Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Dom powinien być bezpiecznym miejscem. Dla Rose to najgorszy koszmar.
Ma tylko 17 lat, a już czuje się, jakby całe życie musiała walczyć o przetrwanie. Po śmierci ojca wszystko się rozpada. Matka znika w alkoholowym ciągu, a każdy dzień przynosi nową dawkę strachu, bólu i przemocy. Kiedy brat wyjeżdża na studia, Rose zostaje zupełnie sama.
Nie chce litości. Nie chce mówić, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Nawet najlepszej przyjaciółce – a tym bardziej komuś obcemu.
Ale wtedy w szkole pojawia się Will. Zadziorny, cichy, zamknięty w sobie. Różni ich wszystko, a jednak coś między nimi iskrzy. Will widzi więcej, niż powinien. I nie odpuszcza.
Kiedy Rose znajdzie się na granicy – emocjonalnej i fizycznej – będzie musiała zdecydować: uciekać dalej czy w końcu sięgnąć po pomoc?
Poruszająca opowieść o miłości, która może uleczyć rany, i sile, która rodzi się w najbardziej mrocznych chwilach. Dla wszystkich, którzy czują się niewidzialni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 282
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: „W oczach Rose”
Autorka: Tina J. Hyde
Redakcja i korekta: Klaudia Karkowska (przychodniajezykowa.pl)
Skład: Izabela Sobolewska (stronapostronie.pl)
Projekt okładki: Natalia Szczecina
Copyright © 2025 by Tina J. Hyde
ISBN 978-83-976432-1-5
Wszelkie prawa zastrzeżone
Toruń 2025
Dla tych, którzy w najgłębszej ciemności potrafią odnaleźć odrobinę światła.
Uwaga
Książka zawiera treści, które mogą być wrażliwe dla niektórych odbiorców. Pojawiają się w niej elementy przemocy, wulgaryzmy, krew oraz inne motywy mogące wywoływać silne emocje.
Obudziłam się z potwornym bólem głowy.
Była szósta rano.
Poniedziałek.
Ugh.
Spałam raptem pięć godzin. Około jedenastej skończyłam swoją zmianę w kafejce, ale zanim dotarłam do domu i się położyłam, była północ. A przez kolejną godzinę próbowałam zasnąć. To wyjaśniało ten młot pneumatyczny, który nieustannie huczał w mojej głowie i nie dawał mi ani chwili wytchnienia.
Z trudem zwlekłam się z łóżka i poszłam do łazienki, żeby umyć zęby. Złapałam za szczoteczkę, nałożyłam pastę i zabrałam się do szorowania. Gdy spojrzałam w lustro, momentalnie posmutniałam – na mojej twarzy nie było nic widać, ale nadgarstki i ramiona wyglądały tragicznie. Soczysty fiolet gdzieniegdzie zmieniał się już w zielony. Siniaki zaczęły się rozprzestrzeniać i tworzyły kolorowy pejzaż na moim ciele.
Byłam niemal pewna, że korektor nie podoła zadaniu. Wróciłam więc do pokoju, wyjęłam z szafy granatowy sweter z najdłuższym rękawem, jaki udało mi się znaleźć, i wciągnęłam go na siebie. Szyję ozdobiłam ulubionym, srebrnym wisiorkiem z różą. Próbowałam jakoś ujarzmić swoje blond loki, ale poległam całkowicie. Ułożyłam je więc delikatnie palcami i zostawiłam, aby nie pogarszać sytuacji.
Pobiegłam na dół, wciągnęłam ulubione conversy i już miałam wychodzić, kiedy nagle coś uderzyło mnie w głowę. Poczułam ból, a gdy się obróciłam, dostrzegłam mamę stojącą przy kanapie. Jej tłuste, blond włosy sklejały się w strąki, pod oczami miała fioletowe sińce, które wyglądały dokładnie jak te na moich rękach. Pod moimi stopami leżała natomiast pognieciona książka.
– Gdzie znowu leziesz? – spytała.
– Idę do szkoły – odpowiedziałam spokojnym głosem.
– Jasne, uważaj, bo ci uwierzę. Zrobiłabyś w końcu coś pożytecznego, a nie wciąż się szlajasz. – Zatoczyła się lekko. Ciągle była pod wpływem alkoholu.
Rozejrzałam się po pokoju. Subtelne światło sączyło się przez przysłonięte żaluzje. Dopiero teraz zauważyłam porozrzucane puste butelki, które walały się po całej podłodze, na stole i w okolicach kanapy. W pomieszczeniu wyczuwalna była woń potu i alkoholu. Już tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego syfu, że nie pamiętałam, kiedy ostatnio panował tu porządek.
– Na co się gapisz? – burknęła z agresją.
– Na nic – odpowiedziałam pospiesznie.
Matka zmrużyła oczy, a po moich plecach przebiegł dreszcz. Postanowiłam czym prędzej ewakuować się z domu. Nie chciałam jej prowokować, a poza tym naprawdę spieszyło mi się do szkoły. Niewiele myśląc, chwyciłam za klamkę i wybiegłam na dwór.
Cami, moja przyjaciółka, czekała już na mnie w swoim nowiutkim cadillacu. Gdy tylko zajęłam siedzenie pasażera, od razu uderzyła mnie woń cytrusów.
– Pachnie tu jak…
– Masz zadanie z angielskiego? – przerwała mi.
Ledwo wsiadłam, a już padło standardowe pytanie.
– Mam, a czy ty kiedyś zrobisz jakieś sama?
– Być może, ale na razie nie mam tego na liście swoich priorytetów. – Błysnęła uśmiechem.
– Rozumiem.
Strach pomyśleć, co albo może kto znajdował się na liście priorytetów mojej przyjaciółki. Cami była bowiem znana z szalonego trybu życia. Imprezy były jej żywiołem, a koledzy… Cóż, nie byli jej obcy. Przyjaźniłyśmy się od tak dawna, że słyszałam już o wielu przygodach i prawdę mówiąc, nieraz się gubiłam. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało. Zależało mi wyłącznie na jej bezpieczeństwie i szczęściu, więc jeśli lubiła spędzać czas w taki sposób, proszę bardzo.
Kiedy podjechałyśmy pod szkołę, parking był prawie pełny. Zauważyłyśmy dosłownie jedno wolne miejsce. Było dość ciasne, ale auto Cami zmieściłoby się tam bez problemu.
