Angelo Rossi. Rodzina Andersów - Konrad Modrzejewski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Angelo Rossi. Rodzina Andersów ebook i audiobook

Konrad Modrzejewski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Są śledztwa, które zrobią z ciebie bohatera. I są takie, które sprawią, że nie będziesz mógł spać.

Tymczasem Rykoszyce budzą się bez Sary Anders, córki lokalnego milionera. Czworo młodych, niedoświadczonych policjantów próbuje ją odnaleźć. Szybko okazuje się, że dziewczyna nie spędziła nocy u koleżanek.

Każdy kolejny trop podważa przekonanie, że Sara po prostu zaginęła, i prowadzi bohaterów w gąszcz brudnych rodzinnych sekretów. W trzewiach rezydencji Andersów skrywa się wiele mrocznych, niewyjaśnionych spraw, a na tamie milczenia pojawiają się pierwsze szczeliny. Zamiast ścigać przestępców, Angelo i jego towarzysze trafiają na oślizgłe ślady, których nie da się opisać w żadnym raporcie. A już na pewno nie w policyjnym. Trudno pytać, kto zabił, gdy nie wiesz, kto przeżyje. 

Gdzieś pomiędzy czarnym lasem, nocnymi klubami a gotycką posiadłością Andersów czai się coś, czego nie da się przesłuchać, zatrzymać ani zamknąć za kratami.

Pod Rykoszycami oddycha zło. Jedno z tych pierwotnych. Brudnych. Nieujarzmionych.

Odważysz się go dotknąć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 265

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Adam Głos syntetyczny

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Otwieram oczy.

Wszystko jest dobrze.

To tylko dzień. Nie pamiętam nocy, ale to nic złego. Trzy oddechy i pauza.

Zwykle nie przywiązuję wagi do spraw, które nie mają sensu. Jestem pragmatykiem.

Staję przed lustrem. Moje ciało wygląda, jakbym był rzeźbą Michała Anioła. Na goły tors zakładam koszulę oraz krawat. Trzy oddechy i pauza. W końcu jestem tym, kim chciałem być. Jestem naturą. Wszystko, co jem, staje się mną. Nie czuję zmęczenia. Nie przejmuję się, czy ktoś mnie docenia. Nie jestem samotny, ale zawsze będę sam. Bóg jest ze mnie dumny.

Uśmiecham się i wchodzę do łazienki. Trzy oddechy. Pauza. Nieco wody na twarz. Żadnego mydła. Patrzę w swoje oczy – tak długo, aż nie zacznę się bać. To poprawia krążenie.

Siadam. Przez chwilę medytuję z dłońmi na stole. Staram się myśleć o księżycu. Następnie sięgam po książkę i czytam pięćdziesiąt stron. Zajmuje mi to około dziesięciu minut. Trzy oddechy. Pauza. Zwyczaje Majów. Wykrajali ludziom serca i składali w ofierze. Bóg jest ze mnie dumny. Odwracam się, żeby sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Przyzwyczajenie.

Rzucam się na ziemię. Trzydzieści brzuszków i piętnaście pompek. Nie wyjdę z domu, póki moje ciało nie będzie pulsowało. Trzymam deskę i wszystkie kończyny mi się trzęsą. Trzy oddechy. Pauza. Chyba jest ciepło. Spędzę jak najwięcej czasu na słońcu i spalę sobie twarz. A potem wrócę i będę leżał. A przynajmniej taką mam nadzieję. Nie chcę znowu śnić o tych zwierzętach. Niektóre są straszne, bo mają długie pyski i krzyczą. Trzy oddechy i pauza. Dość.

Otwieram lodówkę. Jem tylko mięso. Czasem jajka i piję mleko. Pamiętasz, jak robiłem ci jajecznicę? Zawsze na maśle, bez dodatków. Nie mogła być ścięta ani rzadka. Sześć minut ciągłego mieszania, bez dotykania brzegów.

Ktoś przewiesił koszulę przez krzesło. Rękaw jest splamiony ciemną cieczą. Moje źrenice się rozszerzają. Coś sobie przypominam. Dość.

Wyciągam kawałek steka na deskę. Kroję na trzy równiutkie paski. Jeden ląduje na patelni. Żadnych przypraw. Trochę mleka i pieprz. Trzy oddechy i pauza. Opiekam z dwóch stron. Po pięć sekund. To nie McDonald’s. Jestem romantykiem i chcę czuć każdą żyłę.

Talerz upstrzony płatkami mięty. Kropla soku z cytryny. Jedzmy, moja droga. Smacznego.

Rozdział I

Księżyc schował się za chmurami, kiedy Sara pierwszy raz spojrzała w Garmina. Siedem kilometrów. Czterdzieści pięć minut. Jej przepocona koszulka przyklejała się do piersi, gdy oddychała. Przewróciła oczyma. Dajcie spokój. Zdawało jej się, że biegnie jakieś pół roku.

Wetknęła słuchawki na powrót do uszu i ruszyła truchtem przy brzegu jeziora. Woda nie lśniła się w blasku księżyca jak na filmach. Była ciemna i gęsta jak smoła. Albo krew. Sara przełknęła ślinę, obiecując sobie, że ostatni raz biega o takiej godzinie. To nie na jej nerwy.

Kilka tiktoków mniej chyba jej nie zabije.

Ostatnie okrążenie. Ta myśl, w połączeniu z wokalem Taylor Swift oraz przekonaniem, że w dzisiejszym odcinku Love Never Lies Ola w końcu nakryje Pawła na zdradzie, sprawiała, że wyrzucała nogi do przodu pomimo przejmującego zmęczenia i dziwnego bólu w łydce. Poprosi Marii o masaż. Od razu po powrocie. Czy też „niezwłocznie”, jakby powiedział Rafał.

Przystanęła przy drzewie z wykrojonym sercem i zatrzymała trening na zegarku. Wyjęła telefon i zrobiła sobie z nim selfie, uśmiechając się szeroko. „Ktoś mnie kocha, czyż nie?” – brzmi opis posta, który wrzuci na Stravkę. Będzie pamiątka z tego nudnego wieczora.

Jakież było jej rozczarowanie, gdy kamera zaczęła się trząść, a potem na ekranie ukazało się buforowanie i wszystko zgasło. Super. Czyli nie dość, że ledwo zmusiła się do wyjścia, było jej zimno i bolała ją noga, to treningu nie będzie na Stravce. Czyli tak, jakby nie istniał.

Coś zazgrzytało za jej plecami, jakby łańcuch ciągnięty po ziemi. Odwróciła się, ale zastała tylko ścieżkę ginącą w mroku. Przełknęła ślinę i schowała telefon do kieszeni. Ktoś mówił, że ten wieczór będzie pierwszym wieczorem wiosny. Strasznie kłamał.

