Andiamo, Amore - Tina J. Hyde - ebook
NOWOŚĆ

Andiamo, Amore ebook

Tina J. Hyde

4,1

Opis

Miały być reset i cytrynowa granita. Wyszło zderzenie z huraganem o imieniu Dante.

Amelia wyjechała na Sycylię, by odciąć się od problemów i odnaleźć siebie. Ostatnie, czego potrzebowała, to zrzędliwy, intrygujący facet, z którym wspólna objazdówka po wyspie oznacza spędzanie razem każdej, nawet najkrótszej chwili w ciasnym aucie.

Z każdym gorącym, sycylijskim dniem i każdą duszną nocą granica między niechęcią a przyciąganiem zaczyna się zacierać. Walczą ze sobą, z własnym strachem i z niedopowiedzeniami, które gromadzą się jak chmury burzowe nad wyspą. Sycylia miała być tylko bezpiecznym przystankiem, ale w drodze i w cieniu dymiącego wulkanu żadne zasady już nie obowiązują.

Zmiana perspektywy to jedno. Pytanie, czy Amelia jest gotowa na zmianę całego swojego życia dla jednego, letniego romansu, który wymknął się spod kontroli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 341

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (13 ocen)
5
5
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Julia264

Dobrze spędzony czas

Fajne
10
DzoanaBa86

Dobrze spędzony czas

super 👍
10
basiabozydar

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
10
RuDzielec2005

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna książka
10
kaemka

Całkiem niezła

Nie rozumiem zachwytów , jakbym czytała przewodnik po Sycylii .
11

Popularność




Ty­tuł: „An­diamo, Amore”

Au­torka: Tina J. Hyde

Re­dak­cja i ko­rekta: Klau­dia Kar­kow­ska (przy­chod­nia­je­zy­kowa.pl)

Przy­go­to­wa­nie wy­da­nia elek­tro­nicz­nego: Iza­bela So­bo­lew­ska

Pro­jekt okładki: Oli­wia Po­toczna (@lit­tle­bo­oki­shart)

Co­py­ri­ght © 2026 by Tina J. Hyde

ISBN 978-83-976432-3-9

Wszel­kie prawa za­strze­żone

To­ruń 2026

Dla tych, któ­rzy choć raz po­my­śleli

o rzu­ce­niu wszyst­kiego i ucieczce w nie­znane.

Ta książka jest dla Was.

Ode­rwij­cie się od co­dzien­no­ści.

1

Ame­lia

Płuca pa­liły nie­mi­ło­sier­nie. Nie czu­łam też nóg i ba­łam się, że moja twarz lada mo­ment spo­tka się z pod­łogą. W le­wej ręce trzy­ma­łam pasz­port i wy­ma­chi­wa­łam nim jak wa­riatka, prawą zaś cią­gnę­łam wa­lizkę. Mia­łam do­kład­nie dzie­sięć mi­nut, żeby przejść kon­trolę bez­pie­czeń­stwa i do­biec do od­po­wied­niego gate’u.

– Do­brze… że… – dy­szała moja przy­ja­ciółka – za­czę­łam… cho­dzić na ten… ae­ro­bik.

– Wiesz, że kupno kar­netu nie równa się uczęsz­cza­niu?

Spoj­rzała na mnie z nie­skry­waną iry­ta­cją.

– Mu­sisz, Ama? Na­prawdę?

Za­chi­cho­ta­łam.

Po chwili opróż­nia­ły­śmy już kie­sze­nie przed kon­trolą bez­pie­czeń­stwa.

– Na­resz­cie – wy­sa­pała Lina. – Jak do­brze, że nie ma ko­lejki.

Na ra­zie mia­ły­śmy wię­cej szczę­ścia niż ro­zumu. Moja naj­uko­chań­sza, ale jakże nie­zor­ga­ni­zo­wana przy­ja­ciółka za­po­mniała, że po­winna była spa­ko­wać się wczo­raj, dla­tego jesz­cze go­dzinę temu la­tała po miesz­ka­niu jak ra­żona pio­ru­nem i zgar­niała ab­so­lut­nie wszystko, co wpa­dło jej w ręce. I nie są­dzę, żeby choć po­łowa tych rze­czy przy­dała jej się na Sy­cy­lii. Ja na­to­miast by­łam spa­ko­wana od dwóch dni i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam przy drzwiach, aby móc wresz­cie je­chać na lot­ni­sko.

Korki w mie­ście wcale nie po­lep­szyły ca­łej sy­tu­acji.

– Pa­ski, te­le­fony i ze­garki tu­taj. – Pani prze­pro­wa­dza­jąca kon­trolę wska­zała kosz na ta­śmie. – I pro­szę wy­jąć płyny – do­dała.

W eks­pre­so­wym tem­pie zro­bi­łam, co ka­zała, i już po chwili znaj­do­wa­łam się po dru­giej stro­nie pi­ka­cza. Tak, pi­ka­cza. A przy­naj­mniej ja na­zy­wam tak w my­ślach to ustroj­stwo.

Pa­trzy­łam, jak Lina miota się z pa­skiem, w du­szy ją prze­kli­na­jąc. Dziew­czyna wrzu­ciła go do ko­sza i prze­szła przez ska­ner. Po­szło jej nie­zwy­kle szybko. Spa­ko­wa­ły­śmy wszystko na od­czep­nego i rzu­ci­ły­śmy się bie­giem do bramki.

Lina dy­szała jak lo­ko­mo­tywa. Ba­łam się, że za­raz wy­wiesi białą flagę i oznajmi, iż ni­g­dzie nie leci.

By­łam wdzięczna wszyst­kim bó­stwom, że to lot­ni­sko nie było zbyt duże. W od­dali za­czął ma­ja­czyć nasz gate, ale…

– O nie… – szep­nę­łam i zwol­ni­łam kroku.

– Co, co?! – wy­krzyk­nęła Lina.

Przy bramce nie było ni­kogo.

– Od­le­cieli. Już ni­kogo tam nie ma. – Moje ra­miona opa­dły.

Wie­dzia­łam, że trzeba było wyjść wcze­śniej. Wła­śnie dla­tego za­wsze wszystko skru­pu­lat­nie pla­nuję i pra­wie ni­gdy się nie spóź­niam. Je­śli się pla­nuje, to…

– Ama, uspo­kój się – po­wie­działa Lina. – Wi­dzę te twoje try­biki i nie­chęć do mnie w oczach. Tym ra­zem ci wy­ba­czę, bo spie­przy­łam i cię ko­cham, ale nikt nie od­le­ciał, spójrz. – Wska­zała pal­cem ta­blicę, na któ­rej wiel­kimi, czer­wo­nymi li­te­rami na­pi­sano: DE­LAYED.

Sa­mo­lot miał wy­star­to­wać do­piero o 14:50, a nie o 14:20.

Na­tych­miast po­czu­łam ogromną ulgę. Aż mu­sia­łam usiąść z po­wodu tych wszyst­kich emo­cji.

– O jeny, jak do­brze – mruk­nę­łam.

– Wi­dzisz? – uśmiech­nęła się. – Wszystko jest pięk­nie, Ama, ni­czym się nie przej­muj.

Lina wy­cho­wy­wała się głów­nie w Pol­sce, ale jej ro­dzice byli Wło­chami. To po­łu­dniowe po­dej­ście cza­sami mnie osła­biało. Nie ro­zu­mia­łam, jak można się nie stre­so­wać, choć oczy­wi­ście nie­raz jej tego za­zdro­ści­łam.

Po­zna­ły­śmy się na stu­diach. Pierw­szego dnia, kiedy jesz­cze ni­kogo nie zna­łam, zgu­bi­łam się na te­re­nie kam­pusu. Spóź­niona bie­głam na za­ję­cia i nie­chcący wpa­dłam (i to do­słow­nie!) na Linę, a na do­miar złego wy­la­łam na nią sok po­ma­rań­czowy. Więk­szość lu­dzi by się oburzyła, ale nie ona. Po­wie­działa, że po­ma­rań­cze przy­po­mi­nają jej dom i w za­sa­dzie to plama jej nie ob­cho­dzi. Tak bar­dzo mnie tym zszo­ko­wała, że ja­koś tak na­tu­ral­nie za­czę­ły­śmy ze sobą roz­ma­wiać. I wła­śnie wtedy roz­po­częła się na­sza re­la­cja, która trwa do dziś.

– Nie mogę się do­cze­kać – traj­ko­tała. – Pa­lermo jest cu­downe! Zo­ba­czysz, spodoba ci się. Jest gło­śne i pełne kon­tra­stów, ta­kie… żywe!

By­łam za­ko­chana we Wło­szech i mia­łam wra­że­nie, że wszyst­kie rze­czy, które nor­mal­nie by mi nie od­po­wia­dały, tam tra­ciły zna­cze­nie. Moja od­por­ność na stres zwięk­szała się ma­gicz­nie na wło­skiej ziemi.

– O, po­patrz. Za­czy­nają bo­ar­ding. – Lina wstała i zgar­nęła swoje rze­czy. Była go­towa, aby udać się do sa­mo­lotu.

– No to za­czy­najmy przy­godę – po­wie­dzia­łam i ru­szy­łam za nią.

