W oczach Rose - Tina J. Hyde - ebook
NOWOŚĆ

W oczach Rose ebook

Tina J. Hyde

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Dom powinien być bezpiecznym miejscem. Dla Rose to najgorszy koszmar.

 

Ma tylko 17 lat, a już czuje się, jakby całe życie musiała walczyć o przetrwanie. Po śmierci ojca wszystko się rozpada. Matka znika w alkoholowym ciągu, a każdy dzień przynosi nową dawkę strachu, bólu i przemocy. Kiedy brat wyjeżdża na studia, Rose zostaje zupełnie sama.

 

Nie chce litości. Nie chce mówić, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Nawet najlepszej przyjaciółce – a tym bardziej komuś obcemu.

 

Ale wtedy w szkole pojawia się Will. Zadziorny, cichy, zamknięty w sobie. Różni ich wszystko, a jednak coś między nimi iskrzy. Will widzi więcej, niż powinien. I nie odpuszcza.

 

Kiedy Rose znajdzie się na granicy – emocjonalnej i fizycznej – będzie musiała zdecydować: uciekać dalej czy w końcu sięgnąć po pomoc?

 

Poruszająca opowieść o miłości, która może uleczyć rany, i sile, która rodzi się w najbardziej mrocznych chwilach. Dla wszystkich, którzy czują się niewidzialni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł: „W oczach Rose”

Au­torka: Tina J. Hyde

Re­dak­cja i ko­rekta: Klau­dia Kar­kow­ska (przy­chod­nia­je­zy­kowa.pl)

Skład: Iza­bela So­bo­lew­ska (stro­na­po­stro­nie.pl)

Pro­jekt okładki: Na­ta­lia Szcze­cina

Co­py­ri­ght © 2025 by Tina J. Hyde

ISBN 978-83-976432-1-5

Wszel­kie prawa za­strze­żone

To­ruń 2025

Dla tych, któ­rzy w naj­głęb­szej ciem­no­ści po­tra­fią od­na­leźć odro­binę świa­tła.

Uwaga

Książka za­wiera tre­ści, które mogą być wraż­liwe dla nie­któ­rych od­bior­ców. Po­ja­wiają się w niej ele­menty prze­mocy, wul­ga­ry­zmy, krew oraz inne mo­tywy mo­gące wy­wo­ły­wać silne emo­cje.

Roz­dział 1

Obu­dzi­łam się z po­twor­nym bó­lem głowy.

Była szó­sta rano.

Po­nie­dzia­łek.

Ugh.

Spa­łam rap­tem pięć go­dzin. Około je­de­na­stej skoń­czy­łam swoją zmianę w ka­fejce, ale za­nim do­tar­łam do domu i się po­ło­ży­łam, była pół­noc. A przez ko­lejną go­dzinę pró­bo­wa­łam za­snąć. To wy­ja­śniało ten młot pneu­ma­tyczny, który nie­ustan­nie hu­czał w mo­jej gło­wie i nie da­wał mi ani chwili wy­tchnie­nia.

Z tru­dem zwle­kłam się z łóżka i po­szłam do ła­zienki, żeby umyć zęby. Zła­pa­łam za szczo­teczkę, na­ło­ży­łam pa­stę i za­bra­łam się do szo­ro­wa­nia. Gdy spoj­rza­łam w lu­stro, mo­men­tal­nie po­smut­nia­łam – na mo­jej twa­rzy nie było nic wi­dać, ale nad­garstki i ra­miona wy­glą­dały tra­gicz­nie. So­czy­sty fio­let gdzie­nie­gdzie zmie­niał się już w zie­lony. Si­niaki za­częły się roz­prze­strze­niać i two­rzyły ko­lo­rowy pej­zaż na moim ciele.

By­łam nie­mal pewna, że ko­rek­tor nie po­doła za­da­niu. Wró­ci­łam więc do po­koju, wy­ję­łam z szafy gra­na­towy swe­ter z naj­dłuż­szym rę­ka­wem, jaki udało mi się zna­leźć, i wcią­gnę­łam go na sie­bie. Szyję ozdo­bi­łam ulu­bio­nym, srebr­nym wi­sior­kiem z różą. Pró­bo­wa­łam ja­koś ujarz­mić swoje blond loki, ale po­le­głam cał­ko­wi­cie. Uło­ży­łam je więc de­li­kat­nie pal­cami i zo­sta­wi­łam, aby nie po­gar­szać sy­tu­acji.

Po­bie­głam na dół, wcią­gnę­łam ulu­bione co­nversy i już mia­łam wy­cho­dzić, kiedy na­gle coś ude­rzyło mnie w głowę. Po­czu­łam ból, a gdy się ob­ró­ci­łam, do­strze­głam mamę sto­jącą przy ka­na­pie. Jej tłu­ste, blond włosy skle­jały się w strąki, pod oczami miała fio­le­towe sińce, które wy­glą­dały do­kład­nie jak te na mo­ich rę­kach. Pod mo­imi sto­pami le­żała na­to­miast po­gnie­ciona książka.

– Gdzie znowu le­ziesz? – spy­tała.

– Idę do szkoły – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nym gło­sem.

– Ja­sne, uwa­żaj, bo ci uwie­rzę. Zro­bi­ła­byś w końcu coś po­ży­tecz­nego, a nie wciąż się szla­jasz. – Za­to­czyła się lekko. Cią­gle była pod wpły­wem al­ko­holu.

Ro­zej­rza­łam się po po­koju. Sub­telne świa­tło są­czyło się przez przy­sło­nięte ża­lu­zje. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łam po­roz­rzu­cane pu­ste bu­telki, które wa­lały się po ca­łej pod­ło­dze, na stole i w oko­li­cach ka­napy. W po­miesz­cze­niu wy­czu­walna była woń potu i al­ko­holu. Już tak bar­dzo przy­zwy­cza­iłam się do tego syfu, że nie pa­mię­ta­łam, kiedy ostat­nio pa­no­wał tu po­rzą­dek.

– Na co się ga­pisz? – burk­nęła z agre­sją.

– Na nic – od­po­wie­dzia­łam po­spiesz­nie.

Matka zmru­żyła oczy, a po mo­ich ple­cach prze­biegł dreszcz. Po­sta­no­wi­łam czym prę­dzej ewa­ku­ować się z domu. Nie chcia­łam jej pro­wo­ko­wać, a poza tym na­prawdę spie­szyło mi się do szkoły. Nie­wiele my­śląc, chwy­ci­łam za klamkę i wy­bie­głam na dwór.

Cami, moja przy­ja­ciółka, cze­kała już na mnie w swoim no­wiut­kim ca­dil­lacu. Gdy tylko za­ję­łam sie­dze­nie pa­sa­żera, od razu ude­rzyła mnie woń cy­tru­sów.

– Pach­nie tu jak…

– Masz za­da­nie z an­giel­skiego? – prze­rwała mi.

Le­dwo wsia­dłam, a już pa­dło stan­dar­dowe py­ta­nie.

– Mam, a czy ty kie­dyś zro­bisz ja­kieś sama?

– Być może, ale na ra­zie nie mam tego na li­ście swo­ich prio­ry­te­tów. – Bły­snęła uśmie­chem.

– Ro­zu­miem.

Strach po­my­śleć, co albo może kto znaj­do­wał się na li­ście prio­ry­te­tów mo­jej przy­ja­ciółki. Cami była bo­wiem znana z sza­lo­nego trybu ży­cia. Im­prezy były jej ży­wio­łem, a ko­le­dzy… Cóż, nie byli jej obcy. Przy­jaź­ni­ły­śmy się od tak dawna, że sły­sza­łam już o wielu przy­go­dach i prawdę mó­wiąc, nie­raz się gu­bi­łam. Zu­peł­nie mi to jed­nak nie prze­szka­dzało. Za­le­żało mi wy­łącz­nie na jej bez­pie­czeń­stwie i szczę­ściu, więc je­śli lu­biła spę­dzać czas w taki spo­sób, pro­szę bar­dzo.

Kiedy pod­je­cha­ły­śmy pod szkołę, par­king był pra­wie pełny. Za­uwa­ży­ły­śmy do­słow­nie jedno wolne miej­sce. Było dość cia­sne, ale auto Cami zmie­ści­łoby się tam bez pro­blemu.

