Niezwyciężony - Stanisław Lem - ebook + książka

Niezwyciężony ebook

Stanisław Lem

4,6

Opis

Niezwyciężony” to znakomite połączenie literatury science fiction z elementami powieści sensacyjnej: czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek widowiskowej kosmicznej batalii. Pozornie klasyczny opis wojny światów kryje jednak w sobie jednak dużo głębszą refleksję: na ile człowiek pozostaje zakładnikiem swojej ślepej skłonności do dominacji oraz stworzonej w tym celu technologii?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (182 oceny)
124
43
12
1
2
Sortuj według:
Varnus

Nie oderwiesz się od lektury

Ależ to jest dobra książka. Do Lema trzeba trochę dojrzeć: pamiętam fargmenty Jego dzieł z podstawówki czy średniej szkoły, które były dla mnie za trudne, może zbyt dziwne, ale czytając teraz jestem zachwycony. "Niezwyciężony" jest doskonały, jeszcze jak zobaczymy rok napisania tej książki, to mam wrażenie, że szereg motywów z niej do dziś jest wykorzystywanych w literaturze czy w kinie.
20
darekzredy

Nie oderwiesz się od lektury

połączenie sf wysokiej półki Lema z wartką akcją
00
Anna989

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze ocena xxxxx
00
Corrigo

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałem tą książkę prawie pół wieku temu. Czytana dzisiaj nadal fascynuje. Tak ma tylko Wielka Literatura.
00
zoma49

Dobrze spędzony czas

Popularność




Sta­ni­sław Lem

"Nie­zwy­cię­żo­ny"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

zdję­cie na okład­ce: © EAST NEWS/PIOTR JA­SKOW

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-18-7

Kra­ków 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

NIEZWYCIĘŻONY(frag­ment)

Spis treści

Czar­ny deszcz

Wśród ruin

"Kon­dor"

Pierw­szy

Chmu­ra

Hi­po­te­za Lau­dy

Gru­pa Ro­ha­na

Klę­ska

Dłu­ga noc

Roz­mo­wa

"Nie­zwy­cię­żo­ny"

Czarny deszcz

„Nie­zwy­cię­żo­ny”, krą­żow­nik dru­giej kla­sy, naj­więk­sza jed­nost­ka, jaką dys­po­no­wa­ła baza w kon­ste­la­cji Liry, szedł fo­to­no­wym cią­giem przez skraj­ny kwa­drant gwiaz­do­zbio­ru. Osiem­dzie­się­ciu trzech lu­dzi za­ło­gi spa­ło w tu­ne­lo­wym hi­ber­na­to­rze cen­tral­ne­go po­kła­du. Po­nie­waż rejs był sto­sun­ko­wo krót­ki, za­miast peł­nej hi­ber­na­cji za­sto­so­wa­no po­głę­bio­ny sen, w któ­rym tem­pe­ra­tu­ra cia­ła nie opa­da po­ni­żej dzie­się­ciu stop­ni. W ste­row­ni pra­co­wa­ły tyl­ko au­to­ma­ty. W ich polu wi­dze­nia, na krzy­żu ce­low­ni­czym, le­ża­ła tar­cza słoń­ca, nie­wie­le go­ręt­sze­go od zwy­kłe­go czer­wo­ne­go kar­ła. Kie­dy jej krąg za­jął po­ło­wę sze­ro­ko­ści ekra­nu, re­ak­cja ani­hi­la­cyj­na zo­sta­ła wstrzy­ma­na. Przez ja­kiś czas w ca­łym stat­ku pa­no­wa­ła mar­twa ci­sza. Bez­dź­więcz­nie dzia­ła­ły kli­ma­ty­za­to­ry i ma­szy­ny cy­fro­we. Usta­ła naj­de­li­kat­niej­sza wi­bra­cja to­wa­rzy­szą­ca emi­sji świetl­ne­go słu­pa, któ­ry przed­tem wy­pa­dał z rufy i jak nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści szpa­da za­nu­rzo­na w mro­ku po­py­chał od­rzu­tem sta­tek. „Nie­zwy­cię­żo­ny” szedł z tą samą szyb­ko­ścią przy­świetl­ną, bez­wład­ny, głu­chy i po­zor­nie pu­sty.

Po­tem świa­teł­ka za­czę­ły mru­gać do sie­bie z pul­pi­tów ob­la­nych ró­żem da­le­kie­go słoń­ca, któ­re sta­ło w środ­ko­wym ekra­nie. Ta­śmy fer­ro­ma­gne­tycz­ne ru­szy­ły, pro­gra­my wpeł­za­ły po­wo­li do wnę­trza co­raz to no­wych apa­ra­tur, prze­łącz­ni­ki krze­sa­ły iskry i prąd wpły­wał w prze­wo­dy z bu­cze­niem, któ­re­go nikt nie sły­szał. Mo­to­ry elek­trycz­ne, prze­zwy­cię­ża­jąc opór od daw­na za­sty­głych sma­rów, ru­sza­ły i z ba­sów wcho­dzi­ły na wy­so­ki jęk. Ma­to­we szta­by kad­mu wy­su­wa­ły się z po­moc­ni­czych re­ak­to­rów, pom­py ma­gne­tycz­ne tło­czy­ły płyn­ny sód w wę­żow­ni­ce chło­dze­nia, bla­cha­mi ru­fo­wych po­kła­dów po­szło drże­nie, a za­ra­zem sła­by chro­bot we wnę­trzu ścian, jak gdy­by gra­so­wa­ły tam całe sta­da zwie­rzą­tek i stu­ka­ły pa­zur­ka­mi o me­tal, zdra­dził, że ru­cho­me spraw­dzia­ny sa­mo­na­praw­cze ru­szy­ły już w wie­lo­ki­lo­me­tro­wą wę­drów­kę, aby kon­tro­lo­wać każ­de spo­je­nie dźwi­ga­rów, szczel­ność ka­dłu­ba, ca­łość me­ta­lo­wych złącz. Cały sta­tek wy­peł­niał się szme­ra­mi, ru­chem, bu­dząc się, i tyl­ko jego za­ło­ga jesz­cze spa­ła.

Aż ko­lej­ny au­to­mat, po­chło­nąw­szy swo­ją ta­śmę pro­gra­mo­wą, wy­słał sy­gna­ły do cen­tra­li hi­ber­na­to­ra. W po­wiew zim­ne­go po­wie­trza wmie­szał się gaz bu­dzą­cy. Po­mię­dzy rzę­da­mi koi z pod­ło­go­wych krat dmuch­nę­ło cie­płym wia­trem. Lu­dzie jed­nak dłu­go nie chcie­li jak­by się zbu­dzić. Nie­któ­rzy po­ru­sza­li bez­wład­nie rę­ka­mi; pust­kę ich lo­do­wa­te­go snu wy­peł­nia­ły ma­ja­cze­nia i kosz­ma­ry. Któ­ryś otwo­rzył wresz­cie pierw­szy oczy. Sta­tek był już na to przy­go­to­wa­ny. Od kil­ku mi­nut do­tych­cza­so­wą ciem­ność dłu­gich ko­ry­ta­rzy po­kła­do­wych, dźwi­go­wych szy­bów, ka­jut, ste­row­ni, sta­no­wisk ro­bo­czych, ci­śnie­nio­wych ko­mór roz­pra­szał bia­ły blask sztucz­ne­go dnia. I pod­czas kie­dy hi­ber­na­tor wy­peł­niał po­mruk ludz­kich wes­tchnień i pół­przy­tom­nych ję­ków, sta­tek, jak­by w nie­cier­pli­wo­ści nie mógł do­cze­kać się ock­nię­cia za­ło­gi, za­czął wstęp­ny ma­newr ha­mo­wa­nia. Na cen­tral­nym ekra­nie uka­za­ły się smu­gi dzio­bo­we­go ognia. W do­tych­cza­so­wą mar­two­tę przy­świetl­ne­go pędu wtar­gnął wstrząs, po­tęż­na siła przy­ło­żo­na u dzio­bo­wych wy­rzut­ni usi­ło­wa­ła zgnieść osiem­na­ście ty­się­cy ton masy spo­czyn­ko­wej „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”, po­mno­żo­nych te­raz przez jego ogrom­ną szyb­kość. W ka­ju­tach kar­to­gra­ficz­nych upa­ko­wa­ne szczel­nie mapy za­trzę­sły się nie­spo­koj­nie na rol­kach. Tu i ów­dzie ru­sza­ły się, jak­by oży­wa­jąc, nie dość moc­no osa­dzo­ne przed­mio­ty; za­grze­cho­ta­ło w kam­bu­zach od zde­rza­ją­cych się na­czyń, za­chwia­ły się opar­cia pu­stych pia­no­wych fo­te­li, pasy i liny ścien­ne po­kła­dów za­czę­ły się ko­ły­sać. Stu­kot, zmie­sza­ne dźwię­ki szkła, bla­chy, pla­sty­ków falą prze­szły przez cały po­cisk od dzio­bu po rufę. Tym­cza­sem z hi­ber­na­to­ra do­cho­dził już gwar gło­sów; lu­dzie z ni­co­ści, w któ­rej trwa­li przez sie­dem mie­się­cy, po­przez krót­ki sen, wra­ca­li do jawy.

Sta­tek tra­cił szyb­kość. Pla­ne­ta za­kry­ła gwiaz­dy, cała w ru­dej weł­nie ob­ło­ków. Wy­pu­kłe lu­stro oce­anu z od­bi­ciem słoń­ca prze­su­wa­ło się co­raz wol­niej. W pole wi­dze­nia wszedł bury, upstrzo­ny kra­te­ra­mi kon­ty­nent. Lu­dzie na sta­no­wi­skach po­kła­do­wych nie wi­dzie­li nic. Głę­bo­ko pod nimi w ty­ta­no­wych trze­wiach pęd­ni na­ra­stał stłu­mio­ny ryk, ol­brzy­mi cię­żar ścią­gał pal­ce z rę­ko­je­ści. Chmu­ra, któ­ra do­sta­ła się w pro­mień od­rzu­tu, roz­sre­brzy­ła się wy­bu­chem rtę­ci, roz­pa­dła się i zni­kła. Ryk sil­ni­ków wzmógł się na chwi­lę. Ru­da­wa tar­cza roz­płasz­czy­ła się: tak pla­ne­ta prze­kształ­ca się w ląd. Wi­dać już było prze­ga­nia­ne wia­trem sier­po­wa­te wy­dmy, smu­gi lawy, roz­cho­dzą­ce się jak szpry­chy koła od naj­bliż­sze­go kra­te­ru za­gra­ły od­bi­tym po­ża­rem ra­kie­to­wych dysz, sil­niej­szym od sło­necz­ne­go.

– Cała moc na osi. Sta­tycz­ny ciąg.

Strzał­ki le­ni­wie prze­su­wa­ły się w na­stęp­ny sek­tor ska­li. Ma­newr prze­szedł bez­błęd­nie. Sta­tek, jak od­wró­co­ny wul­kan zio­ną­cy ogniem, wi­siał pół mili nad ospo­wa­tą płasz­czy­zną z uto­pio­ny­mi w pia­skach skal­ny­mi grzę­da­mi.

– Cała moc na osi. Zmniej­szyć sta­tycz­ny ciąg.

Wi­dać już było miej­sce, w któ­rym bu­cha­ją­ca pio­no­wo w dół fala od­rzu­tu bije w grunt. Pod­nio­sła się tam ruda bu­rza pia­sku. Z rufy strze­la­ły fio­le­to­we bły­ska­wi­ce, bez­dź­więcz­ne z po­zo­ru, bo grzmo­ty po­chła­nia­ły sil­niej­szy od nich ryk ga­zów. Róż­ni­ca po­ten­cja­łów wy­rów­na­ła się, bły­ska­wi­ce zni­kły. Ja­kaś ścian­ka dzio­bo­wa roz­ję­cza­ła się, do­wód­ca wska­zał ją ru­chem gło­wy in­ży­nie­ro­wi: re­zo­nans. Trze­ba usu­nąć. Ale nikt się nie ode­zwał, pęd­nie wyły, sta­tek opa­dał, te­raz już bez jed­ne­go drgnie­nia, jak za­wie­szo­na na nie­wi­dzial­nych li­nach sta­lo­wa góra.

– Pół mocy na osi. Mały sta­tycz­ny ciąg.

