Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Miały być reset i cytrynowa granita. Wyszło zderzenie z huraganem o imieniu Dante.
Amelia wyjechała na Sycylię, by odciąć się od problemów i odnaleźć siebie. Ostatnie, czego potrzebowała, to zrzędliwy, intrygujący facet, z którym wspólna objazdówka po wyspie oznacza spędzanie razem każdej, nawet najkrótszej chwili w ciasnym aucie.
Z każdym gorącym, sycylijskim dniem i każdą duszną nocą granica między niechęcią a przyciąganiem zaczyna się zacierać. Walczą ze sobą, z własnym strachem i z niedopowiedzeniami, które gromadzą się jak chmury burzowe nad wyspą. Sycylia miała być tylko bezpiecznym przystankiem, ale w drodze i w cieniu dymiącego wulkanu żadne zasady już nie obowiązują.
Zmiana perspektywy to jedno. Pytanie, czy Amelia jest gotowa na zmianę całego swojego życia dla jednego, letniego romansu, który wymknął się spod kontroli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 341
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: „Andiamo, Amore”
Autorka: Tina J. Hyde
Redakcja i korekta: Klaudia Karkowska (przychodniajezykowa.pl)
Przygotowanie wydania elektronicznego: Izabela Sobolewska
Projekt okładki: Oliwia Potoczna (@littlebookishart)
Copyright © 2026 by Tina J. Hyde
ISBN 978-83-976432-3-9
Wszelkie prawa zastrzeżone
Toruń 2026
Dla tych, którzy choć raz pomyśleli
o rzuceniu wszystkiego i ucieczce w nieznane.
Ta książka jest dla Was.
Oderwijcie się od codzienności.
Płuca paliły niemiłosiernie. Nie czułam też nóg i bałam się, że moja twarz lada moment spotka się z podłogą. W lewej ręce trzymałam paszport i wymachiwałam nim jak wariatka, prawą zaś ciągnęłam walizkę. Miałam dokładnie dziesięć minut, żeby przejść kontrolę bezpieczeństwa i dobiec do odpowiedniego gate’u.
– Dobrze… że… – dyszała moja przyjaciółka – zaczęłam… chodzić na ten… aerobik.
– Wiesz, że kupno karnetu nie równa się uczęszczaniu?
Spojrzała na mnie z nieskrywaną irytacją.
– Musisz, Ama? Naprawdę?
Zachichotałam.
Po chwili opróżniałyśmy już kieszenie przed kontrolą bezpieczeństwa.
– Nareszcie – wysapała Lina. – Jak dobrze, że nie ma kolejki.
Na razie miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu. Moja najukochańsza, ale jakże niezorganizowana przyjaciółka zapomniała, że powinna była spakować się wczoraj, dlatego jeszcze godzinę temu latała po mieszkaniu jak rażona piorunem i zgarniała absolutnie wszystko, co wpadło jej w ręce. I nie sądzę, żeby choć połowa tych rzeczy przydała jej się na Sycylii. Ja natomiast byłam spakowana od dwóch dni i z niecierpliwością czekałam przy drzwiach, aby móc wreszcie jechać na lotnisko.
Korki w mieście wcale nie polepszyły całej sytuacji.
– Paski, telefony i zegarki tutaj. – Pani przeprowadzająca kontrolę wskazała kosz na taśmie. – I proszę wyjąć płyny – dodała.
W ekspresowym tempie zrobiłam, co kazała, i już po chwili znajdowałam się po drugiej stronie pikacza. Tak, pikacza. A przynajmniej ja nazywam tak w myślach to ustrojstwo.
Patrzyłam, jak Lina miota się z paskiem, w duszy ją przeklinając. Dziewczyna wrzuciła go do kosza i przeszła przez skaner. Poszło jej niezwykle szybko. Spakowałyśmy wszystko na odczepnego i rzuciłyśmy się biegiem do bramki.
Lina dyszała jak lokomotywa. Bałam się, że zaraz wywiesi białą flagę i oznajmi, iż nigdzie nie leci.
Byłam wdzięczna wszystkim bóstwom, że to lotnisko nie było zbyt duże. W oddali zaczął majaczyć nasz gate, ale…
– O nie… – szepnęłam i zwolniłam kroku.
– Co, co?! – wykrzyknęła Lina.
Przy bramce nie było nikogo.
– Odlecieli. Już nikogo tam nie ma. – Moje ramiona opadły.
Wiedziałam, że trzeba było wyjść wcześniej. Właśnie dlatego zawsze wszystko skrupulatnie planuję i prawie nigdy się nie spóźniam. Jeśli się planuje, to…
– Ama, uspokój się – powiedziała Lina. – Widzę te twoje trybiki i niechęć do mnie w oczach. Tym razem ci wybaczę, bo spieprzyłam i cię kocham, ale nikt nie odleciał, spójrz. – Wskazała palcem tablicę, na której wielkimi, czerwonymi literami napisano: DELAYED.
Samolot miał wystartować dopiero o 14:50, a nie o 14:20.
Natychmiast poczułam ogromną ulgę. Aż musiałam usiąść z powodu tych wszystkich emocji.
– O jeny, jak dobrze – mruknęłam.
– Widzisz? – uśmiechnęła się. – Wszystko jest pięknie, Ama, niczym się nie przejmuj.
Lina wychowywała się głównie w Polsce, ale jej rodzice byli Włochami. To południowe podejście czasami mnie osłabiało. Nie rozumiałam, jak można się nie stresować, choć oczywiście nieraz jej tego zazdrościłam.
Poznałyśmy się na studiach. Pierwszego dnia, kiedy jeszcze nikogo nie znałam, zgubiłam się na terenie kampusu. Spóźniona biegłam na zajęcia i niechcący wpadłam (i to dosłownie!) na Linę, a na domiar złego wylałam na nią sok pomarańczowy. Większość ludzi by się oburzyła, ale nie ona. Powiedziała, że pomarańcze przypominają jej dom i w zasadzie to plama jej nie obchodzi. Tak bardzo mnie tym zszokowała, że jakoś tak naturalnie zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. I właśnie wtedy rozpoczęła się nasza relacja, która trwa do dziś.
– Nie mogę się doczekać – trajkotała. – Palermo jest cudowne! Zobaczysz, spodoba ci się. Jest głośne i pełne kontrastów, takie… żywe!
Byłam zakochana we Włoszech i miałam wrażenie, że wszystkie rzeczy, które normalnie by mi nie odpowiadały, tam traciły znaczenie. Moja odporność na stres zwiększała się magicznie na włoskiej ziemi.
– O, popatrz. Zaczynają boarding. – Lina wstała i zgarnęła swoje rzeczy. Była gotowa, aby udać się do samolotu.
– No to zaczynajmy przygodę – powiedziałam i ruszyłam za nią.
Włochy przywitały nas dusznym, ciężkim powietrzem i słońcem, dla którego moje okulary przeciwsłoneczne nie stanowiły żadnej przeszkody. Kiedy pierwsze promienie dosięgły mojej skóry, poczułam, jak wstępuje we mnie pozytywna energia.