– Jasne, uważaj, bo tu zaparkuję – powiedziała z sarkazmem.
Cóż, moja przyjaciółka była zgoła innego zdania.
– A tyłem nie dasz rady?
Zaśmiała się głośno.
– Daj spokój, ledwo daję radę przodem… Na pustym parkingu.
Westchnęłam i odpięłam pas.
– Daj, ja spróbuję – zaproponowałam. – Jakim cudem masz prawo jazdy? – spytałam, a Cami wzruszyła ramionami.
Sama je posiadałam i parkowanie nie sprawiało mi większego problemu. Na co dzień nie miałam jednak okazji do korzystania z tych uprawnień, ponieważ nie było nas stać na utrzymanie auta i musieliśmy je sprzedać. Pomimo to uwielbiałam siadać za kierownicą. Gdy jeszcze mieliśmy samochód, po każdej kłótni z mamą jeździłam po naszym miasteczku, aby się odstresować.
– No nie wiem, Rose. A co, jak zarysujesz moją dziecinkę?
Przewróciłam oczami.
– Cóż… Albo pozwolisz mi spróbować, albo będziesz zasuwać z dalszego parkingu. Nie wiem, czy pamiętasz, ale jesteśmy już niemal spóźnione, a dyrektorka wyraźnie dała ci do zrozumienia, że jeśli nie chcesz zostać zawieszona, musisz przestać się spóźniać.
– Dobra, parkuj, mamo.
Zamieniłyśmy się miejscami i zaparkowałam bez większego trudu. Spojrzałam na przyjaciółkę. Siedziała z szeroko otwartymi oczami, a jej twarz zastygła w wyrazie niemego szoku.
– Musisz mnie kiedyś tego nauczyć! – powiedziała podekscytowana.
– Dobra, dobra, ale teraz chodź już, bo naprawdę się spóźnimy.
Byłam bardzo skrupulatna i pilnowałam wszystkiego. Zawsze przychodziłam na czas, odrabiałam wszystkie prace domowe, miałam idealne oceny i nigdy nie opuściłam lekcji, nawet jeśli byłam chora. Tym bardziej nie zamierzałam się spóźnić dzisiaj. Nie mogłam dopuścić do sytuacji, w której ktoś zadzwoni do mojej mamy, a ta pojawi się w szkole. Nie chciałam nawet myśleć o tym, jak wielką byłoby to katastrofą. Zakładając, że w ogóle by się pojawiła… Najgorsze byłoby to, że wszyscy dowiedzieliby się, w jakich warunkach żyję, i wtedy wszystko by się zmieniło. Nie mogłam na to pozwolić.
Wysiadłyśmy z auta. Ja zaczynałam matematyką, a Cami miała w tym czasie biologię. Byłyśmy w oddzielnych klasach, ale niektóre zajęcia, na przykład angielski, miałyśmy razem.
Weszłam do sali matematycznej i zajęłam swoje miejsce, a dosłownie kilka sekund później zabrzmiał dzwonek.
Do klasy wszedł pan Anderson, jak zwykle uśmiechnięty. Miał na oko czterdzieści lat i był prawdziwym wulkanem energii. Uwielbiałam jego lekcje.
– Witajcie, drodzy uczniowie, w tym przecudownym dniu.
Miał tendencję do przesady, ale nie dało się go nie lubić. Był jak golden retriever na sterydach.
– Dzień dobry – odpowiedzieliśmy chórem z nieco mniejszym entuzjazmem.
Nauczyciel założył okulary i zaczął sprawdzać listę obecności. Wziął do ręki długopis, ale kiedy już miał odhaczyć pierwsze nazwisko, ktoś wszedł do sali.
– Zacznijmy od… – przerwał, gdy zauważył gościa.
Nie znałam go, więc musiał być kimś nowym.
Chłopak wtargnął do środka z pewnością siebie. Był wysoki, nawet bardzo, i dobrze zbudowany. Miał pewnie ze dwa metry – przy moim metrze sześćdziesiąt wyglądałabym przy nim komicznie. Jego włosy były niemalże czarne, ale oczy miał jasne. Szare, jeśli się nie myliłam.
Nie żebym się mu przyglądała…
– Dzień dobry – powiedział głębokim głosem z obcym akcentem. – Jestem nowy.
Pan Anderson chwilowo zaniemówił. Odhaczanie przybyłych dusz było jego ulubioną czynnością, więc pewnie nie był zadowolony z tego, że ktoś ośmielił się mu w tym przeszkodzić.
– Ach, tak. Dyrekcja uprzedziła mnie, że będziemy mieć nowego ucznia. William Cooper, tak?
– Will – odparł krótko.
„Will” – powtórzyłam w myślach.
– Dobrze. – Matematyk uniósł brwi i odchrząknął. – Will. Zajmij, proszę, miejsce.
Chłopak skinął głową i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu w poszukiwaniu wolnego krzesła. Jego ciemny ubiór doskonale kontrastował z jasnymi barwami sali lekcyjnej. Miał na sobie zwykły, czarny T-shirt i (jakżeby inaczej) czarne spodnie. W każdym razie prezentował się nieziemsko…
O czym ja w ogóle myślałam?! Miałam ochotę przywalić sobie tą cegłą do matmy. Otrząsnęłam się jednak, kiedy zauważyłam, że chłopak idzie w moją stronę. Byłam niemal pewna, że usiądzie obok mnie, ale ostatecznie minął ławkę, którą zajmowałam.
Gdy przechodził obok, zwolnił dosłownie na sekundę. Jego szare oczy wpatrywały się we mnie, a ja nie mogłam oderwać od nich wzroku. Po chwili jednak Will się otrząsnął i ruszył dalej. Zdążyłam zauważyć, że zanim odszedł, uśmiechnął się półgębkiem, a zaraz potem zajął miejsce tuż za moimi plecami.
Momentalnie się wyprostowałam.
– Dobrze, sprawdzimy obecność i przejdziemy do lekcji – powiedział nauczyciel.
Przez resztę zajęć nie mogłam się skupić. Plecy mnie mrowiły i miałam wrażenie, że chłopak przewierca mnie wzrokiem na wylot. Może tylko mi się wydawało – przecież nawet go nie widziałam, ale intuicję miałam dobrą i czułam, że coś jest nie tak.