2

Ame­lia

Wło­chy przy­wi­tały nas dusz­nym, cięż­kim po­wie­trzem i słoń­cem, dla któ­rego moje oku­lary prze­ciw­sło­neczne nie sta­no­wiły żad­nej prze­szkody. Kiedy pierw­sze pro­mie­nie do­się­gły mo­jej skóry, po­czu­łam, jak wstę­puje we mnie po­zy­tywna ener­gia.

Lot­ni­sko mie­ściło się sto­sun­kowo nie­da­leko mia­sta, więc za­le­d­wie kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej kro­czy­ły­śmy bru­ko­wa­nymi ulicz­kami Pa­lermo. Od­głos wa­li­zek dud­nią­cych o pod­łoże spra­wiał, że czu­łam się jak ty­powa tu­rystka, choć za­pewne i tak zdra­dzały to moje włosy w od­cie­niu ciem­nego blondu i ja­sna cera. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach cy­tru­sów, a żar le­jący się z nieba cu­dow­nie roz­grze­wał moją skórę tak bar­dzo spra­gnioną słońca.

– Po­wie­dział, że bę­dzie cze­kał przy Qu­at­tro Canti, bo „tam na pewno nas znaj­dzie­cie”. – Zro­biła w po­wie­trzu znak cu­dzy­słowu, jed­no­cze­śnie pa­trząc w te­le­fon.

Nor­mal­nie to ja by­ła­bym na­szym prze­wod­ni­kiem, uzna­łam jed­nak, że skoro Lina zna te re­jony, to so­bie po­ra­dzi. Z każ­dym kro­kiem wąt­pi­łam w to co­raz bar­dziej, ale gdy wi­dzia­łam, co mnie ota­cza, rów­nie do­brze sama mo­głam się zgu­bić.

– „Nas”? – spy­ta­łam.

– Tak po­wie­dział.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– Nie uma­wia­łaś się tylko z nim?

Lina wzru­szyła ra­mio­nami.

– Tak, tylko z nim, ale nic się nie martw. Może po pro­stu wło­ska ekipa chce nas przy­wi­tać – od­parła z uśmie­chem na twa­rzy.

Szły­śmy za­tło­czoną ulicą, przez co cią­gnię­cie za sobą wa­li­zek było dość nie­wy­godne, ale mapa wska­zy­wała, że zbli­żamy się do miej­sca spo­tka­nia. Wie­dzia­łam, że nie na­leży oce­niać tak szybko, ale na ra­zie bar­dzo mi się tu po­do­bało. Uwiel­bia­łam wło­skie ka­mie­nice, na­wet je­śli były nad­gry­zione zę­bem czasu, a Włosi po­tra­fili od­na­wiać je w taki spo­sób, że nie szpe­ciło to kra­jo­brazu ani zbyt­nio się nie wy­róż­niało.

– O! Po­patrz! – Lina wska­zała pal­cem ogromną fon­tannę. Była ogro­dzona ba­rier­kami i nie dało się po­dejść bli­żej, ale była na­prawdę piękna. Po­staci wy­kute w bia­łym ma­te­riale wy­glą­dały jak żywe. – Tu obok jest Qu­at­tro Canti – do­dała.

Po chwili we­szły­śmy na plac. Qu­at­tro Canti to wy­jąt­kowe miej­sce łą­czące cztery hi­sto­ryczne dziel­nice mia­sta. To tam krzy­żują się dwie główne ulice Pa­lermo – Via Ma­qu­eda oraz Corso Vit­to­rio Ema­nu­ele. Mówi się, że plac wy­cho­dzi na cztery strony świata, a rzeźby usta­wione w pół­ko­li­stych ni­szach sym­bo­li­zują cztery pory roku, cztery rzeki i cztery po­staci, o któ­rych nie­stety nic nie pa­mię­tam. To tyle z lek­cji hi­sto­rii. Sta­nę­łam na środku, tak aby wszyst­kie cztery strony znaj­do­wały się mniej wię­cej w tej sa­mej od­le­gło­ści ode mnie, i spoj­rza­łam w górę. Fa­sady czte­rech bu­dyn­ków wzno­siły się nade mną, a za nimi roz­cią­gało się błę­kitne niebo. Moja ar­ty­styczna du­sza za­piała z za­chwytu.

– Su­per, co? – Lina sta­nęła za mną.

Uśmiech­nę­łam się.

– Ca­ta­lina!

Zza ple­ców do­biegł nas mę­ski głos, a gdy się od­wró­ci­ły­śmy, uj­rza­ły­śmy męż­czy­znę idą­cego w na­szym kie­runku. Wy­glą­dał bar­dzo młodo i miał przy­ja­zny uśmiech. Przez ciemne oku­lary nie wi­dzia­łam jego oczu, ale czu­łam, że się po­lu­bimy.

– An­to­nio! Come stai, cu­gino?1

Ję­zyk wło­ski brzmi pięk­nie, ale ro­zu­mia­łam je­dy­nie kilka słów.

– Bene2 – od­parł i po­ca­ło­wał Linę w oba po­liczki.

– An­to­nio, to moja przy­ja­ciółka Ame­lia. Ama, to An­to­nio, mój ku­zyn.

Wy­cią­gnę­łam rękę do chło­paka do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym on już ca­ło­wał moje po­liczki. Zdzi­wi­łam się nieco tą bez­po­śred­nio­ścią, ale szybko zda­łam so­bie sprawę, że dla nich to nor­malka. Sta­ra­łam się nie dać po so­bie ni­czego po­znać i po pro­stu od­wza­jem­ni­łam gest.

– Ama, pia­cere3.

– Cie­bie rów­nież, An­to­nio – od­po­wie­dzia­łam po an­giel­sku.

Od­su­nę­łam się i sta­nę­łam obok przy­ja­ciółki.

– No do­bra! To co… – za­częła Lina, ale prze­rwało jej chrząk­nię­cie.

An­to­nio od­su­nął się, a przed nami sta­nął naj­przy­stoj­niej­szy męż­czy­zna, ja­kiego wi­dzia­łam. Słowo. I, nie­stety, wy­glą­dał do­kład­nie tak, jakby do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę. Po­czu­łam, że Lina rów­nież za­miera.

– To jest Dante. Mój przy­ja­ciel – przed­sta­wił ko­legę An­to­nio.

Dante był wy­so­kim, po­staw­nym męż­czy­zną. Ciemne włosy swo­bod­nie opa­dały na jego czoło, a na twa­rzy, na ostrej li­nii żu­chwy – nie że­bym się przy­glą­dała – ry­so­wał się kil­ku­dniowy, ciemny za­rost. Miał na so­bie gra­na­tową, lnianą ko­szulę, która do­sko­nale pod­kre­ślała umię­śnioną syl­wetkę.

No do­bra… Może jed­nak tro­chę się przy­glą­da­łam.

– Dante, miło cię po­znać. Je­stem Lina. – Przy­ja­ciółka otrzą­snęła się szyb­ciej niż ja i już wy­mie­niała się bu­zia­kami z na­szym no­wym zna­jo­mym.

Od­su­nęła się, że­bym rów­nież mo­gła się przy­wi­tać, ale wtedy Dante wy­cią­gnął do mnie dłoń. Spoj­rza­łam na nią jak na coś dziw­nego. Była duża, więk­sza od mo­jej, by­łam pewna, że gdyby się spo­tkały, oka­za­łoby się, że…

– Trzeba ją uści­snąć – po­wie­dział chłodno.

Nie miał ak­centu. Mó­wił bez­błęd­nym an­giel­skim. Tro­chę mnie to zszo­ko­wało, choć nie tak bar­dzo jak jego nie­przy­jemny ton.

Otrzą­snę­łam się, wy­pro­sto­wa­łam i mocno uści­snę­łam dłoń wy­ciągniętą w moim kie­runku.

– Ame­lia – rzu­ci­łam je­dy­nie.

Chło­pak na­wet nie mru­gnął. Nie wi­dzia­łam jego oczu, bo po­dob­nie jak An­to­nio miał na no­sie ciemne oku­lary. Można było od­nieść wra­że­nie, jakby zu­peł­nie nic go nie ob­cho­dziło. Skoro miał ta­kie po­dej­ście, za­sta­na­wia­łam się, co wła­ści­wie tu ro­bił.

Na­gle An­to­nio, zu­peł­nie jakby czy­tał mi w my­ślach, wy­ja­śnił:

– Dante po­sta­no­wił nam to­wa­rzy­szyć na wy­jeź­dzie – oznaj­mił życz­li­wie.

– O! Świet­nie – wy­rwała się Lina. – Im wię­cej, tym we­se­lej. To co? Gdzie ude­rzamy naj­pierw? An­to­nio, mu­sisz nam po­ka­zać ab­so­lut­nie wszyst­kie pe­rełki w Pa­lermo. I mo­gła­bym się na­pić drinka. Do­biega wie­czór, więc w su­mie mo­żemy też coś zjeść – traj­ko­tała pod­eks­cy­to­wana.

– Zwol­nij ko­nie, cu­gina4. Naj­pierw zo­sta­wi­cie swoje rze­czy, a po­tem ude­rzymy w mia­sto.

Kla­snęła w dło­nie.

– Ale bę­dzie za­bawa, Ama!

Nie wie­dzia­łam, co my­śleć o tym wszyst­kim, a może ra­czej – co my­śleć o tym chłod­nym przy­wi­ta­niu, ale w tym mo­men­cie po­sta­no­wi­łam to olać. Było cie­pło i sło­necz­nie, a przede mną roz­po­ście­rała się wi­zja ca­łego mie­siąca wło­skiej przy­gody.