– Ja­sne, uwa­żaj, bo tu za­par­kuję – po­wie­działa z sar­ka­zmem.

Cóż, moja przy­ja­ciółka była zgoła in­nego zda­nia.

– A ty­łem nie dasz rady?

Za­śmiała się gło­śno.

– Daj spo­kój, le­dwo daję radę przo­dem… Na pu­stym par­kingu.

Wes­tchnę­łam i od­pię­łam pas.

– Daj, ja spró­buję – za­pro­po­no­wa­łam. – Ja­kim cu­dem masz prawo jazdy? – spy­ta­łam, a Cami wzru­szyła ra­mio­nami.

Sama je po­sia­da­łam i par­ko­wa­nie nie spra­wiało mi więk­szego pro­blemu. Na co dzień nie mia­łam jed­nak oka­zji do ko­rzy­sta­nia z tych upraw­nień, po­nie­waż nie było nas stać na utrzy­ma­nie auta i mu­sie­li­śmy je sprze­dać. Po­mimo to uwiel­bia­łam sia­dać za kie­row­nicą. Gdy jesz­cze mie­li­śmy sa­mo­chód, po każ­dej kłótni z mamą jeź­dzi­łam po na­szym mia­steczku, aby się od­stre­so­wać.

– No nie wiem, Rose. A co, jak za­ry­su­jesz moją dzie­cinkę?

Prze­wró­ci­łam oczami.

– Cóż… Albo po­zwo­lisz mi spró­bo­wać, albo bę­dziesz za­su­wać z dal­szego par­kingu. Nie wiem, czy pa­mię­tasz, ale je­ste­śmy już nie­mal spóź­nione, a dy­rek­torka wy­raź­nie dała ci do zro­zu­mie­nia, że je­śli nie chcesz zo­stać za­wie­szona, mu­sisz prze­stać się spóź­niać.

– Do­bra, par­kuj, mamo.

Za­mie­ni­ły­śmy się miej­scami i za­par­ko­wa­łam bez więk­szego trudu. Spoj­rza­łam na przy­ja­ciółkę. Sie­działa z sze­roko otwar­tymi oczami, a jej twarz za­sty­gła w wy­ra­zie nie­mego szoku.

– Mu­sisz mnie kie­dyś tego na­uczyć! – po­wie­działa pod­eks­cy­to­wana.

– Do­bra, do­bra, ale te­raz chodź już, bo na­prawdę się spóź­nimy.

By­łam bar­dzo skru­pu­latna i pil­no­wa­łam wszyst­kiego. Za­wsze przy­cho­dzi­łam na czas, od­ra­bia­łam wszyst­kie prace do­mowe, mia­łam ide­alne oceny i ni­gdy nie opu­ści­łam lek­cji, na­wet je­śli by­łam chora. Tym bar­dziej nie za­mie­rza­łam się spóź­nić dzi­siaj. Nie mo­głam do­pu­ścić do sy­tu­acji, w któ­rej ktoś za­dzwoni do mo­jej mamy, a ta po­jawi się w szkole. Nie chcia­łam na­wet my­śleć o tym, jak wielką by­łoby to ka­ta­strofą. Za­kła­da­jąc, że w ogóle by się po­ja­wiła… Naj­gor­sze by­łoby to, że wszy­scy do­wie­dzie­liby się, w ja­kich wa­run­kach żyję, i wtedy wszystko by się zmie­niło. Nie mo­głam na to po­zwo­lić.

Wy­sia­dły­śmy z auta. Ja za­czy­na­łam ma­te­ma­tyką, a Cami miała w tym cza­sie bio­lo­gię. By­ły­śmy w od­dziel­nych kla­sach, ale nie­które za­ję­cia, na przy­kład an­giel­ski, mia­ły­śmy ra­zem.

We­szłam do sali ma­te­ma­tycz­nej i za­ję­łam swoje miej­sce, a do­słow­nie kilka se­kund póź­niej za­brzmiał dzwo­nek.

Do klasy wszedł pan An­der­son, jak zwy­kle uśmiech­nięty. Miał na oko czter­dzie­ści lat i był praw­dzi­wym wul­ka­nem ener­gii. Uwiel­bia­łam jego lek­cje.

– Wi­taj­cie, dro­dzy ucznio­wie, w tym prze­cu­dow­nym dniu.

Miał ten­den­cję do prze­sady, ale nie dało się go nie lu­bić. Był jak gol­den re­trie­ver na ste­ry­dach.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dzie­li­śmy chó­rem z nieco mniej­szym en­tu­zja­zmem.

Na­uczy­ciel za­ło­żył oku­lary i za­czął spraw­dzać li­stę obec­no­ści. Wziął do ręki dłu­go­pis, ale kiedy już miał od­ha­czyć pierw­sze na­zwi­sko, ktoś wszedł do sali.

– Za­cznijmy od… – prze­rwał, gdy za­uwa­żył go­ścia.

Nie zna­łam go, więc mu­siał być kimś no­wym.

Chło­pak wtar­gnął do środka z pew­no­ścią sie­bie. Był wy­soki, na­wet bar­dzo, i do­brze zbu­do­wany. Miał pew­nie ze dwa me­try – przy moim me­trze sześć­dzie­siąt wy­glą­da­ła­bym przy nim ko­micz­nie. Jego włosy były nie­malże czarne, ale oczy miał ja­sne. Szare, je­śli się nie my­li­łam.

Nie że­bym się mu przy­glą­dała…

– Dzień do­bry – po­wie­dział głę­bo­kim gło­sem z ob­cym ak­cen­tem. – Je­stem nowy.

Pan An­der­son chwi­lowo za­nie­mó­wił. Od­ha­cza­nie przy­by­łych dusz było jego ulu­bioną czyn­no­ścią, więc pew­nie nie był za­do­wo­lony z tego, że ktoś ośmie­lił się mu w tym prze­szko­dzić.

– Ach, tak. Dy­rek­cja uprze­dziła mnie, że bę­dziemy mieć no­wego ucznia. Wil­liam Co­oper, tak?

– Will – od­parł krótko.

„Will” – po­wtó­rzy­łam w my­ślach.

– Do­brze. – Ma­te­ma­tyk uniósł brwi i od­chrząk­nął. – Will. Zaj­mij, pro­szę, miej­sce.

Chło­pak ski­nął głową i za­czął roz­glą­dać się po po­miesz­cze­niu w po­szu­ki­wa­niu wol­nego krze­sła. Jego ciemny ubiór do­sko­nale kon­tra­sto­wał z ja­snymi bar­wami sali lek­cyj­nej. Miał na so­bie zwy­kły, czarny T-shirt i (jak­żeby ina­czej) czarne spodnie. W każ­dym ra­zie pre­zen­to­wał się nie­ziem­sko…

O czym ja w ogóle my­śla­łam?! Mia­łam ochotę przy­wa­lić so­bie tą ce­głą do matmy. Otrzą­snę­łam się jed­nak, kiedy za­uwa­ży­łam, że chło­pak idzie w moją stronę. By­łam nie­mal pewna, że usią­dzie obok mnie, ale osta­tecz­nie mi­nął ławkę, którą zaj­mo­wa­łam.

Gdy prze­cho­dził obok, zwol­nił do­słow­nie na se­kundę. Jego szare oczy wpa­try­wały się we mnie, a ja nie mo­głam ode­rwać od nich wzroku. Po chwili jed­nak Will się otrzą­snął i ru­szył da­lej. Zdą­ży­łam za­uwa­żyć, że za­nim od­szedł, uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, a za­raz po­tem za­jął miej­sce tuż za mo­imi ple­cami.

Mo­men­tal­nie się wy­pro­sto­wa­łam.

– Do­brze, spraw­dzimy obec­ność i przej­dziemy do lek­cji – po­wie­dział na­uczy­ciel.

Przez resztę za­jęć nie mo­głam się sku­pić. Plecy mnie mro­wiły i mia­łam wra­że­nie, że chło­pak prze­wierca mnie wzro­kiem na wy­lot. Może tylko mi się wy­da­wało – prze­cież na­wet go nie wi­dzia­łam, ale in­tu­icję mia­łam do­brą i czu­łam, że coś jest nie tak.

