Sezon Burz - Andrzej Sapkowski - ebook + audiobook

Sezon Burz ebook i audiobook

Andrzej Sapkowski

4,6

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Oto nowy Sapkowski i nowy wiedźmin. Mistrz polskiej fantastyki znowu zaskakuje. „Sezon Burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi. 


„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze. I tak przez 404 strony porywającej lektury.


WIEDŹMIN. Sezon Burz to w wiedźmińskiej historii rzecz osobna, nie prapoczątek i nie kontynuacja. Jak pisze Autor: Opowieść trwa. Historia nie kończy się nigdy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 30 min

Lektor: superNOWA fonopolis

Popularność




Od upiorów, od potępieńców, od stworów długołapych I od istot, co nocą łomocą Zbaw nas, dobry Boże!

Modlitwa błagalna znana jako „The Cornish Litany”, datowana na ww. XIV–XV

Mówią, że postęp rozjaśnia mroki. Ale zawsze, zawsze będzie istniała ciemność. I zawsze będzie w ciemności Zło, zawsze będą w ciemności kły i pazury, mord i krew. Zawsze będą istoty, co nocą łomocą. A my, wiedźmini, jesteśmy od tego, by przyłomotać im.

Vesemir z Kaer Morhen

Ten, kto walczy z potworami, niechaj baczy, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądasz w otchłań, otchłań patrzy też w ciebie.

Friedrich Nietzsche, Jenseits von Gut und Böse

Spoglądanie w otchłań mam za zupełny idiotyzm. Na świecie jest mnóstwo rzeczy o wiele bardziej godnych tego, by w nie spoglądać.

Jaskier, Pół wieku poezji

Rozdział pierwszy

Żył tylko po to, by zabijać.

Leżał na nagrzanym słońcem piasku.

Wyczuwał drgania, przenoszone przez przyciśnięte do podłoża włosowate czułki i szczecinki. Choć drgania wciąż były odległe, Idr czuł je wyraźnie i dokładnie, na ich podstawie zdolny był określić nie tylko kierunek i tempo poruszania się ofiary, ale i jej wagę. Dla większości podobnie polujących drapieżników waga zdobyczy miała znaczenie pierwszorzędne – podkradanie się, atak i pościg oznaczały utratę energii, która musiała być zrekompensowana energetyczną wartością pożywienia. Większość podobnych Idrowi drapieżników rezygnowała z ataku, gdy zdobycz była zbyt mała. Ale nie Idr. Idr egzystował nie po to, by jeść i podtrzymywać gatunek. Nie po to go stworzono.

Żył po to, by zabijać.

Ostrożnie przesuwając odnóża wylazł z wykrotu, przepełzł przez zmurszały pień, trzema susami pokonał wiatrołom, jak duch przemknął przez polanę, zapadł w porośnięte paprocią poszycie lasu, wtopił się w gęstwinę. Poruszał się szybko i bezszelestnie, już to biegnąc, już to skacząc niby ogromny pasikonik.

Zapadł w chruśniak, przywarł do podłoża segmentowanym pancerzem brzucha. Drgania gruntu stawały się coraz wyraźniejsze. Impulsy z wibrysów i szczecinek Idra układały się w obraz. W plan. Idr wiedział już, którędy dotrzeć do ofiary, w którym miejscu przeciąć jej drogę, jak zmusić do ucieczki, jak długim skokiem spaść na nią od tyłu, na jakiej wysokości uderzyć i ciąć ostrymi jak brzytwy żuwaczkami. Drgania i impulsy budowały już w nim radość, jakiej dozna, gdy ofiara zaszamocze się pod jego ciężarem, euforię, jaką sprawi mu smak gorącej krwi. Rozkosz, jaką odczuje, gdy powietrze rozerwie wrzask bólu. Dygotał lekko, rozwierając i zwierając szczypce i nogogłaszczki.

Wibracje podłoża były bardzo wyraźne, stały się też zróżnicowane. Idr wiedział już, że ofiar było więcej, prawdopodobnie trzy, być może cztery. Dwie wstrząsały gruntem w sposób zwykły, drgania trzeciej wskazywały na małą masę i wagę. Czwarta zaś – o ile faktycznie była jakaś czwarta – powodowała wibracje nieregularne, słabe i niepewne. Idr znieruchomiał, wyprężył i wystawił anteny nad trawy, badał ruchy powietrza.

Drgania gruntu zasygnalizowały wreszcie to, na co Idr czekał. Ofiary rozdzieliły się. Jedna, ta najmniejsza, została z tyłu. A ta czwarta, ta niewyraźna, znikła. Był to fałszywy sygnał, kłamliwe echo. Idr zlekceważył je.

Mała zdobycz jeszcze bardziej oddaliła się od pozostałych. Grunt zadygotał silniej. I bliżej. Idr wyprężył tylne odnóża, odbił się i skoczył.

Dziewczynka krzyknęła przeraźliwie. Miast uciekać, zamarła w miejscu. I krzyczała bez przerwy.

Wiedźmin rzucił się w jej stronę, w skoku dobywając miecza. I natychmiast zorientował się, że coś jest nie tak. Że został wyprowadzony w pole.

Ciągnący wózek z chrustem mężczyzna wrzasnął i na oczach Geralta wyleciał na sążeń w górę, a krew trysnęła z niego szeroko i rozbryzgliwie. Spadł, by natychmiast wylecieć ponownie, tym razem w dwóch buchających krwią kawałkach. Już nie krzyczał. Teraz przeszywająco krzyczała kobieta, podobnie jak jej córka zamarła i sparaliżowana strachem.

Choć nie wierzył, że mu się uda, wiedźmin zdołał ją ocalić. Doskoczył i pchnął z mocą, odrzucając obryzganą krwią kobietę z dróżki w las, w paprocie. I z miejsca pojął, że i tym razem to był podstęp. Fortel. Szary, płaski, wielonożny i niewiarygodnie szybki kształt oddalał się już bowiem od wózka i pierwszej ofiary. Sunął w kierunku drugiej. Ku wciąż piszczącej dziewczynce. Geralt rzucił się za nim.

Gdyby nadal tkwiła w miejscu, nie zdążyłby na czas. Dziewczynka wykazała jednak przytomność umysłu i rzuciła się do dzikiej ucieczki. Szary potwór dopędziłby ją jednak szybko i bez wysiłku – dopędziłby, zabił i zawrócił, by zamordować również kobietę. I tak by się stało, gdyby nie było tam wiedźmina.

Dogonił potwora, skoczył, przygniatając obcasem jedno z tylnych odnóży. Gdyby nie natychmiastowy odskok, straciłby nogę – szary stwór wykręcił się z niesamowitą zwinnością, a jego sierpowate szczypce kłapnęły, chybiając o włos. Nim wiedźmin odzyskał równowagę, potwór odbił się od ziemi i zaatakował. Geralt obronił się odruchowym, szerokim i dość chaotycznym ciosem miecza, odtrącił potwora. Obrażeń mu nie zadał, ale odzyskał inicjatywę.

Zerwał się, dopadł, tnąc od ucha, rozwalając pancerz na płaskim głowotułowiu. Nim oszołomiony stwór się opamiętał, drugim ciosem odsiekł mu lewą żuwaczkę. Potwór rzucił się na niego, machając łapami, usiłując pozostałą żuwaczką ubóść go jak tur. Wiedźmin odrąbał mu i tę drugą. Szybkim odwrotnym cięciem odchlastał jedną z nogogłaszczek. I ponownie rąbnął w głowotułów.

Do Idra dotarło wreszcie, że jest w niebezpieczeństwie. Że musi uciekać. Musiał uciekać, uciekać daleko, zaszyć się gdzieś, zapaść w ukrycie. Żył tylko po to, by zabijać. Żeby zabijać, musiał się zregenerować. Musiał uciekać… Uciekać…

Wiedźmin nie dał mu uciec. Dognał, przydeptał tylny segment tułowia, ciął z góry, z rozmachem. Tym razem pancerz głowotułowia ustąpił, z pęknięcia trysnęła i polała się gęsta zielonawa posoka. Potwór szamotał się, jego odnóża dziko młóciły ziemię.

Geralt ciął mieczem, tym razem całkiem oddzielając płaski łeb od reszty.

Oddychał ciężko.

Z oddali zagrzmiało. Zrywający się wicher i szybko czerniejące niebo zwiastowały naciągającą burzę.

Albert Smulka, nowo mianowany żupan gminny, już przy pierwszym spotkaniu skojarzył się Geraltowi z bulwą brukwi – był okrągławy, niedomyty, gruboskórny i ogólnie raczej nieciekawy. Innymi słowy, niezbyt różnił się od innych urzędników stopnia gminnego, z jakimi przychodziło mu się kontaktować.

– Wychodzi, że prawda – powiedział żupan. – Że na kłopoty nie masz jak wiedźmin.

– Jonas, mój poprzednik – podjął po chwili, nie doczekawszy się ze strony Geralta żadnej reakcji – nachwalić się ciebie nie mógł. Pomyśleć, żem go miał za łgarza. Znaczy, żem mu nie całkiem wiarę dawał. Wiem, jak to rzeczy w bajki obrastać potrafią. Zwłaszcza u ludu ciemnego, u tego co i rusz albo cud, albo dziw, albo inny jakiś wiedźmin o mocach nadludzkich. A tu masz, pokazuje się, prawda szczera. Tam, w boru, za rzeczułką, ludzi poginęło, że nie zliczyć. A że tamtędy do miasteczka droga krótsza, tedy i chodzili, durnie… Na zgubę własną. Nie zważając na przestrogi. Ninie taki czas, że lepiej nie szwendać się po pustkowiach, nie łazić po lasach. Wszędzie potwory, wszędzie ludojady. W Temerii, na Tukajskim Pogórzu, dopiero co straszna rzecz się wydarzyła, piętnaścioro ludzi ubił w węglarskiej osadzie jakiś upiór leśny. Rogowizna zwała się ta osada. Słyszałeś pewnie. Nie? Ale prawdę mówię, żebym tak skonał. Nawet czarnoksiężnicy pono śledztwo w owej Rogowiźnie czynili. No, ale co tam bajać. My ninie tu w Ansegis bezpieczni. Dzięki tobie.

Wyjął z komody szkatułę. Rozłożył na stole arkusz papieru, umoczył pióro w kałamarzu.

– Obiecałeś, że straszydło zabijesz – powiedział, nie unosząc głowy. – Wychodzi, klimkiem nie rzucałeś. Słownyś, jak na włóczęgę… A i tamtym ludziom życie uratowałeś. Babie i dziewusze. Podziękowały choć? Padły do nóg?

Nie padły, zacisnął szczęki wiedźmin. Bo jeszcze nie całkiem oprzytomniały. A ja stąd odjadę, zanim oprzytomnieją. Zanim pojmą, że wykorzystałem je jako przynętę, w zarozumiałym zadufaniu przekonany, że zdołam obronić całą trójkę. Odjadę, zanim do dziewczynki dotrze, zanim zrozumie, że to z mojej winy jest półsierotą.

Czuł się źle. Zapewne był to skutek zażytych przed walką eliksirów. Zapewne.

– Tamto monstrum – żupan posypał papier piaskiem, po czym strząsnął piasek na podłogę – prawdziwa ohyda. Przyjrzałem się padlinie, gdy przynieśli… Co to takiego było?

Geralt nie miał w tym względzie pewności, ale nie zamierzał się z tym zdradzać.

– Arachnomorf.

Albert Smulka poruszył wargami, nadaremnie usiłując powtórzyć.

– Tfu, jak zwał, tak zwał, pies z nim tańcował. To tym mieczem go zasiekłeś? Tą klingą? Można obejrzeć?

– Nie można.

– Ha, bo zaczarowany brzeszczot pewnie. I musi drogi… Łakomy kąsek… No, ale my tu gadu-gadu, a czas bieży. Umowa wykonana, pora na zapłatę. A wprzód formalności. Pokwituj na fakturze. Znaczy, postaw krzyżyk albo inny znak.

