Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Świat nie został stworzony po to, by go posiadać.
Został nam tylko powierzony.
Książka jest kontynuacją losów bohaterów z tomu I Aythya oraz tomu II Aquila. Seria zakończona.
Ardea całe życie była bronią. Wojowniczką, która nie cofa się przed rozkazem, zaprowadzając porządek krwią i strachem. Teraz, gdy odzyskała wolność, los daje jej szansę, by zrozumiała, kim jest naprawdę — albo kim chciałaby się stać.
Świat jednak nie jest już taki jak dawniej. Po śmierci Czarnego Kruka równowaga nie powróciła. Ze strasznych czynów powstały istoty, których nie da się pokonać ani magią, ani stalą. Każdy cios, każda próba przeciwstawienia się im tylko pogłębiają chaos. Aythya wie już, że tamto zwycięstwo to dopiero początek. Zdobywanie energii nie ocaliło świata, lecz zapoczątkowało jego upadek.
Gdy potwory zaczynają pożerać wszystko, co żywe, dawni sojusznicy stają naprzeciw siebie. Miłość miesza się z poczuciem winy. Zaufanie przeradza się w lęk i niepewność. A ci, którzy przetrwali wcześniejsze bitwy, muszą zmierzyć się z pytaniem, którego dotąd nawet sobie nie zadawali: na jakich zasadach mają prawo korzystać z mocy natury?
By ocalić świat, ktoś będzie musiał oddać wszystko. Energię. Miłość. Samego siebie.
Bo tym razem nie chodzi tylko o zwycięstwo, lecz o przywrócenie równowagi.
Romanasty dla dorosłych czytelniczek. Powieść zawiera sceny walki oraz treści o zabarwieniu erotycznym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 543
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ardea
Niczego nie czuła. Była dziwnie pusta i zimna w środku, choć ogień sięgał wysoko i płonął potężnie. Stos palił się od jakiegoś czasu, ale nie było przy nim nikogo, prócz dwóch sióstr Ardei. Aquila i Aythya stały równie spokojnie, nie zdradzając żadnych uczuć, wpatrzone w płomienie, nieruchome jak posągi.
Ich dwie bliźniacze, najmłodsze siostry rozpoczęły niedawno treningi, lecz zima w tym roku była bardziej sroga, a wymagania jeszcze większe i nie każdy potrafił im sprostać. Ardei się zdawało, że zaledwie wczoraj dziewczynki biegały po dziedzińcu, potykając się o własne stopy i próbując utrzymać oręż zbyt ciężki dla ich małych dłoni.
— Muszą się hartować — powtarzał Kruk, gdy upadały na ziemię. Zbyt wolno, zbyt nieuważnie.
Ardei robiło się coś w środku na ten widok, bo siostry zdawały się jej takie małe, choć sama miała wówczas dopiero dziesięć lat i nie potrafiła zidentyfikować tego uczucia ściskającego ją gdzieś w głębi. Stała jedynie i patrzyła, czekając, aż siostry ponownie ustawią się do walki.
Nie było wyboru, tylko to Ardea znała, tylko takie życie miały.
Choroba nie trwała długo i zabrała najmłodsze, zanim jeszcze nadeszła wiosna. Nie zginęły w walce, ale Ardea i tak czuła wściekłość, którą starała się zdławić, bo na kogóż miałaby się złościć?
Ojciec nie przyszedł na pogrzeb.
Nie było modlitw, nie było pieśni, nie było słów pożegnania. Jedynie ogień, bezlitosny, żarłoczny, taki sam jak ten, którym uczono je się posługiwać. To Aquila wzniosła dłonie i podpaliła stos, bo Ardea nie była w stanie tego zrobić.
Nie rozmawiały, nie powiedziały sobie żadnego słowa, ale tak zwykle się to odbywało, ojciec nie pozwoliłby im na to. Miały skupiać się na treningach i być najlepsze. To był ich jedyny cel, jedyne życzenie Kruka.
Ku jej zaskoczeniu Aythya przysunęła się do niej, a po chwili mała rączka wsunęła się w jej dłoń. Ardea spojrzała w zielone oczy swojej siostry. Nigdy jeszcze nie trzymały się za ręce.
Aquila obserwowała tę scenę z drugiej strony stosu, po czym również podeszła. Ona też podała Ardei dłoń.
Stały tak długo, aż płomienie całkowicie wygasły, a księżyc oświetlił ich twarze. Bez łez, bez smutku, bez nadziei.
Grzywacz
Kolejny raz szybko podniósł miecz, a dźwięk uderzanej stali rozszedł się po placu treningowym, odbijając się głośnym, metalicznym echem. Był jeszcze wczesny ranek, a on miał już za sobą sesję treningową z Kalandrą, z którą pracowali nad energią ognia, a teraz umówił się na ćwiczenia ze Słowikiem. Cieszył się doskonałym humorem, co mocno irytowało jego brata.
— Jeśli nie przestaniesz się tak głupio szczerzyć, zetrę ci z twarzy to zadowolenie, wciskając cię w piach na pół łokcia — wycedził przez zęby Słowik, który nie znosił wstawać tak wcześnie, jednak nawet i bez tego chodził ostatnio cały czas skwaszony. Nie żeby zwykle się uśmiechał. Ale teraz… był po prostu ponury.
— To nie na mnie jesteś wściekły, skup się lepiej na ćwiczeniach — odpowiedział Grzywacz będący w szampańskim nastroju, kiedy co jakiś czas przemykały mu przez głowę gorące sceny z Kalandrą.
Od dnia ceremonii i zaślubin jego czas dzielił się na obowiązki związane z krajem, treningi oraz momenty, które lubił najbardziej, czyli te, które poświęcał swojej pięknej żonie. Jakimż on był szczęściarzem! A zdawało się, że tak niewiele brakuje, aby jego żoną została inna, co przysporzyło mu wielu zmartwień i zgryzoty, gdy Kalandra podszywała się pod własną dai. Tym bardziej za każdym razem, kiedy spoglądał w miodowe oczy królowej, dziękował bogom, że wszystko się dla niego tak dobrze ułożyło.
Od momentu, gdy Aythya, będąca aktualnie Widzącą i miewająca prorocze sny, przybyła na zamek, sprowadzając wszystkich znanych jej ludzi z mocami, a także białowłosego Kobuza z Dalekiej Północy, wiele wysiłku poświęcali na poszerzanie wiedzy o kierowaniu energią i zdobywaniu jej w sposób inny, niż znali do tej pory. Całkiem sporo potrafiła Wilga, która co prawda zdradziła ich w przeszłości, teraz jednak wykonywała posłusznie wszystkie powierzone jej zadania.
Nie mógł się wszakże dekoncentrować, wiedział, że Słowik ma nad nim przewagę i bez wysiłku mógłby go pokonać. Ich wspólne ćwiczenia polegały na razie na dopracowywaniu samej techniki w walce, ponieważ dopóki Grzywacz nie pozyska energii, nie jest w stanie ani się tak szybko poruszać, ani nie jest tak silny, mimo iż jeszcze niedawno byli sobie równi. Jakby na potwierdzenie tych myśli Słowik odbił się od muru, wyskoczył wysoko w powietrze, wykonując podczas lotu półobrót i zderzył swój miecz z mieczem brata, który zdążył jedynie zasłonić głowę. Uderzenie było tak silne, że jego nogi faktycznie zakopały się w ubitym już całkiem podłożu.
— Do licha, miałeś nie używać energii! — Grzywacz próbował rozluźnić ramiona, w których poczuł silny ból od nienaturalnie potężnego ciosu i stałe już teraz napięcie.
Słowik wylądował lekko po drugiej stronie dziedzińca.
— Łatwo ci mówić — odpowiedział, niedbale opierając się o jeden z pachołków do ćwiczeń i czekając, aż Grzywacz się pozbiera. Nie widać było po nim najmniejszego wysiłku. — To tak, jakbyś miał najdoskonalszy miecz na świecie, ale musiał walczyć patykiem. Czasami mi się po prostu zapomina. — Wzruszył ramionami, mimo iż przy jednym z nich nie było już utraconej niedawno ręki, nic sobie nie robiąc z pretensji brata. — A skoro już o tym mowa, jak twoja praca nad pozyskiwaniem energii?
Grzywacz podszedł do stojącego rywala, opuszczając broń i przysiadł na jednym z pieńków treningowych.
— Tak samo jak u wszystkich — odpowiedział, wzdychając ciężko i w końcu uśmiech znikł z jego twarzy.
Pracowali bezustannie już od kilku tygodni, a jedyne, co udało im się zrobić, to jako tako zapanować nad grupą ponadprzeciętnie silnych jednostek, z których większość nawzajem się nie znosiła. W zasadzie mogli uznać to za sukces: w końcu nikt jeszcze nie zginął. Oprócz tego nie poczynili wielkich postępów, wiele jednak było do zrobienia. Przede wszystkim znacznie powiększyli, rozbudowali i umocnili plac treningowy tuż za murami miasta, gdzie zwykle trenował swoich ludzi Słowik. Miejsce szkolenia osób z energią musiało zostać tak zabezpieczone, aby przypadkiem komuś z miasta nie stała się krzywda. Najbardziej przydatna okazała się w tym Wilga, która poprzez iluzje tworzyła bariery ochronne, będące tak solidne, jakby były z prawdziwego materiału. Trzymały się one jednak tylko tak długo, jak dziewczyna się na nich skupiała. Bez niej miasto chroniły jedynie zwykłe mury, które dwukrotnie musieli już rekonstruować…
Oprócz tego przebudowali dormitoria, które zamieniły się w pojedyncze komnatki w dwóch osobnych korytarzach zamku, tak aby oddzielić część męską od damskiej, ale ilekroć Grzywacz tam zaglądał, nie spotykał nikogo. Zrobiło się już całkiem ciepło i wiosna rozkwitła w pełni, wyjątkowo piękna i łaskawa, dlatego być może każdy spał, gdzie chciał. Miał tylko nadzieję, że nie — z kim chciał.
