Autorytet Marzeny - Karolina Dziekońska - ebook

Autorytet Marzeny ebook

Karolina Dziekońska

4,1

Opis

Trudną, momentami traumatyczną przeszłość ciężko zamknąć kilkoma sesjami z terapeutką. 

Marcelina, zwana Iną, stawia wszystko na jedną kartę. Dziewczyna rozpoczyna w życiu nowy rozdział, zmienia miejsce pracy, krąg znajomych, a nawet miejsce zamieszkania. Szybko jednak okazuje się, że jej wymarzone życie zaczyna zamieniać się w koszmar. Przypadkiem zostaje wmanewrowana w intrygi osób, które doprowadzają do zniknięcia jej przyjaciółki. Ina nie cofnie się przed niczym, żeby odkryć prawdę. 


Czy tajemnice znajdą swoje wyjaśnienia?

Czy przeszłość ma wpływ na to, co dzisiaj?

 

Autorytet Marzeny to powieść o tym, że kiedy w sercu niesie się nadzieję, życie bywa znośniejsze. Bohaterka na naszych oczach przechodzi metamorfozę, staje się silniejsza, bardziej odporna na trudy, jakie stawia przed nią życie. A kim jest tytułowa Marzena? Przekonajcie się! 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (8 ocen)
4
2
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
SkeeterPhelan

Z braku laku…

Książka bez wyrazu, rzeczy tak ważne opisane w tak bardzo bagatelizujący sposób... To mogłaby być naprawdę fajna historia, a wyszła nijaka.
00



Au­to­ry­tet Ma­rze­ny

Re­dak­cja i ko­rek­taKa­ro­li­na Dzie­koń­ska, Agniesz­ka K.

Pro­jekt okład­kiMa­ciej Pie­da - Pie­da Art

Zdję­cie na okład­ceKa­mi­la Ko­wal­ska

Co­py­ri­ght © Ka­ro­li­na Dzie­koń­ska 2023

ISBN: 978-83-969969-0-9

Przy­go­to­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej: Epu­beum

Książ­ka jest ob­ję­ta ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Wszel­kie udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, upo­wszech­nia­nie i upu­blicz­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób i zda­rzeń jest przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne.

Roz­dział 1

– Co za dno! – wy­krzyk­nę­ła Mar­ce­li­na, prze­glą­da­jąc por­tal z ofer­ta­mi pra­cy.

Mia­ła już dość. Szu­ka­ła za­trud­nie­nia od dwóch mie­się­cy, nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie. De­cy­zja, że­by rzu­cić pra­cę, gdy nie mia­ła żad­ne­go po­my­słu, co da­lej zro­bić ze swo­im ży­ciem, nie by­ła jed­nak roz­sąd­na. Sta­ło się, trud­no, mu­si so­bie te­raz ja­koś po­ra­dzić. Na set­ki wy­sła­nych CV otrzy­ma­ła tyl­ko kil­ka od­po­wie­dzi. Czu­ła roz­cza­ro­wa­nie, do tej po­ry pro­po­no­wa­no jej sta­no­wi­ska nie­zbyt do­brze płat­ne, po­ni­żej kwa­li­fi­ka­cji. Nie są­dzi­ła, że zna­le­zie­nie wła­snej dro­gi za­wo­do­wej bę­dzie ta­kie trud­ne.

Ja­ko dziec­ko ma­rzy­ła o tym, aby zo­stać ar­che­olo­giem al­bo de­tek­ty­wem. Chcia­ła roz­wią­zy­wać trud­ne za­gad­ki, uwiel­bia­ła gry, w któ­rych mu­sia­ła się wy­ka­zać wie­dzą i spry­tem. Lu­bi­ła się za­sta­na­wiać i ana­li­zo­wać, przez co od za­wsze uwa­ża­no ją za dziw­ną, nad­wraż­li­wą, co po­skut­ko­wa­ło tym, że już w szko­le pod­sta­wo­wej z Mar­ce­li­ny sta­ła się Iną, in­ną. Przy­do­mek pa­so­wał do niej ide­al­nie, od ra­zu się z nim po­lu­bi­ła, wo­la­ła na­wet, kie­dy nie zwra­ca­no się do niej po imie­niu. Nie chcia­ła się wy­chy­lać, ba­ła się, że je­śli wy­bie­rze nie­ty­po­wą ścież­kę ka­rie­ry, znów sta­nie się obiek­tem drwin. Po zda­niu ma­tu­ry wy­je­cha­ła ze swo­je­go ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka do Po­zna­nia. Mi­mo że wią­za­ła z tym wy­jaz­dem spo­re na­dzie­je, stop­nio­wo re­zy­gno­wa­ła ze swo­ich po­my­słów na przy­szłość. Zde­cy­do­wa­ła się roz­po­cząć stu­dia po­lo­ni­stycz­ne, by­ła to w mia­rę bez­piecz­na opcja i, o dzi­wo, Ina dość szyb­ko od­na­la­zła się w tym kie­run­ku, i do­brze so­bie ra­dzi­ła. Kie­dy jed­nak po za­ję­ciach oglą­da­ła se­ria­le kry­mi­nal­ne, bu­dzi­ła się w niej nie­opi­sa­na tę­sk­no­ta za roz­wią­zy­wa­niem skom­pli­ko­wa­nych spraw. Za­wsze bez­błęd­nie wy­ty­po­wa­ła spraw­cę zbrod­ni, a ko­lej­ne wska­zów­ki po­ja­wia­ją­ce się w fa­bu­le fil­mu, tyl­ko utwier­dza­ły ją w tym, że ma ra­cję. Ja­ko po­lo­nist­ka za­czy­ty­wa­ła się w kry­mi­na­łach pol­skich au­to­rów. Na­pi­sa­ła pra­cę ma­gi­ster­ską w tym za­kre­sie, w nie­wiel­kim stop­niu re­ali­zu­jąc swo­je ma­rze­nia. Z cza­sem oka­za­ło się tak­że, że Po­znań, tak bar­dzo przy­ja­zny dla niej w okre­sie stu­diów, w kwe­stii za­trud­nie­nia nie ma jej nic do za­ofe­ro­wa­nia. Wy­pro­wa­dzi­ła się więc do War­sza­wy.

Wy­na­ję­ła po­kój i pod­ję­ła pierw­szą pra­cę, któ­ra by­ła po­ni­żej jej ocze­ki­wań, i tak już dość ni­skich. Czu­ła się w niej fa­tal­nie. Rzu­ci­ła ją po kil­ku mie­sią­cach dla swo­je­go kom­for­tu psy­chicz­ne­go. Od te­go mo­men­tu dys­po­no­wa­ła mnó­stwem wol­ne­go cza­su, ale nie wie­dzia­ła jak go spo­żyt­ko­wać. Nie mia­ła ocho­ty ni­g­dzie wy­cho­dzić, roz­wi­jać się. Nie by­ło jej do­brze ze so­bą, a brak pra­cy i za­ję­cia po­głę­bił tyl­ko jej kry­zys emo­cjo­nal­ny. Wie­czo­ra­mi, po przej­rze­niu se­tek ogło­szeń, kła­dła się na łóż­ku i roz­my­śla­ła, w ja­ki spo­sób po­kie­ro­wać swo­im ży­ciem, aby cho­ciaż w mi­ni­mal­nym stop­niu speł­nić swo­je ma­rze­nia. Mar­twi­ła się, że bę­dzie mu­sia­ła wró­cić do mia­stecz­ka, w któ­rym się wy­cho­wa­ła. Bar­dzo te­go nie chcia­ła, nic tam na nią nie cze­ka­ło, oprócz lu­dzi go­to­wych ścią­gnąć ją w dół. Wy­obra­ża­ła so­bie jak mó­wią: „O, wiel­ka pa­ni z War­sza­wy wró­ci­ła, co, nie uda­ło się zro­bić ka­rie­ry?”, „Na­wet fa­ce­ta żad­ne­go tam nie zna­la­zła?”, „Ona? Kto by ją tam chciał, ta­ką wiel­ką da­mę”. Mar­ce­li­na po­czu­ła ucisk w żo­łąd­ku. Nie da im tej sa­tys­fak­cji, ni­g­dy w ży­ciu! Mu­si so­bie po­ra­dzić.

Na ra­zie jed­nak nie wie­dzia­ła jak. Czu­ła się sa­mot­na, zna­jo­mi, któ­rych nie by­ło zbyt wie­lu, zo­sta­li w Po­zna­niu. Po prze­pro­wadz­ce czę­sto wy­cho­dzi­ła do te­atru, ki­na, do mu­zeum, ale za­wsze sa­ma. W War­sza­wie nie na­wią­za­ła do tej po­ry żad­nej zna­jo­mo­ści. Jesz­cze przed przy­jaz­dem do sto­li­cy po­zna­ła Olę, wo­ka­list­kę, któ­ra ra­zem ze swo­im ze­spo­łem kon­cer­to­wa­ła po ca­łej Pol­sce i z któ­rą szyb­ko się za­przy­jaź­ni­ła. Cho­ciaż by­ła na miej­scu, rzad­ko się spo­ty­ka­ły, po­nie­waż przy­ja­ciół­ka na­gry­wa­ła swo­ją naj­now­szą pły­tę i mnó­stwo cza­su spę­dza­ła w stu­diu. Ina oczy­wi­ście ki­bi­co­wa­ła jej z ca­łe­go ser­ca, jed­nak żal jej by­ło, że ze­spół, w któ­rym śpie­wa­ła Ola, ogra­ni­czył na ra­zie licz­bę kon­cer­tów, któ­re by­ły dla niej od­skocz­nią od rze­czy­wi­sto­ści. Na szczę­ście nie­dłu­go za­gra­ją w War­sza­wie! Uwiel­bia­ła stać pod sce­ną, chło­nąć dźwię­ki i ob­ra­zy, dać się za­cza­ro­wać at­mos­fe­rze. Za ulu­bio­nym ze­spo­łem by­ła w sta­nie zje­chać ca­ły kraj.

