Wydawca: Michał Puczyński Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziwne czasy - Michał Puczyński

Przebiegły biznesmen Frank Palmer staje na krawędzi bankructwa, gdy na jego działce inwestorskiej pojawia się zabójcza narośl.

Szukając wyjścia z sytuacji, Frank poznaje miejską legendę, według której narośl jest inteligentną formą życia. Podobno można się z nią porozumieć, otwierając umysł za pomocą narkotyków.

Zdesperowany Frank łączy siły z Kruczkiem – dilerem nielegalnych używek i samozwańczym specjalistą od spraw nadprzyrodzonych. Razem spróbują dowiedzieć się, czym jest narośl i jakie ma zamiary wobec ludzi, oraz poznać jej słabe punkty.

Z recenzji poprzedniej książki autora:

"Fantastyka wydaje się być dla Michała Puczyńskiego jednak tylko punktem wyjścia, jego opowiadania mają zdecydowanie głębsze przesłanie. Pokazują one bez czarów jaka jest ludzka natura i w jaki sposób człowiek myśli i się zachowuje. Wszystko przedstawione jest niezwykle wiarygodnie i naturalnie – czytelnik nie ma żadnych wątpliwości, że ludzie postępują właśnie w taki sposób, jak opisano". - Ewa Morzyk, Bestiariusz.pl

"Każde opowiadanie to moim zdaniem majstersztyk krótkiej formy – ciekawie napisane, zwięzłe i godne zapamiętania. Myślę, że każdy z autorów chciałby dysponować podobną celnością spostrzeżeń zawartą w niewielkich objętościowo utworach". - Konrad Fit, Fahrenheit.net.pl

"Miejmy nadzieję, że Michał Puczyński wyda jeszcze coś w podobnym stylu – brakuje nam w księgarniach świeżych, przyjemnych książek, pisanych bez zadęcia i z pomysłem". - Dagmara Trembicka-Brzozowska, Gildia.pl

Opinie o ebooku Dziwne czasy - Michał Puczyński

Fragment ebooka Dziwne czasy - Michał Puczyński

Okładka

Strona tytułowa

Michał Puczyński

Dziwne czasy

Strona redakcyjna

© Michał Puczyński, 2015

www.michalpuczynski.pl

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Agnieszka Rytel

Okładka: Paweł Klimczak, www.behance.net/pawelklimczak

Ilustracje: Adam Dawidowicz

Paweł Klimczak, www.behance.net/pawelklimczak

Piotr Myśliński, www.behance.net/huntersky

Paweł Łęgowski, www.behance.net/paulegowski

Joanna Szymańska, www.revvrysuje.blogspot.com

Skład: Tomasz Semmler, semmler@e-freelance.pl

Specjalne podziękowania dla redakcji serwisu www.BiletyAutokarowe.pl za inspirację, którą czerpałem, podróżując dzięki Wam po Europie.

Z dedykacją dla Dominisi

Rozdział 1Gdzieś trzeba zacząć

Są garnitury pasujące do ludzi i ludzie pasujący do garniturów – ale obok całego tego systemu istniał on.

Kruczek.

W garniaku wyglądał przyzwoicie, ale czuł się fatalnie. Zachowywał się jak małpa w ludzkim stroju: drapał się, poprawiał, wiercił i wił, modląc się w duchu, aby ten cyrk potrwał nie dłużej niż kwadrans.

No tak, ale przecież kwadrans już minął, a cyrk nawet się nie zaczął. Kruczek nadal gnił na niewygodnym krześle w słabo oświetlonym, mdłym korporytarzu, czekając, aż Maślak łaskawie udzieli mu audiencji. Był wkurzony. Nudził się. Nerwowo przytupywał nogami, z czego zdał sobie sprawę dopiero po dłuższej chwili.

Ręce mu drżały, spływały potem i marzły, a przecież nie miał się czym denerwować. Nie zależało mu na robocie; prawdę mówiąc, po prostu jej nie chciał, no ale skoro umówił się na spotkanie, nie mógł się nie pojawić. Nie chciał wyjść na jeszcze większego dupka niż w rzeczywistości.

– Proszę do gabinetu – pisnęła zbyt tyczkowata sekretarka ze zbyt głębokim dekoltem na zbyt płaskiej piersi, wynurzywszy się zza załomu korytarza.

Poprowadziła go do jednych z tysiąca drzwi w labiryncie ścianek działowych z żółtej dykty. Wszedł do pokoiku i stanął, nie wiedząc, co powinien zrobić. Maślak nawet go nie zauważył. Niby przeglądał jakieś dokumenty, ale Kruczek mógłby przysiąc, że to ściema. Po prostu chciał zrobić wrażenie. Wielki pan Maślak; niedzielny biznesmen, co każdego ranka w firmowej szatni wiesza płaszcz, parasolkę i swoją duszę.

Kruczek to rozumiał. W przeciwieństwie do wszystkich kolesi, co za młodu wyzywali Maślaka od tłuściochów, menedżerowie go doceniali. „Świetna robota!” – mówili, kiedy robił to, co mu kazano, a kiedy coś mu nie wyszło, nie chcieli słyszeć o wpadkach, ale o możliwościach poprawy. Że Maślak słuchał uważnie, to mało powiedziane. On spijał to korporacyjne pierdololo niczym ambrozję, widząc w firmie ostatnią nadzieję na godny żywot.

Po prawdzie to Kruczek nic do niego nie miał. Żal mu było skubańca. Za młodu wszyscy traktowali Maślaka jak szmatę, ale taki los; dzieciakom zawsze potrzebny jest ktoś do wyładowania emocji. Trafiło na niego. Męczyli go, ale w końcu z tego wyrośli. Większość z nich nawet zrozumiała swój błąd i pożałowała Maślaka na krótką minutę. Mało? Może, ale teraz to Maślak nosił pozłacane spinki do mankietów i mógł kazać Kruczkowi mierzyć buty zapałką.

– O, cześć – rzucił z fałszywym zdziwieniem, gdy Kruczek westchnął odrobinę za głośno. – Nie słyszałem, jak wszedłeś. Siadaj! No, jak leci?

Kruczek rozwalił się w fotelu i wzruszył ramionami. „Po staremu”. „Ciurkiem”. „Git majonez”. No co tu można, kurde, odpowiedzieć?

– Ciągle biegasz za kosmitami? – zapytał Maślak.

Pytanie przyszło mu do głowy tak nagle, że nie zdążył się nad nim zastanowić, a tym bardziej powstrzymać krzywego uśmiechu.

– Od czasu do czasu.

Odpowiedź trochę zbiła go z tropu, z czego Kruczek ucieszył się w głębi duszy.

– Poważnie? – podejrzliwie spytał Maślak, ale Kruczek patrzył na niego z indiańską powagą. – I to się opłaca?

– Nie tak bardzo, jak dziesięć lat temu – odparł Kruczek. – Teraz wszyscy mają komputery. Każdy może robić fotki z kosmitami.

– Skoro tak, po co ktoś miałby kupować je od ciebie?

– Bo ja nikogo nie oszukuję. Patrzysz na moją fotę i co? I wiesz, że nie jesteś pewny, co widzisz. Nikt nie dowiedzie na sto procent, że ta rozmyta plama to nie UFO. Nie robię fotomontaży; moje zdjęcia są tak prawdziwe, jak twoje wątpliwości. Ale to wszystko zostaje między nami. Tajemnica zawodowa. – Kruczek mrugnął porozumiewawczo.