W sumie ich grono nie było znowu aż tak wielkie. On z Kalandrą zajmował sypialnię królewską, więc w przebudowanych komnatach rezydowały na razie trzy kobiety — Aythya, jej siostra Ardea i Wilga, na którą Aythya zgodziła się mieć oko. Wilga zdradziła ich podczas starcia z Czarnym Krukiem, ale teraz posiadała cztery energie i wykorzystując swoje moce we właściwy sposób, zwykle bywała przydatna. Skrzydło męskie zajmowali Albatros z Wydrzykiem, bo Słowik miał swoją komnatę, lecz rzadko go tam widywano. Zapewne jak zawsze wybierał las i Grzywacz doskonale go rozumiał. Też tęsknił za czasem, w którym prawie nic od niego nie zależało.
— Podobno raz udało mi się przesłać obraz do głowy Kalandry, ale nie potrafię tego w żaden sposób powtórzyć — przyznał Grzywacz strapiony, choć przez plecy przebiegł mu dreszcz, kiedy przypomniał sobie postać klęczącej przed nim żony.
— Widać byłeś bardzo zdeterminowany — uśmiechnął się Słowik półgębkiem, lecz zaraz na jego twarz powrócił ponury grymas. — Sam też nie robię żadnych postępów, choć Aythya się upiera, że jestem bliski energii powietrza. Mówi, że to wyczuwa. Ja tam nic nie czuję i nie wiem, co mam robić — westchnął.
Grzywacz zamyślił się nad tym, co Słowik powiedział. No właśnie, czy chłopak miał w sobie wystarczającą motywację, aby rozwinąć kolejną energię? Nie wyglądało na to, raczej zdawał się obojętny wobec wszystkiego i wszystkich. Prócz jednej osoby.
— Nadal żadnych wieści o Aquili?
W ich gronie brakowało Aquili, trzeciej córki Kruka, dawnej dowódczyni wojsk królewskich, aktualnie posiadaczki smoka, znajdującej się w nieznanym im miejscu, ponieważ słuch o niej zaginął. Słowik poruszył się niespokojnie na wspomnienie wojowniczki, to był jedyny temat, który budził w nim jakieś emocje.
— Nie, i dobrze o tym wiesz — odparował. — Mówiłem ci, że sam powinienem jej poszukać, ale upierasz się, żebym brał udział w tych głupich ćwiczeniach, z których na razie nic nie wynika.
Grzywacz westchnął po raz drugi. Chłopak miał rację, na razie niewiele osiągnęli.
— Aquila sama chciała odejść, uważam, że powinniśmy to uszanować — odparł król.
— Wy może tak. Ale ja niekoniecznie.
Grzywacz spojrzał na brata, znał dobrze tę minę. Jak chłopak sobie coś postanowił, nie było na niego żadnej siły. Na razie jednak nigdzie nie wyruszył, co podpowiadało królowi, że są ku temu powody.
— Powiesz mi, co się między wami wydarzyło? — zapytał, nie pierwszy już raz zresztą.
— Wszystko ci już powiedziałem. — Słowik schował broń i król zrozumiał, że na dzisiaj trening już się skończył. — Przez chwilę myślałem, że coś jest między nami, ale ona… chciała tylko energii.
Grzywacz patrzył za odchodzącym bratem. Trudno było się radować, kiedy ktoś bliski cierpiał. Nic jednak nie mógł na to poradzić. Sam zresztą też powinien się pospieszyć, ponieważ na zewnętrznym placu treningowym miały się zaraz odbyć ćwiczenia, w których tym razem wyjątkowo mieli wziąć udział wszyscy posiadacze energii, nawet sam król. Do tej pory unikali takich spotkań, szczególnie Albatrosa i Ardeę Grzywacz starał się trzymać z daleka od siebie i nawet pory posiłków Kalandra rozplanowała tak mądrze, że ta dwójka nie miała ze sobą praktycznie żadnego kontaktu. Musieli jednak przestać obchodzić się z nimi jak ze śmierdzącymi jajkami i zacząć wreszcie prawdziwe treningi.
Szybkim krokiem przemierzył puste wciąż o tej porze uliczki, docierając do zewnętrznego muru tuż za Słowikiem, kiedy usłyszał głos swojej żony, zwykle biorącej sprawy organizacyjne w swoje ręce, co szło jej zresztą całkiem nieźle. Kalandra miała w sobie tak wiele entuzjazmu, że często zarażała nim nawet najbardziej oporne osoby, jak na przykład jego brata.
Wyłonił się ze szczeliny w murze i na środku placu dostrzegł żonę na podwyższeniu, otoczoną przez pozostałe osoby z energią, udzielającą zebranym wskazówek co do poszczególnych walk. Ubrana była w ciemny strój bojowy, dopasowany do jej sylwetki, podkreślający kształty i Grzywaczowi na chwilę zrobiło się za gorąco. Otrząsnął się jednak i podszedł bliżej, kiwając wszystkim głową na powitanie; nie powinien się teraz rozpraszać.
— Jak już powiedziałam — kontynuowała Kalandra a jej wzrok na chwilę skupił się na nim i Grzywacz ponownie stracił koncentrację. Dziewczyna uśmiechnęła się porozumiewawczo, po czym wróciła do wypowiedzi: — Będziecie walczyć w parach, jak zwykle, ale dziś są tutaj wszyscy. Po walce jak zawsze zanotujemy, co jest najsilniejszą stroną danej energii. To, co wiemy do tej pory, to to, że najdalsze skoki wykonują osoby z energią powietrza, najsilniejsi fizycznie są posiadacze ognia, tylko jedna osoba potrafi używać magii umysłu w walce — tu Kalandra spojrzała na zdającą się nieobecną duchem Wilgę — choć są jeszcze dwie, które teoretycznie też mogłyby się nią posługiwać, ale tego nie robią — zwróciła się do osób, które posiadały cztery energie, czyli Wydrzyka i Aythyi, ci jednak nie zareagowali. — Najlepszy w fechtunku okazał się Wydrzyk — ciągnęła — nie wiemy jeszcze, dlaczego i co na to wpłynęło.
Tu i ówdzie rozległy się prychnięcia niezgody. Grzywacz zerknął na wspomnianego Wydrzyka, który nic sobie nie robił ani z pochwały, ani z reakcji towarzyszy, dłubiąc sztyletem pod paznokciem, zdawał się znudzony. Król nie miał jeszcze okazji się z nim zmierzyć, może zatem dzisiaj… Wyglądał na trochę młodszego od niego, pewnie był w wieku Słowika, ale zmienił się, odkąd Grzywacz ostatni raz go widział, zapewne spowodowały to cztery energie. Zresztą każdy z mężczyzn, którzy parali się magią, tężał i rósł w siłę w nienaturalnym tempie i jak tak dalej pójdzie, władcy pozostanie dźwiganie ciężarów, żeby im dorównać.
Rozejrzał się po zebranych. Wszyscy, ubrani w stroje bojowe, stali w kręgu lub siedzieli na pieńkach i w zasadzie większość wydawała się znudzona. Albo to tylko gra pozorów… Grzywacz znał się na ludziach i wiedział, że kamienna twarz podczas walki to cenna umiejętność. W tejże umiejętności we własnych myślach wyłonił już zresztą zwycięzców. Nikt nie maskował uczuć lepiej niż córki Kruka. Zerknął na Aythyę, ubraną jak zwykle w zielenie, spokojną i zrównoważoną, oraz jej siostrę Ardeę, noszącą ciemnobrązowy skórzany mundur z liczną bronią i jej ulubionym orężem — toporem. Ardea co jakiś czas rzucała groźne spojrzenia w kierunku Albatrosa, których ten zdawał się zupełnie nie zauważać. Albo udawał, że nie zauważa.
Wszyscy oni tu grali, albo on przestał rozumieć tych ludzi. Uśmiechnął się pod nosem. Zobaczymy zatem, jak pójdą pierwsze walki.
— Wydrzyk i Aythya! — zawołała Kalandra.
Grzywacz zauważył, jak chłopak przy tym zestawieniu imion podniósł głowę, a znudzenie uleciało z niego momentalnie. Od razu odszukał wzrokiem przeciwniczkę i zmrużył oczy. Obydwoje posiadali cztery energie, ale wszyscy wiedzieli, że Wydrzyk nie radzi sobie z nimi tak dobrze jak ci, którzy praktykowali przez całe życie. Chłopak jednak zdawał się tym nie przejmować. Wszedł do środka kręgu, a pozostałe osoby rozeszły się, wiedząc, że walka będzie rozgrywała się na o wiele większym terenie i lepiej zejść walczącym z drogi.
Grzywacz odszukał wzrokiem Kalandrę i ruszył do niej, po czym stanął za plecami żony i przyciągnął ją do siebie zaborczo, nie mogąc się powstrzymać przed dotknięciem jej.
— Dobrze znów cię widzieć, mój mężu — szepnęła, wtulając się w niego, i nic więcej nie dodała, bo przed ich oczami rozpoczął się spektakl.
Wydrzyk
Stanął naprzeciwko rudowłosej, której twarz nie zdradzała żadnych emocji. Zdążył się już odrobinę przyzwyczaić do jej nowych srebrnych oczu, ale i tak za każdym razem, kiedy spoglądała na niego, musiał sobie radzić ze sprzecznymi emocjami i z tym, z czym mu się one kojarzyły. Nie miał jeszcze okazji walczyć z dziewczyną i do tej pory cały czas ćwiczył na zmianę z Albatrosem albo ze Słowikiem, bo spraw organizacyjnych wciąż było zbyt dużo, aby zabrać się poważnie za walkę. Od dziś miało się to zmienić i Wydrzyk nie mógł się już doczekać.