Ósmy kilometr był najszybszym, jaki zrobiła w karierze, i mogła to ocenić bez patrzenia w Garmina. Nic zresztą dziwnego. Kiedy straciła kontakt z TikTokiem, Stravą i Instagramem, to casualowe wyjście na bieganie o dwunastej przestało być sportem, a stało się ucieczką przez las, w którym każdy krzak chciał ją zgwałcić.

Co jakiś czas rzucała okiem za plecy, chyba tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma przywidzeń. Bo na przykład jej siostra uważała, że Sara jest chora psychicznie. Że o takiej porze wystarczy, że ktoś wyjdzie zza drzewa z patykiem, a ona nie zdąży się nawet zatrzymać. Ale kto miał wyjść? Jason? Przecież w promieniu kilku kilometrów mieszkała tylko ich rodzina.

Nie zmieniało to jednak faktu, że dzisiejszej nocy ten las był pełen powykręcanych twarzy w gałęziach, a Sary nie opuszczało wrażenie, że ktoś za nią biegnie. I potrząsa łańcuchami.

Oparła się na kolanach i dysząc, odczytała na Garminie: dziewięć kilometrów. Dajesz, babo. Jeszcze chwila. Podniosła głowę i wtedy poczuła, jak jej płuca zamieniają się w zaciśnięty worek żwiru. Na ścieżce zobaczyła cień. Miał ogromną głowę z długim pyskiem i wielkie łapy.

Sara cofnęła się dwa kroki i wstrzymała oddech. Spokojnie… To z pewnością rybak, który wraca do domu. Zawsze się tu od nich roiło.

– Jezu… – Złapała się za serce i zaśmiała krótko. – Wystraszył mnie pan.

Ale cień nie odpowiedział. Zamiast tego zaczął powoli kroczyć w jej kierunku. Księżyc na chwilę wychynął zza chmur i blada smuga blasku zatrzymała się na twarzy postaci. Ponad drzewami poniósł się przerażający krzyk, który poderwał z gałęzi parę gawronów i sprawił, że kilometr dalej, w rezydencji na wzgórzu, Krzysztof Anders otworzył oko.

***

„Kolejne zaginięcie młodej dziewczyny”. Marcin rzucił jakąś gazetą, która przeleciała nad głową Mariki i wylądowała na biurku Angelo. Chłopak westchnął, ale poprawił okulary i wrócił do sporządzania notatki z interwencji na osiedlu Kasztan. Jakiś naćpany debil skakał sąsiadom po dachach. Fascynujące, prawda?

– Ktoś zabija ludzi, do cholery. Nie wystarczy nam to? – Odwrócił laptop do swoich towarzyszy. Na ekranie widniało zdjęcie robala z kawałkiem metalu na plecach. „Horror w laboratorium. Naukowcy zamienili karaluchy w cyborgi”.

Zaśmiali się cicho. Do pokoju weszła Anita, co sprawiło, że Angelo przestał pracować nad raportami, a Marika zdjęła nogi ze stołu.

– Ktoś jedzie na trupa? – Pokazała za plecy. – Nie mam zbyt dużo siedzeń w renówce.

– To ona zginęła… czy zaginęła? – Marika zmrużyła oczy. – Według gazety być może żyje.

– Tak… Zgubiła się na grzybach. – Anita odchyliła palcem dolną powiekę. – O pierwszej w nocy.

Marcin nie potrzebował specjalnego zaproszenia. Zamknął laptop i wstał, rozglądając się dookoła – zupełnie jakby miał jakąś pracę do skończenia. Marika wzruszyła ramionami, ale wypluła gumę do kubka po kawie i też podniosła się z fotela.

Angelo postukał długopisem w niedokończony raport.

– To córka Andersa, co nie? – Zmarszczył brwi, patrząc na Anitę. – Tego gościa, który podpalił własną fabrykę jedynie po to, żeby z ubezpieczenia wybudować dwie kolejne?

– Nie wiem, czy podpalił. – Anita omiotła pokój spojrzeniem. – Ale wiem, że jeśli znajdziemy tę małą, to budynek przejdzie renowację, na którą zasługuje od II wojny światowej. Come on – pospieszyła go dłonią. – Nie będziesz chyba rzeźbił tych hieroglifów, Angelito?

Angelo zerknął na stos zdjęć i dokumentów, które musiał przerobić na zgrabną historyjkę o tym, jak trzydziestopięcioletni facet w majtkach tańczył po domach ludzi, zanim wpadł do jednego z nich przez okno połaciowe. Nadto musiał dorobić do tego jakąś filozofię nieco bardziej ambitną niż ta, że benzo nie wolno popijać wódką.

Anita miała rację. Wszystko było lepsze od tego. Egipcjanie mieli przynajmniej takie śmieszne pędzelki z trzciny, a on najtańszego BIC-a z papierniczego.

Minutę później siedzieli już w jej aucie i jechali przez miasto, łamiąc wszystkie reguły prawa drogowego, do czego uprawniała ich niebieska lampa mrugająca na dachu. Angelo miał wrażenie, że kobieta wystawia ją dlatego, że pasuje jej do okularów na rower i kierowanie jedną ręką wygląda wtedy bardziej cool. No bo… bądźmy szczerzy. W Rykoszycach nie było znowu tak dużo samochodów.

– Jakim cudem to jest nasz rejon? – westchnęła Marika, gdy minęli tablicę z przekreślonym wyrazem „Rykoszyce”. – Ominęły mnie jakieś zmiany administracyjne?

– Ominęło cię przede wszystkim wykształcenie – odparła Anita.

– Wiem. – Marika uruchomiła radio. – Ale przynajmniej mam zajebisty gust muzyczny.

Pozostałą część drogi spędzili, słuchając, jak to zdarzenie podobne jest do innych, które w ostatnim czasie nawiedziły ten teren. Młoda dziewczyna wychodzi z mieszkania. W nocy. I nigdy nie wraca. Marcin rzucił jakiś mizoginistyczny komentarz typu: „I było się szlajać?”. Marika posłała mu wzrok pełen politowania. Wszystko było w normie.

– „Zbudził mnie w nocy taki krzyk… wie pani… Ja mam twardy sen… ale… To była moja córka”.

– Daj głośniej! – Marika przestała zasypiać na szybie. – To Anders? Ale czad! Ten gość nigdy nie udzielił wywiadu, a finansował budowę kościoła, jest bogatszy od burmistrza i posiada lokalny klub koszykarski. Posłuchajmy. Może przypadkiem coś powie o nas…

– „Nigdy nie słyszałem takiego krzyku, ja… – głos mu gdzieś ginął – …nie sądziłem, że człowiekmoże wydobyć z siebie takie dźwięki. Przynajmniej policja już do nas jedzie… Tyle dobrego”.