– Jasna sprawa – niepewnie odparł Maślak.

Ach, ten Maślak. Podejrzliwość leżała w jego naturze. Nigdy nie czuł specjalnej antypatii do Kruczka – a przynajmniej nie pałał do niego większą nienawiścią niż do innych gnojów ze szkolnych czasów – ale lata poniżeń i wabienia w rozmaite pułapki nauczyły go nie ufać nikomu oprócz rodziców. Zaczynał żałować, że zaprosił Kruczka na rozmowę. I po co mu to było? Przecież ledwo się znali. Nie po to tuż po ukończeniu ogólniaka uciekł od Kruczka i wszystkich mu podobnych patoli na drugi koniec kraju, żeby teraz odnawiać stare znajomości. Jak dotąd, czuł się w miarę bezpiecznie tu, we własnym biurze, ale obecność postaci ze szkolnych czasów z minuty na minutę pozbawiała go pewności siebie. Na dodatek nie potrafił stwierdzić, czy Kruczek robi sobie z niego jaja.

– Dobra, do rzeczy – rzucił sucho, chcąc jak najszybciej zakończyć spotkanie. – Czego konkretnie szukasz?

– Czego ja szukam? – zdziwił się Kruczek. – To ty zaprosiłeś mnie na rozmowę.

– Na prośbę Staszka.

– Co mu do tego?

– Bo chciał, żebym zaproponował ci robotę.

– Po cholerę?

– Pewnie chce ci pomóc.

Zapadła niewygodna cisza.

– Maślak, ta rozmowa zjechała na dziwne tory – odezwał się w końcu Kruczek, wiercąc się na krześle i mnąc uwierającą marynarkę. – Twój kuzyn poprosił mnie, żebym tutaj przyszedł, bo potrzebujesz kogoś na wczoraj i od tego zależy twoje życie.

– Nie chciałbym twojej pomocy, nawet gdyby moje życie naprawdę od tego zależało – wypalił Maślak i natychmiast pożałował, że nie ugryzł się w język. Takie słowa nie przystoją Junior Assistant Managerowi. – Przepraszam.

Kruczek spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi. Co prawda, nie widzieli się od dawien dawna, a przed laty nie zwracał uwagi na takie szczegóły, ale wydało mu się, że Maślak po raz pierwszy w jego obecności powiedział, co tak naprawdę myśli. Może była jeszcze dla niego nadzieja.

– W porządku – powiedział powoli. – Na twoim miejscu też bym się nie zatrudnił. Nie pasuję do takich miejsc.

– No to dobrze, że się rozumiemy – rzekł Maślak. – Nie zależy ci na tej pracy.

– Ani trochę.

– Mimo wszystko powinniśmy dokończyć rozmowę. Muszę wypełnić papiery. To nie ja podejmuję ostateczną decyzję o rekrutacji. Trzeba dać im jakiś powód, żeby cię odrzucili. Nie może się okazać, że spotkałeś się ze mną tylko po to, żeby marnować nasze pieniądze.

„Nasze”? Kąciki ust Kruczka drgnęły i już, już miał coś powiedzieć, już miał podzielić się błyskotliwą uwagą, ale westchnął, zaklął w duchu i ugryzł się w język.

– Strzelaj – mruknął cicho.

– Co powiesz na alkoholizm? To zwykle wystarcza, a w twoim przypadku, sam przyznasz, nie będzie to zarzut wzięty z kosmosu.

Brwi Kruczka uniosły się tak wysoko, że jeszcze odrobina i dotknęłyby linii włosów.

– Przepraszam, to niedelikatne – powiedział Maślak. – Staszek mi mówił, że...

– Staszek to stary mitoman – burknął Kruczek.

– Ale to akurat zapamiętałem, bo było zabawne. Słuchaj: podobno ludzie w waszej knajpie zakładają się o to, kiedy odpuścisz sobie choć jeden wieczór.

– Co ty powiesz?

– Najpierw obstawiali konkretny dzień, potem tydzień, ale że zawsze przychodziłeś, w końcu poszli w miesiące.

Żart uderzył Kruczka mocniej, niż mógłby się spodziewać. Żart? Miał nadzieję, że Maślak żartował. Rzeczywiście, ostatnio bywał w Piranii dość często.

– To hobby – spróbował się bronić, wściekły na siebie, że w ogóle to robi. Przecież miał w dupie Maślaka; nie powinien zaszczycać go odpowiedzią. – Sądząc po twoim wyglądzie, wpieprzasz za dużo czekolady, ale tobie nikt nie robi wyrzutów – odgryzł się, cały w nerwach.

– Przepraszam – powtórzył Maślak. – Bez urazy.

– Nie jestem urażony – rzucił Kruczek, zakładając dłonie za głowę.

Dał sobie chwilę na ochłonięcie. Pomogło, ale nie mógł powstrzymać się przed rozmyślaniem, co jeszcze Staszek naopowiadał o nim na mieście.

– Co słychać u Ewki? – zapytał znienacka Maślak.

– Znacie się?

Dziwne. Po co w ogóle Maślak o to pytał? Niemożliwe, żeby interesowało go osobiste życie krewnych i znajomych M. W. Kruczka. Pewnie w jakiejś korporacyjnej instrukcji dotyczącej kontaktów interpersonalnych znalazł punkt o tym, jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji: grzecznie zagaić o pierdołę, odwracając uwagę od wtopy.

– Każdy ją zna – odparł Maślak. – Jeszcze z dawnych czasów.

– Co takiego mówił o niej Staszek? – złośliwie zapytał Kruczek.

– Nic szczególnego. Nie pojawiła się nigdzie od dawna.

– To prawda.

Pomilczeli chwilę, gapiąc się na żółte ściany przyozdobione wydrukami i zdjęciami z obrzydliwie sztucznych korporacyjnych eventów. Nie z imprez, bo imprezy były dla korporacji zbyt staroświeckie i niewyszukane.

Tak czy siak, temat był zamknięty. Mogli kończyć.

– Co u niej słychać? – znowu zapytał Maślak, unikając Kruczkowego spojrzenia. Intensywnie drapał się przy tym po podbródku.

Kruczek uśmiechnął się w duchu. Nie pyta się dwa razy o byle dziewuchę. Maślak na nią leciał. To ciekawe, bo Ewka była dziewczyną, którą wszyscy szanowali, a wielu szczerze lubiło, ale do odczuwania czegoś więcej zdolni byli nieliczni. Kto by pomyślał, że pyzaty Maślak czuł miętę do najprawdziwszej kosmitki.

No cóż, Kruczek i tak miał to w dupie. Dźwignął się z krzesła i obciągnął marynarkę.

– Dobra, Maślak, pisz: obiekt jest alkoholikiem – poinstruował, ruszając do drzwi. – Było miło, ale naprawdę nie mam czasu.

– W porządku, rozumiem – odparł Maślak, zdziwiony nagłym zakończeniem rozmowy. – Miło było. Zdzwonimy się.

Kruczek przystanął w progu, z irytacją wywracając oczami.

– Tak, zdzwonimy – przytaknął, po czym wyszedł, nie oglądając się za siebie.

Żaden z nich ani myślał pytać drugiego o numer telefonu.

* * *

Przed wypadem do Piranii zahaczył o mieszkanie; nie chciał znosić tortury niewygodnego garnituru ani minuty dłużej. Nie zastał Ewki. Gdzie była? Co robiła? Mijali się coraz częściej, ale jakoś o tym nie myślał.