Aythya stała, trzymając w ręku swój krótki, dopasowany miecz, ale nie dał się zwieść. Mimo że nie walczył dotąd z rudowłosą, czasem obserwował, jak ćwiczyła z innymi, i wiedział, że nie da mu forów, on zresztą również nie zamierzał tego robić. Wiadomo natomiast było z całą pewnością, że to Wydrzyk musi zacząć to starcie. Na podstawie licznych obserwacji wszyscy zdawali sobie sprawę, że Aythya nie zaczynała walki. Grzywacz miał notoryczny problem z tym, że musi pierwszy atakować kobietę, Wydrzyk jednak w ogóle nie będzie się nad tym zastanawiał. W walce traktował kobiety na równi z mężczyznami, bo w jego świecie piratki walczyły tak samo dobrze jak mężczyźni, nie znały litości i lepiej było się nie wahać, jeśli nie chciało się zginąć.
Kątem oka dostrzegł, że towarzysze się rozeszli, pozostawiwszy im miejsce, zapewne spodziewając się rozmachu. Dałby sobie też rękę uciąć, zauważając szepczących ze sobą Albatrosa i Słowika, iż w tej chwili robili zakłady. Spodziewał się, że raczej nie postawili na niego…
Spojrzał ponownie na dziewczynę. Nie rozglądała się, nie uniosła miecza, czekała. Powinien się jakoś przygotować, zebrać energie czy coś… Zamiast tego zrobił to, co potrafił najlepiej. Zaatakował.
Albatros
— Wykończy go w pierwszych trzech ruchach — powiedział Słowik przyciszonym głosem i wyciągnął dłoń ze złotą monetą.
Walczyli ze sobą wielokrotnie i Albatros wiedział, że w ostatnich miesiącach Słowik rozwinął swoje umiejętności, nie trenując co prawda szczególnie dużo, ale za to życie zgotowało mu najmocniejszy i zarazem najstraszniejszy trening. Podczas ataku bestii stracił lewe ramię, a na jakiekolwiek wzmianki na ten temat nie odpowiadał ani nie miał nic do skomentowania. Mimo iż miał tylko jedną rękę, w starciu z nim Albatrosowi nigdy nie było łatwo.
— Nie doceniasz młodego — odpowiedział również szeptem, choć wszyscy tutaj mieli doskonały słuch i zapewne i tak ich słyszeli. — Wydrzyk wyszedł z szablą z brzucha matki i nie znam nikogo, kto umiałby się nią tak doskonale posługiwać. — Albatros przyjął zakład, solidarnie stawiając na swojego przyjaciela.
— Może i tak. — W odpowiedzi Słowika słychać było lekceważenie. — Ale ignoruje energie i nie potrafi z nich korzystać, więc jest na straconej pozycji.
Zaraz jednak zamilkł, bo Wydrzyk wyskoczył w powietrze z determinacją wymalowaną na twarzy, atakując pierwszy i nie wahając się ani trochę. Dziewczyna jakby od niechcenia uniosła broń i nie zmieniając pozycji, odparowała uderzenie, odpychając przeciwnika, który wylądował za jej plecami.
Nawet się nie odwróciła. Mina Wydrzyka odzwierciedliła zaskoczenie na twarzy Albatrosa i to, co myśli o takim lekceważeniu w walce. Nie spodziewał się tego. Słowik aż roześmiał się na głos na ten widok.
Albatrosowi jednak nie było do śmiechu:
— No dawaj, stary! — zawołał, dodając przyjacielowi animuszu. — Możesz ją pokonać! — Drugie zdanie nie było wypowiedziane już tak pewnie. Mógł? Nie wiadomo. Raczej. Nie, chyba jednak nie.
Wydrzyk postanowił zaatakować dziewczynę od tyłu, wykorzystując jej postawę ignorującą przeciwnika, kiedy jednak już miał ciąć przez plecy, podskoczyła lekko, odwracając się i zawisając nienaturalnie w powietrzu, przystawiła mu od góry swój miecz prosto do szyi.
— Tak! — wrzasnął uradowany Słowik. — Dawaj forsę! — Na chwilę zapomniał o konspiracyjnym tonie i o tym, iż zakłady zapewne nie były tu mile widziane. W końcu to miała być nauka i treningi, a nie jakieś walki kogutów.
— Psia mać — mruknął Albatros niezadowolony, wręczając rozmówcy monety. — Czy ta dziewczyna nie słyszała o prawach natury? Powinna opaść na ziemię jak gruszka — skrzywił się z niesmakiem. — Nie zakładam się już — dodał naburmuszony.
— Po prostu postawiłeś na złego konia. — Słowik wyciągnął się na swoim pieńku i zadowolony wrzucił wygraną do kieszeni. Zaraz jednak ponownie pochylił się z zaciekawieniem, bo para ustawiła się do kolejnej rundy. Widać było, iż porażka Wydrzyka sprawia mu ogromną przyjemność.
Mężczyzna ustawił się ponownie, podnosząc szablę, brwi miał ściągnięte i nie starał się już zachować kamiennej twarzy. Był zdeterminowany. Mina Aythyi zupełnie się nie zmieniła. Stała w tym samym miejscu co na początku starcia. Tym razem wojownik nie próbował zaskoczyć przeciwniczki nagłymi ruchami, podszedł do niej i rozpoczął fechtunek, w czym, jak wiadomo, był najlepszy. Od razu zrobiło się ciekawiej i przez chwilę Albatros nabrał nadziei na odzyskanie straconej forsy.
Wydrzyk
Starli się ponownie, a iskry posypały się z ostrzy, gdy jego szeroka szabla z rozmachem uderzyła w węższy miecz dziewczyny. Przeciwniczka nie cofnęła się ani o krok. Zamiast tego z gracją odchyliła się w bok, prowadząc klingę po jego ostrzu i wykorzystując energię ciosu do własnego kontrataku. Przynajmniej teraz doszło do konkretnej wymiany ciosów i Wydrzykowi humor się poprawił, mimo że parował z trudem — krótkie, szybkie ruchy jej broni zmuszały go do defensywy. W przeciwieństwie do jego szabli, stworzonej do szerokich zamachów i rozbijania obrony, miecz dziewczyny pozwalał na precyzyjne cięcia pasujące do oszczędnych, tanecznych ruchów.
Nie miał jednak zamiaru się poddawać. Cofnął się na pół kroku, poprawił chwyt i zaatakował znów, prowadząc klingę z dołu i celując w jej bok.
Aythya odparła atak z gracją, przewidując jego cios, zrobiła półobrót, przyklęknęła, a potem poderwała się, cięciem od dołu celując w obojczyk mężczyzny. Ledwo zdążył zareagować — odskoczył w bok, czując, jak tkanina na ramieniu rozdziera się od ostrza. Odetchnął ciężko.
— Nieźle — syknął przez zęby, uśmiechając się jednak. — Ale tak naprawdę wcale nie starasz się mnie zranić. Nie pokonasz wroga, stosując jedynie defensywę — pouczył Aythyę, jakby on sam miał przewagę w tej walce, starając się ją sprowokować.
Dziewczyna odwzajemniła uśmiech, lecz nie odpowiedziała na jego zaczepkę. W takich chwilach Wydrzyk zapominał zwykle o całym świecie. Ale nie w walce. Skupił się na krokach przeciwniczki.
Zaczęli krążyć wokół siebie, jak wilki oceniające siłę przeciwnika. On używał pełnych, szerokich ruchów szablą, próbując wyprowadzić ją z równowagi albo zmusić do błędu. Ona natomiast błyskawicznie operowała krótkimi pchnięciami i szybkimi cięciami, nie popełniając błędu ani razu. W pewnym momencie wykonała zwód — lewą nogą zrobiła krok w przód, jakby zamierzała zaatakować nisko, po czym obróciwszy się na pięcie, w mgnieniu oka uderzyła z wyskoku od innej strony.
Tym razem go trafiła. Ostrze przecięło materiał jego koszuli na wysokości klatki piersiowej, zostawiając płytką, ale piekącą ranę. Wydrzyk warknął, cofnął się, lecz nie oddał pola. Miał, co chciał, trzeba było się nie odzywać.
Dziewczyna stała chwilę niezdecydowana, sama jakby zaskoczona ciosem i zadaną raną. Wykorzystał to i zaatakował — pchnięcie, cięcie, riposta — z coraz większym naciskiem. Zmusił ją do cofnięcia się o krok, potem drugi, aż jej stopy niemal dotknęły piachu za obrębem areny. Lecz wtedy się zmieniła — jakby cała dotychczasowa walka była dla niej tylko rozgrzewką. Ruszyła z impetem i zaatakowała serią ciosów tak szybkich, że nie dawał rady śledzić ich wzrokiem, odpowiadał na nie jedynie intuicyjnie. Jego sekundy były policzone.
Aythya zatrzymała się na moment, spoglądając na niego, i się zawahała. Nie chciał, żeby się litowała. Ostatni raz ruszył w jej kierunku, co prawda nie miał już aspiracji do wygranej, ale przynajmniej będzie walczył do końca. Uniósł szablę dość nisko, celując w brzuch kobiety, wiedząc z całą pewnością, że ta sparuje cios i zada własny, już ostateczny. Zamiast tego stało się coś zaskakującego, tak iż cały plac zamarł z okrzykiem zgrozy na ustach. Szabla Wydrzyka, niezatrzymywana przez kontrę, miękko zanurzyła się w ciele Aythyi tak szybko, iż nie zdążył wyhamować. Absolutnie nie spodziewał się braku reakcji i ją zranił.
Dziewczyna stała z opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma, z których wypuściła broń, spoglądając na swój brzuch, po czym upadła na kolana. W jednej chwili podskoczył do niej, aby ją podtrzymać, błyskawicznie ucisnął otwartą ranę. Srebrne oczy spojrzały na niego. Badał wzrokiem jej twarz, próbując zrozumieć, dlaczego nic nie zrobiła, nie zablokowała go, pozwoliła mu się zranić.
— Dobrze się spisałeś — powiedziała cicho. — Zablokowałeś mnie, nie mogłam się ruszyć. Świetne… zagranie — dodała z trudem.