Próbowałam słuchać matematyka, który mówił o własnościach funkcji liniowej, ale wszystko, o czym wspominał, już od dawna miałam w małym palcu.
Ze względu na trudną sytuację życiową uciekałam do książek, kiedy tylko mogłam. Albo do Cami, ale ona nie zawsze była w domu. Nauka była więc moją odskocznią i oazą w jednym. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Uwielbiałam się uczyć. Marzyłam o tym, aby zostać naukowczynią, a żeby to się ziściło, musiałam poświęcać sporo czasu na naukę, dlatego też wszystko, co omawialiśmy na zajęciach, opanowałam już dawno temu. Nie miałam nic przeciwko powtarzaniu materiału – w końcu mózg najlepiej zapamiętuje informacje, jeśli się mu o nich przypomina. Tego dnia jednak lekcja matematyki wyjątkowo mi się dłużyła, więc kiedy tylko usłyszałam dzwonek, wstałam i uciekłam na przerwę jak oparzona.
Szłam korytarzem do następnej sali lekcyjnej. Kolejne dwie godziny miałam spędzić razem z Cami, więc wiedziałam, że nie będę narzekać na nudę, bo przegadamy pół lekcji, czym prawdopodobnie doprowadzimy nauczycielkę do rozstroju nerwowego.
Pod salą do angielskiego spotkałam swoją przyjaciółkę. Siedziała na podłodze z zeszytem i z ołówkiem w ręku i przepisywała zadanie domowe.
– Cześć, pilna uczennico – przywitałam ją.
– Nie teraz. Mam pięć minut – rzuciła, nie odrywając się od pisania, i machnęła na mnie ręką.
Zaśmiałam się i usiadłam obok, aby już jej nie przeszkadzać.
~
Przetrwałam kilka innych lekcji, a teraz została mi już tylko ostatnia godzina. Nie była najgorsza. Lubiłam uczyć się francuskiego, a poza tym liczyłam na to, że kiedyś uda mi się go wykorzystać.
Weszłam do klasy wcześniej i zajęłam miejsce, a że zajęcia rozpoczynały się dopiero za dziesięć minut, byłam w sali sama. Odetchnęłam głęboko i wyjrzałam przez okno. Liście na drzewach zaczęły już zmieniać kolor. Z prawdziwą ulgą przyjęłam nadejście jesieni. To wspaniała pora roku – dzięki niej otoczenie zyskuje tyle różnych barw, a ja mam wrażenie, że stąpam po najbardziej kolorowym obrazie, jaki kiedykolwiek powstał.
Najbardziej jednak lubiłam zimę, bo kojarzyła mi się z tatą. Zawsze miał wtedy najwięcej wolnego czasu i zabierał mnie i Ethana na sanki albo lepił z nami bałwana. Potrafiliśmy spędzić na dworze cały dzień, a po powrocie do domu tata robił nam gorącą czekoladę z bitą śmietaną i piankami.
Uśmiechnęłam się do tych wspomnień, choć jednocześnie bolało mnie serce. Potwornie mi go brakowało.
Dzwonek przerwał moje rozmyślania i sala zaczęła zapełniać się uczniami. Will wszedł do klasy jako ostatni. Rozglądał się w poszukiwaniu miejsca, a że jedyne wolne było obok mnie, wiedziałam, gdzie usiądzie. Dostrzegł mnie w sekundę i podszedł bliżej.
– Wolne? – spytał, wskazując miejsce palcem.
– Tak, jasne. – Zdjęłam torbę z drugiego krzesła.
Chłopak usiadł w ławce i w tym samym momencie do klasy weszła nasza nauczycielka.
– Bonjour – przywitała się. – Na dzisiejszej lekcji zaczniemy przygotowywać projekty, o których wam mówiłam. Będziecie współpracować ze swoim partnerem z ławki. Rose… – urwała, kiedy spostrzegła mojego sąsiada. – Cóż, widzę, że masz z kim wykonać projekt. Jesteś nowym uczniem? – zwróciła się do Willa.
– Tak – potwierdził.
– Świetnie. Witamy. Nazywam się Melissa Thomas i prowadzę zajęcia z języka francuskiego. Będziesz zatem tworzył projekt z Rose. Wytłumaczy ci, co trzeba zrobić.
– To będzie interesujące… – mruknął, chyba myśląc, że go nie słyszę.
Wzięłam do ręki zeszyt, choć nie miałam zamiaru niczego w nim notować. Szukałam tylko sposobu, żeby dyskretnie rzucić okiem na swojego towarzysza, który – jak się okazało – uśmiechał się sam do siebie. Byłam ciekawa, co go tak bawiło. W pewnym momencie zauważył, że mu się przyglądam. Szybko odwróciłam wzrok i udałam, że wcale właśnie się na niego bezczelnie nie gapiłam.
Postanowiłam go ignorować. Tak, to był solidny plan.
Nauczycielka rozdała nam karteczki, na których widniały nazwy francuskich regionów. Każda para miała przygotować prezentację na temat danego obszaru. Gdy tylko pani Thomas położyła świstek na naszym biurku, obróciłam głowę, żeby zobaczyć, jakim zagadnieniem będziemy się zajmować. „Bretagne”. Uroczo!
Gdy zabrzmiał dzwonek, nauczycielka jeszcze raz przypomniała całej grupie, że mamy tydzień, aby opracować prezentację.
Zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Na mojej drodze stanął jednak Will, który nie chciał mnie przepuścić.
– Trzeba się spotkać, żeby zrobić ten projekt. Im szybciej to załatwimy, tym lepiej – powiedział.
– Też tak myślę.
– U ciebie czy u mnie? – spytał.
– U ciebie! To znaczy… Czy moglibyśmy? U… u ciebie? – wydukałam spanikowana.
Will uniósł brwi i spojrzał na mnie, jakby brakowało mi piątej klepki. Sama zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem gdzieś jej nie zgubiłam.
– U mnie. Dziś – oznajmił.
– Dzisiaj nie mogę. Pracuję.
– Serio?
Pokiwałam głową.
Chłopak wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia.
– Hej! – Doskoczyłam do niego. – Dzisiaj nie mogę, ale… jutro mam czas.
