

– Oczywiście – wtrąciła Filippa Eilhart. – Oczywiście, że Sabrina sugeruje. Delikatnie przypomina paniom o mojej współpracy z Sigismundem Dijkstrą. Jak gdyby sama nie miała kontaktów z wywiadem króla Henselta!

– Jest różnica – warknęła Sabrina. – Ja nie byłam przez trzy lata kochanką Henselta! Ani tym bardziej jego wywiadu!

– Dosyć tego! Zamilknij!

– Popieram – powiedziała nagle głośno Sheala de Tancarville. – Zamilknij, Sabrino. Dość już o Thanedd, dość o szpiegowskich i pozamałżeńskich aferach. Nie przybyłam tu, by brać udział w sporach czy wysłuchiwać wzajemnych resentymentów i zniewag. Nie jestem też zainteresowana rolą mediatorki i jeśli w tym celu mnie tu zaproszono, to oświadczam, że daremny był to zachód. Zaiste, mam podejrzenia, że uczestniczę daremnie i niepotrzebnie, że tracę czas, wygospodarowany z trudem kosztem mojej pracy badawczej. Powstrzymam się jednak od presupozycji. Proponuję wreszcie oddać głos Filippie Eilhart. Dowiedzmy się nareszcie celu tego zgromadzenia. Poznajmy role, w jakich mamy tu wystąpić. Wówczas bez zbytecznych emocji zadecydujemy, czy kontynuować przedstawienie, czy spuścić kurtynę. Dyskrecja, o którą proszono, oczywiście zobowiązuje nas wszystkie. Z konsekwencjami, które ja, Sheala de Tancarville, osobiście wyciągnę wobec niedyskretnych.

Żadna z czarodziejek nie poruszyła się ani nie odezwała. Triss ani przez moment nie wątpiła w ostrzeżenie Sheali. Samotnica z Koviru nie zwykła była rzucać gróźb na wiatr.

– Oddajemy ci głos, Filippo. Do szacownego zgromadzenia zaś zwracam się z prośbą o zachowanie ciszy do chwili, gdy Filippa da znać, że skończyła.

Filippa Eilhart wstała, szeleszcząc suknią.

– Szanowne konfraterki – powiedziała. – Sytuacja jest poważna. Magia jest zagrożona. Tragiczne wydarzenia na Thanedd, do których powracam myślą z żalem i niechęcią, dowiodły, że efekty setek lat pozornie bezkonfliktowej współpracy w mgnieniu oka poszły na marne, gdy do głosu doszły prywata i wygórowane ambicje. Obecnie mamy rozbrat, bezład, wzajemną wrogość i nieufność. To, co się dzieje, zaczyna wymykać się spod kontroli. Aby kontrolę odzyskać, aby nie dopuścić do żywiołowego kataklizmu, należy wziąć w mocne ręce ster tego targanego sztormem okrętu. Ja, pani Laux-Antille, pani Merigold i pani Metz przedyskutowałyśmy już tę sprawę i jesteśmy zgodne. Odbudowanie zniszczonych na Thanedd Kapituły i Rady nie wystarczy. Nie ma zresztą z kogo odbudowywać obu tych instytucji, nie ma gwarancji, że odbudowane nie będą od początku zarażone chorobą, która zniszczyła poprzednie. Powinna powstać zupełnie inna, sekretna organizacja, która służyć będzie wyłącznie sprawom magii. Która uczyni wszystko, by nie dopuścić do kataklizmu. Jeżeli bowiem zginie magia, zginie ten świat. Tak, jak przed wiekami, świat pozbawiony magii i niesionego przez nią postępu pogrąży się w chaosie i mroku, utonie w krwi i barbarzyństwie. Wszystkie obecne tu panie zapraszamy do wzięcia udziału w naszej inicjatywie, do aktywnego uczestnictwa w pracach proponowanego tajnego zespołu. Pozwoliłyśmy sobie was tu przywołać, aby usłyszeć wasze zdanie w tej kwestii. Skończyłam.