Wydrzyk rozejrzał się w popłochu, byli tu inni, którzy potrafili leczyć o wiele lepiej od niego. Wiedział, że cięcie nie było bardzo poważne, lecz z pewnością bolesne i nie tak planował to rozegrać.
— Ale ja nic nie zrobiłem!
Próbował ogarnąć umysłem to, co się stało. Zaraz jednak dopadł do niego Słowik i odepchnął go od rannej.
— Odsuń się — powiedział szorstko, przykładając do otwartej rany rękę, z której poczęła sączyć się pomarańczowa poświata.
Na twarzy Aythyi pojawiła się natychmiastowa ulga.
Wydrzyk podniósł się, oddychając ciężko i próbując otrząsnąć z szoku. Wytarł zbroczone ręce we własną koszulę, nawet nie zauważywszy, że sam dość mocno krwawi.
Zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiając, po czym rozejrzał się dookoła, a jego wzrok odszukał tę, o którą mu chodziło. Wilga stała nieruchomo w cieniu rzucanym przez mur ochronny, wpatrzona w nich, z opuszczonych wzdłuż ciała dłoni unosił się nikły płomień.
Zacisnął zęby i skierował się do niej z furią.
Wydrzyk
Kiedy ruszył w kierunku Wilgi, dziewczyna momentalnie odwróciła się i pomknęła w stronę miasta, gdzie już po chwili zniknęła mu z oczu w niewielkiej furcie wpasowanej w mur, będącej wejściem na plac treningowy. Nie z nim jednak takie numery. Zamiast podążyć za nią wejściem, które wybrała, rozpędził się i wskoczył na wysoki mur okalający miasto, a już po chwili zeskoczył z drugiej strony, dokładnie na drodze czarnowłosej kobiety. Zbliżył się do niej błyskawicznie i chwyciwszy za gardło, przyparł ją do muru.
— Dlaczego to zrobiłaś, Czarna?! — zawarczał, próbując opanować wściekłość. Zadziwiające, jak szybko ogarniało go to uczucie, dawniej nie był skłonny do takiej agresji, dopiero odkąd otrzymał moce… — Mogłem ją zabić! — dorzucił wściekły.
Wilga położyła obie ręce na jego zaciskającej się na jej gardle dłoni, ale nie próbowała się bronić.
— Nic jej nie będzie — powiedziała niemal bezgłośnie, nie próbując nawet walczyć o oddech. — Miałam większe rany i z tego wychodziłam — dodała, a Wydrzyk zreflektował się i puścił swoją ofiarę.
Rozumiał, iż Czarna zapłaciła o wiele wyższą cenę za komplet energii niż on, lecz sama sobie taką drogę wybrała. Nie sprawiało mu jednak przyjemności wspominanie cierpienia dziewczyny, mimo iż była teraz jego wrogiem. Wrogiem ich wszystkich. Wilga masowała obolałe gardło, ale nie wydawała się wzruszona reakcją Wydrzyka. Zdawało mu się wręcz, że patrzy na niego protekcjonalnie.
— Przegrywałeś — powiedziała z wyrzutem. — W ogóle się nie starałeś — dodała. — Wiem, że stać cię na więcej.
Wydrzyk uniósł brwi w zdziwieniu.
— Co cię to w ogóle obchodzi?! — zaatakował. — Przecież nie walczyliśmy na śmierć i życie — dodał już spokojniej i się cofnął.
Po co się w to w ogóle angażował? Nie ma sensu rozmawiać z tą szaloną kobietą.
— Każda walka jest na śmierć i życie. — Zauważyła wahanie Wydrzyka i zrobiła duży krok w jego stronę. — Nauczę cię tego, co wiem, jeśli chcesz.
Teraz stała już bardzo blisko niego. Zbyt blisko.
— Nie — podjął decyzję od razu. — Niczego od ciebie nie chcę. I nie wtrącaj się do moich walk nigdy więcej albo pożałujesz.
Spojrzał na szyję dziewczyny, na której już teraz wykwitły sine odciski jego ręki. Jej dłoń podążyła za wzrokiem mężczyzny i Wilga dotknęła obolałego gardła.
— Jak chcesz. — Jej twarz znów była bez wyrazu. — Tylko nie nazywaj mnie więcej Czarna. Nie chcę być z nim kojarzona — dodała i ruszyła w kierunku zamku.
A więc Wilga również nienawidziła Czarnego Kruka, jak oni wszyscy. To coś, co ją z nimi łączyło, mimo iż tego nie chcieli. Patrzył jeszcze chwilę, jak odchodzi, po czym szybko wrócił na plac bojowy, tym razem normalnie, przez wejście w murze. Na arenie walczyli już Grzywacz z Kalandrą, Wydrzyk jednak nie potrafił się skoncentrować na starciu. Rozejrzał się po otoczeniu w poszukiwaniu Aythyi.
— Nie ma jej tu. — Ardea zmaterializowała się nagle za jego plecami. — Jednoręki i twój wielki przyjaciel zabrali ją do infirmerii. — Jak to zrobiłeś?
— Co? — warknął bez zastanowienia, zły, że nie pomógł przy transporcie rannej. Zapewne Albatros ją zaniósł, cholerny farciarz.
— Zablokowałeś Aythyę — odpowiedziała tonem, który świadczył o tym, że pytanie było oczywiste, a on nie nadąża. — Pokonałeś moją siostrę — dodała i dało się w tym usłyszeć uznanie. — Nie wiem, czy widziałam, aby to się komukolwiek udało do tej pory. Prócz mnie oczywiście — dodała zarozumiale i dopiero teraz Wydrzyk spojrzał na nią zdegustowany.
— Ja nic nie zrobiłem — odrzekł zgodnie z prawdą, ale niczego więcej nie zamierzał tłumaczyć. Reszta i tak się wkrótce dowie.
Ardea, tak jak przewidział, tylko zmrużyła oczy, a jej wzrok powędrował tam, gdzie kilkanaście chwil temu stała w cieniu Wilga. Rozgryzienie tej zagadki nie zajęło kobiecie wiele czasu.
— A to ciekawe — powiedziała do siebie, nie zawracając sobie więcej głowy Wydrzykiem, po czym ruszyła w kierunku, w którym zniknęła Czarna.
Wydrzyk patrzył za nią przez chwilę. No cóż, te dwie akurat z pewnością się dogadają. Obie były szalone.
Grzywacz
Zastukał cicho, choć wiedział, że dziewczyna już go wyczuła. Minęła doba, odkąd Aythya została dźgnięta szablą Wydrzyka i przez cały ten czas ktoś przelewał w nią swoją energię. Tym razem tym kimś był Słowik. Kiedy Grzywacz wszedł do niewielkiej sali infirmerii, Aythya zamiast na łóżku siedziała na parapecie okna i najpewniej sama zajmowała się już swoją raną. Na drugim sienniku spał nieprzytomny Słowik. Leczenie musiało go wyczerpać. Oprócz niego uzdrawiać innych potrafiła jeszcze Aythya — ale to ona była akurat ranna, Wilga — która zniknęła gdzieś tuż po walce i nie udało się jej odszukać oraz Aquila — której w ogóle w zamku nie było. Słowik został więc jednyną osobą, która mogła podołać temu zadaniu, i teraz ponosił tego konsekwencje.
— Nie przeszkadzam? — zapytał Grzywacz uprzejmie, kiedy Aythya odwróciła się w jego stronę.
Uśmiechnęła się:
— Wejdź.
Zeszła z parapetu i usiadła na brzegu łóżka. Nieopodal stało krzesło, które zajął, a zanim rozpoczął rozmowę, rozejrzał się. Znajdowali się tu tylko we trójkę, tak jak wtedy nad jeziorem. Grzywacz był teraz innym człowiekiem, kochał inną kobietę. Wspomnienie jednak pozostało jasne i wyraziste i zaliczał je do swoich najpiękniejszych chwil.
— Przyszedłem sprawdzić, jak się masz — zagadnął. — W zasadzie, jak oboje się macie — dodał, wskazując ręką na brata.
Aythya spojrzała w tym samym kierunku z czułością.
— Siedział przy mnie całą noc, mimo iż prosiłam, aby tego nie robił. Wiedziałam, że nie będzie miał dziś dość siły, aby normalnie funkcjonować.
Wstała i poprawiła koc, który zsunął się z nieprzytomnego chłopaka. Widać, że darzyła go przyjacielskim uczuciem i martwiła się o niego. Wszyscy troje stali się sobie bliscy tego dnia, kiedy Aythya dla nich zabiła. Uratowała im wtedy życie, mimo że było to dla niej bardzo trudne. Już zawsze będzie jej za to wdzięczny.
Dziewczyna w końcu ponownie usiadła i podniosła na niego swoje srebrne oczy. Wyglądały nieziemsko, dodawały jej tajemniczości, zdając się przewiercać go na wskroś. Otrząsnął się jednak. Znał ją i nie musiał się niczego obawiać.
— Jakieś wieści od naszych nowych przyjaciół z Dalekiej Północy? — zapytała.
Kobuz wraz z dwoma kompanami, Alką i Oharem, przybył na zamek w dniu ceremonii ślubnej, deklarując chęć przyłączenia się mężczyzn do ich grupy celem zwalczania sił ciemności, które ujawniały się w postaci potworów terroryzujących i mordujących ludzi w różnych częściach ich kraju, a może i świata, o czym nie mieli wcześniej pojęcia. Białowłosy władał energią powietrza i jak sam twierdził, był zahartowanym w boju wojownikiem i zgłosił się do tego, aby objechać kraj i zebrać informacje o tym, ile takich ataków i potworów się pojawia i jakie poczyniły szkody. Odkąd wyruszył, nie mieli od niego wieści i Grzywacz żywił nadzieję, że nie posłał tych ludzi na śmierć.
— Niestety żadnych — odrzekł smętnie.
Mimo iż nie byli to jego poddani ani żołnierze żywot każdego znanego mu człowieka nie był dla niego obojętny.
Aythya westchnęła.