Uśmiechnął się złośliwie i powiedział:
– Ale ja nie.
I odszedł.
Stałam osłupiała i wpatrywałam się w jego oddalającą się sylwetkę. Miał szerokie ramiona i kiedy się poruszał, było widać każdy mięsień, który uwydatniała jego koszulka.
Gdy szok minął i moje serce lekko się uspokoiło, a zdrowy rozsądek na powrót zaczął działać, poczułam oburzenie. Kim on, do cholery, jest i za kogo się uważa, żeby tak się zachowywać? Jest dupkiem! Zostałam w sali jeszcze chwilę i analizowałam całą sytuację. Dopiero teraz dotarło do mnie, że wszyscy uczniowie, włącznie z nauczycielką, już dawno wyszli.
Cholera. Robię z nim projekt. Jeśli powiem o tym Cami, nie da mi spokoju i będzie mi suszyć o to głowę przez resztę tygodnia. Ba, roku!
Westchnęłam. Nie było czasu na użalanie się nad sobą – praca czekała. Opuściłam budynek szkoły i skierowałam się do kafejki. Na dworze było ciepło, więc spacer był prawdziwą przyjemnością. Po obu stronach drogi prowadzącej do kawiarni ciągnęły się pasma drzew, które teraz były wypełnione kolorowymi liśćmi. Jakiś starszy pan grabił je na trawie, a po chwili dzieci wbiegały w usypaną stertę i niszczyły jego pracę. Zrobiło mi się żal staruszka.
Cieszyłam się, że pracowałam tak blisko szkoły. Zaledwie kilka minut później stałam już przed wejściem do Dziennej Fantazji. Nazwa pasowała do klubu ze striptizem, ale nie mnie oceniać. Założycielką kawiarni była Bethany Miles, która podróżowała teraz po całym świecie i otwierała kolejne filie Dziennej Fantazji w różnych zakątkach globu. Podobno wszystkie ciasta, które podajemy, są jej autorstwa.
Kiedy dotarłam na miejsce, dochodziła czwarta. Przebrałam się we wściekle różowy fartuszek z wyszytym logo oraz moim imieniem, a loki spięłam w wysoki kok, żeby mi w niczym nie przeszkadzały. Byłam gotowa do pracy, stanęłam więc za kasą i czekałam na klientów.
Nagle przypomniałam sobie o nowym koledze. Czułam, że robienie z nim projektu będzie problematyczne. Odnosiłam wrażenie, że nie jest typem, który długo pochylałby się nad jakimś zadaniem, a do tego był tak niemiły, że na samą myśl o współpracy z nim krew mnie zalewała. Już naprawdę wolałabym wykąpać się w jakimś bagnie.
Westchnęłam ciężko i próbowałam skupić się na pracy. Byłam wykończona po ostatniej zmianie – czułam to w całym ciele i ledwo stałam na nogach. Wiedziałam, że zapowiada się długi wieczór.
Usłyszałam przerażający krzyk.
Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam rozglądać się po pokoju. Zegarek wskazywał ósmą.
Cholera! Zaspałam. Zapomniałam nastawić budzik.
Z dołu dobiegały wrzaski matki i brzdęk tłuczonego szkła, więc stwierdziłam, że tego dnia wyjdę przez okno. Ubrałam się w pośpiechu. Wciągnęłam na siebie pierwszy lepszy T-shirt i spodnie (miałam nadzieję, że nie mają plamy na tyłku) i podeszłam do okna. Miałam pod sobą pergolę, na której od lat nic nie rosło. Mama przestała pielęgnować róże i została po nich tylko moja droga ewakuacyjna, za którą byłam niebywale wdzięczna. Stanęłam pewnie na jej szczebelkach, a gdy znalazłam się po drugiej stronie, przymknęłam za sobą okno.
Gdy moje stopy dotknęły ziemi, zerknęłam w kierunku podjazdu Camille. Cieszyłam się, że dziewczyna mieszkała naprzeciwko. Przed budynkiem stał jej cadillac, a to oznaczało, że jeszcze była w domu. Miałam nadzieję, że da się namówić na podwózkę.
Podbiegłam do drzwi przyjaciółki i zapukałam dwa razy. Otworzyła po minucie nieuczesana i bez tony makijażu, którą zazwyczaj miała na twarzy, ze szczoteczką do zębów w buzi i z pianą kapiącą jej po koszulce.
– A fy nie f skole? – wymamrotała.
– Nie, zaspałam. Zapomniałam włączyć alarm. Proszę, proszę, proszę, zawieź mnie! Już i tak jestem spóźniona. Ominie mnie francuski!
– Noi? Kfogo obchodzi ten gupi jęsyk? – spytała i poszła do kuchni.
Zamknęłam za sobą drzwi i potruchtałam za nią.
– Mnie… obchodzi – odpowiedziałam z zawahaniem.
Zmrużyła oczy, próbując wyniuchać, o co mi chodziło. Wypluła pastę do zlewu i przepłukała usta.
– Dobra. Nieważne. Wyluzuj, pojedziemy na następną lekcję, a teraz napijemy się kawy.
– Ale…
– Żadnych ale, wyglądasz do dupy. Kawa dobrze ci zrobi. Siadaj – zarządziła i wskazała na krzesło.
Klapnęłam na miejsce z grymasem na twarzy. Musiałam pogodzić się z myślą, że dzisiaj nie pójdę na francuski.
Momentalnie pomyślałam o Willu. Nie do końca rozumiałam swoją reakcję, ale posmutniałam na myśl o tym, że ominie mnie wspólna lekcja. Chociaż sądząc po jego podejściu, moja nieobecność go ucieszy. Miałam tylko nadzieję, że przynajmniej coś zanotuje, ale… W zasadzie kogo ja oszukiwałam? Byłam pewna, że nic z tego.
Siedziałam w kuchni swojej przyjaciółki i sączyłam gorący płyn. Kawa to napój bogów i żaden historyk nie wkręci mi, że była nim jakaś ambrozja. Nic nie smakowało tak jak czarna kawa.
Przyjaciółka oparta o blat przyglądała mi się z dziwnym wyrazem twarzy. Skrzywiłam się na widok jej miny, bo wiedziałam, że na pewno nie będę zadowolona z tego, co chodziło jej po głowie.