Tak, na pewno bę­dzie cie­ka­wie.

1  Jak się masz, ku­zy­nie?

2  Do­brze.

3  Miło mi cię po­znać.

4  Ku­zynka.

3

Ame­lia

Nasz apar­ta­ment znaj­do­wał się w ści­słym cen­trum. Do­sta­nie się do tej ru­chli­wej i za­ra­zem głów­nej drogi, o któ­rej wcze­śniej wspo­mi­na­łam, zaj­mo­wało rap­tem pięć mi­nut. Lina pod­eks­cy­to­wała się jesz­cze bar­dziej na myśl, że wszyst­kie knajpy i bary były do­słow­nie na wy­cią­gnię­cie ręki.

Ze względu na brak okien po­kój był dość ciemny, co zmu­siło nas do za­pa­le­nia lampki, ale po­dej­rze­wa­łam, że to po to, aby w po­miesz­cze­niu nie było zbyt go­rąco. Naj­dziw­niej­sze było to, że po­mimo lo­ka­li­za­cji pa­no­wała tam nie­zwy­kła ci­sza. Sły­chać było je­dy­nie go­ści cią­gną­cych za sobą wa­lizki.

– Okay, co my­ślimy o Dan­tem? – spy­tała Lina w trak­cie po­szu­ki­wa­nia w tor­bie nie wia­domo czego. Ko­pała w niej tak, że wszyst­kie rze­czy miała już po­gnie­cione. Nie mo­głam na to pa­trzeć.

– Cóż… Nie był zbyt uprzejmy – przy­zna­łam.

– Uprzejmy? Ama, biła od niego TA aura.

Zdzi­wi­łam się.

– Jaka aura?

– Aura cho­dzą­cego grze­chu – do­dała z uśmie­chem.

Prze­wró­ci­łam oczami i po­sta­no­wi­łam zi­gno­ro­wać uwagi przy­ja­ciółki.

– Mó­wię ci, Ama. Fa­cet ma ten błysk w oku – roz­ma­rzyła się, ści­ska­jąc w dłoni ma­te­riał. – Jak w fil­mach.

Krę­ci­łam głową, szu­ka­jąc w mię­dzy­cza­sie cze­goś sto­sow­nego na ko­la­cję.

– Mo­gła­bym przy­siąc, że wi­dzia­łam mię­dzy wami iskierki. Wiesz, ta ener­gia była wręcz na­ma­calna.

Uci­snę­łam pal­cami na­sadę nosa i wes­tchnę­łam głę­boko.

– Lina, na mi­łość bo­ską, oglą­dasz za dużo ro­man­sów…

– Nie ma cze­goś ta­kiego jak za dużo ro­man­sów – prze­rwała mi na­dą­sana.

– …i te­raz wy­obra­żasz so­bie nie­stwo­rzone hi­sto­rie. Czy mo­żemy, pro­szę, się ubrać i pójść coś zjeść?

Dziew­czyna wy­grze­bała z torby po­ma­rań­czową su­kienkę.

– Hm… Ta się nada – uznała i wy­szła do ła­zienki.

Ja na­to­miast zde­cy­do­wa­łam się na białą su­kienkę na cie­niut­kich ra­miącz­kach. Po­de­szłam do lu­stra, aby oce­nić swój wy­bór. Su­kienka koń­czyła się w po­ło­wie ud, więc była dość krótka. Ko­ron­kowe zdo­bie­nia w pa­sie do­da­wały jej de­li­kat­no­ści, sam ma­te­riał przy­po­mi­nał zaś ko­szulę. Skła­dała się z kilku warstw, dzięki czemu nic nie prze­świ­ty­wało, a jed­no­cze­śnie była bar­dzo zwiewna, co w tej tem­pe­ra­tu­rze było praw­dzi­wym zba­wie­niem. Dłu­gie włosy po­sta­no­wi­łam spiąć klamrą. Wy­bra­łam ciem­no­be­żową, bo taka naj­bar­dziej pa­so­wała do ko­loru na mo­jej gło­wie. Cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wa­łam z ma­ki­jażu – na wa­ka­cjach uwiel­biam na­kła­dać na twarz wy­łącz­nie krem z fil­trem, więc je­dyne, co się na niej wy­róż­niało, to szare oczy i lekko ró­żowe usta. Mia­łam bar­dzo ja­sną kar­na­cję i li­czy­łam na to, że uda mi się tu zła­pać tro­chę słońca, choć oczy­wi­ście ochrona skóry była dla mnie klu­czowa.

– No. – Lina wy­ma­sze­ro­wała z ła­zienki, wy­gła­dza­jąc przy tym po­ma­rań­czową su­kienkę, tak bar­dzo kon­tra­stu­jącą z moją. – Je­ste­śmy go­towe.

Do­strze­głam w tym pewną iro­nię. Lina była prze­bo­jowa i gło­śna, ja – ra­czej ci­cha, choć nie stro­ni­łam od kon­tak­tów z ludźmi. Wy­da­wać by się mo­gło, że nie ma szans, aby dwa tak od­mienne cha­rak­tery mo­gły się do­ga­dać, a jed­nak była moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką i bez wa­ha­nia sko­czy­ła­bym za nią w ogień.

*

Go­dzinę póź­niej sie­dzie­li­śmy w re­stau­ra­cji. Oto­czeni prze­cha­dza­ją­cymi się tu­ry­stami w sku­pie­niu stu­dio­wa­li­śmy menu. Do mo­ich noz­drzy do­cie­rał za­pach pizzy i czosnku i na samą myśl o tym, że za­raz mia­łam skosz­to­wać któ­rejś z tych po­traw, ślinka na­pły­wała mi do ust.

– Je­stem taka głodna. – Lina za­ło­żyła pa­smo ciem­nych wło­sów za ucho.

– Ko­niecz­nie mu­si­cie skosz­to­wać tu­tej­szego de­seru – prze­ko­ny­wał An­to­nio.

– Wi­dzisz? – zwró­ci­łam się do Liny. – A ze mnie się na­bi­ja­łaś.

An­to­nio da­lej na­wi­jał o wszyst­kich de­se­rach, które mają na Sy­cy­lii, a Dante w tym cza­sie sie­dział ci­cho. Dzi­wiła mnie jego po­stawa. Nie chcia­łam wyjść na igno­rantkę, ale by­łam prze­ko­nana, że Włosi są ra­czej… otwarci.

– Siete pronti?5 – Kel­nerka po­ja­wiła się zni­kąd.

Za­uwa­ży­łam, że opa­no­wali tę sztukę do per­fek­cji, bo wcze­śniej zu­peł­nie nie­po­strze­że­nie na stole wy­lą­do­wała ka­rafka z wodą.

– Sì6 – po­twier­dziła Lina. – Al­lora7, dla mnie bę­dzie ca­po­nata di me­lan­zane8, po­tem pa­sta alla norma9, a na­stęp­nie po­lpette di sarde10 i kie­li­szek bia­łego wina. – Za­mknęła kartę i po­dała ją kel­nerce.

An­to­nio po­ki­wał głową z uzna­niem, a ja onie­mia­łam na myśl o ilo­ściach je­dze­nia za­mó­wio­nych przez przy­ja­ciółkę.

– Ama? – Wska­zał ge­stem, że te­raz moja ko­lej.

Po­krę­ci­łam głową.

– Za­mów­cie, pro­szę, ja jesz­cze my­ślę.

Albo ra­czej nie mam po­ję­cia, co za­mó­wić, żeby nie było dziw­nie.

– Ja­sne. W ta­kim ra­zie dla mnie pa­nelle11 na przy­stawkę. – Wska­zał pal­cem na Linę. – Wy­mie­nimy się, ku­zynko.

Dziew­czyna udała nie­za­do­wo­le­nie.

– Pa­sta z sar­dyn­kami, a póź­niej tuń­czyk.

Kel­nerka spoj­rzała na Dan­tego.

– Ri­sotto e ba­sta, gra­zie12.

Tylko on za­mó­wił jedno da­nie.

Gdy przy­szła ko­lej na mnie, na twa­rzy kel­nerki dało się do­strzec znie­cier­pli­wie­nie.

Wie­dzia­łam, że Włosi ja­dają przy­stawkę, dwa da­nia i jesz­cze de­ser, ale nie mia­łam po­ję­cia, jak oni to ro­bią! Ja już po jed­nym ta­le­rzu ma­ka­ronu by­łam pełna.

– Okay, to ja… – prze­łknę­łam ślinę – po­pro­szę pa­stę alla norma.

– Tylko to?

– I kie­li­szek bia­łego wina.

Ko­bieta po­ki­wała głową i za­no­to­wała za­mó­wie­nie.

– My­ślę, że każdy na­pije się wina – wtrą­cił An­to­nio.

Kel­nerka za­brała wszyst­kie karty z na­szego sto­lika, a na­stęp­nie udała się w kie­runku kuchni.

– Ama, ko­cha­nie, mu­sisz się jesz­cze wiele na­uczyć – po­wie­działa Lina.

– Mam tylko je­den żo­łą­dek!

– Ja też, ale tu­taj… – Wska­zała ge­stem mia­sto. – Mam wra­że­nie, że li­mit się nie li­czy.