— Wyglądali na silnych i zdeterminowanych, nie traćmy nadziei. Wiadomości, które nam przywiozą, pewnie okażą się kluczowe w kwestii podjęcia dalszych decyzji, nie możemy jedynie siedzieć zamknięci w zamku… — zamyśliła się i Grzywacz odczekał chwilę, towarzysząc jej w milczeniu.
Potrzebował z nią porozmawiać o tym, co wiedziała i czego doświadczyła, nie miał tylko pojęcia, jak zacząć. Nie musiał. Po chwili Aythya sama przystąpiła do opowieści.
— Po śmierci… — zawahała się na chwilę, a przez jej twarz przemknął cień — Kazuara udałam się na Południe wypełnić jego ostatnią wolę, pomóc jego synowi w objęciu tronu — mówiła. — Liczba wrogów, jaką miał padyszach, przeszła moje najśmielsze oczekiwania i nie było łatwo utrzymać się w pałacu i otoczyć opieką całą rodzinę, nie mówiąc już o dotarciu na szczyt — ciągnęła. — Nie byłam formalnie związana z Władcą Południa, dlatego moje zdanie się nie liczyło, dodatkowo jako kobieta w tym męskim kraju nie miałam nic do powiedzenia, walka nie odbywała się więc na królewskim dworze. Początkowo moje starania polegały na ochronie życia przyszłego władcy i pilnowaniu go jak oka w głowie i nieraz musiałam odpierać ataki i domyślać się zasadzek. Przez trzy miesiące prawie w ogóle nie spałam… — Ponownie zamilkła. — Na szczęście młody przyszły padyszach nie był bezbronny i mimo że jest jeszcze dzieckiem, posiada siłę ognia i wie, jak się nią posługiwać. Kazuar dobrze wyszkolił swojego syna, czasami dostrzegałam w nim te same cechy, ten sam uśmiech… — Smutek znowu zagościł na twarzy dziewczyny i Grzywacz zastanawiał się, czy powinien coś powiedzieć. Po chwili jednak Aythya kontynuowała: — Moja rola polegała głównie na tym, aby zarówno popleczników, jak i oponentów utwierdzić w przekonaniu, że nowy władca mimo młodego wieku jest tak silny, iż nikt nie zdoła go pokonać. I po jakimś czasie wszyscy w to uwierzyli…
Grzywacz poprawił się nieznacznie na krześle. Potrafił czytać między wierszami i zdawał sobie sprawę, iż wiele głów musiało polecieć, aby w końcu mianowano nowego padyszacha, i to w tak młodym wieku. Głów, których Aythya nienawidziła strącać. Zrobiła to jednak na prośbę Kazuara. Musiał wiele dla niej znaczyć.
— Ku mojemu zaskoczeniu wśród rodziny królewskiej odnalazłam bratnią duszę i moją pierwszą prawdziwą przyjaciółkę. — Twarz dziewczyny rozjaśniła się i patrzyła teraz wprost na niego.
— Kalandrę… — domyślił się od razu.
Aythya uśmiechnęła się potwierdzająco.
— Masz niezwykłą żonę, mój królu — rzekła, wciąż się uśmiechając. — Kiedy tylko usłyszałam o orszaku z propozycją zaręczyn, wiedziałam, że będzie z was wspaniała para. Wysłałam nawet list, w którym prosiłam Kalandrę, aby nie robiła głupstw i ci zaufała. Czasami ponosi ją wyobraźnia i rozpiera energia, ale to dobra dziewczyna.
— Coś o tym wiem — westchnął Grzywacz na wspomnienie swojego cierpienia, gdy sądził, że Kalandra to dai, z którą nigdy nie będzie mógł się połączyć. Zaraz jednak powrócił myślami do aktualnej rozmowy. — Opowiedz lepiej, co się stało później. Kiedy przybyłaś na ceremonię, wspomniałaś, że musiałaś sama walczyć z potworami.
Dziewczyna westchnęła.
— Pierwszy raz to się stało, gdy byłam na pustyni. Coś potwornie wielkiego wyłoniło się z mroku i zaatakowało mnie z prędkością, jakiej żadne zwierzę nie powinno było mieć. Wyszłam z tego cało, a to coś walczyło tak, jakby chciało mnie pojmać, a nie zranić, a kiedy się ocknęłam, moje oczy stały się właśnie takie. — Machnęła ręką w kierunku twarzy, mając na myśli nietypowy srebrny kolor swoich tęczówek. — Zaraz potem pojawiły się pierwsze wizje… wyraźne… przerażające… niechciane… Nic nie mogłam na nie poradzić. Dzięki nim byłam jednak w stanie przewidzieć, kiedy pojawią się bestie, i jakoś się przygotować. Wiedziałam, że dłużej nie dam rady walczyć z nimi sama i muszę jakoś wezwać was na pomoc, pierwszy we śnie pojawił się Wydrzyk. Przesłałam mu wiadomość, a on ją odczytał i ruszył na poszukiwania, po drodze jednak musiał załatwić własną sprawę… Zdążył jednak powiadomić Albatrosa i Słowika, ci jednak również zatoczyli koło, tak jakby każdy miał do pokonania po drodze własnego potwora, a może jakieś dawne demony… tego nie wiem. Grunt, że udało się sprowadzić wszystkich z energią w jedno miejsce po to, abyśmy mogli przeciwstawić się temu, co nadchodzi. — Oczy Aythyi pociemniały nagle, a ona sama skuliła się w sobie, aż Grzywacz poczuł, że musi odetchnąć pełną piersią, jakby próbując nabrać tchu za dziewczynę.
Na łóżku obok Słowik poruszył się niespokojnie, a to wyrwało rudowłosą z transu. Uniosła głowę, napotykając wzrok króla i od razu się rozchmurzyła.
— Nie sądziłam, że moje wezwanie przywoła kogoś jeszcze… Kobuz… to było dla mnie zaskoczenie. Zastanawiam się, ile jeszcze osób z energią chodzi po tej ziemi i czy czasem nie jest nas dużo więcej, niż do tej pory sądziliśmy.
Grzywacz też się nad tym zastanawiał. Sam białowłosy nie ujawnił żadnych informacji o miejscu, z którego pochodził, prócz wywodu na temat trudnych warunków życia nic nie wspominał o tym, aby takich ludzi jak on, obdarzonych darami natury, było na Dalekiej Północy albo w samym Kragmar więcej. Z pewnością nie mieli tam zbyt wielu kobiet, Grzywacz przypomniał sobie żądanie mężczyzny, że za swoją pomoc Kobuz pragnąłby otrzymać żonę, i to kobietę z energią. Uśmiechnął się pod nosem:
— Co ty na jego propozycję? Może chciałabyś pomieszkać w zimowym igloo?
Aythya od razu zrozumiała, co Grzywacz ma na myśli, i roześmiała się głośno, a dźwięk ten wydał mu się perlisty i piękny. Nadal żywił pewien sentyment do dziewczyny.
— Jeśli tylko będzie dla mnie grał tak, jak na waszym weselu, ale całymi godzinami, to kto wie, może i rozpatrzę tę szczodrą ofertę — zaśmiała się, mrużąc filuternie oczy.
— Z czego się tak zaśmiewacie?
— Obudziłeś się! — Aythya podskoczyła do Słowika i nalała mu kubek wody, która stała na stoliku w glinianym dzbanku.
Słowik przyjął napój z wdzięcznością i pił łapczywie.
— Rozmawialiśmy o Kobuzie — wyjaśnił krótko Grzywacz.
— Wrócił? — zainteresował się jego brat.
— Niestety nie — odrzekł. — Aythya jednak rozważała, czy gdy ten powróci nie zastanowić się nad jego ofertą, o ile będzie jej przygrywał do snu — powiedział poważnie, ale oczy mu się śmiały.
— Bardzo zabawne. — Słowik jeszcze przez chwilę siedział z zasępioną miną, lecz nie wytrzymał i też się roześmiał. — W zasadzie jego propozycja nie jest taka zła, na twoim miejscu sam bym ją rozważył. Gdybym lubił śnieg w portkach i sople lodu zamiast wina.
Teraz już wszyscy zarechotali.
— Dobrze was znowu widzieć — przyznała Aythya, uspokajając oddech po salwie śmiechu. — Teraz, kiedy jesteśmy tu razem, na pewno damy sobie ze wszystkim radę — zakończyła optymistycznie, choć Grzywacz się zastanawiał, czy aby na pewno dziewczyna wyjawiła mu wszystko, co widziały jej niesamowite, srebrne oczy.
Ardea
— Teraz sobie ciebie przypominam… W pierwszej chwili nie skojarzyłam, że ty jesteś tą nierządnicą, która plątała się koło mojego ojca, bo byłam pewna, że twoje dni są policzone, i nie zaprzątałam sobie tobą głowy.
Ardea znalazła Wilgę w wirydarzu, mimo iż tamta z pewnością nie chciała być znaleziona. Od długiego czasu nikt nie wiedział, gdzie się znajduje, chociaż zapadł już zmierzch, ale Ardea potrafiła znaleźć wszystko i wszystkich. Może prócz Aythyi, lecz ona się nie liczyła, były z jednej krwi i siostra potrafiła więcej niż zwykli śmiertelnicy. Ta tutaj kobieta chciała się ukryć, lecz ona odszukała ją bez trudu. Energia zawsze znajdzie energię.
— Zmieniłaś się… — Spoglądała na siedzącą Wilgę, dobrze ukrytą pośród gęstych krzewów, z pewnością wybrała to miejsce, aby pozostać niewidoczną.
Czarnowłosa patrzyła na nią z chłodnym wyrazem twarzy, zwykle malowała się na niej obojętność. Ale ktoś taki jak ona nie mógł być obojętny. Ktoś, kto miał tyle silnej woli, motywacji i odwagi, aby pozyskać energię od Czarnego Władcy, z pewnością nie był bezbarwny ani nieporuszony, jak chciała być postrzegana Wilga, i Ardea to rozumiała.