Zdążyło się ściemnić, a ulice pokryły się mokrym, ciężkim śniegiem. Kruczek przebrał się i wyruszył do miejsca, w którym w tych dziwnych czasach prowadził swoje interesy. Chadzał tą drogą co wieczór, starając się trzymać między rozlanymi na chodniku plamami latarnianych świateł. Od czasu do czasu zdarzało mu się spojrzeć za siebie, a wtedy nie mógł wykrztusić ani słowa. Był zdumiony tym, jak długą drogę przebył od młodości spędzonej na trzepaku blisko rodzinnego domu, aż do knajpy z rozwodnionym piwem, wokół której orbitował od dobrych paru lat.

– Ej, ej! – Dobiegło zawołanie z bramy kamienicy, ale nie usłyszał go albo nie zwrócił uwagi.

Był zbyt pochłonięty sobą, bo Kruczek był tematem, którym Kruczek ostatnio bardzo się interesował. Stanowił dla siebie ciekawostkę. Pewnego razu obudził się, napił wody, odlał, umył zęby i spojrzał w lustro: zobaczył jakiegoś faceta. Gość wydawał się znajomy, ale Kruczek nie mógł powiedzieć o nim nic więcej. Zaczął więc przyglądać się sobie i poznawać się bliżej, dziwiąc się, czym tak naprawdę jest, i odkrywając, dokąd zmierza. Zdał sobie wówczas sprawę, że to pytanie dręczyło go od lat, choć nigdy wcześniej nie potrafił go sformułować.

– No kurwa, Kruczek! – Ktoś dreptał za nim po mętnych kałużach, ale Kruczek wcisnął ręce w kieszenie i szedł dalej.

Najbardziej dziwiło go, że nie był w depresji. Dzieliły go od niej lata świetlne. Nie czuł się ociężały; wręcz przeciwnie – chciał działać! Tylko że nie potrafił. Mimo to miał ochotę poderwać się do roboty i zdobywać. Tylko co? Jego cel znajdował się najdalej na świecie, bo na końcu języka; za żadne skarby nie potrafił go z siebie wykrztusić. Był smutną ofiarą zewu musztardy, ale z drugiej strony – kto nie był?

– Kruczek, kurwa, głuchy jesteś?!

Dogonił go Macio, śmieszny facecik w trampkach i bluzie z kapturem. Nieważne, czy opisałbyś go tak w dzień czy w nocy, latem czy w środku zimy, na weselu czy na stypie – za każdym razem trafiłbyś w dziesiątkę. Macio Dresiarz: element lokalnego folkloru, nieszkodliwy.

– Mam sprawę.

– Tutaj? – warknął Kruczek. – Na środku ulicy? Ty poważnie? Rusz mordą, a już nikt, nigdzie i nigdy ci nie sprzeda.

– O ja pieprzę, pan wrażliwy – bąknął Macio. – Co ty się taki groźny zrobiłeś? Żebyś się widział, jak wysiadłeś z pociągu. Wtedy bałbyś się podskoczyć.

Rzeczywiście, kiedyś Kruczek był delikatny, ale to było dawno temu i daleko, daleko stąd. Na początku każdy się boi; trzeba dostać po mordzie, żeby przekonać się, że to nie takie bolesne. Kruczek dostawał częściej, niż mu się należało, aż w końcu nabrał odwagi, bo taka jest kolej rzeczy.

Mimo tego zaczepka go ugryzła. Miał coś powiedzieć, ale zrezygnował – byli już blisko celu, a Macio, choć czasem coś sobie ubzdurał i próbował zgrywać ważniaka, wymiękał tym bardziej, im bliżej było mu do Piranii.

Pirania! Pirania była wspaniałym miejscem, w porywach całkiem przyzwoitym, a zawsze na pewno wyjątkowym. Nawet jeśli rozwadniali piwo, to czystą wodą; zresztą Kruczek nie przychodził tu ze względu na bogaty jadłospis. Pirania była siedzibą herosów i tytanów, bossów, nadludzi i prawdziwych bóstw, których mogłeś kochać albo nienawidzić, ale nie mogłeś zbyć machnięciem ręki. Wystarczył rzut oka na ich twarze, żeby wiedzieć, że takich postaci nie spotkasz w kolejce do warzywniaka. Było coś złowrogiego w ich rysach: jakieś wkurwienie, jakaś wrogość, ale nie taka prostacka, którą emanowały zwykłe męty. To było coś głębszego, to było piętno Piranii. Stąd pochodziła Ewka. Podobno wyłoniła się z piwnej piany. Jeśli tak, to z najlepszego duńskiego lagera.

Weszli. Szybki rzut okiem po kątach: raczej pusto. Mniej niż połowa zwyczajowej klienteli – bliźnięta, Staszek, Majk, Gocha, za barem stary Kopciu, i tylko przy dwuosobowym stoliku jakiś obcy koleżka ze swoją panną. Dziwna sprawa.

Kruczek przywitał się ze znajomkami skinięciem głowy, a w drodze do baru pochylił się nad Staszkiem.

– Mamy do pogadania, ale później. Teraz mi powiedz: robicie w związku ze mną jakieś zakłady?

– Zakłady? – podejrzliwie zapytał Staszek. – Co ty gadasz?

– Wrócimy do tego. Najpierw interesy – powiedział Kruczek i wyprostował się, na odchodnym wskazując skinieniem nieznajomą parę. Usiadł przy barze i zamówił piwo, czekając, aż Staszek zrobi swoje.

Stachu był dla niego bratem – co oznaczało, że mieli do siebie szacunek na jakimś podstawowym poziomie, a jeden nie pozwoliłby wyrządzić drugiemu żadnej krzywdy. A jednak nie pałali do siebie sympatią. Staszek był trudnym człowiekiem – wystarczyło na niego spojrzeć. Był łysy, cały jakiś kanciasty i nieprzyjemny, choć tak naprawdę były to szczegóły bez większego znaczenia.

Mimo wyglądu Staszek potrafił być przyjacielski do przesady, ale czasem stawał się suchy i zimny, brutalny, samolubny i bezwzględny. Działo się tak dlatego, że za młodych lat bywał wykluczany i ignorowany – ale nie mylmy skutku z przyczyną. Staszek stał się sobą przez okulary.

Nie lubił ich, wstydził się je zakładać, lecz już od dziecka nie miał większego wyboru. Źle widział, nosił więc druciany rower na garbatym nosie, święcie przekonany, że wygląda jak ostatni idiota. Wszystkie nieautoryzowane spojrzenia traktował jak zniewagę i rzucał na glebę z zakrwawionym nosem każdego, kogo posądził o brak szacunku. Staszek nie zachowywał się tak dlatego, że był tępy – był po prostu przewrażliwiony. Kto wie, jak wspaniałym stałby się człowiekiem, gdyby nie wada wzroku.

Staszek machnięciem ręki zwrócił uwagę nieznajomego kolesia zabawiającego dziewczynę rozmową pełną chichów i parsknięć. Chciał go zaprosić na krótką pogawędkę, ale spojrzenie tamtego uciekło spłoszone za okno. Staszek nie dziwił się – właśnie tak to się zwykle odbywało. No cóż, na wszystko była rada. Powiedział dwa słowa do Majka, a ten podszedł do chłopaczka i szepnął mu coś na uszko.