W aucie wybuchły wiwaty. Tylko Angelo nie klaskał. Jemu z jakiegoś względu nie było do śmiechu. Patrzył martwo przez szybę na rozciągnięte w dolinie lasy i zachodził w głowę, co może wydobyć z człowieka krzyk, którego nie słyszał gość, który sfinansował budowę kościoła i jest bogatszy od burmistrza. I czy to mieszka gdzieś między tymi drzewami.

***

Na miejscu trwał jakiś jarmark. A przynajmniej tak to wyglądało.

Kilka osób w sportowych strojach kontrastowało śmiesznie z grupką odzianą w koszule z Ralpha Laurena. Ci ostatni – jak sądził Angelo – byli rodziną Andersa, co dało się ocenić po nerwowych ruchach i apatii. Kilkoro gapiów na widok policyjnego Renault od razu pobiegło dalej, kontynuując trening. Pozostali wycofali się na trawę, drapiąc za głowami.

– Co państwo robią?! – krzyczała Anita przez okno. – Proszę się rozejść! Zacieracie ślady! – Wskazała na ścieżkę, na której nie dało się już wyróżnić pojedynczego odcisku.

Gdy zaparkowała na poboczu, oszczędzając powitania, dopadła do małej dziewczyny w okularach, która przykładała dyktafon gościowi w siwych włosach i szlafroku. To ją pewno słyszeli w radiu. Marcin i Marika zaczęli rozganiać publiczność, a Angelo kucnął i wziął do ręki grudkę ziemi.

– Starszy aspirant Anita Biernacka. Moi ludzie. – Skierowała palec za plecy. – Proszę nie nagrywać. Nie jesteśmy w Big Brotherze.

Okularniczka przez chwilę patrzyła na nią bykiem, ale kliknęła coś w dyktafonie i odjęła go od twarzy mężczyzny. Ten zaś wyprostował się i wyciągnął dłoń do Anity.

– Krzysztof Anders – powiedział zaskakująco cicho. – Miło mi. Ja po państwa dzwoniłem.

Osobliwe okoliczności na wymianę życzliwości – pomyślała Anita.

– Z czym mamy do czynienia? – Spojrzała na reporterkę, która za plecami schowała telefon, ale rejestrowała scenę oczami. – Mogę panią prosić o przesunięcie się na pas zieleni? Będę bardzo wdzięczna.

– Nazywam się magister Krystyna…

– Proszę się zastanowić, nim dokończy pani to zdanie. – Podniosła rękę. – Zaczynam teraz śledztwo i będę wzywać na komendę wszystkich, którzy stali na tej ścieżce. Istnieje spora szansa, że będzie pani pierwsza w kolejce, jeśli poda mi nazwisko.

Dziewczyna przełknęła ślinę i kiwnęła głową, odchodząc w kierunku Andersów. Krzysztof uśmiechnął się krótko. Anita nie.

– Moja córa zaginęła… – Westchnął przeciągle. – Wyszła biegać i nie wróciła.

– Skąd pewność, że zaginęła? – Anita uniosła brew. – Może jest na basenie lub u chłopaka, którego poznała w klubie i nie przedstawiła rodzinie, bo w sumie nie ma się czym chwalić.

Anders wskazał tylko pod nogi. Leżał tam specjalny zegarek treningowy. Czarny Garmin.

– Przelicza jej kroki, a ona nie ma w zwyczaju chodzić, jeśli nie da się wrzucić tego do sieci. – Uśmiechnął się krótko. – Może pani być spokojna, bo nosi go także na basenie. I jest lesbijką.

OK. Anita podniosła przedmiot. To był jakiś argument, tym bardziej że sama biegała. Bez Garmina żaden trening nie miał sensu i generalnie nie należało się od niego oddalać. Ale wyjaśnij to facetowi, który ostatni sport widział na olimpiadzie w osiemdziesiątym.

– Pana córka ma jakieś cechy charakterystyczne?

– Złote oko. – Popukał się w czoło. – Lubiła Star Wars. Kupiła sobie taką soczewkę, chyba po to, żeby wyglądać jak C3-PO.

Policjantka zwróciła uwagę, że Krzysztof nie zachowuje się, jakby właśnie stracił dziecko. Pragmatyzm faceta czy raczej znieczulica kretyna, któremu zera na koncie rosły wprost proporcjonalnie do tłumionych emocji? Nie umiała znaleźć współczucia dla takich ludzi.

– Miała telefon? Był z nią ktoś? Gdzie ją widziano ostatni raz? – Nie przestawała patrzeć w zegarek. – Widzę, że zrobiła dziewięć i pół kilometra. Fajny wynik. Ile biegała zazwyczaj?

– Była sama, proszę pani… – mruknął, jakby zaczynał się nudzić. – Telefon miała, ale co z tego, skoro używała go tylko do słuchania Bambi i oglądania Netflixa? Gdzie ją widziano? Pewnie na TikToku. Ile biegała? Dychę. Jezioro ma z dziewięć, a mieszkamy kilometr stąd. – Pokręcił głową. – Żona mówiła, że to porąbany pomysł, by wychodzić o takiej godzinie.

Anita patrzyła na niego przez chwilę z niedowierzaniem. O chłopie… Do radia mówiłeś w zgoła innym tonie. Ale czemu się w sumie dziwić. Przecież gość siedzący w Radzie Gminy musi kochać córkę. Kto na niego w przeciwnym razie zagłosuje?

– Gdzie mieszkacie? – Anita wyciągnęła telefon. – Mam na myśli adres.

Anders przełknął ślinę, ale podał ulicę. Anita wpisała ją w GPS i porównała z Garminem.

– Tu ją dopadł… – szepnęła. – Pana córka uciekała jeszcze pięćset metrów – spojrzała mu w oczy i pokazała na ziemię – i tu przestała.

Anders obruszył się, jakby obraziła go tym faktem.

– Proszę podjąć wszelkie działania celem znalezienia Sary. Pieniądz nie gra roli. – Poruszył wąsem. – Sfinansuję wszystko. Chcę tylko sensowny kosztorys. Tymczasem zapraszam was na lunch. Omówimy szczegóły i pokażemy rzeczy córki.