Któ­re­goś wie­czo­ra uda­ło im się jed­nak wspól­nie wyjść. Spo­tka­ły się w Sta­cji Gro­chów nie­da­le­ko Ron­da Wia­tracz­na. Lu­bi­ła to miej­sce, był to umó­wio­ny punkt ich spo­tkań już od kil­ku lat, kie­dy jesz­cze od­wie­dza­ła sto­li­cę prze­jaz­dem. Te­raz miesz­ka­jąc na Go­cła­wiu, nie mia­ła do nie­go da­le­ko, a i jej przy­ja­ciół­ka mia­ła w oko­li­cy sa­lę prób. Za­mó­wi­ły so­bie drin­ki i po krót­kim wa­ha­niu, Ina po­sta­no­wi­ła zwie­rzyć się ze swo­ich smut­ków.

– Wiesz, bar­dzo do­bi­ja mnie sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam. Bez per­spek­tyw, bez zna­jo­mych. My­śla­łam, że mo­je ży­cie się zmie­ni w koń­cu na lep­sze, tym­cza­sem nie mam ocho­ty na­wet wstać z łóż­ka. Nie mam już si­ły cho­dzić na te roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne, i tak nie po­tra­fię ich prze­brnąć. Nie wiem, jak dłu­go jesz­cze dam ra­dę. Je­stem za­ła­ma­na i bo­ję się, że bę­dę mu­sia­ła wy­je­chać. – Nie umia­ła po­wstrzy­mać łez, któ­re wzbie­ra­ły w niej od pew­ne­go cza­su. – Po­mo­żesz mi? Wiem, że za­wsze mo­gę na cie­bie li­czyć. Pro­szę, nie zo­sta­wiaj mnie z tym sa­mej.

Na szczę­ście dla Mar­ce­li­ny, Ola wy­ka­za­ła się ogrom­ną doj­rza­ło­ścią, da­ro­wa­ła so­bie ra­dy w sty­lu „in­ni ma­ją go­rzej”, czy „idź po­bie­gać”, tyl­ko de­li­kat­nie za­su­ge­ro­wa­ła sko­rzy­sta­nie z usług psy­cho­lo­ga.

– Ko­cha­na, je­stem przy to­bie, pa­mię­taj o tym, pisz do mnie, kie­dy tyl­ko bę­dziesz mia­ła ta­ką po­trze­bę. My­ślę jed­nak, że je­steś już go­to­wa, aby się­gnąć po pro­fe­sjo­nal­ną po­moc. Prze­myśl to so­bie, nie czuj się zmu­szo­na. Do­brze jest po­roz­ma­wiać o tym, co nam le­ży na ser­cu z oso­bą, któ­ra się na tym zna. Nie martw się, za­trud­nie­nie znaj­dziesz prę­dzej czy póź­niej, to nie ma zna­cze­nia. Wiesz prze­cież, że do mnie też nic sa­mo nie przy­szło. To, w ja­kim je­stem ak­tu­al­nie miej­scu, po­prze­dzo­ne jest la­ta­mi mo­jej cięż­kiej pra­cy, tak­że tej nad so­bą. Pra­co­wa­łam w róż­nych miej­scach, ale za­wsze na pierw­szym miej­scu w mo­im ży­ciu i w ser­cu by­ła mu­zy­ka. Ty je­steś jesz­cze mło­dziut­ka, wszyst­ko przed to­bą, nie bój się i daj so­bie szan­sę. To co, jesz­cze po jed­nym? – spy­ta­ła, pusz­cza­jąc oko.

Za­mó­wi­ły ko­lej­ne drin­ki, po­roz­ma­wia­ły jesz­cze przez chwi­lę o nad­cho­dzą­cych kon­cer­tach, oka­za­ło się, że ze­spół koń­czy na­gry­wać w stu­diu i po­wo­li wra­ca na sce­nę. Przy­ja­ciół­kom po­pra­wił się hu­mor i w do­brych na­stro­jach wy­szły ze Sta­cji chwi­lę przed dwu­dzie­stą. Wie­czór był pięk­ny, bar­dzo cie­pły jak na wcze­sną wio­snę, Ina po­sta­no­wi­ła więc prze­spa­ce­ro­wać się na Go­cław i prze­my­śleć so­bie do­pie­ro co za­koń­czo­ną roz­mo­wę.

Ra­no zde­cy­do­wa­ła się sko­rzy­stać z ra­dy przy­ja­ciół­ki i się­gnąć naj­pierw po do­raź­ne wspar­cie, a w dal­szej ko­lej­no­ści pod­jąć psy­cho­te­ra­pię. Nie mia­ła po­ję­cia, czym po­win­na się kie­ro­wać przy wy­bo­rze te­ra­peu­ty, stwier­dzi­ła, że pój­dzie do te­go, u któ­re­go naj­szyb­ciej bę­dzie wol­ny ter­min. Na sa­mej gó­rze wy­szu­ki­war­ki Go­ogle wy­świe­tlił się nie­wiel­ki ga­bi­net w Śród­mie­ściu. Prze­śle­dzi­ła zdję­cia i do­świad­cze­nia spe­cja­li­stów znaj­du­ją­ce się na stro­nie in­ter­ne­to­wej. Wy­bra­ła te­ra­peut­kę, któ­ra od ra­zu wzbu­dzi­ła jej za­ufa­nie. By­ła mło­da i ele­ganc­ka, wy­glą­da­ła bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie, a jed­no­cze­śnie sym­pa­tycz­nie. Al­bo ta mi po­mo­że, al­bo żad­na! – Mar­ce­li­na po­sta­wi­ła so­bie ul­ti­ma­tum, nie po­tra­fi­ła ina­czej, i po te­le­fo­nicz­nym uzgod­nie­niu ter­mi­nu, wy­bra­ła się na pierw­szą kon­sul­ta­cję. Na ra­zie po­sta­no­wi­ła nie in­for­mo­wać ko­bie­ty, że jest w trak­cie po­szu­ki­wa­nia pra­cy. W pierw­szej ko­lej­no­ści chcia­ła sku­pić się na prze­pra­co­wa­niu spraw z dzie­ciń­stwa, w koń­cu mia­ła ich spo­ro. Te­ra­peut­ka wy­war­ła na In­ie do­bre wra­że­nie. Cier­pli­wie słu­cha­ła, nie prze­ry­wa­ła jej, mia­ła też in­te­re­su­ją­ce spo­strze­że­nia, któ­ry­mi dzie­li­ła się w wy­wa­żo­ny spo­sób. Obie stwier­dzi­ły, że chcą kon­ty­nu­ować te spo­tka­nia. Po wyj­ściu z ga­bi­ne­tu od ra­zu na­pi­sa­ła do Oli wia­do­mość, że jest już pod do­brą opie­ką i kwe­stia te­ra­pii jest za­ła­twio­na. Szyb­ko po­szło! Szko­da, że spra­wa no­we­go miej­sca za­trud­nie­nia wciąż po­zo­sta­ła nie­roz­wią­za­na. Wiel­ki­mi kro­ka­mi zbli­żał się trze­ci mie­siąc bez­ro­bo­cia.

Na­stęp­ne­go dnia Ina obu­dzi­ła się w po­dej­rza­nie do­brym hu­mo­rze. Pla­no­wa­ła po­je­chać na za­ku­py do go­cław­skiej Pro­me­na­dy, wpraw­dzie mia­ła oszczę­dzać, ale prze­glą­da­jąc In­ter­net na­tra­fi­ła na pięk­ną su­kien­kę i po pro­stu mu­sia­ła ją mieć. Chcia­ła naj­pierw obej­rzeć ją na ży­wo i oczy­wi­ście przy­mie­rzyć. Nie lu­bi­ła ku­po­wać rze­czy w ciem­no, a po­tem ba­wić się w ich od­sy­ła­nie. Do­pie­ro, kie­dy wy­je­cha­ła da­le­ko od do­mu po­czu­ła w so­bie od­wa­gę do zmia­ny sty­lu. Do­tych­czas syl­wet­kę ukry­wa­ła pod luź­ny­mi ubra­nia­mi. Sta­ra­ła się nie wy­róż­niać z tłu­mu swo­im wy­glą­dem. Kie­dy po­zna­ła Olę, za­chwy­cił ją jej ete­rycz­ny styl, sce­nicz­ne kre­acje pod­kre­śla­ją­ce ko­bie­cość i pięk­ne suk­nie. Po­czu­ła się za­in­spi­ro­wa­na. Za­czę­ła wzbo­ga­cać swo­ją gar­de­ro­bę o bar­dziej dziew­czę­ce stro­je. Od zna­jo­mych i ro­dzi­ny sły­sza­ła, że nie­sa­mo­wi­cie się zmie­ni­ła, co spra­wi­ło, że eks­pe­ry­men­to­wa­ła da­lej, a jej sa­mo­oce­na de­li­kat­nie po­pra­wi­ła się. Zmie­ni­ła ko­lor wło­sów z ciem­ne­go blon­du na ciem­ny brąz, skró­ci­ła tak­że ich dłu­gość do ra­mion. Uświa­do­mi­ła so­bie, że ni­g­dy nie lu­bi­ła mieć dłu­gich wło­sów, zresz­tą i tak cią­gle je upi­na­ła, prze­szka­dza­ły jej w co­dzien­nych czyn­no­ściach. Ktoś kie­dyś po­wie­dział, że dziew­czyn­ka po­win­na mieć dłu­gie, za­dba­ne wło­sy i się ni­mi cie­szyć do­pó­ki mo­że, po­nie­waż w pew­nym wie­ku wy­pa­da już mieć krót­ką fry­zu­rę. Bar­dzo dłu­go wie­rzy­ła w tę bzdu­rę.