An­to­nio przy­tak­nął.

– Ama, to twój pierw­szy raz w Pa­lermo?

– Sì.

– Ogól­nie we Wło­szech – do­dała Lina.

An­to­nio wy­glą­dał na za­fa­scy­no­wa­nego.

– Fan­ta­stycz­nie. Mie­siąc na tej wy­spie jest tym, czego ci po­trzeba.

– Tak też po­my­śla­łam.

– Ca­ta­lina tyle mi o to­bie opo­wia­dała, że czuję, jak­bym już cię znał.

Zmarsz­czy­łam nos.

– Nie wiem, czy chcę wie­dzieć, co do­kład­nie usły­sza­łeś.

Chło­pak mach­nął ręką.

– Non­sens. Mó­wiła w sa­mych su­per­la­ty­wach. Po­dobno je­steś wziętą praw­niczką.

– Bez prze­sady. – Rzu­ci­łam przy­ja­ciółce wy­mowne spoj­rze­nie.

– Ama jest skromna. Tak na­prawdę jest naj­lep­sza w mie­ście. Na­wet pi­sali o niej w ga­ze­cie.

– Warto mieć ta­kie zna­jo­mo­ści. – An­to­nio pu­ścił do mnie oczko.

– Le­piej nie ko­rzy­stać z mo­ich usług.

– Ra­cja.

– A ty, Dante? Czym się zaj­mu­jesz? – Lina spró­bo­wała za­gad­nąć wciąż mil­czą­cego ko­legę.

Męż­czy­zna sie­dział wy­god­nie na krze­śle. Miał sze­ro­kie barki, więc wy­peł­niał do­słow­nie całą prze­strzeń me­bla.

Nie że­bym się przy­glą­dała.

– Je­stem re­dak­to­rem na­czel­nym w duń­skim wy­daw­nic­twie.

– O! To ma­cie z Amą coś wspól­nego.

Dante uniósł brwi i spoj­rzał w moim kie­runku, jakby cze­kał na wy­ja­śnie­nie.

– Zaj­muję się pra­wem au­tor­skim. Kra­dzież ksią­żek i nie tylko.

– Może ktoś się po pro­stu in­spi­ro­wał. – Non­sza­lancko wzru­szył ra­mio­nami.

Onie­mia­łam.

– To, że ktoś prze­jął czy­jąś fa­bułę i na­zwał ją wła­sną, nie jest in­spi­ra­cją, tylko kra­dzieżą.

– Cza­sem naj­więk­sze dzieła to kra­dzieże do­sko­nałe. – Do­dał i upił łyk wody.

Czu­łam, jak krew mnie za­lewa.

– Wy­bacz. Nie­stety daw­niej ta­kie sy­tu­acje się zda­rzały. I nie jest to żadną ta­jem­nicą.

– I wła­śnie dla­tego je­stem w ta­kim, a nie in­nym miej­scu, żeby nie do­pu­ścić do ta­kich sy­tu­acji – ucię­łam prędko.

Tym ra­zem kel­nerce nie udało się prze­mknąć nie­zau­wa­żal­nie i od­no­to­wa­li­śmy, że sta­wia przed nami kie­liszki z wi­nem oraz oliwę i chleb na za­gryzkę.

Ode­tchnę­łam głę­biej. Już się­ga­łam po na­czy­nie, aby upić łyk wło­skiego trunku, gdy na­gle moja przy­ja­ciółka unio­sła szkło i za­wo­łała:

– To­ast za wa­ka­cje!

Chcia­łam się stuk­nąć kie­lisz­kami, ale tym ra­zem prze­rwał mi An­to­nio, który po­chy­lił się kon­spi­ra­cyj­nie.

– W za­sa­dzie mam pe­wien plan.

– Jaki plan? – Lina nie­mal pod­sko­czyła na krze­śle.

– Pro­po­nuję, że­by­śmy wy­na­jęli auto i zro­bili ob­jaz­dówkę po wy­spie. Pa­lermo jest świet­nym mia­stem, ale każde z po­zo­sta­łych rów­nież ma coś do za­ofe­ro­wa­nia. Uło­ży­łem wstępny plan po­dróży i w za­sa­dzie je­stem go­tów do drogi. – Bły­snął bia­łym uśmie­chem i wy­jął z kie­szeni te­le­fon, aby za­de­mon­stro­wać szcze­góły. Zde­cy­do­wa­nie był bar­dziej zor­ga­ni­zo­wany niż Lina.

Dziew­czyna wy­trzesz­czyła oczy na wi­dok mapy.

– An­to­nio! – pi­snęła. – To świetny po­mysł! Ama, co my­ślisz?

W sku­pie­niu przy­glą­da­łam się punk­tom za­zna­czo­nym na ma­pie.

W mię­dzy­cza­sie An­to­nio snuł opo­wie­ści o pięk­nych pla­żach – czym, prawdę mó­wiąc, ku­pił mnie od razu – ale nie tylko, bo wy­ja­śnił też, że nie­które przy­stanki zna­la­złyby się gdzieś po­środku wy­spy albo pra­wie ty­siąc me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Wspo­mniał o par­kach ar­che­olo­gicz­nych i o kli­ma­tycz­nych mia­stecz­kach, które mo­gli­by­śmy od­wie­dzić, a do tego nie mógł się na­chwa­lić, jak cu­downe jest od­kry­wa­nie wy­spy w taki spo­sób.

Uwiel­bia­łam pro­wa­dzić sa­mo­chód, dla­tego od razu po­czu­łam dresz­czyk eks­cy­ta­cji na myśl o zwie­dza­niu wy­spy tym środ­kiem trans­portu.

– My­ślę – za­czę­łam – że to fan­ta­styczny po­mysł, An­to­nio. Je­stem na tak.

– Yay! – Lina kla­snęła w dło­nie.

– Ale…

– O nie… – Przy­ja­ciółka zmar­kot­niała.

Za­śmia­łam się na wi­dok jej miny.

– Chcę pro­wa­dzić – oznaj­mi­łam.

An­to­nio za­mru­gał. Spoj­rzał na mnie, jak­bym po­wie­działa coś nie z tej ziemi.

– Chcesz pro­wa­dzić sa­mo­chód TU­TAJ?

– Tak, a co w tym dziw­nego? – obu­rzy­łam się. – Tylko mi nie mów, że masz ste­reo­ty­powe po­dej­ście do tego te­matu.

By­łam go­towa na kłót­nię w obro­nie praw ko­biet, a w rę­ka­wie mia­łam mnó­stwo asów i…

Dante się za­śmiał.

On się za­śmiał!

Re­ak­cja chło­paka to­tal­nie wy­biła mnie z wo­jow­ni­czego na­stroju.

– Nie! Ależ skąd – bro­nił się An­to­nio. – Zde­cy­do­wa­nie nie o to mi cho­dzi. Po pro­stu wło­ski styl jazdy cie­szy się pewną… re­pu­ta­cją – wy­ja­śnił, jakby nie mógł zna­leźć od­po­wied­niego słowa.

– Nie­do­po­wie­dze­nie – mruk­nął Dante, który od po­czątku wie­czoru nie­mal nie wy­dał z sie­bie dźwięku. Głos miał ni­ski i spo­kojny, a mnie z nie­wy­ja­śnio­nego po­wodu prze­szył dreszcz.

– Je­stem tego świa­doma – przy­zna­łam i skrzy­żo­wa­łam ręce w obron­nym ge­ście.

An­to­nio wy­dął wargi.

– Cóż, w ta­kim ra­zie ja nie mam z tym pro­blemu.

– Ja też nie – wtrą­ciła Lina. – Tak długo, jak to nie ja będę za kie­row­nicą, może pro­wa­dzić każdy. – Upiła łyk wina.

Prze­nie­śli­śmy wzrok na Dan­tego, który na­dal się nie od­zy­wał.

– Dante? – An­to­nio wy­glą­dał, jakby wręcz bła­gał go spoj­rze­niem, żeby nie pal­nął nic głu­piego. Naj­wy­raź­niej wszy­scy by­li­śmy świa­domi jego wy­jąt­ko­wego na­sta­wie­nia do świata.

Męż­czy­zna od­chrząk­nął.

– Okay.

I tyle. Po pro­stu okay. W za­sa­dzie nie wiem, czego in­nego się spo­dzie­wa­łam.

– Okay! – wy­krzyk­nął An­to­nio. – W ta­kim ra­zie… – Uniósł na­czy­nie. – To­ast za Sy­cy­lię.

– Za Sy­cy­lię – po­wtó­rzy­ły­śmy z Liną i wszy­scy stuk­nę­li­śmy się kie­lisz­kami.

Serce biło mi szyb­ciej niż zwy­kle. Wy­jazd, któ­rego nie pla­no­wa­łam, wła­śnie sta­wał się przy­godą mo­jego ży­cia i nie mo­głam się jej do­cze­kać.

5  Je­ste­ście go­towi?

6  Tak.

7Więc; w ta­kim ra­zie.

8  Ca­po­nata di me­lan­zane – sy­cy­lij­ska po­trawa wa­rzywna przy­po­mi­na­jąca gu­lasz, w któ­rej głów­nym skład­ni­kiem jest ba­kła­żan. Cha­rak­te­ry­zuje się słodko-kwa­śnym sma­kiem [wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od re­dak­torki].