Pró­bo­wa­łam słu­chać ma­te­ma­tyka, który mó­wił o wła­sno­ściach funk­cji li­nio­wej, ale wszystko, o czym wspo­mi­nał, już od dawna mia­łam w ma­łym palcu.

Ze względu na trudną sy­tu­ację ży­ciową ucie­ka­łam do ksią­żek, kiedy tylko mo­głam. Albo do Cami, ale ona nie za­wsze była w domu. Na­uka była więc moją od­skocz­nią i oazą w jed­nym. Zu­peł­nie mi to nie prze­szka­dzało. Uwiel­bia­łam się uczyć. Ma­rzy­łam o tym, aby zo­stać na­ukow­czy­nią, a żeby to się zi­ściło, mu­sia­łam po­świę­cać sporo czasu na na­ukę, dla­tego też wszystko, co oma­wia­li­śmy na za­ję­ciach, opa­no­wa­łam już dawno temu. Nie mia­łam nic prze­ciwko po­wta­rza­niu ma­te­riału – w końcu mózg naj­le­piej za­pa­mię­tuje in­for­ma­cje, je­śli się mu o nich przy­po­mina. Tego dnia jed­nak lek­cja ma­te­ma­tyki wy­jąt­kowo mi się dłu­żyła, więc kiedy tylko usły­sza­łam dzwo­nek, wsta­łam i ucie­kłam na prze­rwę jak opa­rzona.

Szłam ko­ry­ta­rzem do na­stęp­nej sali lek­cyj­nej. Ko­lejne dwie go­dziny mia­łam spę­dzić ra­zem z Cami, więc wie­dzia­łam, że nie będę na­rze­kać na nudę, bo prze­ga­damy pół lek­cji, czym praw­do­po­dob­nie do­pro­wa­dzimy na­uczy­cielkę do roz­stroju ner­wo­wego.

Pod salą do an­giel­skiego spo­tka­łam swoją przy­ja­ciółkę. Sie­działa na pod­ło­dze z ze­szy­tem i z ołów­kiem w ręku i prze­pi­sy­wała za­da­nie do­mowe.

– Cześć, pilna uczen­nico – przy­wi­ta­łam ją.

– Nie te­raz. Mam pięć mi­nut – rzu­ciła, nie od­ry­wa­jąc się od pi­sa­nia, i mach­nęła na mnie ręką.

Za­śmia­łam się i usia­dłam obok, aby już jej nie prze­szka­dzać.

~

Prze­trwa­łam kilka in­nych lek­cji, a te­raz zo­stała mi już tylko ostat­nia go­dzina. Nie była naj­gor­sza. Lu­bi­łam uczyć się fran­cu­skiego, a poza tym li­czy­łam na to, że kie­dyś uda mi się go wy­ko­rzy­stać.

We­szłam do klasy wcze­śniej i za­ję­łam miej­sce, a że za­ję­cia roz­po­czy­nały się do­piero za dzie­sięć mi­nut, by­łam w sali sama. Ode­tchnę­łam głę­boko i wyj­rza­łam przez okno. Li­ście na drze­wach za­częły już zmie­niać ko­lor. Z praw­dziwą ulgą przy­ję­łam na­dej­ście je­sieni. To wspa­niała pora roku – dzięki niej oto­cze­nie zy­skuje tyle róż­nych barw, a ja mam wra­że­nie, że stą­pam po naj­bar­dziej ko­lo­ro­wym ob­ra­zie, jaki kie­dy­kol­wiek po­wstał.

Naj­bar­dziej jed­nak lu­bi­łam zimę, bo ko­ja­rzyła mi się z tatą. Za­wsze miał wtedy naj­wię­cej wol­nego czasu i za­bie­rał mnie i Ethana na sanki albo le­pił z nami bał­wana. Po­tra­fi­li­śmy spę­dzić na dwo­rze cały dzień, a po po­wro­cie do domu tata ro­bił nam go­rącą cze­ko­ladę z bitą śmie­taną i pian­kami.

Uśmiech­nę­łam się do tych wspo­mnień, choć jed­no­cze­śnie bo­lało mnie serce. Po­twor­nie mi go bra­ko­wało.

Dzwo­nek prze­rwał moje roz­my­śla­nia i sala za­częła za­peł­niać się uczniami. Will wszedł do klasy jako ostatni. Roz­glą­dał się w po­szu­ki­wa­niu miej­sca, a że je­dyne wolne było obok mnie, wie­dzia­łam, gdzie usią­dzie. Do­strzegł mnie w se­kundę i pod­szedł bli­żej.

– Wolne? – spy­tał, wska­zu­jąc miej­sce pal­cem.

– Tak, ja­sne. – Zdję­łam torbę z dru­giego krze­sła.

Chło­pak usiadł w ławce i w tym sa­mym mo­men­cie do klasy we­szła na­sza na­uczy­cielka.

– Bon­jour – przy­wi­tała się. – Na dzi­siej­szej lek­cji za­czniemy przy­go­to­wy­wać pro­jekty, o któ­rych wam mó­wi­łam. Bę­dzie­cie współ­pra­co­wać ze swoim part­ne­rem z ławki. Rose… – urwała, kiedy spo­strze­gła mo­jego są­siada. – Cóż, wi­dzę, że masz z kim wy­ko­nać pro­jekt. Je­steś no­wym uczniem? – zwró­ciła się do Willa.

– Tak – po­twier­dził.

– Świet­nie. Wi­tamy. Na­zy­wam się Me­lissa Tho­mas i pro­wa­dzę za­ję­cia z ję­zyka fran­cu­skiego. Bę­dziesz za­tem two­rzył pro­jekt z Rose. Wy­tłu­ma­czy ci, co trzeba zro­bić.

– To bę­dzie in­te­re­su­jące… – mruk­nął, chyba my­śląc, że go nie sły­szę.

Wzię­łam do ręki ze­szyt, choć nie mia­łam za­miaru ni­czego w nim no­to­wać. Szu­ka­łam tylko spo­sobu, żeby dys­kret­nie rzu­cić okiem na swo­jego to­wa­rzy­sza, który – jak się oka­zało – uśmie­chał się sam do sie­bie. By­łam cie­kawa, co go tak ba­wiło. W pew­nym mo­men­cie za­uwa­żył, że mu się przy­glą­dam. Szybko od­wró­ci­łam wzrok i uda­łam, że wcale wła­śnie się na niego bez­czel­nie nie ga­pi­łam.

Po­sta­no­wi­łam go igno­ro­wać. Tak, to był so­lidny plan.

Na­uczy­cielka roz­dała nam kar­teczki, na któ­rych wid­niały na­zwy fran­cu­skich re­gio­nów. Każda para miała przy­go­to­wać pre­zen­ta­cję na te­mat da­nego ob­szaru. Gdy tylko pani Tho­mas po­ło­żyła świ­stek na na­szym biurku, ob­ró­ci­łam głowę, żeby zo­ba­czyć, ja­kim za­gad­nie­niem bę­dziemy się zaj­mo­wać. „Bre­ta­gne”. Uro­czo!

Gdy za­brzmiał dzwo­nek, na­uczy­cielka jesz­cze raz przy­po­mniała ca­łej gru­pie, że mamy ty­dzień, aby opra­co­wać pre­zen­ta­cję.

Za­czę­łam zbie­rać swoje rze­czy. Na mo­jej dro­dze sta­nął jed­nak Will, który nie chciał mnie prze­pu­ścić.

– Trzeba się spo­tkać, żeby zro­bić ten pro­jekt. Im szyb­ciej to za­ła­twimy, tym le­piej – po­wie­dział.

– Też tak my­ślę.

– U cie­bie czy u mnie? – spy­tał.

– U cie­bie! To zna­czy… Czy mo­gli­by­śmy? U… u cie­bie? – wy­du­ka­łam spa­ni­ko­wana.

Will uniósł brwi i spoj­rzał na mnie, jakby bra­ko­wało mi pią­tej klepki. Sama za­czy­na­łam się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem gdzieś jej nie zgu­bi­łam.

– U mnie. Dziś – oznaj­mił.

– Dzi­siaj nie mogę. Pra­cuję.

– Se­rio?

Po­ki­wa­łam głową.

Chło­pak wzru­szył ra­mio­nami i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

– Hej! – Do­sko­czy­łam do niego. – Dzi­siaj nie mogę, ale… ju­tro mam czas.