Wiedźmin ujął podany mu rachunek, obrócił się ku światłu.

– Patrzajcie go – pokręcił głową żupan, wykrzywiając się. – Niby co, czytać umie?

Geralt położył papier na stole, popchnął w stronę urzędnika.

– Mały błąd – rzekł spokojnie i cicho – wkradł się do dokumentu. Umawialiśmy się na pięćdziesiąt koron. Faktura wystawiona jest na osiemdziesiąt.

Albert Smulka złożył dłonie, oparł na nich podbródek.

– To nie błąd – też zniżył głos. – To raczej dowód uznania. Zabiłeś straszne straszydło, niełatwa to pewnikiem była robota… Kwota nikogo tedy nie zdziwi…

– Nie rozumiem.

– Akurat. Nie udawaj niewiniątka. Chcesz mi wmówić, że Jonas, gdy tu rządził, nie wystawiał ci takich faktur? Głowę daję, że…

– Że co? – przerwał Geralt. – Że zawyżał rachunki? A różnicą, o którą uszczuplał królewski skarbiec, dzielił się ze mną po połowie?

– Po połowie? – Żupan skrzywił usta. – Bez przesady, wiedźminie, bez przesady. Myślałby kto, żeś taki ważny. Z różnicy dostaniesz jedną trzecią. Dziesięć koron. Dla ciebie to i tak duża premia. A mnie więcej się należy, choćby z racji funkcji. Urzędnicy państwowi winni być majętni. Im urzędnik państwowy majętniejszy, tym prestiż państwa wyższy. Co ty możesz zresztą o tym wiedzieć. Nuży mnie już ta rozmowa. Podpiszesz fakturę czy nie?

Deszcz dudnił o dach, na zewnątrz lało jak z cebra. Ale nie grzmiało już, burza oddalała się.

Interludium

Dwa dni później

– Bardzo prosimy, szanowna – skinął władczo Belohun, król Kerack. – Bardzo prosimy. Służba! Krzesło!

Sklepienie komnaty zdobił plafon, fresk przedstawiający żaglowiec wśród fal, trytonów, hippokampów i stworzeń przypominających homary. Fresk na jednej ze ścian był zaś mapą świata. Mapą, jak dawno już stwierdziła Koral, absolutnie fantastyczną, z faktycznym usytuowaniem lądów i mórz niewiele wspólnego mającą. Ale ładną i gustowną.

Dwóch paziów przytaszczyło i ustawiło ciężkie rzeźbione karło. Czarodziejka usiadła, kładąc ręce na oparciach tak, by jej wysadzane rubinami bransolety były dobrze widoczne i nie uszły uwagi. Na ufryzowanych włosach miała jeszcze rubinowy diademik, a na głębokim dekolcie rubinową kolię. Wszystko specjalnie na królewską audiencję. Chciała zrobić wrażenie. I robiła. Król Belohun wytrzeszczał oczy, nie wiada, na rubiny czy na dekolt.

Belohun, syn Osmyka, był, można powiedzieć, królem w pierwszym pokoleniu. Jego ojciec zbił znaczny dość majątek na morskim handlu, a zdaje się też i po trosze na morskim rozbójnictwie. Wykończywszy konkurencję i zmonopolizowawszy żeglugę kabotażową rejonu, Osmyk mianował się królem. Akt samozwańczej koronacji w zasadzie formalizował tylko status quo, toteż nie wzbudził większych zastrzeżeń ani nie wywołał protestów. W drodze wcześniejszych prywatnych wojen i wojenek Osmyk uładził zatargi graniczne i kompetencyjne z sąsiadami, Verden i Cidaris. Wiadomym stało się, gdzie Kerack się zaczyna, gdzie kończy i kto tam włada. A skoro włada, to jest królem – i przysługuje mu taki tytuł. Naturalnym porządkiem rzeczy tytuł i władza przechodzi z ojca na syna, nikogo więc nie zdziwiło, że po śmierci Osmyka na tronie zasiadł jego syn, Belohun. Synów Osmyk miał co prawda więcej, jeszcze czterech bodaj, ale wszyscy zrzekli się praw do korony, jeden nawet podobno dobrowolnie. Tym sposobem Belohun panował w Kerack już od lat z górą dwudziestu, zgodnie z rodzinną tradycją ciągnąc zyski z przemysłu stoczniowego, transportu, rybołówstwa i piractwa.

Teraz zaś, na tronie, na podwyższeniu, w sobolowym kołpaku, z berłem w ręku, król Belohun udzielał audiencji. Majestatyczny niczym żuk gnojarz na krowiej kupie.

– Szanowna i miła nam pani Lytta Neyd – powitał. – Nasza ulubiona czarodziejka Lytta Neyd. Raczyła znowu odwiedzić Kerack. I pewnie znowu na dłużej?

– Służy mi morskie powietrze. – Koral prowokacyjnie założyła nogę na nogę, demonstrując trzewiczek na modnym korku. – Za łaskawym pozwoleniem waszej królewskiej mości.

Król powiódł wzrokiem po zasiadających obok synach. Obaj rośli jak żerdzie, w niczym nie przypominali ojca, kościstego, żylastego, ale niezbyt imponującego wzrostem. Sami też nie wyglądali na braci. Starszy, Egmund, czarny jak kruk, Xander, niewiele młodszy, albinotyczny niemal blondyn. Obaj patrzyli na Lyttę bez sympatii. W sposób oczywisty drażnił ich przywilej, na mocy którego czarodzieje w przytomności królów siadali, a audiencji udzielano im na krzesłach. Przywilej miał jednak zasięg powszechny i nie mógł go lekceważyć nikt chcący uchodzić za cywilizowanego. Synowie Belohuna bardzo chcieli za takich uchodzić.

– Łaskawego pozwolenia – przemówił wolno Belohun – udzielimy. Z pewnym zastrzeżeniem.

Koral uniosła dłoń i ostentacyjnie przyjrzała się paznokciom. Miało to zasygnalizować, że zastrzeżenia Belohuna ma gdzieś. Król nie odczytał sygnału. A jeśli odczytał, to umiejętnie to ukrył.

– Doszło uszu naszych – sapnął gniewnie – że babom, co dzieci mieć nie chcą, szanowna pani Neyd magiczne konkokcje udostępnia. A tym, co już brzemienne, spędzać płody pomaga. A my tu, w Kerack, proceder taki za niemoralny uważamy.

– To, do czego kobieta ma naturalne prawo – odrzekła sucho Koral – niemoralnym być nie może ipso facto.

– Kobieta – król wyprężył na tronie chudą postać – ma prawo oczekiwać od mężczyzny tylko dwóch podarków: na lato ciąża, a na zimę łapcie z cienkiego łyka. Tak pierwszy, jak i drugi podarek ma za zadanie zakotwiczyć kobietę w domu. Dom jest bowiem miejscem dla kobiety odpowiednim, przez naturę jej przypisanym. Kobieta z wielkim brzuchem i uczepionym jej kiecki potomstwem od domu się nie oddali i nie przyjdą jej do głowy żadne głupie pomysły, a to gwarantuje pokój ducha mężczyźnie. Spokojny duchem mężczyzna może ciężko pracować gwoli pomnażania bogactwa i dobrobytu swego władcy. Pracującemu w pocie czoła i bez wytchnienia, spokojnemu o swe stadło mężczyźnie też nie przyjdą do głowy żadne głupie pomysły. A gdy kobiecie ktoś wmówi, że może rodzić, gdy chce, a gdy nie chce, to nie musi, gdy na domiar ktoś podpowie jej sposób i podsunie środek, wtedy, szanowna, wtedy porządek społeczny zaczyna się chwiać.

– Tak jest – wtrącił książę Xander, już od dawna wypatrujący okazji, by się wtrącić. – Tak właśnie!

– Kobieta niechętna macierzyństwu – ciągnął Belohun – kobieta, której nie uwięzi w domostwie brzuch, kołyska i bachory, wnet ulegnie chuci, rzecz to wszak oczywista i nieuchronna. Wówczas zaś mężczyzna utraci wewnętrzny spokój i równowagę ducha, w jego dotychczasowej harmonii zazgrzyta coś nagle i zaśmierdzi, ba, okaże się, że nijakiej harmonii nie ma ani ładu żadnego. Zwłaszcza tego ładu, który uzasadnia codzienną harówkę. Oraz to, że efekty tej harówki zagarniam ja. A od takich myśli tylko krok do niepokojów. Do sedycji, buntu, rewolty. Pojęłaś, Neyd? Kto daje babom środki zapobiegające ciąży lub umożliwiające jej przerwanie, ten niszczy porządek społeczny, podżega do zamieszek i buntów.

– Tak jest – wtrącił Xander. – Racja!

Lytta za nic sobie miała pozory autorytetu i władczości Belohuna, doskonale wiedziała, że jako czarodziejka jest nietykalna, a jedyne, co król może, to gadać. Powstrzymała się jednak od dobitnego uświadomienia mu, że w jego królestwie zgrzyta i śmierdzi już od dawna, że ładu w nim tyle, co kot napłakał, a jedyna harmonia, jaką znają mieszkańcy, to instrument muzyczny, rodzaj akordeonu. I że mieszanie do tego kobiet, macierzyństwa czy też niechęci do niego dowodzi nie tylko mizoginii, ale i kretynizmu.

– W twoim długim wywodzie – rzekła zamiast tego – uparcie powracał wątek pomnażania bogactwa i dobrobytu. Rozumiem cię doskonale, jako że mój własny dobrobyt jest mi również nad wyraz luby. I za nic w świecie nie zrezygnuję z niczego, co dobrobyt mi zapewnia. Uważam, że kobieta ma prawo rodzić, gdy chce, a nie rodzić, gdy nie chce, ale nie podejmę w tym względzie dysputy, każdy w końcu ma prawo do jakichś tam poglądów. Zwrócę tylko uwagę, że za udzielaną kobietom pomoc medyczną pobieram opłaty. To dość istotne źródło moich dochodów. Mamy gospodarkę wolnorynkową, królu. Nie wtrącaj się, bardzo proszę, do źródeł moich dochodów. Bo moje dochody, jak dobrze wiesz, to również dochody Kapituły i całej konfraterni. A konfraternia wybitnie źle reaguje na próby uszczuplania jej dochodów.

– Czy ty próbujesz mi grozić, Neyd?

– Skądże znowu. Mało tego, deklaruję daleko idącą pomoc i współpracę. Wiedz, Belohun, że jeśli skutkiem uprawianego przez ciebie wyzysku i grabieży dojdzie w Kerack do niepokojów, jeśli zapłonie tu, górnolotnie mówiąc, żagiew buntu, jeśli nadciągnie zrewoltowany motłoch, by cię wywlec stąd za łeb, zdetronizować, a zaraz po tym powiesić na suchej gałęzi… Wtedy możesz liczyć na moją konfraternię. Na czarodziejów. Przyjdziemy z pomocą. Nie dopuścimy do rewolt i anarchii, bo i nam nie są one na rękę. Wyzyskuj więc i pomnażaj bogactwo. Pomnażaj spokojnie. I nie przeszkadzaj pomnażać innym. Bardzo proszę i dobrze radzę.

– Radzisz? – zaperzył się, unosząc się z krzesła, Xander. – Ty radzisz? Ojcu? Ojciec jest królem! Królowie nie słuchają rad, królowie rozkazują!

– Siadaj, synu – skrzywił się Belohun – i bądź cicho. Ty zaś, czarownico, nadstaw no uszu. Mam ci coś rzec.

– No?

– Biorę sobie nową żonkę… Siedemnaście lat… Wisienka, powiadam ci. Wisienka na kremie.

– Winszuję.

– Robię to ze względów dynastycznych. Z troski o sukcesję i ład w państwie.

Milczący dotąd jak głaz Egmund poderwał głowę.

– Sukcesję? – warknął, a zły błysk w jego oczach nie uszedł uwagi Lytty. – Jaką sukcesję? Masz sześciu synów i osiem córek, wliczając bękartów! Mało ci?