– Rose, dziubasku, nie obraź się, znamy się tyle lat, ale… – zaczęła.
– Do rzeczy, Cami.
Wypuściła z siebie powietrze.
– Wyglądasz fatalnie.
Spojrzałam na swoje ciuchy. Faktycznie nie był to najlepszy wybór, ale w pośpiechu złapałam to, co akurat miałam pod ręką. Zresztą przeważnie i tak sięgałam po takie stroje, bo były praktyczne i schludne. Przynajmniej wtedy, gdy były czyste.
Cami natomiast kochała modę i lubiła zaszaleć. Nie przejmowała się nawet zasadami dotyczącymi ubioru w szkole. Za krótkie? Gdzie tam. Zbyt obcisłe? Nie dla niej. Dlatego też, kiedy zbiegła po schodach, jej strój nie zdziwił mnie ani odrobinę. Miała na sobie krótką, popielatą, dżinsową sukienkę na cieniutkich, prawie niewidocznych ramiączkach, a jej talia była przewiązana czarnym paskiem z dużą klamrą, który świetnie pasował do czarnych kozaczków na platformie. Bordowe włosy zwisały luźno i układały się na jej ubraniach niczym wodospady, a zielone oczy były pięknie podkreślone czarnym eyelinerem. Twarz miała bladą. Tak naprawdę jej cera zawsze taka była, ale pomimo to i tak obsypywała się nieskończoną ilością pudru, żeby była jeszcze bledsza. Usta z kolei pomalowała bordową szminką doskonale pasującą do koloru jej włosów. Całość wyglądała niesamowicie, ale… ja bym się tak nie ubrała.
– Umalujemy cię trochę i zrobimy coś z tymi włosami – stwierdziła, gestykulując, jakby widziała tu potencjalny fenomen.
– Daj spokój, nie mamy na to czasu.
– Przestań jęczeć. Zajmie mi to dwie minuty. No chodź – powiedziała i ruszyła schodami na górę.
Zrezygnowana poczłapałam za nią, bo wiedziałam, że jeśli Camille Hudson się na coś uprze, to w życiu nie wybijesz jej tego z głowy.
Weszłam na górę i skręciłam do drugiego pokoju po lewej. Pomimo mrocznego wyglądu dziewczyny jej pokój od lat wyglądał niezmiennie. Białe ściany, białe meble – wszystko białe. Dzięki Bogu, że to pani Hudson sprawowała nad nim pieczę, bo w przeciwnym wypadku światło słoneczne nie miałoby szans na dotarcie do tego pomieszczenia. Choć Cami i tak uzupełniała tę przestrzeń ciemnymi plakatami i czarnymi akcentami. To, co mi się jednak podobało, to sufit, który Cami samodzielnie pomalowała na ciemny granat, a następnie ozdobiła go malutkimi gwiazdami. Wiernie odwzorowała nawet niektóre konstelacje. Gdy jej mama dokonała tego odkrycia, niemal dostała zawału, ale mała Cami uparła się wtedy, że jeśli wszystko ma być białe, to ta część nie będzie. I tyle. Zero dyskusji.
Usiadłam na stołku przed toaletką i spojrzałam w lustro. Musiałam przyznać jej rację – wyglądałam fatalnie. Włosy zaczęły mi się przetłuszczać, a w przypadku blondu jest to widoczne bardzo szybko. Na domiar złego loki nieco już opadły i byłam strasznie rozczochrana, a moje na ogół duże i błękitne oczy teraz były lekko opuchnięte i podkreślone fioletowymi sińcami.
– Spokojnie. To nic, z czym nie poradzą sobie dobry korektor i suchy szampon – pocieszyła mnie.
Próbowała uratować mój wygląd, a ja siedziałam spokojnie i pozwalałam jej działać. Latała wokół mnie i co chwilę coś poprawiała. Bałam się, co z tego wyjdzie, ale kiedy skończyła, a ja odważyłam się spojrzeć w lustro, oniemiałam. Musiałam przyznać, że prezentowałam się o niebo lepiej. Przyjaciółka podkreśliła moje pełne usta różową szminką i jakimś cudem ujarzmiła loki. Opuchnięte oczy były teraz zdecydowanie jaśniejsze i wyraźniejsze, dzięki czemu nie przypominałam już żywego trupa. Całość wyglądała naprawdę w porządku i mimo że nałożyła mi tyle dziwactw, nie było tego widać.
– Gotowe! – krzyknęła Cami.
– Podoba mi się – przyznałam.
– Powinnaś tak częściej. To uwydatnia twoje atuty. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – No dobra, makijaż jest, ale przebrałabym cię jeszcze.
– Jestem pewna, że nie masz w szafie niczego w moim stylu – odpowiedziałam pełna wątpliwości, patrząc na jej sukienkę.
– Och, Rose. Tyle lat się znamy, a chyba jednak wcale. Jestem zmartwiona twoim brakiem wiary we mnie.
– Co jest nie tak z moimi ciuchami?
– Nic, po prostu są takie… zwyczajne. Chociaż raz ubierz się inaczej.
Przewróciłam oczami i już nie dyskutowałam. Przyjaciółka odebrała milczenie jako zgodę i zaczęła grzebać w szafie.
– Jestem pewna, że… – Kilka koszulek wylądowało na podłodze. – Gdzieś ją… Cholera – mówiła do siebie, kopiąc dalej. – Mam!
Dziewczyna wysunęła się z szafy z białym materiałem w ręku. Kiedy podeszła bliżej i złapała go oburącz, moim oczom ukazała się biała sukienka z bufiastymi rękawami. Chwila, skądś ją…
– Ej! To moja sukienka! – krzyknęłam, bo przypomniałam sobie, że niegdyś mieszkała w mojej szafie.
– Widzisz? Mówiłam, że znajdę coś idealnego dla ciebie – zaśmiała się. – Poza tym czy choć raz miałaś ją na sobie? Nie pamiętam, żebyś nosiła tę sukienkę od czasu, gdy grałaś aniołka w szkolnym przedstawieniu i wprost wepchnęli cię w nią.
– Jasne, że ją nosiłam. – To było kłamstwo.
– Tak? Nie znam cię od dziś, moja droga. – Zmrużyła oczy i zacisnęła usta. – Mam nawet twoją kurtkę dżinsową. Będzie pasować idealnie. Oj, już nie bocz się na mnie, tylko się przebieraj – dodała, widząc moją minę.