Młody kawaler rozejrzał się na wszystkie strony, zdezorientowany niczym oślepiona sarna, aż dostrzegł Staszka. Przez chwilę walczył ze sobą, ale przegrał. Kiedy Majk zaprasza, przyjmujesz zaproszenie i tyle. O Staszku można było powiedzieć wiele dobrego i złego, ale Majk był po prostu potworem.

Nie mając innego wyboru, chłopak podszedł do Staszka, za wszelką cenę starając się zachować spokój. Wyglądał przy tym dość śmiesznie.

– Dobry wieczór – przywitał go Staszek. – Widzisz, do tego klubu wchodzisz tylko za okazaniem karty członkowskiej. Zabierz swoją panią i nigdy tutaj nie wracaj.

No i zabrał. Kruczka zawsze to bawiło; zastanawiał się, jakie wymówki sprzedawali swym kobietom ci wszyscy kolesie, których Staszek tak kurtuazyjnie wypraszał. Nie mówili im przecież prawdy. On by na pewno nie powiedział.

– Do rzeczy, panie Macio – rzekł Kruczek, gdy natręt opuścił lokal.

– Potrzebuję mocnego – odparł Macio. – Piguły. Parę sztuk. Słyszałem, że masz jakieś nowe. Kopią?

– Jak kopną, możesz już nie wstać. Po co ci one?

Podekscytowany Macio zaczął się wiercić na krześle.

– Idziemy z Tomaszem patrzeć na narośl.

– Narośl? – zdziwił się Kruczek. – Co tam jest do oglądania?

– Podobno jak weźmiesz coś mocnego i patrzysz na nią wystarczająco długo, możesz się z nią porozumieć.

– Bzdura. Kto ci to powiedział?

– Kopciu.

Kruczek zmarszczył czoło; nie sądził, że Kopciu wierzy w czary. Macio zobaczył jego powątpiewanie.

– Kopciu, a co się dzieje z naroślą, jak na nią patrzysz? – podniósł głos, z roku na rok coraz mocniej pobrzmiewający menelską chrypką.

Stary bez pośpiechu wyszedł do nich z kanciapy.

– Dostrajasz się do niej – odpowiedział. – Fale mózgowe, telepatia.

– A ty skąd wiesz takie rzeczy? – zapytał Kruczek.

– Wiem od kolesi Stolczyka, a skąd Stolczyk wie, tego nie wiem. Wiem tylko, że Stolczykowi się wierzy.

Kruczek i Macio przytaknęli. Stolczyk, wielki Stolczyk – to nazwisko budziło szacunek u ludzi, którzy wiedzieli, komu nie fikać. Kruczek przełknął więc cisnący się przez gardło komentarz i zsunął się z barowego stołka.

– Kopciu, nalej mi jakiejś gorzały, a ty, Macio, zacznij szukać portfela – powiedział, kierując się do klozetu.

Nie chciało mu się lać. Był wystarczająco zmyślny, żeby nie nosić ze sobą ciężkich dragów, a że bał się składować towar w mieszkaniu, swoje niewielkie zapasy chował w spłuczce w obleśnym sraczu w Piranii – w kabinie, z której nikt nigdy nie korzystał. Jak dotąd nie wspomniał o tym szczególe Kopciowi i wiedział, że gdyby to w końcu wyszło na jaw, Kopciu kazałby go ukarać. Stary piernik za opłatą pozwalał Kruczkowi prowadzić interesy w swojej knajpie, ale w sprawie trzymania towaru wyraził się jasno: Pirania była czysta i taka miała pozostać. Co mieli przy sobie klienci, to już Kopcia nie obchodziło.

Upewniwszy się, że nikt nie podgląda, Kruczek wyciągnął jeden z trzech woreczków upchniętych pod pływakiem. Bez pośpiechu umył ręce, przeczesał dłonią włosy i wrócił, zadowolony z siebie.

– Uważaj z tym – ostrzegł Macia, wydzielając mu cztery piguły. Odebrał zapłatę, przeliczył i schował do głębokiej kieszeni. – Dziękuję i zapraszam ponownie. Teraz twoja kolej – zwrócił się do siedzącego nieopodal Staszka.

Staszek skrzywił się złośliwie.

– Rety, naprawdę? Jak miło – mruknął, zabrał piwo i fajki i zajął miejsce przy Kruczku. – No, to jak poszła rozmowa o pracę?

Kiedy spojrzał na Kruczka, jego uśmiech zmienił się w wąską kreskę.

– Czy ja wyglądam na inwalidę? – spytał Kruczek. – Śmierdzę? Mam brudne ubranie?

– Co ty gadasz?

– Niedomagam na zdrowiu? Czy twoim zdaniem jestem menelem? – pytał dalej, zanim Staszek zdążył ogarnąć myśli. – Nie potrzebuję, żebyś mi narajał robotę. Przez ciebie wyszedłem na gówniarza, który nie potrafi się o siebie zatroszczyć. Gdybym chciał pracę, to bym ją sobie znalazł. No ja pieprzę, przecież mam pracę! Właśnie pracuję.

Staszek milcząco wypalał wzrokiem dziurę w blacie. Nie lubił, nie znosił, nienawidził pouczania, i tak jak zawsze w podobnych chwilach, tak i teraz można było wyczytać z jego twarzy, że budził się w nim inny człowiek. Wydawało się, że za moment wybuchnie, ale Kruczek nie miałby nic przeciwko temu: dla Staszka byłaby to chwila słabości.

A jednak opanował się. Upił piwa. Podrapał się za uchem. Zebrał słowa, przeżuł je, w końcu wypluł.

– Po prostu tędy do niczego nie dojdziesz – powiedział.

– To zajebiście, bo nigdzie nie idę.

– Dobra, jak tam chcesz – burknął Staszek. – Chciałem dobrze.

– Nawet jeśli, to chyba się jebłeś w obliczeniach.

– A spierdalaj.

Stachu zebrał graty i wrócił do swojego stolika, zostawiając za sobą wyższe ciśnienie i naelektryzowane powietrze. Piękny dzień, pomyślał Kruczek.

– Która godzina? – rzucił do Macia. – Czas się znieczulić.

Ledwo sięgnął po szklankę, Staszek trzepnął go w ramię.

– Robimy o ciebie zakłady – powiedział.

– Jeszcze coś? – wycedził Kruczek, strzepując krople wódy ze spodni.

– Ktoś o ciebie pytał.

– Kto?

– Jakiś facet. Nazywał się Frank Palmer.

Rozdział 2Zew musztardy

Po raz ostatni widział Franka z grubsza osiem lat temu, w dzień po Nocy Musztardy. Oczywiście wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że przeżył najważniejszą noc w swoim życiu; świadomość tego miała przyjść z czasem. Jej pierwsze oznaki uderzyły Kruczka w momencie, gdy raz po raz naciskał klekocący spust aparatu, próbując sfotografować UFO.

UFO miało niewiele ponad ćwierć metra średnicy i było dwoma zlepionymi ze sobą miskami, do których przylepił części plastikowego samolotu. Ciskał nim z całej siły w powietrze i łapał za aparat, starając się uchwycić model w kadrze. Rzadko na fotografii pojawiało się coś więcej niż kilka rozmazanych plam, ale to nie był problem – szmatławce z każdej części świata płaciły tym więcej, im mniej było widać. Kruczek rozgryzł ten system: poznał kupców, ich preferencje, stawki, i choć w najlepszym przypadku zarabiał grosze, nie narzekał. Na razie miał za co żyć.