Uśmiech­nął się zło­śli­wie i po­wie­dział:

– Ale ja nie.

I od­szedł.

Sta­łam osłu­piała i wpa­try­wa­łam się w jego od­da­la­jącą się syl­wetkę. Miał sze­ro­kie ra­miona i kiedy się po­ru­szał, było wi­dać każdy mię­sień, który uwy­dat­niała jego ko­szulka.

Gdy szok mi­nął i moje serce lekko się uspo­ko­iło, a zdrowy roz­są­dek na po­wrót za­czął dzia­łać, po­czu­łam obu­rze­nie. Kim on, do cho­lery, jest i za kogo się uważa, żeby tak się za­cho­wy­wać? Jest dup­kiem! Zo­sta­łam w sali jesz­cze chwilę i ana­li­zo­wa­łam całą sy­tu­ację. Do­piero te­raz do­tarło do mnie, że wszy­scy ucznio­wie, włącz­nie z na­uczy­cielką, już dawno wy­szli.

Cho­lera. Ro­bię z nim pro­jekt. Je­śli po­wiem o tym Cami, nie da mi spo­koju i bę­dzie mi su­szyć o to głowę przez resztę ty­go­dnia. Ba, roku!

Wes­tchnę­łam. Nie było czasu na uża­la­nie się nad sobą – praca cze­kała. Opu­ści­łam bu­dy­nek szkoły i skie­ro­wa­łam się do ka­fejki. Na dwo­rze było cie­pło, więc spa­cer był praw­dziwą przy­jem­no­ścią. Po obu stro­nach drogi pro­wa­dzą­cej do ka­wiarni cią­gnęły się pa­sma drzew, które te­raz były wy­peł­nione ko­lo­ro­wymi li­śćmi. Ja­kiś star­szy pan gra­bił je na tra­wie, a po chwili dzieci wbie­gały w usy­paną stertę i nisz­czyły jego pracę. Zro­biło mi się żal sta­ruszka.

Cie­szy­łam się, że pra­co­wa­łam tak bli­sko szkoły. Za­le­d­wie kilka mi­nut póź­niej sta­łam już przed wej­ściem do Dzien­nej Fan­ta­zji. Na­zwa pa­so­wała do klubu ze strip­ti­zem, ale nie mnie oce­niać. Za­ło­ży­cielką ka­wiarni była Be­thany Mi­les, która po­dró­żo­wała te­raz po ca­łym świe­cie i otwie­rała ko­lejne fi­lie Dzien­nej Fan­ta­zji w róż­nych za­kąt­kach globu. Po­dobno wszyst­kie cia­sta, które po­da­jemy, są jej au­tor­stwa.

Kiedy do­tar­łam na miej­sce, do­cho­dziła czwarta. Prze­bra­łam się we wście­kle ró­żowy far­tu­szek z wy­szy­tym logo oraz moim imie­niem, a loki spię­łam w wy­soki kok, żeby mi w ni­czym nie prze­szka­dzały. By­łam go­towa do pracy, sta­nę­łam więc za kasą i cze­ka­łam na klien­tów.

Na­gle przy­po­mnia­łam so­bie o no­wym ko­le­dze. Czu­łam, że ro­bie­nie z nim pro­jektu bę­dzie pro­ble­ma­tyczne. Od­no­si­łam wra­że­nie, że nie jest ty­pem, który długo po­chy­lałby się nad ja­kimś za­da­niem, a do tego był tak nie­miły, że na samą myśl o współ­pracy z nim krew mnie za­le­wała. Już na­prawdę wo­la­ła­bym wy­ką­pać się w ja­kimś ba­gnie.

Wes­tchnę­łam ciężko i pró­bo­wa­łam sku­pić się na pracy. By­łam wy­koń­czona po ostat­niej zmia­nie – czu­łam to w ca­łym ciele i le­dwo sta­łam na no­gach. Wie­dzia­łam, że za­po­wiada się długi wie­czór.

Roz­dział 2

Usły­sza­łam prze­ra­ża­jący krzyk.

Ze­rwa­łam się na równe nogi i za­czę­łam roz­glą­dać się po po­koju. Ze­ga­rek wska­zy­wał ósmą.

Cho­lera! Za­spa­łam. Za­po­mnia­łam na­sta­wić bu­dzik.

Z dołu do­bie­gały wrza­ski matki i brzdęk tłu­czo­nego szkła, więc stwier­dzi­łam, że tego dnia wyjdę przez okno. Ubra­łam się w po­śpie­chu. Wcią­gnę­łam na sie­bie pierw­szy lep­szy T-shirt i spodnie (mia­łam na­dzieję, że nie mają plamy na tyłku) i po­de­szłam do okna. Mia­łam pod sobą per­golę, na któ­rej od lat nic nie ro­sło. Mama prze­stała pie­lę­gno­wać róże i zo­stała po nich tylko moja droga ewa­ku­acyjna, za którą by­łam nie­by­wale wdzięczna. Sta­nę­łam pew­nie na jej szcze­bel­kach, a gdy zna­la­złam się po dru­giej stro­nie, przy­mknę­łam za sobą okno.

Gdy moje stopy do­tknęły ziemi, zer­k­nę­łam w kie­runku pod­jazdu Ca­mille. Cie­szy­łam się, że dziew­czyna miesz­kała na­prze­ciwko. Przed bu­dyn­kiem stał jej ca­dil­lac, a to ozna­czało, że jesz­cze była w domu. Mia­łam na­dzieję, że da się na­mó­wić na pod­wózkę.

Pod­bie­głam do drzwi przy­ja­ciółki i za­pu­ka­łam dwa razy. Otwo­rzyła po mi­nu­cie nie­ucze­sana i bez tony ma­ki­jażu, którą za­zwy­czaj miała na twa­rzy, ze szczo­teczką do zę­bów w buzi i z pianą ka­piącą jej po ko­szulce.

– A fy nie f skole? – wy­mam­ro­tała.

– Nie, za­spa­łam. Za­po­mnia­łam włą­czyć alarm. Pro­szę, pro­szę, pro­szę, za­wieź mnie! Już i tak je­stem spóź­niona. Omi­nie mnie fran­cu­ski!

– Noi? Kfogo ob­cho­dzi ten gupi ję­syk? – spy­tała i po­szła do kuchni.

Za­mknę­łam za sobą drzwi i po­truch­ta­łam za nią.

– Mnie… ob­cho­dzi – od­po­wie­dzia­łam z za­wa­ha­niem.

Zmru­żyła oczy, pró­bu­jąc wy­niu­chać, o co mi cho­dziło. Wy­pluła pa­stę do zlewu i prze­płu­kała usta.

– Do­bra. Nie­ważne. Wy­lu­zuj, po­je­dziemy na na­stępną lek­cję, a te­raz na­pi­jemy się kawy.

– Ale…

– Żad­nych ale, wy­glą­dasz do dupy. Kawa do­brze ci zrobi. Sia­daj – za­rzą­dziła i wska­zała na krze­sło.

Klap­nę­łam na miej­sce z gry­ma­sem na twa­rzy. Mu­sia­łam po­go­dzić się z my­ślą, że dzi­siaj nie pójdę na fran­cu­ski.

Mo­men­tal­nie po­my­śla­łam o Willu. Nie do końca ro­zu­mia­łam swoją re­ak­cję, ale po­smut­nia­łam na myśl o tym, że omi­nie mnie wspólna lek­cja. Cho­ciaż są­dząc po jego po­dej­ściu, moja nie­obec­ność go ucie­szy. Mia­łam tylko na­dzieję, że przy­naj­mniej coś za­no­tuje, ale… W za­sa­dzie kogo ja oszu­ki­wa­łam? By­łam pewna, że nic z tego.

Sie­dzia­łam w kuchni swo­jej przy­ja­ciółki i są­czy­łam go­rący płyn. Kawa to na­pój bo­gów i ża­den hi­sto­ryk nie wkręci mi, że była nim ja­kaś am­bro­zja. Nic nie sma­ko­wało tak jak czarna kawa.

Przy­ja­ciółka oparta o blat przy­glą­dała mi się z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy. Skrzy­wi­łam się na wi­dok jej miny, bo wie­dzia­łam, że na pewno nie będę za­do­wo­lona z tego, co cho­dziło jej po gło­wie.