– Sama widzisz – machnął kościstą ręką Belohun. – Sama widzisz, Neyd. Muszę zadbać o sukcesję. Miałbym zostawić królestwo i koronę komuś, kto w taki sposób zwraca się do rodzica? Szczęściem jeszcze żyję i rządzę. I rządzić zamierzam długo. Jak rzekłem, żenię się…

– No i?

– Gdyby… – Król podrapał się za uchem, spojrzał na Lyttę spod zmrużonych powiek. – Gdyby ona… Moja nowa żonka, znaczy… Zwróciła się do ciebie o te środki… Zabraniam jej dawać. Bo jestem przeciwny takim środkom! Bo są niemoralne!

– Możemy się tak umówić – uśmiechnęła się uroczo Koral. – Twojej wisience, gdyby się zwróciła, nie udostępnię. Przyrzekam.

– To rozumiem – wypogodził się Belohun. – Proszę, jak pysznie się dogadujemy. Grunt to wzajemne zrozumienie i obustronny szacunek. Nawet różnić trzeba się ładnie.

– Tak jest – wtrącił się Xander. Egmund żachnął się, zaklął pod nosem.

– W ramach szacunku i zrozumienia – Koral nakręciła rudy pukiel na palec, spojrzała w górę, na plafon – jak też w trosce o harmonię i ład w twoim państwie… Mam pewną informację. Poufną informację. Brzydzę się donosicielstwem, ale oszustwem i złodziejstwem jeszcze bardziej. A chodzi, mój królu, o bezczelne finansowe malwersacje. Są tacy, którzy próbują cię okradać.

Belohun pochylił się na tronie, a twarz skrzywiła mu się wilczo.

– Kto? Nazwiska!

Kerack, miasto w północnym królestwie Cidaris, przy ujściu rzeki Adalatte. Niegdyś stolica oddzielnego królestwa K., które skutkiem rządów nieudolnych i wygaśnięcia linii panującej podupadło, znaczenie straciło i przez sąsiadów podzielone i wcielone zostało. Ma port, fabryk kilka, latarnię morską i z gruba 2,000 mieszkańców.

Effenberg i Talbot,

Encyclopaedia Maxima Mundi, tom VIII

Rozdział drugi

Zatoka jeżyła się masztami i pełna była żagli, białych i różnokolorowych. Większe statki stały na osłoniętej przylądkiem i falochronem redzie. W samym porcie, przy drewnianych molach, cumowały jednostki mniejsze i te zupełnie malutkie. Na plażach każde niemal wolne miejsce zajmowały łodzie. Lub resztki łodzi.

Na krańcu przylądka, smagana białymi falami przyboju, wznosiła się latarnia morska z białej i czerwonej cegły, odnowiony relikt z czasów elfich.

Wiedźmin szturchnął ostrogą bok klaczy. Płotka uniosła łeb, rozdęła nozdrza, jakby i ona cieszyła się zapachem morza, niesionym przez wiatr. Ponaglona, ruszyła przez wydmy. Ku bliskiemu już miastu.

Miasto Kerack, główna metropolia identycznie nazwanego królestwa, położone na dwóch brzegach przyujściowego odcinka rzeki Adalatte, podzielone było na trzy wyodrębnione, wyraźnie różniące się strefy.

Na lewym brzegu Adalatte lokował się kompleks portu, doki i ośrodek przemysłowo-handlowy, obejmujący stocznię i warsztaty, jak też przetwórnie, magazyny i składy, targi i bazary.

Przeciwległy brzeg rzeki, teren zwany Palmyrą, zapełniały budy i chaty biedoty i ludu pracującego, domy i kramy drobnych handlarzy, rzeźnie, jatki oraz liczne ożywające raczej dopiero po zmroku lokale i przybytki, Palmyra była bowiem również dzielnicą rozrywek i zakazanych przyjemności. Dość łatwo też, jak wiedział Geralt, można tu było stracić sakiewkę lub dostać nożem pod żebro.

Dalej od morza, na lewym brzegu, za wysoką palisadą z grubych bali sytuowało się właściwe Kerack, kwartał wąskich uliczek pomiędzy domami bogatych kupców i finansjery, faktoriami, bankami, lombardami, zakładami szewskimi i krawieckimi, sklepami i sklepikami. Mieściły się tu też oberże i lokale rozrywkowe wyższej kategorii, w tym przybytki oferujące co prawda dokładnie to samo, co w portowej Palmyrze, ale za to po znacznie wyższych cenach. Centrum kwartału stanowił czworokątny rynek, siedziba miejskiego ratusza, teatru, sądu, urzędu celnego i domów miejskiej elity. Pośrodku ratusza stał na cokole okropnie obsrany przez mewy pomnik założyciela grodu, króla Osmyka. Była to jawna lipa, nadmorski gród istniał na długo przed tym, nim Osmyk przywędrował tu diabli wiedzą skąd.

Powyżej, na wzgórzu, stał zamek i pałac królewski, w formie i kształcie dość nietypowy, była to bowiem dawna świątynia, przebudowana i rozbudowana po tym, jak porzucili ją kapłani, rozgoryczeni kompletnym brakiem zainteresowania ze strony ludności. Po świątyni ostała się nawet kampanila, czyli dzwonnica z wielkim dzwonem, w który aktualnie panujący w Kerack król Belohun kazał bić codziennie w południe i – ewidentnie na złość poddanym – o północy.

Dzwon odezwał się, gdy wiedźmin wjechał pomiędzy pierwsze chałupy Palmyry.

Palmyra śmierdziała rybą, praniem i garkuchnią, tłok na uliczkach był potworny, przejazd kosztował wiedźmina mnóstwo czasu i cierpliwości. Odetchnął, gdy wreszcie dotarł do mostu i przejechał na lewy brzeg Adalatte. Woda cuchnęła i niosła czapy zbitej piany, efekt pracy położonej w górze rzeki garbarni. Stąd niedaleko już było do drogi, wiodącej ku otoczonemu palisadą miastu.

Zostawił konia w stajniach przed miastem, płacąc za dwa dni z góry i zostawiając stajennemu bakszysz, by zagwarantować Płotce właściwą opiekę. Skierował kroki ku strażnicy. Do Kerack można było się dostać tylko przez strażnicę, po poddaniu się kontroli i towarzyszącym jej mało przyjemnym procedurom. Wiedźmina konieczność ta złościła nieco, ale rozumiał jej cel – mieszkańców grodu za palisadą niezbyt radowała myśl o wizytach gości z portowej Palmyry, zwłaszcza w postaci schodzących tam na ląd marynarzy z obcych stron.

Wszedł do strażnicy, drewnianej budowli o zrębowej konstrukcji, mieszczącej, jak wiedział, kordegardę. Myślał, że wie, co go czeka. Mylił się.

Odwiedził w życiu liczne kordegardy. Małe, średnie i duże, w zakątkach świata bliskich i całkiem dalekich, w regionach cywilizowanych bardziej, mniej lub wcale. Wszystkie kordegardy świata śmierdziały stęchlizną, potem, skórą i uryną, jak również żelaziwem i smarami do jego konserwacji. W kordegardzie w Kerack było podobnie. A raczej byłoby, gdyby klasycznych kordegardzianych woni nie tłumił ciężki, duszący, sięgający sufitu odór bździn. W jadłospisie załogi tutejszej kordegardy, nie mogło być wątpliwości, dominowały grubonasienne rośliny strączkowe, jak groch, bób i kolorowa fasola.

Załoga zaś była całkowicie damska. Składała się z sześciu kobiet. Siedzących za stołem i pochłoniętych południowym posiłkiem. Wszystkie panie żarłocznie siorbały z glinianych misek coś, co pływało w rzadkim paprykowym sosie.

Najwyższa ze strażniczek, widać komendantka, odepchnęła od siebie miskę, wstała. Geralt, który zawsze uważał, że brzydkich kobiet nie ma, nagle poczuł się zmuszony do rewizji tego poglądu.

– Broń na ławę!

Jak wszystkie obecne, strażniczka była ostrzyżona na zero. Włosy zdążyły już trochę odrosnąć, tworząc na łysej głowie nieporządną szczecinę. Spod rozpiętej kamizeli i rozchełstanej koszuli wyglądały mięśnie brzucha, przywodzące na myśl wielki zesznurowany baleron. Bicepsy strażniczki, by pozostać przy masarskich skojarzeniach, miały rozmiary wieprzowych szynek.

– Broń na ławę kładź! – powtórzyła. – Głuchyś?

Jedna z jej podkomendnych, nadal schylona nad miską, uniosła się nieco i pierdnęła, donośnie i przeciągle. Jej towarzyszki zarechotały. Geralt powachlował się rękawicą. Strażniczka patrzyła na jego miecze.

– Hej, dziewczyny! Chodźcie no!

„Dziewczyny” wstały, dość niechętnie, przeciągając się. Wszystkie, jak zauważył Geralt, nosiły się w stylu raczej swobodnym i przewiewnym, a głównie umożliwiającym chełpienie się muskulaturą. Jedna miała na sobie krótkie skórzane spodnie, z nogawkami rozprutymi na szwach, by pomieściły uda. A za strój od talii w górę służyły jej głównie krzyżujące się pasy.

– Wiedźmin – stwierdziła. – Dwa miecze. Stalowy i srebrny.

Druga, jak wszystkie wysoka i szeroka w barach, zbliżyła się, bezceremonialnym ruchem rozchyliła koszulę Geralta, złapała za srebrny łańcuszek, wyciągnęła medalion.

– Znak ma – potwierdziła. – Wilk na znaku, z zębcami wyszczerzonymi. Wychodzi, po prawdzie, wiedźmin. Przepuścimy?

– Regulamin nie zakazuje. Miecze zdał…

– Właśnie – Geralt spokojnym głosem włączył się do konwersacji. – Zdałem. Oba będą, jak sądzę, w strzeżonym depozycie? Do odbioru za pokwitowaniem? Które zaraz otrzymam?

Strażniczki, szczerząc zęby, otoczyły go. Jedna szturchnęła, niby niechcący. Druga pierdnęła gromko.

– Tym se pokwituj – parsknęła.

– Wiedźmin! Najemny potworów pogromca! A miecze oddał! Od razu! Pokorny jak gówniarz!

– Kuśkę pewnie też by zdał, gdyby kazać.

– Tedy każmy mu! Co, dziewuchy? Niechaj wyjmie z rozporka!

– Podziwujemy się, jakie to u wiedźminów kuśki!

– Będzie tego – warknęła komendantka. – Rozigrały się, pindy. Gonschorek, sam tu! Gonschorek!

Z pomieszczenia obok wyłonił się łysawy i niemłody jegomość w burej opończy i wełnianym berecie. Od razu po wejściu rozkasłał się, zdjął beret i zaczął się nim wachlować. Bez słowa wziął owinięte pasami miecze, dał Geraltowi znak, by szedł za nim. Wiedźmin nie zwlekał. W wypełniającej kordegardę mieszaninie gazów gazy jelitowe zaczynały już zdecydowanie przeważać.

Pomieszczenie, do którego weszli, dzieliła solidna żelazna krata. Jegomość w opończy zachrobotał w zamku wielkim kluczem. Powiesił miecze na wieszaku obok innych mieczy, szabel, kordów i kordelasów. Otworzył obszarpany rejestr, bazgrał w nim powoli i długo, kaszląc bezustannie, z trudem łapiąc oddech. Na koniec wręczył Geraltowi wypisany kwit.

– Mam rozumieć, że moje miecze są tu bezpieczne? Pod kluczem i strażą?

Bury jegomość, dysząc ciężko i sapiąc, zamknął kratę, pokazał mu klucz. Geralta to nie przekonało. Każdą kratę można było sforsować, a dźwiękowe efekty flatulencji pań ze straży zdolne były zagłuszyć próby włamania. Nie było jednak wyjścia. Należało załatwić w Kerack to, po co tu przybył. I opuścić gród co rychlej.

