Bajki robotów - Stanisław Lem - ebook + audiobook + książka

Bajki robotów ebook i audiobook

Stanisław Lem

4,2

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Opowiadania wzorowane na mitach i ludowych przypowieściach spajają dwa obce sobie światy: feudalny i cybernetyczny. Śmiały eksperyment artystyczny jest – jak zazwyczaj u Lema – głęboko zakorzeniony w tradycji literackiej, a “Bajki robotów” zdobyły trwałe miejsce w dorobku europejskiej kultury. Opowiadanie “Jak ocalał świat” stało się kanwą dla Doodle’a, którym wyszukiwarka Google uczciła Lema w kilkunastu krajach świata. Niniejsze wydanie “Bajek robotów” zostało uświetnione ilustracjami znakomitego grafika Daniela Mroza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 189

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 22 min

Lektor: Borys Szyc

Popularność




Sta­ni­sław Lem

"Baj­ki ro­bo­tów"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

ilu­stra­cje: Da­niel Mróz © Co­py­ri­ght by Łu­cja Mróz-Ray­noch

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-01-9

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Stanisław Lem

BAJKI ROBOTÓW (frag­ment)

Spis treści

Trzej elek­try­ce­rze

Ura­no­we uszy

Jak Erg Sa­mo­wzbud­nik bla­daw­ca po­ko­nał

Skar­by kró­la Bi­ska­la­ra

Dwa po­two­ry

Bia­ła śmierć

Jak Mi­kro­mił i Gi­ga­cy­an uciecz­kę mgła­wic wsz­czę­li

Baj­ka o ma­szy­nie cy­fro­wej, co ze smo­kiem wal­czy­ła

Do­rad­cy kró­la Hy­drop­sa

Przy­ja­ciel Au­to­ma­te­usza

Król Glo­ba­res i mę­dr­cy

Baj­ka o kró­lu Mur­da­sie

Jak oca­lał świat

Ma­szy­na Trur­la

Wiel­kie la­nie

Ga­le­ria ry­sun­ków Da­nie­la Mro­za

TRZEJ ELEKTRYCERZE

Żył raz pe­wien wiel­ki kon­struk­tor-wy­na­laz­ca, któ­ry nie usta­jąc, wy­my­ślał urzą­dze­nia nie­zwy­kłe i naj­dziw­niej­sze stwa­rzał apa­ra­ty. Zbu­do­wał był so­bie ma­szyn­kę-okru­szyn­kę, któ­ra pięk­nie śpie­wa­ła, i na­zwał ją pta­szy­dło. Pie­czę­to­wał się ser­cem śmia­łym i każ­dy atom, któ­ry wy­szedł spod jego ręki, no­sił ów znak, że dzi­wi­li się po­tem ucze­ni, od­naj­du­jąc w wid­mach ato­mo­wych mi­go­tli­we ser­dusz­ka. Zbu­do­wał wie­le po­ży­tecz­nych ma­szyn, wiel­kich i ma­łych, aż na­szedł go po­mysł dzi­wacz­ny, aby śmierć z ży­ciem w jed­no złą­czyć i tak do­piąć nie­moż­li­wo­ści. Po­sta­no­wił zbu­do­wać isto­ty ro­zum­ne z wody, ale nie tym okrop­nym spo­so­bem, o któ­rym za­raz po­my­śli­cie. Nie, myśl o cia­łach mięk­kich i mo­krych była mu obca, brzy­dził się jej jak każ­dy z nas. Za­mie­rzył zbu­do­wać z wody isto­ty praw­dzi­wie pięk­ne i mą­dre, więc kry­sta­licz­ne. Wy­brał tedy pla­ne­tę, bar­dzo od wszyst­kich słońc od­da­lo­ną, z za­mar­z­łe­go jej oce­anu wy­siekł góry lo­do­we i z nich, jak z krysz­ta­łu gór­skie­go, wy­cio­sał Kry­oni­dów. Zwa­li się tak, bo tyl­ko w prze­raź­li­wym mro­zie ist­nieć mo­gli i w pu­st­ce bez­sło­necz­nej. Po­bu­do­wa­li też w nie­dłu­gim cza­sie mia­sta i pa­ła­ce lo­do­we, a że wszel­kie cie­pło gro­zi­ło im zgu­bą, zo­rze po­lar­ne ła­pa­li do wiel­kich na­czyń przej­rzy­stych i nimi oświe­tla­li swo­je sie­dzi­by. Im kto był wśród nich moż­niej­szy, tym wię­cej miał zórz po­lar­nych, cy­try­no­wych i sre­brzy­stych, i żyli so­bie szczę­śli­wie, a że się nie tyl­ko w świe­tle, ale i w szla­chet­nych ka­mie­niach ko­cha­li, sły­nę­li ze swych klej­no­tów. Klej­no­ty te były z za­mar­z­nię­tych ga­zów cię­te i szli­fo­wa­ne. Bar­wi­ły im wiecz­ną ich noc, w któ­rej, jak du­chy uwię­zio­ne, pło­nę­ły wy­smu­kłe zo­rze po­lar­ne, po­dob­ne do za­klę­tych mgła­wic w kło­dach z krysz­ta­łu. Nie­je­den zdo­byw­ca ko­smicz­ny chciał po­siąść te bo­gac­twa, cała bo­wiem Kry­onia była z naj­więk­szych dali wi­docz­na, mi­go­cąc bo­ka­mi jak klej­not, ob­ra­ca­ny z wol­na na czar­nym ak­sa­mi­cie. Przy­by­wa­li więc awan­tur­ni­cy na Kry­onię, by szczę­ścia wo­jen­ne­go pró­bo­wać. Przy­le­ciał na nią elek­try­cerz Mo­sięż­ny, któ­ry stą­pał, jak­by dzwon dzwo­nił, ale za­le­d­wie na lo­dach nogę po­sta­wił, sto­pi­ły się od go­rą­ca i ru­nął w ot­chłań lo­do­we­go oce­anu, a wody za­mknę­ły się nad nim i jak owad w bursz­ty­nie w gó­rze lo­do­wej na dnie mórz kry­oń­skich po dzień ostat­ni spo­czy­wa.