Skinął Anicie i poszedł do rodziny. Policjantka przez chwilę obserwowała ich dyskretnie. Dwóch młodych blondynów w identycznych bordowych dresach, z nosami na kwintę. Niższy przebierał z nogi na nogę, jakby czekał, by wrócić do gry komputerowej, a starszy patrzył w ziemię nieprzytomnie. Obok nich, w trawie, siedziała dziewczyna, która wyrywała liście koniczynie. Chuda kobieta również w bordowym dresie i o pożółkłej cerze płakała kompulsywnie. Anders stanął obok i poklepał ją po plecach, niezręcznie.

Pieprzona rodzinka Adamsów – pomyślała Anita. Pieniądz wylewał się z nich wszystkimi porami. „Sensowny kosztorys”. To było ważniejsze niż organizowanie faktycznej pomocy.

– Ciekawy moment na budowanie zamku – mruknęła, podchodząc do Angelo, który unosił właśnie kawałek ziemi do twarzy.

– Sucha – skomentował i zmrużył oczy. – Nie padało nocą. Trzeba puścić psy, bo jeśli wierzyć prognozom, to niebawem jedyne, co będą w stanie wyniuchać, to prawdziwki lub dżdżownice. – Puścił piach przez palce i pokazał coś w ziemi. – Spójrz, fajny ślad, nie? Martensy Ricka Owensa. Limitowana edycja. Z pentagramami w sznurowadłach.

– No i…?

– Nic. – Wzruszył ramionami. – Nie przypuszczałem, że w Rykoszycach mamy fanów The Sisters of Mercy i ludzi, których stać na buty za kilka tysięcy. – Przejechał wzrokiem po gapiach i wrócił spojrzeniem na Anitę. – A nikt ze zgromadzonych nie ma ich teraz na nogach – dodał.

Anita wciągnęła wargę z uznaniem, ale nie spuszczała rodziny Andersów z oczu.

– Zapraszają nas na lunch. Dasz wiarę? – Pokręciła głową. – Nie wiem, czy jestem głodna.

– A ja nie mam stosownego obuwia. – Wstał i otrzepał dłonie z piachu. – Ale kawę wypiję.

***

Dom znajdował się na wzgórzu, kilometr za jeziorem. By do niego dotrzeć, musieli włączyć GPS, choć nawet on zdawał się gubić w Rykoszycach.

Anita grała palcami na kierownicy. Częstotliwość jej westchnień sugerowała, że wolałaby być na siłowni lub na basenie. Miała ciężko chorą mamę. Większość czasu spędzała przy szpitalnym łożu i widać to było w jej impulsywnych decyzjach, krótkiej cierpliwości i podkrążonych oczach. Ale walczyła. Taki już miała charakter.

Marika klikała coś w telefonie, popalając e-papierosa. Prawdopodobnie szukała imprezy, na której w najbliższy weekend straci trochę mózgu. Miała kota, papugę i psa, ale częściej chodziła do psychologa niż na spacery. Hydroksyzyna nie przeszkadzała jej jednak w piciu piwa i choć nie można było odmówić jej problemów z matką i ojczymem, którzy mieli ją w dupie, bo mieli prawdziwego syna, to Marcin uważał, że bardziej pomógłby jej sport i mniej Netflixa.

Ten ostatni zaś był tym typem, który jest najgłośniejszy na imprezie, nawet z papierosem w gębie i trzeźwy. Ma dużo mięśni, modne ciuchy i dobrze się z nim tańczy lub śmieje, ale trudno nazwać go przyjacielem. Potrafi być arogancki i nieszczery oraz stroni od rzeczy, które nie pomogą mu poznać kolejnej kobiety. Obiektywnie był najgorszą osobą w tym aucie. Przynajmniej pod względem etycznym. I paradoksalnie – a może właśnie z tego powodu – najzdrowszą psychicznie.

Angelo pomyślał, że lubi tych ludzi. Przez rok pracy w komisariacie zdążył już wykształcić poczucie, że nie chce, by stała im się krzywda. A to dużo jak na gościa, który nie płakał na pogrzebie ojca i nie miał nigdy dziewczyny.

Ciekawe, co oni o nim myśleli? Introwertyk? W sumie całkiem spoko, choć mógłby więcej pić i śmiać się z memów o Mentzenie.

Jakby nie patrzeć, wszyscy znali się dłużej. Angelo był jakąś nowością w ich wszechświecie i ciężko stwierdzić, czy stanowił wynalezienie auta, czy wojnę w Ukrainie. Bez wątpienia najbliżej mu było do Anity. Ona zdawała się widzieć tę cienką nić, która łączyła ich gdzieś pomiędzy cynizmem i sceptycznym stosunkiem do rzeczywistości. Ale rozmawiać wolał z Mariką, która miała w sobie więcej czułości i wrażliwości – a przez to i zaangażowania w problemy. Posiadała najdojrzalsze emocje z nich wszystkich. Najlepiej umiała je nazywać i mimo całego swojego chaosu była wspaniałym psychologiem. Pomiędzy wygłaszaniem tez, że nie wolno mówić „murzyn” i „świat się kończy, bo ludzie nie segregują śmieci”, potrafiła powiedzieć coś, co zostawało w głowie na długie tygodnie. Kiedyś na przykład stwierdziła, że gdyby mieli różne kolory, Angelo byłby niebieski, Anita zielona, Marika żółta, a Marcin czerwony. I było w tym zaskakująco wiele prawdy.

– Ja pierdzielę. – Marika wyciągnęła słuchawki. – Nie wiedziałam, że mamy tu Disneyland.

To fakt. Rezydencja robiła wrażenie. Nad koronami iglastych drzew rysowały się sylwetki dwóch strzelistych wież, a potem potężny, ceglany gmach pokryty mchem. Dwa sportowe Audi kontrastowały z drewnianym mostem niezbędnym do pokonania, by nie skończyć w rowie, który kilkaset lat temu mógł być fosą. Kolorowe witraże zdobiły większość okien i choć dom wystawiono na słońce i nie krążyły nad nim wrony, emanował raczej chłodem.

Anders stał przed bramą i zapraszał ich dłonią.

– Nie chce mi się udawać, że go szanuję. – Anita odpięła pasy. – Może ktoś inny będzie z nim gadać?

Chwilę później siedzieli już w holu, przy długim stole z pozłacanymi brzegami. Angelo pił kawę, Marika zajadała się czekoladą pistacjową, Marcin podziwiał kolekcję broni palnych na ścianie, a Anita zakładała ramiona na piersi. Diamentowy żyrandol wisiał nad nimi jak lodowe macki tego pałacu. Anders zebrał przy stole całą rodzinę i ustawił domek z palców.

– Jak wiecie, Sara zaginęła – mruknął. – Ci ludzie są tu po to, by nam pomóc. Zbierzmy wszystko, co może być istotne dla sprawy. Wiemy, że Sara wyszła biegać, ale to normalne. Trenowała prawie codziennie. Wiemy, czy chciała się z kimś spotkać? Kto ją widział jako ostatni?