To że zna­la­zła się tak da­le­ko od do­mu i oskar­ży­ciel­skich spoj­rzeń naj­bliż­sze­go oto­cze­nia spra­wi­ło, iż na ze­wnątrz roz­kwi­tła. Psy­chicz­nie czu­ła się na­to­miast fa­tal­nie. Mia­ła na­dzie­ję, że zna­le­zie­nie za­trud­nie­nia, ale przede wszyst­kim psy­cho­te­ra­pia po­mo­gą jej się upo­rać z ob­ni­żo­nym na­stro­jem. Przed wyj­ściem na za­ku­py po­sta­no­wi­ła przej­rzeć naj­now­sze ogło­sze­nia o pra­cę, a nuż po­ja­wi­ło się coś cie­ka­we­go, o co war­to by by­ło apli­ko­wać. Przy­po­mnia­ła so­bie tak­że, że przez kil­ka dni nie spraw­dza­ła skrzyn­ki ma­ilo­wej. Otwo­rzy­ła ją więc szyb­kim klik­nię­ciem i za­mar­ła.

– O, no­wa wia­do­mość od Ma­rze­ny Adam­kie­wicz, od­po­wiedź na mo­je CV! – wy­krzyk­nę­ła i po­czu­ła szyb­sze bi­cie ser­ca. – Czyż­by wła­śnie koń­czył się ten bez­na­dziej­ny czas w mo­im ży­ciu? – Nie­pew­nym ru­chem otwo­rzy­ła ma­ila.

Wi­tam,je­śli na­dal jest Pa­ni za­in­te­re­so­wa­na ofer­tą na­szej fir­my, pro­szę o wia­do­mość zwrot­ną, kie­dy mo­że Pa­ni roz­po­cząć pra­cę. Po­ni­żej prze­sy­łam jesz­cze raz wszyst­kie in­for­ma­cje i wa­run­ki za­trud­nie­nia.

Po­zdra­wiamMa­rze­na Adam­kie­wicz

Za­wsze szcze­rze ubo­le­wa­ła, kie­dy ktoś za­czy­nał ma­ila od „Wi­tam”. Pięć lat stu­dio­wa­nia na wy­dzia­le fi­lo­lo­gicz­nym spra­wi­ło, że by­ła wy­czu­lo­na na naj­mniej­szy błąd ję­zy­ko­wy. Jed­nak tym ra­zem po­sta­no­wi­ła zdu­sić swo­je wąt­pli­wo­ści w za­rod­ku i od­pi­sać na wia­do­mość, że mo­że za­cząć od po­nie­dział­ku.

Po wy­sła­niu od­po­wie­dzi na­gle ogar­nął ją nie­po­kój, czy do­brze zro­bi­ła. Po­sa­da, któ­rą jej za­pro­po­no­wa­no obej­mo­wa­ła pra­ce biu­ro­we nie wy­ma­ga­ją­ce wła­ści­wie żad­nych umie­jęt­no­ści. Z jed­nej stro­ny by­ła pod­eks­cy­to­wa­na, że po trzech mie­sią­cach być mo­że uda­ło jej się w koń­cu zna­leźć za­trud­nie­nie, w do­dat­ku ide­al­ne dla niej, nie mia­ła bo­wiem żad­ne­go do­świad­cze­nia na ta­kim sta­no­wi­sku, z dru­giej stro­ny za­sta­na­wia­ła się, czy w ogó­le chce się o nie sta­rać. Kie­dyś my­śla­ła, że bę­dzie wol­nym strzel­cem, po­nie­waż nie czu­ła się pew­nie wśród lu­dzi i na­gła per­spek­ty­wa prze­by­wa­nia w jed­nym po­miesz­cze­niu przez osiem go­dzin z oso­ba­mi, któ­rych nie zna, za­czy­na­ła ją prze­ra­żać. Po­sta­no­wi­ła, że pój­dzie w po­nie­dzia­łek na roz­mo­wę, mo­że po­zna lu­dzi w niej pra­cu­ją­cych i wte­dy po­dej­mie osta­tecz­ną de­cy­zję. Te­raz praw­do­po­dob­nie mia­ła przed so­bą ostat­nie dni wol­ne i za­mie­rza­ła je do­brze wy­ko­rzy­stać. Naj­pierw po­je­cha­ła po su­kien­kę. By­ła tak sa­mo pięk­na, jak pre­zen­to­wa­no ją w In­ter­ne­cie, a do­dat­ko­wo po­ja­wi­ła się re­al­na moż­li­wość za­ło­że­nia jej do pra­cy. Po po­wro­cie zja­dła szyb­ki obiad i za­czę­ła się szy­ko­wać na kon­cert ze­spo­łu Oli. Nie mo­gła się do­cze­kać. Tak daw­no nie wi­dzia­ła przy­ja­ciół­ki na sce­nie! Mia­ła też spo­tkać się z kil­ko­ma oso­ba­mi, któ­re przy­ja­dą z in­nych miast. Lu­bi­ła te spo­tka­nia, roz­mo­wy o mu­zy­ce i ży­ciu, a przede wszyst­kim to, że mo­gli wspól­nie prze­ży­wać wspa­nia­łe chwi­le na wi­dow­ni, a po wy­stę­pie dzie­lić się wra­że­nia­mi.

Kon­cert jak za­wsze był do­sko­na­ły i Mar­ce­li­na by­ła już w lep­szym na­stro­ju spo­ty­ka­jąc się z przy­ja­ciół­ką za ku­li­sa­mi. Wciąż jed­nak prze­ra­ża­ła ją per­spek­ty­wa te­go, co mo­że się wy­da­rzyć w ko­lej­nym ty­go­dniu, po­sta­no­wi­ła po­dzie­lić się z nią swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi.

– Ko­cha­na, to cu­dow­na wia­do­mość! – Ol­ka za­re­ago­wa­ła ży­wo. – Mam na­dzie­ję, że to bę­dzie po­czą­tek cze­goś no­we­go w two­im ży­ciu! Pa­mię­taj, by nie za­my­kać się na lu­dzi, na pew­no znaj­dziesz tam ko­goś, kto ci po­mo­że, z kim bę­dziesz mo­gła po­roz­ma­wiać. A pra­cę, na­wet je­śli to nie jest ta wy­ma­rzo­na, trak­tuj po pro­stu ja­ko śro­dek do osią­gnię­cia więk­sze­go ce­lu. Tak się cie­szę, że ci się uda­ło!

Przy­ja­ciół­ki ob­ję­ły się, a per­spek­ty­wa po­nie­dział­ko­we­go roz­po­czę­cia no­wej pra­cy przez Inę i zwią­za­ne­go z tym stre­su ja­koś na­gle się od­da­li­ła.

Week­end mi­jał nad­spo­dzie­wa­nie szyb­ko, a mia­ła jesz­cze ty­le do zro­bie­nia! Trze­ba by­ło do­pro­wa­dzić do po­rząd­ku miesz­ka­nie, zro­bić pra­nie, wy­pra­so­wać ubra­nia. Po­my­śla­ła też, że przy­go­tu­je so­bie po­sił­ki na ca­ły ty­dzień do pra­cy, że­by przy­naj­mniej o to się nie mar­twić. Mia­ła ocho­tę wyjść na dłu­gą, sa­mot­ną prze­chadz­kę. Bar­dzo lu­bi­ła spa­ce­ro­wać ścież­ką nad Wi­słą, któ­ra bie­gła wzdłuż Wa­łu Mie­dze­szyń­skie­go. Jej urok po­le­gał na tym, że jed­na z ale­jek by­ła głów­ną, licz­nie uczęsz­cza­ną przez ro­we­rzy­stów i spa­ce­ro­wi­czów, a dru­ga, bli­żej rze­ki, po­ro­śnię­ta dzi­ko ro­sną­cą ro­ślin­no­ścią i nie tak ob­le­ga­na, mia­ła kil­ka zejść pro­wa­dzą­cych wprost na nie­wiel­kie pla­że. W cie­plej­sze po­po­łu­dnia Ina za­bie­ra­ła książ­kę, sia­da­ła nad brze­giem rze­ki i wy­grze­wa­ła się w pro­mie­niach słoń­ca. Czu­ła wte­dy, że od­po­czy­wa i na­bie­ra sił. Cza­sem wy­po­ży­cza­ła ro­wer i ro­bi­ła so­bie kil­ku­ki­lo­me­tro­we wy­ciecz­ki po la­sach, cie­sząc się przy­ro­dą. Za każ­dym ra­zem od­kry­wa­ła no­wą tra­sę, któ­rą mo­gła eks­plo­ro­wać. Oko­li­ce mo­stu Sie­kier­kow­skie­go by­ły prze­pięk­ne, ze spo­rą daw­ką dzi­kiej na­tu­ry, jak na War­sza­wę oczy­wi­ście.