9  Pa­sta alla norma – sy­cy­lij­skie da­nie skła­da­jące się głów­nie z ma­ka­ronu i ba­kła­żana.

10  Po­lpette di sarde – tra­dy­cyjne sy­cy­lij­skie pul­pe­ciki z sar­dy­nek, czę­sto po­da­wane z so­sem po­mi­do­ro­wym.

11  Pa­nelle – pla­cuszki przy­go­to­wy­wane z mąki z cie­cie­rzycy, wody, soli i na­tki pie­truszki, sma­żone na głę­bo­kim tłusz­czu.

12  Ri­sotto. To wszystko, dzię­kuję. (wł.)

4

Ame­lia

Z sa­mego rana wy­po­ży­czy­li­śmy auto – nie­zwy­kle kli­ma­tycz­nego, żół­tego Fiata 500 – i by­li­śmy go­towi, żeby ru­szyć w drogę. Lina nie­ustan­nie na­rze­kała, że tak wcze­śnie ka­za­łam jej się zwlec z łóżka, a prze­cież była na wa­ka­cjach. Nie po­ma­gał też fakt, że wy­piła za dużo wina, więc te­raz ci­cho po­chra­py­wała na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu i śli­niła ko­szulę to­wa­rzy­szą­cego jej ku­zyna. Obok mnie sie­dział oczy­wi­ście nikt inny jak Mar­kotny Dante.

Chło­pak miał być mo­imi dru­gimi oczami, ale albo mil­czał, albo ogra­ni­czał się do „uwa­żaj!”, ewen­tu­al­nie „uwa­żaj, na mi­łość bo­ską”.

Wy­pa­da­łoby wspo­mnieć, że wy­jazd z Pa­lermo nie na­le­żał do… naj­ła­twiej­szych. Gdy wsia­dasz do auta w Pol­sce, spo­dzie­wasz się jazdy w nor­mal­nych wa­run­kach. Ba! Na­wet się nad tym nie za­sta­na­wiasz, bo to oczy­wi­ste, że lu­dzie (ra­czej) prze­strze­gają prze­pi­sów. Cóż… Nie tu­taj.

– Uwa­żaj! – wark­nął Dante po raz dwu­dzie­sty.

Zwy­kle to ja dba­łam o bez­pie­czeń­stwo i kon­tro­lo­wa­łam sy­tu­ację, a tu pro­szę – taki Dante besz­tał mnie jak ma­łego dzie­ciaka. Nie mo­głam jed­nak po­le­gać wy­łącz­nie na so­bie. Nie w tej sy­tu­acji.

Wjeż­dża­łam wła­śnie na rondo, na któ­rym nie obo­wią­zy­wały za­sady ru­chu dro­go­wego. Oka­zało się, że Włosi nie sza­nują two­jego pierw­szeń­stwa i ma je po pro­stu ten z sil­niej­szą psy­chą.

Nie by­łam tą osobą.

– Prze­cież uwa­żam! – krzyk­nę­łam. – To nie moja wina, że jeż­dżą jak wa­riaci!

– Ostrze­ga­łem – szep­nął z tyłu An­to­nio.

– Nie po­ma­gasz. – Rzu­ci­łam mu spoj­rze­nie w lu­sterku.

– Po pro­stu – za­czął Dante i zła­pał się za na­sadę nosa – uwa­żaj.

Żach­nę­łam się.

– Wow. Dzięki za po­moc.

Po­sta­no­wi­łam mak­sy­mal­nie sku­pić się na dro­dze. Włosi jeź­dzili cha­otycz­nie, ale mieli swoje nie­pi­sane za­sady, a ja szybko się uczy­łam. Już po chwili ogar­nia­łam ich „sche­mat”. Wi­dzisz wolną prze­strzeń? To gaz do de­chy, a oni po pro­stu zwol­nią. Acz­kol­wiek mu­sia­łam przy­znać, że cał­ko­wite za­ufa­nie wło­skim kie­row­com nie na­le­żało do ła­twych za­dań. Naj­gor­sze w tym wszyst­kim było jed­nak to, że na­wet je­śli droga była po­dzie­lona na dwa pasy, oni i tak ro­bili z nich trzy i w ogóle nie trzy­mali się li­nii, więc tak na­prawdę każdy je­chał jak chciał.

– Jak to moż­liwe, że każdy je­dzie jak chce? – my­śla­łam na głos.

– Amore13, do­ceń to. – W lu­sterku wstecz­nym po­ja­wił się sze­roki uśmiech An­to­nia. – Po­trak­tuj to jako wol­ność.

Wol­ność.

No tak.

Po prze­bi­ciu się przez to cha­otyczne mia­sto mo­głam ode­tchnąć z ulgą, a moje ra­miona mo­men­tal­nie się roz­luź­niły.

– To było… świetne! – krzyk­nę­łam z en­tu­zja­zmem.

– Przy­znam, że po­ra­dzi­łaś so­bie re­we­la­cyj­nie – po­chwa­lił mnie An­to­nio.

Lina wciąż chra­pała na tyl­nym sie­dze­niu, zu­peł­nie nie­świa­doma cyrku, który przed chwilą miał miej­sce, a Dante nie­ustan­nie mil­czał. Nie był naj­lep­szym na­wi­ga­to­rem ani mo­ty­wa­to­rem.

W związku z tym, że w Pa­lermo trudno o plażę, a ja ma­rzy­łam o za­nu­rze­niu się w tej tur­ku­so­wej wo­dzie, mie­li­śmy w pla­nach szybki przy­sta­nek nad mo­rzem. Na ma­pie zna­leź­li­śmy więc dziką plażę, która była po dro­dze, i wła­śnie na nią zmie­rza­li­śmy.

– Czy mo­żesz mnie po­kie­ro­wać? Nie chcę prze­ga­pić zjazdu – zwró­ci­łam się do mil­czą­cego pa­sa­żera sie­dzą­cego po mo­jej pra­wej.

– Tak.

Okay. Mia­łam na­dzieję, że rze­czy­wi­ście tak bę­dzie.

An­to­nio pod­łą­czył te­le­fon do sys­temu i już po chwili z gło­śni­ków le­ciały wło­skie prze­boje. Zna­łam je bar­dzo do­brze, bo były to ra­czej star­sze utwory.

La­scia­temi can­tare

Con la chi­tarra in mano14

Na mo­jej twa­rzy wy­kwitł sze­roki uśmiech. Droga oka­zała się bez­pro­ble­mowa, tak że przy oka­zji mo­głam po­dzi­wiać wi­doki. Po le­wej stro­nie prze­bi­jało się mo­rze, a po pra­wej – wy­żynne czę­ści wy­spy. Gdzie­nie­gdzie dało się do­strzec ślady zie­leni, cho­ciaż więk­szość z nich była po pro­stu nie­po­krytą ni­czym zie­mią. Cie­szy­łam się, że tu je­stem.

– Za chwilę zjazd – mruk­nął Dante.

Cie­szy­łam się na­wet w tak mar­kot­nym to­wa­rzy­stwie.

Dante po­pro­wa­dził mnie krok po kroku na sam par­king i mu­sia­łam przy­znać, że by­łam w szoku, bo po raz pierw­szy z jego ust wy­do­było się aż tyle słów.

Na plażę szło się po czymś, co je­dy­nie przy­po­mi­nało schody – wy­glą­dało to do­słow­nie tak, jakby ktoś wy­kuł pó­łeczki w skale. Droga przy­wo­dziła mi na myśl grę przy­go­dową. Żeby zna­leźć się na dzi­kiej plaży, za scho­dami trzeba było przejść tu­ne­lem pod to­rami ko­le­jo­wymi. Kiedy po­ciąg prze­je­chał tuż nad moją głową, na­bra­łam pew­nych wąt­pli­wo­ści, czy to na pewno do­bry po­mysł. Te jed­nak szybko ule­ciały, gdy przed mo­imi oczami uka­zało się mo­rze. Woda po­ły­ski­wała tur­ku­sem i wręcz można było od­nieść wra­że­nie, że ktoś wsy­pał do niej bro­kat. Wi­dok za­pie­rał dech w pier­siach.

Nie mo­głam jed­nak dłu­żej od­da­wać się za­chwy­tom, bo usły­sza­łam gło­śne ziew­nię­cie i na­gle po­czu­łam, jak Lina za­rzuca mi rękę na ra­miona.

– Sły­sza­łam, że da­łaś czadu, Ama!

– Nie ro­zu­miem, jak mo­głaś spać przy akom­pa­nia­men­cie mo­ich prze­kleństw.

Dziew­czyna mach­nęła ręką.

– Jeź­dzi­łam z tatą.

Za­śmia­łam się.

– Czy ty wi­dzisz tę wodę? – spy­ta­łam pod­eks­cy­to­wana. – W ży­ciu nie wi­dzia­łam tak czy­stego akwenu.

– Tylko ty mo­gła­byś użyć tak trud­nego słowa.

Rzu­ci­łam rze­czy na pia­sek i za­czę­łam się roz­bie­rać. Nikt poza mną i Dan­tem nie po­my­ślał o wcze­śniej­szym za­ło­że­niu stro­jów ką­pie­lo­wych, więc kiedy nasi przy­ja­ciele mę­czyli się z pro­wi­zo­ryczną prze­bie­ral­nią, my szli­śmy już do wody.

Ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­łam nie zer­kać na męż­czy­znę obok mnie, ale było to… trudne. Nie chcia­łam wi­dzieć, jak pięk­nie ry­suje się li­nia jego oboj­czyka ani że włosy de­li­kat­nie mu się kręcą, i z całą pew­no­ścią nie chcia­łam wi­dzieć tych mię­śni, które do­tych­czas skry­wały się pod ko­szulką.

By­łam zgu­biona. Ten fa­cet przy­pra­wiał moje ko­mórki ner­wowe o za­wał, je­śli to w ogóle było moż­liwe.

W pew­nym mo­men­cie chło­pak spoj­rzał w moim kie­runku i uniósł py­ta­jąco brew. Au­to­ma­tycz­nie od­wró­ci­łam wzrok i, chcąc za­jąć swoje my­śli, za­czę­łam się wpa­try­wać w prze­strzeń roz­cią­ga­jącą się pod mo­imi sto­pami.

– Ale tu jest pięk­nie – po­wie­dzia­łam, wcho­dząc głę­biej do kry­sta­licz­nie czy­stej wody. Nie dość, że wi­dzia­łam swoje nogi, to do­strze­ga­łam rów­nież po­je­dyn­cze ryby, które zu­peł­nie swo­bod­nie prze­pły­wały mię­dzy nami.

Za­nu­rzy­łam się nie­mal po samą szyję i za­czę­łam pły­wać. Ką­tem oka do­strze­głam jesz­cze, że Dante zro­bił to samo, choć… Od­nio­słam wra­że­nie, że tro­chę zbyt długo stał w jed­nym miej­scu i po pro­stu się przy­glą­dał. Ale nic dziw­nego, skoro ota­czała nas tak wy­jąt­kowa prze­strzeń.

Tem­pe­ra­tura wody ide­al­nie kon­tra­sto­wała z go­rą­cym po­wie­trzem, więc z przy­jem­no­ścią po­wi­ta­łam jej chłód. Czu­łam, jak na­pię­cie stop­niowo opusz­cza moje ciało. Zo­sta­wi­łam za sobą pracę i cały stres, który ostat­nio mi to­wa­rzy­szył. A było go na­prawdę dużo. Mój szef, Ar­tur, to praw­dziwy kre­tyn – przez niego za­czę­łam się za­sta­na­wiać nad sen­sem swo­jego za­wodu. Woda na­to­miast dzia­łała na mnie uspo­ka­ja­jąco. Już sam jej szum spra­wiał, że od­czu­wa­łam błogi spo­kój i za­po­mi­na­łam o pro­ble­mach, a le­żąc w niej, czu­łam się praw­dzi­wie wolna.

– Ama!

Usły­sza­łam krzyk do­cho­dzący z brzegu. Unio­słam głowę i zo­ba­czy­łam, jak An­to­nio i Lina wbie­gają do wody i przy oka­zji pło­szą wszyst­kie rybki.

Zmar­kot­nia­łam, wi­dząc, że już żadna nie plą­cze się wo­kół mo­ich nóg.

– Spło­szy­li­ście ryby.

– Ja­kie ryby? – za­py­tała z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Lina, w ta­kiej wo­dzie na­wet bez ma­ski mo­żesz do­strzec nie­które ryby, a wy je prze­stra­szy­li­ście. – Wie­dzia­łam, że dra­ma­ty­zuję, ale zde­ner­wo­wała mnie ta sy­tu­acja, poza tym Włosi obecni na plaży rów­nież wy­da­wali się nie­po­cie­szeni tym za­cho­wa­niem.

Przy­ja­ciółka spu­ściła nieco ra­miona, a na jej twa­rzy wi­dać było skru­chę.

– Prze­pra­szam, nie po­my­śla­łam.

Po­ki­wa­łam głową.

– W po­rządku.

Jest jedna rzecz, któ­rej nie lu­bię bar­dziej niż ha­łasu. Kon­flikty. Nie zno­szę ich. Dla­tego tak szybko, jak wda­wa­łam się w dys­ku­sję, tak szybko chcia­łam za­my­kać dany te­mat.

Dante przy­glą­dał mi się z za­cie­ka­wie­niem. Zwró­ci­łam uwagę na to, że za­ci­snął szczękę, gdy nasi zna­jomi wpa­ro­wali do wody, ale zu­peł­nie nie ro­zu­mia­łam spoj­rze­nia, któ­rym mnie wła­śnie ob­da­rzał. Co ja ta­kiego zro­bi­łam?

– In­te­re­su­jące – mruk­nął tak, że tylko ja go usły­sza­łam.

Chcia­łam za­py­tać, co tak bar­dzo go za­in­te­re­so­wało, ale przy­ja­ciele wsko­czyli po­mię­dzy nas i znik­nęli pod wodą, aby spró­bo­wać do­tknąć dna.

Wpa­try­wa­łam się przed sie­bie, roz­kła­da­jąc to jedno słowo na czynniki pierw­sze, ale wciąż nic z tego nie ro­zu­mia­łam.

13  Ko­cha­nie.

14Toto Cu­tu­gno, L’Ita­liano, 1983.

5

Ame­lia

Droga do Enny wiła się nie­skoń­czo­nymi za­krę­tami. Enna to naj­wy­żej po­ło­żone mia­sto na Sy­cy­lii, więc w su­mie nie po­winno mnie to dzi­wić. Za każ­dym za­krę­tem krył się nieco inny kra­jo­braz – raz ka­wa­łek tur­ku­so­wego mo­rza, raz pa­górki spa­lone słoń­cem. Mia­łam wra­że­nie, że wkra­czam do zu­peł­nie in­nej kra­iny. Wi­doki za­pie­rały dech w piersi, ale nie chcia­łam się zbyt­nio roz­glą­dać, bo stre­so­wały mnie te za­wi­jasy. Dało się też od­czuć wy­so­kość, na któ­rej się znaj­do­wa­li­śmy, bo co ja­kiś czas za­ty­kało nam uszy.

– Nie­sa­mo­wite, że lu­dzie tu miesz­kają. Te wi­doki są obłędne. – Nie kry­łam za­chwytu.

– Tylko że nic tu nie ma – ma­ru­dziła Lina.

– Ale jest ci­sza i spo­kój – ode­zwał się Dante.

Za­sko­czyło mnie jego na­głe za­an­ga­żo­wa­nie w roz­mowę, ale w du­szy przy­zna­łam mu ra­cję.

– Nuda.

Prze­wró­ci­łam oczami, choć ką­ciki mo­ich ust drgnęły mi­mo­wol­nie. Lina i An­to­nio po­trze­bo­wali wielu bodź­ców, więc za­szy­cie się w tak ci­chym miej­scu mo­gło być dla nich trudne. Ro­zu­mia­łam to, cho­ciaż sama uwiel­bia­łam taki kli­mat. I mimo że po­do­bało mi się gło­śne i tęt­niące ży­ciem Pa­lermo, to cie­szy­łam się na myśl o spę­dze­niu czasu w nieco spo­koj­niej­szej En­nie.

– Okay, mamy tylko je­den dzień w En­nie, więc go nie zmar­nujmy – po­wie­dział An­to­nio. – Mu­simy zo­ba­czyć sta­rówkę i za­mek.

– Mają tu za­mek? – oży­wi­łam się.

– Nie miej wy­gó­ro­wa­nych ocze­ki­wań. Mają to, co zo­stało z zamku.

To było nie­istotne. Uwiel­bia­łam zamki, ru­iny zam­ków i ja­kie­kol­wiek po nich po­zo­sta­ło­ści, a także le­gendy z nimi zwią­zane.

Lina wes­tchnęła.

– Ama musi zo­ba­czyć każdy za­mek.

– Se­rio? – zdzi­wił się An­to­nio. – Dla­czego?

– Bo je uwiel­bia! Kie­dyś cią­gnęła mnie na ja­kąś górę tylko po to, żeby zo­ba­czyć ścianę cze­goś, co kie­dyś niby było zam­kiem. Po­wiedz, pro­szę, że tu­taj nie bę­dziemy się tak wspi­nać. – Rzu­ciła mu spoj­rze­nie pełne na­dziei.

– Nie bę­dziemy.

– Och, cu­dow­nie. – Ulga w jej gło­sie była bar­dzo wy­raźna.

– Ale w Mus­so­meli już tak – wtrą­cił Dante.

– „Musso” co?

– W Mus­so­meli.

– A wła­ści­wie to dla­czego ja nie sie­dzę z przodu?! – obu­rzył się na­gle An­to­nio. – Je­stem prze­cież kie­row­ni­kiem tej wy­cieczki.

Dante ode­tchnął, jakby roz­ma­wiał z nie­sfor­nym dziec­kiem i mu­siał uzbroić się w do­dat­kową cier­pli­wość, żeby wy­tłu­ma­czyć mu coś po raz enty.

– Bo zgu­bi­łeś się w mie­ście ro­dzin­nym.

– Ale…

– Ta­kim, które ma tylko jedną ulicę.

– Ja…

– W któ­rym prze­by­wa­łeś przez całe dzie­ciń­stwo.

– To nie…

– I to nie raz, a trzy razy.

An­to­nio wes­tchnął.

– Może mo­gło mi się zda­rzyć raz czy dwa.

– A nie trzy? – wtrą­ciła Lina.