Lotnisko mieściło się stosunkowo niedaleko miasta, więc zaledwie kilkanaście minut później kroczyłyśmy brukowanymi uliczkami Palermo. Odgłos walizek dudniących o podłoże sprawiał, że czułam się jak typowa turystka, choć zapewne i tak zdradzały to moje włosy w odcieniu ciemnego blondu i jasna cera. W powietrzu unosił się zapach cytrusów, a żar lejący się z nieba cudownie rozgrzewał moją skórę tak bardzo spragnioną słońca.
– Powiedział, że będzie czekał przy Quattro Canti, bo „tam na pewno nas znajdziecie”. – Zrobiła w powietrzu znak cudzysłowu, jednocześnie patrząc w telefon.
Normalnie to ja byłabym naszym przewodnikiem, uznałam jednak, że skoro Lina zna te rejony, to sobie poradzi. Z każdym krokiem wątpiłam w to coraz bardziej, ale gdy widziałam, co mnie otacza, równie dobrze sama mogłam się zgubić.
– „Nas”? – spytałam.
– Tak powiedział.
Zmarszczyłam brwi.
– Nie umawiałaś się tylko z nim?
Lina wzruszyła ramionami.
– Tak, tylko z nim, ale nic się nie martw. Może po prostu włoska ekipa chce nas przywitać – odparła z uśmiechem na twarzy.
Szłyśmy zatłoczoną ulicą, przez co ciągnięcie za sobą walizek było dość niewygodne, ale mapa wskazywała, że zbliżamy się do miejsca spotkania. Wiedziałam, że nie należy oceniać tak szybko, ale na razie bardzo mi się tu podobało. Uwielbiałam włoskie kamienice, nawet jeśli były nadgryzione zębem czasu, a Włosi potrafili odnawiać je w taki sposób, że nie szpeciło to krajobrazu ani zbytnio się nie wyróżniało.
– O! Popatrz! – Lina wskazała palcem ogromną fontannę. Była ogrodzona barierkami i nie dało się podejść bliżej, ale była naprawdę piękna. Postaci wykute w białym materiale wyglądały jak żywe. – Tu obok jest Quattro Canti – dodała.
Po chwili weszłyśmy na plac. Quattro Canti to wyjątkowe miejsce łączące cztery historyczne dzielnice miasta. To tam krzyżują się dwie główne ulice Palermo – Via Maqueda oraz Corso Vittorio Emanuele. Mówi się, że plac wychodzi na cztery strony świata, a rzeźby ustawione w półkolistych niszach symbolizują cztery pory roku, cztery rzeki i cztery postaci, o których niestety nic nie pamiętam. To tyle z lekcji historii. Stanęłam na środku, tak aby wszystkie cztery strony znajdowały się mniej więcej w tej samej odległości ode mnie, i spojrzałam w górę. Fasady czterech budynków wznosiły się nade mną, a za nimi rozciągało się błękitne niebo. Moja artystyczna dusza zapiała z zachwytu.
– Super, co? – Lina stanęła za mną.
Uśmiechnęłam się.
– Catalina!
Zza pleców dobiegł nas męski głos, a gdy się odwróciłyśmy, ujrzałyśmy mężczyznę idącego w naszym kierunku. Wyglądał bardzo młodo i miał przyjazny uśmiech. Przez ciemne okulary nie widziałam jego oczu, ale czułam, że się polubimy.
– Antonio! Come stai, cugino?1
Język włoski brzmi pięknie, ale rozumiałam jedynie kilka słów.
– Bene2 – odparł i pocałował Linę w oba policzki.
– Antonio, to moja przyjaciółka Amelia. Ama, to Antonio, mój kuzyn.
Wyciągnęłam rękę do chłopaka dokładnie w tym samym momencie, w którym on już całował moje policzki. Zdziwiłam się nieco tą bezpośredniością, ale szybko zdałam sobie sprawę, że dla nich to normalka. Starałam się nie dać po sobie niczego poznać i po prostu odwzajemniłam gest.
– Ama, piacere3.
– Ciebie również, Antonio – odpowiedziałam po angielsku.
Odsunęłam się i stanęłam obok przyjaciółki.
– No dobra! To co… – zaczęła Lina, ale przerwało jej chrząknięcie.
Antonio odsunął się, a przed nami stanął najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego widziałam. Słowo. I, niestety, wyglądał dokładnie tak, jakby doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Poczułam, że Lina również zamiera.
– To jest Dante. Mój przyjaciel – przedstawił kolegę Antonio.
Dante był wysokim, postawnym mężczyzną. Ciemne włosy swobodnie opadały na jego czoło, a na twarzy, na ostrej linii żuchwy – nie żebym się przyglądała – rysował się kilkudniowy, ciemny zarost. Miał na sobie granatową, lnianą koszulę, która doskonale podkreślała umięśnioną sylwetkę.
No dobra… Może jednak trochę się przyglądałam.
– Dante, miło cię poznać. Jestem Lina. – Przyjaciółka otrząsnęła się szybciej niż ja i już wymieniała się buziakami z naszym nowym znajomym.
Odsunęła się, żebym również mogła się przywitać, ale wtedy Dante wyciągnął do mnie dłoń. Spojrzałam na nią jak na coś dziwnego. Była duża, większa od mojej, byłam pewna, że gdyby się spotkały, okazałoby się, że…
– Trzeba ją uścisnąć – powiedział chłodno.
Nie miał akcentu. Mówił bezbłędnym angielskim. Trochę mnie to zszokowało, choć nie tak bardzo jak jego nieprzyjemny ton.
Otrząsnęłam się, wyprostowałam i mocno uścisnęłam dłoń wyciągniętą w moim kierunku.
– Amelia – rzuciłam jedynie.
Chłopak nawet nie mrugnął. Nie widziałam jego oczu, bo podobnie jak Antonio miał na nosie ciemne okulary. Można było odnieść wrażenie, jakby zupełnie nic go nie obchodziło. Skoro miał takie podejście, zastanawiałam się, co właściwie tu robił.
Nagle Antonio, zupełnie jakby czytał mi w myślach, wyjaśnił:
– Dante postanowił nam towarzyszyć na wyjeździe – oznajmił życzliwie.
– O! Świetnie – wyrwała się Lina. – Im więcej, tym weselej. To co? Gdzie uderzamy najpierw? Antonio, musisz nam pokazać absolutnie wszystkie perełki w Palermo. I mogłabym się napić drinka. Dobiega wieczór, więc w sumie możemy też coś zjeść – trajkotała podekscytowana.
– Zwolnij konie, cugina4. Najpierw zostawicie swoje rzeczy, a potem uderzymy w miasto.
Klasnęła w dłonie.
– Ale będzie zabawa, Ama!
Nie wiedziałam, co myśleć o tym wszystkim, a może raczej – co myśleć o tym chłodnym przywitaniu, ale w tym momencie postanowiłam to olać. Było ciepło i słonecznie, a przede mną rozpościerała się wizja całego miesiąca włoskiej przygody.
