Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Martwy sędzia. Oskarżony, który milczy. I sala sądowa pełna kłamców.
Gdy adwokatka Leila Reynolds otrzymuje swoją pierwszą sprawę o morderstwo, jest wstrząśnięta jej rangą – chodzi o zabójstwo powszechnie szanowanego sędziego. Nigdy dotąd nie mierzyła się z tak trudnym wyzwaniem. Sytuację dodatkowo komplikuje oskarżony Jack Millman – uparcie milczy i żąda, by to właśnie ona go broniła.
Leila musi dowieść swoich umiejętności w procesie, którego nie może przegrać – stawka jest zbyt wysoka. Napięcie rośnie z każdą rozprawą. Leila walczy nie tylko o uniewinnienie Jacka, lecz także o utrzymanie własnych spraw w sekrecie. O wyroku zadecyduje ława przysięgłych, a prawda okaże się bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek przypuszczał.
Winny czy niewinny?
Ty decydujesz…
Zapierający dech w piersiach dramat sądowy z mistrzowsko skonstruowanymi zwrotami akcji, których nie sposób przewidzieć!
Wciągająca, a przy tym wyjątkowo sprytna i świetnie skonstruowana. Ta książka porwała mnie od pierwszych stron.
Alice Feeney autorka "Pięknej brzydoty" oraz "Papier, kamień, nożyce"
Jo Murray - wychowała się w Wielkiej Brytanii w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dziewczynom ze środowiska robotniczego mówiono, że nie powinny myśleć o karierze adwokackiej. Na szczęście nie dała sobie tego wmówić. Po ukończeniu filologii klasycznej na Uniwersytecie w Newcastle podjęła studia na wydziale prawa i została adwokatem karnym. Mieszka z rodziną w North Yorkshire.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 474
Data ważności licencji: 7/16/2030
Tytuł oryginałuDissection of a Murder
Projekt okładkiLAUREN PETERS-COLLAER
Adaptacja okładkiNATALIA TWARDY
Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
KorektaSARA SZULC-PRZEWODOWSKA
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN / Lorem Ipsum
Copyright © Jo Murray 2026 All rights reserved
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7179-5
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Lynette
Morderstwo
Przestępstwo morderstwa zostaje popełnione, gdy osoba zdrowa na umyśle i postępująca z premedytacją bezprawnie zabija jakąkolwiek rozumną istotę, która pozostaje pod ochroną królewskiego porządku, działając z zamiarem pozbawienia jej życia lub spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Ława przysięgłych
Ława przysięgłych składa się z dwunastu wybranych losowo osób, które zapoznają się z dowodami i decydują o winie lub niewinności oskarżonego. Oskarżyciel musi dowieść, że oskarżony popełnił przestępstwo, ponad wszelką racjonalną wątpliwość; oskarżony nie musi udowadniać swojej niewinności. Oskarżony pozostaje niewinny, dopóki jego wina nie zostanie udowodniona. Po wysłuchaniu wszystkich dowodów w sprawie ława przysięgłych udaje się na naradę w celu uzgodnienia wyroku. Oskarżony może zostać uznany za winnego lub niewinnego (oczyszczonego z zarzutów) tylko wówczas, gdy werdykt wszystkich dwunastu przysięgłych jest jednogłośny.
Gdy jednak ława przysięgłych przez dłuższy czas nie potrafi dojść do jednomyślności, sędzia może, po dłuższym zastanowieniu, zaaprobować werdykt większościowy. W takim przypadku dopuszczalne są rozstrzygnięcia w kombinacji 11-1 lub 10-2.
Radcy prawni
Radcy udzielają porad prawnych w różnych obszarach prawa. Reprezentują klientów w sądach karnych niższej instancji i angażują adwokatów w przypadku poważniejszych spraw. Radcy prawni przygotowują dokumenty, kompletują materiał dowodowy i asystują adwokatowi.
Adwokaci
Adwokaci są wyspecjalizowanymi doradcami prawnymi i pełnomocnikami sądowymi. Doradzają klientom w zakresie mocnych i słabych stron ich sprawy oraz reprezentują ich w sądzie. Niektórzy działają w imieniu Koronnej Służby Prokuratorskiej. Noszą peruki i togi.
Większość adwokatów prowadzi działalność w ramach kancelarii; to miejsce jest ich zawodową siedzibą. Ponieważ są samozatrudnieni, adwokat może oskarżać w sprawie, w której obrońcą jest jego kolega z tej samej kancelarii.