Nie­dziel­ne przed­po­łu­dnie spę­dzi­ła na ko­ją­cym spa­ce­ro­wa­niu, sta­ra­ła się ze wszyst­kich sił nie my­śleć o tym, co ją cze­ka ju­tro. Nie­ste­ty czu­ła, że z każ­dą go­dzi­ną stre­su­je się co­raz bar­dziej. Po po­wro­cie z la­su przy­rzą­dzi­ła so­bie obiad i za­pa­rzy­ła dzba­nek me­li­sy. Po­ło­ży­ła się i włą­czy­ła se­rial Gil­mo­re Girls, z na­dzie­ją, że wi­zy­ta w Stars Hol­low po­zwo­li jej się od­stre­so­wać. Wie­czo­rem afir­mo­wa­ła jesz­cze, aby no­wy dzień oka­zał się dla niej po­cząt­kiem no­we­go, lep­sze­go roz­dzia­łu w jej ży­ciu.

W po­nie­dzia­łek Mar­ce­li­na chwi­lę przed ósmą wy­szła z do­mu. Nie mia­ła da­le­ko do no­wej pra­cy, ale nie chcia­ła się spóź­nić, nie pierw­sze­go dnia. Bez pro­ble­mu zna­la­zła bu­dy­nek, cho­ciaż nie był ozna­czo­ny, nic nie wska­zy­wa­ło, że to w nim mie­ści się fir­ma Win­Mas. Bez­sku­tecz­nie dzwo­ni­ła do­mo­fo­nem, gdy na­gle obok niej po­ja­wi­ła się dziew­czy­na, któ­ra naj­wy­raź­niej zmie­rza­ła do te­go sa­me­go bu­dyn­ku, co ona i po­kie­ro­wa­ła Inę wprost do se­kre­ta­ria­tu.

– O wszyst­ko za­py­taj Izę, na pew­no ci po­mo­że! – po­wie­dzia­ła i znik­nę­ła gdzieś na koń­cu ko­ry­ta­rza.

– Cześć, ja w spra­wie pra­cy. Mia­łam się po­wo­łać na pa­nią Ma­rze­nę Adam­kie­wicz. – Mar­ce­li­na za­gad­nę­ła dziew­czy­nę, sym­pa­tycz­ną blon­dyn­kę oko­ło dwu­dziest­ki.

– Usiądź, a ja po nią za­dzwo­nię – po­wie­dzia­ła i wy­ko­na­ła te­le­fon. – Za­raz po­dej­dzie. A tak w ogó­le je­stem Iza. A ty? Na ja­kie sta­no­wi­sko apli­ko­wa­łaś? Mam na­dzie­ję, że zo­sta­niesz na dłu­żej. Ma­my tu­taj na­praw­dę świet­ną at­mos­fe­rę, no i wiesz, cał­kiem sym­pa­tycz­nych ko­le­gów. – Uśmiech­nę­ła się. Na­praw­dę by­ła sym­pa­tycz­na. I ta­ka bez­po­śred­nia. Wi­dać by­ło, że za­mie­rza­ła coś jesz­cze do­dać, ale za­nim ich roz­mo­wa na do­bre się za­czę­ła, przy­szła, a ra­czej przy­bie­gła kie­row­nicz­ka dzia­łu za­rzą­dza­nia do­ku­men­ta­cją.

– Cześć, je­stem Ma­rze­na – po­wie­dzia­ła, po­da­jąc In­ie swo­ją za­dba­ną dłoń, skra­ca­jąc w ten spo­sób dy­stans.

Ma­rze­na Adam­kie­wicz by­ła fi­li­gra­no­wą blon­dyn­ką o wło­sach się­ga­ją­cych pra­wie do pa­sa, mia­ła brą­zo­we oczy, de­li­kat­ny ma­ki­jaż i uj­mu­ją­cy uśmiech. Mi­mo drob­nej po­stu­ry bi­ła od niej pew­ność sie­bie i nie­wy­mu­szo­na ra­dość ży­cia. Mia­ła na so­bie do­pa­so­wa­ne je­an­sy, t-shirt i brzo­skwi­nio­wy ża­kiet. Na pierw­szy rzut oka wi­dać by­ło, że ma kla­sę. Mar­ce­li­na po­czu­ła, że bę­dzie im się do­brze współ­pra­co­wać.

Kie­dy szły w stro­nę po­ko­ju, w któ­rym mie­ścił się dział za­rzą­dza­nia do­ku­men­ta­cją, Ma­rze­na po­ka­zy­wa­ła jej po­szcze­gól­ne po­miesz­cze­nia i opo­wia­da­ła o Win­Ma­sie. Fir­ma skła­da­ła się z kil­ku są­sia­du­ją­cych bu­dyn­ków, któ­re zaj­mo­wa­ły po­szcze­gól­ne dzia­ły. Za­trzy­ma­ły się na chwi­lę w kuch­ni.

– O, jest eks­pres! – Ucie­szy­ła się Ina, na­resz­cie bę­dzie mo­gła na­pić się praw­dzi­wej ka­wy, a nie roz­pusz­czal­nej ne­ski.

Po­win­ni so­bie wpi­sać ka­wę z eks­pre­su w be­ne­fi­ty na por­ta­lach z ofer­ta­mi pra­cy – po­my­śla­ła. W po­przed­niej fir­mie mo­gła tyl­ko po­ma­rzyć o ta­kim luk­su­sie. W koń­cu do­tar­ły do po­ko­ju, któ­ry dzie­lił się na dwie osob­ne czę­ści.

– Tam bę­dzie two­je miej­sce pra­cy. – Kie­row­nicz­ka wska­za­ła jej biur­ko w mniej­szym po­ko­iku. – Dzi­siaj nie ma Bart­ka, więc usią­dziesz z na­mi, Ka­sia wta­jem­ni­czy cię we wszyst­ko.

Pierw­sze za­da­nie Mar­ce­li­ny po­le­ga­ło na ska­no­wa­niu do­ku­men­tów. My­śla­ła, że przed pod­ję­ciem pra­cy od­bę­dzie roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną. Nie by­ło jed­nak ani roz­mo­wy, ani szko­le­nia. Czu­ła się za­nie­po­ko­jo­na, ale uzna­ła, że mo­że jej CV by­ło na ty­le prze­ko­nu­ją­ce, że nie by­ło już po­trze­by ze stro­ny pra­co­daw­cy, aby o coś do­py­ty­wać. Obo­wiąz­ki, któ­re mia­ła do wy­ko­na­nia na tym sta­no­wi­sku nie by­ły trud­ne. Po­sta­no­wi­ła więc na ra­zie o nic nie py­tać. Umo­wę mia­ła do­stać na­stęp­ne­go dnia.

Dziew­czy­na, któ­rą Ma­rze­na na­zwa­ła Ka­sią, by­ła bar­dzo mi­ła, po­ka­za­ła In­ie, jak ob­słu­gi­wać ska­ner, jak wpro­wa­dzać do­ku­men­ty do sys­te­mu, po­za tym wię­cej już się do niej ode­zwa­ła, tak sa­mo zresz­tą jak po­zo­sta­li. Dzień mi­nął szyb­ko. Mar­ce­li­na nie wie­dzia­ła, co ma my­śleć o no­wej pra­cy, no­wym roz­dzia­le w ży­ciu. Bra­ko­wa­ło jej in­te­gra­cji, czy choć­by przed­sta­wie­nia współ­pra­cow­ni­ków, szko­le­nia, od­po­wied­nie­go wdro­że­nia. Ko­lej­ne dni wy­glą­da­ły po­dob­nie. Przy­cho­dzi­ła, wy­ko­ny­wa­ła swo­je obo­wiąz­ki i co­dzien­nie mia­ła na­dzie­ję, że coś się zmie­ni. Na próż­no.

Sie­dzia­ła w swo­im ma­łym po­ko­iku sa­ma, a kie­dy chcia­ła o coś za­py­tać, mu­sia­ła przejść do dru­gie­go po­miesz­cze­nia, do Ka­si. Nie czu­ła się z tym kom­for­to­wo, jak­by nie by­ła czę­ścią ze­spo­łu, lecz kimś obok. Dla niej, za­mknię­tej w so­bie, któ­rej cięż­ko jest otwo­rzyć się na dru­gą oso­bę, to by­ło jak wy­rok. Pró­bo­wa­ła w ja­kiś spo­sób to za­ak­cep­to­wać, ale nie by­ło ła­two. Prze­cież to miał być po­czą­tek jej no­we­go ży­cia, no­wy roz­dział. Nie chcia­ła być w nim sa­ma.