Tak, na pewno będzie ciekawie.
1 Jak się masz, kuzynie?
2 Dobrze.
3 Miło mi cię poznać.
4 Kuzynka.
Nasz apartament znajdował się w ścisłym centrum. Dostanie się do tej ruchliwej i zarazem głównej drogi, o której wcześniej wspominałam, zajmowało raptem pięć minut. Lina podekscytowała się jeszcze bardziej na myśl, że wszystkie knajpy i bary były dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Ze względu na brak okien pokój był dość ciemny, co zmusiło nas do zapalenia lampki, ale podejrzewałam, że to po to, aby w pomieszczeniu nie było zbyt gorąco. Najdziwniejsze było to, że pomimo lokalizacji panowała tam niezwykła cisza. Słychać było jedynie gości ciągnących za sobą walizki.
– Okay, co myślimy o Dantem? – spytała Lina w trakcie poszukiwania w torbie nie wiadomo czego. Kopała w niej tak, że wszystkie rzeczy miała już pogniecione. Nie mogłam na to patrzeć.
– Cóż… Nie był zbyt uprzejmy – przyznałam.
– Uprzejmy? Ama, biła od niego TA aura.
Zdziwiłam się.
– Jaka aura?
– Aura chodzącego grzechu – dodała z uśmiechem.
Przewróciłam oczami i postanowiłam zignorować uwagi przyjaciółki.
– Mówię ci, Ama. Facet ma ten błysk w oku – rozmarzyła się, ściskając w dłoni materiał. – Jak w filmach.
Kręciłam głową, szukając w międzyczasie czegoś stosownego na kolację.
– Mogłabym przysiąc, że widziałam między wami iskierki. Wiesz, ta energia była wręcz namacalna.
Ucisnęłam palcami nasadę nosa i westchnęłam głęboko.
– Lina, na miłość boską, oglądasz za dużo romansów…
– Nie ma czegoś takiego jak za dużo romansów – przerwała mi nadąsana.
– …i teraz wyobrażasz sobie niestworzone historie. Czy możemy, proszę, się ubrać i pójść coś zjeść?
Dziewczyna wygrzebała z torby pomarańczową sukienkę.
– Hm… Ta się nada – uznała i wyszła do łazienki.
Ja natomiast zdecydowałam się na białą sukienkę na cieniutkich ramiączkach. Podeszłam do lustra, aby ocenić swój wybór. Sukienka kończyła się w połowie ud, więc była dość krótka. Koronkowe zdobienia w pasie dodawały jej delikatności, sam materiał przypominał zaś koszulę. Składała się z kilku warstw, dzięki czemu nic nie prześwitywało, a jednocześnie była bardzo zwiewna, co w tej temperaturze było prawdziwym zbawieniem. Długie włosy postanowiłam spiąć klamrą. Wybrałam ciemnobeżową, bo taka najbardziej pasowała do koloru na mojej głowie. Całkowicie zrezygnowałam z makijażu – na wakacjach uwielbiam nakładać na twarz wyłącznie krem z filtrem, więc jedyne, co się na niej wyróżniało, to szare oczy i lekko różowe usta. Miałam bardzo jasną karnację i liczyłam na to, że uda mi się tu złapać trochę słońca, choć oczywiście ochrona skóry była dla mnie kluczowa.
– No. – Lina wymaszerowała z łazienki, wygładzając przy tym pomarańczową sukienkę, tak bardzo kontrastującą z moją. – Jesteśmy gotowe.
Dostrzegłam w tym pewną ironię. Lina była przebojowa i głośna, ja – raczej cicha, choć nie stroniłam od kontaktów z ludźmi. Wydawać by się mogło, że nie ma szans, aby dwa tak odmienne charaktery mogły się dogadać, a jednak była moją najlepszą przyjaciółką i bez wahania skoczyłabym za nią w ogień.
*
Godzinę później siedzieliśmy w restauracji. Otoczeni przechadzającymi się turystami w skupieniu studiowaliśmy menu. Do moich nozdrzy docierał zapach pizzy i czosnku i na samą myśl o tym, że zaraz miałam skosztować którejś z tych potraw, ślinka napływała mi do ust.
– Jestem taka głodna. – Lina założyła pasmo ciemnych włosów za ucho.
– Koniecznie musicie skosztować tutejszego deseru – przekonywał Antonio.
– Widzisz? – zwróciłam się do Liny. – A ze mnie się nabijałaś.
Antonio dalej nawijał o wszystkich deserach, które mają na Sycylii, a Dante w tym czasie siedział cicho. Dziwiła mnie jego postawa. Nie chciałam wyjść na ignorantkę, ale byłam przekonana, że Włosi są raczej… otwarci.
– Siete pronti?5 – Kelnerka pojawiła się znikąd.
Zauważyłam, że opanowali tę sztukę do perfekcji, bo wcześniej zupełnie niepostrzeżenie na stole wylądowała karafka z wodą.
– Sì6 – potwierdziła Lina. – Allora7, dla mnie będzie caponata di melanzane8, potem pasta alla norma9, a następnie polpette di sarde10 i kieliszek białego wina. – Zamknęła kartę i podała ją kelnerce.
Antonio pokiwał głową z uznaniem, a ja oniemiałam na myśl o ilościach jedzenia zamówionych przez przyjaciółkę.
– Ama? – Wskazał gestem, że teraz moja kolej.
Pokręciłam głową.
– Zamówcie, proszę, ja jeszcze myślę.
Albo raczej nie mam pojęcia, co zamówić, żeby nie było dziwnie.
– Jasne. W takim razie dla mnie panelle11 na przystawkę. – Wskazał palcem na Linę. – Wymienimy się, kuzynko.
Dziewczyna udała niezadowolenie.
– Pasta z sardynkami, a później tuńczyk.
Kelnerka spojrzała na Dantego.
– Risotto e basta, grazie12.
Tylko on zamówił jedno danie.
Gdy przyszła kolej na mnie, na twarzy kelnerki dało się dostrzec zniecierpliwienie.
Wiedziałam, że Włosi jadają przystawkę, dwa dania i jeszcze deser, ale nie miałam pojęcia, jak oni to robią! Ja już po jednym talerzu makaronu byłam pełna.
– Okay, to ja… – przełknęłam ślinę – poproszę pastę alla norma.
– Tylko to?
– I kieliszek białego wina.
Kobieta pokiwała głową i zanotowała zamówienie.
– Myślę, że każdy napije się wina – wtrącił Antonio.
Kelnerka zabrała wszystkie karty z naszego stolika, a następnie udała się w kierunku kuchni.
– Ama, kochanie, musisz się jeszcze wiele nauczyć – powiedziała Lina.
– Mam tylko jeden żołądek!
– Ja też, ale tutaj… – Wskazała gestem miasto. – Mam wrażenie, że limit się nie liczy.
Antonio przytaknął.
– Ama, to twój pierwszy raz w Palermo?
– Sì.
– Ogólnie we Włoszech – dodała Lina.