– Skąd ty ją masz?
– Pożyczyłam kiedyś, jak cię nie było, i zapomniałam oddać. Zresztą i tak była za duża na moje kościste ciałko. Przebieraj się, bo spóźnisz się na matmę.
Westchnęłam i postanowiłam zrobić, co mówiła. Zmieniłam ubrania, a następnie okręciłam się, aby zaprezentować przyjaciółce ostateczny efekt. Cami zaaprobowała go kiwnięciem głową.
Było już dość późno, więc chwyciłam torbę i szybko zeszłyśmy na dół. Dziewczyna złapała kluczyki do samochodu, zamknęła drzwi wejściowe i zaprowadziła mnie na podjazd przed domem. Podeszła do auta, sięgnęła do klamki i się zawahała.
– A może… masz ochotę dzisiaj poprowadzić? – spytała.
Zamurowało mnie. Camille Hudson proponowała mi, abym poprowadziła jej dziecinkę. Świat przewrócił się do góry nogami, krowy potrafią latać, a psy szczekają tyłkami.
– Ja? Ja mam poprowadzić twój samochód?
– Wiem, że dawno nie jeździłaś, więc proszę. – Podała mi kluczyki. – Prowadź.
– No… Sama nie wiem.
– Wsiadaj, zanim się rozmyślę. – Pomachała mi kluczykami przed nosem.
– Dobra – odpowiedziałam szybko.
Usiadłam za kierownicą. Przysunęłam trochę fotel, ponieważ moje nogi były krótsze od nóg Cami. Następnie poprawiłam lusterka i zapięłam pas. Wrzuciłam bieg, zwolniłam ręczny i ruszyłam. Tak dawno nie miałam okazji, żeby pojeździć, że zdążyłam już zapomnieć, jak bardzo to lubiłam. Uśmiech od razu wypłynął mi na twarz. Szczerzyłam się jak głupia i obiecałam sobie, że jak tylko uda mi się odłożyć jakąś większą sumkę, to zdecydowanie kupię sobie samochód.
– Tęskniłaś za tym, co? – spytała Cami z uśmiechem.
– Tak. Bardzo.
– Jeśli chcesz, możesz korzystać, kiedy masz ochotę. Tylko nie zarysuj!
Pokręciłam głową.
– Nie, co ty. To twoje auto, a mnie nie stać na to, żeby dokładać się do paliwa – wyznałam.
Cami się zamyśliła.
– Cóż… I tak jeździmy razem do szkoły, więc możemy się umówić, że od czasu do czasu ty prowadzisz. Zgoda? – zaproponowała.
– Zgoda – uśmiechnęłam się. – Dzięki, Cami.
– Nie ma sprawy, Rose.
~
Ruch na parkingu był dziś nieco mniejszy. Dosyć szybko znalazłyśmy wolne miejsce, w zasadzie dwa miejsca tuż obok siebie, więc parkowało się z łatwością.
Cami wyjęła nasze torby z auta i skierowałyśmy się ku budynkowi szkoły.
– Słuchaj, dzisiaj jest ta impreza u Amber. Zaczyna się o osiemnastej. Idziesz ze mną? – spytała.
– Dzisiaj? Nie mogę.
– Czemu? Pracujesz?
– Nie… – wyjąkałam.
– Okay… Więc czym jesteś zajęta?
– Niczym.
– Więc dlaczego nie chcesz iść? – dociekała.
– Nie mam ochoty.
– Och, daj spokój! Wyluzujmy się trochę.
– Ty się luzujesz codziennie.
– Hej! To nieprawda! – Uniosła ręce w geście obronnym.
Uśmiechnęłam się i czmychnęłam do budynku. Cami dreptała mi po piętach, ale w tych wysokich butach było jej trudno mnie dogonić.
– Ale następnej imprezy już ci nie odpuszczę!
– Jasne! – odkrzyknęłam bez przekonania.
Pomachałyśmy sobie na pożegnanie. Ona poszła w kierunku sali chemicznej, a ja weszłam do matematycznej.
Usiadłam w ławce i wyjęłam podręczniki. Nie miałam kiedy odrobić zadania, więc zajęłam się tym dopiero teraz. Trwało to niecałe dziesięć minut.
– X wynosi dziesięć, nie piętnaście.
Usłyszałam brytyjski akcent.
Podniosłam szybko głowę i zauważyłam Willa stojącego nade mną.
– Co?
– X równa się…
– Słyszałam.
Uniósł brwi.
– Więc po co pytasz.
– Ja… Nieważne – powiedziałam i zamknęłam zeszyt.
Will potraktował to jako zakończenie tematu i poszedł do swojej ławki. Po chwili jednak poczułam, jak pochyla się nad moimi plecami. Jego oddech muskał moją gołą szyję, a to przyprawiło mnie o ciarki i gęsią skórkę.
– Tak w ogóle – zaczął – wyglądasz fatalnie.
Zatkało mnie. Dosłownie zamurowało. Wpatrywałam się przed siebie szeroko otwartymi oczami.
– Jakbyś nie spała całą noc – dodał.
Odwróciłam się z impetem, uważając, aby przypadkiem się o niego nie otrzeć.
– Pracowałam do późna, dupku. – Nie ukrywałam wzburzenia.
– Przecież już mówiłem, że…
– Słyszałam – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Czułam, jak krew się we mnie gotuje i że zapewne moje policzki są wściekle czerwone.
Will siedział swobodnie z wyprostowanymi nogami. Kilka pasm ciemnych włosów opadało mu na twarz, na której gościł ten denerwujący uśmiech.
– A ty… – zaczęłam i się zawahałam.
– Ja co, Rose? – Pochylił się i oparty o ławkę wpatrywał się we mnie intensywnie.
– Ty…
– Dzień dobry wszystkim! – powiedział nauczyciel.
Potrząsnęłam głową i obróciłam się przodem do tablicy.
Co za palant. Nie mogłam uwierzyć, że można być takim chamem. Całe moje ciało gotowało się ze złości, a przez resztę lekcji słyszałam ciche podśmiechiwanie się za plecami.