– Danielu, odłóż telefon. – Żona Andersa zerknęła na młodszego syna. – Jesteśmy przy stole.

Chłopak popatrzył na nią znad okularów, ale nie zastosował się do polecenia. Miał modne loczki, smukłą twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i koszulkę z napisem „1 – Max Verstappen”. Spostrzegł, że jest obserwowany przez wszystkich. Westchnął i rzucił telefon na środek blatu.

– Mówiłem wam, że jest dziś drop. – Uderzył pięścią w stół. – Gdzie wy macie głowy? Mamie założyłem nawet konto, bo chciałem kupić sobie słuchawki. Gówno dostanę… – Przetarł twarz dłonią. – Prostych rzeczy nie potraficie. Chcecie, by wasz syn pracował w jakiejś korporacji farmaceutycznej? Jak tak dalej pójdzie, do tego doprowadzicie. Będę zarabiał pięć tysięcy.

Angelo zachłysnął się kawą. Albo tylko przypomniał sobie o swojej pensji.

– A co z hajsem za te maszyny? – Starszy syn uśmiechnął się półgębkiem, biorąc łyk wody.

– Musiałem uregulować długi. – Machnął ręką. – A matka będzie zeznawać w sądzie przez swoją głupotę. – Wskazał na nią palcem. – Pozwoliła mi założyć konto na Fortunie, na swoim mailu – zaśmiał się. – Gdy byłem jeszcze nieletni. Zrobiłem tam chyba z dwadzieścia tysięcy. – Spojrzał na policjantów i mrugnął do nich.

Marcin nie powstrzymał się od uśmiechu.

– Młody bawi się w różne biznesy. – Anders machnął ręką. – Ostatnio opchnął na OLX moje stare inkubatory dla kurczaków. Wziął za nie chyba z piętnaście kawałków – dodał z zadowoleniem. – Nie będę zdziwiony, gdy pewnego dnia sprzeda swojego brata. Prawda, Rafał?

– Weź i ten żyrandol opierdol. – Rafał zerknął w górę. – Któregoś dnia się zerwie i nas zabije.

– Dość! – Żona Andersa uderzyła dłonią w blat – Sara zaginęła, do jasnej cholery… Co wy robicie?!

Na sekundę wszyscy zamilkli. Daniel wrócił do telefonu, Rafał spuścił wzrok, zaś Anders odchrząknął. Angelo zwrócił uwagę, że matka jest tu kimś, kogo się boją. A przynajmniej ma ostatnie słowo. Jej zielone oczy wyglądały groźnie wśród strąków posiwiałych włosów.

– No… to chyba ja coś powiem – odezwała się dziewczyna, która dotychczas milczała. – Widziałam Sarę jako ostatnia. Przyszła do mojego pokoju, bo szukała AirPodsów.

– Kurwa mać… – Anders pokręcił głową. – Kupowałem je w tym roku…

Chciał coś dodać, ale zaczął się krztusić i kaszleć głośno. Po chwili wyjął chustkę i zakrył usta. Angelo miał wrażenie, że widział na niej czerwone plamki, gdy gospodarz chował ją do kieszeni. Uznał to jednak za przywidzenie.

– Często gubiła… – Aga potarła ramię, jakby zawstydzona, że wydała siostrę. – Nie mówiła nic szczególnego. Była poirytowana, że nie może wyjść na bieganie bez tych słuchawek.

– Nowość… – mruknął Rafał i chciał coś dodać, ale matka go szturchnęła.

Wzrok Agi spotkał się ze spojrzeniem Angelo, a policjant byłby w stanie przysiąc, że pod stołem coś go dotknęło. Jakby stopa w skarpetce. Poczuł krótki skurcz gdzieś w brzuchu.

– Nie wiem, co można do tego dodać. – Anders wzruszył ramionami i odkroił sobie potężny kawałek sernika. – Możemy wymienić przyjaciół Sary. Wskazać knajpy, do których chodziła, i dyskoteki, w których tańczyła. Ale moim zdaniem to nie ma sensu. – Wepchnął do ust taką porcję, że połowa udekorowała stół w formie okruchów. – Sara żyła wygodnie oraz nudno. Dni spędzała w telefonie lub łóżku. Nawet jeśli ktoś ją napadł, to jest to wypadkową faktu, że biegała po nocach – otrzepał ręce – z głową w chmurach.

Anita nie musiała nic mówić. Angelo obawiał się, że zaraz rzuci w Andersa kubkiem kawy.

– Interesujące równanie – szepnęła pod nosem. – Ciekawe, czy znajdzie się na nagrobku.

Nad stołem zawisła cisza przerywana stukotem filiżanek. Rafał dłubał widelcem w blacie. Żyrandol się kręcił, rzucając na twarze kolorowe refleksy. Nawet Daniel przerwał handel na Forexie i patrzył na zgromadzonych wyczekująco.

Anders wzruszył ramionami i sięgnął po kolejny kawałek ciasta.

– Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to zaproponowanie państwu pobytu u nas. – Zatrzymał dłoń w pół drogi do półmiska, gdy spostrzegł, że jego żona praktycznie nie oddycha. – To znaczy, nie wszystkim naraz, rzecz jasna – zaśmiał się. – Nie widzę przeciwwskazań, by ktoś został tu na dwa dni i przejrzał przedmioty Sary. To może okazać się pomocne dla śledztwa.

Anita i Angelo wymienili spojrzenia. Cokolwiek ten facet kombinował, na pewno nie miał na myśli bycia pomocnym. A już na pewno nie dla śledztwa.

– Możemy prosić o chwilę? – Anita wstała i odsunęła krzesło. – Zaraz do państwa wrócimy.

Policjanci udali się do małego saloniku wypełnionego książkami. Stanęli wokół okrągłego stołu, jakby mieli co najmniej rozłożyć mapę i wytyczyć szlak inwazji na Rosję.

Tymczasem, gdy tylko drzwi się zamknęły za nimi, pani Anders spojrzała na męża ogromnymi oczami.

– Mam nadzieję, że to jakiś żart – mruknęła. – Nie będę im prała skarpet i robiła śniadań.

– Daj spokój. – Gospodarz machnął ręką. – Nie robisz tego nawet dla nas.

– Mają się trzymać z dala od mego pokoju. – Daniel założył ręce na piersi. – Mam zbyt dużo rzeczy, które powinny znajdować się w rejestrze zabytków.