– Rose, dziu­ba­sku, nie ob­raź się, znamy się tyle lat, ale… – za­częła.

– Do rze­czy, Cami.

Wy­pu­ściła z sie­bie po­wie­trze.

– Wy­glą­dasz fa­tal­nie.

Spoj­rza­łam na swoje ciu­chy. Fak­tycz­nie nie był to naj­lep­szy wy­bór, ale w po­śpie­chu zła­pa­łam to, co aku­rat mia­łam pod ręką. Zresztą prze­waż­nie i tak się­ga­łam po ta­kie stroje, bo były prak­tyczne i schludne. Przy­naj­mniej wtedy, gdy były czy­ste.

Cami na­to­miast ko­chała modę i lu­biła za­sza­leć. Nie przej­mo­wała się na­wet za­sa­dami do­ty­czą­cymi ubioru w szkole. Za krót­kie? Gdzie tam. Zbyt ob­ci­słe? Nie dla niej. Dla­tego też, kiedy zbie­gła po scho­dach, jej strój nie zdzi­wił mnie ani odro­binę. Miała na so­bie krótką, po­pie­latą, dżin­sową su­kienkę na cie­niut­kich, pra­wie nie­wi­docz­nych ra­miącz­kach, a jej ta­lia była prze­wią­zana czar­nym pa­skiem z dużą klamrą, który świet­nie pa­so­wał do czar­nych ko­zacz­ków na plat­for­mie. Bor­dowe włosy zwi­sały luźno i ukła­dały się na jej ubra­niach ni­czym wo­do­spady, a zie­lone oczy były pięk­nie pod­kre­ślone czar­nym ey­eli­ne­rem. Twarz miała bladą. Tak na­prawdę jej cera za­wsze taka była, ale po­mimo to i tak ob­sy­py­wała się nie­skoń­czoną ilo­ścią pu­dru, żeby była jesz­cze bled­sza. Usta z ko­lei po­ma­lo­wała bor­dową szminką do­sko­nale pa­su­jącą do ko­loru jej wło­sów. Ca­łość wy­glą­dała nie­sa­mo­wi­cie, ale… ja bym się tak nie ubrała.

– Uma­lu­jemy cię tro­chę i zro­bimy coś z tymi wło­sami – stwier­dziła, ge­sty­ku­lu­jąc, jakby wi­działa tu po­ten­cjalny fe­no­men.

– Daj spo­kój, nie mamy na to czasu.

– Prze­stań ję­czeć. Zaj­mie mi to dwie mi­nuty. No chodź – po­wie­działa i ru­szyła scho­dami na górę.

Zre­zy­gno­wana po­czła­pa­łam za nią, bo wie­dzia­łam, że je­śli Ca­mille Hud­son się na coś uprze, to w ży­ciu nie wy­bi­jesz jej tego z głowy.

We­szłam na górę i skrę­ci­łam do dru­giego po­koju po le­wej. Po­mimo mrocz­nego wy­glądu dziew­czyny jej po­kój od lat wy­glą­dał nie­zmien­nie. Białe ściany, białe me­ble – wszystko białe. Dzięki Bogu, że to pani Hud­son spra­wo­wała nad nim pie­czę, bo w prze­ciw­nym wy­padku świa­tło sło­neczne nie mia­łoby szans na do­tar­cie do tego po­miesz­cze­nia. Choć Cami i tak uzu­peł­niała tę prze­strzeń ciem­nymi pla­ka­tami i czar­nymi ak­cen­tami. To, co mi się jed­nak po­do­bało, to su­fit, który Cami sa­mo­dziel­nie po­ma­lo­wała na ciemny gra­nat, a na­stęp­nie ozdo­biła go ma­lut­kimi gwiaz­dami. Wier­nie od­wzo­ro­wała na­wet nie­które kon­ste­la­cje. Gdy jej mama do­ko­nała tego od­kry­cia, nie­mal do­stała za­wału, ale mała Cami uparła się wtedy, że je­śli wszystko ma być białe, to ta część nie bę­dzie. I tyle. Zero dys­ku­sji.

Usia­dłam na stołku przed to­a­letką i spoj­rza­łam w lu­stro. Mu­sia­łam przy­znać jej ra­cję – wy­glą­da­łam fa­tal­nie. Włosy za­częły mi się prze­tłusz­czać, a w przy­padku blondu jest to wi­doczne bar­dzo szybko. Na do­miar złego loki nieco już opa­dły i by­łam strasz­nie roz­czo­chrana, a moje na ogół duże i błę­kitne oczy te­raz były lekko opuch­nięte i pod­kre­ślone fio­le­to­wymi siń­cami.

– Spo­koj­nie. To nic, z czym nie po­ra­dzą so­bie do­bry ko­rek­tor i su­chy szam­pon – po­cie­szyła mnie.

Pró­bo­wała ura­to­wać mój wy­gląd, a ja sie­dzia­łam spo­koj­nie i po­zwa­la­łam jej dzia­łać. La­tała wo­kół mnie i co chwilę coś po­pra­wiała. Ba­łam się, co z tego wyj­dzie, ale kiedy skoń­czyła, a ja od­wa­ży­łam się spoj­rzeć w lu­stro, onie­mia­łam. Mu­sia­łam przy­znać, że pre­zen­to­wa­łam się o niebo le­piej. Przy­ja­ciółka pod­kre­śliła moje pełne usta ró­żową szminką i ja­kimś cu­dem ujarz­miła loki. Opuch­nięte oczy były te­raz zde­cy­do­wa­nie ja­śniej­sze i wy­raź­niej­sze, dzięki czemu nie przy­po­mi­na­łam już ży­wego trupa. Ca­łość wy­glą­dała na­prawdę w po­rządku i mimo że na­ło­żyła mi tyle dzi­wactw, nie było tego wi­dać.

– Go­towe! – krzyk­nęła Cami.

– Po­doba mi się – przy­zna­łam.

– Po­win­naś tak czę­ściej. To uwy­dat­nia twoje atuty. – Wy­szcze­rzyła zęby w uśmie­chu. – No do­bra, ma­ki­jaż jest, ale prze­bra­ła­bym cię jesz­cze.

– Je­stem pewna, że nie masz w sza­fie ni­czego w moim stylu – od­po­wie­dzia­łam pełna wąt­pli­wo­ści, pa­trząc na jej su­kienkę.

– Och, Rose. Tyle lat się znamy, a chyba jed­nak wcale. Je­stem zmar­twiona twoim bra­kiem wiary we mnie.

– Co jest nie tak z mo­imi ciu­chami?

– Nic, po pro­stu są ta­kie… zwy­czajne. Cho­ciaż raz ubierz się ina­czej.

Prze­wró­ci­łam oczami i już nie dys­ku­to­wa­łam. Przy­ja­ciółka ode­brała mil­cze­nie jako zgodę i za­częła grze­bać w sza­fie.

– Je­stem pewna, że… – Kilka ko­szu­lek wy­lą­do­wało na pod­ło­dze. – Gdzieś ją… Cho­lera – mó­wiła do sie­bie, ko­piąc da­lej. – Mam!

Dziew­czyna wy­su­nęła się z szafy z bia­łym ma­te­ria­łem w ręku. Kiedy po­de­szła bli­żej i zła­pała go obu­rącz, moim oczom uka­zała się biała su­kienka z bu­fia­stymi rę­ka­wami. Chwila, skądś ją…

– Ej! To moja su­kienka! – krzyk­nę­łam, bo przy­po­mnia­łam so­bie, że nie­gdyś miesz­kała w mo­jej sza­fie.

– Wi­dzisz? Mó­wi­łam, że znajdę coś ide­al­nego dla cie­bie – za­śmiała się. – Poza tym czy choć raz mia­łaś ją na so­bie? Nie pa­mię­tam, że­byś no­siła tę su­kienkę od czasu, gdy gra­łaś aniołka w szkol­nym przed­sta­wie­niu i wprost we­pchnęli cię w nią.

– Ja­sne, że ją no­si­łam. – To było kłam­stwo.