Tworzył swoją sztukę bez pasji ani nawet ochoty, gdy nagle przypomniał sobie o śnie, który rzucał nim po całym łóżku zeszłej nocy. Musztarda grała w nim główną rolę – i tyle. Nie potrafił przypomnieć sobie szczegółów. Uśmiechnął się krzywo na to niewyraźne wspomnienie i wrócił do pracy. Nie skojarzył snu z dziwnym uczuciem, które pojawiło się w tej samej chwili i zaczęło w nim błyskawicznie narastać. Poczuł, że musi udać się w podróż.

Początkowo była to tylko upierdliwa myśl tłukąca się gdzieś z tyłu czaszki, przypominająca kaca albo ból zęba. Próbował ją ignorować, ale im bardziej się starał, tym stawała się wyrazistsza. Po paru kwadransach nie mógł już myśleć o niczym innym.

Kruczek zgłupiał. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Podejrzewał, że tak właśnie czują się ptaki tuż przed migracją do ciepłych krajów. Musiał wysilić się, żeby nie ulec potrzebie ruszenia w dal, choć zdawał sobie sprawę, jak bardzo była ona niedorzeczna. Gdyby nie był Kruczkiem, pewnie ogarnąłby się, zacisnął zęby i przeczekał najgorsze, ale przecież był sobą: uważał, że trzeba drapać, gdy swędzi.

– Musisz mnie podwieźć – powiedział do Franka, budząc go z twardego snu koło południa.

Wpadł do jego pokoju niczym błyskawica, a ciągnący się za nim podmuch powietrza przyniósł z ulicy liście i stare gazety. Choć od miesięcy dzielili dwupokojowe mieszkanie, zazwyczaj starali się nie wchodzić sobie w paradę. Zamienili w życiu może ze trzy zdania i nigdy nie prosili się nawzajem nawet o fajki – Frank był więc nieźle zdziwiony.

– Coś się stało? – spytał, trąc opuchnięte powieki.

– Ty masz samochód, ja nie mam – odparł Kruczek, skupiony i spięty. – Oddam ci za paliwo i dorzucę parę groszy za fatygę. To jak, jedziemy?

Sprawa wyglądała poważnie, więc Frank zwlókł się z rozmemłanego wyra i wślizgnął we wczorajszą koszulę. Wypił kawę pod okiem Kruczka łażącego wte i wewte, i nadal nie dowierzając, poprowadził go do Frankomobila. Kiedy wyjeżdżali, było wczesne popołudnie.

– Dokąd? – zapytał Frank, wtaczając się na główną ulicę.

– Na północ – odpowiedział Kruczek. – Powiem, gdzie masz skręcić.

Frank nie zapytał, dokąd jadą, a Kruczek nie zamierzał poruszać tego tematu bez potrzeby. Nie miał najmniejszego pojęcia, jaki był cel ich podróży, i podejrzewał, że Frank już się tego domyślał.

Tak też było. Mimo wszystko Frank nie zadawał pytań. Powaga Kruczka wydała mu się niepokojąca. Wyglądało na to, że chodzi o coś ważnego, może drażliwego – może o sprawy rodzinne? – a przecież byli sobie z Kruczkiem całkiem obcy. Zresztą Kruczek płacił za paliwo i miał dorzucić coś więcej. Trochę grosza jeszcze nikomu nie zaszkodziło, więc Frank posłusznie prowadził.

Nie odzywali się przez całą godzinę.

– Nie powinieneś zakuwać do sesji? – zapytał Frank, kiedy milczenie stało się skrajnie nieznośne.

Kruczek spojrzał na niego bezrozumnie. Po chwili przypomniał sobie, że Frank niczego o nim nie wie.

– Już nie studiuję – odpowiedział. – Może od dwóch tygodni.

– Rzuciłeś? – spytał Frank, nie zdradzając oznak zdziwienia.

Kruczek przytaknął, choć przemilczał szczegóły. Był słabym studentem z tysiąca różnych powodów, a relegacja była kwestią czasu.

– A twoi starzy? – zapytał Frank. – Wiedzą?

– Nie sądzę – niechętnie odpowiedział Kruczek, dla którego rodzina była wówczas drażliwym i niewygodnym tematem. – A ty? Chyba nie zarwałeś nocki przez naukę?

– Nie, takie atrakcje mam już za sobą.

Kruczek spojrzał na Franka ze zdziwieniem. Chciał zapytać, co miał na myśli, ale odpowiedź nagle stała się oczywista. Nigdy wcześniej nie zauważył, że Frank był od niego starszy. Nie potrafiłby powiedzieć, ile miał lat – nadal wyglądał młodo, ale pod oczami, w kącikach ust i na szyi można było dostrzec wszystkie dzielące ich wiosny. Czemu mieszkał w akademiku? Kim był, co robił i gdzie tak często znikał? Wychodził z mieszkania nieregularnie i wracał o różnych porach – dlatego Kruczek przez cały czas brał go za studenta.

– Czym się zajmujesz? – zapytał Kruczek, chwilowo zapominając o świdrującej mózg potrzebie podróży.

– Takie tam – mruknął Frank. – Mam na oku parę interesów.

– Co to znaczy? Masz firmę?

– W planach. Na razie gromadzę kapitał.

– Jak to się robi?

– Jak tylko można.

Kruczek wywrócił oczami; nie lubił wykrętnych odpowiedzi.

– To ile go już zgromadziłeś? – drążył.

– Nie chodzi o pieniądze, tylko o kontakty. Ostatecznie wszystko rozbija się o znajomości.

– Czyli co robisz? – cisnął Kruczek.

– Aktualnie zawieram znajomość z pewną panią – odpowiedział Frank z nutą irytacji. – Jej mężem jest dyrektor, z którym chciałbym ubić interes. Chcę wprowadzić na rynek swój produkt. Jeśli się uda, no cóż, to będzie dobry początek. Otworzy się sporo drzwi.

– I co dalej?

– Tajemnica biznesowa – odparł Frank. – Może chcesz pogadać o czymś innym? O sensie życia? Dwóch facetów sam na sam. Słońce za plecami, a na wprost droga długa i szeroka.

Mówiąc to, uśmiechnął się wrednie, dziwnie, inaczej niż zwykle; odsłonił tę część charakteru, którą na co dzień musiał ukrywać przed światem. Na co dzień wyglądał jak ktoś głupio uczciwy – wydawał się gościem, którego można poprosić o przypilnowanie dziecka przed sklepem. Aż do teraz.

– Nie ma się co spinać – mruknął Kruczek, zbity z tropu. – Nie wiedziałem, że taka z ciebie szycha.

– Jeszcze nie.

– Jeszcze? Zazdroszczę pewności siebie.

Frank popatrzył na niego krytycznie.

– Może i słusznie – odpowiedział.

Żaden z nich nie miał nic do dodania, więc przez kolejny kwadrans milczeli. Z radia sączyły się jakieś smętne kawałki, a oni jechali dalej, skręcając w ulice wskazywane przez Kruczka, który jakimś cudem znał drogę, choć nie potrafił powiedzieć, dokąd prowadzi.

– Co zrobisz, skoro obraziłeś się na szkołę? – odezwał się Frank, gdy jego humor już się wyzerował.

– Fotografia.

– Otwierasz studio? – zainteresował się Frank.

– Robię zdjęcia do gazet.

– No, no. Może kiedyś zrobimy interes. Będę potrzebował reklamy. Sfotografujesz mój produkt, a potem zobaczymy. Może zainwestuję w twoje studio.