Antonio wyglądał na zafascynowanego.
– Fantastycznie. Miesiąc na tej wyspie jest tym, czego ci potrzeba.
– Tak też pomyślałam.
– Catalina tyle mi o tobie opowiadała, że czuję, jakbym już cię znał.
Zmarszczyłam nos.
– Nie wiem, czy chcę wiedzieć, co dokładnie usłyszałeś.
Chłopak machnął ręką.
– Nonsens. Mówiła w samych superlatywach. Podobno jesteś wziętą prawniczką.
– Bez przesady. – Rzuciłam przyjaciółce wymowne spojrzenie.
– Ama jest skromna. Tak naprawdę jest najlepsza w mieście. Nawet pisali o niej w gazecie.
– Warto mieć takie znajomości. – Antonio puścił do mnie oczko.
– Lepiej nie korzystać z moich usług.
– Racja.
– A ty, Dante? Czym się zajmujesz? – Lina spróbowała zagadnąć wciąż milczącego kolegę.
Mężczyzna siedział wygodnie na krześle. Miał szerokie barki, więc wypełniał dosłownie całą przestrzeń mebla.
Nie żebym się przyglądała.
– Jestem redaktorem naczelnym w duńskim wydawnictwie.
– O! To macie z Amą coś wspólnego.
Dante uniósł brwi i spojrzał w moim kierunku, jakby czekał na wyjaśnienie.
– Zajmuję się prawem autorskim. Kradzież książek i nie tylko.
– Może ktoś się po prostu inspirował. – Nonszalancko wzruszył ramionami.
Oniemiałam.
– To, że ktoś przejął czyjąś fabułę i nazwał ją własną, nie jest inspiracją, tylko kradzieżą.
– Czasem największe dzieła to kradzieże doskonałe. – Dodał i upił łyk wody.
Czułam, jak krew mnie zalewa.
– Wybacz. Niestety dawniej takie sytuacje się zdarzały. I nie jest to żadną tajemnicą.
– I właśnie dlatego jestem w takim, a nie innym miejscu, żeby nie dopuścić do takich sytuacji – ucięłam prędko.
Tym razem kelnerce nie udało się przemknąć niezauważalnie i odnotowaliśmy, że stawia przed nami kieliszki z winem oraz oliwę i chleb na zagryzkę.
Odetchnęłam głębiej. Już sięgałam po naczynie, aby upić łyk włoskiego trunku, gdy nagle moja przyjaciółka uniosła szkło i zawołała:
– Toast za wakacje!
Chciałam się stuknąć kieliszkami, ale tym razem przerwał mi Antonio, który pochylił się konspiracyjnie.
– W zasadzie mam pewien plan.
– Jaki plan? – Lina niemal podskoczyła na krześle.
– Proponuję, żebyśmy wynajęli auto i zrobili objazdówkę po wyspie. Palermo jest świetnym miastem, ale każde z pozostałych również ma coś do zaoferowania. Ułożyłem wstępny plan podróży i w zasadzie jestem gotów do drogi. – Błysnął białym uśmiechem i wyjął z kieszeni telefon, aby zademonstrować szczegóły. Zdecydowanie był bardziej zorganizowany niż Lina.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy na widok mapy.
– Antonio! – pisnęła. – To świetny pomysł! Ama, co myślisz?
W skupieniu przyglądałam się punktom zaznaczonym na mapie.
W międzyczasie Antonio snuł opowieści o pięknych plażach – czym, prawdę mówiąc, kupił mnie od razu – ale nie tylko, bo wyjaśnił też, że niektóre przystanki znalazłyby się gdzieś pośrodku wyspy albo prawie tysiąc metrów nad poziomem morza. Wspomniał o parkach archeologicznych i o klimatycznych miasteczkach, które moglibyśmy odwiedzić, a do tego nie mógł się nachwalić, jak cudowne jest odkrywanie wyspy w taki sposób.
Uwielbiałam prowadzić samochód, dlatego od razu poczułam dreszczyk ekscytacji na myśl o zwiedzaniu wyspy tym środkiem transportu.
– Myślę – zaczęłam – że to fantastyczny pomysł, Antonio. Jestem na tak.
– Yay! – Lina klasnęła w dłonie.
– Ale…
– O nie… – Przyjaciółka zmarkotniała.
Zaśmiałam się na widok jej miny.
– Chcę prowadzić – oznajmiłam.
Antonio zamrugał. Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś nie z tej ziemi.
– Chcesz prowadzić samochód TUTAJ?
– Tak, a co w tym dziwnego? – oburzyłam się. – Tylko mi nie mów, że masz stereotypowe podejście do tego tematu.
Byłam gotowa na kłótnię w obronie praw kobiet, a w rękawie miałam mnóstwo asów i…
Dante się zaśmiał.
On się zaśmiał!
Reakcja chłopaka totalnie wybiła mnie z wojowniczego nastroju.
– Nie! Ależ skąd – bronił się Antonio. – Zdecydowanie nie o to mi chodzi. Po prostu włoski styl jazdy cieszy się pewną… reputacją – wyjaśnił, jakby nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa.
– Niedopowiedzenie – mruknął Dante, który od początku wieczoru niemal nie wydał z siebie dźwięku. Głos miał niski i spokojny, a mnie z niewyjaśnionego powodu przeszył dreszcz.
– Jestem tego świadoma – przyznałam i skrzyżowałam ręce w obronnym geście.
Antonio wydął wargi.
– Cóż, w takim razie ja nie mam z tym problemu.
– Ja też nie – wtrąciła Lina. – Tak długo, jak to nie ja będę za kierownicą, może prowadzić każdy. – Upiła łyk wina.
Przenieśliśmy wzrok na Dantego, który nadal się nie odzywał.
– Dante? – Antonio wyglądał, jakby wręcz błagał go spojrzeniem, żeby nie palnął nic głupiego. Najwyraźniej wszyscy byliśmy świadomi jego wyjątkowego nastawienia do świata.
Mężczyzna odchrząknął.
– Okay.
I tyle. Po prostu okay. W zasadzie nie wiem, czego innego się spodziewałam.
– Okay! – wykrzyknął Antonio. – W takim razie… – Uniósł naczynie. – Toast za Sycylię.
– Za Sycylię – powtórzyłyśmy z Liną i wszyscy stuknęliśmy się kieliszkami.
Serce biło mi szybciej niż zwykle. Wyjazd, którego nie planowałam, właśnie stawał się przygodą mojego życia i nie mogłam się jej doczekać.
5 Jesteście gotowi?
6 Tak.
7Więc; w takim razie.
8 Caponata di melanzane – sycylijska potrawa warzywna przypominająca gulasz, w której głównym składnikiem jest bakłażan. Charakteryzuje się słodko-kwaśnym smakiem [wszystkie przypisy pochodzą od redaktorki].