Pomostem między studiami prawniczymi a praktyką zawodową jest aplikacja – dwunastomiesięczny okres praktyki w kancelarii, podczas którego aplikant otrzymuje opiekuna (patrona). Radcy królewscy, potocznie zwani „jedwabnymi”, to elita adwokatów, do grona której powołuje król.
Wszyscy adwokaci podlegają kodeksowi postępowania Rady Standardów Adwokackich – organu regulacyjnego, który nakłada najwyższe standardy etyczne na wszystkich adwokatów. Prawość, uczciwość i dyskrecja stanowią fundament postępowania każdego szanującego się adwokata.
Tak działa system postępowania karnego w Anglii i Walii.
Ale nie zawsze...
Czym jest sprawiedliwość?
Oto pytanie, które niejednokrotnie przychodziło mi do głowy przez ostatnich osiem dni.
Czy chodzi o ścisłe przestrzeganie prawa? Czy może o zadbanie, by sprawiedliwości stało się zadość, nawet jeśli to oznacza pewne nagięcie zasad? Większość ludzi nigdy nie musi się nad tym zastanawiać. Czy uważam się za buntownika? Pewnie tak. Osobę łamiącą zasady? Nie.
Wiem, które zasady mogę naginać i nie dać się na tym przyłapać. Niemniej takie rzeczy zdarzało mi się robić zawsze w imię wyższego dobra. Przekonanie ławy przysięgłych to jednak coś zupełnie innego. Nie muszą oni koniecznie widzieć „prawdy”, ale to, co wydaje się sprawiedliwe. Myślicie, że to jedno i to samo, zgadza się? Ano nie. Zwłaszcza w tej sprawie.
Wiem z doświadczenia, że jeśli przysięgli odwracają się w stronę oskarżonego, kiedy wchodzą na salę rozpraw ogłosić wyrok, oznacza to, że zostanie uniewinniony. Jeśli tego nie robią, uznają go za winnego. To logiczne, jak sądzę. Nikt nie chce patrzeć prosto w oczy komuś, kogo zamierza posłać za kraty.
Komuś uznanemu za mordercę.
Przyglądam się im wszystkim, siedzącym w ławie przysięgłych na lewo ode mnie. Siedmiu mężczyzn i pięć kobiet. Razem dwunastu zwykłych członków społeczeństwa zadecyduje o moim losie po wysłuchaniu makabrycznych zeznań, które zatruły powietrze w sali sądowej numer jeden z jej skrzypiącymi ławkami i ścianami bez okien.
To nowoczesna sala sądowa, nieprzypominająca tych znanych z telewizji. Zapewne zaprojektowano ją tak, by sprawiała wrażenie przestronnej, stąd nienaturalnie wysokie stropy i miękkie szare boazerie, ale koniec końców wciąż jest to pomieszczenie, w którym ludzie, posadzeni w jaskrawym świetle jarzeniówek, są zmuszeni zapłacić za swoje grzechy.
Oskarżyciel wstaje, aby zwrócić się do ławy przysięgłych z mową końcową. To jeden z tych agresywnych prawników – zarozumiały, zadufany w sobie. Zuchwały i arogancki. Podczas przesłuchania krzyżowego grillował mnie cały dzień, zachowując się, jakby już wygrał. Nie miał żadnych wątpliwości, że dowody, które przedstawił przysięgłym, są wystarczające, aby mnie skazać. Stał oparty o ławkę, z założonymi rękami, miotając we mnie pytaniami jak karabin maszynowy. Jeszcze nigdy nie kusiło mnie tak bardzo, żeby walnąć kogoś w twarz. W mojej sytuacji nie można jednak sobie pozwolić na okazanie gniewu, ponieważ dla zwykłych ludzi obserwujących proces agresja oznaczałaby, że jestem mordercą.
Moja adwokatka jest przeciwieństwem oskarżyciela. Spokojna, ale stanowcza, rozgrywa to rozważnie i nie ugina się pod presją. Da się lubić. Odnoszę wrażenie, że zjednała sobie przysięgłych. W każdym razie taką mam nadzieję.