– Jasne – skrzywił się Kruczek.

Nie znosił ludzi, którzy dla każdego potrafili znaleźć miejsce w swoim biznesplanie. Godzinami pieprzyli przy wódce o najdrobniejszych szczegółach, a kiedy po miesiącu spotkałeś ich na przystanku, udawali, że cię nie widzą. Sporo było takich na pierwszym i drugim roku studiów, jeszcze zanim skonfrontowali swoje ambicje z możliwościami. Kruczek starał się ich unikać. Po Franku spodziewałby się czegoś więcej.

– To trochę inna fotografia – powiedział, ale doszedł do wniosku, że nie warto strzępić języka. – Nieważne, też mam tajemnice biznesowe. Może pogadajmy o sensie życia.

* * *

– Daleko jeszcze? – zapytał Frank, kiedy słońce zaczęło zachodzić, a niebo zrobiło się czerwone.

– Jesteśmy coraz bliżej.

Były to ostatnie słowa, które wymienili jak normalni ludzie; resztę wykrzyczeli albo wymilczeli, w zależności od tego, który sposób wydawał się w danej chwili bardziej donośny.

Wjechali w sam środek niczego. Nic zaczęło się nagle i jak na złość nie chciało się skończyć. Frank nie sądził, że na mapie są jeszcze czarne dziury, i to takie, przez które można przejeżdżać równie długo, nie trafiając na jakąś wieś, chatę albo stodołę. Ani na stację benzynową.

Po paru kwadransach wleczenia się po ubitej drodze silnik rozkaszlał się i zdechł. Dopiero nocą, spoceni i cali usmarowani ciemnością, dopchali samochód na parking zajazdu, oberży czy innej rudery, która wyrosła nagle w samym środku pustki. Gdy weszli do środka, oblepił ich dym tanich fajek. Stołówka? Restauracja? Jakaś knajpa. Mrużąc oczy, wyłuskali z siwej mgły wolne krzesła – każdy z nich w innej części sali.

Było to dziwne miejsce pełne dziwnych ludzi: nieforemnych twarzy przyklejonych do garbatych, tłustych, pokrzywionych ciał. Baba z gardłem jak indyk. Facet jak kula mięcha. Zezowaty wypłosz z rzadkim wąsem. Coś bezpłciowego o krótkich, gęstych włosach i w skórze, parę krzeseł dalej, tuż przy barze.

Skąd się tacy biorą? – zastanawiał się Kruczek. Genetyczne eksperymenty. Spotykał czasem podobnych; zawsze występowali stadnie. Może intuicyjnie trzymali się razem. Byłoby to całkiem zrozumiałe: w takiej grupie to on, normalny człowiek, wydawał się nie na miejscu. No, jeszcze ta blondyna o greckim profilu, która musiała tu trafić przez przypadek i samotnie grzała miejsce w kącie. Była zbyt zadbana, zbyt modna, miała zbyt prawidłowe proporcje i wydawała się zdrowa na umyśle.

Ale chwila. Coś się nie zgadzało. Coś odwracało uwagę od blondyny. Przymrużone oczy i równe, cienkie brwi. Męska skórzana kurtka, a pod nią skromny błękitny sweter. No i zadbane paznokcie. Tamto bezpłciowe coś przy barze jednak było dziewczyną.

Można nażreć się albo nasycić, wypróżnić albo po prostu zesrać; można zobaczyć człowieka albo go ujrzeć. Kruczek wcześniej zobaczył ją kątem oka, ale teraz ujrzał coś fantastycznego.

Była zajęta ignorowaniem trzech gości trochę podobnych do niej, tylko głupszych. Dużo mówili, ale nie zwracała na nich uwagi. W końcu zniechęcili się i odeszli.

Odetchnęła. Wyglądała na skrajnie znudzoną, ale kiedy Kruczek zlustrował jej twarz, zaczął podejrzewać, że nuda nie miała nic wspólnego z jej nastrojem. Dziewczyna taka po prostu była: dużo widziała i niewiele potrafiło ją zainteresować. Miała góra dwie dychy na karku, ale sprawiała wrażenie dojrzalszej. Jednym spojrzeniem potrafiła przejrzeć człowieka na wylot, ocenić go i dać mu do zrozumienia, żeby spieprzał. Co jeszcze mógł o niej powiedzieć? Byłaby piękna, gdyby chciała. Nie lubiła ozdób. Na gładkim karku błyszczała srebrna nić łańcuszka, ale wisiorek chowała pod swetrem.

Fascynująca, pomyślał Kruczek. Babochłop. Ideał.

Spojrzała na niego, a on nie zdążył odwrócić wzroku. Spiekł raka, choć nie do końca wiedział czemu. Pomyślał, że mógłby zasymulować zawał albo chociaż wskoczyć pod kontuar, ale było na to trochę za późno.

Kruczek przygryzł wargę. Nie powinien wystawiać się na jej spojrzenie. Na pewno już wiedziała, co o niej myślał. Wiedziała też, co zamierzał, choć on sam nie był jeszcze tego pewien. Co za niesprawiedliwość! No cóż, nie miał się nad czym zastanawiać – pozostało działać i mieć nadzieję na najlepsze.

– Piwo? – zapytał, nerwowo bawiąc się palcami.

– Dobry początek – mruknęła.

Trochę mu ulżyło, ale wiedział, że do mety jeszcze daleko. Mógł spieprzyć tę rozmowę na miliard różnych sposobów, a co gorsza, dziewczyna doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ścierała mgiełkę z kufla małym palcem i cierpliwie czekała na jego kolejny ruch. Musiała znakomicie się bawić, kiedy on ze wszystkich sił kombinował, jak nie wyjść na durnia.

– Nie będę się narzucał – powiedział Kruczek i wbił wzrok w podłogę. Czuł, że to najlepsze, co mógł zrobić.

– Tak podbijasz do kobiet? – zdziwiła się nieznajoma.

– Nie, nie tym razem. Widzę, że nie masz ochoty.

– Nieźle – mruknęła z szacunkiem. – Całkiem nieźle.

Wzruszył ramionami – niby obojętnie, ale cały trząsł się w środku. Co dalej?

– Pasujesz tutaj – zauważył mimochodem, a przynajmniej chciał, żeby tak pomyślała. W rzeczywistości starannie dobierał słowa.

Odwróciła się, popatrzyła po ludziach, pokręciła nosem.

– To ma być komplement? – spytała podejrzliwie.

– Pasujesz tutaj, nic więcej. Jesteś stąd?

– Nie.

– W podróży?

– Chyba nie ma innej możliwości.

– Dokąd jedziesz?

– Nie twój interes.

Przymknął się, speszony i spięty. To było straszne. Czuł się jak w siódmej klasie, kiedy po raz pierwszy zapraszał dziewczynę na randkę. Czekał na nią przed szkołą; spocił się wtedy i śmierdział, i był pewny że waliło mu z gęby, ale mimo wszystko dopiął swego. Przełamał się. Odważył.

I dostał kosza.

– Nic więcej nie powiesz? – mruknęła. – Słabo się starasz.

– Co miałbym zrobić?

– Zainteresuj mnie.

– Jestem fotografem – strzelił Kruczek.

– Słabo.

– Jestem w drodze. Ze znajomym, gdzieś tam siedzi – machnął w stronę stolików, a ona podążyła spojrzeniem za jego dłonią.

– Masz samochód?