Oberża czy też – jak głosił szyld – austeria „Natura Rerum” mieściła się w niezbyt wielkim, acz gustownym budynku z cedrowego drewna, krytym stromym dachem z wysoko sterczącym kominem. Front budynku zdobił ganek, do którego wiodły schody, obstawione rozłożystymi aloesami w drewnianych donicach. Z lokalu dolatywały kuchenne zapachy, głównie przypiekanych na rusztach miąs. Zapachy były tak nęcące, że wiedźminowi z miejsca zdała się „Natura Rerum” Edenem, ogrodem rozkoszy, wyspą szczęśliwości, mlekiem i miodem płynącym ustroniem błogosławionych.

Rychło okazało się, iż Eden ów – jak każdy Eden – był strzeżony. Miał swego cerbera, strażnika z ognistym mieczem. Geralt miał okazję zobaczyć go w akcji. Cerber, chłop niski, ale potężnie zbudowany, na jego oczach odpędził od ogrodu rozkoszy chudego młodziana. Młodzian protestował – pokrzykiwał i gestykulował, co najwyraźniej cerbera denerwowało.

– Masz zakaz wstępu, Muus. I dobrze o tym wiesz. Tedy odstąp. Nie będę powtarzał.

Młodzian cofnął się od schodów na tyle szybko, by uniknąć popchnięcia. Był, jak zauważył Geralt, przedwcześnie wyłysiały, rzadkie i długie blond włosy zaczynały mu się dopiero w okolicach ciemienia, co ogólnie sprawiało wrażenie raczej paskudne.

– Chędożę was i wasz zakaz! – wrzasnął młodzian z bezpiecznej odległości. – Łaski nie robicie! Nie jesteście jedyni, pójdę do konkurencji! Ważniacy! Parweniusze! Szyld pozłacany, ale wciąż łajno na cholewkach! I tyle dla mnie znaczycie, co to łajno właśnie! A gówno zawsze będzie gównem!

Geralt zaniepokoił się lekko. Wyłysiały młodzian, choć paskudny z aparycji, nosił się całkiem z pańska, może nie za bogato, ale w każdym razie elegantszo od niego samego. Jeśli więc to elegancja była kryterium przesądzającym…

– A ty dokąd, że zapytam? – chłodny głos cerbera przerwał tok jego myśli. I potwierdził obawy.

– To ekskluzywny lokal – podjął cerber, blokując sobą schody. – Rozumiesz znaczenie słowa? To tak jakby wyłączony. Dla niektórych.

– Dlaczego dla mnie?

– Nie suknia zdobi człowieka – stojący dwa stopnie wyżej cerber mógł spojrzeć na wiedźmina z góry. – Jesteś, cudzoziemcze, chodzącą tej mądrości ludowej ilustracją. Twoja suknia nie zdobi cię ani trochę. Być może inne jakieś ukryte przymioty cię zdobią, wnikał nie będę. Powtarzam, to jest lokal ekskluzywny. Nie tolerujemy tu ludzi odzianych jak bandyci. Ani uzbrojonych.

– Nie jestem uzbrojony.

– Ale wyglądasz, jakbyś był. Łaskawie skieruj więc kroki dokądś indziej.

– Powstrzymaj się, Tarp.

W drzwiach lokalu pojawił się śniady mężczyzna w aksamitnym kaftanie. Brwi miał krzaczaste, wzrok przenikliwy, a nos orli. I niemały.

– Najwyraźniej – pouczył cerbera orli nos – nie wiesz, z kim masz do czynienia. Nie wiesz, kto do nas zawitał.

Przedłużające się milczenie cerbera świadczyło, że faktycznie nie wie.

– Geralt z Rivii. Wiedźmin. Znany z tego, że chroni ludzi i ratuje im życie. Jak przed tygodniem, tu, w naszej okolicy, w Ansegis, gdzie ocalił matkę z dzieckiem. A kilka miesięcy wcześniej, w Cizmar, o czym głośno było, zabił ludożerczą leukrotę, sam przy tym odnosząc rany. Jakże mógłbym wzbraniać wstępu do mego lokalu komuś, kto tak zacnym trudni się procederem? Przeciwnie, rad jestem takiemu gościowi. I za honor mam, że zechciał mnie odwiedzić. Panie Geralcie, austeria „Natura Rerum” wita was w swoich progach. Jestem Febus Ravenga, właściciel tego skromnego przybytku.

Stół, za którym usadził go maître, nakryty były obrusem. Wszystkie stoły w „Natura Rerum” – w większości zajęte – nakryte były obrusami. Geralt nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział obrusy w oberży.

Choć ciekaw, nie rozglądał się, nie chcąc wypaść jak prowincjusz i prostak. Powściągliwa obserwacja ujawniła jednak wystrój skromny, acz gustowny i wykwintny. Wykwintną – choć nie zawsze gustownie – była też klientela, w większości, jak ocenił, kupcy i rzemieślnicy. Byli kapitanowie statków, ogorzali i brodaci. Nie brakowało pstro odzianych panów szlachty. Pachniało też mile i wykwintnie: pieczonym mięsiwem, czosnkiem, kminkiem i dużymi pieniędzmi.

Poczuł na sobie wzrok. Gdy był obserwowany, jego wiedźmińskie zmysły sygnalizowały to natychmiast. Spojrzał, kątem oka i dyskretnie.

Obserwującą – też bardzo dyskretnie, dla zwykłego śmiertelnika nie do zauważenia – była młoda kobieta o lisio rudych włosach. Udawała całkowicie pochłoniętą daniem – czymś smakowicie wyglądającym i nawet z oddali kusząco woniejącym. Styl i mowa ciała nie pozostawiały wątpliwości. Nie dla wiedźmina. Szedł o zakład, że była czarodziejką.

Maître chrząknięciem wyrwał go z rozmyślań i nagłej nostalgii.

– Dziś – oznajmił uroczyście i nie bez dumy – proponujemy gicz cielęcą duszoną w warzywach, z grzybami i fasolką. Comber jagnięcy pieczony z bakłażanami. Boczek wieprzowy w piwie podany z glazurowanymi śliwkami. Łopatkę dzika pieczoną, podaną z jabłkami w powidłach. Piersi kacze z patelni, podane z czerwoną kapustą i żurawiną. Kalmary nadziewane cykorią, z białym sosem i winogronami. Żabnicę z rusztu w sosie śmietanowym, podaną z duszonymi gruszkami. Oraz jak zwykle nasze specjalności: udko gęsie w białym winie, z wyborem owoców pieczonych na blasze, i turbota w karmelizowanym atramencie mątwy, podanego z szyjkami raków.

– Jeśli gustujesz w rybach – przy stole nie wiedzieć kiedy i jak pojawił się Febus Ravenga – to gorąco polecam turbota. Z porannego połowu, rozumie się samo przez się. Duma i chluba szefa naszej kuchni.

– Turbot w atramencie zatem – wiedźmin zwalczył w sobie irracjonalną chęć zamówienia na raz kilku dań, świadom, że byłoby to w złym guście. – Dziękuję za radę. Już zaczynałem doznawać męki wyboru.

– Jakie wino – spytał maître – raczy miły pan życzyć?

– Proszę wybrać coś stosownego. Mało wyznaję się w winach.

– Mało kto się wyznaje – uśmiechnął się Febus Ravenga. – A całkiem nieliczni się do tego przyznają. Bez obaw, dobierzemy gatunek i rocznik, panie wiedźminie. Nie przeszkadzam, życzę smacznego.

Życzenie nie miało się spełnić. Geralt nie miał też okazji przekonać się, jakie wino mu wybiorą. Smak turbota w atramencie mątwy również miał tego dnia pozostać dla niego zagadką.

Rudowłosa kobieta nagle dała sobie spokój z dyskrecją, odnalazła go wzrokiem. Uśmiechnęła się. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że złośliwie. Poczuł dreszcz.

– Wiedźmin, zwany Geraltem z Rivii?

Pytanie zadał jeden z trzech czarno odzianych osobników, którzy cichcem podeszli do stołu.

– To ja.

– W imieniu prawa jesteś aresztowany.

Za cóż bym miał się obawiać wyroku,

Gdy nic nie czynię niesprawiedliwego?

William Szekspir, Kupiec wenecki,

przełożył Józef Paszkowski

Rozdział trzeci

Przyznana Geraltowi obrończyni z urzędu unikała patrzenia mu w oczy. Z uporem godnym lepszej sprawy wertowała teczkę z dokumentami. Dokumentów było tam niewiele. Dokładnie dwa. Pani mecenas uczyła się ich chyba na pamięć. By zabłysnąć mową obrończą, miał nadzieję. Ale była to, jak podejrzewał, nadzieja płonna.

– W areszcie – pani mecenas podniosła wreszcie wzrok – dopuściłeś się pobicia dwóch współwięźniów. Powinnam chyba znać powód?

– Primo, odrzuciłem ich seksualne awanse, nie chcieli zrozumieć, że nie znaczy nie. Secundo, lubię bić ludzi. Tertio, to fałsz. Oni sami się pokaleczyli. O ściany. By mnie oczernić.

Mówił wolno i obojętnie. Po tygodniu spędzonym w więzieniu całkiem zobojętniał.

Obrończyni zamknęła teczkę. By zaraz znowu ją otworzyć. Po czym poprawiła kunsztowną koafiurę.

– Pobici – westchnęła – skargi nie wniosą, jak się zdaje. Skupmy się na oskarżeniu instygatorskim. Asesor trybunalski oskarży cię o poważne przestępstwo, zagrożone surową karą.

Jakżeby inaczej, pomyślał, kontemplując urodę pani mecenas. Zastanawiał się, ile miała lat, gdy trafiła do szkoły czarodziejek. I w jakim wieku szkołę tę opuściła.

Obie funkcjonujące czarodziejskie uczelnie – męska w Ban Ard i żeńska w Aretuzie na wyspie Thanedd – oprócz absolwentów i absolwentek produkowały też odpad. Mimo gęstego sita egzaminów wstępnych, pozwalającego w założeniu odsiać i odrzucić przypadki beznadziejne, dopiero pierwsze semestry selekcjonowały naprawdę i ujawniały tych, co umieli się zakamuflować. Takich, dla których myślenie okazywało się doświadczeniem przykrym i groźnym. Utajonych głupców, leniów i mentalnych ospalców płci obojga, jacy w szkołach magii nie mieli czego szukać. Kłopot polegał na tym, że zwykle była to progenitura osób majętnych lub z innych przyczyn uważanych za ważne. Po wyrzuceniu z uczelni trzeba było coś z tą trudną młodzieżą zrobić. Z chłopcami wyrzucanymi ze szkoły w Ban Ard nie było problemu – trafiali do dyplomacji, czekały na nich armia, flota i policja, najgłupszym pozostawała polityka. Odrzut magiczny w postaci płci pięknej tylko pozornie trudniejszy był do zagospodarowania. Choć usuwane, panienki przekroczyły progi czarodziejskiej uczelni i w jakimś tam stopniu magii zakosztowały. A zbyt potężny był wpływ czarodziejek na władców i wszystkie sfery życia polityczno-ekonomicznego, by panienki zostawiać na lodzie. Zapewniano im bezpieczną przystań. Trafiały do wymiaru sprawiedliwości. Zostawały prawniczkami.

Obrończyni zamknęła teczkę. Po czym otworzyła ją.

– Zalecam przyznać się do winy – powiedziała. – Możemy wówczas liczyć na łagodniejszy wymiar…

– Przyznać się do czego? – przerwał wiedźmin.

– Gdy sąd zapyta, czy się przyznajesz, odpowiesz twierdząco. Przyznanie się do winy będzie uznane za okoliczność łagodzącą.

– Jak więc wówczas zamierzasz mnie bronić?

Pani mecenas zamknęła teczkę. Niby wieko trumny.

– Idziemy. Sąd czeka.