Nie od­stra­szył los Mo­sięż­ne­go in­nych śmiał­ków. Przy­le­ciał po nim elek­try­cerz Że­la­zny, opiw­szy się płyn­nym he­lem, aż mu w sta­lo­wym wnę­trzu bul­go­ta­ło, a szron, osia­da­ją­cy na pan­ce­rzu, uczy­nił go do ku­kły śnie­go­wej po­dob­nym. Ale szy­bu­jąc ku po­wierzch­ni pla­ne­ty, roz­pa­lił się od tar­cia at­mos­fe­rycz­ne­go, hel płyn­ny wy­pa­ro­wał z nie­go, świsz­cząc, a on sam, świe­cąc czer­wo­no, na ska­ły lo­do­we upadł, któ­re za­raz się otwar­ły. Wy­do­był się, parą bu­cha­jąc, po­dob­ny do gej­ze­ra wrzą­ce­go, lecz wszyst­ko, cze­go się tknął, sta­wa­ło się bia­łym ob­ło­kiem, z któ­re­go śnieg pa­dał. Usiadł więc i cze­kał, aż osty­gnie, a gdy już gwiazd­ki śnie­go­we prze­sta­ły top­nieć mu na pan­cer­nych na­ra­mien­ni­kach, chciał wstać i ru­szyć w bój, lecz smar stę­żał mu w sta­wach i nie mógł na­wet grzbie­tu wy­pro­sto­wać. Do dzi­siaj tak sie­dzi, a śnieg pa­da­ją­cy uczy­nił go bia­łą górą, z któ­rej tyl­ko ostrze heł­mu wy­sta­je. Na­zy­wa­ją tę górę Że­la­zną, a w oczo­do­łach jej lśni wzrok za­mar­z­nię­ty.