— Wiem, że to ty zablokowałaś moją siostrę podczas walki — wypaliła w końcu, czekając na reakcję drugiej strony, lecz Wilga nawet nie drgnęła. — Zastanawiam się… — Ardea poczęła krążyć wokół dziewczyny i czasami traciła ją z oczu przez gęstą roślinność, wiedziała jednak, że jej głos z pewnością dociera do słuchaczki — czy bardziej chciałaś pomóc piratowi, czy może jednak pozbyć się Aythyi.
W kolejnej plamie światła rzucanego przez wschodzący księżyc dostrzegła twarz kobiety: żadnej spodziewanej emocji. W końcu Ardea się zatrzymała.
— Szkolił cię mój ojciec. Nic mi nie powiesz — uświadomiła sobie wreszcie to, co było oczywiste od początku. — Ćwiczył cię w tych swoich maskach, widzę to. Ale w niczym ci to nie pomoże, jeśli nie odpowiesz mi po dobroci, i tak się dowiem.
Ardea wydobyła swój miecz, topór na razie pozostawał na plecach, wyczuwała, że tak ciężki oręż nie będzie potrzebny, zostawi go sobie na Albatrosa. Nie dowie się, kim jest ta kobieta i co potrafi, ani nie uda się z nią porozmawiać, jeśli jej nie złamie. Tak to działało w szeregach Czarnego Kruka i Ardea dobrze rozumiała sytuację. Można by nawet powiedzieć, że w pewien sposób doceniała opanowanie przeciwniczki.
Wilga nadal się nie poruszyła, choć z pewnością słyszała szczęk dobywanej broni. Ponieważ Ardea nie należała do cierpliwych, zupełnie jak jej siostra Aquila, gdy tylko znalazła się w zasięgu wzroku czarnowłosej, ustawiła się naprzeciwko niej i jedynym ostrzeżeniem, które wypowiedziała, było krótkie: „Walcz!”, po czym wyskoczyła z uniesionym mieczem. Wilga obserwowała ją uważnie, a jedyne, na co się zdobyła, to uniesienie obu dłoni, jakby w obronnym geście, który, było to oczywiste, nie mógł jej uchronić przed ciosem. Najwidoczniej nie zamierzała się osłaniać.
Zanim jednak Ardea zdołała przytknąć sztych miecza do piersi dziewczyny, odbiła się w powietrzu od czegoś, czego nie było widać, ale zdawało się litą ścianą. Nie spodziewając się zapory, Ardea uderzyła całą sobą, obijając boleśnie twarz — opadając na ziemię, czuła, iż z nosa puściła jej się krew. Przyjrzała się, jak czerwone krople skapują na ciemną w blasku księżyca trawę i wytarła nos rękawem. Wyprostowała się.
— No tak. Nauczył cię manipulowania umysłem. Widziałam, jak tworzyłaś zapory przy placu treningowym, jednak nie sądziłam, że można ich z taką łatwością używać w walce. Nawet Kruk nieczęsto stosował taką taktykę.
Okrążyła dziewczynę, a następnie wyskoczyła, tym razem atakując przez krzaki, torując sobie drogę mieczem. Zdawało jej się, iż rośliny zamiast ustępować, narastają, napierając na nią i nie pozwalając przejść. Im więcej cięła, tym więcej pojawiało się nowych gałęzi, liści i cierni. Ubranie miała skórzane, lecz ostre pędy zdołały się przebić w kilku miejscach, dosięgając ciała i je raniąc, powierzchownie co prawda, acz boleśnie i Ardea musiała się wycofać.
Ruszyła po okręgu, tym razem szerszym. Zapadła już całkowita noc, ale księżyc świecił tak jasno, iż nie musiała nawet używać Wzroku.
— A nie stosował ich — ciągnęła swój monolog, bo Wilga wciąż siedziała w całkowitym milczeniu — gdyż zapory mentalne podobno są bardzo wyczerpujące. Zastanawiam się, czemu ty ich za to używasz, zamiast stanąć do prostej walki, i wiesz, co wymyśliłam? — Zatrzymała się naprzeciwko kobiety i ponownie zlustrowała ją od stóp do głów. — Robisz tak, bo nie potrafisz walczyć.
W tym momencie Ardea wyjęła z jednego ze schowków krótki nóż i błyskawicznie cisnęła nim w Wilgę. Kobieta uchyliła się szybko, lecz ostrze wbiło jej się w ramię, wyrywając z piersi krótki okrzyk bólu i zaskoczenia. Chwyciła nóż i wyciągnęła równie szybko. Syknęła, mocno zaciskając materiał na ranie i tamując krew.
— Zapłacisz mi za to — wycedziła, ale kiedy ponownie podniosła głowę, przed oczami miała już broń Ardei.
— Nie masz przy sobie nawet sensownego miecza. Nie trzeba być tęgim umysłem, żeby się domyślić, że nie potrafisz walczyć. Dla mojego ojca musiałaś być prawdziwym utrapieniem — roześmiała się na cały głos ucieszona Ardea, jakby każda przeszkoda, na którą natykał się Kruk, ogromnie ją radowała. Zaraz jednak ponownie zmrużyła oczy, spoglądając na dziewczynę. — Przelał energię w naczynie, które okazało się wydmuszką — zakpiła, dociskając miecz do piersi Wilgi.
Ta jednak okazała się niewzruszona, wciąż uciskając świeżą ranę. Spojrzała na broń Ardei, potem na nią samą, odsunęła się i wstała.
Miecz Ardei ani drgnął.
Nie mogła ruszyć ręką, stała jak zamrożona. Dostrzegła, iż dziewczyna podnosi zdrową ręką nóż, który przed chwilą tkwił w jej ranie, po czym bierze zamach i wbija go w ciało Ardei, w to samo miejsce na ramieniu, również niezbyt głęboko. Kobieta wrzasnęła, ale nadal się nie poruszyła, mimo że z całych sił próbowała przesunąć swój miecz, a mięśnie miała napięte i w gotowości.
— Wydmuszka właśnie cię pokonała — odpowiedziała cicho Wilga.
Ardea pomimo bólu roześmiała się jeszcze głośniej niż poprzednio. Blokada opadła i ponownie mogła się ruszać. Stały teraz naprzeciwko siebie, znów mierząc się wzrokiem, obie zapewne rozważały, czy warto podjąć walkę.
— Bez umiejętności walki nie przeżyjesz — powiedziała w końcu Ardea, wyjmując nóż z rany z cichym syknięciem i zastanawiając się, co mogłaby ugrać na tej nowej znajomości.
Zatamowała własną krew, przycisnąwszy rękaw, i spojrzała na ranę dziewczyny, którą ta najpierw opatrzyła, a teraz przykładała do niej rękę, najwidoczniej próbując się uleczyć. Cztery energie… przydatne.
— Zawrzyjmy sojusz — zaproponowała po namyśle Ardea. — Ja potrafię walczyć, ty masz cztery energie, razem możemy więcej.
— Czego chcesz? — Kobieta spojrzała na nią nieufnie, ponownie przywołując na twarz wyraz stałej obojętności. Ale Ardea wiedziała już, że to maska.
— Chcę śmierci Albatrosa albo przynajmniej widzieć go pokonanego — odpowiedziała bez zastanowienia. Musiało jej na tym naprawdę zależeć…
— Myślisz, że zdradzę go ponownie? — zaperzyła się Wilga. — Wychowałam się z nim w jednej wiosce! Nie interesują mnie wasze śmieszne utarczki.
— Już raz to zrobiłaś — skwitowała Ardea bezbarwnym głosem.
— Zrobiłam, co musiałam. Drugi raz tak się nie stanie, znajdź sobie innego sprzymierzeńca.
— Niech ci będzie, sama sobie z nim poradzę — oświadczyła. Teraz musi być rozważniejsza, jeśli chce przeciągnąć dziewczynę na swoją stronę. — W takim razie możemy tworzyć zespół w walce, szczególnie z tymi bestiami. Ty będziesz robić te swoje czary-mary umysłem, a ja będę się ich pozbywać mieczem, co ty na to? Chcesz jeszcze chyba trochę pożyć, co? Bo ja na pewno, a wiem, jak się walczy z tym… czymś.
Na jej twarzy pojawiła się niechęć, a może to było coś gorszego. Czuła się nieswojo na samo wspomnienie walki, którą stoczyli wraz z Albatrosem z tym cuchnącym stworzeniem. Została przebita pazurami i omal nie zginęła, a Aythya zapowiadała, że będzie tego więcej. Ardea chciała mieć jakieś zabezpieczenie.
Wilga patrzyła na nią chwilę, zastanawiając się nad jej słowami i próbując ją rozgryźć. Zapewne się zastanawiała, jakie prawdziwe intencje kryły się za propozycją córki Czarnego Kruka.
Ale Ardea była już pewna, że kobieta się zgodzi. Nie miała tu nikogo, a wszyscy najchętniej widzieliby ją martwą. Była aktualnie jej jedyną sojuszniczką. I się nie pomyliła.
Wilga westchnęła, po czym odsunęła rękę Ardei, którą ta próbowała zatamować krwawienie, i przyłożyła do jej rany swoją. Pomarańczowa poświata zamieniła ból w ulgę.
Albatros
— Po poprzednich walkach wprowadzona została nowa zasada, iż starcia mają się kończyć w sytuacji pokonania przeciwnika bez realnego uszkadzania ciała. — Kalandra stała na podwyższeniu i perorowała z uśmiechem na twarzy. Królowa jak zawsze była zadowolona. — Mimo iż potrafimy leczyć rany, proces ten zajmuje sporo czasu i lepiej skupić się na tym, co jest teraz ważne, czyli na pozyskaniu jak najpełniejszych informacji na temat zdobywania energii i powiększania możliwości ich używania — kontynuowała. — Dzisiejsze pojedynki odbędą się parami, na wniosek Ardei, która uważa, że taka strategia jest konieczna do walki z bestiami. — Ostatnie słowa Kalandra wypowiedziała odrobinę ciszej. Co prawda nikt ich nie podsłuchiwał, ale z pewnością lepiej zachować rozwagę i nie siać wśród ludu niepotrzebnej paniki. — Ardea i Wilga oraz Albatros i Słowik, zaczniecie.