9 Pasta alla norma – sycylijskie danie składające się głównie z makaronu i bakłażana.
10 Polpette di sarde – tradycyjne sycylijskie pulpeciki z sardynek, często podawane z sosem pomidorowym.
11 Panelle – placuszki przygotowywane z mąki z ciecierzycy, wody, soli i natki pietruszki, smażone na głębokim tłuszczu.
12 Risotto. To wszystko, dziękuję. (wł.)
Z samego rana wypożyczyliśmy auto – niezwykle klimatycznego, żółtego Fiata 500 – i byliśmy gotowi, żeby ruszyć w drogę. Lina nieustannie narzekała, że tak wcześnie kazałam jej się zwlec z łóżka, a przecież była na wakacjach. Nie pomagał też fakt, że wypiła za dużo wina, więc teraz cicho pochrapywała na tylnym siedzeniu samochodu i śliniła koszulę towarzyszącego jej kuzyna. Obok mnie siedział oczywiście nikt inny jak Markotny Dante.
Chłopak miał być moimi drugimi oczami, ale albo milczał, albo ograniczał się do „uważaj!”, ewentualnie „uważaj, na miłość boską”.
Wypadałoby wspomnieć, że wyjazd z Palermo nie należał do… najłatwiejszych. Gdy wsiadasz do auta w Polsce, spodziewasz się jazdy w normalnych warunkach. Ba! Nawet się nad tym nie zastanawiasz, bo to oczywiste, że ludzie (raczej) przestrzegają przepisów. Cóż… Nie tutaj.
– Uważaj! – warknął Dante po raz dwudziesty.
Zwykle to ja dbałam o bezpieczeństwo i kontrolowałam sytuację, a tu proszę – taki Dante beształ mnie jak małego dzieciaka. Nie mogłam jednak polegać wyłącznie na sobie. Nie w tej sytuacji.
Wjeżdżałam właśnie na rondo, na którym nie obowiązywały zasady ruchu drogowego. Okazało się, że Włosi nie szanują twojego pierwszeństwa i ma je po prostu ten z silniejszą psychą.
Nie byłam tą osobą.
– Przecież uważam! – krzyknęłam. – To nie moja wina, że jeżdżą jak wariaci!
– Ostrzegałem – szepnął z tyłu Antonio.
– Nie pomagasz. – Rzuciłam mu spojrzenie w lusterku.
– Po prostu – zaczął Dante i złapał się za nasadę nosa – uważaj.
Żachnęłam się.
– Wow. Dzięki za pomoc.
Postanowiłam maksymalnie skupić się na drodze. Włosi jeździli chaotycznie, ale mieli swoje niepisane zasady, a ja szybko się uczyłam. Już po chwili ogarniałam ich „schemat”. Widzisz wolną przestrzeń? To gaz do dechy, a oni po prostu zwolnią. Aczkolwiek musiałam przyznać, że całkowite zaufanie włoskim kierowcom nie należało do łatwych zadań. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że nawet jeśli droga była podzielona na dwa pasy, oni i tak robili z nich trzy i w ogóle nie trzymali się linii, więc tak naprawdę każdy jechał jak chciał.
– Jak to możliwe, że każdy jedzie jak chce? – myślałam na głos.
– Amore13, doceń to. – W lusterku wstecznym pojawił się szeroki uśmiech Antonia. – Potraktuj to jako wolność.
Wolność.
No tak.
Po przebiciu się przez to chaotyczne miasto mogłam odetchnąć z ulgą, a moje ramiona momentalnie się rozluźniły.
– To było… świetne! – krzyknęłam z entuzjazmem.
– Przyznam, że poradziłaś sobie rewelacyjnie – pochwalił mnie Antonio.
Lina wciąż chrapała na tylnym siedzeniu, zupełnie nieświadoma cyrku, który przed chwilą miał miejsce, a Dante nieustannie milczał. Nie był najlepszym nawigatorem ani motywatorem.
W związku z tym, że w Palermo trudno o plażę, a ja marzyłam o zanurzeniu się w tej turkusowej wodzie, mieliśmy w planach szybki przystanek nad morzem. Na mapie znaleźliśmy więc dziką plażę, która była po drodze, i właśnie na nią zmierzaliśmy.
– Czy możesz mnie pokierować? Nie chcę przegapić zjazdu – zwróciłam się do milczącego pasażera siedzącego po mojej prawej.
– Tak.
Okay. Miałam nadzieję, że rzeczywiście tak będzie.
Antonio podłączył telefon do systemu i już po chwili z głośników leciały włoskie przeboje. Znałam je bardzo dobrze, bo były to raczej starsze utwory.
Lasciatemi cantare
Con la chitarra in mano14
Na mojej twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Droga okazała się bezproblemowa, tak że przy okazji mogłam podziwiać widoki. Po lewej stronie przebijało się morze, a po prawej – wyżynne części wyspy. Gdzieniegdzie dało się dostrzec ślady zieleni, chociaż większość z nich była po prostu niepokrytą niczym ziemią. Cieszyłam się, że tu jestem.
– Za chwilę zjazd – mruknął Dante.
Cieszyłam się nawet w tak markotnym towarzystwie.
Dante poprowadził mnie krok po kroku na sam parking i musiałam przyznać, że byłam w szoku, bo po raz pierwszy z jego ust wydobyło się aż tyle słów.
Na plażę szło się po czymś, co jedynie przypominało schody – wyglądało to dosłownie tak, jakby ktoś wykuł półeczki w skale. Droga przywodziła mi na myśl grę przygodową. Żeby znaleźć się na dzikiej plaży, za schodami trzeba było przejść tunelem pod torami kolejowymi. Kiedy pociąg przejechał tuż nad moją głową, nabrałam pewnych wątpliwości, czy to na pewno dobry pomysł. Te jednak szybko uleciały, gdy przed moimi oczami ukazało się morze. Woda połyskiwała turkusem i wręcz można było odnieść wrażenie, że ktoś wsypał do niej brokat. Widok zapierał dech w piersiach.
Nie mogłam jednak dłużej oddawać się zachwytom, bo usłyszałam głośne ziewnięcie i nagle poczułam, jak Lina zarzuca mi rękę na ramiona.
– Słyszałam, że dałaś czadu, Ama!
– Nie rozumiem, jak mogłaś spać przy akompaniamencie moich przekleństw.
Dziewczyna machnęła ręką.
– Jeździłam z tatą.
Zaśmiałam się.
– Czy ty widzisz tę wodę? – spytałam podekscytowana. – W życiu nie widziałam tak czystego akwenu.
– Tylko ty mogłabyś użyć tak trudnego słowa.
Rzuciłam rzeczy na piasek i zaczęłam się rozbierać. Nikt poza mną i Dantem nie pomyślał o wcześniejszym założeniu strojów kąpielowych, więc kiedy nasi przyjaciele męczyli się z prowizoryczną przebieralnią, my szliśmy już do wody.
Ze wszystkich sił próbowałam nie zerkać na mężczyznę obok mnie, ale było to… trudne. Nie chciałam widzieć, jak pięknie rysuje się linia jego obojczyka ani że włosy delikatnie mu się kręcą, i z całą pewnością nie chciałam widzieć tych mięśni, które dotychczas skrywały się pod koszulką.