– Panie i panowie – przemówił oskarżyciel protekcjonalnym tonem, dla podkręcenia dramaturgii chwytając się pulpitu. – Wysłuchaliście już wszystkich zeznań w tej sprawie i nadszedł czas, abyście wydali werdykt. Ta oto osoba jest oskarżona o zamordowanie Antona Smythe’a, pięćdziesięciosześcioletniego sędziego Sądu Koronnego, któremu, zgodnie z zarzutem, w piątek szóstego września dwa tysiące dwudziestego czwartego roku zadała śmiertelny cios w głowę. Cóż – kontynuuje, przyjmując złowieszczy ton, którego używał przez cały czas trwania owego spektaklu. – Ten proces nie był wolny od dramatycznych momentów. Jak zapewne pamiętacie, zeznania, których wysłuchaliście, były, mówiąc oględnie, barwne.
Siedząc na ławie oskarżonych, spoglądam w stronę przysięgłych. Młodzieniec w pierwszym rzędzie, który wygląda na ledwie uprawnionego do głosowania – dostał ode mnie ksywę Młody Hannibal Lecter – unosi brwi w sposób, który najwyraźniej ma zwrócić moją uwagę. Smutna Susan, która wygląda, jakby się miała zaraz rozpłakać, zerka na mnie, aby sprawdzić moją reakcję. Wygląda na bardzo zestresowaną. Wiem, jak się czujesz, kochana. Ani drgnę. Nie mogę się przecież do niej uśmiechnąć.
– Jeśli ten proces czegoś was nauczył, panie i panowie, to tego, że nie wszystko jest takie, jakim się zdaje. Jednego wszelako możecie być pewni. Osoba, w sprawie której macie wydać werdykt, nie jest godna zaufania. Prokuratura odrzuca przedstawioną przez oskarżonego wersję wydarzeń jako niedorzeczną. To wymysły fantasty, kłamcy i mordercy. W stosownym czasie zwrócę się do was o uznanie jego winy.
Zachowuję milczenie, podczas gdy on coraz głębiej wbija gwoździe do mojej trumny. Kiedy przytacza obciążające mnie dowody, obserwuję, jak przysięgli wpatrują się w niego z uwagą. Sędzia omiata wzrokiem zatłoczoną salę rozpraw. Gapiów przybywa z dnia na dzień. Wszyscy czekają na werdykt – kciuk w górę czy w dół?
W sprawie takiej jak ta ława przysięgłych nie zaczyna od domniemania niewinności, jak powinna, ale od domniemania winy. Dowody przeciwko mnie są obciążające. Plan od początku opierał się na zasianiu w ich głowach ziarenka wątpliwości, następnie podlewaniu go i obserwowaniu, jak kiełkuje.
Dwunastu przysięgłych. Nawet jeśli większość będzie przeciwko mnie, wystarczy, że zasiejemy dość wątpliwości w głowach co najmniej trzech, a wtedy nie będą mogli mnie skazać.
Trzech. Tylko tylu.
Czy się udało? Wkrótce się okaże.
Urzędowy charakter wszystkiego, powtarzany i powielany w tej klinicznej scenerii, deprymuje mnie, kiedy tak siedzę w boksie dla oskarżonych na tyłach sali.
Kiedy oskarżyciel przedstawia główne dowody na przebieg wydarzeń, które Antona Smythe’a doprowadziły do śmierci, a mnie do zguby, migawki z tamtej nocy przemykają mi przez głowę niczym rozbłyski stroboskopowego światła. Widzę jego ciało leżące na podłodze. Nic by nawet nie wskazywało, że od śmierci dzieliły go godziny, gdyby nie wątła strużka krwi sączącej się z jego nosa.
Już wtedy dotarło do mnie, że wszystko się zmieni. Że skończę tutaj.
Pamiętam, jak to było tamtego wieczoru. Przeczesuję wzrokiem całe pomieszczenie – „miejsce zbrodni” – wiedząc, że każdy jego centymetr zostanie sprawdzony. Jestem częścią tego systemu dość długo, by wiedzieć, że to cisza przed burzą; że wszystko, co zrobię od tego momentu, zostanie poddane szczegółowej analizie; że następnym razem, kiedy zobaczę zadane ofierze obrażenia, będą one uwiecznione na zdjęciach, tylko że wszystko będzie wyglądało jaskrawiej z powodu flesza aparatu fotograficznego, którego użyje policjant z wydziału zabójstw. Obok przedmiotów, które otrzymają nazwy typu „narzędzie zbrodni”, zostaną umieszczone miarki.