Ko­li­sty­mi pier­ście­nia­mi jak bał­wa­ny praw­dzi­we­go mo­rza na wszyst­kie stro­ny gna­ły dy­mią­ce fale pu­styn­ne­go pia­chu. Epi­cen­trum tra­fio­ne z nie­wiel­kiej od­le­gło­ści krza­cza­stym pło­mie­niem wy­lo­tów nie dy­mi­ło już. Pia­sek znikł, prze­isto­czył się w lu­stro bą­bli­stej czer­wie­ni, w ki­pią­ce je­zio­ro sto­pio­nej krze­mion­ki, w słup ja­zgo­cą­cych eks­plo­zji, aż wy­pa­ro­wał. Ob­na­żo­ny jak kość sta­ry ba­zalt pla­ne­ty za­czął mięk­nąć.

– Sto­sy na ja­ło­wy bieg. Zim­ny ciąg.

Błę­kit ognia ato­mo­we­go zgasł. Z dysz try­snę­ły sko­śne pro­mie­nie bo­ro­wo­do­rów i w jed­nej chwi­li pu­sty­nię, ścia­ny skal­nych kra­te­rów i chmu­ry nad nimi za­la­ła upior­na zie­leń. Ba­zal­to­we pod­ło­że, na któ­rym mia­ła osiąść sze­ro­ka rufa „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”, nie za­gra­ża­ło już sto­pie­niem.

– Sto­sy zero. Zim­nym cią­giem do lą­do­wa­nia.

Wszyst­kie ser­ca ude­rzy­ły ży­wiej, gło­wy po­chy­li­ły się nad in­stru­men­ta­mi, rę­ko­je­ści spo­tnia­ły w skur­czo­nych pal­cach. Sa­kra­men­tal­ne sło­wa ozna­cza­ły, że nie bę­dzie już od­wro­tu, że nogi sta­ną na praw­dzi­wym grun­cie, niech­by to był pia­sek pu­styn­ne­go glo­bu, ale bę­dzie tam wschód i za­chód słoń­ca, ho­ry­zont i chmu­ry, i wiatr.

– Lą­do­wa­nie punk­to­we w na­dirze.

Sta­tek pe­łen był prze­cią­głe­go jęku tur­bin tło­czą­cych ma­te­riał pęd­ny w dół. Zie­lo­ny, stoż­ko­wa­to roz­cho­dzą­cy się słup ognia po­łą­czył go z dy­mią­cą ska­łą. Ze wszyst­kich stron pod­nio­sły się chmu­ry pia­sku, ośle­pi­ły pe­ry­skop środ­ko­wych po­kła­dów, tyl­ko w ste­row­ni na ekra­nach ra­da­rów nie­zmien­nie po­ja­wia­ły się i ga­sły wzdłuż pro­mie­ni wo­dzą­cych za­ry­sy kra­jo­bra­zu, to­ną­ce w taj­fu­no­wym cha­osie.

– Stop przy sty­ku.

Ogień ko­tło­wał się bun­tow­ni­czo pod rufą przy­tła­cza­ny mi­li­metr po mi­li­me­trze osu­wa­ją­cym się nań ciel­skiem ra­kie­ty, zie­lo­ne pie­kło strze­la­ło dłu­gi­mi bryź­nię­cia­mi w głąb dy­go­cą­cych pia­sko­wych chmur. Roz­ziew mię­dzy rufą a opa­lo­nym ba­zal­tem ska­ły stał się wą­ską szcze­li­ną, li­nią zie­lo­ne­go pa­ła­nia.

– Zero i zero. Wszyst­kie sil­ni­ki stop.

Dzwon. Jed­no je­dy­ne ude­rze­nie, jak­by ol­brzy­mie­go, pęk­nię­te­go ser­ca. Ra­kie­ta sta­ła. Głów­ny in­ży­nier stał z rę­ka­mi na dwu rę­ko­je­ściach awa­ryj­ne­go od­rzu­tu: ska­ła mo­gła się pod­dać. Cze­ka­li. Strzał­ki se­kun­do­mie­rzy po­ru­sza­ły się da­lej swo­im owa­dzim ru­chem. Do­wód­ca pa­trzał przez chwi­lę na wskaź­nik pio­nu; jego sre­brzy­ste świa­teł­ko ani tro­chę nie od­chy­li­ło się na bok od czer­wo­ne­go zera. Mil­cze­li. Roz­grza­ne do wi­śnio­we­go żaru dy­sze za­czy­na­ły się kur­czyć, wy­da­jąc sze­reg cha­rak­te­ry­stycz­nych od­gło­sów po­dob­nych do chra­pli­we­go po­stę­ki­wa­nia. Czer­wo­na­wa chmu­ra wzbi­ta na set­ki me­trów opa­da­ła. Wy­ło­nił się z niej tępy wierz­cho­łek „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”, jego boki, osma­lo­ne tar­ciem at­mos­fe­rycz­nym i po­dob­ne przez to bar­wą do sta­rej ska­ły, chro­pa­wy, po­dwój­ny pan­cerz; rudy kurz wciąż jesz­cze kłę­bił się i wi­ro­wał u rufy, ale sam sta­tek znie­ru­cho­miał już na do­bre, jak­by stał się czę­ścią pla­ne­ty i te­raz krą­żył ra­zem z jej po­wierzch­nią le­ni­wym ru­chem trwa­ją­cym od wie­ków pod fio­le­to­wym nie­bem, w któ­rym wid­nia­ły naj­sil­niej­sze gwiaz­dy, nik­ną­ce tyl­ko w bez­po­śred­nim po­bli­żu czer­wo­ne­go słoń­ca.

– Nor­mal­na pro­ce­du­ra?

Astro­ga­tor wy­pro­sto­wał się znad książ­ki po­kła­do­wej, gdzie w po­ło­wie kar­ty wpi­sał umow­ny znak lą­do­wa­nia, go­dzi­nę i do­dał obok w ru­bry­ce na­zwę pla­ne­ty: „Re­gis III”.

– Nie, Ro­han. Za­cznie­my od trze­cie­go stop­nia.

Ro­han sta­rał się nie oka­zać zdzi­wie­nia.

– Tak jest. Cho­ciaż… – do­dał z po­ufa­ło­ścią, na któ­rą Hor­pach mu nie­raz po­zwa­lał – wo­lał­bym nie być tym, któ­ry po­wie to lu­dziom.

Astro­ga­tor, jak­by nie sły­sząc słów swe­go ofi­ce­ra, wziął go za ra­mię i pod­pro­wa­dził do ekra­nu jak do okna. Od­gar­nię­ty na boki od­rzu­tem lą­do­wa­nia pia­sek ufor­mo­wał ro­dzaj płyt­kiej ko­tli­ny zwień­czo­nej osy­pu­ją­cy­mi się diu­na­mi. Z wy­so­ko­ści osiem­na­stu pię­ter pa­trzy­li przez trój­barw­ną płasz­czy­znę elek­tro­no­wych im­pul­sów two­rzą­cą wier­ny ob­raz świa­ta ze­wnętrz­ne­go na skal­ną piłę od­le­głe­go o trzy mile kra­te­ru. Od za­cho­du po­chła­niał ją ho­ry­zont. Od wscho­du gro­ma­dzi­ły się pod jej ze­rwa­mi czar­ne, nie­prze­nik­nio­ne cie­nie. Sze­ro­kie rze­ki lawy, o grzbie­tach wy­nie­sio­nych nad pia­ski, mia­ły bar­wę sta­rej krwi. Jed­na sil­na gwiaz­da pło­nę­ła w nie­bie pod gór­nym obrze­żem ekra­nu. Ka­ta­klizm wy­wo­ła­ny znie­baz­stą­pie­niem „Nie­zwy­cię­żo­ne­go” mi­nął i wi­cher pu­sty­ni, gwał­tow­ny prąd po­wie­trza pły­ną­ce­go sta­le ze stref rów­ni­ko­wych ku bie­gu­no­wi pla­ne­ty, wtła­czał już pierw­sze piasz­czy­ste ję­zy­ki pod rufę stat­ku, jak­by usi­łu­jąc cier­pli­wie za­bliź­nić ranę utwo­rzo­ną przez wy­lo­to­wy ogień. Astro­ga­tor włą­czył sieć ze­wnętrz­nych mi­kro­fo­nów i zja­dli­we, da­le­kie wy­cie wraz z dźwię­kiem pia­chu szo­ru­ją­ce­go po pan­cer­zach wy­peł­ni­ło na chwi­lę wy­so­ką prze­strzeń ste­row­ni. Po­tem wy­łą­czył mi­kro­fo­ny i za­pa­dła ci­sza.

– Tak to wy­glą­da – po­wie­dział po­wo­li. – Ale „Kon­dor” nie wró­cił stąd, Ro­han. – Tam­ten za­ci­snął szczę­ki. Nie mógł spie­rać się z do­wód­cą. Prze­le­ciał z nim wie­le par­se­ków, ale nie do­szło mię­dzy nimi do przy­jaź­ni. Może róż­ni­ca wie­ku była zbyt wiel­ka. Albo prze­by­te wspól­nie nie­bez­pie­czeń­stwa za małe. Bez­względ­ny był ten czło­wiek o wło­sach pra­wie tak bia­łych jak jego odzie­nie. Stu bez mała lu­dzi trwa­ło nie­ru­cho­mo na sta­no­wi­skach po skoń­czo­nej wy­tę­żo­nej pra­cy, któ­ra po­prze­dzi­ła zbli­że­nie, trzy­sta go­dzin ha­mo­wa­nia na­gro­ma­dzo­nej w każ­dym ato­mie „Nie­zwy­cię­żo­ne­go” ener­gii ki­ne­tycz­nej, wej­ście na or­bi­tę, lą­do­wa­nie. Stu pra­wie lu­dzi, któ­rzy od mie­się­cy nie sły­sze­li od­gło­su, jaki wy­da­je wiatr, i na­uczy­li się nie­na­wi­dzić próż­ni, jak nie­na­wi­dzi jej tyl­ko ten, kto ją zna. Ale do­wód­ca o tym na pew­no nie my­ślał. Prze­szedł po­wo­li przez ste­row­nię i opie­ra­jąc rękę na opar­ciu fo­te­la, pod­nie­sio­nym już do no­we­go po­zio­mu, mruk­nął:

– Nie wie­my, co to jest, Ro­han.

I na­gle, ostro:

– Na co pan jesz­cze cze­ka?

Ro­han pod­szedł szyb­ko do pul­pi­tów roz­rzą­do­wych, włą­czył we­wnętrz­ną in­sta­la­cję i gło­sem, w któ­rym drga­ło jesz­cze stłu­mio­ne obu­rze­nie, ci­skał:

– Wszyst­kie po­zio­my, uwa­ga! Lą­do­wa­nie skoń­czo­ne. Pro­ce­du­ra na­ziem­na trze­cie­go stop­nia. Po­ziom ósmy: go­tuj ener­go­bo­ty. Po­ziom dzie­wią­ty: sto­sy ekra­no­wa­nia na roz­ruch. Tech­ni­cy osło­ny na sta­no­wi­ska. Resz­ta za­ło­gi: na wy­zna­czo­ne miej­sca ro­bo­cze. Ko­niec.

Zda­wa­ło mu się, kie­dy to mó­wił, pa­trząc w mru­ga­ją­ce zgod­nie z mo­du­la­cją gło­su zie­lo­ne oko wzmac­nia­cza, że wi­dzi ich spo­co­ne twa­rze, jak za­sty­ga­ją w na­głym zdu­mie­niu i gnie­wie unie­sio­ne ku gło­śni­kom. Te­raz do­pie­ro mu­sie­li zro­zu­mieć, do­pie­ro te­raz za­czy­na­li kląć…

– Pro­ce­du­ra na­ziem­na trze­cie­go stop­nia w toku, pa­nie astro­ga­to­rze – po­wie­dział, nie pa­trząc na sta­re­go czło­wie­ka. Ten spoj­rzał na nie­go i nie­spo­dzie­wa­nie, ką­tem ust, się uśmiech­nął:

– To tyl­ko po­czą­tek, Ro­han. Może będą jesz­cze dłu­gie spa­ce­ry o za­cho­dzie, kto wie…

Wy­jął z płyt­kiej szaf­ki ścien­nej wą­ski, wy­so­ki tom, otwo­rzył go i kła­dąc na na­je­żo­nym rę­ko­je­ścia­mi bia­łym pul­pi­cie, po­wie­dział:

– Czy­tał pan to?

– Tak.

– Ostat­ni ich sy­gnał za­re­je­stro­wa­ny przez siód­my hi­per­prze­kaź­nik do­szedł do prok­sy­mal­nej boi na za­się­gu bazy przed ro­kiem.