Byłam zgubiona. Ten facet przyprawiał moje komórki nerwowe o zawał, jeśli to w ogóle było możliwe.
W pewnym momencie chłopak spojrzał w moim kierunku i uniósł pytająco brew. Automatycznie odwróciłam wzrok i, chcąc zająć swoje myśli, zaczęłam się wpatrywać w przestrzeń rozciągającą się pod moimi stopami.
– Ale tu jest pięknie – powiedziałam, wchodząc głębiej do krystalicznie czystej wody. Nie dość, że widziałam swoje nogi, to dostrzegałam również pojedyncze ryby, które zupełnie swobodnie przepływały między nami.
Zanurzyłam się niemal po samą szyję i zaczęłam pływać. Kątem oka dostrzegłam jeszcze, że Dante zrobił to samo, choć… Odniosłam wrażenie, że trochę zbyt długo stał w jednym miejscu i po prostu się przyglądał. Ale nic dziwnego, skoro otaczała nas tak wyjątkowa przestrzeń.
Temperatura wody idealnie kontrastowała z gorącym powietrzem, więc z przyjemnością powitałam jej chłód. Czułam, jak napięcie stopniowo opuszcza moje ciało. Zostawiłam za sobą pracę i cały stres, który ostatnio mi towarzyszył. A było go naprawdę dużo. Mój szef, Artur, to prawdziwy kretyn – przez niego zaczęłam się zastanawiać nad sensem swojego zawodu. Woda natomiast działała na mnie uspokajająco. Już sam jej szum sprawiał, że odczuwałam błogi spokój i zapominałam o problemach, a leżąc w niej, czułam się prawdziwie wolna.
– Ama!
Usłyszałam krzyk dochodzący z brzegu. Uniosłam głowę i zobaczyłam, jak Antonio i Lina wbiegają do wody i przy okazji płoszą wszystkie rybki.
Zmarkotniałam, widząc, że już żadna nie plącze się wokół moich nóg.
– Spłoszyliście ryby.
– Jakie ryby? – zapytała z szerokim uśmiechem.
– Lina, w takiej wodzie nawet bez maski możesz dostrzec niektóre ryby, a wy je przestraszyliście. – Wiedziałam, że dramatyzuję, ale zdenerwowała mnie ta sytuacja, poza tym Włosi obecni na plaży również wydawali się niepocieszeni tym zachowaniem.
Przyjaciółka spuściła nieco ramiona, a na jej twarzy widać było skruchę.
– Przepraszam, nie pomyślałam.
Pokiwałam głową.
– W porządku.
Jest jedna rzecz, której nie lubię bardziej niż hałasu. Konflikty. Nie znoszę ich. Dlatego tak szybko, jak wdawałam się w dyskusję, tak szybko chciałam zamykać dany temat.
Dante przyglądał mi się z zaciekawieniem. Zwróciłam uwagę na to, że zacisnął szczękę, gdy nasi znajomi wparowali do wody, ale zupełnie nie rozumiałam spojrzenia, którym mnie właśnie obdarzał. Co ja takiego zrobiłam?
– Interesujące – mruknął tak, że tylko ja go usłyszałam.
Chciałam zapytać, co tak bardzo go zainteresowało, ale przyjaciele wskoczyli pomiędzy nas i zniknęli pod wodą, aby spróbować dotknąć dna.
Wpatrywałam się przed siebie, rozkładając to jedno słowo na czynniki pierwsze, ale wciąż nic z tego nie rozumiałam.
13 Kochanie.
14Toto Cutugno, L’Italiano, 1983.
Droga do Enny wiła się nieskończonymi zakrętami. Enna to najwyżej położone miasto na Sycylii, więc w sumie nie powinno mnie to dziwić. Za każdym zakrętem krył się nieco inny krajobraz – raz kawałek turkusowego morza, raz pagórki spalone słońcem. Miałam wrażenie, że wkraczam do zupełnie innej krainy. Widoki zapierały dech w piersi, ale nie chciałam się zbytnio rozglądać, bo stresowały mnie te zawijasy. Dało się też odczuć wysokość, na której się znajdowaliśmy, bo co jakiś czas zatykało nam uszy.
– Niesamowite, że ludzie tu mieszkają. Te widoki są obłędne. – Nie kryłam zachwytu.
– Tylko że nic tu nie ma – marudziła Lina.
– Ale jest cisza i spokój – odezwał się Dante.
Zaskoczyło mnie jego nagłe zaangażowanie w rozmowę, ale w duszy przyznałam mu rację.
– Nuda.
Przewróciłam oczami, choć kąciki moich ust drgnęły mimowolnie. Lina i Antonio potrzebowali wielu bodźców, więc zaszycie się w tak cichym miejscu mogło być dla nich trudne. Rozumiałam to, chociaż sama uwielbiałam taki klimat. I mimo że podobało mi się głośne i tętniące życiem Palermo, to cieszyłam się na myśl o spędzeniu czasu w nieco spokojniejszej Ennie.
– Okay, mamy tylko jeden dzień w Ennie, więc go nie zmarnujmy – powiedział Antonio. – Musimy zobaczyć starówkę i zamek.
– Mają tu zamek? – ożywiłam się.
– Nie miej wygórowanych oczekiwań. Mają to, co zostało z zamku.
To było nieistotne. Uwielbiałam zamki, ruiny zamków i jakiekolwiek po nich pozostałości, a także legendy z nimi związane.
Lina westchnęła.
– Ama musi zobaczyć każdy zamek.
– Serio? – zdziwił się Antonio. – Dlaczego?
– Bo je uwielbia! Kiedyś ciągnęła mnie na jakąś górę tylko po to, żeby zobaczyć ścianę czegoś, co kiedyś niby było zamkiem. Powiedz, proszę, że tutaj nie będziemy się tak wspinać. – Rzuciła mu spojrzenie pełne nadziei.
– Nie będziemy.
– Och, cudownie. – Ulga w jej głosie była bardzo wyraźna.
– Ale w Mussomeli już tak – wtrącił Dante.
– „Musso” co?
– W Mussomeli.
– A właściwie to dlaczego ja nie siedzę z przodu?! – oburzył się nagle Antonio. – Jestem przecież kierownikiem tej wycieczki.
Dante odetchnął, jakby rozmawiał z niesfornym dzieckiem i musiał uzbroić się w dodatkową cierpliwość, żeby wytłumaczyć mu coś po raz enty.
– Bo zgubiłeś się w mieście rodzinnym.
– Ale…
– Takim, które ma tylko jedną ulicę.
– Ja…
– W którym przebywałeś przez całe dzieciństwo.
– To nie…
– I to nie raz, a trzy razy.
Antonio westchnął.
– Może mogło mi się zdarzyć raz czy dwa.
– A nie trzy? – wtrąciła Lina.
Nadąsany Antonio skrzyżował ramiona.
– E tu, Lina?15
Ku jego niezadowoleniu wszyscy się zaśmialiśmy.