– Dziękujemy – skinęła głową Sheala de Tancarville. – Jeżeli panie pozwolą, ja rozpocznę. Pierwsze moje pytanie, droga Filippo, brzmi: dlaczego ja? Dlaczego mnie tu przywołano? Wielokrotnie odmawiałam wysuwania mej kandydatury do Kapituły, złożyłam rezygnację z fotela w Radzie. Po pierwsze, pochłania mnie moja praca. Po drugie, uważałam i nadal uważam, że są w Kovirze, Poviss i Hengfors inni, godniejsi tych zaszczytów. Zapytuję, dlaczego zaproszono tu mnie, a nie Carduina? Nie Istredda z Aedd Gynvael, Tugduala lub Zangenisa?

– Bo to mężczyźni – odrzekła Filippa. – Organizacja, o której mówiłam, ma zaś składać się wyłącznie z kobiet. Pani Assire?

– Wycofuję moje pytanie – uśmiechnęła się nilfgaardzka czarodziejka. – Było zbieżne w treści z pytaniem pani de Tancarville. Odpowiedź mnie satysfakcjonuje.

– Trąci mi to babskim szowinizmem – powiedziała z przekąsem Sabrina Glevissig. – Zwłaszcza w twoich ustach, Filippa, po twojej zmianie... orientacji erotycznej. Ja nie mam nic przeciw mężczyznom. Więcej, ja uwielbiam mężczyzn i życia sobie bez nich nie wyobrażam. Ale... Po chwili zastanowienia... To w sumie jest słuszna koncepcja. Mężczyźni są psychicznie niestabilni, zbyt podatni na emocje, nie można na nich liczyć w momentach kryzysu.

– To fakt – przyznała spokojnie Margarita Laux-Antille. – Stale porównuję wyniki adeptek Aretuzy z efektami pracy chłopców ze szkoły w Ban Ard, a porównanie wypada nieodmiennie na korzyść dziewcząt. Magia to cierpliwość, delikatność, inteligencja, rozwaga, wytrwałość, także pokorne, lecz spokojne znoszenie porażek i niepowodzeń. Mężczyzn gubi ambicja. Oni zawsze chcą tego, o czym wiedzą, że to niemożliwe i nieosiągalne. A możliwego nie zauważają.

– Dosyć, dosyć, dosyć – żachnęła się Sheala, nie kryjąc uśmiechu. – Nie ma nic gorszego niż naukowo podbudowany szowinizm, wstydź się, Rita. Wszelakoż... Tak, ja również uważam za rzecz słuszną zaproponowaną jednopłciową strukturę tego... konwentu czy też, jeśli kto woli, loży. Jak słyszymy, chodzi o przyszłość magii, a magia to sprawa zbyt poważna, by jej los powierzać mężczyznom.

– Jeśli można – odezwała się melodyjnie Francesca Findabair – chciałabym przerwać na moment dywagacje o naturalnej i nie ulegającej kwestii dominacji naszej płci, a skupić się na sprawach dotyczących zaproponowanej inicjatywy, cel której nadal nie do końca jest dla mnie jasny. A chwila nie jest przypadkowa i budzi skojarzenia. Trwa wojna. Nilfgaard pogromił i przyparł północne królestwa do muru. Czy zatem pod ogólnikowymi hasłami, jakie tu słyszałam, nie kryje się zrozumiała chęć, by sytuację odwrócić? By pogromić i przyprzeć do muru Nilfgaard? A później dobrać się do skóry zuchwałym elfom? Jeśli tak jest, droga Filippo, to nie znajdziemy płaszczyzny porozumienia.

– Czy to jest powód, dla którego ja zostałam tu zaproszona? – spytała Assire var Anahid. – Nie poświęcam wiele uwagi polityce, ale wiem, że armia cesarska odnosi w wojnie przewagi nad waszymi wojskami. Poza panią Franceską i poza panią de Tancarville, pochodzącą z królestwa neutralnego, wszystkie panie reprezentują królestwa wrogie Cesarstwu Nilfgaardzkiemu. Jak mam rozumieć słowa o magicznej solidarności? Jako zachętę do zdrady? Przykro mi, ale nie widzę się w takiej roli.

Skończywszy przemowę, Assire pochyliła się, jakby dotykała czegoś, co nie mieściło się w projekcji. Triss zdawało się, że słyszy miauczenie.

– Ona ma jeszcze kota – szepnęła Keira Metz. – Założę się, że czarnego...