– Znam jego treść na pa­mięć. „Lą­do­wa­nie na Re­gis III za­koń­czo­ne. Pla­ne­ta pu­styn­na typu sub-Del­ta 92. Scho­dzi­my na ląd dru­gą pro­ce­du­rą w stre­fie rów­ni­ko­wej kon­ty­nen­tu Ewa­ny”.

– Tak. Ale to nie był ostat­ni sy­gnał.

– Wiem, pa­nie astro­ga­to­rze. Czter­dzie­ści go­dzin póź­niej hi­per­prze­kaź­nik za­re­je­stro­wał se­rię im­pul­sów, jak gdy­by nada­wa­nych Mor­se’em, ale nie­po­sia­da­ją­cych żad­ne­go sen­su, a po­tem – kil­ka­krot­nie po­wta­rza­ją­ce się, dziw­ne od­gło­sy. Ha­er­tel na­zwał je „miau­cze­niem ko­tów cią­gnię­tych za ogon”.

– Tak… – po­wie­dział astro­ga­tor, ale wi­docz­ne było, że nie słu­cha. Stał zno­wu przed ekra­nem. Nad sa­mym skra­jem pola wi­dze­nia, tuż przy ra­kie­cie, uka­za­ły się no­ży­co­wo wy­su­nię­te przę­sła po­chyl­ni, po któ­rej su­nę­ły jak na pa­ra­dzie rów­no, je­den za dru­gim, ener­go­bo­ty, trzy­dzie­sto­to­no­we ma­szy­ny po­wle­czo­ne si­li­ko­no­wym pan­ce­rzem prze­ciw­po­ża­ro­wym. W mia­rę jak speł­za­ły w dół, ich po­kry­wy roz­chy­la­ły się po­wo­li i za­ra­zem szły w górę, dzię­ki cze­mu ich prze­świt po­więk­szał się; opusz­cza­jąc po­chyl­nię, głę­bo­ko za­nu­rza­ły się w pia­chu, ale szły pew­nie, orząc wy­dmę, któ­rą wiatr wzniósł już wo­kół „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”. Roz­cho­dzi­ły się na prze­mian w jed­ną i dru­gą stro­nę, aż po upły­wie dzie­się­ciu mi­nut cały pe­ry­metr stat­ku oto­czo­ny był łań­cu­chem me­ta­lo­wych żół­wi. Znie­ru­cho­miaw­szy, każ­dy po­czął za­grze­by­wać się mia­ro­wo w pia­sku, aż znikł, i tyl­ko po­ły­skli­we plam­ki re­gu­lar­nie po­roz­miesz­cza­ne na ru­dych zbo­czach wydm wska­zy­wa­ły miej­sca, z któ­rych wy­sta­wa­ły ko­puł­ki emi­to­rów Di­ra­ca. Po­wle­czo­na pia­no­pla­sty­kiem sta­lo­wa pod­ło­ga ste­row­ni drgnę­ła pod sto­pa­mi lu­dzi. Cia­ła ich prze­szył krót­ki jak bły­ska­wi­ca, wy­raź­ny, choć le­d­wie wy­czu­wal­ny dreszcz i znikł, tyl­ko przez chwi­lę jesz­cze mro­wił mię­śnie szczęk, a wi­dzia­ny ob­raz roz­ma­zał się w oczach. Zja­wi­sko to nie trwa­ło ani pół se­kun­dy. Po­wró­ci­ła ci­sza, prze­ry­wa­na od­le­głym, pły­ną­cym z dol­nych kon­dy­gna­cji mam­ro­ta­niem uru­cha­mia­nych mo­to­rów. Pu­sty­nia, czar­no­ru­de zwa­ły skal­ne, sze­re­gi le­ni­wie peł­zną­cych fal pia­sku wy­ostrzy­ły się w ekra­nach i wszyst­ko było jak przed­tem, ale po­nad „Nie­zwy­cię­żo­nym” roz­war­ła się nie­wi­dzial­na ko­pu­ła si­ło­we­go pola, za­my­ka­jąc do­stęp do stat­ku. Na po­chyl­ni po­ja­wi­ły się, kro­cząc w dół, me­ta­lo­we kra­by, z młyn­ka­mi an­ten po­ru­sza­ją­cych się na prze­mian w lewo i w pra­wo. In­fo­ro­bo­ty, da­le­ko więk­sze od emi­to­rów pola, mia­ły spłasz­czo­ne tu­ło­wie i zgię­te, roz­cho­dzą­ce się na boki me­ta­lo­we szczu­dła. Grzę­znąc w pia­sku i jak­by z obrzy­dze­niem wy­do­by­wa­jąc zeń głę­bo­ko za­pa­da­ją­ce się koń­czy­ny, człon­ko­no­gi ro­ze­szły się i za­ję­ły miej­sca w prze­rwach łań­cu­cha ener­go­bo­tów. W mia­rę jak ope­ra­cja osło­ny się roz­wi­ja­ła, na cen­tral­nym pul­pi­cie ste­row­ni wy­ska­ki­wa­ły z ma­to­we­go tła świa­teł­ka kon­tro­l­ne, a tar­cze uda­ro­wych ze­ga­rów wy­peł­nia­ły się zie­lon­ka­wym bla­skiem. Jak­by dzie­sią­tek wiel­kich ko­cich oczu pa­trzał te­raz nie­ru­cho­mo na obu lu­dzi. Strzał­ki le­ża­ły wszę­dzie na ze­rze, świad­cząc, że nic nie pró­bu­je prze­do­stać się po­przez nie­wi­dzial­ną tamę si­ło­we­go pola. Tyl­ko wskaź­nik dys­po­zy­cji mocy su­nął co­raz wy­żej, mi­ja­jąc czer­wo­ne kre­ski gi­ga­wa­tów.

– Zej­dę te­raz na dół i zjem coś. Niech pan prze­pro­wa­dzi ste­reo­typ, Ro­han! – po­wie­dział znu­żo­nym na­gle gło­sem Hor­pach, od­ry­wa­jąc się od ekra­nu.

– Czy zdal­nie?

– Je­śli panu na tym za­le­ży, może pan wy­słać ko­goś… albo iść sam.

Z tymi sło­wy astro­ga­tor roz­su­nął drzwi i wy­szedł. Ro­han wi­dział jesz­cze chwi­lę jego pro­fil w sła­bym świe­tle win­dy, któ­ra bez­sze­lest­nie spły­nę­ła w dół. Spoj­rzał na ta­bli­cę ze­ga­rów pola. Zero. Wła­ści­wie na­le­ża­ło roz­po­cząć od fo­to­gra­me­trii, po­my­ślał. Okrą­żać pla­ne­tę tak dłu­go, aż bę­dzie się mia­ło kom­plet­ny ze­staw zdjęć. Może w ten spo­sób wy­kry­ło­by się coś. Bo ob­ser­wa­cje wi­zu­al­ne z or­bi­ty nie­wie­le są war­te; kon­ty­nen­ty to nie mo­rze, ani majt­ka­mi w bo­cia­nim gnieź­dzie nie są wszy­scy ra­zem ob­ser­wa­to­rzy u lu­net. Inna rzecz, że kom­plet zdjęć uzy­ska­ło­by się po bez mała mie­sią­cu.

Win­da wró­ci­ła. Wsiadł do niej i zje­chał na szó­sty po­ziom. Wiel­ka plat­for­ma przed ko­mo­rą ci­śnień peł­na była lu­dzi, któ­rzy wła­ści­wie nie mie­li tu już nic do ro­bo­ty, tym bar­dziej że czte­ry sy­gna­ły zwia­stu­ją­ce porę głów­ne­go po­sił­ku po­wta­rza­ły się już chy­ba od kwa­dran­sa. Roz­stę­po­wa­no się przed nim.

– Jor­dan i Blank. Pój­dzie­cie ze mną na ste­reo­typ.

– Peł­ne ska­fan­dry, pa­nie na­wi­ga­to­rze?

– Nie. Tyl­ko tle­nów­ki. I je­den ro­bot. Naj­le­piej z ark­ta­nów, żeby nam nie ugrzązł w tym cho­ler­nym pia­chu. A wy wszy­scy cze­go tu sto­icie? Stra­ci­li­ście ape­tyt?

– Chcia­ło­by się zejść, pa­nie na­wi­ga­to­rze… na ląd.

– Cho­ciaż na parę chwil…

Pod­niósł się gwar gło­sów.

– Spo­kój, chłop­cy. Przyj­dzie czas na wy­ciecz­ki. Na ra­zie mamy trze­ci sto­pień. – Roz­cho­dzi­li się nie­chęt­nie. Tym­cza­sem z to­wa­ro­we­go szy­bu wy­nu­rzył się dźwig z ro­bo­tem o gło­wę prze­wyż­sza­ją­cym naj­ro­ślej­szych lu­dzi. Jor­dan i Blank, już z apa­ra­ta­mi tle­no­wy­mi, wra­ca­li elek­trycz­nym wóz­kiem – wi­dział ich, opar­ty o po­ręcz ko­ry­ta­rza, któ­ry te­raz, gdy ra­kie­ta sta­ła na ru­fie, zmie­nił się w pio­no­wą stud­nię się­ga­ją­cą aż do pierw­szej gro­dzi ma­szy­no­wej. Czuł nad sobą i pod sobą roz­ło­ży­ste pię­tra me­ta­lu, gdzieś na sa­mym dole pra­co­wa­ły ci­cho­bież­ne prze­no­śni­ki, sły­chać było sła­be mla­ska­nie prze­wo­dów hy­drau­licz­nych, a z głę­bi czter­dzie­sto­me­tro­we­go szy­bu pły­nął mia­ro­wo po­dmuch zim­ne­go, oczysz­czo­ne­go po­wie­trza z kli­ma­ty­za­to­rów ma­szy­now­ni.

Dwaj lu­dzie ob­słu­gi ko­mo­ro­wej otwar­li przed nimi drzwi. Ro­han spraw­dził od­ru­cho­wo po­ło­że­nie pa­sów i do­cisk ma­ski. Jor­dan i Blank we­szli za nim, po czym bla­cha za­zgrzy­ta­ła cięż­ko pod stąp­nię­cia­mi ro­bo­ta. Prze­raź­li­wy, prze­cią­gły syk po­wie­trza wcią­ga­ne­go do wnę­trza stat­ku. Otwar­ła się ze­wnętrz­na kla­pa. Po­chyl­nia ma­szyn znaj­do­wa­ła się o czte­ry pię­tra ni­żej. Aby zje­chać na dół, lu­dzie po­słu­gi­wa­li się ma­łym dźwi­giem, któ­ry wy­su­nię­to już przed­tem z pan­ce­rza. Jego kra­tow­ni­ca się­ga­ła szczy­tu wy­dmy. Klat­ka dźwi­gu była otwar­ta ze wszech stron. Po­wie­trze było nie­wie­le chłod­niej­sze ani­że­li we wnę­trzu „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”. Wsie­dli we czte­rech, od­ha­mo­wa­ne ma­gne­sy pu­ści­ły i mięk­ko zje­cha­li z je­de­na­sto­pię­tro­wej wy­so­ko­ści, mi­ja­jąc ko­lej­ne sek­cje ka­dłu­ba. Ro­han od­ru­cho­wo spraw­dzał ich wy­gląd. Nie­zbyt czę­sto uda­je się poza do­kiem oglą­dać sta­tek od ze­wnątrz. Spra­co­wa­ny, po­my­ślał, wi­dząc smu­gi wże­rek od me­te­ory­tów. Miej­sca­mi pły­ty pan­cer­ne utra­ci­ły blask, jak­by nad­gry­zio­ne sil­nym kwa­sem. Win­da skoń­czy­ła krót­ki lot, osia­da­jąc mięk­ko na fali na­wia­ne­go pia­chu. Ze­sko­czy­li i za­raz za­pa­dli się po­wy­żej ko­lan. Tyl­ko ro­bot prze­zna­czo­ny do ba­dań na ośnie­żo­nych prze­strze­niach kro­czył śmiesz­nym, kacz­ko­wa­tym, lecz pew­nym cho­dem na swych ka­ry­ka­tu­ral­nie roz­płasz­czo­nych sto­pach. Ro­han ka­zał mu sta­nąć, a sam z ludź­mi uważ­nie obej­rzał wszyst­kie wy­lo­ty dysz ru­fo­wych, o ile były z ze­wnątrz do­stęp­ne.