Po­sły­szał o lo­sie po­przed­ni­ków trze­ci elek­try­cerz, Kwar­co­wy, któ­re­go w dzień nie wi­dać było ina­czej jak so­czew­kę po­le­ro­wa­ną, a w nocy jak od­bi­cie gwiazd. Nie oba­wiał się, że mu olej w człon­kach stę­że­je, bo go nie miał, ani że lo­do­we kry pod no­ga­mi mu pęk­ną, mógł bo­wiem zim­nym sta­wać się, jak chciał. Jed­ne­go mu­siał uni­kać, to jest my­śle­nia upo­rczy­we­go, od nie­go bo­wiem roz­grze­wał mu się kwar­co­wy mózg i to mo­gło go zgu­bić. Ale po­sta­no­wił so­bie bez­myśl­no­ścią ży­wot ura­to­wać i zwy­cię­stwo nad Kry­oni­da­mi osią­gnąć. Przy­le­ciał na pla­ne­tę, a taki był dłu­gą po­dró­żą przez wiecz­ną noc ga­lak­tycz­ną zmro­żo­ny, że me­te­ory że­la­zne, któ­re się o jego pierś w lo­cie ocie­ra­ły, trza­ska­ły na ka­wał­ki, dzwo­niąc jak szkło. Osiadł na bia­łych śnie­gach Kry­onii, pod jej nie­bem czar­nym jak gar­nek peł­ny gwiazd, i, po­dob­ny do lu­stra przej­rzy­ste­go, chciał się za­sta­no­wić, co ma po­cząć da­lej, ale już śnieg wo­kół nie­go sczer­niał i po­czął pa­ro­wać.

– Oho! – rzekł so­bie Kwar­co­wy – nie­do­brze! Nic po tym, byle tyl­ko nie my­śleć, a bę­dzie do­bra na­sza!

I po­sta­no­wił so­bie tę jed­ną fra­zę po­wta­rzać, co­kol­wiek się sta­nie, bo nie wy­ma­ga­ła wy­sił­ku umy­sło­we­go, a dzię­ki temu wca­le go nie roz­grze­wa­ła. Ru­szył tedy pu­sty­nią śnież­ną Kwar­co­wy, bez­myśl­nie i byle jako, aby chłód za­cho­wać. Szedł tak, aż do­szedł do mu­rów lo­do­wych sto­li­cy Kry­oni­dów, Fry­gi­dy. Roz­pę­dził się, gło­wą w blan­ki ude­rzył, aż skry po­szły, lecz nic nie wskó­rał.

– Spró­bu­je­my ina­czej! – rzekł so­bie i za­sta­no­wił się, ile to też bę­dzie: dwa razy dwa?

A kie­dy roz­my­ślał nad tym, gło­wa mu się nie­co roz­grza­ła, więc dru­gi raz mury roz­iskrzo­ne ta­ra­no­wał, ale tyl­ko do­łek uczy­nił nie­wiel­ki.

– Mało było! – rzekł so­bie. – Spró­bu­je­my cze­goś trud­niej­sze­go. Ile to też bę­dzie: trzy razy pięć?

Te­raz to już gło­wę jego oto­czy­ła chmu­ra skwier­czą­ca, bo śnieg w ze­tknię­ciu z tak gwał­tow­nym my­śle­niem od razu ki­piał, więc cof­nął się Kwar­co­wy, na­brał roz­pę­du, ude­rzył i na wy­lot prze­szedł mur, a za nim jesz­cze dwa pa­ła­ce i trzy domy po­mniej­szych Gra­fów Mroź­nych, wy­padł na wiel­kie scho­dy, chwy­cił się po­rę­czy ze sta­lak­ty­tów, ale stop­nie były jak śli­zgaw­ka. Ze­rwał się szyb­ko, bo już wszyst­ko wo­kół nie­go ta­ja­ło i mógł w ten spo­sób prze­wa­lić się przez całe mia­sto w głąb, w prze­paść lo­do­wą, gdzie by na wie­ki za­marzł.

– Nic po tym! Byle tyl­ko nie my­śleć! Do­bra na­sza! – rzekł so­bie i w sa­mej rze­czy za­raz ostygł.

Wy­szedł więc z tu­ne­lu lo­do­we­go, któ­ry wy­to­pił, i zna­lazł się na wiel­kim pla­cu, ze wszech stron oświe­tla­nym zo­rza­mi po­lar­ny­mi, któ­re mru­ga­ły szma­rag­dem i sre­brem z ko­lumn krysz­ta­ło­wych.