~
Po skończonych zajęciach udałam się na szkolny parking. Dochodziła czwarta, a zazwyczaj o tej porze to miejsce było już niemal puste. Zorientowałam się, że zniknął również cadillac mojej przyjaciółki, choć niespecjalnie mnie to zdziwiło – pewnie szykowała się już na wieczorną imprezę. Czekał mnie więc samotny spacer do domu.
Spojrzałam w niebo. Nie wróżyło dobrej pogody, ale po dzisiejszych atrakcjach dobre i to. Szłam i rozmyślałam, dlaczego Will był taki niemiły. Czy to ta sukienka? Jest nie w moim stylu. Może moje zmęczenie było aż tak widoczne? A do tego te włosy… Ale żeby od razu tak otwarcie mnie obrażać?!
– Hej, Rose!
Obróciłam się i zobaczyłam Masona, kolegę ze szkoły. Uśmiechał się do mnie przez opuszczoną szybę.
– Cześć.
– Może podwieźć cię do domu?
Podwieźć mnie? A to coś nowego.
– Eee… Nie, dziękuję, przejdę się.
– Zaraz zacznie padać.
– Na pewno jeszcz… – urwałam, ponieważ jak na zawołanie poczułam na skórze pierwsze krople deszczu. Świetnie. Czy ten dzień może być jeszcze lepszy?
Spojrzałam na Masona. Chłopak się uśmiechnął, a jego równe zęby zabłysły w świetle padającym wprost na nie. Zatrzymał samochód i pochylił się, aby od środka otworzyć mi drzwi.
– Wskakuj.
Poddałam się i wrzuciłam plecak na podłogę, a następnie wsiadłam do auta. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i zapięłam pas. Nie miałam daleko do domu, ale samochodem dojadę szybciej – w końcu będę mogła zakopać się w pościeli i rozmyślać, jak żałosną istotą jestem.
– Co u ciebie? – zapytał chłopak, na chwilę odrywając wzrok od drogi.
Mason i ja poznaliśmy się w podstawówce. Na początku się nie znosiliśmy. W dzieciństwie lubił denerwować rówieśników i zabierać im zabawki, ale kiedy wziął moją ukochaną przytulankę, poprzysięgłam zemstę. Wyrzuciłam wtedy jego ulubiony samochodzik przez okno i… przejechało go auto. To, co mnie zszokowało, to fakt, że chłopak się nie wkurzył, tylko zaczął się śmiać. Dosłownie tarzał się po podłodze! Jego reakcja była okropnie zaraźliwa i niedługo potem sama do niego dołączyłam. Od tamtej pory tak jakby się zaprzyjaźniliśmy, niestety nasze drogi się rozeszły, gdy koledzy stali się ważniejsi. Obecnie jesteśmy po prostu dwójką znajomych, którzy mówią sobie „cześć”, dlatego zdziwiła mnie jego dzisiejsza propozycja podwózki.
– W porządku – odpowiedziałam.
Nie zamierzałam wdawać się w szczegóły dotyczące mojego życia osobistego.
– A u ciebie?
– Również. Wygraliśmy ostatni mecz. Widziałaś?
– Niestety nie. Niespecjalnie lubię sport.
„Jakbyś nie pamiętał” – dodałam w myślach.
– No tak. Faktycznie.
Zapadła niezręczna cisza. Wyjrzałam przez okno. Krople deszczu spływały po szybie i mieszały się ze sobą. Rozpadało się na maksa. W sumie to dobrze, że…
– Wiesz, zastanawiałem się… – zaczął Mason.
Oho. Z tego nie wyjdzie nic dobrego.
– Tak pomyślałem, czy może… Eee… Nie poszłabyś ze mną na ten bal. No wiesz.
Że co?! Ja? Na bal zimowy?
– A co z Emily? – zapytałam. A może to była Evie?
– Emery – poprawił.
Byłam blisko.
– Właśnie, co z Emery?
– Już od jakiegoś czasu nie jesteśmy razem. Nie wiedziałaś? Myślałem, że cała szkoła o tym huczy.
Mason należał do tak zwanej elity, dlatego teoretycznie powinnam była słyszeć o ich zerwaniu, ale jakoś mnie to nie obchodziło, więc albo nie przyjęłam tego do wiadomości, albo rzeczywiście ta informacja do mnie nie dotarła.
– Cóż… Nie słyszałam o tym.
– W każdym razie… Poszłabyś ze mną? – spytał, parkując pod moim domem.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Zamierzałam pójść z Cami, bo obie nie mamy partnerów.
– Wiesz, ja… – zaczęłam.
Skierowałam wzrok na dawnego przyjaciela. Jego opalona cera była otulona kasztanowymi włosami, a para czekoladowych oczu przyglądała mi się uważnie. Chłopak wyglądał, jakby szczerze mu zależało.
Przez chwilę rozmyślałam o tym, co właśnie zaproponował. W sumie to nie byłoby takie straszne. Cami na pewno znajdzie sobie jakiegoś adoratora, jak zawsze, i pewnie posika się ze szczęścia, kiedy jej powiem, że mam partnera na bal.
– Okay – zgodziłam się.
– Serio? – Chyba nie dowierzał. – Super!
Odwzajemniłam uśmiech i zaczęłam wychodzić z auta. Złapałam plecak i zamknęłam za sobą drzwi, a w tym samym momencie Mason opuścił szybę.
– Naprawdę się cieszę – powiedział.
Dziwił mnie ten entuzjazm, ale było to miłe.
– Ja również. Muszę lecieć. Dzięki za podwózkę. Na razie. – Wyrzuciłam słowa na jednym oddechu i uciekłam do domu.
Weszłam do środka i oparłam się o zamknięte drzwi. Po sekundzie usłyszałam, że samochód się oddala.
Cóż, to było coś nowego, ale… Hej! Mam partnera na bal! Cami pęknie ze śmiechu.
Nasłuchiwałam. Z salonu dobiegało ciche pochrapywanie, co oznaczało, że mama śpi. Zostawiłam torbę przy drzwiach, zdjęłam buty i poszłam korytarzem w stronę kuchni. Zajrzałam jeszcze do salonu – leżała na brzuchu z jedną ręką wygiętą na plecach i z drugą zwisającą bezwładnie z kanapy. W dłoni trzymała pustą butelkę po wódce. Spojrzałam na nią z obrzydzeniem. Próbowałam sobie przypomnieć, jaka była kiedyś, ale prawdę mówiąc, powoli zapominałam.