– Przy­da im się mały szlif i prze­dmuch – po­wie­dział. Do­pie­ro wy­la­zł­szy spod rufy, za­uwa­żył, jak ogrom­ny cień rzu­ca sta­tek. Niby sze­ro­ka dro­ga cią­gnął się przez wy­dmy oświe­tlo­ne moc­no już prze­chy­lo­nym słoń­cem. W re­gu­lar­no­ści piasz­czy­stych fal był oso­bli­wy spo­kój. Ich dna peł­ne były błę­kit­ne­go cie­nia, szczy­ty ró­żo­wia­ły zmierz­chem i ten cie­pły, de­li­kat­ny róż przy­po­mniał mu ko­lo­ry, któ­re wi­dział kie­dyś w książ­ce z ob­raz­ka­mi dla dzie­ci. Taki był nie­praw­dzi­wie ła­god­ny. Po­wo­li prze­no­sił wzrok z wy­dmy na wy­dmę, od­naj­du­jąc co­raz to inne od­cie­nie brzo­skwi­nio­we­go pa­ła­nia, im dal­sze, tym bar­dziej rude, po­szat­ko­wa­ne sier­pa­mi czar­nych cie­ni, aż tam, gdzie zle­wa­jąc się w jed­ną żół­tą sza­rość, oka­la­ły groź­nie ster­czą­ce pły­ty na­gich skał wul­ka­nicz­nych. Stał tak i pa­trzał, a jego lu­dzie, bez po­śpie­chu, ru­cha­mi zauto­ma­ty­zo­wa­ny­mi przez wie­lo­let­ni na­wyk, ro­bi­li sa­kra­men­tal­ne po­mia­ry, za­my­ka­li w ma­łych po­jem­ni­kach prób­ki po­wie­trza i pia­sku, mie­rzy­li ra­dio­ak­tyw­ność grun­tu prze­no­śną son­dą, któ­rej wiert­ni­czy kor­pus pod­trzy­my­wał ark­tan. Ro­han nie zwra­cał na ich krzą­ta­nie się żad­nej uwa­gi. Ma­ska obej­mo­wa­ła tyl­ko nos i usta, oczy i całą gło­wę miał wol­ną, bo zdjął z niej płyt­ki hełm ochron­ny. Czuł wiatr we wło­sach, osia­da­nie de­li­kat­nych zia­re­nek pia­sku na twa­rzy, jak ła­sko­cząc, wci­ska­ły się mię­dzy pla­sty­ko­we obrze­że i po­licz­ki. Nie­spo­koj­ne po­ry­wy ło­po­ta­ły no­gaw­ka­mi kom­bi­ne­zo­nu, wiel­ki, jak obrzę­kły, dysk słoń­ca, w któ­ry moż­na było pa­trzeć chy­ba se­kun­dę bez­kar­nie, tkwił te­raz za sa­mym czub­kiem ra­kie­ty. Wiatr świ­stał prze­cią­gle, pole si­ło­we nie po­wstrzy­my­wa­ło ru­chu ga­zów, dla­te­go nie mógł w ogó­le do­strzec, gdzie wsta­je z pia­sków jego nie­wi­dzial­na ścia­na. Ol­brzy­mi ob­szar, któ­ry ogar­niał spoj­rze­niem, był mar­twy, jak­by ni­g­dy nie sta­nę­ła na nim ludz­ka sto­pa, jak­by to nie była pla­ne­ta, któ­ra po­chło­nę­ła sta­tek kla­sy „Nie­zwy­cię­żo­ne­go” z osiem­dzie­się­cio­oso­bo­wą za­ło­gą, ol­brzy­mie­go, do­świad­czo­ne­go że­gla­rza próż­ni, zdol­ne­go w ułam­ku se­kun­dy roz­wi­nąć moc mi­liar­dów ki­lo­wa­tów, prze­two­rzyć ją w pola ener­ge­tycz­ne, któ­rych nie prze­bi­je żad­ne cia­ło ma­te­rial­ne, skon­cen­tro­wać ją w nisz­czą­cych pro­mie­niach o tem­pe­ra­tu­rze gwiazd, któ­re mogą ob­ró­cić w perzy­nę łań­cuch gór­ski lub wy­su­szyć mo­rze. A jed­nak zgi­nął tu ów sta­lo­wy or­ga­nizm zbu­do­wa­ny na Zie­mi, płód wie­lo­wie­ko­we­go roz­kwi­tu tech­no­lo­gii, i znikł w nie­wia­do­my spo­sób, bez śla­du, bez sy­gna­łu SOS, jak­by roz­pły­nął się w tej ru­dej i sza­rej pu­st­ce.

I cały ten kon­ty­nent wy­glą­da tak samo – po­my­ślał. Pa­mię­tał go do­brze. Wi­dział z wy­so­ko­ści ospę kra­te­rów i je­dy­ny ruch, jaki wśród nich czu­wał – nie­ustan­ne, po­wol­ne prze­pły­wa­nie ob­ło­ków wlo­ką­cych swe cie­nie po­przez nie­skoń­czo­ne ła­wi­ce wydm.

– Ak­tyw­ność? – spy­tał, nie od­wra­ca­jąc się.

– Zero, zero i dwa – od­po­wie­dział Jor­dan i pod­niósł się z ko­lan. Miał za­czer­wie­nio­ną twarz, oczy mu błysz­cza­ły. Ma­ska znie­kształ­ca­ła brzmie­nie gło­su.

To zna­czy – mniej niż nic – po­my­ślał. Zresz­tą tam­ci nie zgi­nę­li­by przez tak gru­bą nie­ostroż­ność, au­to­ma­tycz­ne czuj­ni­ki pod­nio­sły­by alarm, na­wet gdy­by nikt się nie za­trosz­czył o ste­reo­typ ba­dań.

– At­mos­fe­ra?

– Azo­tu sie­dem­dzie­siąt osiem pro­cent, ar­go­nu dwa pro­cent, dwu­tlen­ku wę­gla zero, me­ta­nu czte­ry pro­cent, resz­ta to tlen.

– Szes­na­ście pro­cent tle­nu!? Na pew­no?

– Na pew­no.

– Ra­dio­ak­tyw­ność po­wie­trza?

– Prak­tycz­nie zero.

To było dziw­ne. Tyle tle­nu! Ta wia­do­mość ze­lek­try­zo­wa­ła go. Pod­szedł do ro­bo­ta, któ­ry na­tych­miast pod­su­nął mu przed oczy ka­se­tę ze wskaź­ni­ka­mi. – Może pró­bo­wa­li obejść się bez apa­ra­tów tle­no­wych – po­my­ślał bez­sen­sow­nie, bo wie­dział, że tak nie mo­gło być. To praw­da, zda­rza­ło się cza­sem, że któ­ryś czło­wiek bar­dziej od in­nych drę­czo­ny gło­dem po­wro­tu wbrew roz­ka­zom zdej­mo­wał ma­skę, bo ota­cza­ją­ce po­wie­trze wy­da­wa­ło się prze­cież tak czy­ste, tak świe­że – i ule­gał za­tru­ciu. To jed­nak mo­gło zda­rzyć się ja­kie­muś jed­ne­mu, dwóm naj­wy­żej.

– Ma­cie już wszyst­ko? – spy­tał.

– Tak.

– Wra­caj­cie – po­wie­dział do nich.

– A pan?

– Zo­sta­nę jesz­cze. Wra­caj­cie – po­wtó­rzył nie­cier­pli­wie. Chciał być już sam. Blank za­rzu­cił na ra­mię zwią­za­ne pa­skiem uchwy­ty po­jem­ni­ków, Jor­dan po­dał ro­bo­to­wi son­dę i ode­szli, brnąc cięż­ko; ark­tan czła­pał za nimi, tak po­dob­ny z tyłu do za­ma­sko­wa­ne­go czło­wie­ka.

Ro­han pod­szedł ku skraj­nej wy­dmie. Z bli­ska zo­ba­czył wy­sta­ją­cy z pia­sku, roz­sze­rzo­ny u koń­ca wy­lot emi­to­ra, któ­ry wy­twa­rzał ochron­ne pole si­ło­we. Nie tyle, by spraw­dzić jego obec­ność, ale po pro­stu z dzie­cin­nej chęt­ki za­czerp­nął garść pia­chu i ci­snął ją przed sie­bie. Po­le­cia­ła smuż­ką i jak­by na­tknąw­szy się na nie­wi­dzial­ne, po­chy­łe szkło, osy­pa­ła się pio­no­wo na zie­mię.

Aż go ręce świerz­bia­ły, żeby zdjąć ma­skę. Znał to do­brze. Wy­pluć pla­sty­ko­wy ust­nik, ze­rwać pa­ski, wy­peł­nić całą pierś po­wie­trzem, za­cią­gnąć się nim aż do dna płuc…

Roz­kle­jam się – po­my­ślał i wol­no za­wró­cił ku stat­ko­wi. Klat­ka dźwi­gu cze­ka­ła, pu­sta, z plat­for­mą za­głę­bio­ną mięk­ko w wy­dmie, a wiatr zdą­żył przez kil­ka mi­nut jego nie­obec­no­ści po­wlec jej bla­chy cien­ką war­stew­ką na­wia­ne­go pia­sku.

Już w głów­nym ko­ry­ta­rzu pią­te­go po­zio­mu spoj­rzał na ścien­ny in­for­ma­tor. Do­wód­ca był w ka­ju­cie gwiaz­do­wej. Po­je­chał na górę.

– Jed­nym sło­wem – sie­lan­ka? – pod­su­mo­wał astro­ga­tor jego sło­wa. – Żad­nej ra­dio­ak­tyw­no­ści, żad­nych spor, bak­te­rii, ple­śni, wi­ru­sów, nic – tyl­ko ten tlen… Prób­ki trze­ba w każ­dym ra­zie dać na po­żyw­ki.

– Już są w la­bo­ra­to­rium. Być może ży­cie roz­wi­ja się tu na in­nych kon­ty­nen­tach – za­uwa­żył Ro­han bez prze­ko­na­nia.

– Wąt­pię. In­so­la­cja poza stre­fą rów­ni­ko­wą jest sła­ba; nie wi­dział pan gru­bo­ści cza­pek bie­gu­no­wych? Rę­czę, że jest tam co naj­mniej osiem, je­śli nie dzie­sięć ki­lo­me­trów lo­do­wej po­kry­wy. Już ra­czej oce­an, ja­kieś wo­do­ro­sty, glo­ny – ale dla­cze­go ży­cie nie wy­szło z wody na ląd?

– Trze­ba bę­dzie do tej wody zaj­rzeć – po­wie­dział Ro­han.

– Za wcze­śnie py­tać na­szych lu­dzi, ale pla­ne­ta wy­glą­da mi na sta­rą. Ta­kie zmur­sza­łe jajo musi mieć ze sześć mi­liar­dów lat. Zresz­tą słoń­ce też ka­wał cza­su temu wy­szło z okre­su świet­no­ści. To pra­wie czer­wo­ny ka­rzeł. Tak, ta nie­obec­ność ży­cia na lą­dzie jest za­sta­na­wia­ją­ca. Szcze­gól­ny ro­dzaj ewo­lu­cji, któ­ra nie może znieść su­szy. No tak. To by wy­ja­śnia­ło obec­ność tle­nu, ale nie spra­wę „Kon­do­ra”.

– Ja­kieś for­my ży­cia, ja­kieś isto­ty pod­wod­ne kry­ją­ce się w oce­anie, któ­re wy­two­rzy­ły tam cy­wi­li­za­cję na dnie – pod­su­nął myśl Ro­han. Obaj pa­trzy­li na wiel­ką mapę pla­ne­ty, w pro­jek­cji Mer­ka­to­ra, nie­do­kład­ną, bo ry­so­wa­ną w opar­ciu o dane au­to­ma­tycz­nych sond z ze­szłe­go wie­ku. Uka­zy­wa­ła je­dy­nie za­ry­sy głów­nych kon­ty­nen­tów i mórz, li­nie za­się­gu czap po­lar­nych i kil­ka naj­więk­szych kra­te­rów. W siat­ce prze­ci­na­ją­cych się po­łu­dni­ków i rów­no­leż­ni­ków wid­niał ob­wie­dzio­ny czer­wo­nym kół­kiem punkt, pod ósmym stop­niem pół­noc­nej sze­ro­ko­ści – miej­sce, w któ­rym wy­lą­do­wa­li. Astro­ga­tor prze­su­nął nie­cier­pli­wie pa­pier na sto­le ma­po­wym.