*
Mieszkaliśmy blisko miejsca, z którego roztaczała się niesamowita panorama wyspy. Z tej wysokości widzieliśmy miasteczka, pola, drogi i auta mniejsze niż mrówki. Byłam pod wrażeniem, że udało mi się tu wjechać, bo z tej perspektywy droga nie prezentowała się najlepiej.
– Pytanie. – Lina podniosła rękę. – Jak ci ludzie robią zakupy?
– W okolicy jest sklep, a jeśli mają potrzebę, jadą do innego miasta.
– Hm, ale nie wygląda na to, żeby mieli komunikację miejską.
Dante zaśmiał się pod nosem, na co szturchnęłam go łokciem w żebra. Chłopak zgiął się lekko, co przyjęłam z niemałą satysfakcją. Tylko ja mogę się nabijać ze swojej przyjaciółki i vice versa.
– Nie jesteśmy przyzwyczajone do braku komunikacji, więc w sumie też jestem ciekawa.
– W zdecydowanej większości mają auta. Trudno poruszać się po wyspie bez samochodu – wyjaśnił Antonio.
– W takim razie jeszcze bardziej doceniam miasto – powiedziała Lina.
– Chodźmy dalej. Przejdziemy się aż do zamku.
Z ekscytacji niemal klasnęłam w dłonie.
Chłopacy szli z przodu, a my z Liną zostałyśmy trochę bardziej z tyłu. Wzięła mnie pod rękę i razem podziwiałyśmy uroki Enny.
– Większość miejsc jest pozamykana. – Słusznie zauważyła przyjaciółka.
– I nie wiadomo, czy na stałe, czy z powodu sjesty16 – dodałam.
– No tak, sjesta. Polska mnie rozpieściła. Sklep otwarty w ciągu dnia. Coś pięknego.
Przyznałam jej rację.
– Czy ja zauważyłam nić porozumienia między tobą i Panem Gburem? – Poruszyła konspiracyjnie brwiami.
– Mną i Panem Gburem?
– Tak, no wiesz, tym chodzącym grze…
Uciszyłam ją, bo Dante odwrócił się w naszą stronę. Modliłam się, żeby nie słyszał tego dialogu, ale tylko delikatnie uniósł lewy kącik ust, jakby zamierzał się uśmiechnąć. Nie podobało mi się to.
– Rumienisz się – wyśpiewała Lina.
– Nie. Przestań.
– Dobra, już dobra, ale musisz przyznać, że nie jest taki zły.
– Zdecydowanie za mało go znam, żeby coś sądzić na jego temat. Może poza tym, że zachowuje się jak wrzód na tyłku.
– Ale jaki piękny wrzód – mówiła rozmarzona.
– Czyś ty oszalała? Jeśli tak bardzo ci się podoba, to sama się nim zainteresuj.
Przez chwilę rozważała moje słowa.
– Nie jest w moim typie. Preferuję blondynów.
No tak.
– Podoba mi się pomysł tej objazdówki.
– Mnie też – przyznałam. – Cieszę się, że zobaczymy tak duży kawałek wyspy.
Minęliśmy kościół i do tej pory jedyny otwarty bar. Droga cały czas prowadziła przy starych kamieniach. W Ennie było bardzo cicho, wręcz zbyt cicho jak na tę porę – miasto sprawiało wrażenie wyludnionego, ale wszyscy po prostu skryli się w domach. Chłonęłam ten stan.
Zamek znajdował się na samej górze i nie dość, że byliśmy tak wysoko nad poziomem morza, to sama budowla była dodatkowo usytuowana na kolejnej skale. Nawet jeśli były to głównie pozostałości zamku, to i tak robiły wrażenie.
– To jest niesamowite – powiedziałam.
Antonio odwrócił się z szelmowskim uśmiechem.
– To jeszcze nic.
Uniosłam brwi ze zdziwienia. Byłam niezwykle ciekawa, o czym mówi.
Niedaleko zamku dostrzegłam ogromną skałę.
– To Skała Cerery, czyli rzymskiej bogini wegetacji i urodzaju. Podobno kiedyś była tu świątynia ku jej czci. Tak, dobrze zgadliście, budowla mieściła się oczywiście na skale.
Do miejsca dawnej świątyni prowadziła ścieżka. Wprawdzie trzeba było się trochę wspiąć, ale droga nie była długa – i całe szczęście, bo Lina już teraz posyłała mi mordercze spojrzenia. Ta dziewczyna zdecydowanie nie należała do miłośniczek spacerów.
– Widać stąd całą Ennę – wyjaśnił Antonio.
Chłopacy wspięli się pierwsi i teraz podawali nam ręce. Antonio pomógł Linie, a Dante… mnie. Spojrzałam mu w oczy i przez chwilę się zawahałam. Ich barwa przypominała rozpuszczoną czekoladę. Żałowałam, że zdjął okulary i zawiesił je na koszuli, bo ta niebezpiecznie się mu…
– Nie gryzę – warknął nisko, czym przypomniał mi, że powinnam się podciągnąć.
Czułam, jak pąsowieją mi policzki, więc szybko ujęłam jego dłoń i puściłam od razu, gdy tylko znalazłam się na skale.
Potrzebowałam dystansu.
Obróciłam się w kierunku, o którym wspominał Antonio, i oniemiałam. Przede mną malowało się miasto zbudowane na skale, a różnica wysokości robiła ogromne wrażenie. Nie mogłam wyjść z podziwu, że ktoś kiedyś powiedział: „Ej, widzisz tę skałę? Może zbudujemy tam miasto?”, a potem postawili zamek i jeszcze świątynię. Naprawdę niesamowite.
– Robi wrażenie… – szepnęłam.
Zwiedzanie dostarczyło mi tylu emocji, że zupełnie zapomniałam o Dantem stojącym tuż obok. Przyglądał mi się w taki sposób, że poczułam się… dziwnie. Wręcz świdrował mnie spojrzeniem i dosłownie czułam się jak zahipnotyzowana. Nie mogłam racjonalnie tego wytłumaczyć, ale trudno było odwrócić wzrok. Zupełnie tak, jakby przyciągał mnie niewidzialny magnes. I wcale mi się to nie podobało.
– Pięknie tu, co nie? – Antonio podszedł i wziął nas w niedźwiedzi uścisk, tym samym przerywając to osobliwe zaklęcie. – Enna wydaje się magicznym miejscem, a dopiero zobaczycie, jak wygląda wieczorem.
– Jeszcze raz pójdziemy tak daleko?
Za plecami usłyszeliśmy głos Liny, na co wraz z Antoniem wybuchnęliśmy śmiechem.
15 A ty, Lina?
16 „Sjesta” jest określeniem typowo hiszpańskim, we Włoszech funkcjonują terminy pausa pranzo oraz riposo. Bohaterowie książki będą się jednak posługiwać określeniem „sjesta”, aby ułatwić zrozumienie tekstu.