– Tak? Nie znam cię od dziś, moja droga. – Zmru­żyła oczy i za­ci­snęła usta. – Mam na­wet twoją kurtkę dżin­sową. Bę­dzie pa­so­wać ide­al­nie. Oj, już nie bocz się na mnie, tylko się prze­bie­raj – do­dała, wi­dząc moją minę.

– Skąd ty ją masz?

– Po­ży­czy­łam kie­dyś, jak cię nie było, i za­po­mnia­łam od­dać. Zresztą i tak była za duża na moje ko­ści­ste ciałko. Prze­bie­raj się, bo spóź­nisz się na matmę.

Wes­tchnę­łam i po­sta­no­wi­łam zro­bić, co mó­wiła. Zmie­ni­łam ubra­nia, a na­stęp­nie okrę­ci­łam się, aby za­pre­zen­to­wać przy­ja­ciółce osta­teczny efekt. Cami za­apro­bo­wała go kiw­nię­ciem głową.

Było już dość późno, więc chwy­ci­łam torbę i szybko ze­szły­śmy na dół. Dziew­czyna zła­pała klu­czyki do sa­mo­chodu, za­mknęła drzwi wej­ściowe i za­pro­wa­dziła mnie na pod­jazd przed do­mem. Po­de­szła do auta, się­gnęła do klamki i się za­wa­hała.

– A może… masz ochotę dzi­siaj po­pro­wa­dzić? – spy­tała.

Za­mu­ro­wało mnie. Ca­mille Hud­son pro­po­no­wała mi, abym po­pro­wa­dziła jej dzie­cinkę. Świat prze­wró­cił się do góry no­gami, krowy po­tra­fią la­tać, a psy szcze­kają tył­kami.

– Ja? Ja mam po­pro­wa­dzić twój sa­mo­chód?

– Wiem, że dawno nie jeź­dzi­łaś, więc pro­szę. – Po­dała mi klu­czyki. – Pro­wadź.

– No… Sama nie wiem.

– Wsia­daj, za­nim się roz­my­ślę. – Po­ma­chała mi klu­czy­kami przed no­sem.

– Do­bra – od­po­wie­dzia­łam szybko.

Usia­dłam za kie­row­nicą. Przy­su­nę­łam tro­chę fo­tel, po­nie­waż moje nogi były krót­sze od nóg Cami. Na­stęp­nie po­pra­wi­łam lu­sterka i za­pię­łam pas. Wrzu­ci­łam bieg, zwol­ni­łam ręczny i ru­szy­łam. Tak dawno nie mia­łam oka­zji, żeby po­jeź­dzić, że zdą­ży­łam już za­po­mnieć, jak bar­dzo to lu­bi­łam. Uśmiech od razu wy­pły­nął mi na twarz. Szcze­rzy­łam się jak głu­pia i obie­ca­łam so­bie, że jak tylko uda mi się odło­żyć ja­kąś więk­szą sumkę, to zde­cy­do­wa­nie ku­pię so­bie sa­mo­chód.

– Tę­sk­ni­łaś za tym, co? – spy­tała Cami z uśmie­chem.

– Tak. Bar­dzo.

– Je­śli chcesz, mo­żesz ko­rzy­stać, kiedy masz ochotę. Tylko nie za­ry­suj!

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie, co ty. To twoje auto, a mnie nie stać na to, żeby do­kła­dać się do pa­liwa – wy­zna­łam.

Cami się za­my­śliła.

– Cóż… I tak jeź­dzimy ra­zem do szkoły, więc mo­żemy się umó­wić, że od czasu do czasu ty pro­wa­dzisz. Zgoda? – za­pro­po­no­wała.

– Zgoda – uśmiech­nę­łam się. – Dzięki, Cami.

– Nie ma sprawy, Rose.

~

Ruch na par­kingu był dziś nieco mniej­szy. Do­syć szybko zna­la­zły­śmy wolne miej­sce, w za­sa­dzie dwa miej­sca tuż obok sie­bie, więc par­ko­wało się z ła­two­ścią.

Cami wy­jęła na­sze torby z auta i skie­ro­wa­ły­śmy się ku bu­dyn­kowi szkoły.

– Słu­chaj, dzi­siaj jest ta im­preza u Am­ber. Za­czyna się o osiem­na­stej. Idziesz ze mną? – spy­tała.

– Dzi­siaj? Nie mogę.

– Czemu? Pra­cu­jesz?

– Nie… – wy­ją­ka­łam.

– Okay… Więc czym je­steś za­jęta?

– Ni­czym.

– Więc dla­czego nie chcesz iść? – do­cie­kała.

– Nie mam ochoty.

– Och, daj spo­kój! Wy­lu­zujmy się tro­chę.

– Ty się lu­zu­jesz co­dzien­nie.

– Hej! To nie­prawda! – Unio­sła ręce w ge­ście obron­nym.

Uśmiech­nę­łam się i czmych­nę­łam do bu­dynku. Cami drep­tała mi po pię­tach, ale w tych wy­so­kich bu­tach było jej trudno mnie do­go­nić.

– Ale na­stęp­nej im­prezy już ci nie od­pusz­czę!

– Ja­sne! – od­krzyk­nę­łam bez prze­ko­na­nia.

Po­ma­cha­ły­śmy so­bie na po­że­gna­nie. Ona po­szła w kie­runku sali che­micz­nej, a ja we­szłam do ma­te­ma­tycz­nej.

Usia­dłam w ławce i wy­ję­łam pod­ręcz­niki. Nie mia­łam kiedy od­ro­bić za­da­nia, więc za­ję­łam się tym do­piero te­raz. Trwało to nie­całe dzie­sięć mi­nut.

– X wy­nosi dzie­sięć, nie pięt­na­ście.

Usły­sza­łam bry­tyj­ski ak­cent.

Pod­nio­słam szybko głowę i za­uwa­ży­łam Willa sto­ją­cego nade mną.

– Co?

– X równa się…

– Sły­sza­łam.

Uniósł brwi.

– Więc po co py­tasz.

– Ja… Nie­ważne – po­wie­dzia­łam i za­mknę­łam ze­szyt.

Will po­trak­to­wał to jako za­koń­cze­nie te­matu i po­szedł do swo­jej ławki. Po chwili jed­nak po­czu­łam, jak po­chyla się nad mo­imi ple­cami. Jego od­dech mu­skał moją gołą szyję, a to przy­pra­wiło mnie o ciarki i gę­sią skórkę.

– Tak w ogóle – za­czął – wy­glą­dasz fa­tal­nie.

Za­tkało mnie. Do­słow­nie za­mu­ro­wało. Wpa­try­wa­łam się przed sie­bie sze­roko otwar­tymi oczami.

– Jak­byś nie spała całą noc – do­dał.

Od­wró­ci­łam się z im­pe­tem, uwa­ża­jąc, aby przy­pad­kiem się o niego nie otrzeć.

– Pra­co­wa­łam do późna, dupku. – Nie ukry­wa­łam wzbu­rze­nia.

– Prze­cież już mó­wi­łem, że…

– Sły­sza­łam – wy­ce­dzi­łam przez za­ci­śnięte zęby.

Czu­łam, jak krew się we mnie go­tuje i że za­pewne moje po­liczki są wście­kle czer­wone.

Will sie­dział swo­bod­nie z wy­pro­sto­wa­nymi no­gami. Kilka pasm ciem­nych wło­sów opa­dało mu na twarz, na któ­rej go­ścił ten de­ner­wu­jący uśmiech.

– A ty… – za­czę­łam i się za­wa­ha­łam.

– Ja co, Rose? – Po­chy­lił się i oparty o ławkę wpa­try­wał się we mnie in­ten­syw­nie.

– Ty…

– Dzień do­bry wszyst­kim! – po­wie­dział na­uczy­ciel.

Po­trzą­snę­łam głową i ob­ró­ci­łam się przo­dem do ta­blicy.

Co za pa­lant. Nie mo­głam uwie­rzyć, że można być ta­kim cha­mem. Całe moje ciało go­to­wało się ze zło­ści, a przez resztę lek­cji sły­sza­łam ci­che pod­śmie­chi­wa­nie się za ple­cami.