Któ­re­goś dnia, pod­czas prze­rwy obia­do­wej, ze­szła się z Izą z se­kre­ta­ria­tu, któ­ra wy­da­wa­ła się do niej przy­jaź­nie na­sta­wio­na.

– Jak ci się u nas pra­cu­je? Faj­na at­mos­fe­ra jest, co nie? – za­ga­dy­wa­ła ko­le­żan­ka.

O, jak do­brze – po­my­śla­ła Ina. W koń­cu moż­na się do ko­goś ode­zwać!

– Szcze­rze mó­wiąc: nie wiem. Sie­dzę w po­ko­ju zu­peł­nie sa­ma. Każ­de­go dnia na biur­ku cze­ka­ją na mnie do­ku­men­ty do ze­ska­no­wa­nia. Ni­ko­go nie wi­du­ję, z ni­kim nie roz­ma­wiam. Na­wet nie wiem, czym zaj­mu­je się ta fir­ma, gdzie są in­ne dzia­ły. – Po­dzie­li­ła się z Iz­ką prze­my­śle­nia­mi, któ­re mia­ła w gło­wie przez ostat­ni czas.

– Ja znam tu­taj wszyst­kich, ale też sie­dzę sa­ma. Jak chcesz, mo­że­my któ­re­goś dnia po pra­cy wyjść coś zjeść, zdra­dzę ci pa­rę se­kre­ci­ków z te­go miej­sca. – Uśmiech­nę­ła się, a Ina po­czu­ła, że życz­li­wość ko­le­żan­ki jest szcze­ra, i być mo­że jest szan­sa, że uda im się za­przy­jaź­nić, w koń­cu mia­ła­by ko­goś bli­skie­go w tej War­sza­wie.

Od ra­zu do­ga­da­ły ter­min spo­tka­nia i Mar­ce­li­na nie mo­gła się wprost do­cze­kać, że­by do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o tym ta­jem­ni­czym miej­scu, ja­kim był dla niej Win­Mas.

W pią­tek po pra­cy po­je­cha­ły do re­stau­ra­cji Si, któ­ra mie­ści­ła się nie­da­le­ko Pla­cu Ban­ko­we­go. Za­mó­wi­ły piz­zę i drin­ki. Ina po ci­chu li­czy­ła, że uzy­ska in­for­ma­cje o funk­cjo­no­wa­niu fir­my, na ko­go po­win­na uwa­żać, a z kim żyć w do­brych re­la­cjach, tym­cza­sem kie­dy już otrzy­ma­ły swo­je za­mó­wie­nie i po­grą­ży­ły się w ci­chej roz­mo­wie, do­wie­dzia­ła się tyl­ko do ko­go nie po­win­na za­ry­wać.

– Nie wiem, czy po­zna­łaś już Krzyś­ka z dzia­łu eg­ze­ku­cyj­ne­go? Od­kąd się za­trud­ni­łam, przy­cho­dził do mnie co­dzien­nie. Uma­wia­li­śmy się po­za biu­rem, spę­dza­li­śmy ra­zem każ­dą wol­ną chwi­lę. Na­wet za­pro­sił mnie na we­se­le ja­ko oso­bę to­wa­rzy­szą­cą. A po dwóch mie­sią­cach rzu­cił bez sło­wa wy­ja­śnie­nia. Po­dob­no każ­dy je­go zwią­zek trwał mak­sy­mal­nie dwa mie­sią­ce. Bar­dzo to prze­ży­łam. – Iza wy­rzu­ca­ła z sie­bie sło­wa z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. – My­śla­łam, że nie wró­cę już do pra­cy, by­ło mi tak wstyd, ale fir­ma pła­ci mi za stu­dia, więc nie mia­łam wyj­ścia. Za­pra­szał mnie też Mi­ko­łaj, przy­szedł kie­dyś do mnie i po­wie­dział, że­by­śmy zje­dli ra­zem ko­la­cję. Na po­cząt­ku to się na­wet ucie­szy­łam, ale zro­zu­mia­łam, że jed­nak nie mo­gła­bym z nim być. A ostat­nio wy­szli­śmy ze wszyst­ki­mi z dzia­łu za­rzą­dza­nia kor­po­ra­cją. Mo­że chcia­ła­byś pójść z na­mi na­stęp­nym ra­zem? – Nie cze­ka­ła jed­nak na od­po­wiedź Iny. – Cho­ciaż ja wo­la­ła­bym wyjść z dzia­łem eg­ze­ku­cyj­nym, szcze­rze mó­wiąc. Tam jest i To­mek, i Ka­rol. Bę­dę pró­bo­wa­ła coś za­dzia­łać w kwe­stii Ka­ro­la, więc to­bie mo­gę od­stą­pić Tom­ka. Spę­dzi­łam z nim jak na ra­zie je­den wie­czór i noc, by­łam dość za­do­wo­lo­na, ale po­wie­dział mi, że nie szu­ka ni­ko­go na sta­łe. Mo­że cie­bie za­in­te­re­so­wa­ła­by ta­ka przy­go­da? – Iz­ka się­gnę­ła po drin­ka, traj­ko­ta­nie wy­su­szy­ło jej ślu­zów­ki.

– Wiesz, ja nie przy­szłam do pra­cy szu­kać mi­ło­ści. – Mar­ce­li­na by­ła za­sko­czo­na tym, w któ­rą stro­nę zmie­rza­ła ta roz­mo­wa. – Chcia­łam tyl­ko mieć pra­cę, w któ­rej mo­gę być so­bą, gdzie nikt nie bę­dzie na mnie krzy­czał i bę­dę się czu­ła bez­piecz­nie. Mam na­dzie­ję, że uda­ło mi się ta­ką zna­leźć. Tro­chę się mar­twię, że Ma­rze­na przy­nio­sła mi tyl­ko umo­wę do pod­pi­sa­nia, na­wet nie za­py­ta­ła, jak mi się pra­cu­je. Przez pra­wie dwa ty­go­dnie nie do­sta­łam żad­nej in­for­ma­cji zwrot­nej, czy jest za­do­wo­lo­na z mo­jej pra­cy, nie wiem czy po­peł­niam ja­kieś błę­dy. Zresz­tą, jak mo­gę pra­co­wać bez­błęd­nie, sko­ro nikt mnie na­wet nie prze­szko­lił? – Ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się zmie­nić te­mat roz­mo­wy, pierw­szy raz spo­tka­ła się z Izą po­za pra­cą, nie spo­dzie­wa­ła się, że ko­le­żan­ka tak szyb­ko za­cznie się dzie­lić swo­im ży­ciem uczu­cio­wym. Nie by­ła to kom­for­to­wa sy­tu­acja. – Fak­tycz­nie, tro­chę sła­bo, że sie­dzisz w in­nym po­miesz­cze­niu sa­ma. Nie­dłu­go ma­ją skoń­czyć re­mont i wasz dział prze­nie­sie się do no­we­go bu­dyn­ku. Znam Bart­ka. Wiesz, któ­ry to jest? – Mar­ce­li­na le­d­wie go ko­ja­rzy­ła. – Pra­wie co­dzien­nie przy­cho­dzi do pre­ze­sa i kie­dy cze­ka przed ga­bi­ne­tem, czę­stu­ję go „cu­kier­ka­mi”. – Iza ro­ze­śmia­ła się. – Wiesz, ja­kie cu­kier­ki mam na my­śli, praw­da? W ra­mach je­go wdzięcz­no­ści sy­pia­my cza­sem ze so­bą. Z te­go co mi mó­wił, my­śli o szyb­kim awan­sie, dla­te­go do­brze ży­je z Ma­rze­ną i Agniesz­ką, kie­row­nicz­ka­mi two­je­go dzia­łu. Kie­dy dziew­czyn nie ma, on je za­stę­pu­je, tak wiesz - nie­for­mal­nie, ale wszy­scy to ak­cep­tu­ją. To co, zbie­ra­my się? Czy mo­że jesz­cze gdzieś pój­dzie­my coś wy­pić i tro­chę po­tań­czyć?

Roz­mo­wa znów ze­szła na te­ma­ty, któ­rych wo­la­ła uni­kać, przy­naj­mniej na po­cząt­ku, ale nie mia­ła już si­ły, że­by ją skie­ro­wać na in­ne to­ry, po­sta­no­wi­ła, że da się na­mó­wić na jesz­cze ja­kiś al­ko­hol i po pro­stu się za­ba­wi. Je­śli na chwi­lę od­pu­ści, nic się chy­ba nie sta­nie. Zro­bi­ły so­bie krót­ki spa­cer do Pi­ja­nej wi­śni na No­wym Świe­cie, a po­tem po­szły jesz­cze do klu­bu tro­chę po­tań­czyć. Ina by­ła już na ty­le wsta­wio­na, że nie za­pa­mię­ta­ła je­go na­zwy. Do do­mu wró­ci­ła ube­rem, za­mó­wio­nym przez ko­le­żan­kę i od ra­zu za­snę­ła.