– Chyba na skupie złomu – mruknął Rafał. – Ja jestem za. Chłopaki nie uwierzą, że mam w chacie psa. Jak dobrze pójdzie, to zrobię mu zdjęcie, jak sra. Będę mieć kartę przetargową na wypadek dnia, gdy w końcu złapią Agnieszkę z zielskiem. – Pokazał aparat rękoma.

Agnieszka przewróciła oczyma. Anders położył dłoń na ręce żony.

– Zaufaj mi. Wiesz, jak to wygląda po podpaleniach. Komendant to gruba ryba i muszę go mieć po swojej stronie. Tym bardziej teraz, gdy zbliżają się wybory. Poza tym, co powiesz, gdy zapytają, jak pomogłaś policji? Upiekłaś im ciasto i pokazałaś salon?

Żona patrzyła chwilę w sufit, ale westchnęła i zabrała rękę spod dłoni Andersa.

***

– Chcę szybko zakończyć tę sprawę. – Anita oparła się pięściami o blat. – Nie wytrzymam kolejnej wymiany zdań między tymi braćmi. Proponuję podzielić zadania. Jak pozwolicie, to pokieruję akcją z bazy. Załatwię papierki. Pogadam z „szeryfem”. Sprawdzę pozostałe zaginione dziewczyny… – westchnęła. – Może serio mamy do czynienia z jakimś Zodiakiem.

– Ja mogę ogarnąć teren. – Marcin założył ręce na biodra. – Wezmę pieski. Skrzyknę ludzi. Zorganizuję podchody. Pospacerujemy po tym lesie i poszukamy rozrzuconych kończyn.

– Jeśli nie macie nic przeciw, to posiedzę w chacie i pooglądam anime. Na Netflixa wrzucili wszystkie filmy studia Ghibli. Słyszeliście, że AI zamienia teraz ludzi w postaci rysowane przez Miyazakiego? Straszne, zważywszy, że uważał to za zamach na kreatywność. – Marika się uśmiechnęła. – A tak serio, rozejrzę się w mieście. Z przyjemnością odwiedzę te knajpy, o których wspominał dziadek Mróz. Może nawet się czegoś napiję.

Zawiesili spojrzenia na Angelo. Przez chwilę w bibliotece unosił się tylko kurz.

– Ja mogę zostać. – Przejechał wzrokiem po książkach. – Spróbuję poznać tę dziewczynę.

– Żartujesz… – Anita zmarszczyła brwi. – Jeśli myślisz, że ta mała poleci z tobą między tymi regałami, i to jedynie dlatego, że musnęła cię skarpetką, to srogo się mylisz. Każdy członek tej rodzinki wbije ci nóż w szyję, jeśli z tej przyczyny coś drgnie na giełdzie. – Pokręciła głową. – Chyba nie uważasz, że Anders zrobił to w innym celu niż perspektywa pokazania się w dzienniku, w towarzystwie komendanta. „Znany biznesman pomaga policji”. – Narysowała nagłówek palcami. – „Rykoszyce pod opieką przedsiębiorcy”.

– „Jaki Nowy Jork, taki Bruce Wayne” – wycedziła Marika.

– No i? – Policjant wzruszył ramionami. – Jasne, że to zagrywka. Próba przypodobania się burmistrzowi. Ale mam to w tyłku i sądzę, że na serio mogę się tu przydać. Będziecie mieli wtyczkę w środku żmijowiska.

– On ma rację. – Marika pokiwała głową. – Obecność Angelo w tym zamku będzie przydatna choćby dla mnie. Będzie mi przekazywał informacje o kolejnych miejscach i osobach, które powinnam sprawdzić.

Anita patrzyła chwilę w sufit, ale zdjęła pięści ze stołu. Angelo uśmiechnął się i mrugnął do Mariki. Może dlatego, że przed oczami miał egipskie zwoje papirusu na swoim biurku i połamanego BIC-a, z którego uciekał atrament. A może dlatego, że na serio wyobraził sobie seks między tymi książkami.

***

Gdy policjanci wrócili do holu, żyrandol obracał się tak samo zgrabnie, aczkolwiek Andersowie siedzieli z rękoma przyspawanymi do stołu, jakby przeżyli bombardowanie Drezna.

– Aspirant Angelo Rossi zostanie u państwa… – Anita założyła ręce na piersi i kiwnęła na policjanta. Angelo miał wadę wzroku, ale zauważył, że Agnieszce drgnął kącik ust. Na pewno. – Jeśli ta uprzejmość jest aktualna, to będziemy potrzebować koszulki Sary. Niedawno noszonej, ale bez śladu perfum. Psy nie lubią Paco Rabanne.

– Z tym będzie problem, bo Sara wlewa codziennie flakon do szafy – mruknął Rafał.

– Wyjmij jakiś T-shirt z prania. – Anders machnął na Agę. – Taki, w którym biegała.

Aga wstała jak na komendę i zniknęła w korytarzu. Angelo odprowadził ją wzrokiem.

– Żona wskaże panu pokój. – Anders uśmiechnął się krótko i spojrzał na gospodynię, która zmobilizowała wszystkie mięśnie, by unieść kąciki ust. – Dziękuję wam za zaufanie.

– Jeśli to możliwe, chciałbym spać u Sary. – Angelo podrapał się za głową.

W tym momencie spojrzeli na niego nawet policjanci, a Danielowi wypadł telefon z dłoni.

– W ten sposób najwięcej się o niej dowiem – dodał szybko. – Chyba o to w tym chodzi.

– Dobry pomysł. Ja nie mam żadnych przeciwwskazań. – Anders klasnął w dłonie. – A wy?

Nikt mu nie odpowiedział, ale wyręczyła ich Aga, która pojawiła się w holu z rozpostartą koszulką ze zdjęciem kota oraz różowym nadrukiem: „Ćwiczę, żeby móc jeść więcej ciastek”.

– Innej nie było…! – krzyknęła zza materiału.

***

Marcin uruchomił silnik samochodu. Marika oparła się o maskę i zapaliła papierosa. Anita zatrzymała się na moście i odwróciła po raz ostatni. Angelo wyglądał jak marcepanowy żołnierzyk na tle fabryki czekolady. Anders stał przy drzwiach z założonymi ramionami.

– Jesteś pewny, głupolu? – Zmarszczyła brwi, gubiąc uprzednią stanowczość.

– Jak tego, że jutro wstanie słońce – uśmiechnął się. – Nie bój żaby. W tej chacie nie straszy. Widziałaś tego młodego w koszulce Ferrari? On nie wytrzymałby jednej nocy z duchami.

– Jak sobie chcesz. – Wzruszyła ramionami. – Ja za to bym dnia z nim nie wytrzymała.

– Będę oglądał formułę i nauczę się handlu na Forexie. Może zarobię na nowy komputer.