I wy­szedł mu na­prze­ciw skrzą­cy się gwiezd­nie ry­cerz ogrom­ny, wódz Kry­oni­dów, Bo­re­al. Ze­brał się w so­bie elek­try­cerz Kwar­co­wy i ru­nął do ata­ku, a tam­ten zwarł się z nim i był taki ło­skot, jak kie­dy się zde­rzą dwie góry lo­do­we po­środ­ku Oce­anu Pół­noc­ne­go. Od­pa­dła lśnią­ca pra­wi­ca Bo­re­ala, od­rą­ba­na u na­sa­dy, ale nie stro­pił się, dziel­ny, lecz od­wró­cił się, aby pierś, sze­ro­ką jak lo­do­wiec, któ­rym wszak był, nad­sta­wić wro­go­wi. Tam­ten zaś dru­gi raz na­brał szyb­ko­ści i znów ta­ra­no­wał go strasz­li­wie. Tward­szy był kwarc i bar­dziej spo­isty od lodu, pękł więc Bo­re­al z hu­kiem, jak­by la­wi­na ze­szła po zbo­czach skal­nych, i le­żał roz­pry­śnię­ty w świe­tle zórz po­lar­nych, któ­re pa­trza­ły na jego klę­skę.

– Do­bra na­sza! Byle tak da­lej! – rzekł Kwar­co­wy i ze­rwał z po­ko­na­ne­go klej­no­ty cu­dow­nej pięk­no­ści: pier­ście­nie wy­sa­dza­ne wo­do­rem, ha­fty i guzy roz­iskrza­ne, po­dob­ne do dia­men­to­wych, lecz z trój­cy ga­zów szla­chet­nych rżnię­te – ar­go­nu, kryp­to­nu i kse­no­nu. Ale gdy się nimi za­chwy­cał, po­cie­plał ze wzru­sze­nia, to­też owe bry­lan­ty i sza­fi­ry, sy­cząc, wy­pa­ro­wa­ły mu pod do­tknię­ciem, że nie trzy­mał już nic – prócz kil­ku kro­pe­lek rosy, któ­ra też się za­raz ulot­ni­ła.

– Oho! A więc i za­chwy­cać się nie na­le­ży! Nic to! Byle tyl­ko nie my­śleć! – rzekł so­bie i ru­szył da­lej w głąb zdo­by­wa­ne­go gro­du.

Uj­rzał w dali po­stać nad­cią­ga­ją­cą ogrom­ną. Był to Al­bu­cyd Bia­ły, Je­ne­rał-Mi­ne­rał, któ­re­go roz­ło­ży­stą pierś rzę­dy or­de­ro­wych so­pli prze­ci­na­ły, z wiel­ką gwiaz­dą Szro­nu na wstę­dze gla­cjal­nej; ów straż­nik skarb­ców kró­lew­skich bro­nił do­stę­pu Kwar­co­we­mu, któ­ry ru­nął nań jak bu­rza i zdru­zgo­tał z grzmo­tem lo­do­wym. Przy­biegł Al­bu­cy­do­wi z po­mo­cą ksią­żę Astro­uch, pan na lo­dach czar­nych; temu elek­try­cerz nie dał rady, bo ksią­żę miał na so­bie kosz­tow­ną zbro­ję azo­to­wą, w helu har­to­wa­ną. Mróz od niej szedł taki, że Kwar­co­we­mu od­ję­ła im­pet i ru­chy jego osła­bły, a zo­rze po­lar­ne aż przy­bla­dły, taki się wiew Zera Ab­so­lut­ne­go roz­szedł wo­ko­ło. Ze­rwał się Kwar­co­wy, my­śląc: – Rety! Co, też to się zno­wu dzie­je ta­kie­go? – a z wiel­kie­go zdu­mie­nia mózg mu się roz­grzał, Zero Ab­so­lut­ne sta­ło się let­nie i na jego oczach Astro­uch sam jął się roz­pa­dać na dzwo­na, z gro­ma­mi, któ­re wtó­ro­wa­ły jego ago­nii, aż tyl­ko kupa czar­ne­go lodu, wodą jak łza­mi ocie­ka­ją­ca, w ka­łu­ży zo­sta­ła na po­bo­jo­wi­sku.

– Do­bra na­sza! – rzekł so­bie Kwar­co­wy – byle tyl­ko nie my­śleć, a je­śli po­trze­ba, to my­śleć! Tak lub owak – zwy­cię­żyć mu­szę!