— Co? Przecież Wilga nie potrafi walczyć — zaoponował Albatros, lecz mówiąc to, przez cały czas podejrzliwie przyglądał się Ardei, która stała już na środku z zadowoloną miną. Ta kobieta z pewnością wymyśliła coś, aby się na nim odegrać. Słowik dobrze walczył, ale nie mógł liczyć na czyste zagrania obu kobiet, zdrajczyni oraz córki Kruka.
Słowik jak zwykle nie potrzebował czasu do namysłu i stał już na środku, szykując się do pojedynku. Chłopak podejmował nawet największe życiowe decyzje w mgnieniu oka, a co dopiero w sprawach bieżących. Był gotowy.
Albatros westchnął i również wyszedł na środek, wyjmując szablę. Miał tylko nadzieję, że nowa zasada o niedziurawieniu przeciwnika dotarła do Ardei, w co szczerze wątpił.
Przyjrzał się obu kobietom. Ardea trzymała w rękach swój arsenał: mocny miecz i topór, z którym był dobrze zaznajomiony. Jej obcisły, skórzany uniform miał wiele ukrytych kieszeni, w których najpewniej zgromadziła niezliczoną ilość rozmaitej broni — noży, puginałów i bogowie tylko wiedzieli, czego jeszcze. Wyglądała na gotową do starcia z całą armią bestii, a nie jedynie do pojedynku treningowego. Na jej twarzy malował się złowrogi uśmiech, a wzrok skupiony był na nim. Przyszedł mu do głowy jednak wypróbowany już pomysł. Opuścił osłony swojego umysłu, spojrzał na kobietę i wyobraził ją sobie… nago. A wiedział, jak wyglądała, bo miał już okazję przekonać się na własne oczy. Podobało mu się to, co wtedy zobaczył. Jej zapach, jej dotyk, jej głos podczas osiąganej rozkoszy.
Trzy pary oczu spojrzały na Albatrosa ze zdziwieniem.
— Co do cholery?! — Słowik odsunął się od niego z wyrazem niesmaku na twarzy. — Oszalałeś?!
— Sprawdzona strategia — odparł Albatros zadowolony, obserwując, jak twarz Ardei tężeje, a po wcześniejszym zadowoleniu znika wszelki ślad. Ręce z bronią opadły jej bezwładnie. — Po prostu wzmocnij bariery tak, jak cię uczyłem, i skup się na walce.
Albatros był pewien, że wśród zebranych jedynie Ardea posiadała na tyle świeżą energię, iż nie nauczyła się jeszcze ani z niej korzystać, ani jej blokować.
Słowik popatrzył na niego przez moment zdegustowany, ale najwidoczniej zastosował się do wskazówek, bo już po chwili jego twarz wygładziła ulga i ponownie się skoncentrował.
— Wilga! — zawarczała Ardea, próbując poluźnić mundur pod szyją. — Pomóż.
Czarnej nie trzeba było dwa razy powtarzać, uniosła dłoń i już po chwili Ardea się rozluźniła, a jej oczy zwęziły w szparki, spoglądając na Albatrosa złowrogo.
— Tym razem nie udała ci się ta sztuczka, szczwany lisie — odrzekła cicho, ruszając po okręgu i unosząc topór.
A więc się tego spodziewała. To dlatego chciała walczyć z Wilgą, te dwie jakoś się dogadały…
— Stawiam na nas, stary. — Słowik uśmiechnął się szelmowsko i również ruszył, w przeciwnym kierunku niż dziewczyna.
— Bo jeszcze nie walczyłeś z tą sekutnicą — odrzekł Albatros, ale bardziej do siebie niż do chłopaka. Po co pozbawiać go animuszu.
Obaj mężczyźni skupili się na Ardei, jakby Wilgi w ogóle nie było obok nich. Dziewczyna zresztą stała bez broni i nie wyglądało na to, że zamierza atakować, po co więc mieliby zaprzątać sobie nią głowę?
Nie trzeba było długo czekać na szturm wojowniczki, nie miała w sobie nic z delikatności swojej siostry i nie należało się tego po niej spodziewać. Z okrzykiem bojowym natarła na obu przeciwników jednocześnie, a ich broń się zderzyła, szabla z toporem, miecz z mieczem. Mimo iż było ich dwóch, kobieta zdawała się przewidywać ich ruchy i patrząc tylko na jednego, parowała ciosy drugiego.
Wilga nadal stała z boku, spokojna, z lekko przekrzywioną głową, jakby obserwowała jakiś spektakl, który ją umiarkowanie interesował. Ardea natomiast była w swoim żywiole. Jej topór z hukiem odbijał się od klingi Albatrosa, a miecz dźwigany w drugiej ręce śmigał w powietrzu z taką precyzją, że Słowik z trudem nadążał z blokowaniem ciosów. Każdy ruch kobiety był jak atak drapieżnika — szybki, mocny, bez zbędnych wahań.
— Psia mać, ta dziewucha jest jak wojenny taran — warknął pod nosem Albatros w krótkiej przerwie, cofając się o krok, gdy ta niemal rozłamała mu szablę na pół.
— To tylko trening — przypomniał Słowik, choć po jego niezbyt pewnym głosie można się było domyślić, iż sam zaczyna w to coraz mniej wierzyć.
Ardea nie dawała im wytchnienia. Zaatakowała z wyskoku, zadając ciosy, następnie przetoczyła się po ziemi, a potem nagle zniknęła im z pola widzenia.
— Gdzie…? — zaczął Albatros, a ku jego zaskoczeniu jak spod ziemi zaczęła unosić się wokół biała mgła, która spowiła ich całkowicie. Teraz nie widział nawet sztychu swojej szabli, a co dopiero przeciwniczki.
Nie skończył pytania, bo kobieta wynurzyła mu się zza pleców jak cień, tnąc mieczem po jego lewym ramieniu. Odskoczył, aby znowu zanurzyć się w białej pułapce. Ręka go zapiekła, a spod rozdartej koszuli popłynęła krew. A więc jest tak, jak się spodziewał.
Mimo że rozglądał się uważnie, mógł polegać jedynie na słuchu, przez co o mały włos nie dźgnąłby Słowika, który, również w absolutnej ciszy, zderzył się z nim plecami.
— Takie chwyty są dozwolone? — zapytał, zdając sobie sprawę, że to Albatros.
— Nie wiem, możesz się poskarżyć — poradził mu przyjaciel i niczego więcej nie zdążył dodać, bo coś spadło na Słowika, a jego miecz, wyrwany z dłoni, wyleciał w powietrze.
Mężczyzna przekręcił się na bok i upadł, próbując odzyskać broń, ale z białej mgły wynurzyła się czyjaś ręka i nagle poczuł nóż na gardle.
— Pierwszy — powiedziała Ardea, wyłaniając się i nie kryjąc triumfu.
Słowik uniósł dłoń w geście kapitulacji.
— Zostałeś sam, stary! — odkrzyknął tylko w mleczną toń i pospiesznie zniknął z pola walki.
Albatros nie odpowiedział, bo nie zdążył. Kobieta była już w natarciu i celowała tak sprawnie, jakby gęsta mgła była jedynie przed jego oczami i zasłaniała mu wszystko, co przeciwniczka widziała doskonale. Kolejny raz poczuł, jak broń Ardei się prześlizguje, tym razem po jego udzie, rozdzierając skórzane spodnie i raniąc boleśnie, a więc cięcie było wyjątkowo mocne.
— Miało być bez krwi! — zawołał, obracając się gwałtownie i czując, że jest obserwowany.
— Ups! — Jej głos zabrzmiał tuż za jego plecami, z przesadnie słodką nutą, którą Albatros słyszał już, przebywając w celi, w której Ardea go przetrzymywała. To był ton, którego używała, gdy wiedziała, że zwycięża. — Omsknęło mi się.
Zdołał się obrócić w ostatnim momencie, kiedy jej miecz już muskał jego bok, rozcinając materiał koszuli i pozostawiając płytką, piekącą ranę. Skoczył do tyłu, stawiając szablę między nimi.
— Zabawne, że ciągle ci się „omskuje” — warknął, pobieżnie tylko spoglądając na kolejną krwawiącą ranę i sam też postanowił, że nie będzie się więcej hamował, o ile uda mu się ją dopaść w tej mgle.
Ardea, która nagle pojawiła się tuż przed nim, walczyła jak w furii. Jej ciosy były szybkie, celne i coraz bardziej zuchwałe. Atakowała nisko, wysoko, próbowała wytrącić go z równowagi, uderzając z nieprzewidywalnych kierunków.
Albatros się cofał, ale nie ustępował. Parował ciosy, zsuwał się w bok, próbował wyczuć rytm, przerwać jej ofensywę.
I wtedy to się stało.
W chwili, gdy jego stopa uderzyła o kamień ukryty przez mgłę, zachwiał się. Ardea nie zmarnowała okazji. Zanurkowała w stronę mężczyzny, wykorzystując przewagę i szybkim ruchem wbiła mu nóż w ramię.
Syknął, a jego dłoń mimowolnie rozluźniła uścisk, zapewne cięcie dokładnie tak było zaplanowane. Szabla uderzyła o ziemię z głuchym dźwiękiem, a on sam upadł na kolano.
— Naprawdę?! — wykrzyknął przez zaciśnięte zęby, łapiąc się za ranę. Tym razem była głęboka i musiał stłumić ból, żeby móc kontynuować. — Mieliśmy zasadę!
— Musiałam jej nie dosłyszeć. — Twarz Ardei znalazła się blisko, tak blisko, że mógł dostrzec błysk ognia w jej oczach. — Poza tym… nie lubię zasad, których sama nie ustalam — dodała ze swoim drwiącym uśmieszkiem na twarzy.
Zaczęła się odsuwać, zostawiając go na kolanach, z krwią sączącą się przez palce. Uniosła broń.