Anita podała mu dłoń i przez chwilę patrzyła mu głęboko w oczy, co najmniej jakby mieli się już nigdy nie zobaczyć. Boże. Przecież zostawał w domu pełnym egoistów. Będzie dobrze, jak ktoś tam odnotuje jego obecność.

Marika pomachała mu papierosem i puściła buziaka na dłoni. Marcin zasalutował i ruszyli z piskiem opon. Anita patrzyła na Angelo przez szybę, zanim samochód zniknął w lesie.

– Piętnaście lat nie miałem gościa. – Anders położył mu dłoń na barku. – Wypijemy whisky?

– Z wielką przyjemnością. – Angelo ściągnął jego rękę. – Ale najpierw znajdźmy pana córkę.

***

Pokój Sary przypominał komnaty, w których mieszkały córki monarchów brytyjskich. W przeciwieństwie do reszty domu, nie było tu książek czy mahoniowych mebli. Było za to łoże wielkości statku i ogromne okno z balkonem i widokiem na dolinę oraz jezioro.

Angelo wyobraził sobie, że zachodzi słońce, a on siedzi tam z fajką i słucha The Smiths. No co? Pośpiech nie był wskazany w śledztwie, jak sądził „szeryf”.

– Proszę nie dotykać ubrań i nie kłaść się na podłodze. – Żona Andersa stała w drzwiach i oglądała pokój, jakby pytając, czy akceptuje Angelo. – Sara nie lubi, jak dywan się marszczy.

Angelo odwrócił się i uśmiechnął. Śmiał twierdzić, że Sara ma teraz większe zmartwienia niż pomarszczony dywan. Pragnął odpowiedzieć, że chętnie by tu nic nie dotykał, a już na pewno nie będzie nic marszczyć. Zrobiło mu się jednak żal tej kobiety z rozbieganymi oczami, której skóra i włosy z nerwów zmieniły kolor na popielaty.

– Proszę się nie martwić. – Mrugnął do niej. – Pani córka się znajdzie.

Gospodyni patrzyła na niego z rozchylonymi ustami, jakby pierwszy raz ktoś przemówił do niej życzliwie. W jej oczach stały łzy lub jakieś duchy, które dało się dostrzec tylko po kilku latach spania w tym domu. Angelo miał wrażenie, że chciała mu coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili schowała spojrzenie w panelach.

– Gdy zechce pan herbaty albo piwa, wystarczy poprosić Marii. – Złapała się framugi. – To nasza pomoc domowa. Przyniesie panu świeżą pierzynę. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia… – westchnął, bo drzwi zdążyły się już zamknąć. Co miał w sobie takiego strasznego? Może wyglądał nieco jak szkielet i miał niespotykanie bladą skórę, ale de facto nie umiał nawet otworzyć słoika ogórków, a co dopiero podnieść siekiery.

Stanął na środku pokoju. Rozejrzał się. Duża drewniana szafa. Kilka kolorowych koszulek. Wieża stereo. Parę płyt. Blue Café. Akon. Sabrina Carpenter. Specyficzny miks. Na podłodze porzucony plastikowy mikrofon. Pluszowy miś z czapką Supreme.

Wzrok Angelo przykuło białe pudełeczko wystające spod łóżka. Podniósł je i uskoczył, bo spod mebla wyczołgał się zielonooki kot, który ocenił go sceptycznie i czmychnął na stół z lustrem do makijażu.

– Cześć… – Angelo pogłaskał go po grzbiecie. Kot przeciągnął się z rozkoszą i zeskoczył na podłogę, po czym prześliznął się przez uchylone okno na balkon.

Angelo zauważył, że na blacie naklejone są zdjęcia. Czas je wytarł, a kosmetyki ugarnirowały kolorowymi kropkami, ale postaci dało się rozpoznać. Na większości była, jak sądził, ona. Uśmiechnięta, z długimi blond włosami, które raz falowały, a kiedy indziej pozostawały w kitce lub warkoczach. Na jednym przykładała do policzka pewien medal i robiła dziubek. Półmaraton Malaga – 21 kilometrów. Na drugim brała do ust kawałek sernika i wybałuszała oczy. Koleżanki biły jej brawo. W ciasto wbita była świeczka w kształcie liczby dwadzieścia. Na trzecim przytulała się do chłopaka, który głaskał ją z tyłu głowy i uśmiechał się szeroko.

Angelo przetarł to ostatnie palcem i sfotografował.

Miła dziewczyna – pomyślał. Typ, który nie pije, ale tańczy do Unwritten i boi się horrorów, ale nie ma nic przeciw nocnym wycieczkom po górach. Angelo nie dogadałby się z nią w żadnej kwestii, było mu jednak przykro, że leży gdzieś w lesie lub piwnicy mordercy.

Rozległo się pukanie i ktoś otworzył drzwi. Angelo schował telefon i uniósł głowę.

– Wybacz. – Aga wśliznęła się do pokoju i skrzyżowała nogi. – Nie chciałam przeszkadzać.

– Nie szkodzi – uśmiechnął się i wskazał balkon. – Nie wiedziałem, że mam współlokatora.

– Ach… Francis… – Dziewczyna pokryła się rumieńcem. – Zawsze wszystkich straszy, bo lubi spacerować po domu. Jeśli usłyszy pan niepokojące głosy lub obudzi się o trzeciej w nocy, to spokojnie. To nie duchy – uśmiechnęła się. – Francis! Nie strasz ludzi! Kto cię wychował?

Kot wskoczył na balustradę i przekręcił głowę, patrząc na nich ciekawie.

– Nie spadnie? – Angelo uniósł brew.

– Niech spada. – Wzruszyła ramionami. – Daniel będzie miał więcej mebli do sprzedawania.

Policjant uśmiechnął się krótko. Zaczynał lubić tę bystrą dziewczynę.

– Twoja siostra nie lubi porządku, co? – Kiwnął głową w stronę rozrzuconych ubrań. – Patrz, co znalazłem. – Wyciągnął z kieszeni białe pudełko od AirPodsów i rzucił Agnieszce.

– No way! Gdzie były!? – Dziewczyna aż podskoczyła z radości. – Szukałam ich z pół roku!

– Wystarczyła minuta patrzenia zamiast oglądania TikToka. – Mrugnął do niej. – Aga, mogę cię o coś zapytać? – Podszedł do niej i pokazał telefon. – Kto to jest?

Agnieszka westchnęła i wykrzywiła kącik ust.

– Michał. Jej chłopak. – Podrapała się za głową. – To znaczy były. Zerwali jakiś czas temu.

– Nie przepadałaś za nim, co? – Angelo się uśmiechnął.