Sąd czekał. Bo z sali sądowej właśnie wyprowadzano poprzedniego delikwenta. Niezbyt, jak stwierdził Geralt, radosnego.

Na ścianie wisiała upstrzona przez muchy tarcza, na niej widniało godło Kerack, błękitny delfin nageant. Pod godłem stał stół sędziowski. Zasiadały za nim trzy osoby. Chuderlawy pisarz. Wyblakły podsędek. I pani sędzia, stateczna z wyglądu i oblicza niewiasta.

Ławę po prawicy sędziów zajmował pełniący obowiązki oskarżyciela asesor trybunalski. Wyglądał poważnie. Na tyle poważnie, żeby wystrzegać się spotkania z nim w ciemnej ulicy.

Po przeciwnej zaś stronie, po lewicy składu sędziowskiego, stała ława oskarżonych. Miejsce jemu przypisane.

Dalej poszło szybko.

– Geralta, wołanego Geraltem z Rivii, z zawodu wiedźmina, oskarża się o malwersację, o zabór i przywłaszczenie dóbr należnych Koronie. Działając w zmowie z innymi osobami, które korumpował, oskarżony zawyżał wysokość wystawianych za swe usługi rachunków w zamiarze zagarnięcia tych nadwyżek. Co skutkowało stratami dla skarbu państwa. Dowodem jest doniesienie, notitia criminis, które oskarżenie załączyło do akt. Doniesienie owo…

Znużony wyraz twarzy i nieobecny wzrok sędzi świadczyły wyraźnie, że stateczna niewiasta jest myślami gdzie indziej. I że całkiem inne frasują ją zagadnienia i problemy – pranie, dzieci, kolor firanek, zagniecione ciasto na makowce i wróżące kryzys małżeński rozstępy na dupsku. Wiedźmin z pokorą przyjął fakt, że jest mniej ważny. Że nie konkurować mu z czymś takim.

– Popełnione przez oskarżonego przestępstwo – ciągnął bez emocji oskarżyciel – nie tylko kraj rujnuje, ale i porządek społeczny podkopuje i roztacza. Porządek prawny domaga się…

– Włączone do akt doniesienie – przerwała sędzia – sąd musi potraktować jako probatio de relato, dowód z relacji osoby trzeciej. Czy oskarżenie może przedstawić inne dowody?

– Innych dowodów brak… Chwilowo… Oskarżony jest, jak już wykazano, wiedźminem. To mutant, będący poza nawiasem społeczności ludzi, lekceważący prawa ludzkie i stawiający się ponad nimi. W swym kryminogennym i socjopatycznym fachu obcuje z elementem przestępczym, a także z nieludźmi, w tym z rasami ludzkości tradycyjnie wrogimi. Łamanie prawa wiedźmin ma w swej nihilistycznej naturze. W przypadku wiedźmina, Wysoki Sądzie, brak dowodów jest najlepszym dowodem… Dowodzi perfidii oraz…

– Czy oskarżony – sędzi najwyraźniej nie ciekawiło, czego jeszcze dowodzi brak dowodów. – Czy oskarżony przyznaje się do winy?

– Nie przyznaję się. – Geralt zlekceważył rozpaczliwe sygnały pani mecenas. – Jestem niewinny, żadnego przestępstwa nie popełniłem.

Miał trochę wprawy, miewał do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. Zapoznał się też pobieżnie z literaturą przedmiotu.

– Oskarża się mnie skutkiem uprzedzenia…

– Sprzeciw! – wrzasnął asesor. – Oskarżony wygłasza mowę!

– Oddalam.

– …skutkiem uprzedzenia do mojej osoby i profesji, czyli skutkiem praeiudicium, praeiudicium zaś z góry implikuje fałsz. Nadto oskarża się mnie na podstawie anonimowego donosu, i to zaledwie jednego. Testimonium unius non valet. Testis unus, testis nullus. Ergo, to nie jest oskarżenie, lecz domniemanie, czyli praesumptio. A domniemanie pozostawia wątpliwości.

– In dubio pro reo! – ocknęła się obrończyni. – In dubio pro reo, Wysoki Sądzie!

– Sąd – sędzia huknęła młotkiem, budząc wyblakłego podsędka – postanawia wyznaczyć poręczenie majątkowe w wysokości pięciuset koron novigradzkich.

Geralt westchnął. Ciekawiło go, czy obaj jego współtowarzysze z celi doszli już do siebie i czy wyciągnęli z zaszłości jakieś nauki. Czy też będzie musiał ich obić i skopać ponownie.

Czym jest miasto, jeśli nie ludem?

William Szekspir, Koriolan,

przełożył Stanisław Barańczak

Rozdział czwarty

Na samym skraju ludnego targowiska stał niedbale sklecony z desek stragan, obsługiwany przez babuleńkę-starowinkę w słomianym kapeluszu, okrąglutką i rumianą niby dobra wróżka z bajki. Nad babuleńką widniał napis: „Szczęście i radość – tylko u mnie. Ogórek gratis”. Geralt zatrzymał się, wysupłał z kieszeni miedziaki.

– Nalej, babciu – zażądał ponuro – pół kwaterki szczęścia.

Nabrał powietrza, wypił z rozmachem, odetchnął. Otarł łzy, które siwucha wycisnęła mu z oczu.

Był wolny. I zły.

O tym, że jest wolny, dowiedział się, rzecz ciekawa, od osoby, którą znał. Z widzenia. Był to ten sam przedwcześnie wyłysiały młodzian, którego na jego oczach przepędzono ze schodów austerii „Natura Rerum”. A który, jak się okazało, był trybunalskim gryzipiórkiem.

– Jesteś wolny – zakomunikował mu wyłysiały młodzian, splatając i rozplatając chude i poplamione inkaustem palce. – Wpłacono poręczenie.

– Kto wpłacił?

Informacja okazała się poufną, wyłysiały gryzipiórek odmówił jej podania. Odmówił też – i też obcesowo – zwrotu zarekwirowanej sakwy Geralta. Zawierającej między innymi gotówkę i czeki bankierskie. Majątek ruchomy wiedźmina, oznajmił nie bez zjadliwości, został przez władze potraktowany jako cautio pro expensis, zaliczka na poczet kosztów sądowych i przewidywanych kar.

Wykłócać się nie miało celu ani sensu. Geralt musiał być rad, że przy wyjściu oddano mu chociaż rzeczy, które przy zatrzymaniu miał w kieszeniach. Osobiste drobiazgi i drobne pieniądze. Tak drobne, że nikomu nie chciało się ich kraść.

Przeliczył ocalałe miedziaki. I uśmiechnął się do starowinki.

– I jeszcze pół kwaterki radości, poproszę. Za ogórek dziękuję.

Po babcinej siwusze świat wypiękniał zauważalnie. Geralt wiedział, że to rychło minie, przyspieszył więc kroku. Miał sprawy do załatwienia.

Płotka, jego klacz, uszła szczęśliwie uwadze sądu i nie weszła w poczet cautio pro expensis. Była tam, gdzie ją zostawił, w stajennym boksie, zadbana i nakarmiona. Czegoś takiego wiedźmin nie mógł pozostawić bez nagrody, niezależnie od własnego stanu posiadania. Z garści srebrnych monet, jakie ocalały we wszytej w siodło skrytce, kilka od razu dostał stajenny. Któremu ta szczodrość aż dech odebrała.

Horyzont nad morzem ciemniał. Geraltowi zdawało się, że dostrzega tam iskierki błyskawic.

Przed wejściem do kordegardy przezornie nabrał w płuca świeżego powietrza. Nie pomogło. Panie strażniczki musiały dziś zjeść więcej fasoli niż zwykle. Dużo, dużo więcej fasoli. Kto wie, może była niedziela.

Jedne – jak zwykle – jadły. Inne zajęte były grą w kości. Na jego widok wstały od stołu. I otoczyły go.

– Wiedźmin, patrzajcie – powiedziała komendantka, stając bardzo blisko. – Wziął i przylazł.

– Opuszczam miasto. Przyszedłem odebrać swoją własność.

– Jeśli pozwolim – druga strażniczka szturchnęła go łokciem, pozornie niechcący – to co nam za to da? Wykupić się trza, brateńku, wykupić! He, dziewuchy? Co mu każemy zrobić?

– Niechaj każdą w gołą rzyć pocałuje!

– Z polizem! I poślizgiem!

– Ale! Jeszcze czymś zarazi!

– Ale musi nam – kolejna naparła na niego biustem twardym jak skała – przyjemność jaką uczynić, nie?

– Piosnkę niech nam zaśpiewa – inna pierdnęła gromko. – A melodyję pod ten mój ton podbierze!

– Albo pod mój! – inna pierdnęła jeszcze głośniej. – Bo mój dźwięczniejszy!

Reszta dam aż za boki brała się ze śmiechu.

Geralt utorował sobie drogę, starając się nie nadużywać siły. W tym momencie drzwi magazynu depozytów otwarły się i objawił się w nich jegomość w burej opończy i berecie. Depozytariusz, Gonschorek, bodajże. Na widok wiedźmina otworzył szeroko usta.

– Wy? – wybąkał. – Jakże to? Wasze miecze…

– W rzeczy samej. Moje miecze. Poproszę o nie.

– Wżdy… Wżdy… – Gonschorek zachłysnął się, chwycił za pierś, z trudem łapał powietrze. – Wżdy ja tych mieczów nie mam!

– Słucham?

– Nie mam… – Twarz Gonschorka poczerwieniała. I skurczyła się, jakby w paroksyzmie bólu. – Zabrane przecie…

– Że jak? – Geralt poczuł, jak ogarnia go zimna wściekłość.

– Zabra… ne…

– Jak to, zabrane? – Ucapił depozytariusza za wyłogi. – Przez kogo, psiakrew, zabrane? Co to ma, do cholery, znaczyć?

– Kwit…

– Właśnie! – Poczuł na ramieniu żelazny chwyt. Komendantka straży odepchnęła go od zachłystującego się Gonschorka.

– Właśnie! Kwit pokaż!

Wiedźmin nie miał kwitu. Kwit z przechowalni broni został w jego sakwie. Sakwie, zarekwirowanej przez sąd. Jako zaliczka na poczet kosztów i przewidywanych kar.

– Kwit!

– Nie mam. Ale…

– Nie ma kwitu, nie ma depozytu – nie dała mu dokończyć komendantka. – Miecze zabrane, nie słyszałeś? Sam żeś pewnie zabrał. A ninie jasełka tu odstawiasz? Wycyganić cosik chcesz? Nic z tego. Zabieraj się stąd.

– Nie wyjdę, zanim…

Komendantka, nie zwalniając chwytu, odciągnęła Geralta i obróciła go. Twarzą ku drzwiom.

– Wypierdalaj.

Geralt wzdragał się przed uderzeniem kobiety. Nie miał jednak żadnych oporów wobec kogoś, kto miał bary jak zapaśnik, brzuch jak baleron i łydki jak dyskobol, a do tego wszystkiego pierdział jak muł. Odtrącił komendantkę i z całej siły walnął ją w szczękę. Swoim ulubionym prawym sierpowym.

Pozostałe zamarły, ale tylko na sekundę. Zanim jeszcze komendantka runęła na stół, rozbryzgując dokoła fasolę i paprykowy sos, już je miał na karku. Jednej bez zastanowienia rozkwasił nos, drugą palnął tak, że aż chrupnęły zęby. Dwie poczęstował Znakiem Aard, niby lalki poleciały na stojak z halabardami, zwalając wszystkie z nieopisanym hukiem i łoskotem.

Oberwał w ucho od ociekającej sosem komendantki. Druga strażniczka, ta z twardym biustem, chwyciła go od tyłu w niedźwiedzi uścisk. Walnął ją łokciem, aż zawyła. Komendantkę pchnął na stół, kropnął zamaszystym sierpowym. Tę z rozkwaszonym nosem grzmotnął w splot słoneczny i zwalił na ziemię, słyszał, jak wymiotuje. Inna, uderzona w skroń, huknęła ostrzyżoną potylicą o słup, obmiękła, oczy momentalnie zaszły jej mgłą.