– Ciszej – syknęła Filippa. – Droga Francesko, szanowna Assire. Nasza inicjatywa ma być absolutnie apolityczna, to jest jej podstawowe założenie. Kierować się będziemy nie interesami ras, królestw, królów i imperatorów, lecz dobrem magii i jej przyszłością.

– Kierując się dobrem magii – Sabrina Glevissig uśmiechnęła się szyderczo – nie zapomnimy chyba jednak o dobrobycie magiczek? A przecież wiemy, jak traktowani są czarodzieje w Nilfgaardzie. My tu sobie będziemy apolitycznie gadać, a gdy Nilfgaard zwycięży i dostaniemy się pod cesarską władzę, wszystkie będziemy wyglądać tak, jak...

Triss poruszyła się niespokojnie, Filippa ledwie słyszalnie westchnęła. Keira opuściła głowę, Sheala udała, że poprawia boa. Francesca przygryzła wargę. Twarz Assire var Anahid nie drgnęła, ale pokryła się lekkim rumieńcem.

– Wszystkie z nas spotka marny los, chciałam powiedzieć – dokończyła szybko Sabrina. – Filippa, Triss i ja, wszystkie trzy byłyśmy na Wzgórzu Sodden. Emhyr rozliczy się z nami za tamtą klęskę, za Thanedd, za całokształt naszej działalności. Ale to tylko jedno z zastrzeżeń, które budzi we mnie deklarowana apolityczność tego konwentu. Czy udział w nim oznacza natychmiastową rezygnację z czynnej i politycznej wszak służby, którą obecnie pełnimy przy naszych królach? Czy też mamy w tej służbie pozostać i służyć dwóm paniom: magii i władzy?

– Ja – uśmiechnęła się Francesca – gdy ktoś komunikuje mi, że jest apolityczny, zawsze pytam, którą z polityk konkretnie ma na myśli.

– A ja wiem, że z pewnością nie ma na myśli tej, którą prowadzi – powiedziała Assire var Anahid, patrząc na Filippę.

– Ja jestem apolityczna – uniosła głowę Margarita Laux-Antille. – I moja szkoła jest apolityczna. Mam na myśli wszystkie typy, rodzaje i gatunki polityki, jakie istnieją!

– Drogie panie – odezwała się milcząca od dłuższej chwili Sheala. – Pamiętajcie, że jesteście płcią dominującą. Nie zachowujcie się więc jak dziewczynki, wyszarpujące sobie przez stół tacę z łakociami. Zaproponowane przez Filippę principium jest wszakże jasne. Przynajmniej dla mnie, a wciąż za mało mam podstaw, by uważać was za mniej bystre. Poza tą salą bądźcie, kim chcecie, służcie, komu chcecie i czemu chcecie, tak wiernie, jak zechcecie. Ale gdy konwent się zbierze, zajmować będziemy się wyłącznie magią i jej przyszłością.

– Tak właśnie to sobie wyobrażam – potwierdziła Filippa Eilhart. – Wiem, że problemów jest wiele, że są wątpliwości i niejasności. Omówimy je przy następnym spotkaniu, w którym wszystkie weźmiemy udział nie w postaci projekcji czy iluzji, lecz we własnych osobach. Obecność uznana będzie nie za formalny akt przystąpienia do konwentu, lecz za gest dobrej woli. O tym, czy taki konwent w ogóle powstanie, zadecydujemy wspólnie. My wszystkie. Na równych prawach.

– My wszystkie? – powtórzyła Sheala. – Widzę tu puste krzesła, zakładam, że nie ustawiono ich przypadkowo.

– Konwent powinien liczyć dwanaście czarodziejek. Chciałabym, aby kandydatkę na jedno z tych pustych krzeseł zaproponowała nam i przedstawiła na następnym spotkaniu pani Assire. W Cesarstwie Nilfgaardu znajdzie się z pewnością jeszcze jedna godna czarodziejka. Drugie miejsce zostawiam do obsady tobie, Francesca, byś jako jedyna czystej krwi elfka nie czuła się osamotniona. Trzecie...

Enid an Gleanna uniosła głowę.

– Proszę o dwa miejsca. Mam dwie kandydatury.