~

Po skoń­czo­nych za­ję­ciach uda­łam się na szkolny par­king. Do­cho­dziła czwarta, a za­zwy­czaj o tej po­rze to miej­sce było już nie­mal pu­ste. Zo­rien­to­wa­łam się, że znik­nął rów­nież ca­dil­lac mo­jej przy­ja­ciółki, choć nie­spe­cjal­nie mnie to zdzi­wiło – pew­nie szy­ko­wała się już na wie­czorną im­prezę. Cze­kał mnie więc sa­motny spa­cer do domu.

Spoj­rza­łam w niebo. Nie wró­żyło do­brej po­gody, ale po dzi­siej­szych atrak­cjach do­bre i to. Szłam i roz­my­śla­łam, dla­czego Will był taki nie­miły. Czy to ta su­kienka? Jest nie w moim stylu. Może moje zmę­cze­nie było aż tak wi­doczne? A do tego te włosy… Ale żeby od razu tak otwar­cie mnie ob­ra­żać?!

– Hej, Rose!

Ob­ró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam Ma­sona, ko­legę ze szkoły. Uśmie­chał się do mnie przez opusz­czoną szybę.

– Cześć.

– Może pod­wieźć cię do domu?

Pod­wieźć mnie? A to coś no­wego.

– Eee… Nie, dzię­kuję, przejdę się.

– Za­raz za­cznie pa­dać.

– Na pewno jeszcz… – urwa­łam, po­nie­waż jak na za­wo­ła­nie po­czu­łam na skó­rze pierw­sze kro­ple desz­czu. Świet­nie. Czy ten dzień może być jesz­cze lep­szy?

Spoj­rza­łam na Ma­sona. Chło­pak się uśmiech­nął, a jego równe zęby za­bły­sły w świe­tle pa­da­ją­cym wprost na nie. Za­trzy­mał sa­mo­chód i po­chy­lił się, aby od środka otwo­rzyć mi drzwi.

– Wska­kuj.

Pod­da­łam się i wrzu­ci­łam ple­cak na pod­łogę, a na­stęp­nie wsia­dłam do auta. Za­trza­snę­łam za sobą drzwi i za­pię­łam pas. Nie mia­łam da­leko do domu, ale sa­mo­cho­dem do­jadę szyb­ciej – w końcu będę mo­gła za­ko­pać się w po­ścieli i roz­my­ślać, jak ża­ło­sną istotą je­stem.

– Co u cie­bie? – za­py­tał chło­pak, na chwilę od­ry­wa­jąc wzrok od drogi.

Ma­son i ja po­zna­li­śmy się w pod­sta­wówce. Na po­czątku się nie zno­si­li­śmy. W dzie­ciń­stwie lu­bił de­ner­wo­wać ró­wie­śni­ków i za­bie­rać im za­bawki, ale kiedy wziął moją uko­chaną przy­tu­lankę, po­przy­się­głam ze­mstę. Wy­rzu­ci­łam wtedy jego ulu­biony sa­mo­cho­dzik przez okno i… prze­je­chało go auto. To, co mnie zszo­ko­wało, to fakt, że chło­pak się nie wku­rzył, tylko za­czął się śmiać. Do­słow­nie ta­rzał się po pod­ło­dze! Jego re­ak­cja była okrop­nie za­raź­liwa i nie­długo po­tem sama do niego do­łą­czy­łam. Od tam­tej pory tak jakby się za­przy­jaź­ni­li­śmy, nie­stety na­sze drogi się ro­ze­szły, gdy ko­le­dzy stali się waż­niejsi. Obec­nie je­ste­śmy po pro­stu dwójką zna­jo­mych, któ­rzy mó­wią so­bie „cześć”, dla­tego zdzi­wiła mnie jego dzi­siej­sza pro­po­zy­cja pod­wózki.

– W po­rządku – od­po­wie­dzia­łam.

Nie za­mie­rza­łam wda­wać się w szcze­góły do­ty­czące mo­jego ży­cia oso­bi­stego.

– A u cie­bie?

– Rów­nież. Wy­gra­li­śmy ostatni mecz. Wi­dzia­łaś?

– Nie­stety nie. Nie­spe­cjal­nie lu­bię sport.

„Jak­byś nie pa­mię­tał” – do­da­łam w my­ślach.

– No tak. Fak­tycz­nie.

Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza. Wyj­rza­łam przez okno. Kro­ple desz­czu spły­wały po szy­bie i mie­szały się ze sobą. Roz­pa­dało się na maksa. W su­mie to do­brze, że…

– Wiesz, za­sta­na­wia­łem się… – za­czął Ma­son.

Oho. Z tego nie wyj­dzie nic do­brego.

– Tak po­my­śla­łem, czy może… Eee… Nie po­szła­byś ze mną na ten bal. No wiesz.

Że co?! Ja? Na bal zi­mowy?

– A co z Emily? – za­py­ta­łam. A może to była Evie?

– Emery – po­pra­wił.

By­łam bli­sko.

– Wła­śnie, co z Emery?

– Już od ja­kie­goś czasu nie je­ste­śmy ra­zem. Nie wie­dzia­łaś? My­śla­łem, że cała szkoła o tym hu­czy.

Ma­son na­le­żał do tak zwa­nej elity, dla­tego teo­re­tycz­nie po­win­nam była sły­szeć o ich ze­rwa­niu, ale ja­koś mnie to nie ob­cho­dziło, więc albo nie przy­ję­łam tego do wia­do­mo­ści, albo rze­czy­wi­ście ta in­for­ma­cja do mnie nie do­tarła.

– Cóż… Nie sły­sza­łam o tym.

– W każ­dym ra­zie… Po­szła­byś ze mną? – spy­tał, par­ku­jąc pod moim do­mem.

Nie wie­dzia­łam, co mam po­wie­dzieć. Za­mie­rza­łam pójść z Cami, bo obie nie mamy part­ne­rów.

– Wiesz, ja… – za­czę­łam.

Skie­ro­wa­łam wzrok na daw­nego przy­ja­ciela. Jego opa­lona cera była otu­lona kasz­ta­no­wymi wło­sami, a para cze­ko­la­do­wych oczu przy­glą­dała mi się uważ­nie. Chło­pak wy­glą­dał, jakby szcze­rze mu za­le­żało.

Przez chwilę roz­my­śla­łam o tym, co wła­śnie za­pro­po­no­wał. W su­mie to nie by­łoby ta­kie straszne. Cami na pewno znaj­dzie so­bie ja­kie­goś ad­o­ra­tora, jak za­wsze, i pew­nie po­sika się ze szczę­ścia, kiedy jej po­wiem, że mam part­nera na bal.

– Okay – zgo­dzi­łam się.

– Se­rio? – Chyba nie do­wie­rzał. – Su­per!

Od­wza­jem­ni­łam uśmiech i za­czę­łam wy­cho­dzić z auta. Zła­pa­łam ple­cak i za­mknę­łam za sobą drzwi, a w tym sa­mym mo­men­cie Ma­son opu­ścił szybę.

– Na­prawdę się cie­szę – po­wie­dział.

Dzi­wił mnie ten en­tu­zjazm, ale było to miłe.

– Ja rów­nież. Mu­szę le­cieć. Dzięki za pod­wózkę. Na ra­zie. – Wy­rzu­ci­łam słowa na jed­nym od­de­chu i ucie­kłam do domu.

We­szłam do środka i opar­łam się o za­mknięte drzwi. Po se­kun­dzie usły­sza­łam, że sa­mo­chód się od­dala.

Cóż, to było coś no­wego, ale… Hej! Mam part­nera na bal! Cami pęk­nie ze śmie­chu.

Roz­dział 3

Na­słu­chi­wa­łam. Z sa­lonu do­bie­gało ci­che po­chra­py­wa­nie, co ozna­czało, że mama śpi. Zo­sta­wi­łam torbę przy drzwiach, zdję­łam buty i po­szłam ko­ry­ta­rzem w stronę kuchni. Zaj­rza­łam jesz­cze do sa­lonu – le­żała na brzu­chu z jedną ręką wy­giętą na ple­cach i z drugą zwi­sa­jącą bez­wład­nie z ka­napy. W dłoni trzy­mała pu­stą bu­telkę po wódce. Spoj­rza­łam na nią z obrzy­dze­niem. Pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, jaka była kie­dyś, ale prawdę mó­wiąc, po­woli za­po­mi­na­łam.