Ale na nogach trzymały się jeszcze cztery. I kres przyszedł jego przewagom. Dostał w tył głowy, zaraz po tym w ucho. A po tym w krzyże. Któraś podcięła mu nogi, gdy upadł, dwie zwaliły się na niego, przygniotły, łomocąc kułakami. Pozostałe nie żałowały kopniaków.

Uderzeniem czołem w twarz wyeliminował jedną z przygniatających, ale natychmiast przytłoczyła go druga. Komendantka, poznał po kapiącym z niej sosie. Ciosem z góry przylała mu w zęby. Splunął jej krwią prosto w oczy.

– Nóż! – rozdarła się, miotając ostrzyżoną głową. – Nóż mi dajcie! Jaja mu urżnę!

– Po co nóż! – wrzasnęła inna. – Ja mu je odgryzę!

– Stać! Baczność! Co to ma znaczyć? Baczność, mówię!

Stentorowy i wymuszający posłuch głos przedarł się przez zgiełk bitewny, zmitygował strażniczki. Wypuściły Geralta z objęć. Wstał z trudem, obolały nieco. Widok pola boju poprawił mu nieco humor. Nie bez satysfakcji przyjrzał się swym dokonaniom. Leżąca pod ścianą strażniczka otworzyła już oczy, ale nadal nie była w stanie nawet usiąść. Druga, zgięta, wypluwała krew i macała palcem zęby. Trzecia, ta z rozkwaszonym nosem, usiłowała wstać, ale co i rusz padała, pośliznąwszy się, w kałużę własnych fasolowych wymiocin. Z całej szóstki tylko połowa trzymała się na nogach. Wynik mógł więc satysfakcjonować. Nawet w świetle faktu, że gdyby nie interwencja, on sam doznałby poważnych okaleczeń i nie wiada, czy zdolny byłby wstać o własnych siłach.

Tym zaś, kto interweniował, był dostatnio odziany i promieniujący autorytetem mężczyzna o szlachetnych rysach. Geralt nie wiedział, kto to. Doskonale znał natomiast jego towarzysza. Gładysza w fantazyjnym kapelusiku z wpiętym weń piórem egreta, o sięgających ramion blond włosach ufryzowanych na żelazkach. Noszącego dublet w kolorze czerwonego wina i koszulę z koronkowym żabotem. Z nieodłączną lutnią i nieodłącznym bezczelnym uśmiechem na uściech.

– Witaj, wiedźminie! Ależ ty wyglądasz! Z tą obitą gębą! Ze śmiechu pęknę!

– Witaj, Jaskier. Ja też się cieszę, że cię widzę.

– Co tu się dzieje? – Mężczyzna o szlachetnych rysach wziął się pod boki. – No? Co z wami? Regulaminowy meldunek! Ale już!

– To ten! – komendantka wytrząsnęła z uszu resztki sosu i oskarżycielsko wskazała na Geralta. – On winien, wielmożny panie instygator! Awanturował się i sierdził, a potem do bicia wziął. A wszystko przez miecze jakieś z depozytu, co na nie kwitu nie miał. Gonschorek potwierdzi… Hej, Gonschorek, czego się tam kurczysz w kącie? Zesrałeś się? Ruszże dupę, wstań, rzeknij wielmożnemu panu instygatorowi… Ejże! Gonschorek? Co ci to?

Wystarczyło uważniej spojrzeć, by odgadnąć, co jest Gonschorkowi. Nie było potrzeby badać pulsu, dość było popatrzeć na białą jak kreda twarz. Gonschorek był martwy. Zwyczajnie i po prostu nie żył.

– Wdrożymy śledztwo, panie z Rivii – powiedział Ferrant de Lettenhove, instygator trybunału królewskiego. – Skoro składacie formalną skargę i powództwo, musimy je wdrożyć, tak każe prawo. Weźmiemy na spytki wszystkich, którzy podczas aresztowania i w sądzie mieli dostęp do twoich rzeczy. Aresztujemy podejrzanych…

– Tych, co zwykle?

– Słucham?

– Nic, nic.

– No tak. Sprawa zostanie z pewnością wyjaśniona, a winni kradzieży mieczy zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Jeśli faktycznie do kradzieży doszło. Zaręczam, że zagadkę wyjaśnimy i prawda wyjdzie na jaw. Prędzej czy później.

– Wolałbym prędzej – wiedźminowi niezbyt podobał się ton głosu instygatora. – Moje miecze to moja egzystencja, nie mogę bez nich wykonywać mego zawodu. Wiem, że moja profesja przez wielu postrzegana jest źle, a moja osoba cierpi skutkiem negatywnego wizerunku. Biorącego się z uprzedzeń, przesądów i ksenofobii. Liczę, że fakt ten nie będzie miał wpływu na śledztwo.

– Nie będzie miał – odrzekł sucho Ferrant de Lettenhove. – Albowiem panuje tu praworządność.

Gdy pachołkowie wynieśli ciało zmarłego Gonschorka, na rozkaz instygatora dokonano rewizji magazynu broni i całej kanciapy. Jak łatwo było zgadnąć, po mieczach wiedźmina nie było tam śladu. A wciąż bocząca się na Geralta komendantka straży wskazała im podstawkę ze szpikulcem, na który nieboszczyk nadziewał zrealizowane kwity depozytowe. Wśród tych kwit wiedźmina wnet się odnalazł. Komendantka przewertowała rejestr, by po chwili podetknąć im go pod nosy.

– Proszę – wskazała z triumfem – jak wół, pokwitowanie odbioru. Podpis: Gerland z Rybli. Przecie mówiła żem, jako wiedźmin był tu i sam swe miecze zabrał. A teraz cygani, pewnie żeby odszkodowanie zgarnąć! Przez niego Gonschorek kopyta wyciągnął! Od turbacji żółć go zalała i szlag go trafił.

Ani ona, ani żadna ze strażniczek nie zdecydowała się jednak poświadczyć, że któraś Geralta podczas odbierania broni faktycznie widziała. Cięgiem jacyś się tu kręcą, brzmiało wyjaśnienie, a one były zajęte, bo jadły.

Nad dachem budynku sądu kołowały mewy, wrzeszcząc przeraźliwie. Wiatr odpędził na południe burzową chmurę znad morza. Wyszło słońce.

– Chciałbym zawczasu ostrzec – powiedział Geralt – że moje miecze obłożone są silnymi czarami. Tylko wiedźmini mogą ich dotykać, innym odbierają siły witalne. Objawia się to głównie poprzez zanik sił męskich. Znaczy się, niemoc płciową. Całkowitą i permanentną.

– Będziemy mieć to na uwadze – kiwnął głową instygator. – Na razie jednak prosiłbym, byście nie opuszczali miasta. Jestem skłonny przymknąć oko na awanturę w kordegardzie, dochodzi tam zresztą do awantur regularnie, panie strażniczki dość łatwo ulegają emocjom. A ponieważ Julian… To znaczy pan Jaskier ręczy za was, pewien jestem, że i wasza sprawa w sądzie rozwikła się pomyślnie.

– Moja sprawa – zmrużył oczy wiedźmin – to nic innego jak nękanie. Szykany, biorące się z uprzedzeń i niechęci…

– Zbadane będą dowody – uciął instygator. – I na ich podstawie podjęte zostaną czynności. Tak chce praworządność. Ta sama, dzięki której jesteście na wolności. Za poręczeniem, a więc warunkowo. Winniście, panie z Rivii, przestrzegać tych warunków.

– Kto wpłacił owo poręczenie?

Ferrant de Lettenhove chłodno odmówił ujawnienia incognito wiedźminowego dobrodzieja, pożegnał się i w asyście pachołków udał się w stronę wejścia do sądu. Jaskier tylko na to czekał. Ledwie opuścili rynek i weszli w uliczkę, wyjawił wszystko, co wiedział.

– Prawdziwie pasmo niefortunnych trafów, druhu Geralcie. I pechowych incydentów. A jeśli o kaucję idzie, to wpłaciła ją za ciebie niejaka Lytta Neyd, wśród swoich znana jako Koral, od koloru pomadki do ust, jakiej używa. To czarodziejka, która wysługuje się Belohunowi, tutejszemu królikowi. Wszyscy zachodzą w głowę, dlaczego to zrobiła. Bo nie kto inny, a ona właśnie posłała cię za kratki.

– Co?

– Przecież mówię. To Koral na ciebie doniosła. To akurat nikogo nie zdziwiło, powszechnie wiadomo, że czarodzieje są na ciebie cięci. A tu nagle sensacja: czarodziejka ni z tego, ni z owego wpłaca poręczenie i wydobywa cię z lochu, do którego za jej sprawą cię wtrącono. Całe miasto…

– Powszechnie? Całe miasto? Co ty wygadujesz, Jaskier?

– Używam metafor i peryfraz. Nie udawaj, że nie wiesz, przecież mnie znasz. Rzecz jasna, że nie „całe miasto”, a wyłącznie nieliczni dobrze poinformowani wśród będących blisko kręgów rządzących.

– I ty też jesteś niby ten będący blisko?

– Zgadłeś. Ferrant to mój kuzyn, syn brata mojego ojca. Wpadłem tu do niego z wizytą, jak to do krewniaka. I dowiedziałem się o twojej aferze. Natychmiast się za tobą wstawiłem, nie wątpisz w to chyba. Ręczyłem za twoją uczciwość. Opowiedziałem o Yennefer…

– Dziękuję serdecznie.

– Daruj sobie sarkazm. Musiałem o niej opowiedzieć, by uświadomić kuzynowi, że tutejsza magiczka szkaluje cię i oczernia przez zazdrość i zawiść. Że to całe oskarżenie jest fałszywe, że ty nigdy nie zniżasz się do finansowych machlojek. Skutkiem mojego wstawiennictwa Ferrant de Lettenhove, instygator królewski, najwyższy rangą egzekutor prawa, jest już przekonany o twojej niewinności…

– Nie odniosłem takiego wrażenia – stwierdził Geralt. – Wręcz przeciwnie. Czułem, że mi nie dowierza. Ani w sprawie rzekomych malwersacji, ani w sprawie zniknięcia mieczy. Słyszałeś, co mówił o dowodach? Dowody to dla niego fetysz. Dowodem na przekręty będzie zatem donos, a dowodem mistyfikacji z kradzieżą mieczy podpis Gerlanda z Rybli w rejestrze. Do tego ta mina, gdy ostrzegał mnie przed opuszczeniem miasta…

– Oceniasz go krzywdząco – orzekł Jaskier. – Znam go lepiej niż ty. To, że ja za ciebie ręczę, jest dla niego warte więcej niż tuzin dętych dowodów. A ostrzegał słusznie. Dlaczego, jak myślisz, obaj, on i ja, podążyliśmy do kordegardy? By cię powstrzymać przed narobieniem głupstw! Ktoś, powiadasz, wrabia cię, fabrykuje lipne dowody? Nie dawaj zatem ktosiowi do ręki dowodów niezbitych. A takim byłaby ucieczka.

– Może i masz rację – zgodził się Geralt. – Ale instynkt mówi mi coś innego. Powinienem dać drapaka, zanim mnie tu całkiem osaczą. Najpierw areszt, potem kaucja, zaraz po tym miecze… Co będzie następne? Psiakrew, bez miecza czuję się jak… Jak ślimak bez skorupy.

– Za bardzo się przejmujesz, moim zdaniem. A zresztą mało tu sklepów? Machnij ręką na tamte miecze i kup sobie inne.

– A gdyby tobie ukradziono twoją lutnię? Zdobytą, jak pamiętam, w dość dramatycznych okolicznościach? Nie przejąłbyś się? Machnąłbyś ręką? I poszedł kupić sobie drugą w sklepie za rogiem?