Na­stęp­ne­go dnia, na lek­kim ka­cu, roz­my­śla­ła o tym, co po­wie­dzia­ła jej Iza, cho­ciaż przy­dat­nych in­for­ma­cji nie prze­ka­za­ła zbyt du­żo, to kil­ka kwe­stii za­sta­no­wi­ło Mar­ce­li­nę. Czy w tej fir­mie kwitł han­del nar­ko­ty­ka­mi? Ja­kie są tak na­praw­dę sto­sun­ki mię­dzy pra­cow­ni­ka­mi, a ich prze­ło­żo­ny­mi? Mia­ła mę­tlik w gło­wie. Przez te kil­ka ty­go­dni za­czy­na­ła wie­rzyć, że zna­la­zła spo­koj­ną przy­stań na wzbu­rzo­nym mo­rzu swo­je­go do­tych­cza­so­we­go za­wo­do­we­go ży­cia. Rze­czy­wi­stość jed­nak znów szy­ko­wa­ła dla niej sztorm.

Roz­dział 2

Mar­ce­li­na pra­co­wa­ła już pra­wie mie­siąc w Win­Ma­sie, kie­dy zde­cy­do­wa­ła, by po­wie­dzieć te­ra­peut­ce o tym, że zna­la­zła pra­cę. Jak zwy­kle, w śro­dę po go­dzi­nie dzie­więt­na­stej wy­szła z do­mu, i jak zwy­kle wie­dzia­ła, że nie ma szans zdą­żyć na dwu­dzie­stą. Do ga­bi­ne­tu, któ­ry znaj­do­wał się nie­da­le­ko sta­cji Me­tro Po­li­tech­ni­ka, je­cha­ła nie­ca­łe pół go­dzi­ny, ale wy­star­czy­ło, że­by nie zdą­ży­ła na au­to­bus, a spra­wa już się kom­pli­ko­wa­ła, cze­ka­ła ją bo­wiem jesz­cze prze­siad­ka na Sa­skiej. Na miej­sce do­tar­ła lek­ko spóź­nio­na. W Pra­cow­ni Psy­cho­lo­gicz­nej znaj­do­wa­ły się dwa ga­bi­ne­ty i nie­wiel­ka po­cze­kal­nia w ko­ry­ta­rzu. Szyb­ko zdję­ła kurt­kę i nie­śmia­ło we­szła do więk­sze­go po­ko­ju.

– Dzień do­bry, prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Czy moż­na? – za­py­ta­ła.

– Dzień do­bry, za­pra­szam – od­po­wie­dzia­ła te­ra­peut­ka. By­ła to mło­da ko­bie­ta w bli­żej nie­okre­ślo­nym wie­ku, jed­nak bar­dzo ład­na i mia­ła w so­bie coś ta­kie­go – ta­ką pew­ność sie­bie i pro­fe­sjo­na­lizm, któ­re spra­wia­ły, że Ina czu­ła się bez­piecz­nie pod­czas te­ra­pii i li­czy­ła, że jej pro­ble­my i prze­my­śle­nia zo­sta­ną po­trak­to­wa­ne po­waż­nie. Do­pó­ki nie pod­ję­ła te­ra­pii, lek­ce­wa­ży­ła swo­je ob­ni­żo­ne na­stro­je i brak chę­ci do dzia­ła­nia. Cią­gle sły­sza­ła, że po­win­na być za­do­wo­lo­na, że nie ma na co na­rze­kać. Przez to mia­ła po­czu­cie, że nie mo­że so­bie po­zwo­lić na smu­tek, wąt­pli­wo­ści, na nie­wdzięcz­ność. Te­raz, sie­dząc twa­rzą w twarz z te­ra­peut­ką, znów za­bra­kło jej pew­no­ści sie­bie.

– Chcia­łam się z pa­nią po­dzie­lić dość waż­nym wy­da­rze­niem w mo­im ży­ciu. Za­czę­łam no­wą pra­cę, na etat. Nie jest to mo­że sta­no­wi­sko mo­ich ma­rzeń, ale nie po­trze­ba w niej szcze­gól­nych umie­jęt­no­ści. Je­stem za­do­wo­lo­na.

– To wspa­nia­le! Kie­dy za­czę­ła pa­ni pra­cę? Na czym ona do­kład­nie po­le­ga? – Psy­cho­te­ra­peut­ka by­ła peł­na en­tu­zja­zmu. Mar­ce­li­na od­po­wie­dzia­ła na py­ta­nia i po­sta­no­wi­ła po­dzie­lić się swo­imi prze­my­śle­nia­mi z ostat­nich ty­go­dni.

– Cie­szę się ogrom­nie, że zna­la­złam względ­nie spo­koj­ne miej­sce, w któ­rym nikt mnie nie kon­tro­lu­je, mam spo­kój, nie mu­szę się stre­so­wać. My­ślę, że tra­fi­łam na do­bre kie­row­nicz­ki, cho­ciaż po­cząt­ko­wo ma­ło mia­łam z ni­mi do czy­nie­nia.

– Ro­zu­miem, że coś się zmie­ni­ło w kwe­stii kon­tak­tu z prze­ło­żo­ny­mi, tak? Chce mi pa­ni opo­wie­dzieć o tej re­la­cji? – Z za­in­te­re­so­wa­niem w gło­sie spy­ta­ła, a Ina wzię­ła głę­bo­ki wdech i za­czę­ła mó­wić.

– Ma­rze­na jest kie­row­nicz­ką dzia­łu za­rzą­dza­nia do­ku­men­ta­cją, a Agniesz­ka jej za­stęp­czy­nią, ale, z te­go co mó­wi­ła współ­pra­cow­nicz­ka, to wszyst­kie de­cy­zje po­dej­mu­ją ra­zem i dzie­lą się obo­wiąz­ka­mi. Ma­rze­na wy­da­je mi się bar­dziej przy­stęp­na, po­zwa­la cza­sem wyjść wcze­śniej, jak trze­ba coś za­ła­twić, zda­rza mi się z nią za­żar­to­wać. Agniesz­ki się tro­chę bo­ję, szcze­rze mó­wiąc, ale za­wsze mi po­mo­że, kie­dy mam ja­kieś wąt­pli­wo­ści. Wła­ści­wie to obie chęt­nie od­po­wia­da­ją na mo­je py­ta­nia i udzie­la­ją wska­zó­wek, jak zro­bić coś le­piej. Tro­chę jest mi przy­kro, że nie py­ta­ją, na przy­kład, jak mi się pra­cu­je, ani nie za­in­te­re­so­wa­ły się gdzie miesz­kam, czy mam ro­dzi­nę. Pew­nie zwy­czaj­nie ich to nie in­te­re­su­je, a mo­że po pro­stu nie chcą wni­kać w pry­wat­ne ży­cie, ni­g­dy też nie za­czę­ły roz­mo­wy ze mną, ale je­stem w sta­nie to zro­zu­mieć. Mar­twią mnie jed­nak jesz­cze in­ne spra­wy. – Mar­ce­li­na za­wie­si­ła głos, a te­ra­peut­ka spoj­rza­ła na nią za­chę­ca­ją­co i spy­ta­ła:

– Co pa­nią mar­twi? Też coś zwią­za­ne­go z no­wą pra­cą?

– Tak. Po roz­mo­wie z ko­le­żan­ką i mo­ich ob­ser­wa­cjach od­no­szę wra­że­nie, że at­mos­fe­ra pa­nu­ją­ca w tej fir­mie jest sztucz­na i dzie­je się tam wie­le rze­czy, któ­rych nie wi­dać na pierw­szy rzut oka. One jed­nak są i, prę­dzej czy póź­niej, ta­kie tłu­mio­ne nie­po­ro­zu­mie­nia i emo­cje wy­pły­ną. Sa­ma pa­ni o tym wie naj­le­piej. Za­sta­na­wiam się, ja­ką tak­ty­kę przy­jąć, że­by mieć sa­tys­fak­cję z wy­ko­ny­wa­nych obo­wiąz­ków i nie po­paść w ża­den kon­flikt, ni­ko­go nie ura­zić swo­im za­cho­wa­niem. Wiem, że mam w so­bie du­żo lę­ków i traum z prze­szło­ści, bę­dzie mi cięż­ko za­pa­no­wać nad ni­mi w nie­któ­rych sy­tu­acjach. Mo­ja nie­śmia­łość też mi w ni­czym nie po­ma­ga. – Chcia­ło jej się pła­kać, du­żo dziś po­wie­dzia­ła, by­ła z sie­bie dum­na, ale też zmę­czo­na. Przez chwi­lę sie­dzia­ły w mil­cze­niu, w koń­cu te­ra­peut­ka się ode­zwa­ła:

– To cie­ka­we, co pa­ni mó­wi. Jest pa­ni świa­do­ma te­go, co się dzie­je we­wnątrz i to jest bar­dzo waż­ne. Nie moż­na być zbyt su­ro­wym dla sie­bie. Kie­dy za­czy­na się no­wą pra­cę, nie wie się wszyst­kie­go, nie zna za­sad pi­sa­nych i nie­pi­sa­nych, któ­re obo­wią­zu­ją w fir­mie. Do­pie­ro się pa­ni oswa­ja, po­zna­je swo­je obo­wiąz­ki oraz współ­pra­cow­ni­ków. Trze­ba dać so­bie czas. Być mo­że dla­te­go, że stra­ci­ła pa­ni za­ufa­nie do lu­dzi, boi się ich, po­ja­wia­ją się my­śli, że w da­nym dzia­le czy też w fir­mie są ja­kieś tłu­mio­ne emo­cje i kon­flik­ty mię­dzy współ­pra­cow­ni­ka­mi. A mo­że to jest od­bi­cie te­go, co dzie­je się we­wnątrz? Ja mo­gę ba­zo­wać tyl­ko na tym, co usły­szę, ale ta­ka jest mo­ja hi­po­te­za.