I po­gnał da­lej, a kro­ki jego dzwo­ni­ły, jak­by ktoś mło­tem tłukł krysz­ta­ły; i tęt­nił, pę­dząc uli­ca­mi Fry­gi­dy, a miesz­kań­cy jej spod bia­łych oka­pów pa­trzy­li nań z roz­pa­czą w ser­cach. Mknął tak ni­czym roz­ju­szo­ny me­te­or Dro­gą Mlecz­ną, gdy do­strzegł w dali po­stać sa­mot­ną, nie­wiel­ką. Był to sam Ba­ry­on, zwa­ny Lo­do­ustym, naj­więk­szy mę­drzec Kry­oni­dów. Roz­pę­dził się Kwar­co­wy, by go jed­nym cio­sem zmiaż­dżyć, ten jed­nak ustą­pił mu z dro­gi i po­ka­zał dwa pal­ce wy­sta­wio­ne; nie wie­dział Kwar­co­wy, co by to mo­gło zna­czyć, ale za­wró­cił i – nuże na prze­ciw­ni­ka, lecz Ba­ry­on zno­wu tyl­ko o krok mu się usu­nął i szyb­ko po­ka­zał je­den pa­lec. Zdzi­wił się nie­co Kwar­co­wy i zwol­nił bie­gu, cho­ciaż już na­wró­cił i wła­śnie miał brać roz­pęd. Za­my­ślił się i woda jęła pły­nąć z po­bli­skich do­mów, ale nie wi­dział tego, bo Ba­ry­on uka­zał mu kół­ko z pal­ców zło­żo­ne i przez nie kciu­kiem dru­giej ręki pręd­ko tam i sam po­ru­szał. Kwar­co­wy my­ślał i my­ślał, co też by te mil­czą­ce ge­sty mia­ły wy­ra­żać, i otwar­ła mu się pust­ka pod no­ga­mi, chlu­snę­ło z niej czar­ną wodą, a on sam po­le­ciał w głąb jak ka­mień i nim zdą­żył so­bie jesz­cze po­wie­dzieć: – Nic to, byle nie my­śleć! – już go na świe­cie nie było. Py­ta­li po­tem ura­to­wa­ni Kry­oni­dzi, wdzięcz­ni Ba­ry­ono­wi za ra­tu­nek, co chciał wy­ja­wić zna­ka­mi, któ­re strasz­li­we­mu elek­try­ce­rzo­wi-przy­błę­dzie po­ka­zy­wał.

– To rzecz cał­kiem pro­sta – od­parł mę­drzec. – Dwa pal­ce zna­czy­ły, że jest nas dwóch, ra­zem z nim. Je­den, że za­raz ja sam tyl­ko zo­sta­nę. Po­tem po­ka­za­łem mu kół­ko na znak, że się wko­ło nie­go lód otwo­rzy i ot­chłań czar­na oce­anu po­chło­nie go na wie­ki. Jed­ne­go nie po­jął, tak samo jak dru­gie­go i trze­cie­go.

– Wiel­ki mę­dr­cze! – za­wo­ła­li zdu­mie­ni Kry­oni­dzi. – Jak­że mo­głeś da­wać ta­kie zna­ki strasz­li­we­mu na­past­ni­ko­wi?! Po­myśl, pa­nie, co by­ło­by, gdy­by cię zro­zu­miał i zdzi­wie­nia za­nie­chał?! Prze­cież nie roz­grzał­by go wów­czas na­mysł i nie ru­nął­by w bez­den­ną ot­chłań…

– Ach, tego nie oba­wia­łem się wca­le – rzekł z zim­nym uśmie­chem Ba­ry­on Lo­do­usty – wie­dzia­łem bo­wiem z góry, że ni­cze­go nie poj­mie. Gdy­by choć odro­bi­nę miał ro­zu­mu, nie przy­był­by do nas. Cóż bo­wiem może przyjść isto­cie, któ­ra pod słoń­cem miesz­ka, z klej­no­tów ga­zo­wych i srebr­nych gwiazd lodu?

A oni za­dzi­wi­li się z ko­lei mą­dro­ści mę­dr­ca i ode­szli, uspo­ko­je­ni do swych do­mów, w któ­rych cze­kał ich mróz miły. Od­tąd nikt już nie pró­bo­wał na­je­chać Kry­onii, bo za­bra­kło głup­ców w ca­łym Ko­smo­sie, cho­ciaż nie­któ­rzy mó­wią, że ich jesz­cze spo­ro, a tyl­ko dro­gi nie zna­ją.