Jaskier odruchowo zacisnął dłonie na lutni i powiódł dokoła spłoszonym wzrokiem. Nikt spośród przechodniów na potencjalnego rabusia instrumentów jednak nie wyglądał i niezdrowego zainteresowania jego unikalną lutnią nie przejawiał.

– No tak – odetchnął. – Rozumiem. Tak jak moja lutnia, twoje miecze też są jedyne w swoim rodzaju i niezastąpione. Do tego… jak to mówiłeś? Zaczarowane? Wywołujące magiczną impotencję… Psiakrew, Geralt! Teraz mi to mówisz? Ja przecież często przebywałem w twojej kompanii, miałem te miecze na wyciągnięcie ręki! A czasem bliżej! Teraz wszystko jasne, teraz rozumiem… Ostatnio miałem, cholera, pewne trudności…

– Uspokój się. To bujda z tą impotencją. Wymyśliłem to na poczekaniu, licząc, że plotka się rozejdzie. Że złodziej się zlęknie…

– Jak się zlęknie, gotów utopić miecze w gnojówce – trzeźwo skonstatował bard, wciąż lekko pobladły. – I nigdy ich nie odzyskasz. Zdaj się raczej na mego kuzyna Ferranta. Jest tu instygatorem od lat, ma całą armię szeryfów, agentów i szpicli. Znajdą złodzieja w mig, zobaczysz.

– Jeśli jeszcze tu jest – zgrzytnął zębami wiedźmin. – Mógł prysnąć, gdy siedziałem w kiciu. Jak się, mówiłeś, zowie ta czarodziejka, dzięki której tam trafiłem?

– Lytta Neyd, ksywka Koral. Domyślam się, co zamierzasz, przyjacielu. Ale nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To czarodziejka. Czarownica i kobieta w jednej osobie, słowem, obcy gatunek, nie poddający się racjonalnemu poznaniu, funkcjonujący według niepojętych dla zwykłych mężczyzn mechanizmów i pryncypiów. Co ci zresztą będę mówił, sam dobrze o tym wiesz. Masz wszak w tej kwestii przebogatą eksperiencję… Co to za hałas?

Wędrując bez celu ulicami, trafili w okolice placyku rozbrzmiewającego nieustannym stukotem młotków. Funkcjonował tu, jak się okazało, wielki warsztat bednarski. Przy samej ulicy, pod zadaszeniem, piętrzyły się równe sągi sezonowanych klepek. Stąd, noszone przez bosych wyrostków, klepki wędrowały na stoły, gdzie mocowano je w specjalnych kobyłkach i opracowywano ośnikami. Opracowane klepki szły do innych rzemieślników, ci wykańczali je na długich heblowych ławach, stojąc nad nimi okrakiem po kostki w wiórach. Gotowe klepki trafiały w ręce bednarzy, którzy składali je do kupy. Geralt przez chwilę przyglądał się, jak pod wpływem nacisku zmyślnych klub i skręcanych śrubami ściąg powstaje kształt beczki, natychmiast utrwalany za pomocą nabijanych na wyrób żelaznych obręczy. Aż na ulicę buchała para z wielkich kotłów, w których beczki parzono. Z głębi warsztatu, z podwórza, dolatywał zapach drewna prażonego w ogniu – tam beczki hartowano przed dalszą obróbką.

– Ilekroć widzę beczkę – oznajmił Jaskier – zachciewa mi się piwa. Chodź za róg. Wiem tam pewien sympatyczny szynk.

– Idź sam. Ja odwiedzę czarodziejkę. Zdaje się, że wiem, która to, już ją widziałem. Gdzie ją znajdę? Nie rób min, Jaskier. To ona jest, jak się zdaje, praźródłem i praprzyczyną moich kłopotów. Nie będę czekał na rozwój wypadków, pójdę i zapytam wprost. Nie mogę tu tkwić, w tym miasteczku. Choćby z tego powodu, że z groszem raczej chudo u mnie.

– Na to – rzekł dumnie trubadur – znajdziemy remedium. Wesprę cię finansowo… Geralt? Co się dzieje?

– Wróć do bednarzy i przynieś mi klepkę.

– Co?

– Przynieś mi klepkę. Prędko.

Uliczkę zagrodziło trzech potężnych drabów o zakazanych, niedogolonych i niedomytych gębach. Jeden, barczysty tak, że niemal kwadratowy, trzymał w ręku okutą pałę, grubą jak handszpak kabestanu. Drugi, w kożuchu włosem na wierzch, niósł tasak, a za pasem miał toporek abordażowy. Trzeci, smagły jak żeglarz, uzbrojony był w długi i paskudnie wyglądający nóż.

– Hej, ty tam, rivski śmierdzielu! – rozpoczął ten kwadratowy. – Jak się czujesz bez mieczów na plecach? Jakby z gołą dupą pod wiater, co?

Geralt nie podjął dyskursu. Czekał. Słyszał, jak Jaskier kłóci się z bednarzami o klepkę.

– Już nie masz kłów, odmieńcze, jadowita wiedźmińska gadzino – ciągnął kwadratowy, z całej trójki wyraźnie najbieglejszy w sztuce oratorskiej. – Gada bez kłów nikt się nie zlęknie! Bo to tyle co robal albo insza minoga glizdowata. My takie plugastwo pod but bierzem i na miazgę miażdżym. Coby nie pośmiało więcej do miast naszych zachodzić, pomiędzy poczciwe ludzie. Nie będziesz, padalcze, naszych ulic śluzem swoim kaził! Bij jego, zuchy!

– Geralt! Łap!

Chwycił w locie rzuconą mu klepkę, uskoczył przed ciosem pałki, przylał kwadratowemu w bok głowy, zawirował, trzasnął zbira w kożuchu w łokieć, zbir wrzasnął i upuścił tasak. Wiedźmin uderzył go w zgięcie kolana i obalił, po czym przewinął się obok i zdzielił klepką w skroń. Nie czekając, aż zbir upadnie, i nie przerywając ruchu, ponownie wywinął się spod pałki kwadratowego, palnął w palce zaciśnięte na drągu. Kwadratowy zaryczał z bólu i upuścił pałkę, a Geralt uderzył go kolejno w ucho, w żebra i w drugie ucho. A potem kopnął w krocze, z rozmachem. Kwadratowy padł i zrobił się kulisty, zwijając się, kurcząc i dotykając ziemi czołem.

Smagły, najzwinniejszy i najszybszy z trójki, zatańczył wokół wiedźmina. Zręcznie przerzucając nóż z ręki do ręki, zaatakował na ugiętych nogach, tnąc krzyżowo. Geralt bez trudu unikał cięć, odstępował, czekał, aż wydłuży krok. A gdy to się stało, zamaszystym ciosem klepki odbił nóż, piruetem okrążył napastnika i zdzielił go w potylicę. Nożownik upadł na kolana, a wiedźmin łupnął go w prawą nerkę. Łupnięty zawył i wyprężył się, a wtedy wiedźmin walnął go klepką poniżej ucha, w nerw. Znany medykom jako splot przyuszniczy.

– Ojej – powiedział, stając nad zwijającym się, krztuszącym i dławiącym od krzyku. – To musiało boleć.

Zbir w kożuchu wyciągnął za pasa toporek, ale nie wstawał z kolan, niepewny, co czynić. Geralt rozwiał jego wątpliwości, waląc go klepką w kark.

Uliczką, rozpychając gromadzących się gapiów, nabiegali pachołkowie ze straży miejskiej. Jaskier mitygował ich, powołując się na koneksje, gorączkowo wyjaśniał, kto był napastnikiem, a kto działał w samoobronie. Wiedźmin gestami przywołał barda.

– Dopilnuj – pouczył – by wzięto drani w łyka. Wpłyń na kuzyna instygatora, by ich solidnie przycisnął. Albo sami maczali palce w kradzieży mieczy, albo ktoś ich najął. Wiedzieli, że jestem bezbronny, dlatego odważyli się napaść. Klepkę oddaj bednarzom.

– Musiałem tę klepkę kupić – przyznał się Jaskier. – I chyba dobrze zrobiłem. Nieźle, jak widziałem, władasz deseczką. Powinieneś nosić stale.

– Idę do czarodziejki. W odwiedziny. Mam iść z klepką?

– Na czarodziejkę – skrzywił się bard – przydałoby się, fakt, coś cięższego. Na przykład kłonica. Pewien znany mi filozof mawiał: idąc do kobiety, nie zapomnij wziąć ze sobą…

– Jaskier.

– Dobrze, dobrze, wytłumaczę ci, jak trafić do magiczki. Ale wprzód, jeśli mogę doradzić…

– No?

– Odwiedź łaźnię. I balwierza.

Strzeżcie się rozczarowań, bo pozory mylą. Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy.

Jaskier, Pół wieku poezji

Rozdział piąty

Woda w basenie fontanny zawirowała i zakipiała, rozpryskując złociste kropelki. Lytta Neyd, zwana Koral, czarodziejka, wyciągnęła rękę, wyskandowała zaklęcie stabilizujące. Woda wygładziła się jak zlana olejem, zatętniła rozbłyskami. Obraz, z początku niewyraźny i mglisty, nabrał ostrości i przestał drgać, choć nieco zniekształcony przez ruch wody, był wyraźny i czytelny. Koral pochyliła się. Widziała w wodzie Targ Korzenny, główną ulicę miasta. I kroczącego ulicą mężczyznę o białych włosach. Czarodziejka wpatrzyła się. Obserwowała. Szukała wskazówek. Jakichś szczegółów. Detali, które pozwoliłyby jej na właściwą ewaluację. I pozwoliły przewidzieć, co się wydarzy.

Na to, czym jest prawdziwy mężczyzna, Lytta miała wyrobiony pogląd, wykształcony przez lata doświadczeń. Umiała rozpoznać prawdziwego mężczyznę w stadzie mniej lub bardziej udanych imitacji. Nie musiała bynajmniej uciekać się w tym celu do kontaktu fizycznego, który to sposób testowania męskości miała zresztą, jak większość czarodziejek, nie tylko za trywialny, ale i bałamutny, wiodący na zupełne manowce. Bezpośrednia degustacja, jak stwierdziła po próbach, może i jest jakimś tam sprawdzianem smaku, ale nazbyt często pozostawia niesmak. Niestrawność. I zgagę. A bywa, że torsje.

Lytta umiała rozpoznać prawdziwego mężczyznę nawet z oddalenia, na podstawie błahych i nieznaczących pozornie przesłanek. Prawdziwy mężczyzna, wypraktykowała czarodziejka, pasjonuje się łowieniem ryb, ale wyłącznie na sztuczną muszkę. Kolekcjonuje militarne figurki, erotyczne grafiki i własnoręcznie wykonane modele żaglowców, w tym i te w butelkach, a pustych butelek po drogich trunkach nigdy nie brak w jego domostwie. Potrafi świetnie gotować, udają mu się istne arcydzieła sztuki kulinarnej. No i, generalnie rzecz ujmując, sam jego widok sprawia, że ma się ochotę.

Wiedźmin Geralt, o którym czarodziejka wiele słyszała, o którym zdobyła wiele informacji, a którego właśnie obserwowała w wodzie basenu, spełniał, jak się wydawało, tylko jeden z powyższych warunków.

– Mozaïk!

– Jestem, pani mistrzyni.

– Będziemy miały gościa. Żeby mi wszystko było gotowe i na poziomie. Ale wpierw przynieś mi suknię.

– Herbacianą różę? Czy morską wodę?

– Białą. On się nosi na czarno, zafundujemy mu jin i jang. I pantofelki, wybierz coś pod kolor, byle ze szpilką co najmniej cztery cale. Nie mogę pozwolić, by patrzył na mnie zanadto z góry.

– Pani mistrzyni… Ta biała suknia…

– No?

– Jest taka…

– Skromna? Bez ozdóbek i fatałaszków? Ech, Mozaïk, Mozaïk. Czy ty się nigdy nie nauczysz?

W drzwiach milcząco powitał go zwalisty i brzuchaty drab ze złamanym nosem i oczami małej świnki. Zlustrował Geralta od stóp do głów i jeszcze raz, odwrotnie. Po czym odsunął się, dając znak, że można.