– Aż tak widać? – Odwzajemniła uśmiech, ale jakby z pewnym smutkiem. – Nieszczególnie.

– Był dla niej zły?

– Przeciwnie, był dla niej zbyt dobry, jeśli można tak powiedzieć. Chciał mieć zasadniczy wpływ na każdą decyzję w jej życiu. A to chyba niedobrze, prawda? – Zerknęła na policjanta. – Nie pozwalał jej chodzić z koleżankami. Nie chciał słuchać, gdy mówiła o wyjeździe do Paryża. Byłam zdziwiona, że nie miał problemu, gdy samodzielnie korzystała z kibla. – Pokręciła głową. – Na moje ta zaborczość była powodem, dla którego się rozstali. Bo siostra tego nie przyzna – uśmiechnęła się krótko. – Sara ogólnie niewiele jest w stanie przyznać. A zwłaszcza gdy chodzi o słabości albo złe wybory. U niej zawsze wszystko jest spoko, choćby świat płonął, a ludzie byli nękani przez demony.

Angelo zwrócił uwagę, że Agnieszka mówi o tym z pewnym wyrzutem. Lub z zazdrością.

– To twoja starsza siostra. – Wzruszył ramionami. – Może czuje odpowiedzialność za twoje samopoczucie, co skłania ją do udawania, że wszystko jest kolorowe i klarowne. To częste zjawisko. Starsze siostry chcą udowodnić młodszym, że świat jest dobry. – Porozumiewawczo puścił do niej oko.

– Nie sądzę – zaśmiała się. – W tym domu raczej każdy myśli o sobie. Proszę mi uwierzyć.

Znów rozległo się pukanie i przez uchylone drzwi zajrzała głowa w czarnym czepku.

– Przyniosłam pierzynę – powiedziała, machając kołdrą w ręku.

Angelo poczuł się nagle w pewien sposób zagrożony odległością, jaka dzieliła go od piersi Agnieszki. Postawił dyskretny krok do tyłu, ale chyba nieskutecznie, bo postać w czepku też się zakłopotała. Odwiesiła kołdrę na pobliskim krześle, po czym zniknęła.

– No… może nie każdy – odparła Agnieszka z szerokim uśmiechem. – Marii jest w porządku.

– Co to za dziwne imię? – Angelo uniósł brew.

– Normalne. Zdrobnienie od Marysi. – Wzruszyła ramionami. – Pańskie jest dziwne.

– No tak. – Angelo pokiwał głową. – Mama mnie tak nazwała, mając chyba nadzieję, że Bóg się ucieszy. Rodzice byli wierzący, ale nie udało im się tego zaszczepić. Może na tej samej zasadzie, na której Sara i Michał się nie kochali. – Zerknął na bok. – Bo za bardzo próbowali. – Znów skierował wzrok na Agę. – A co twoja siostra o tym sądzi? Jak usprawiedliwia rozstanie?

– To jest właśnie bardzo ciekawe… – westchnęła. – Bo usprawiedliwia rozstanie… orientacją seksualną.

– Słucham…? – wymknęło mu się. – To znaczy… jak to? Stwierdziła, że woli dziewczyny?

– Mało tego. Wyznała to przed rodzicami. Przy kolacji. Miesiąc temu. – Przyłożyła pistolet z palców do głowy. – W pewien sposób ją podziwiam. Wymagało to niewątpliwej odwagi. Myślałam, że ojciec zdejmie jeden z mieczy ze ściany i odrąbie jej głowę. W naszym domu nie są mile widziane odstępstwa od tradycji. Ojciec ma robić kasę, matka herbatę, chłopcy uczyć się historii i matmy, a dziewczyny… nie wiem. Mogą malować paznokcie lub grać na fortepianie. Co to ma za znaczenie? – Aga znowu wykrzywiła kącik ust. Angelo zdał sobie sprawę, że jest to pewien tik, który obnaża jej niechęć do zjawisk, na które nie ma wpływu. – Sara pragnęła pokazać tacie, że się na to nie godzi. Stąd te kolorowe ciuchy. Sport. Plan wyjazdu do Paryża i łażenie po nocach. Próbowała udowodnić, że nic jej nie ogranicza, ale, paradoksalnie, była skrępowana właśnie tym dążeniem.

Angelo kiwał głową. Urzekała go dojrzałość drzemiąca w tej skromnej dziewczynie.

– A ty? – Zmarszczył brwi. – Jaki masz do tego stosunek?

– Nie przepadam za walką. – Mrugnęła do niego. – Chyba zrozumiałam, że tak jest łatwiej. Albo ojciec mnie do tego przyzwyczaił. Proszę mi wierzyć. On lubi robić krzywdę ludziom, którzy sprzeciwiają się jego radom. Jest w tym specjalistą. – Przez chwilę patrzyła za okno. – Źle to zabrzmi, ale mój tata nienawidzi Sary. Obawia się, że ona podważy ten jego chory system wartości tak mocno, że któregoś dnia otworzy oczy chłopakom, matce i wszystkim innym, których udało mu się omamić. Bo ma do tego predyspozycje. Proszę mi wierzyć, ona jest niezmordowana – uśmiechnęła się. Widać było, że kibicuje siostrze, ale nie ma odwagi, by dołączyć do jej zespołu. – Musiałam to powiedzieć, proszę pana. Przepraszam.

– Nie szkodzi. – Położył jej dłoń na ramieniu. – Możesz być ze mną szczera, Agnieszko. Nie mam interesu, aby mówić komukolwiek o naszej rozmowie. – Przełknął ślinę. – Jestem po twojej stronie.

– A ja po pana… – Spojrzała mu w oczy.

Przez chwilę myślał, że się pocałują albo przynajmniej przytulą, ale Agnieszka po prostu pokryła się rumieńcem i schowała wzrok w podłodze.

– Pójdę już. – Wskazała za plecy. – Proszę nie zapomnieć o pierzynie i nie bać się kota. On zgrywa chojraka, ale w rzeczywistości jest bardziej strachliwy niż Daniel. – Zatrzymała się jeszcze przy drzwiach. – No i dzięki za słuchawki. – Pokazała pudełeczko od AirPodsów. – Może je sobie zostawię? Sarka chyba na to zasłużyła.

Policjant jeszcze długo po zamknięciu drzwi doprowadzał oddech do normy. Kot podszedł do niego i zaczął ocierać się o jego nogę.

– Dziwne jest to życie, Francis – powiedział Angelo. – Jeszcze wczoraj nie byłem zakochany.

Redakcja: Barbara WronaKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Konrad Modrzejewski 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-76-0

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]

Spis treści

Prolog

Rozdział I