Tata zgi­nął na­gle. Zna­lazł się w nie­od­po­wied­nim miej­scu o nie­od­po­wied­nim cza­sie, choć on za­pewne utrzy­my­wałby, że ro­bił to, co mu­siał. Był po­li­cjan­tem i aku­rat tego dnia peł­nił służbę. Pa­trol zo­stał we­zwany do sklepu, do któ­rego wpa­ro­wał ja­kiś gość i gro­żąc ka­sjerce bro­nią, żą­dał pie­nię­dzy. Kiedy tata i jego współ­pra­cow­nicy do­tarli na miej­sce, pró­bo­wali uspo­koić na­past­nika. Nie­stety, gdy już my­śleli, że udało im się go na­mó­wić na opusz­cze­nie pi­sto­letu, ten nie­spo­dzie­wa­nie wy­strze­lił… pro­sto w mo­jego tatę. Nie miał żad­nych szans.

Tego dnia moje serce przy­ćmił mrok i sku­tecz­nie ode­brał mi świa­tło.

Mama nie mo­gła udźwi­gnąć tej tra­ge­dii i w nie­które dni wcale jej się nie dzi­wi­łam. O ile ła­twiej by­łoby za­mknąć się w so­bie, by­leby tylko nie czuć tego bólu. Przez tyle lat pró­bo­wa­li­śmy jej po­móc. Ethan – mój brat – re­gu­lar­nie za­wo­ził ją na te­ra­pię, pil­no­wał, żeby brała leki. Oboje sta­ra­li­śmy się być za­wsze dla niej, ale po­tem on wy­je­chał, a ja zo­sta­łam z nią sama.

Po­cząt­kowo nic się nie zmie­niło. Za­ży­wała leki, kon­ty­nu­owała te­ra­pię, ale na­gle za­częła za­cho­wy­wać się zu­peł­nie ina­czej. Usi­ło­wa­łam jej po­ma­gać, ale wtedy ona… Nie chcia­łam o tym te­raz my­śleć. Nie mo­głam na­wet po­pro­sić brata o wspar­cie, bo w mgnie­niu oka rzu­ciłby wszystko, żeby mnie od­cią­żyć, a pra­co­wał na to całe swoje ży­cie. Nie mo­głam na to po­zwo­lić. Do­póki nie zwra­ca­łam na sie­bie uwagi, mama da­wała mi spo­kój. Za­sta­na­wia­łam się tylko, skąd miała al­ko­hol, bo nie wi­dzia­łam, żeby kie­dy­kol­wiek wy­cho­dziła z domu, a ja też ni­gdy jej go nie ku­po­wa­łam.

Po­szłam do kuchni, w któ­rej pa­no­wał pół­mrok. Za­sło­nięte ro­lety sku­tecz­nie od­ci­nały do­stęp do świa­tła. Za­czę­łam kie­ro­wać się w stronę okna, aby je od­sło­nić, ale na­gle do­tarło do mnie, że na czymś się śli­zgam, a po chwili już cał­kiem stra­ci­łam rów­no­wagę i upa­dłam. Po­czu­łam ostry ból, kiedy moje lewe przed­ra­mię spo­tkało się z roz­bi­tym szkłem le­żą­cym na pod­ło­dze. Ostre odłamki prze­biły skórę, z któ­rej bły­ska­wicz­nie po­cie­kła krew. Za­ci­snę­łam wargę, żeby stłu­mić krzyk. Po mo­ich po­licz­kach po­pły­nęły łzy, ale sta­ra­łam się być ci­cho, bo nie chcia­łam obu­dzić matki ani jej spro­wo­ko­wać. Pod­nio­słam się ostroż­nie, sta­ra­jąc się wy­czuć, gdzie leży szkło, i od­sło­ni­łam okna. Spoj­rza­łam na swoją rękę i skrzy­wi­łam się z nie­sma­kiem. W skó­rze tkwiły trzy ka­wałki szkła – dwa mniej­sze i je­den nie­stety dość spory. Stwier­dzi­łam, że sama nie po­ra­dzę so­bie z jej opa­trze­niem, bo rany były zbyt głę­bo­kie. Zła­pa­łam ręcz­nik ku­chenny, który aku­rat le­żał na stole, i de­li­kat­nie owi­nę­łam nim rękę, żeby krew nie ka­pała na pod­łogę. Jęk­nę­łam ci­cho, kiedy ma­te­riał po­draż­nił wraż­liwą skórę.

Po­bie­głam ko­ry­ta­rzem do drzwi i wy­szłam na dwór. W pod­sko­kach po­ko­na­łam od­le­głość dzie­lącą mój dom od domu Cami. Jej auto stało na pod­jeź­dzie, za co by­łam nie­wy­obra­żal­nie wdzięczna. Nie dba­jąc o kul­turę, we­szłam do środka bez pu­ka­nia.

– Cami! – krzy­cza­łam. – Ca­mille!

Po scho­dach zbie­gła prze­stra­szona sprzą­taczka. Na mój wi­dok jej oczy się roz­sze­rzyły.

– Ro­sa­lie? Co ci się stało? – spy­tała star­sza pani.

– Nic ta­kiego – po­wie­dzia­łam ze łzami. – Jest Cami? Po­trze­buję jej sa­mo­chodu.

– Nie ma jej. Wy­szła gdzieś, ale pew­nie zo­sta­wiła klu­czyki na sto­liczku przy drzwiach.

– Dzię­kuję.

– Rose! – krzyk­nęła za mną.

Od­wró­ci­łam się.

– Nie mo­żesz pro­wa­dzić w ta­kim sta­nie.

Nie mia­łam siły te­raz się z nią kłó­cić. Mu­sia­łam na­tych­miast do­stać się do szpi­tala, więc na­wet gdyby sta­rała się mnie po­wstrzy­mać, i tak bym jej nie po­słu­chała.

– Nic mi nie jest. – Pró­bo­wa­łam przy­wo­łać na twarz ni­kły uśmiech, ale po­dej­rze­wa­łam, że wy­szedł z tego bar­dziej gry­mas bólu.

– Non­sens – obu­rzyła się. Rzu­ciła ścierką i wy­rwała mi klu­czyki z ręki. – Za­wiozę cię.

– Ale…

– Żad­nych ale. Wsia­daj do auta – do­dała i wci­snęła przy­cisk na pi­lo­cie.

Nie chcia­łam się awan­tu­ro­wać, więc opu­ści­łam dom przy­ja­ciółki i skie­ro­wa­łam swoje kroki do sa­mo­chodu. Ko­bieta za­mknęła drzwi wej­ściowe, a na­stęp­nie ru­szy­ły­śmy do szpi­tala.

Na miej­scu po­dzię­ko­wa­łam star­szej pani za opiekę i za­pew­ni­łam, że da­lej po­ra­dzę so­bie sama. Pró­bo­wała się sprze­czać, ale na­mó­wi­łam ją do tego, aby wró­ciła i za­jęła się pracą, którą miała wy­ko­nać przed po­wro­tem Cami. Osta­tecz­nie zo­sta­wiła mnie samą i od­je­chała, a ja uda­łam się po po­moc.

We­szłam do bu­dynku i skie­ro­wa­łam się do okienka re­je­stra­cji. Za ladą sie­działa ko­bieta na oko po czter­dzie­stce. Miała pla­ty­nowe włosy spięte w cia­sny kok i szkła w cięż­kich, bor­do­wych opraw­kach, a jej za­cięty wy­raz twa­rzy su­ge­ro­wał, że mocno się na czymś sku­piała.

– Prze­pra­szam, mam pro­blem.

Re­je­stra­torka za­alar­mo­wana moim lekko za­pła­ka­nym gło­sem unio­sła głowę. Na jej pla­kietce wid­niało imię „Anna”.

– Co się stało, ko­cha­nie?

W od­po­wie­dzi tylko unio­słam rękę, po czym od­su­nę­łam ręcz­nik prze­siąk­nięty krwią. Na ten wi­dok ko­bieta zro­biła wiel­kie oczy i na­tych­miast wstała.

– Po­cze­kaj tu­taj, pójdę po dok­tora – po­wie­działa pani Anna.

Wi­dzia­łam, jak truchta przez ko­ry­tarz do ja­kie­goś po­koju, a do­słow­nie po se­kun­dzie wy­ło­niła się stam­tąd z le­ka­rzem.