W przedpokoju czekała dziewczyna o gładko uczesanych, przylizanych wręcz włosach. Bez słowa, gestem tylko zaprosiła go do środka.

Wszedł, prosto na ukwiecone patio z popluskującą fontanną pośrodku. W centrum fontanny stał marmurowy posążek przedstawiający nagą, tańczącą dziewczynę czy też dziewczynkę raczej, wnosząc ze znikomie rozwiniętych drugorzędnych atrybutów płci. Prócz tego, że wyrzeźbiona dłutem mistrza, statuetka zwracała uwagę jeszcze jednym detalem – łączył ją z cokołem tylko jeden punkt: duży palec stopy. W żaden sposób, ocenił wiedźmin, nie dałoby się takiej konstrukcji ustabilizować bez pomocy magii.

– Geralt z Rivii. Witam. I zapraszam.

Na to, by móc uchodzić za klasycznie piękną, czarodziejka Lytta Neyd miała zbyt ostre rysy. Róż w odcieniu ciepłej brzoskwini, jakim delikatnie muśnięte były jej kości policzkowe, ostrość tę łagodził, ale jej nie krył. Podkreślone koralową pomadką wargi miały zaś wykrój tak idealny, że aż za idealny. Ale nie to się liczyło.

Lytta Neyd była ruda. Ruda klasycznie i naturalnie. Stonowana, jasnordzawa czerwień jej włosów budziła skojarzenia z letnim futrem lisa. Gdyby – Geralt był o tym absolutnie przekonany – złapać rudego lisa i posadzić go obok Lytty, oboje okazaliby się umaszczeni tak samo i nie do odróżnienia. A gdy czarodziejka poruszała głową, wśród czerwieni zapalały się akcenty jaśniejsze, żółtawe, identycznie jak w lisiej sierści. Tego typu rudości towarzyszyły z reguły piegi, i z reguły w nadmiarze. Tych jednak u Lytty stwierdzić się nie dało.

Geralt poczuł niepokój, zapomniany i uśpiony, ale nagle budzący się gdzieś tam w głębi. Miał w naturze dziwną i trudną do wytłumaczenia skłonność do rudowłosych, parę razy już ta właśnie pigmentacja owłosienia popchnęła go do popełnienia głupstwa. Należało się zatem strzec i wiedźmin mocno to sobie postanowił. Zadanie miał zresztą ułatwione. Właśnie mijał rok od czasu, gdy popełnianie tego typu głupstw przestało go kusić.

Erotycznie stymulująca rudość nie była jedynym atrakcyjnym atrybutem czarodziejki. Śnieżnobiała suknia była skromna i całkiem bez efektów, a miało to swój cel, cel słuszny i bez najmniejszych wątpliwości zamierzony. Prostota nie rozpraszała uwagi patrzącego, koncentrując ją na atrakcyjnej figurze. I na głębokim dekolcie. Mówiąc zwięźle, w „Dobrej Księdze” proroka Lebiody, w wydaniu ilustrowanym, Lytta Neyd z powodzeniem mogłaby pozować do ryciny poprzedzającej rozdział „O nieczystym pożądaniu”.

Mówiąc jeszcze zwięźlej, Lytta Neyd była kobietą, z którą tylko kompletny idiota mógłby chcieć związać się na dłużej niż dwie doby. Ciekawym było, że to za takimi właśnie kobietami uganiały się zwykle watahy mężczyzn skłonnych wiązać się na całkiem długo.

Pachniała frezją i morelą.

Geralt skłonił się, po czym udał, że bardziej niż figura i dekolt czarodziejki interesuje go posążek w fontannie.

– Zapraszam – powtórzyła Lytta, wskazując stół z malachitowym blatem i dwa wiklinowe fotele. Poczekała, aż usiądzie, sama, siadając, pochwaliła się zgrabną łydką i trzewiczkiem z jaszczurczej skóry. Wiedźmin udał, że całą jego uwagę pochłaniają karafki i patera z owocami.

– Wina? To Nuragus z Toussaint, moim zdaniem ciekawsze niż przereklamowane Est Est. Jest też Côte-de-Blessure, jeśli przedkładasz czerwone. Nalej nam, Mozaïk.

– Dziękuję. – Przyjął od przylizanej dziewczyny puchar, uśmiechnął się do niej. – Mozaïk. Ładne imię.

Spostrzegł w jej oczach przerażenie.

Lytta Neyd postawiła puchar na stoliku. Ze stuknięciem, mającym skupić jego uwagę.

– Cóż to – poruszyła głową i rudymi lokami – sprowadza słynnego Geralta z Rivii w me skromne progi? Umieram z ciekawości.

– Wpłaciłaś za mnie kaucję – powiedział celowo oschle. – Poręczenie, znaczy. Dzięki twojej hojności wyszedłem z kryminału. Do którego trafiłem też dzięki tobie. Prawda? To za twoją sprawą spędziłem w celi tydzień?

– Cztery dni.

– Cztery doby. Chciałbym, jeśli to możliwe, poznać powody, które tobą kierowały. Obydwa.

– Obydwa? – Uniosła brwi i puchar. – Jest tylko jeden. I wciąż ten sam.

– Aha. – Udał, że całą uwagę poświęca Mozaïk, krzątającej się po przeciwnej stronie patio. – Z tego samego zatem powodu, dla którego na mnie doniosłaś i wsadziłaś do ciupy, z ciupy mnie potem wydobyłaś?

– Brawo.

– Zapytam więc: dlaczego?

– By ci udowodnić, że mogę.

Wypił łyk wina. W rzeczy samej bardzo dobrego.

– Udowodniłaś – kiwnął głową – że możesz. W zasadzie mogłaś mi to po prostu zakomunikować, choćby i spotkawszy na ulicy. Uwierzyłbym. Wolałaś inaczej i dobitniej. Zapytam więc: co dalej?

– Sama się zastanawiam – drapieżnie spojrzała na niego spod rzęs. – Ale zostawmy rzeczy swemu biegowi. Na razie powiedzmy, że działam w imieniu i na rzecz kilku moich konfratrów. Czarodziejów, którzy mają wobec ciebie pewne plany. Czarodzieje owi, którym nieobce są moje talenty dyplomatyczne, uznali mnie za osobę właściwą do tego, by o ich planach cię poinformować. To chwilowo wszystko, co mogę ci wyjawić.

– To bardzo mało.

– Masz rację. Ale chwilowo, wstyd przyznać, sama więcej nie wiem, nie spodziewałam się, że zjawisz się tak szybko, że tak szybko odkryjesz, kto wpłacił poręczenie. Co miało, jak mnie zapewniano, pozostać tajemnicą. Gdy będę wiedziała więcej, wyjawię więcej. Bądź cierpliwy.

– A sprawa moich mieczy? To element tej gry? Tych tajemnych czarodziejskich planów? Czy też kolejny dowód na to, że możesz?

– Nic nie wiem o sprawie twoich mieczy, cokolwiek by to miało znaczyć i czegokolwiek dotyczyć.

Nie do końca uwierzył. Ale nie drążył tematu.

– Twoi konfratrzy czarodzieje – powiedział – prześcigają się ostatnio w okazywaniu mi antypatii i wrogości. Ze skóry wyłażą, by mi dokuczyć i uprzykrzyć życie. W każdej złej przygodzie, jaka mnie spotyka, mam prawo szukać odcisków ich umaczanych palców. Pasmo niefortunnych trafów. Wtrącają mnie do więzienia, potem wypuszczają, potem komunikują, że mają wobec mnie plany. Co twoi konfratrzy wymyślą tym razem? Boję się nawet snuć domysły. A ty, wielce, przyznam, dyplomatycznie, każesz mi być cierpliwym. Ale przecież nie mam wyjścia. Muszę wszak czekać, aż wywołana twym donosem sprawa trafi na wokandę.

– Ale tymczasem – uśmiechnęła się czarodziejka – możesz w pełni korzystać z wolności i cieszyć się z jej dobrodziejstw. Przed sądem odpowiadał będziesz z wolnej stopy. Jeśli sprawa w ogóle trafi na wokandę, co wcale nie jest takie pewne. A nawet jeśli, to nie masz, uwierz, powodów do zmartwień. Zaufaj mi.

– Z zaufaniem – zrewanżował się uśmiechem – może być trudno. Poczynania twoich konfratrów w ostatnich czasach mocno nadwerężyły moją ufność. Ale postaram się. A teraz sobie już pójdę. By ufać i cierpliwie czekać. Kłaniam się.

– Nie kłaniaj się jeszcze. Jeszcze chwila. Mozaïk, wino.

Zmieniła pozycję na fotelu. Wiedźmin nadal uparcie udawał, że nie widzi widocznego w rozcięciu sukni kolana i uda.

– Cóż – rzekła po chwili – nie ma co owijać w bawełnę. Wiedźmini nigdy nie byli dobrze notowani w naszym środowisku, ale wystarczało nam ignorowanie was. Było tak do pewnego czasu.

– Do czasu – miał dosyć kluczenia – gdy związałem się z Yennefer.

– Otóż nie, mylisz się – utkwiła w nim oczy barwy jadeitu. – Podwójnie zresztą. Primo, to nie ty związałeś się z Yennefer, lecz ona z tobą. Secundo, związek ten mało kogo bulwersował, nie takie ekstrawagancje wśród nas już notowano. Punktem zwrotnym było wasze rozstanie. Kiedyż to się stało? Rok temu? Ach, jakże szybko mija ten czas…

Zrobiła efektowną pauzę, licząc na jego reakcję.

– Równy rok temu – podjęła, gdy jasnym się stało, że reakcji nie będzie. – Część środowiska… niezbyt wielka, ale wpływowa… raczyła cię wówczas zauważyć. Nie dla wszystkich było jasne, co tam właściwie między wami zaszło. Jedni z nas uważali, że to Yennefer, oprzytomniawszy, zerwała z tobą i wypędziła na zbity pysk. Inni odważali się suponować, że to ty, przejrzawszy na oczy, puściłeś Yennefer w trąbę i uciekłeś, gdzie pieprz rośnie. W efekcie, jak wspomniałam, stałeś się obiektem zainteresowania. Oraz, jak słusznie odgadłeś, antypatii. Ba, byli tacy, którzy chcieli cię jakoś ukarać. Szczęściem dla ciebie większość uznała, że szkoda zachodu.

– A ty? Do której części środowiska należałaś?

– Do tej – Lytta skrzywiła koralowe wargi – którą twoja miłosna afera, przedstaw sobie, wyłącznie bawiła. Czasem śmieszyła. Czasem dostarczała iście hazardowej rozrywki. Osobiście zawdzięczam ci znaczny przypływ gotówki, wiedźminie. Zakładano się, jak długo wytrzymasz z Yennefer, stawki były wysokie. Ja obstawiłam, jak się okazało, najtrafniej. I zgarnęłam pulę.

– W takim razie lepiej będzie, jeśli sobie pójdę. Nie powinienem cię odwiedzać, nie powinniśmy być razem widywani. Gotowi pomyśleć, że ukartowaliśmy ten zakład.

– Obchodzi cię, co gotowi pomyśleć?

– Mało. A twoja wygrana mnie cieszy. Myślałem zrefundować ci pięćset koron wyłożone w charakterze poręczenia. Ale skoro zgarnęłaś pulę obstawiając mnie, to już nie czuję się w obowiązku. Niech to się wyrówna.

– Wzmianka o zwrocie poręczenia – w zielonych oczach Lytty Neyd pojawił się zły błysk – nie zdradza, mam nadzieję, zamiaru, by wymknąć się i zwiać? Bez czekania na sprawę sądową? Nie, nie, takiego zamiaru nie masz, nie możesz mieć. Dobrze wszak wiesz, że taki zamiar posłałby cię z powrotem do pudła. Wiesz o tym, prawda?

– Nie musisz mi udowadniać, że możesz.