– Tak. W sumie nie. Nie do końca. On prowadzi.

Przytaknęła. Nie miał pojęcia, co jeszcze powiedzieć; czuł się coraz mniej komfortowo i zaczynał odnosić wrażenie, że jej wzrok przepala mu skórę. Przetrząsał umysł w poszukiwaniu ciekawej historyjki albo dowcipu, ale w głowie szumiała mu pustka. Był zmęczony i głodny. Miał już dość.

– Dobra, nieważne – burknął z rezygnacją i wbił wzrok w kufel z piwem.

– O co chodzi? – spytała.

– Robisz mi na złość. Jesteś wredna.

– Masz rację, przepraszam, już nie będę – odparła ze spokojem. – Spróbuj jeszcze raz.

Kruczek nie wiedział, że tak można.

– Jeszcze raz? Ale czemu? – zapytał głupio.

– Co czemu?

– Czemu to ja mam się starać? Może dla odmiany ty spróbujesz?

– To by było bez sensu – odparła. – Próbuję cię czegoś nauczyć.

– Niby czego?

– Charakteru.

– Może tego nie chcę?

– W tym problem – powiedziała z namysłem. – Wyglądasz jak powietrze.

Czoło Kruczka zmarszczyło się w znak zapytania.

– Nie masz osobowości – wyjaśniła dziewczyna. – Gdybyś nie wydawał dźwięków, nie wiedziałabym, że tu jesteś. Powinieneś nosić odblaskową kamizelkę.

Kruczek prychnął.

– Nie obrażaj się – powiedziała. – Nie chodzi o twój wygląd; wyglądasz całkiem przyzwoicie. Może będą z ciebie ludzie. Zobaczymy. Spróbuj jeszcze raz, z charakterem.

Nie wiedział, czy uciec, czy się uśmiechnąć.

– Wyluzuj, to nie egzamin – poradziła. – Nie spinaj się, tylko powiedz coś od siebie.

Nabrał powietrza w płuca i oddał głos nicości, która napęczniała mu w głowie.

– Dziwne miejsce – wymamrotał. – Dziwni ludzie, jakby uciekli z jakiejś hodowli. Zawsze trzymają się w grupie.

Dziewczyna rozejrzała się i uśmiechnęła; najwyraźniej popłynęła z nurtem jego myśli. Uf, mały sukces. Kruczek poczuł się lżejszy.

– Dziwny wieczór – dodał cicho. – Ty też jesteś dziwna. Czuję się trochę jak we śnie.

– Dokąd jedziesz? – zapytała znienacka.

– Nie wiem. Trudno powiedzieć.

– Rozumiem.

– Ta, na pewno.

Zeskoczyła z krzesła i usiadła bliżej niego.

– Ewka – przedstawiła się i zamówiła dwa browce.

Rys. Adam Dawidowicz

* * *

– Mam wrażenie, że ta szopka była tylko po to, żebyś mogła się z nami zabrać.

Ewka nie odpowiedziała.

– Wystarczyło poprosić – ciągnął Kruczek zachrypniętym głosem, delikatnie masując skronie. – Nie musiałaś się nade mną znęcać. Byłem osłabiony. Zmęczony. A ty jeszcze mnie upiłaś.

– Marudzisz – upomniał go Frank, gapiąc się w asfalt wciągany pod maskę samochodu.

Jechali nieznośnie wolno, zachowując bezpieczną odległość od sunącej przed nimi ściany mgły.

Kruczek poluzował pasy bezpieczeństwa. Wóz podskakiwał na każdej z miliona nierówności, sprawiając, że kanciaste myśli boleśnie obijały mu się o czaszkę. Czuł się paskudnie. Przez większą część nocy doświadczenia ostatniego tygodnia uciekały z niego wszystkimi możliwymi otworami; drżał na samo wspomnienie niezliczonych wizyt w klopie.

– Zachowałem się jak gówniarz, Frank – jęknął w przypływie skruchy. – Ja ją prosiłem, żeby z nami jechała. Tak się nie robi.

– Mężczyźni tak nie robią – przyznał Frank.

– Ona to ustawiła! Zmusiła mnie. Najpierw – żebym ją podrywał, i to w taki sposób, jaki jej się podoba, a potem – żebym ją zaprosił do samochodu. To jest demon.

– To kobieta.

Ewka milczała. Słuchanie sprawiało jej przyjemność.

– Nie pamiętam, co było później w nocy – jęknął Kruczek. – Nie pamiętam, no wiesz... Czy my tego.

Frank spojrzał na tylne siedzenie, na ich dwoje.

– Nie sądzę.

– Poświęcam się, i co z tego? – zawodził Kruczek. – Nic mi po tym. Nic z tego nie mam.

– I tak niczego nie pamiętasz, więc jaka to różnica? – spytał Frank.

– Pocieszające, piękne dzięki – mruknął Kruczek, po czym wycelował przekrwionymi oczami prosto w Ewkę. – Czemu nie wybrałaś kogoś innego?

– Wyglądałeś tak żałośnie – odpowiedziała. – Ktoś musiał ci nadać kierunek.

– Nie potrzebuję żadnego pieprzonego kierunku. Jadę na północ.

– A ty, Frank? – zapytała.

– Ja tylko pożyczam samochód.

– Ale też śniła ci się musztarda.

Obydwaj popatrzyli na nią pytająco.

– Skąd wiedziałaś? – zapytał Frank.

– Każdemu, kogo pytałam, dwie noce wcześniej śniła się musztarda.

– Dziwne. Ale co z tego?

– Myślę – wyznała, choć z oporami – że musztarda śniła się całemu światu.

– Nie przesadzasz?

– Nie wiem. Może. Zaraz po tym, jak się obudziłam, poczułam, że muszę jechać na północ. Jak ten tutaj – wskazała Kruczka. – Myślę, że musztarda ma z tym jakiś związek.

– Ja nie muszę jechać na północ – zauważył Frank. – Nikt inny nie jedzie na północ, a przynajmniej nie tędy.

– Zobaczymy.

Płynęli dalej w białym oparze. Gdyby nie wyboje, Kruczek nie potrafiłby powiedzieć, czy w ogóle się poruszają. Wysączył ostatnią kroplę wody z plastikowej butelki, którą zabrał ze sobą, ale wcale nie poczuł się lepiej.

– Czy mogę poczynić uwagę? – znienacka zapytał Frank.

– Proszę bardzo – odparła Ewka.

– Kruczek, jebiesz piwem. Bez obrazy, Ewka, ale ty też.

– Tak jakbyś ty nigdy ust nie umoczył – mruknął Kruczek, opuszczając szybę.

– Nie wypiłem ani kropli – powiedział Frank – bo wożę was po jakichś pieprzonych dziurach, a jeśli już się spijam, przynajmniej śmierdzę lepszym alkoholem.

– Whisky? – strzeliła Ewka.

– Ginem.

– Ginem?

– Właśnie tak. Będą ci mówić coś innego, ale nie wierz im. Gin to najdostojniejszy z alkoholi. Pasuje do wszystkiego, wszystkiemu nadaje szlachetnej nuty. Whisky jest dla ludzi, którzy mają ze sobą jakiś problem. Oczywiście czysta. Jeśli mieszasz whisky, to jesteś pizdą.

– Pizdą? – spytał Kruczek.

– Nie inaczej.