– Sam pan w to nie wie­rzy – żach­nął się. – Tres­sor nie mógł być głup­szy od nas, nie dał­by się żad­nym pod­wod­nym, bzdu­ra. A zresz­tą gdy­by na­wet ist­nia­ły ro­zum­ne isto­ty wod­ne, jed­ną z pierw­szych rze­czy, jaką by zro­bi­ły, sta­no­wi­ło­by opa­no­wa­nie lądu. Ot, po­wiedz­my, choć­by w ska­fan­drach wy­peł­nio­nych wodą… Zu­peł­na bzdu­ra – po­wtó­rzył, nie aby uni­ce­stwić do resz­ty kon­cept Ro­ha­na, ale po­nie­waż my­ślał już o czymś in­nym.

– Po­sto­imy tu ja­kiś czas – za­kon­klu­do­wał wresz­cie i do­tknął dol­ne­go brze­gu mapy, któ­ra z lek­kim furk­nię­ciem zwi­nę­ła się i zni­kła w jed­nym z po­zio­mych re­ga­łów wiel­kie­go map­ni­ka. – Po­cze­ka­my i zo­ba­czy­my.

– A je­śli nie? – spy­tał Ro­han ostroż­nie. – Po­szu­ka­my ich…?

– Ro­han, bądź­że pan roz­sąd­ny. Szó­sty gwiaz­do­wy rok i ta­kie – astro­ga­tor szu­kał wła­ści­we­go okre­śle­nia, nie zna­lazł go i za­stą­pił je lek­ce­wa­żą­cym ru­chem ręki. – Pla­ne­ta jest wiel­ko­ści Mar­sa. Jak mamy ich szu­kać? To zna­czy „Kon­do­ra” – po­pra­wił się.

– No tak, grunt jest że­la­zi­sty… – nie­chęt­nie przy­znał Ro­han. W sa­mej rze­czy ana­li­zy wy­ka­za­ły spo­rą do­miesz­kę tlen­ków że­la­zo­wych w pia­sku. Wskaź­ni­ki fer­ro­in­duk­cyj­ne były więc na nic. Nie wie­dząc, co po­wie­dzieć, za­milkł. Prze­ko­na­ny był, że do­wód­ca znaj­dzie w koń­cu ja­kieś wyj­ście. Nie wró­cą prze­cież z pu­sty­mi rę­ka­mi, bez żad­nych re­zul­ta­tów. Cze­kał, pa­trząc na wy­su­nię­te spod czo­ła krza­cza­ste brwi Hor­pa­cha.

– Praw­dę mó­wiąc, nie wie­rzę, żeby to cze­ka­nie przez 48 go­dzin co­kol­wiek nam dało, ale re­gu­la­min tego wy­ma­ga – to­nem nie­spo­dzie­wa­ne­go zwie­rze­nia ode­zwał się astro­ga­tor. – Niech pan sia­da, Ro­han. Stoi pan nade mną jak wy­rzut su­mie­nia. Re­gis jest naj­idio­tycz­niej­szym miej­scem, ja­kie so­bie moż­na wy­obra­żać. Szczyt bez po­trze­by. Nie wia­do­mo, po co wy­sła­no tu „Kon­do­ra” – zresz­tą mniej­sza o to, sko­ro sta­ło się.

Urwał. Był w złym hu­mo­rze i jak zwy­kle sta­wał się wte­dy wy­mow­ny i wcią­gał ła­two w dys­ku­sję, na­wet po­ufa­łą, co było za­wsze tro­chę nie­bez­piecz­ne, bo w każ­dej chwi­li mógł uciąć roz­mo­wę ja­kąś zło­śli­wo­ścią.

– Jed­nym sło­wem, tak czy owak mu­si­my coś ro­bić. Wie pan co? Niech mi pan wpro­wa­dzi parę ma­łych fo­to­ob­ser­wa­to­rów na or­bi­tę rów­ni­ko­wą. Ale żeby była uczci­wie ko­ło­wa i cia­sna. Tak z sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów.

– To jesz­cze w ob­rę­bie jo­nos­fe­ry – za­pro­te­sto­wał Ro­han. – Spa­lą się po kil­ku­dzie­się­ciu okrą­że­niach…

– Niech się spa­lą. Ale przed­tem sfo­to­gra­fu­ją, co się da. Ra­dził­bym panu za­ry­zy­ko­wać na­wet sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Spło­ną może już w dzie­sią­tym okrą­że­niu, ale tyl­ko zdję­cia ro­bio­ne z ta­kiej wy­so­ko­ści mogą coś dać. Wie pan, jak wy­glą­da ra­kie­ta wi­dzia­na ze stu ki­lo­me­trów na­wet przez naj­lep­szy te­le­obiek­tyw? Głów­ka szpil­ki jest przy niej ca­łym gór­skim ma­sy­wem. Niech pan to za­raz… Ro­han!

Na ten okrzyk na­wi­ga­tor od­wró­cił się, już od drzwi. Do­wód­ca rzu­cił na stół pro­to­kół z wy­ni­ka­mi ana­liz.

– Co to jest!? Co to zno­wu za idio­tyzm? Kto to pi­sał?

– Au­to­mat. O co cho­dzi? – spy­tał Ro­han, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, bo i w nim już pod­ry­wał się gniew. Bę­dzie mi tu te­raz zrzę­dził! – po­my­ślał, zbli­ża­jąc się umyśl­nie po­wo­li.

– Niech pan czy­ta. Tu. O, tu.

– Me­ta­nu czte­ry pro­cent – prze­czy­tał Ro­han. I sam na­gle osłu­piał.

– Me­ta­nu czte­ry pro­cent, co? A tle­nu szes­na­ście? Wie pan, co to jest? Mie­sza­ni­na pio­ru­nu­ją­ca! Może mi pan wy­tłu­ma­czy, dla­cze­go cała at­mos­fe­ra nie wy­bu­chła, kie­dy­śmy sia­da­li na bo­ro­wo­do­rach?

– Rze­czy­wi­ście… nie ro­zu­miem – wy­beł­ko­tał Ro­han. Pod­biegł szyb­ko do pul­pi­tu kon­tro­li ze­wnętrz­nej, wpu­ścił przez czuj­ni­ki ssa­wy tro­chę ze­wnętrz­nej at­mos­fe­ry i pod­czas kie­dy astro­ga­tor prze­cha­dzał się w zło­wiesz­czym mil­cze­niu po ste­row­ni, pa­trzał, jak ana­li­za­to­ry gor­li­wie po­stu­ku­ją szkla­ny­mi na­czy­nia­mi.

– No i co?!

– To samo. Me­ta­nu czte­ry pro­cent… tle­nu szes­na­ście – po­wie­dział Ro­han. Wpraw­dzie zu­peł­nie nie ro­zu­miał, jak to jest moż­li­we, ale od­czuł jed­nak za­do­wo­le­nie: przy­naj­mniej Hor­pach nie bę­dzie mógł te­raz nic mu za­rzu­cić.

– Po­każ no pan! Hm. Me­ta­nu czte­ry, no, niech mię dia­bli… do­brze. Ro­han, son­dy na or­bi­tę, a po­tem pro­szę przyjść do ma­łe­go labu. Osta­tecz­nie, od cze­go mamy uczo­nych! Niech so­bie gło­wy ła­mią.

Ro­han zje­chał na dół, wziął dwóch tech­ni­ków ra­kie­to­wych i po­wtó­rzył im po­le­ce­nie astro­ga­to­ra. Wró­cił po­tem na dru­gi po­ziom. Mie­ści­ły się tu la­bo­ra­to­ria i ka­ju­ty fa­chow­ców. Po ko­lei mi­jał wą­skie, wpra­so­wa­ne w me­tal drzwi z ta­blicz­ka­mi dwu­li­te­ro­wy­mi „G.I.”, „G.F.”, „G.T.”, „G.B.” i cały rząd in­nych. Drzwi ma­łe­go la­bo­ra­to­rium były sze­ro­ko otwar­te; przez mo­no­ton­ne gło­sy uczo­nych od cza­su do cza­su prze­bi­jał się bas astro­ga­to­ra. Ro­han sta­nął u pro­gu. Byli tu wszy­scy „Głów­ni” – Głów­ny In­ży­nier, Bio­log, Fi­zyk, Le­karz i wszy­scy Tech­no­lo­go­wie z ma­szy­now­ni. Astro­ga­tor sie­dział, mil­cząc te­raz, w skraj­nym fo­te­lu pod elek­tro­no­wym pro­gra­mi­stą pod­ręcz­nej ma­szy­ny cy­fro­wej, a oliw­ko­wy Mo­de­ron ze sple­cio­ny­mi rę­ka­mi, ma­ły­mi jak u dziew­czyn­ki, mó­wił:

– Nie je­stem spe­cja­li­stą od che­mii ga­zów. W każ­dym ra­zie to nie jest praw­do­po­dob­nie zwy­kły me­tan. Ener­gia wią­zań jest inna; róż­ni­ca w set­nym miej­scu tyl­ko, ale jest. Re­agu­je z tle­nem do­pie­ro w obec­no­ści ka­ta­li­za­to­rów, a i to nie­chęt­nie.

– Ja­kie­go po­cho­dze­nia jest ten me­tan? – spy­tał Hor­pach. Krę­cił młyn­ka pal­ca­mi.

– Wę­giel jest w nim w każ­dym ra­zie po­cho­dze­nia or­ga­nicz­ne­go. Nie­wie­le tego, ale nie ma wąt­pli­wo­ści…

– Są izo­to­py? Jaki wiek? Jaki sta­ry jest ten me­tan?

– Od dwóch do pięt­na­stu mi­lio­nów lat.

– Co za prze­dział!

– Mie­li­śmy pół go­dzi­ny cza­su. Nic wię­cej nie mogę po­wie­dzieć.

– Dok­to­rze Qu­astler! Skąd bie­rze się ten me­tan?

– Nie wiem.

Hor­pach po­pa­trzył po ko­lei na swo­ich spe­cja­li­stów. Moż­na było są­dzić, że wy­buch­nie, ale na­gle się uśmiech­nął.

– Pa­no­wie, je­ste­ście prze­cież ludź­mi do­świad­czo­ny­mi. La­ta­my ra­zem nie od wczo­raj. Pro­szę o wa­sze zda­nie. Co mamy te­raz zro­bić? Od cze­go za­cząć?

Po­nie­waż nikt nie kwa­pił się z za­bra­niem gło­su, bio­log Jop­pe, je­den z nie­licz­nych, któ­rzy nie lę­ka­li się gniew­li­wo­ści Hor­pa­cha, po­wie­dział, pa­trząc spo­koj­nie w oczy do­wód­cy:

– To nie jest zwy­kła pla­ne­ta kla­sy sub-Del­ta 92. Gdy­by była taka, „Kon­dor” nie zgi­nął­by. Po­nie­waż miał na po­kła­dzie fa­chow­ców, ani gor­szych, ani lep­szych od nas, je­dy­ną rze­czą, jaką wie­my na pew­no, jest to, że ich wie­dza oka­za­ła się nie­wy­star­cza­ją­ca, aby za­po­biec ka­ta­stro­fie. Z tego wnio­sek, że mu­si­my utrzy­mać trze­ci sto­pień pro­ce­du­ry i zba­dać ląd i oce­an. My­ślę, że trze­ba roz­po­cząć wier­ce­nia geo­lo­gicz­ne, a rów­no­cze­śnie za­jąć się tu­tej­szą wodą. Wszyst­ko inne by­ło­by hi­po­te­za­mi; nie mo­że­my so­bie w tej sy­tu­acji po­zwo­lić na taki luk­sus.

– Do­brze – Hor­pach za­ci­snął szczę­ki. – Wier­ce­nia w pe­ry­me­trze pola si­ło­we­go nie są pro­ble­mem. Zaj­mie się tym dok­tor No­wik.

Głów­ny Geo­log ski­nął gło­wą.

– Co do oce­anu… jak da­le­ko jest li­nia brze­go­wa, Ro­han?

– Oko­ło dwu­stu ki­lo­me­trów… – po­wie­dział na­wi­ga­tor, wca­le nie zdzi­wio­ny tym, że do­wód­ca wie o jego obec­no­ści, cho­ciaż go nie wi­dzi: Ro­han stał kil­ka kro­ków za jego ple­ca­mi, u drzwi.

– Tro­chę da­le­ko. Ale nie bę­dzie­my już ru­szać „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”. Weź­mie pan tylu lu­dzi, ilu pan uzna za wska­za­ne, Ro­han, Fitz­pa­tri­ka, czy jesz­cze ja­kie­goś oce­ano­lo­ga, i sześć ener­go­bo­tów re­zer­wy. Po­je­dzie pan z tym na brzeg. Dzia­łać bę­dzie­cie tyl­ko pod si­ło­wą osło­ną; żad­nych wy­cie­czek po mo­rzu, żad­nych nur­ko­wań. Au­to­ma­ta­mi też pro­szę nie sza­fo­wać – nie mamy ich zbyt wie­le. Ja­sne? Więc może pan za­cząć. Aha, jesz­cze jed­no. Czy tu­tej­sza at­mos­fe­ra na­da­je się do od­dy­cha­nia?