Na tym za­koń­czy­ły wą­tek do­ty­czą­cy pra­cy, na­stęp­nie se­sja do­bie­gła koń­ca. Do do­mu Ina wró­ci­ła z po­sta­no­wie­niem, że nie bę­dzie już się na­krę­cać, że coś jest nie tak. Być mo­że fak­tycz­nie do­strze­ga­ła to, co dzia­ło się wo­kół przez pry­zmat te­go, co dzia­ło się w jej wy­obraź­ni. Pew­nie po raz ko­lej­ny za­drę­cza­ła się bez po­wo­du.

Kie­dy na­stęp­ne­go dnia, tuż przed ósmą, włą­czy­ła kom­pu­ter i przy­go­to­wy­wa­ła się do roz­po­czę­cia pra­cy, po­de­szła do niej Be­ata, któ­ra po­ma­ga­ła jej cza­sem przy re­je­stro­wa­niu trud­niej­szych pism.

– Od dzi­siaj bę­dziesz ar­chi­wi­zo­wać do­ku­men­ta­cję. Przy­szła no­wa dziew­czy­na do pra­cy, ona zaj­mie się re­je­stra­cją. Wiesz gdzie jest ar­chi­wum? Na­uczę cię kry­te­riów, we­dług któ­rych gro­ma­dzi­my ak­ta. – Be­ata roz­sia­dła się przy są­sied­nim biur­ku, po­da­ła In­ie dłu­go­pis i ka­za­ła no­to­wać. Ta pil­nie spi­sy­wa­ła wszyst­kie wy­tycz­ne.

Bę­dzie mu­sia­ła przy­go­to­wy­wać pi­sma i zejść z ni­mi na dół do bu­dyn­ku, do któ­re­go wkrót­ce miał się prze­nieść ca­ły dział za­rzą­dza­nia do­ku­men­ta­cją. Na ra­zie biu­ro by­ło pu­ste, a ar­chi­wum znaj­do­wa­ło się tuż obok i umiesz­czo­no w nim już część do­ku­men­tów.

– Spra­wy ma­my uło­żo­ne do 2016 ro­ku. Po­zo­sta­łe trze­ba do­pie­ro zar­chi­wi­zo­wać od pod­staw. I tu­taj wkra­czasz ty. – Be­ata uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. – Skąd ta na­gła zmia­na obo­wiąz­ków? – Ina pró­bo­wa­ła ogar­nąć sy­tu­ację.

– Pa­mię­tasz, jak nam po­ma­ga­łaś w se­gre­go­wa­niu do­ku­men­tów, kie­dy mie­li­śmy awa­rię prą­du i nie dzia­ła­ły kom­pu­te­ry? Świet­nie so­bie wte­dy po­ra­dzi­łaś, uspraw­ni­ło to wszyst­kim pra­cę. Wi­dzia­łaś, ma­my sza­fy peł­ne pa­pie­rów, któ­re trze­ba po­ukła­dać, mnó­stwo kar­to­nów, któ­re zaj­mu­ją pa­ra­pet za mo­im biur­kiem. Ktoś mu­si się tym za­jąć. Sa­ma wspo­mi­na­łaś, że re­je­stro­wa­nie pism, to nie jest od­po­wied­nie za­da­nie dla cie­bie, chcia­ła­byś ro­bić coś in­ne­go. Ma­rze­na po­sta­no­wi­ła zmie­nić ci sta­no­wi­sko. – Be­ata spoj­rza­ła na nią ba­daw­czo, jed­nak Mar­ce­li­na nie ode­zwa­ła się.

Po­wie­dzieć, że by­ła w szo­ku to jak­by nic nie po­wie­dzieć. Pró­bo­wa­ła so­bie przy­po­mnieć roz­mo­wę z ko­le­żan­ką, w któ­rej mó­wi­ła, że nie po­do­ba jej się to, czym się zaj­mu­je. By­ła pra­wie pew­na, że ta­ka roz­mo­wa ni­g­dy nie mia­ła miej­sca. Nikt wła­ści­wie się do niej nie od­zy­wał. Nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć dla­cze­go de­cy­zji o prze­nie­sie­niu nie prze­ka­za­ła Ma­rze­na, któ­ra sie­dzi prze­cież w są­sied­nim po­ko­ju, i któ­rą wi­du­je pra­wie co­dzien­nie w kuch­ni, kie­dy przy­go­to­wu­je so­bie po­ran­ną ka­wę. O co cho­dzi­ło? Ba­ła się py­tać i drą­żyć, ale po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu uświa­do­mi­ła so­bie, że fak­tycz­nie, kie­dy przez kil­ka dni po­ma­ga­ła ukła­dać do­ku­men­ty, czu­ła się o wie­le le­piej. Mia­ła po­czu­cie sa­tys­fak­cji, kie­dy w koń­cu każ­dy pa­pier miał swo­je miej­sce w pu­deł­ku. Ba­ła­gan w dzia­le był za­ska­ku­ją­co du­ży, je­śli sa­ma mia­ła za­jąć się je­go upo­rząd­ko­wa­niem przed prze­nie­sie­niem do in­ne­go bu­dyn­ku, mu­sia­ła za­cząć jak naj­szyb­ciej.

– Ta no­wa dziew­czy­na przy­szła do nas sta­łe? – po­sta­no­wi­ła zmie­nić te­mat.

– Wszyst­ko za­le­ży od te­go, czy się spraw­dzi. Za­cznę ją przy­uczać, tak jak cie­bie Ka­sia. Na ra­zie wi­dzę, że jest prze­ra­żo­na, ale ty też by­łaś na po­cząt­ku, pa­mię­tam. Ma na imię Ka­mi­la. Bę­dzie­cie współ­pra­co­wać, od te­raz za­re­je­stro­wa­ne do­ku­men­ty bę­dą tra­fia­ły do cie­bie. – Be­ata wsta­ła, za­bra­ła swo­je rze­czy i po­szła. Mar­ce­li­na od­pro­wa­dzi­ła ją wzro­kiem i po chwi­li znów za­to­nę­ła w swo­ich my­ślach. Mi­mo za­pew­nień ko­le­żan­ki, że to nie nie­za­do­wo­le­nie z jej pra­cy jest wy­ni­kiem zmia­ny sta­no­wi­ska, wciąż mia­ła wąt­pli­wo­ści. Na­wet nie zdą­ży­ła do­brze wdro­żyć się w swo­je obo­wiąz­ki, a już mia­ła na­uczyć się cał­kiem no­wych rze­czy.

Do­praw­dy, chy­ba nie zro­zu­miem prak­tyk, ja­kie tu ma­ją miej­sce – po­my­śla­ła. – Nikt mnie na­wet nie za­py­tał, co o tym my­ślę, nikt mnie nie uprze­dził. Za­bra­ła się jed­nak za swo­ją no­wą pra­cę i kie­dy już ogar­nę­ła ba­ła­gan wo­kół, wzię­ła pierw­szą par­tię do­ku­men­tów i po­szła do ar­chi­wum. We­szła bocz­nym wej­ściem, są­dzi­ła, że bę­dzie sa­ma w bu­dyn­ku na do­le, sko­ro resz­ta biu­ra jesz­cze się nie prze­nio­sła. Ar­chi­wum nie by­ło du­że, znaj­do­wa­ło się w nim kil­ka re­ga­łów, czę­ścio­wo za­peł­nio­nych se­gre­ga­to­ra­mi i tecz­ka­mi. Ina za­czę­ła po­rząd­ko­wa­nie, prze­kła­da­jąc pu­deł­ka i prze­miesz­cza­jąc się mię­dzy re­ga­ła­mi. Kie­dy we­szła w jed­ną z ale­jek, usły­sza­ła ja­kieś gło­sy. Pra­wie do­sta­ła za­wa­łu! Kie­dy się uspo­ko­iła, za­czę­ła po­szu­ki­wać ich źró­dła. Mo­że dźwięk roz­cho­dził się przez no­wą in­sta­la­cję. Się­gnę­ła po se­gre­ga­tor sto­ją­cy na naj­niż­szej pół­ce, wte­dy gło­sy sta­ły się jak­by wy­raź­niej­sze. Po­chy­li­ła się w stro­nę ścia­ny i zo­ba­czy­ła nie­wiel­ki otwór mię­dzy ścia­ną a pod­ło­gą. Po­miesz­cze­nie wi­docz­nie by­ło wy­kań­cza­ne na szyb­ko i pew­nie stąd ta uster­ka. Po dru­giej stro­nie ar­chi­wum by­ła kuch­nia, a gło­sy, któ­re sły­sza­ła na­le­ża­ły, jak so­bie z prze­ra­że­niem uświa­do­mi­ła, do kie­row­ni­czek dzia­łu.