Nie wiedzieli, co odpowiedzieć, więc milczeli. Frank uśmiechnął się, uznając, że oboje przyznali mu rację; Ewka zaczęła bezmyślnie przygryzać wargę, a Kruczek oparł czoło o zagłówek. Jechali tak dość długo przez pustkę, której we mgle nie było nawet widać.

– Co to? – zapytał Kruczek, prostując się na tylnym siedzeniu.

Ewka też coś poczuła: dziwną ulgę, której początkowo żadne z nich nie potrafiło zrozumieć.

– Frank, stój! – krzyknął Kruczek, nagle pojmując, co się stało.

Byli na miejscu. Wysłużony samochód zjechał na pobocze. Zanim Frank zdążył o cokolwiek zapytać, Kruczek i Ewka wybiegli z wozu i utonęli we mgle.

Najpierw biegli, potem truchtali, szli wolnym marszem, aż wreszcie przystanęli i rozejrzeli się z uwagą. Nadal nie byli w żadnym szczególnym miejscu: gdy mgła zaczęła opadać, odsłoniła zwyczajną łączkę.

– No i co? – zapytał Kruczek.

Znaleźli się dokładnie tam, gdzie powinni, a teraz czekali na nagrodę, podekscytowani i zupełnie trzeźwi. Mieli siłę i chęć, aby mierzyć się z nieznanym. Zostali wezwani i przybyli. Co dalej, co dalej? Czekali, ale nic się nie pojawiało.

– To chyba tyle – powiedziała Ewka. – Jesteśmy i już.

Kruczek popatrzył na nią zdumiony. Widział, że niecierpliwość, oczekiwanie i potrzeba podróży powoli odpływały z niej niczym niewyraźny sen. Czuł coś podobnego – jeszcze przed kwadransem jego cel wydawał się całkiem jasny, i choć nie potrafił go sprecyzować, to odnosił wrażenie, że przez cały czas ma go na końcu języka. Teraz cel zniknął. Została potrzeba jego osiągnięcia.

– Bez sensu – wycedził przez zbielałe usta.

– Co chcesz zrobić? – spytała Ewka.

Tak jak on spochmurniała, ale to było wszystko. Nie czuła tej samej frustracji; była po prostu rozczarowana, podczas gdy Kruczek poczuł się okłamany i opuszczony. Coś, co wskazywało mu kierunek, odeszło, a on został sam: za daleko od startu, żeby wracać, ale i bez mety w zasięgu wzroku.

Niemożliwe. Musiał coś przegapić. Z nadzieją klęknął i zacząć rozgarniać ziemię. Może i zachowywał się głupio, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Skoro czegoś nie widział, to znaczy, że mogło być zakopane.

– Niczego tutaj nie ma – powiedziała Ewka. – Nie czujesz?

– Skąd wiesz? – wycedził ze złością. – Może ściągnęło cię tu coś innego? Skąd możesz wiedzieć, co to było?

Ewka przyglądała mu się z zaciekawieniem. Wyglądał na spiętego i sfrustrowanego, i naprawdę nie zamierzał dać za wygraną.

– Każdy mógł to odczuwać inaczej – ciągnął Kruczek, czerwony ze zdenerwowania i zmęczenia. – Każdy mógł dostać inną wiadomość.

– Jeśli da się to wyjaśnić, jutro powiedzą o tym w telewizji. Daj spokój.

– I co miałbym zrobić? – zapytał, przysiadając na wilgotnej ziemi. – Wrócić do domu? Wydawało mi się, że wiem, co robię.

Niechętnie machnął ręką. Nie chciało mu się tłumaczyć, że do tej pory szedł przez życie bez większego namysłu; dał się nieść nurtowi i nie zastanawiał się, czy ma inne możliwości. Myślał, że jest taki mądry i że już wszystko sobie rozpracował. Nigdy nie miał jakiegoś szczególnego celu, bo nie sądził, że jakikolwiek istnieje. Wszystko, co robił, wydawało się sztuczne, dopóki nie został zarażony przeznaczeniem. Wtedy spojrzał na świat z innej perspektywy, zyskał cel – a teraz, kiedy stracił go z oczu, miał wrażenie, jakby w jego brzuchu pojawiła się czarna dziura, zasysająca go do wewnątrz. Było to irytujące uczucie; jakby oglądał film i w najciekawszym momencie zerwała się telewizyjna antena. Nie mógł tego tak po prostu zostawić.

– Muszę wiedzieć, jak to się kończy – wyjaśnił Ewce.

– Czyli co? Pójdziesz dalej, gdzie cię poniesie?

– Rozumiesz? – zdziwił się Kruczek.

– Niekoniecznie – odparła Ewka. – Ale szanuję.

Patrzyła mu w oczy, nad czymś się zastanawiając, i przez długi czas nie powiedziała nic więcej. Odwzajemniał spojrzenie, które znów prześwietlało go jak rentgen, ale tym razem było całkiem przyjemne.

Na chwilę odpłynął. Zapatrzył się w Ewkę, zupełnie jak ostatniego wieczora, kiedy przyciągnęła jego uwagę.

– Możesz iść ze mną – powiedziała, przygryzając wargi, niepewna, czy nie pożałuje swojej decyzji.

– Dokąd?

– Ze mną. Do mnie. Do miasta. Znajdziemy ci coś na squacie, poznasz ludzi. Może wymyślisz, co dalej. Przynajmniej nie będziesz się cofał.

Nie wiedział, co o tym myśleć. Był zły i chciał działać, ale na swój sposób pogodził się z faktem, że podróż kończy się tutaj.

– Nie jestem przygotowany – wymamrotał. – Nic nie wziąłem.

– To wracaj do domu – rzekła Ewka, krzyżując ręce na piersi. – Nie proszę cię ani nie zmuszam. Idziesz albo nie. Twój wybór.

Wycisnął przez wargi cichutkie przekleństwo, zmagając się z samym sobą, wciąż klęcząc z dłońmi w rozkopanej ziemi. Był to widok tak żałosny, że Ewka zmiękła.

– Mieszkasz razem z Frankiem, tak? – spytała. – Masz coś wartościowego w tej norze?

– Parę rzeczy.

– Frank może ci je podesłać.

Kruczek biegał oczami z lewa na prawo i z góry na dół, z trudem łapiąc galopujące myśli. Przekonywał samego siebie, że nie jest to sytuacja wymagająca zastanowienia. Swędzi, więc trzeba podrapać. Zawsze tak robił; dzięki temu w ogóle się tu znalazł. Dlaczego nagle miałby zacząć działać inaczej?

– Dobra, idę – postanowił, po czym wstał i otrzepał kolana z grudek ziemi. – Może Frank podwiezie nas tam, skąd przylazłaś.

Gdy wracali, mgła opadała; na jej skraju zobaczyli Franka czekającego przy samochodzie.

– Jeszcze jedno – powiedziała Ewka. – To nie są zaręczyny. Jeśli choćby zasugerujesz, że musztarda chciała nas tutaj wyswatać, ogłuszę cię, wsadzę do lnianego wora i zrzucę z mostu do rzeki.

– Nie ma sprawy – odparł Kruczek.

Serce waliło mu jak szalone, a dłonie zaczęły się pocić. Czuł, że zaczyna się coś wielkiego. Ruszał w drogę, której końca nie potrafił sobie wyobrazić. Nie był całkiem pewny, czy robi dobrze, ale miał dobre przeczucia. Nie wiedział, że musztarda zaraziła go niemożliwym do zrozumienia pragnieniem, które miało go pożerać od środka przez osiem kolejnych lat.