Na­dą­sany An­to­nio skrzy­żo­wał ra­miona.

– E tu, Lina?15

Ku jego nie­za­do­wo­le­niu wszy­scy się za­śmia­li­śmy.

*

Miesz­ka­li­śmy bli­sko miej­sca, z któ­rego roz­ta­czała się nie­sa­mo­wita pa­no­rama wy­spy. Z tej wy­so­ko­ści wi­dzie­li­śmy mia­steczka, pola, drogi i auta mniej­sze niż mrówki. By­łam pod wra­że­niem, że udało mi się tu wje­chać, bo z tej per­spek­tywy droga nie pre­zen­to­wała się naj­le­piej.

– Py­ta­nie. – Lina pod­nio­sła rękę. – Jak ci lu­dzie ro­bią za­kupy?

– W oko­licy jest sklep, a je­śli mają po­trzebę, jadą do in­nego mia­sta.

– Hm, ale nie wy­gląda na to, żeby mieli ko­mu­ni­ka­cję miej­ską.

Dante za­śmiał się pod no­sem, na co szturch­nę­łam go łok­ciem w że­bra. Chło­pak zgiął się lekko, co przy­ję­łam z nie­małą sa­tys­fak­cją. Tylko ja mogę się na­bi­jać ze swo­jej przy­ja­ciółki i vice versa.

– Nie je­ste­śmy przy­zwy­cza­jone do braku ko­mu­ni­ka­cji, więc w su­mie też je­stem cie­kawa.

– W zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści mają auta. Trudno po­ru­szać się po wy­spie bez sa­mo­chodu – wy­ja­śnił An­to­nio.

– W ta­kim ra­zie jesz­cze bar­dziej do­ce­niam mia­sto – po­wie­działa Lina.

– Chodźmy da­lej. Przej­dziemy się aż do zamku.

Z eks­cy­ta­cji nie­mal kla­snę­łam w dło­nie.

Chło­pacy szli z przodu, a my z Liną zo­sta­ły­śmy tro­chę bar­dziej z tyłu. Wzięła mnie pod rękę i ra­zem po­dzi­wia­ły­śmy uroki Enny.

– Więk­szość miejsc jest po­za­my­kana. – Słusz­nie za­uwa­żyła przy­ja­ciółka.

– I nie wia­domo, czy na stałe, czy z po­wodu sje­sty16 – do­da­łam.

– No tak, sje­sta. Pol­ska mnie roz­pie­ściła. Sklep otwarty w ciągu dnia. Coś pięk­nego.

Przy­zna­łam jej ra­cję.

– Czy ja za­uwa­ży­łam nić po­ro­zu­mie­nia mię­dzy tobą i Pa­nem Gbu­rem? – Po­ru­szyła kon­spi­ra­cyj­nie brwiami.

– Mną i Pa­nem Gbu­rem?

– Tak, no wiesz, tym cho­dzą­cym grze…

Uci­szy­łam ją, bo Dante od­wró­cił się w na­szą stronę. Mo­dli­łam się, żeby nie sły­szał tego dia­logu, ale tylko de­li­kat­nie uniósł lewy ką­cik ust, jakby za­mie­rzał się uśmiech­nąć. Nie po­do­bało mi się to.

– Ru­mie­nisz się – wy­śpie­wała Lina.

– Nie. Prze­stań.

– Do­bra, już do­bra, ale mu­sisz przy­znać, że nie jest taki zły.

– Zde­cy­do­wa­nie za mało go znam, żeby coś są­dzić na jego te­mat. Może poza tym, że za­cho­wuje się jak wrzód na tyłku.

– Ale jaki piękny wrzód – mó­wiła roz­ma­rzona.

– Czyś ty osza­lała? Je­śli tak bar­dzo ci się po­doba, to sama się nim za­in­te­re­suj.

Przez chwilę roz­wa­żała moje słowa.

– Nie jest w moim ty­pie. Pre­fe­ruję blon­dy­nów.

No tak.

– Po­doba mi się po­mysł tej ob­jaz­dówki.

– Mnie też – przy­zna­łam. – Cie­szę się, że zo­ba­czymy tak duży ka­wa­łek wy­spy.

Mi­nę­li­śmy ko­ściół i do tej pory je­dyny otwarty bar. Droga cały czas pro­wa­dziła przy sta­rych ka­mie­niach. W En­nie było bar­dzo ci­cho, wręcz zbyt ci­cho jak na tę porę – mia­sto spra­wiało wra­że­nie wy­lud­nio­nego, ale wszy­scy po pro­stu skryli się w do­mach. Chło­nę­łam ten stan.

Za­mek znaj­do­wał się na sa­mej gó­rze i nie dość, że by­li­śmy tak wy­soko nad po­zio­mem mo­rza, to sama bu­dowla była do­dat­kowo usy­tu­owana na ko­lej­nej skale. Na­wet je­śli były to głów­nie po­zo­sta­ło­ści zamku, to i tak ro­biły wra­że­nie.

– To jest nie­sa­mo­wite – po­wie­dzia­łam.

An­to­nio od­wró­cił się z szel­mow­skim uśmie­chem.

– To jesz­cze nic.

Unio­słam brwi ze zdzi­wie­nia. By­łam nie­zwy­kle cie­kawa, o czym mówi.

Nie­da­leko zamku do­strze­głam ogromną skałę.

– To Skała Ce­rery, czyli rzym­skiej bo­gini we­ge­ta­cji i uro­dzaju. Po­dobno kie­dyś była tu świą­ty­nia ku jej czci. Tak, do­brze zga­dli­ście, bu­dowla mie­ściła się oczy­wi­ście na skale.

Do miej­sca daw­nej świą­tyni pro­wa­dziła ścieżka. Wpraw­dzie trzeba było się tro­chę wspiąć, ale droga nie była długa – i całe szczę­ście, bo Lina już te­raz po­sy­łała mi mor­der­cze spoj­rze­nia. Ta dziew­czyna zde­cy­do­wa­nie nie na­le­żała do mi­ło­śni­czek spa­ce­rów.

– Wi­dać stąd całą Ennę – wy­ja­śnił An­to­nio.

Chło­pacy wspięli się pierwsi i te­raz po­da­wali nam ręce. An­to­nio po­mógł Li­nie, a Dante… mnie. Spoj­rza­łam mu w oczy i przez chwilę się za­wa­ha­łam. Ich barwa przy­po­mi­nała roz­pusz­czoną cze­ko­ladę. Ża­ło­wa­łam, że zdjął oku­lary i za­wie­sił je na ko­szuli, bo ta nie­bez­piecz­nie się mu…

– Nie gryzę – wark­nął ni­sko, czym przy­po­mniał mi, że po­win­nam się pod­cią­gnąć.

Czu­łam, jak pą­so­wieją mi po­liczki, więc szybko uję­łam jego dłoń i pu­ści­łam od razu, gdy tylko zna­la­złam się na skale.

Po­trze­bo­wa­łam dy­stansu.

Ob­ró­ci­łam się w kie­runku, o któ­rym wspo­mi­nał An­to­nio, i onie­mia­łam. Przede mną ma­lo­wało się mia­sto zbu­do­wane na skale, a róż­nica wy­so­ko­ści ro­biła ogromne wra­że­nie. Nie mo­głam wyjść z po­dziwu, że ktoś kie­dyś po­wie­dział: „Ej, wi­dzisz tę skałę? Może zbu­du­jemy tam mia­sto?”, a po­tem po­sta­wili za­mek i jesz­cze świą­ty­nię. Na­prawdę nie­sa­mo­wite.

– Robi wra­że­nie… – szep­nę­łam.

Zwie­dza­nie do­star­czyło mi tylu emo­cji, że zu­peł­nie za­po­mnia­łam o Dan­tem sto­ją­cym tuż obok. Przy­glą­dał mi się w taki spo­sób, że po­czu­łam się… dziw­nie. Wręcz świ­dro­wał mnie spoj­rze­niem i do­słow­nie czu­łam się jak za­hip­no­ty­zo­wana. Nie mo­głam ra­cjo­nal­nie tego wy­tłu­ma­czyć, ale trudno było od­wró­cić wzrok. Zu­peł­nie tak, jakby przy­cią­gał mnie nie­wi­dzialny ma­gnes. I wcale mi się to nie po­do­bało.

– Pięk­nie tu, co nie? – An­to­nio pod­szedł i wziął nas w niedź­wie­dzi uścisk, tym sa­mym prze­ry­wa­jąc to oso­bliwe za­klę­cie. – Enna wy­daje się ma­gicz­nym miej­scem, a do­piero zo­ba­czy­cie, jak wy­gląda wie­czo­rem.

– Jesz­cze raz pój­dziemy tak da­leko?

Za ple­cami usły­sze­li­śmy głos Liny, na co wraz z An­to­niem wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem.

15  A ty, Lina?

16  „Sje­sta” jest okre­śle­niem ty­powo hisz­pań­skim, we Wło­szech funk­cjo­nują ter­miny pausa pranzo oraz ri­poso. Bo­ha­te­ro­wie książki będą się jed­nak po­słu­gi­wać okre­śle­niem „sje­sta”, aby uła­twić zro­zu­mie­nie tek­stu.