Le­ka­rze po­szep­ta­li mię­dzy sobą.

– W za­sa­dzie tak – po­wie­dział wresz­cie Stor­mont, ale jak gdy­by bez więk­sze­go prze­ko­na­nia.

– Co to zna­czy „w za­sa­dzie”? Moż­na czy nie moż­na od­dy­chać?

– Taka ilość me­ta­nu nie jest obo­jęt­na. Po pew­nym cza­sie na­stą­pi wy­sy­ce­nie krwi i może to dać pew­ne lek­kie ob­ja­wy mó­zgo­we. Oszo­ło­mie­nia… ale do­pie­ro po go­dzi­nie, może po kil­ku go­dzi­nach.

– A czy nie wy­star­czy ja­kiś po­chła­niacz me­ta­nu?

– Nie, astro­ga­to­rze. To zna­czy nie opła­ci się pro­du­ko­wać po­chła­nia­czy, bo trze­ba by je czę­sto zmie­niać, a poza tym pro­cent tle­nu jest jed­nak do­syć ni­ski. Oso­bi­ście je­stem za apa­ra­ta­mi tle­no­wy­mi.

– Mhm. Inni pa­no­wie też?

Wit­te i El­djarn ski­nę­li gło­wa­mi. Hor­pach wstał.

– A za­tem roz­po­czy­na­my. Ro­han! Co z son­da­mi?

– Za­raz bę­dzie­my je wy­rzu­cać. Czy mogę jesz­cze skon­tro­lo­wać or­bi­ty, za­nim wy­ru­szę?

– Może pan.

Ro­han wy­szedł, po­zo­sta­wia­jąc za sobą gwar la­bo­ra­to­rium. Kie­dy wszedł do ste­row­ni, słoń­ce wła­śnie za­cho­dzi­ło. Tak ciem­ny, że fio­le­to­wą pra­wie pur­pu­rą na­bie­gły rą­bek jego tar­czy wy­ci­nał na ho­ry­zon­cie z nad­na­tu­ral­ną wy­ra­zi­sto­ścią zę­ba­ty kon­tur kra­te­ru. Nie­bo, gę­ste w tej oko­li­cy Ga­lak­ty­ki od gwiazd, zda­wa­ło się te­raz jak­by wy­ol­brzy­mio­ne. Co­raz ni­żej roz­bły­ski­wa­ły wiel­kie kon­ste­la­cje, po­chła­nia­jąc nik­ną­cą w mro­kach pu­sty­nię. Ro­han po­łą­czył się z dzio­bo­wą wy­rzut­nią sa­te­li­tar­ną. Wła­śnie za­rzą­dzo­no wy­strze­le­nie pierw­szej pary fo­to­sa­te­li­tów. Na­stęp­ne mia­ły pójść w górę po go­dzi­nie. Na­za­jutrz dzien­ne i noc­ne fo­to­gra­fie obu pół­kul pla­ne­ty win­ny były dać ob­raz ca­łe­go pasa rów­ni­ko­we­go.

– Mi­nu­ta trzy­dzie­ści je­den… azy­mut sie­dem. Na­pro­wa­dzam… – po­wta­rzał w gło­śni­ku śpiew­ny głos. Ro­han ści­szył go po­krę­tłem i od­wró­cił fo­tel ku ta­bli­cy kon­tro­l­nej. Nie przy­znał­by się do tego ni­ko­mu, ale ba­wi­ła go za­wsze gra świa­teł przy wy­strze­la­niu son­dy na oko­ło­pla­ne­tar­ną or­bi­tę. Naj­pierw za­pło­nę­ły ru­bi­no­wo, bia­ło i nie­bie­sko kon­tro­l­ki bo­oste­ra. Po­tem za­mam­ro­tał au­to­mat star­to­wy. Gdy jego ty­kot urwał się na­gle, sła­be drgnie­nie prze­szło cały ka­dłub krą­żow­ni­ka. Za­ra­zem pu­sty­nia w ekra­nach po­ja­śnia­ła od fos­fo­rycz­ne­go bla­sku. Z cien­kim, na­pię­tym do osta­tecz­no­ści grzmo­tem, ob­le­wa­jąc ma­cie­rzy­sty sta­tek po­to­kiem pło­mie­ni, mi­nia­tu­ro­wy po­cisk wy­strze­lił z dzio­bo­wej wy­rzut­ni. Blask od­da­la­ją­ce­go się bo­oste­ra ło­po­tał po zbo­czach wydm co­raz sła­biej, aż zgasł. Te­raz już i sły­chać nie było ra­kiet­ki, za to fer­wor świetl­nej go­rącz­ki ogar­nął całą ta­bli­cę. Z hek­tycz­nym po­śpie­chem wy­ska­ki­wa­ły z mro­ku po­dłuż­ne świa­teł­ka kon­tro­li ba­li­stycz­nej, po­ta­ki­wa­ły im upew­nia­ją­co per­ło­we lamp­ki zdal­ne­go ste­ro­wa­nia, po­tem uka­za­ły się, na kształt ko­lo­ro­wej cho­in­ki, sy­gna­ły o ko­lej­nym od­rzu­ca­niu wy­pa­lo­nych łu­sek, i wresz­cie nad ca­łym tym tę­czu­ją­cym mro­wi­skiem za­pło­nął bia­ły, czy­sty czwo­ro­kąt, znak, że sa­te­li­ta zo­stał wpro­wa­dzo­ny na or­bi­tę. Po­środ­ku jego błysz­czą­cej śnież­nie po­wierzch­ni za­ma­ja­czy­ła wy­sep­ka sza­ro­ści i drga­jąc, uło­ży­ła się w cy­frę 67. To była wy­so­kość lotu. Ro­han spraw­dził jesz­cze ele­men­ty or­bi­ty: ale i pe­ri­geum, i apo­geum mie­ści­ły się w za­da­nych gra­ni­cach. Nie miał tu już nic do ro­bo­ty. Spoj­rzał na ze­gar po­kła­do­wy, któ­ry wska­zy­wał osiem­na­stą, po­tem na wła­ści­wy te­raz ze­gar cza­su lo­kal­ne­go – go­dzi­na je­de­na­sta w nocy. Za­mknął na chwi­lę oczy. Był rad temu wy­pa­do­wi nad oce­an. Lu­bił dzia­łać sam. Czuł sen­ność i głód. Roz­wa­żał chwi­lę, czy nie przy­da­ła­by się pa­styl­ka trzeź­wią­ca. Ale uznał, że wy­star­czy sama ko­la­cja. Wsta­jąc, po­czuł, jaki jest zmę­czo­ny, zdzi­wił się i to zdzi­wie­nie już go tro­chę otrzeź­wi­ło. Zje­chał na dół do mesy. Byli tam już jego nowi lu­dzie – dwaj kie­row­cy po­dusz­ko­wych trans­por­te­rów, mię­dzy nimi Jarg, któ­re­go lu­bił za nie­usta­ją­cy do­bry hu­mor, był tam i Fitz­pa­trik z dwo­ma ko­le­ga­mi, Bro­zą i Ko­echli­nem, koń­czy­li ko­la­cję, kie­dy Ro­han do­pie­ro za­ma­wiał go­rą­cą zupę, wyj­mo­wał z po­daj­ni­ka ścien­ne­go chleb i flasz­ki bez­al­ko­ho­lo­we­go piwa. Szedł z tym wszyst­kim na tacy do sto­łu, kie­dy pod­ło­ga le­ciut­ko drgnę­ła. „Nie­zwy­cię­żo­ny” wy­strze­lił na­stęp­ne­go sa­te­li­tę.

Do­wód­ca nie po­zwo­lił je­chać w nocy. Wy­ru­szy­li o pią­tej cza­su miej­sco­we­go, przed wscho­dem słoń­ca. Ze wzglę­du na ko­niecz­no­ścią po­dyk­to­wa­ny po­rzą­dek mar­szu, jak rów­nież jego kło­po­tli­wą po­wol­ność, taki szyk na­zy­wa­no kon­duk­tem. Otwie­ra­ły go i za­my­ka­ły ener­go­bo­ty, któ­re elip­so­idal­nym po­lem si­ło­wym osła­nia­ły wszyst­kie we­wnętrz­ne ma­szy­ny – uni­wer­sal­ne po­dusz­kow­ce, ła­zi­ki z ra­dio­sta­cja­mi i ra­da­rem, kuch­nię, trans­por­ter z sa­mo­usta­wia­ją­cym się her­me­tycz­nym ba­ra­kiem miesz­kal­nym i mały la­ser bez­po­śred­nie­go ra­że­nia na gą­sie­ni­cach, zwa­ny po­spo­li­cie szy­dłem. Ro­han umie­ścił się wraz z trze­ma uczo­ny­mi w przed­nim ener­go­bo­cie, co było wpraw­dzie nie­wy­god­ne, bo le­d­wo sie­dzie­li obok sie­bie, ale przy­naj­mniej mia­ło się złu­dze­nie jako tako nor­mal­nej po­dró­ży. Szyb­kość przy­cho­dzi­ło do­sto­so­wać do naj­wol­niej­szych ma­szyn kon­duk­tu, wła­śnie ener­go­bo­tów. Jaz­da nie była wy­szu­ka­ną przy­jem­no­ścią. Gą­sie­ni­ce war­cza­ły i rża­ły w pia­sku, tur­bi­no­we sil­ni­ki wyły jak ko­ma­ry wiel­ko­ści sło­ni, tuż za sie­dzą­cy­mi wy­ry­wa­ło się z kra­to­wych osłon po­wie­trze chło­dze­nia, a cały ener­go­bot cho­dził jak cięż­ka sza­lu­pa na fa­lach. Ry­chło czar­na igła „Nie­zwy­cię­żo­ne­go” skry­ła się za ho­ry­zon­tem. Ja­kiś czas szli w po­zio­mych pro­mie­niach zim­ne­go i czer­wo­ne­go jak krew słoń­ca przez mo­no­ton­ną pu­sty­nię, po­wo­li pia­sku sta­wa­ło się co­raz mniej, wy­sta­wa­ły zeń uko­śne pły­ty skal­ne, któ­re przy­cho­dzi­ło wy­mi­jać. Ma­ski tle­no­we w po­łą­cze­niu z wy­ciem sil­ni­ków nie za­chę­ca­ły do pod­ję­cia roz­mo­wy. Ob­ser­wo­wa­li pil­nie ho­ry­zont, ale wi­dok był wciąż jed­na­ki – na­gro­ma­dze­nia skał, wiel­kie zwie­trza­łe gła­zy, w pew­nym miej­scu rów­ni­na po­czę­ła scho­dzić sto­kiem w dół i na dnie bar­dzo ła­god­nej ko­tli­ny uka­zał się cien­ki, na pół wy­schnię­ty stru­mień o wo­dzie ły­ska­ją­cej od­bi­ciem czer­wo­ne­go świ­tu. Oto­cza­ki cią­gną­ce się ła­wi­ca­mi po obu brze­gach stru­mie­nia wska­zy­wa­ły, że nie­kie­dy nie­sie on znacz­ne ilo­ści wód. Za­trzy­ma­li się na krót­ko, aby zba­dać wodę. Była zu­peł­nie czy­sta, dość twar­da, z do­miesz­ką tlen­ków że­la­za i ni­kłym śla­dem siarcz­ków. Ru­szy­li da­lej, te­raz już z nie­co więk­szą szyb­ko­ścią, bo gą­sie­ni­ce peł­zły płyn­nie po ka­mie­ni­stym pod­ło­żu. Od za­cho­du wzno­si­ły się nie­wiel­kie urwi­ska. Ostat­nia ma­szy­na utrzy­my­wa­ła sta­łą łącz­ność z „Nie­zwy­cię­żo­nym”, an­te­ny ra­da­rów krę­ci­ły się, ra­da­rzy­ści, po­pra­wia­jąc na gło­wach słu­chaw­ki, ślę­cze­li u swo­ich ekra­nów, po­gry­za­jąc krom­ki kon­cen­tra­tu, cza­sem spod któ­re­goś po­dusz­kow­ca wy­la­ty­wał z im­pe­tem ka­mień, jak wy­dmuch­nię­ty małą trą­bą po­wietrz­ną, i ska­kał, jak­by oży­wa­jąc na­gle, w górę żwi­ro­wi­ska. Po­tem dro­gę prze­gro­dzi­ły ła­god­ne wzgó­rza, łyse i na­gie. Nie sto­pu­jąc, wzię­li nie­co pró­bek i Fitz­pa­trik krzyk­nął Ro­ha­no­wi, że krze­mion­ka jest or­ga­nicz­ne­go po­cho­dze­nia. Na­resz­cie, kie­dy czar­no­si­ną li­nią uka­za­ło się przed nimi lu­stro wód, zna­leź­li i wa­pie­nie. Zjeż­dża­li ku brze­go­wi, grze­cho­cząc po ma­łych, pła­skich ka­my­kach. Go­rą­cy od­dech ma­szy­ny, wizg gą­sie­nic, wy­cie tur­bin, wszyst­ko to rap­tem uci­chło, kie­dy oce­an, z bli­ska zie­lon­ka­wy i naj­zu­peł­niej z po­zo­ru ziem­ski, zna­lazł się o sto me­trów. Przy­szło te­raz do skom­pli­ko­wa­ne­go ma­new­ro­wa­nia, bo aby osło­nić gru­pę ro­bo­czą po­lem, na­le­ża­ło wpro­wa­dzić czo­ło­wy ener­go­bot do wody na głę­bo­kość dość znacz­ną. Pier­wej uszczel­nio­no ma­szy­nę i ste­ro­wa­na z dru­gie­go ener­go­bo­tu we­szła w fale, bu­rząc je i pie­niąc, aż sta­ła się le­d­wo wi­docz­nym, ciem­niej­szym miej­scem w głę­bi wody; wte­dy do­pie­ro, na sy­gnał wy­sła­ny z cen­tral­ne­go po­ste­run­ku, za­to­pio­ny ko­los wy­su­nął nad po­wierzch­nię emi­tor Di­ra­ca i gdy pole usta­li­ło się, po­kry­wa­jąc swą nie­wi­dzial­ną pół­ku­lą część brze­gu i przy­brzeż­nych wód, roz­po­czę­li wła­ści­we ba­da­nia.