Ulice były niemalże puste. I to by było na tyle, jeśli chodzi o zakładanie, że wieczorem w miasteczku pojawi się więcej osób. W powietrzu czuć było jeszcze ciepło, które powoli jednak ustępowało zachodzącemu słońcu i chłodowi wieczoru. Niektóre restauracje dopiero teraz zaczynały się otwierać, a ludzie niespiesznie się do nich schodzili. Włosi zasiadali do kolacji bardzo późno. Nie mogłam zrozumieć, jak można jeść tak ciężki posiłek po dwudziestej, ale najwyraźniej im to nie przeszkadzało.
Na głównym placu, przy kościele, zapalono latarnie, które rzucały osobliwe, żółtopomarańczowe światło – dzięki nim miasto wydawało się jeszcze bardziej magicznym miejscem. Miałam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie.
Lina i Antonio biegali od lewej do prawej i robili sobie zdjęcia. Pod kościołem, na schodach, na placu i przy muzeum. W tym czasie Dante i ja kontynuowaliśmy drogę do zamku. Ulica, którą szliśmy, była pogrążona w niemal całkowitej ciszy. Docierały do mnie jedynie odległe rozmowy i szuranie butów przyjaciół.
– W Palermo nie ma takiej ciszy.
Nie spodziewałam się, że Dante rozpocznie rozmowę.
– To prawda. Dużo tam… wszystkiego.
– Nie przypadło ci do gustu?
Pokręciłam głową.
– Nie o to chodzi. Po prostu jest inne. Głośniejsze, bardziej kolorowe i różnorodne. Nie sposób porównać go z tym miejscem. Enna jest… spokojna i otoczona jakąś aurą.
– Aurą? – Uniósł brwi ze zdziwienia.
Uśmiechnęłam się lekko.
– No wiesz, tak się mówi. W tym przypadku powiedziałabym, że to magiczna aura.
Mężczyzna przyglądał mi się z zaciekawieniem.
– „Magiczna aura” – powtórzył.
Spojrzałam na niego, jakby brakowało mu piątej klepki. Czego tu nie rozumieć?
– Wyobrażam sobie, że mogłyby powstać historie na temat magicznych istot mieszkających w tym miasteczku. Może nawet wróżek i… – urwałam na widok jego miny. Patrzył na mnie tak… wnikliwie. Poczułam, że pozwoliłam sobie na zbyt wiele, więc wolałam się już nie odzywać.
– Dokończ, proszę – powiedział łagodnie.
Nie słyszałam jeszcze, żeby zwracał się do mnie w taki sposób, ale… Rany! Spodobało mi się to.
Nie. Wcale mi się to nie podoba.
– Nic. Nic nie mówiłam – ucięłam. Nie chciałam kontynuować tematu, bo zrobiło mi się głupio. On jednak wyglądał, jakby naprawdę chciał usłyszeć tę durną historię o wróżkach, i to właśnie sprawiło, że jeszcze bardziej się zamknęłam.
Czułam, że moja twarz nabiera rumieńców, co przy szarych oczach i nijakim blondzie bardzo rzucało się w oczy. Nie cierpiałam tego! Ilekroć się zawstydzę, zdenerwuję czy choćby bardziej roześmieję, zawsze kończę jak burak. Można ze mnie czytać jak z otwartej księgi.
Szłam i patrzyłam pod nogi. Ogólnie robiłam wszystko, byle tylko nasze spojrzenia się nie spotkały.
– Lubisz mieć kontrolę, prawda? – spytał w końcu.
Tak bardzo zaskoczył mnie tym pytaniem, że odwróciłam się w jego stronę i prawie potknęłam o wystającą kostkę. Szorowałabym teraz twarzą po podłodze, gdyby nie wielka, silna dłoń, która chwyciła moje przedramię.
Ciepło rozlewało się nie tylko po mojej twarzy, ale i wewnątrz ciała. Serce rozpoczęło szybki bieg i zdawało się kłócić o coś z umysłem. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje.
Dante nieustannie wpatrywał się we mnie ciemnymi oczami, które o tej porze wyglądały tak, że nie sposób było zauważyć jego źrenic. Oczy ciemne jak noc uwięziły mnie niczym zakładnika. Po chwili jednak chłopak się otrząsnął i puścił moją rękę. Nieprzyjemny chłód nagle owiał miejsce, w którym jeszcze przed sekundą czułam dotyk męskiej dłoni.
– Dziękuję – wymamrotałam.
– Musisz patrzeć pod nogi – rzucił pod nosem i ruszył przed siebie.
Dosłownie w tym momencie ktoś wskoczył na moje plecy, co niemal doprowadziło mnie do zawału. Była to oczywiście Lina.
– Co tam, Ama? Czemu stoisz sama pośrodku… – Rozejrzała się po pustej drodze. – Cóż, niczego? Gdzie nasz przyjaciel Dante?
Odwróciłam się w jej stronę.
– Dante poszedł tam. – Wskazałam kierunek. – A ja się po prostu rozglądałam.
– Aha, rozglądałaś się. Na pustej drodze – mówiła z przekąsem. – No dobra.
Antonio miał rację. Za dnia to miejsce wyglądało bajecznie, ale nocą oświetlony zamek przyprawiał o zawrót głowy. Stałam oniemiała i przyglądałam się wieży i murom obronnym. Były żywcem wyjęte z innej epoki i czułam, że mają niezłą historię do opowiedzenia.
– Można go zwiedzać, ale pomyślałem, że możemy tu przyjść jutro przed wyjazdem – zaproponował Antonio.
– Koniecznie – wyszeptałam.
Zdjęłam aparat z ramienia, ustawiłam odpowiednio ostrość i zrobiłam kilka zdjęć. Chciałam zachować ten widok na dłużej, ale jednocześnie byłam świadoma, że żadna fotografia nie odda uczucia, które towarzyszyło mi w tej chwili.
– O! O! Zrób mi zdjęcie! – Lina wbiegła przed aparat.
Pokręciłam głową z uśmiechem i pstryknęłam jej kilka fotek.
– Dziękuję. – Dygnęła przede mną i dołączyła do chłopaków, którzy zmierzali już w kierunku Skały Cerery.
Podążyłam za nimi, ale coś mnie tknęło, aby odwrócić się raz jeszcze. Nie pożałowałam – za moimi plecami rozciągała się panorama wyspy. Gołym okiem widziałam większe skupiska domów, małe miasteczka pełne żółtopomarańczowych lampek, gdzieniegdzie dało się dostrzec pojedyncze źródła światła. Ten widok przypominał odbicie nocnego nieba na ziemi.
Lina już wspinała się na skałę, więc gdy tylko nasyciłam wzrok, poszłam w jej ślady. Antonio pomógł kuzynce wdrapać się na górę, a Dante… Dante deptał mi po piętach.
– O rany – szepnęła Lina.
Antonio podał mi rękę i już po chwili zrozumiałam, co tak bardzo zachwyciło przyjaciółkę.
– Rzeczywiście, rany… – przyznałam.
Enna była cała oświetlona.
– Wow. Robi wrażenie. – Lina wreszcie przestała marudzić.
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Amelia
Dante
Amelia
EPILOG
PODZIĘKOWANIA
Czy to koniec?