Tata zginął nagle. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie, choć on zapewne utrzymywałby, że robił to, co musiał. Był policjantem i akurat tego dnia pełnił służbę. Patrol został wezwany do sklepu, do którego wparował jakiś gość i grożąc kasjerce bronią, żądał pieniędzy. Kiedy tata i jego współpracownicy dotarli na miejsce, próbowali uspokoić napastnika. Niestety, gdy już myśleli, że udało im się go namówić na opuszczenie pistoletu, ten niespodziewanie wystrzelił… prosto w mojego tatę. Nie miał żadnych szans.
Tego dnia moje serce przyćmił mrok i skutecznie odebrał mi światło.
Mama nie mogła udźwignąć tej tragedii i w niektóre dni wcale jej się nie dziwiłam. O ile łatwiej byłoby zamknąć się w sobie, byleby tylko nie czuć tego bólu. Przez tyle lat próbowaliśmy jej pomóc. Ethan – mój brat – regularnie zawoził ją na terapię, pilnował, żeby brała leki. Oboje staraliśmy się być zawsze dla niej, ale potem on wyjechał, a ja zostałam z nią sama.
Początkowo nic się nie zmieniło. Zażywała leki, kontynuowała terapię, ale nagle zaczęła zachowywać się zupełnie inaczej. Usiłowałam jej pomagać, ale wtedy ona… Nie chciałam o tym teraz myśleć. Nie mogłam nawet poprosić brata o wsparcie, bo w mgnieniu oka rzuciłby wszystko, żeby mnie odciążyć, a pracował na to całe swoje życie. Nie mogłam na to pozwolić. Dopóki nie zwracałam na siebie uwagi, mama dawała mi spokój. Zastanawiałam się tylko, skąd miała alkohol, bo nie widziałam, żeby kiedykolwiek wychodziła z domu, a ja też nigdy jej go nie kupowałam.
Poszłam do kuchni, w której panował półmrok. Zasłonięte rolety skutecznie odcinały dostęp do światła. Zaczęłam kierować się w stronę okna, aby je odsłonić, ale nagle dotarło do mnie, że na czymś się ślizgam, a po chwili już całkiem straciłam równowagę i upadłam. Poczułam ostry ból, kiedy moje lewe przedramię spotkało się z rozbitym szkłem leżącym na podłodze. Ostre odłamki przebiły skórę, z której błyskawicznie pociekła krew. Zacisnęłam wargę, żeby stłumić krzyk. Po moich policzkach popłynęły łzy, ale starałam się być cicho, bo nie chciałam obudzić matki ani jej sprowokować. Podniosłam się ostrożnie, starając się wyczuć, gdzie leży szkło, i odsłoniłam okna. Spojrzałam na swoją rękę i skrzywiłam się z niesmakiem. W skórze tkwiły trzy kawałki szkła – dwa mniejsze i jeden niestety dość spory. Stwierdziłam, że sama nie poradzę sobie z jej opatrzeniem, bo rany były zbyt głębokie. Złapałam ręcznik kuchenny, który akurat leżał na stole, i delikatnie owinęłam nim rękę, żeby krew nie kapała na podłogę. Jęknęłam cicho, kiedy materiał podrażnił wrażliwą skórę.
Pobiegłam korytarzem do drzwi i wyszłam na dwór. W podskokach pokonałam odległość dzielącą mój dom od domu Cami. Jej auto stało na podjeździe, za co byłam niewyobrażalnie wdzięczna. Nie dbając o kulturę, weszłam do środka bez pukania.
– Cami! – krzyczałam. – Camille!
Po schodach zbiegła przestraszona sprzątaczka. Na mój widok jej oczy się rozszerzyły.
– Rosalie? Co ci się stało? – spytała starsza pani.
– Nic takiego – powiedziałam ze łzami. – Jest Cami? Potrzebuję jej samochodu.
– Nie ma jej. Wyszła gdzieś, ale pewnie zostawiła kluczyki na stoliczku przy drzwiach.
– Dziękuję.
– Rose! – krzyknęła za mną.
Odwróciłam się.
– Nie możesz prowadzić w takim stanie.
Nie miałam siły teraz się z nią kłócić. Musiałam natychmiast dostać się do szpitala, więc nawet gdyby starała się mnie powstrzymać, i tak bym jej nie posłuchała.
– Nic mi nie jest. – Próbowałam przywołać na twarz nikły uśmiech, ale podejrzewałam, że wyszedł z tego bardziej grymas bólu.
– Nonsens – oburzyła się. Rzuciła ścierką i wyrwała mi kluczyki z ręki. – Zawiozę cię.
– Ale…
– Żadnych ale. Wsiadaj do auta – dodała i wcisnęła przycisk na pilocie.
Nie chciałam się awanturować, więc opuściłam dom przyjaciółki i skierowałam swoje kroki do samochodu. Kobieta zamknęła drzwi wejściowe, a następnie ruszyłyśmy do szpitala.
Na miejscu podziękowałam starszej pani za opiekę i zapewniłam, że dalej poradzę sobie sama. Próbowała się sprzeczać, ale namówiłam ją do tego, aby wróciła i zajęła się pracą, którą miała wykonać przed powrotem Cami. Ostatecznie zostawiła mnie samą i odjechała, a ja udałam się po pomoc.
Weszłam do budynku i skierowałam się do okienka rejestracji. Za ladą siedziała kobieta na oko po czterdziestce. Miała platynowe włosy spięte w ciasny kok i szkła w ciężkich, bordowych oprawkach, a jej zacięty wyraz twarzy sugerował, że mocno się na czymś skupiała.
– Przepraszam, mam problem.
Rejestratorka zaalarmowana moim lekko zapłakanym głosem uniosła głowę. Na jej plakietce widniało imię „Anna”.
– Co się stało, kochanie?
W odpowiedzi tylko uniosłam rękę, po czym odsunęłam ręcznik przesiąknięty krwią. Na ten widok kobieta zrobiła wielkie oczy i natychmiast wstała.
– Poczekaj tutaj, pójdę po doktora – powiedziała pani Anna.
Widziałam, jak truchta przez korytarz do jakiegoś pokoju, a dosłownie po sekundzie wyłoniła się stamtąd z lekarzem.