Oce­an był nie­co mniej sło­ny niż ziem­skie; ana­li­zy nie przy­nio­sły jed­nak żad­nych re­we­la­cyj­nych wy­ni­ków. Po dwu go­dzi­nach wie­dzie­li mniej wię­cej tyle, co na po­cząt­ku. Wy­sła­li więc na peł­ne mo­rze dwie zdal­nie ste­ro­wa­ne son­dy te­le­wi­zyj­ne i z cen­tral­ne­go po­ste­run­ku śle­dzi­li na ekra­nach ich dro­gę. Ale do­pie­ro gdy od­da­li­ły się poza ho­ry­zont, sy­gna­ły przy­nio­sły pierw­szą istot­ną wia­do­mość. W oce­anie żyły ja­kieś or­ga­ni­zmy, kształ­tem po­dob­ne do kost­nosz­kie­le­to­wych ryb. Na wi­dok son­dy jed­nak pierz­cha­ły z ol­brzy­mią szyb­ko­ścią, szu­ka­jąc ra­tun­ku w głę­bi­nie. Echo­lo­ty usta­li­ły głę­bo­kość oce­anu w owym miej­scu pierw­sze­go spo­tka­nia ży­wych istot na sto pięć­dzie­siąt me­trów.

Bro­za uparł się, że musi mieć przy­naj­mniej jed­ną taką rybę. Po­lo­wa­li więc, son­dy ści­ga­ły uwi­ja­ją­ce się w zie­lo­nym mro­ku cie­nie, strze­la­jąc elek­trycz­ny­mi wy­ła­do­wa­nia­mi, ale te rze­ko­me ryby prze­ja­wia­ły nie­po­rów­na­ną zwin­ność ma­new­rów. Do­pie­ro po któ­rymś z rzę­du strza­le uda­ło się po­ra­zić jed­ną. Son­dę, któ­ra ją chwy­ci­ła w swo­je klesz­cze, na­tych­miast skie­ro­wa­li do brze­gu, a Ko­echlin i Fitz­pa­trik tym­cza­sem ma­ni­pu­lo­wa­li dru­gą, zbie­ra­jąc prób­ki uno­szą­cych się w głę­bi fal włó­kie­nek, któ­re wy­da­ły im się ja­kimś miej­sco­wym ro­dza­jem glo­nów czy wo­do­ro­stów. Po­sła­li ją wresz­cie na samo dno, na głę­bo­kość ćwierć ki­lo­me­tra. Sil­ny prąd przy­den­ny utrud­niał po­waż­nie ste­ro­wa­nie son­dą, któ­rą wciąż zno­si­ło na wiel­kie sku­pi­ska pod­wod­nych gła­zów. W koń­cu jed­nak uda­ło się kil­ka z nich oba­lić i jak przy­pusz­czał Ko­echlin, pod ową przy­kry­wą mie­ści­ła się cała ko­lo­nia gięt­kich, pę­dzel­ko­wa­tych stwo­rzo­nek.

Kie­dy obie son­dy wró­ci­ły w ob­ręb pola i bio­lo­go­wie wzię­li się do ro­bo­ty, w roz­sta­wio­nym tym­cza­sem ba­ra­ku, gdzie moż­na już było zdjąć uprzy­krzo­ne ma­ski, Ro­han, Jarg i pię­ciu po­zo­sta­łych lu­dzi zje­dli pierw­szy cie­pły po­si­łek tego dnia.

Czas do wie­czo­ra upły­nął im na zbie­ra­niu pró­bek mi­ne­ra­łów, ba­da­niu przy­den­nej ra­dio­ak­tyw­no­ści, po­mia­rach in­so­la­cji i stu po­dob­nie żmud­nych za­ję­ciach, któ­re trze­ba było jed­nak wy­ko­nać su­mien­nie, pe­dan­tycz­nie na­wet, je­śli mia­ły dać uczci­we re­zul­ta­ty. O zmierz­chu wszyst­ko, co było moż­li­we, zo­sta­ło do­ko­na­ne i Ro­han mógł ze spo­koj­nym su­mie­niem po­dejść do mi­kro­fo­nu, kie­dy wy­wo­łał go Hor­pach z „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”. Oce­an pe­łen był ży­wych form, któ­re jed­nak uni­ka­ły, co do jed­nej, stre­fy przy­brzeż­nej. Or­ga­nizm sek­cjo­no­wa­nej ryby nie wy­ka­zał ni­cze­go szcze­gól­ne­go. Ewo­lu­cja, we­dług sza­cun­ko­wych da­nych, trwa­ła na pla­ne­cie od wie­lu­set mi­lio­nów lat. Wy­kry­to znacz­ną ilość zie­lo­nych glo­nów, co wy­ja­śni­ło obec­ność tle­nu w at­mos­fe­rze. Po­dział pań­stwa ży­wych ustro­jów na ro­ślin­ne i zwie­rzę­ce był ty­po­wy; ty­po­we rów­nież struk­tu­ry kost­ne krę­gow­ców. Je­dy­nym or­ga­nem, wy­kształ­co­nym u zło­wio­nej ryby, któ­re­go od­po­wied­ni­ka ziem­skie­go nie zna­li bio­lo­go­wie, był szcze­gól­ny zmysł, wraż­li­wy na bar­dzo ni­kłe zmia­ny na­tę­że­nia pola ma­gne­tycz­ne­go. Hor­pach na­ka­zał ca­łej eki­pie po­wrót w naj­szyb­szym cza­sie i koń­cząc już roz­mo­wę, po­wie­dział, że są no­wi­ny: praw­do­po­dob­nie uda­ło się usta­lić miej­sce lą­do­wa­nia za­gi­nio­ne­go „Kon­do­ra”.

Tak więc, cho­ciaż bio­lo­go­wie pro­te­sto­wa­li, twier­dząc, że i kil­ku ty­go­dni dal­szych ba­dań by­ło­by im mało, zwi­nię­to ba­rak, uru­cho­mio­no mo­to­ry i ko­lum­na ru­szy­ła na pół­no­co-za­chód. Ro­han nie mógł prze­ka­zać to­wa­rzy­szom żad­nych szcze­gó­łów o „Kon­do­rze”, bo sam ich nie znał. Chciał być jak naj­szyb­ciej na stat­ku, bo przy­pusz­czał, że do­wód­ca przy­dzie­li na­stęp­ne, może bar­dziej ob­fi­tu­ją­ce w ja­kieś od­kry­cia za­da­nie. Oczy­wi­ście te­raz przede wszyst­kim na­le­ża­ło zba­dać miej­sce rze­ko­me­go lą­do­wa­nia „Kon­do­ra”. Ro­han wy­ci­skał z ma­szyn całą moc i wra­ca­li w jesz­cze bar­dziej pie­kiel­nym ja­zgo­cie młó­cą­cych ka­mie­nie gą­sie­nic. Po na­sta­niu ciem­no­ści za­pa­li­ły się wiel­kie re­flek­to­ry ma­szyn; był to wi­dok nie­zwy­kły i na­wet groź­ny – co chwi­la ru­cho­me słu­py świa­tła wy­ry­wa­ły z mro­ków nie­kształt­ne, po­zor­nie ru­sza­ją­ce się syl­we­ty ol­brzy­mów, któ­re oka­zy­wa­ły się tyl­ko ska­ła­mi-świad­ka­mi, ostat­nią po­zo­sta­ło­ścią po zwie­trza­łym łań­cu­chu gór­skim. Kil­ka razy przy­szło się za­trzy­mać u głę­bo­kich szcze­lin zie­ją­cych w ba­zal­cie. W koń­cu jed­nak, do­brze po pół­no­cy, uj­rze­li oświe­tlo­ny ze wszech stron, niby na pa­ra­dzie, lśnią­cy z dala jak me­ta­lo­wa wie­ża kor­pus „Nie­zwy­cię­żo­ne­go”. W ca­łym pe­ry­me­trze si­ło­we­go pola po­ru­sza­ły się na wszyst­kie stro­ny sznu­ry ma­szyn; wy­ła­do­wy­wa­no za­pa­sy, pa­li­wo, gru­py lu­dzi sta­ły pod po­chyl­nią w ośle­pia­ją­cym świe­tle ju­pi­te­rów. Już z od­da­li do­szły po­wra­ca­ją­cych od­gło­sy mrów­czej krzą­ta­ni­ny. Nad cho­dzą­cy­mi słu­pa­mi świa­teł wzno­sił się mil­czą­cy, ob­li­zy­wa­ny pla­ma­mi ka­dłub krą­żow­ni­ka. Błę­kit­ne ognie za­pa­li­ły się na znak, któ­rę­dy otwar­ta zo­sta­nie dro­ga przez si­ło­wą osło­nę, i po­kry­te gru­bą war­stwą miał­kie­go ku­rzu po­jaz­dy je­den po dru­gim wje­cha­ły do środ­ka ko­li­stej prze­strze­ni. Ro­han nie zdą­żył jesz­cze ze­sko­czyć na zie­mię, a już wo­łał do jed­ne­go ze sto­ją­cych naj­bli­żej, w któ­rym roz­po­znał Blan­ka, py­ta­jąc, co z „Kon­do­rem”.