6

Ame­lia

Ulice były nie­malże pu­ste. I to by było na tyle, je­śli cho­dzi o za­kła­da­nie, że wie­czo­rem w mia­steczku po­jawi się wię­cej osób. W po­wie­trzu czuć było jesz­cze cie­pło, które po­woli jed­nak ustę­po­wało za­cho­dzą­cemu słońcu i chło­dowi wie­czoru. Nie­które re­stau­ra­cje do­piero te­raz za­czy­nały się otwie­rać, a lu­dzie nie­spiesz­nie się do nich scho­dzili. Włosi za­sia­dali do ko­la­cji bar­dzo późno. Nie mo­głam zro­zu­mieć, jak można jeść tak ciężki po­si­łek po dwu­dzie­stej, ale naj­wy­raź­niej im to nie prze­szka­dzało.

Na głów­nym placu, przy ko­ściele, za­pa­lono la­tar­nie, które rzu­cały oso­bliwe, żół­to­po­ma­rań­czowe świa­tło – dzięki nim mia­sto wy­da­wało się jesz­cze bar­dziej ma­gicz­nym miej­scem. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym prze­nio­sła się w cza­sie.

Lina i An­to­nio bie­gali od le­wej do pra­wej i ro­bili so­bie zdję­cia. Pod ko­ścio­łem, na scho­dach, na placu i przy mu­zeum. W tym cza­sie Dante i ja kon­ty­nu­owa­li­śmy drogę do zamku. Ulica, którą szli­śmy, była po­grą­żona w nie­mal cał­ko­wi­tej ci­szy. Do­cie­rały do mnie je­dy­nie od­le­głe roz­mowy i szu­ra­nie bu­tów przy­ja­ciół.

– W Pa­lermo nie ma ta­kiej ci­szy.

Nie spo­dzie­wa­łam się, że Dante roz­pocz­nie roz­mowę.

– To prawda. Dużo tam… wszyst­kiego.

– Nie przy­pa­dło ci do gu­stu?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie o to cho­dzi. Po pro­stu jest inne. Gło­śniej­sze, bar­dziej ko­lo­rowe i róż­no­rodne. Nie spo­sób po­rów­nać go z tym miej­scem. Enna jest… spo­kojna i oto­czona ja­kąś aurą.

– Aurą? – Uniósł brwi ze zdzi­wie­nia.

Uśmiech­nę­łam się lekko.

– No wiesz, tak się mówi. W tym przy­padku po­wie­dzia­ła­bym, że to ma­giczna aura.

Męż­czy­zna przy­glą­dał mi się z za­cie­ka­wie­niem.

– „Ma­giczna aura” – po­wtó­rzył.

Spoj­rza­łam na niego, jakby bra­ko­wało mu pią­tej klepki. Czego tu nie ro­zu­mieć?

– Wy­obra­żam so­bie, że mo­głyby po­wstać hi­sto­rie na te­mat ma­gicz­nych istot miesz­ka­ją­cych w tym mia­steczku. Może na­wet wró­żek i… – urwa­łam na wi­dok jego miny. Pa­trzył na mnie tak… wni­kli­wie. Po­czu­łam, że po­zwo­li­łam so­bie na zbyt wiele, więc wo­la­łam się już nie od­zy­wać.

– Do­kończ, pro­szę – po­wie­dział ła­god­nie.

Nie sły­sza­łam jesz­cze, żeby zwra­cał się do mnie w taki spo­sób, ale… Rany! Spodo­bało mi się to.

Nie. Wcale mi się to nie po­doba.

– Nic. Nic nie mó­wi­łam – ucię­łam. Nie chcia­łam kon­ty­nu­ować te­matu, bo zro­biło mi się głu­pio. On jed­nak wy­glą­dał, jakby na­prawdę chciał usły­szeć tę durną hi­sto­rię o wróż­kach, i to wła­śnie spra­wiło, że jesz­cze bar­dziej się za­mknę­łam.

Czu­łam, że moja twarz na­biera ru­mień­ców, co przy sza­rych oczach i ni­ja­kim blon­dzie bar­dzo rzu­cało się w oczy. Nie cier­pia­łam tego! Ile­kroć się za­wsty­dzę, zde­ner­wuję czy choćby bar­dziej ro­ze­śmieję, za­wsze koń­czę jak bu­rak. Można ze mnie czy­tać jak z otwar­tej księgi.

Szłam i pa­trzy­łam pod nogi. Ogól­nie ro­bi­łam wszystko, byle tylko na­sze spoj­rze­nia się nie spo­tkały.

– Lu­bisz mieć kon­trolę, prawda? – spy­tał w końcu.

Tak bar­dzo za­sko­czył mnie tym py­ta­niem, że od­wró­ci­łam się w jego stronę i pra­wie po­tknę­łam o wy­sta­jącą kostkę. Szo­ro­wa­ła­bym te­raz twa­rzą po pod­ło­dze, gdyby nie wielka, silna dłoń, która chwy­ciła moje przed­ra­mię.

Cie­pło roz­le­wało się nie tylko po mo­jej twa­rzy, ale i we­wnątrz ciała. Serce roz­po­częło szybki bieg i zda­wało się kłó­cić o coś z umy­słem. Nie ro­zu­mia­łam, co się ze mną dzieje.

Dante nie­ustan­nie wpa­try­wał się we mnie ciem­nymi oczami, które o tej po­rze wy­glą­dały tak, że nie spo­sób było za­uwa­żyć jego źre­nic. Oczy ciemne jak noc uwię­ziły mnie ni­czym za­kład­nika. Po chwili jed­nak chło­pak się otrzą­snął i pu­ścił moją rękę. Nie­przy­jemny chłód na­gle owiał miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed se­kundą czu­łam do­tyk mę­skiej dłoni.

– Dzię­kuję – wy­mam­ro­ta­łam.

– Mu­sisz pa­trzeć pod nogi – rzu­cił pod no­sem i ru­szył przed sie­bie.

Do­słow­nie w tym mo­men­cie ktoś wsko­czył na moje plecy, co nie­mal do­pro­wa­dziło mnie do za­wału. Była to oczy­wi­ście Lina.

– Co tam, Ama? Czemu sto­isz sama po­środku… – Ro­zej­rzała się po pu­stej dro­dze. – Cóż, ni­czego? Gdzie nasz przy­ja­ciel Dante?

Od­wró­ci­łam się w jej stronę.

– Dante po­szedł tam. – Wska­za­łam kie­ru­nek. – A ja się po pro­stu roz­glą­da­łam.

– Aha, roz­glą­da­łaś się. Na pu­stej dro­dze – mó­wiła z prze­ką­sem. – No do­bra.

An­to­nio miał ra­cję. Za dnia to miej­sce wy­glą­dało ba­jecz­nie, ale nocą oświe­tlony za­mek przy­pra­wiał o za­wrót głowy. Sta­łam onie­miała i przy­glą­da­łam się wieży i mu­rom obron­nym. Były żyw­cem wy­jęte z in­nej epoki i czu­łam, że mają nie­złą hi­sto­rię do opo­wie­dze­nia.

– Można go zwie­dzać, ale po­my­śla­łem, że mo­żemy tu przyjść ju­tro przed wy­jaz­dem – za­pro­po­no­wał An­to­nio.

– Ko­niecz­nie – wy­szep­ta­łam.

Zdję­łam apa­rat z ra­mie­nia, usta­wi­łam od­po­wied­nio ostrość i zro­bi­łam kilka zdjęć. Chcia­łam za­cho­wać ten wi­dok na dłu­żej, ale jed­no­cze­śnie by­łam świa­doma, że żadna fo­to­gra­fia nie odda uczu­cia, które to­wa­rzy­szyło mi w tej chwili.

– O! O! Zrób mi zdję­cie! – Lina wbie­gła przed apa­rat.

Po­krę­ci­łam głową z uśmie­chem i pstryk­nę­łam jej kilka fo­tek.

– Dzię­kuję. – Dy­gnęła przede mną i do­łą­czyła do chło­pa­ków, któ­rzy zmie­rzali już w kie­runku Skały Ce­rery.

Po­dą­ży­łam za nimi, ale coś mnie tknęło, aby od­wró­cić się raz jeszcze. Nie po­ża­ło­wa­łam – za mo­imi ple­cami roz­cią­gała się pa­no­rama wy­spy. Go­łym okiem wi­dzia­łam więk­sze sku­pi­ska do­mów, małe mia­steczka pełne żół­to­po­ma­rań­czo­wych lam­pek, gdzie­nie­gdzie dało się do­strzec po­je­dyn­cze źró­dła świa­tła. Ten wi­dok przy­po­mi­nał od­bi­cie noc­nego nieba na ziemi.

Lina już wspi­nała się na skałę, więc gdy tylko na­sy­ci­łam wzrok, po­szłam w jej ślady. An­to­nio po­mógł ku­zynce wdra­pać się na górę, a Dante… Dante dep­tał mi po pię­tach.

– O rany – szep­nęła Lina.

An­to­nio po­dał mi rękę i już po chwili zro­zu­mia­łam, co tak bar­dzo za­chwy­ciło przy­ja­ciółkę.

– Rze­czy­wi­ście, rany… – przy­zna­łam.

Enna była cała oświe­tlona.

– Wow. Robi wra­że­nie. – Lina wresz­cie prze­stała ma­ru­dzić.

Spis treści

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Ame­lia

Dante

Ame­lia

EPI­LOG

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Czy to ko­niec?