Nie mo­gła prze­stać my­śleć o tym, co usły­sza­ła po­przed­nie­go dnia. Ni­ko­mu nie ufa­ła na ty­le, że­by po­dzie­lić się in­for­ma­cja­mi, któ­re zdo­by­ła, bądź co bądź, nie­le­gal­nie. Ba­ła się też zgło­sić, że ścia­na w ar­chi­wum jest nie­szczel­na. Sa­ma nie wie­dzia­ła dla­cze­go. Po­sta­no­wi­ła na ra­zie mil­czeć i ob­ser­wo­wać. Tym­cza­sem, le­d­wo we­szła do fir­my, usły­sza­ła głos Izy, je­dy­nej przy­ja­znej jej oso­by.

– Hej, chcia­ła­byś wy­sko­czyć gdzieś po pra­cy? – za­py­ta­ła. – Za­pro­si­łam też tę no­wą dziew­czy­nę, Ka­mi­lę. Roz­ma­wia­łam z nią wczo­raj, wy­da­je się cał­kiem w po­rząd­ku. Mo­że po­szły­by­śmy we trzy coś zjeść? Co ty na to? Po­zna­ła­byś w koń­cu ko­goś ze swo­je­go dzia­łu.

– Ja­sne, mo­gę iść. – Od­po­wie­dzia­ła Ina po krót­kim wa­ha­niu. Do tej po­ry nie za­mie­ni­ła sło­wa z no­wą ko­le­żan­ką i nie czu­ła po­trze­by zmia­ny te­go sta­nu rze­czy, mia­ła jed­nak na­dzie­ję na coś in­ne­go. – Mo­że weź­miesz ja­kieś cu­kier­ki na de­ser? – za­py­ta­ła Iz­ki. Po re­we­la­cjach dnia po­przed­nie­go czu­ła, że przy­da jej się lek­kie od­stre­so­wa­nie.

– Pew­nie, nie ma spra­wy! – od­po­wie­dzia­ła, a Mar­ce­li­na na szczę­ście do­kład­nie ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wa­ła. – A jak tam sy­tu­acja z Tom­kiem? Pró­bo­wa­łaś do nie­go za­ga­dać? – Ko­le­żan­ka wpa­try­wa­ła się w nią z ocze­ki­wa­niem. Ina za­czę­ła się ba­wić spi­na­czem. Za­sta­na­wia­ła się, jak unik­nąć od­po­wie­dzi. Za­po­mnia­ła już na­wet w ja­kim dzia­le pra­cu­je ten To­mek.

– Wiesz co… – za­czę­ła, ale nie do­koń­czy­ła, bo do­strze­gła idą­cą w jej stro­nę Ma­rze­nę. W jed­nej chwi­li po­czu­ła ru­mień­ce na twa­rzy.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Mar­ce­li­na, czy mo­gę cię pro­sić na chwi­lę? – za­py­ta­ła.

– Oczy­wi­ście. – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko i ru­szy­ła za prze­ło­żo­ną, któ­ra już zmie­rza­ła w stro­nę swo­je­go po­ko­ju, prze­ka­zu­jąc jej w dro­dze in­struk­cje do wy­ko­na­nia no­wych za­dań.

– Zo­sta­wi­łam ci na biur­ku wy­tycz­ne, we­dług któ­rych na­le­ży wy­da­wać do­ku­men­ty z ar­chi­wum. Je­śli ktoś z in­ne­go dzia­łu po­trze­bu­je cze­goś, wy­sy­ła nam ta­bel­kę, cza­sa­mi jesz­cze za­ma­wia coś ma­ilo­wo. Każ­dy wy­da­ny do­ku­ment za­zna­cza­my w ba­zie, ale to już my z Agniesz­ką się tym zaj­mie­my. Gdy­byś mia­ła ja­kiś pro­blem, to py­taj, do­brze? – Spoj­rza­ła na nią tym swo­im prze­ni­kli­wym wzro­kiem, z lek­kim uśmie­chem.

Ina po­ki­wa­ła gło­wą. W głę­bi du­szy ode­tchnę­ła z ulgą. Po­sta­no­wi­ła na ra­zie nie my­śleć o roz­mo­wie, któ­rą usły­sza­ła w ar­chi­wum. Ucie­szy­ła się z no­wych za­dań, przy­naj­mniej pra­ca nie bę­dzie tak mo­no­ton­na, jak my­śla­ła. Mo­że uda się na­wet ja­koś wy­ka­zać i w koń­cu ktoś zwró­ci uwa­gę na to, że się sta­ra.

Po po­łu­dniu, zgod­nie z umo­wą, Ina wy­szła na mia­sto z dziew­czy­na­mi z pra­cy. Na miej­sce spo­tka­nia po­now­nie wy­bra­ły re­stau­ra­cję Si, za­ję­ły sto­lik, za­mó­wi­ły piz­zę oraz drin­ki. Mar­ce­li­na nie zwle­ka­jąc, za­py­ta­ła ko­le­żan­kę o spra­wę, któ­ra od wczo­raj nie da­wa­ła jej spo­ko­ju.

– Mam py­ta­nie do cie­bie, Iza. Sły­sza­łaś mo­że o Mag­dzie, któ­ra kie­dyś pra­co­wa­ła w na­szym dzia­le? – Sta­ra­ła się, że­by jej głos brzmiał bez­tro­sko, ale w głę­bi du­szy by­ła ogrom­nie prze­ję­ta i ze­stre­so­wa­na.

– Masz na my­śli tę, któ­ra re­je­stro­wa­ła do­ku­men­ty, a po­tem na­gle cięż­ko za­cho­ro­wa­ła i już nie wró­ci­ła? – Ko­le­żan­ka spo­koj­nie po­pi­ja­ła drin­ka.

– Tak, sły­sza­łam, że za­nim ode­szła, pod­pa­dła nie­któ­rym. – Ina się­gnę­ła po ka­wa­łek piz­zy. By­ła prze­pysz­na.

– Pa­mię­tam tę sy­tu­ację. Krót­ko po tym, jak zo­sta­ła za­trud­nio­na mia­ła po­ma­gać przez kil­ka ty­go­dni przy wy­sył­ce ko­re­spon­den­cji i przez po­mył­kę wy­sła­ła pi­smo, któ­re za­wie­ra­ło new­ral­gicz­ne da­ne, do in­nej oso­by. Fir­ma mia­ła przez to spo­re stra­ty. Zro­bi­ła się afe­ra, że no­wy pra­cow­nik zaj­mu­je się tak od­po­wie­dzial­ny­mi za­da­nia­mi. Nie znam nie­ste­ty szcze­gó­łów. Póź­niej spra­wa uci­chła, tak­że dla­te­go że Mag­da od ra­zu po tym in­cy­den­cie za­cho­ro­wa­ła. Pew­nie stres, a po­tem już nie wró­ci­ła do pra­cy. Wiem, że jej ko­le­żan­ki pró­bo­wa­ły się z nią kon­tak­to­wać, ale ani nie od­pi­sy­wa­ła, ani nie od­bie­ra­ła te­le­fo­nów, po pro­stu się od­cię­ła od nas. To by­ło sła­be mo­im zda­niem, mo­gła do­stać ko­lej­ną szan­sę. Przy­go­to­wa­no no­we sta­no­wi­sko, na któ­rym mo­gła­by po­ka­zać swo­je moż­li­wo­ści. Wszy­scy ją wspie­ra­li, a ona nie ra­czy­ła na­wet od­pi­sy­wać na wia­do­mo­ści. Nie ro­zu­miem ta­kie­go po­stę­po­wa­nia, na­wet gdy­bym ode­szła z pra­cy, to chcia­ła­bym mieć kon­takt z ludź­mi, któ­rych tu po­zna­łam. To są nie­sa­mo­wi­te oso­by. – Iza znów pro­wa­dzi­ła mo­no­log. Nie prze­szka­dza­ło jej to by­naj­mniej w kon­su­mo­wa­niu piz­zy i drin­ków. – Zna­cie te­go Piotr­ka z dzia­łu za­rzą­dza­nia kor­po­ra­cją? Bar­dzo szyb­ko się zo­rien­to­wa­łam, że to mój są­siad! Za­py­ta­łam, czy mo­że­my ra­zem jeź­dzić do pra­cy, wie­cie, do­kła­da­ła­bym się do pa­li­wa, w ten spo­sób przy­naj­mniej nie mu­sia­ła­bym jeź­dzić me­trem. Zgo­dził się od ra­zu, du­żo roz­ma­wia­li­śmy w trak­cie jaz­dy i ja­koś tak wy­szło, że czę­sto po­tem do mnie wpa­dał, a to po­grać w gry plan­szo­we, na film, na wi­no. O, a kie­dyś wy­szłam tro­chę po­bie­gać i nie chcia­łam brać klu­czy ze so­bą, po­bie­głam do nie­go za­py­tać, czy mo­gę je zo­sta­wić u nie­go. No nie wy­obra­żam so­bie te­raz ży­cia bez tej zna­jo­mo­ści. Z wa­mi też bę­dę chcia­ła utrzy­my­wać kon­takt, na­wet jak nie bę­dzie­my już ra­zem pra­co­wać. – Ka­mi­la i Mar­ce­li­na po­pa­trzy­ły na sie­bie nie­pew­nie.