Ale bos­man nie wie­dział nic o rze­ko­mym od­kry­ciu. Ro­han usły­szał od nie­go nie­wie­le. Przed spło­nię­ciem w gęst­szych war­stwach at­mos­fe­ry czte­ry sa­te­li­ty do­star­czy­ły je­de­na­stu ty­się­cy zdjęć ode­bra­nych dro­gą ra­dio­wą i na­no­szo­nych, w mia­rę ich na­pły­wa­nia, na spe­cjal­nie tra­wio­ne pły­ty w ka­ju­cie kar­to­gra­ficz­nej. Aby nie tra­cić cza­su, Ro­han we­zwał tech­ni­ka kar­to­gra­fów, Eret­ta, do sie­bie, i bio­rąc tusz, wy­py­ty­wał go rów­no­cze­śnie o wszyst­ko, co za­szło na stat­ku. Erett był jed­nym z szu­ka­ją­cych na uzy­ska­nym pa­sie fo­to­gra­ficz­nym „Kon­do­ra”. Tego zia­ren­ka sta­li w oce­anach pia­sku szu­ka­ło oko­ło trzy­dzie­stu lu­dzi rów­no­cze­śnie, oprócz pla­ne­to­lo­gów zmo­bi­li­zo­wa­no w tym celu kar­to­gra­fów, ope­ra­to­rów ra­da­ro­wych i wszyst­kich po­kła­do­wych pi­lo­tów. Okrą­głą dobę prze­glą­da­li, na zmia­nę, nad­cho­dzą­cy ma­te­riał fo­to­gra­ficz­ny, no­tu­jąc ko­or­dy­na­ty każ­de­go po­dej­rza­ne­go punk­tu pla­ne­ty. Ale wieść, jaką prze­ka­zał Ro­ha­no­wi do­wód­ca, oka­za­ła się omył­ką. Za sta­tek wzię­to wy­jąt­ko­wej wy­so­ko­ści ma­czu­gę skal­ną, bo rzu­ca­ła cień za­dzi­wia­ją­co po­dob­ny do re­gu­lar­ne­go cie­nia ra­kie­ty. Tak za­tem da­lej nic nie było wia­do­mo o lo­sach „Kon­do­ra”. Ro­han chciał się za­mel­do­wać u do­wód­cy, lecz ten już udał się na spo­czy­nek. Po­szedł więc do sie­bie. Mimo zmę­cze­nia dłu­go nie mógł za­snąć. Kie­dy zaś wstał rano, astro­ga­tor po­le­cił mu przez Bal­l­mi­na, kie­row­ni­ka pla­ne­to­lo­gów, prze­ka­zać cały ze­bra­ny ma­te­riał do głów­ne­go la­bo­ra­to­rium. O dzie­sią­tej rano Ro­han po­czuł taki głód – nie jadł jesz­cze śnia­da­nia – że zje­chał na dru­gi po­ziom do ma­łej mesy ope­ra­to­rów ra­da­ru, i tu, gdy do­pi­jał na sto­ją­co kawę, do­padł go Erett.

– Co, ma­cie ją!? – rzu­cił na wi­dok pod­nie­co­nej twa­rzy kar­to­gra­fa.

– Nie. Ale zna­leź­li­śmy coś więk­sze­go. Niech pan idzie za­raz – astro­ga­tor wzy­wa pana…

Ro­ha­no­wi zda­wa­ło się, że oszklo­ny cy­lin­der dźwi­gu peł­znie z nie­wia­ry­god­ną po­wol­no­ścią. W przy­ciem­nio­nej ka­ju­cie pa­no­wa­ła ci­sza, sły­chać było szmer elek­trycz­nych prze­kaź­ni­ków, a z po­daj­ni­ka apa­ra­tu­ry wy­pły­wa­ły co­raz to nowe, lśnią­ce wil­go­cią zdję­cia, ale nikt nie zwra­cał na nie uwa­gi. Dwaj tech­ni­cy wy­su­nę­li zza ścien­nej kla­py ro­dzaj epi­dia­sko­pu i zga­si­li resz­tę świa­teł w mo­men­cie, gdy Ro­han otwo­rzył drzwi. Do­strzegł bie­le­ją­cą wśród in­nych gło­wę astro­ga­to­ra. W na­stęp­nej chwi­li ekran, opusz­czo­ny z su­fi­tu, roz­sre­brzył się. W ci­szy sku­pio­nych od­de­chów Ro­han pod­szedł, na ile mógł, do wiel­kiej ja­snej płasz­czy­zny. Zdję­cie było nie naj­lep­sze, w do­dat­ku tyl­ko czar­no-bia­łe, w oko­lu drob­nych, bez­ład­nie roz­rzu­co­nych kra­te­rów od­zna­czał się nagi pła­sko­wyż, z jed­nej stro­ny ury­wa­ją­cy się li­nią tak pro­stą, jak­by ściął tam ska­ły ja­kiś ol­brzy­mi nóż; była to li­nia brze­go­wa, bo resz­tę zdję­cia wy­peł­nia­ła jed­no­li­ta czerń oce­anu. W pew­nej od­le­gło­ści od owe­go ob­ry­wu roz­po­ście­ra­ła się mo­zai­ka nie­zbyt wy­raź­nych form, w dwóch miej­scach prze­sło­nię­ta smu­ga­mi ob­ło­ków i ich cie­nia­mi. Ale i tak nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że oso­bli­wa, za­mglo­na w szcze­gó­łach for­ma­cja nie jest two­rem geo­lo­gicz­nym.

Mia­sto… – po­my­ślał z pod­nie­ce­niem Ro­han, ale nie po­wie­dział tego gło­śno. Wszy­scy na­dal za­cho­wy­wa­li mil­cze­nie. Tech­nik przy epi­dia­sko­pie usi­ło­wał da­rem­nie wy­ostrzyć ob­raz.

– Czy były za­kłó­ce­nia od­bio­ru? – padł w ogól­ną ci­szę spo­koj­ny głos astro­ga­to­ra.

– Nie – od­po­wie­dział z ciem­no­ści Bal­l­min. – Od­biór był czy­sty, ale to jest jed­no z ostat­nich zdjęć trze­cie­go sa­te­li­ty. Osiem mi­nut po jego wy­sła­niu prze­stał od­po­wia­dać na sy­gna­ły. Przy­pusz­czal­nie zdję­cie zo­sta­ło zro­bio­ne przez obiek­ty­wy już uszko­dzo­ne pod­wyż­sza­ją­cą się tem­pe­ra­tu­rą.

– Ascen­zja ka­me­ry nad epi­cen­trum nie była więk­sza niż sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów – do­rzu­cił inny głos, na­le­żą­cy, jak wy­da­ło się Ro­ha­no­wi, do jed­ne­go z naj­zdol­niej­szych pla­ne­to­lo­gów, Mal­te­go. – A praw­dę mó­wiąc, oce­nił­bym ją na pięć­dzie­siąt pięć do sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów… Pro­szę spoj­rzeć… – Jego syl­wet­ka prze­sło­ni­ła czę­ścio­wo ekran. Przy­ło­żył do ob­ra­zu przej­rzy­sty pla­sty­ko­wy sza­blon z wy­cię­ty­mi w nim kół­ka­mi i przy­mie­rzał go ko­lej­no do kil­ku­na­stu kra­te­rów w dru­giej po­ło­wie zdję­cia.

– Są wy­raź­nie więk­sze niż na zdję­ciach po­przed­nich. Zresz­tą – do­dał – to nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. Tak czy owak…

Nie do­koń­czył, a wszy­scy zro­zu­mie­li, co chciał po­wie­dzieć: że nie­ba­wem skon­tro­lu­ją ści­słość fo­to­gra­fii, gdyż zba­da­ją tę oko­li­cę pla­ne­ty. Ja­kąś chwi­lę wpa­try­wa­li się jesz­cze w ob­raz na ekra­nie. Ro­han nie był już tak pew­ny, że uka­zu­je mia­sto, czy ra­czej jego ru­iny. O tym, że geo­me­trycz­nie pra­wi­dło­wy twór od daw­na jest opusz­czo­ny, świad­czy­ły cien­kie jak kre­ski, fa­li­ste cie­nie wydm, któ­re ze wszech stron opły­wa­ły skom­pli­ko­wa­ne kształ­ty, nie­któ­re zaś z nich to­nę­ły nie­mal w piasz­czy­stym za­le­wie pu­sty­ni. Nad­to geo­me­trycz­ną kon­ste­la­cję tych ruin roz­dzie­la­ła na dwie nie­rów­ne czę­ści roz­sze­rza­ją­ca się w mia­rę po­stę­po­wa­nia w głąb lądu czar­na, zyg­za­ko­wa­ta li­nia – pęk­nię­cie sej­smicz­ne, któ­re na dwo­je roz­sz­cze­pi­ło nie­któ­re z wiel­kich „bu­dow­li”. Jed­na, naj­wy­raź­niej oba­lo­na, utwo­rzy­ła jak gdy­by most, za­cze­pio­ny koń­cem o prze­ciw­le­gły brzeg roz­pa­dli­ny.

– Pro­szę świa­tło – roz­legł się głos astro­ga­to­ra. Kie­dy roz­bły­sło, spoj­rzał na tar­czę ścien­ne­go ze­ga­ra.

– Za dwie go­dzi­ny star­tu­je­my.

Roz­le­gły się zmie­sza­ne gło­sy; naj­ener­gicz­niej pro­te­sto­wa­li lu­dzie Głów­ne­go Bio­lo­ga, któ­rzy ze­szli już w trak­cie prób­nych wier­ceń świ­dra­mi na dwie­ście me­trów w głąb grun­tu. Hor­pach dał ręką znak, że żad­nej dys­ku­sji nie bę­dzie.

– Wszyst­kie ma­szy­ny wra­ca­ją na po­kład. Uzy­ska­ne ma­te­ria­ły pro­szę za­bez­pie­czyć. Prze­gląd zdjęć i po­zo­sta­łe ana­li­zy mają iść swo­im try­bem. Gdzie jest Ro­han? A, pan tu­taj? Do­brze. Sły­szał pan, co po­wie­dzia­łem? Za dwie go­dzi­ny wszy­scy lu­dzie mają być na sta­no­wi­skach star­to­wych.

Ope­ra­cja okrę­to­wa­nia wy­ła­do­wa­nych ma­szyn szła w po­śpie­chu, ale sys­te­ma­tycz­nie. Ro­han był głu­chy na bła­ga­nia Bal­l­mi­na, któ­ry pro­sił o pięt­na­ście mi­nut dal­sze­go wier­ce­nia.

– Sły­szał pan, co po­wie­dział do­wód­ca – po­wta­rzał na lewo i na pra­wo, po­pę­dza­jąc mon­ta­ży­stów, któ­rzy pod­jeż­dża­li do wy­ko­pa­nych ro­wów wiel­ki­mi dźwi­ga­mi. Po ko­lei apa­ra­tu­ry wiert­ni­cze, pro­wi­zo­rycz­ne po­mo­sty kra­to­we, zbior­ni­ki z pa­li­wem wę­dro­wa­ły do lu­ków to­wa­ro­wych; gdy już tyl­ko roz­ry­ty grunt świad­czył o wy­ko­na­nych pra­cach, Ro­han z We­ster­gar­dem, za­stęp­cą Głów­ne­go In­ży­nie­ra, ob­szedł jesz­cze na wszel­ki wy­pa­dek miej­sca po­rzu­co­nych ro­bót. Po­tem lu­dzie znik­nę­li we­wnątrz stat­ku. Wte­dy do­pie­ro ru­szy­ły się pia­ski na da­le­kim pe­ry­me­trze, we­zwa­ne dro­gą ra­dio­wą wra­ca­ły sze­re­giem ener­go­bo­ty, kry­jąc się we wnę­trzu stat­ku, któ­ry wcią­gnął do środ­ka, pod pły­ty pan­cer­ne, po­chyl­nię i pio­no­wy szyb dźwi­gu oso­bo­we­go, przez mgnie­nie trwał w nie­ru­cho­mo­ści, po­tem jed­no­staj­ne wy­cie wi­chru przy­głu­szył me­ta­licz­ny gwizd sprę­żo­ne­go po­wie­trza prze­dmu­chu­ją­ce­go dy­sze. Kłę­by ku­rza­wy oto­czy­ły rufę, za­peł­gał w nich zie­lo­ny brzask, mie­sza­jąc się z czer­wo­nym świa­tłem słoń­ca, i w ga­lo­pa­dzie nie­milk­ną­cych gro­mów, któ­re wstrzą­sa­ły pu­sty­nią i wie­lo­krot­nym echem wra­ca­ły od skal­nych ścian, sta­tek po­wo­li uniósł się w po­wie­trze, aby po­zo­sta­wia­jąc za sobą wy­pa­lo­ny krąg ska­ły, ze­szklo­ne wy­dmy i strzę­py kon­den­sa­cji, znik­nąć z ro­sną­cą szyb­ko­ścią w fio­le­to­wym nie­bie. Dłu­go po­tem, kie­dy ostat­ni ślad jego dro­gi, wy­zna­czo­nej bia­ła­wą li­nią pary, roz­pły­nął się w at­mos­fe­rze, a ru­cho­me pia­ski po­kry­wać jęły nagą ska­łę i wy­peł­niać opu­sto­sza­łe wy­ko­pa­li­ska, od za­cho­du po­ja­wi­ła się ciem­na chmu­ra. Su­nąc ni­sko, roz­wi­nę­ła się, wy­su­nię­tym, kłę­bia­stym ra­mie­niem oto­czy­ła miej­sce lą­do­wa­nia i za­wi­sła nie­ru­cho­mo. Trwa­ła tak ja­kiś czas. Kie­dy słoń­ce na do­bre prze­chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, na pu­sty­nię za­czął z niej pa­dać czar­ny deszcz.