— Jeśli chcesz się poddać, teraz jest ten moment — powiedziała z irytującym spokojem.
Albatros wyprostował się i spojrzał jej w oczy. Była dzika, nieprzewidywalna i… całkiem mu się taka podobała, co stwierdził ze zdziwieniem. Najwidoczniej musiało być z nim coś nie tak, bo do tej pory nie miał żadnych masochistycznych skłonności. Ta kobieta przecież albo go dręczyła, albo irytowała. Ale zaraz sobie odpowiedział — nie lubił się nudzić. A z nią nigdy się nie nudził. Zdecydowanie musiał się nad sobą zastanowić, co zamierzał zrobić zaraz po walce.
— Nie tym razem — odparł, zaciskając zęby i podnosząc się pewnie, z bronią w ręku.
Że też musiał się narazić akurat takiej mściwej istocie. Sięgnął po szablę.
— Myślałem, że stare spory zostawimy tu za sobą. Ale jak chcesz…
Zamknął oczy. Nie było sensu przenikać wzrokiem tej białej zasłony. Musiał polegać na słuchu. Kiedy ponownie usłyszał świst miecza, podniósł szablę i sparował uderzenie, jednocześnie błyskawicznie wyprowadzając drugą ręką cios jak najdalej przed siebie, na oślep, w kierunku ledwo słyszalnego ruchu, być może muśnięcia materiału lub powiewu powietrza. W wysuniętej dłoni trzymał sztylet.
Wszedł miękko jak w masło, kobieta upadła z cichym jęknięciem.
Albatros
— Do pioruna, ludzie, co jest z wami?! — pieklił się Słowik w infirmerii, kiedy wezwano go do kolejnych dwóch osób.
— Jak tak dalej pójdzie, nie będę się zajmował niczym innym! Nie słyszeliście o zasadzie „bez krwi”?!
Albatros nic na to nie odpowiedział. Trochę go rzeczywiście poniosło. Trafił w klatkę piersiową, lecz gdyby Ardea była ciut niższa albo lekko pochylona, mógłby trafić w miejsce, przez które wyciekłoby z niej życie… Ta kobieta zdecydowanie doprowadzała go do granic wytrzymałości i powinien się trzymać od niej z daleka. Z jakiegoś powodu budziła w nim jego najgorszą wersję, a on nie potrafił się temu przeciwstawić.
Na dodatek, kiedy tylko wykonał ostatnie pchnięcie, a mgła zniknęła tak samo szybko, jak się pojawiła, i zobaczył Ardeę leżącą nieprzytomną i całą we krwi z jego sztyletem tuż obok serca… wystraszył się. Nie był to pierwszy raz, gdy przeszywał ją swoją bronią. Powoli stawało się to jakąś rutyną.
— Dlaczego wycelowałeś tak blisko serca? Chciałeś ją zabić czy co? — Słowik ściszył głos, wiedząc, że zarówno Wilga, która również stawiła się na wezwanie, deklarując pomoc przy leczeniu, jak i Ardea znajdują się nieopodal.
— Wcale nie celowałem, nic nie wiedziałem przez tę cholerną mgłę.
— Jaką mgłę? — zdziwił się Słowik. — Kiedy tylko zostałem trafiony i zszedłem z pola, mgły już nie było.
Albatros zamyślił się na chwilę. To, co mówił Słowik, przeczyło temu, co on sam widział i czego doświadczył podczas walki. A więc mgielna zasłona była widoczna jedynie dla wybranych osób. Wilga była w tym naprawdę dobra. Bo nikt nie miał wątpliwości, że to sprawka Wilgi.
— Ja nadal ją widziałem. Tę mgłę — upierał się Albatros.
Słowik skupiony był na swoim zadaniu i Albatros czuł się o wiele lepiej. Niektóre rany już się wręcz zasklepiły. Nikt nie potrafił leczyć tak szybko jak ten chłopak. Sam Albatros potrzebowałby do tego ze dwóch, a może i trzech dni.
— Rozumiem — odpowiedział Słowik po chwili. — To była skuteczna i przemyślana strategia — stwierdził po namyśle. — Uważam, że wszyscy powinniśmy to przedyskutować.
Albatros wiedział, co Słowik miał na myśli. Właściwie zastanawiał się nad tym już wcześniej, nad tym, iż nie wykorzystywali potencjału energii w walce. W zasadzie polegali tylko na wielkiej sile i szybkości, jaką umożliwiało im posiadanie energii, ale poza tym stosowali techniki dostępne każdemu dobrze wyćwiczonemu wojownikowi. Wilga natomiast, zapewne z tego powodu, iż nie potrafiła dobrze walczyć ani posługiwać się żadną bronią, osiągnęła inny poziom skutecznej defensywy, który do tej pory Albatros widział jedynie u Kruka i Kazuara, i jeden raz u Aythyi. Co oznaczało, że prawdopodobnie ich możliwości wykorzystywania mocy są o wiele większe, niż to sobie uświadamiali. A przecież niewykluczone, że wkrótce będą tego bardzo potrzebować.
— Dobra, na dzisiaj z tobą skończyłem, sam jestem zmęczony tym dniem i chcę się położyć, resztę dasz radę uleczyć sam. Możesz zostać w infirmerii do rana, jeśli chcesz, ale… — spojrzał w kierunku drugiej komnaty, gdzie zapewne znajdowała się Ardea — na twoim miejscu wybrałbym jakiś lepszy nocleg, bardziej… ustronny.
Dla Albatrosa było jasne, o co chodziło. Sam zresztą miał podobne myśli i nie zdziwiłby się, gdyby Ardea chciała mu poderżnąć gardło, gdy on tylko zaśnie.
— Dzięki, przyjacielu, wypocznij! — Machnął ręką w stronę wychodzącego Słowika, już miał się udać w kierunku wyjścia, kiedy coś go podkusiło i po namyśle stwierdził, iż zerknie, co z dziewczyną.
Zanim jednak zdążył przepchnąć się swoją wielką posturą przez wąskie przejście do kolejnego pomieszczenia, o mały włos nie zderzył się w wejściu z poszkodowaną. Ardea uniosła wzrok, patrząc na niego z taką miną, jakby co najmniej to ona górowała nad nim o dwie głowy i nie musiała jej zadzierać, by mu się złowrogo przyglądać.
— Szedłeś mnie dobić? — zapytała, mrużąc oczy, a ręką wykonała ostrożny ruch, zapewne w kierunku ukrytej broni. Jeszcze by tego brakowało, aby starli się w infirmerii.
— Daj spokój, Ardeo, przyszedłem sprawdzić, jak się masz i co z twoją raną. — Uniósł dłonie w obronnym geście, mając nadzieję, że to nieco ostudzi zapalczywą kobietę.
Przyglądała mu się uważnie, a ponieważ żadne z nich się nie poruszyło, stali tak w przejściu praktycznie stykając się ciałami, czego Albatros nie mógł nie odnotować. Do jego nozdrzy dobiegł znajomy już zapach, a w głowie pojawiły się wspomnienia intymnych chwil, które z nią spędził. Natychmiast wzmocnił jednak swoje blokady, nie chcąc jej prowokować. Sam przesunął powoli wzrok na szyję dziewczyny i przez moment zapragnął ją tam pochwycić, nie był tylko pewny, czy bardziej, żeby ją udusić i pozbyć się utrapienia, czy raczej kierowały nim zupełnie inne motywy. Nie poruszył się jednak, nie uniósł dłoni, zdawało mu się nawet, że oddycha jakby płycej, nie chcąc niczym zdradzić, jak się teraz czuje, ani sprowokować kolejnego konfliktu. Córki Kruka były dzikie, każda na swój sposób…
— Dźgnąłeś mnie — powiedziała z wyrzutem. — Kolejny raz. — Zdawała się nieświadoma jego przemyśleń i skupiona na własnej złości.
— Nie chciałem tego — bronił się cicho i spokojnie. — I przypominam ci, że ty pierwsza mnie zaatakowałaś. — Spojrzał wymownie na swoje ledwo co zagojone ramię.
Zerknęła pobieżnie, a przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu. Była z siebie zadowolona. Nie na tyle jednak, aby czuć wygraną, kolejny raz Albatros pokonał dziewczynę, a to rozjuszało ją najwidoczniej niemiłosiernie.
— Jestem gotów przekazać ci, co wiem o energii wody — wyznał w przypływie impulsu i ponownie sam był sobą zaskoczony. — Jeśli nadal jesteś zainteresowana — dokończył, kiedy kobieta cofnęła się nieco, najwidoczniej również przytłoczona bliskością i intensywnością chwili.
Patrzyła na niego podejrzliwie, próbując go przejrzeć albo dostrzec, co nim kieruje. Postanowił jej to ułatwić.
— Nie mam żadnych ukrytych motywów — zgadywał myśli dziewczyny. — Nasza moc najsilniejsza jest blisko wody, dlatego kiedy nie będziemy tu już potrzebni, a nasze rany całkowicie znikną, możemy wyruszyć w kierunku oceanu — zaproponował i nie czekając na jej decyzję, odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia, zastanawiając się, czy za moment poczuje nóż w plecach.
Tym razem jednak Ardea postanowiła odpuścić.
Copyright ©
Paola Gampo
www.paolagampo.pl
Działalność Wydawnicza Paola Gampo
Wydanie pierwsze, 2026
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja:
Anita Jachimowicz
Redaktor pomocniczy:
Jędrzej Boczkowski
Korekta:
Alicja Szalska-Radomska
Beta-czytelnicy:
Katarzyna Gortat | @moonlightcat_books
Agnieszka Kubańska | @aga_zaczytana
Słowa pieśni ochronnej:
Krzysztof Koźlik
Projekt okładki, oprawa graficzna (wyklejki, malowane brzegi, grafiki środka): Justyna Knapik | justynaes.portfoliobox.net
Skład i przygotowanie e-booka:
D. B. Foryś
www.dbforys.pl