Cała ta rozwaga i ostrożność nie zdały się na nic.
Zgubił mnie telefon.
Co jednak, jeśli wszystkie dowody wskazują na ciebie, a sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje? Czy mamy po prostu przyjąć, że jesteś albo ofiarą, albo zabójcą i że nie ma nic pomiędzy? To nie jest prawdziwa sprawiedliwość.
Oskarżyciel może opowiadać, co mu się żywnie podoba, ale ja wiem, co naprawdę się stało. Nie zrozumcie mnie źle – wszystko całkiem się wymknęło spod kontroli. Kiedy myślę o każdym swoim kłamstwie, o ludziach wciągniętych przeze mnie w to wszystko, o życiach zrujnowanych z mojego powodu, gardzę sobą. Ale kara dożywocia za to nie byłaby sprawiedliwa. Zginął z mojej ręki, owszem. Zmusiła mnie sytuacja. To nie była moja wina ani mój wybór.
Ława przysięgłych składa się z dwunastu osób wybranych w celu rozstrzygnięcia, kto ma lepszego adwokata.
Robert Frost
Poniedziałek, 9 września 2024 roku125 dni do procesu
Zanim wróciłam do kancelarii, impreza już się rozpoczęła. Cóż, mówię „impreza”, ale biorąc pod uwagę, co się wydarzyło przez ostatnie trzy doby, trafniejszym określeniem byłoby „ponure zebranie”. Nie rozumiem, czemu go nie odwołał. Z drugiej strony, zwieranie szeregów w kryzysowych momentach to coś, w czym adwokaci są wyjątkowo dobrzy.
Poza tym Chester Vernon nigdy nie pozwoliłby, aby morderstwo sędziego Sądu Koronnego stanęło między nim a dobrym trunkiem.
Z salonu kancelarii na korytarz wydobywa się przytłumiony gwar rozmów. To właśnie za sprawą Chestera – naszego znamienitego, niezwykle ekscentrycznego, uwielbiającego wino szefa kancelarii – jesteśmy znani z suto zakrapianych imprez. Bywało, że każdy dzień tygodnia kończący się na literę „k” lub „a” był pretekstem do balangi. Dzisiaj jednak obchodzi swoje pięćdziesiąte dziewiąte urodziny. Ostentacyjna nieobecność w takim dniu byłaby zawodowym samobójstwem, a on nie jest typem człowieka, w którym chciałbyś mieć wroga. Chociaż formalnie nie jest naszym szefem – adwokaci są samozatrudnieni – jest naszym wybranym zawodowym przywódcą. Rozdaje karty. Każda kancelaria ma kogoś takiego.
„Kancelaria” to wyszukane określenie na „biuro”, ale tak nie wolno jej nazywać. To kolejna część tradycji związanej z tym fachem. Pewnego razu, podczas aplikacji, nazwałam ją biurem i poczułam na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Nigdy więcej tego nie zrobiłam.
Czmycham do jednej z sal konferencyjnych. W każdym razie na tyle szybko, na ile można czmychnąć, wlokąc za sobą walizkę na kółkach, w której znajdują się peruka, toga i mnóstwo opasłych książek. Nawet po tych wszystkich latach wciąż nią zaczepiam o krzesła, stoły, a w jednym, nader niefortunnym przypadku, zaczepiłam o stojak z prezerwatywami w aptece.
– Leila!
Wychylając głowę zza drzwi, widzę Chestera, który nieznoszącym sprzeciwu gestem wzywa mnie do salonu jak mafiozo przywołujący kelnera. Boże, nie mam dzisiaj na to siły. Moje włosy w kolorze lodowego blondu opadły na plecy, zmierzwione i mokre od deszczu. Po pięciu godzinach pod peruką z końskiego włosia nie wyglądają zbyt szałowo. Ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, to paradować przed grubymi rybami z branży prawniczej, wyglądając jak jakiś sfatygowany i przemoczony paw.
– Pięć minut, Chester! – odkrzykuję, wściekła na siebie. Powinnam była pojechać prosto do domu.
Ledwie zamknęłam drzwi, rozwarły się na oścież. Po sposobie, w jaki to zrobiono, poznałam, że to Jim, nasz starszy referent. Zawsze gdzieś się spieszy. Jim biega co najmniej cztery maratony rocznie i dobija sześćdziesiątki, ale wygląda młodziej, ponieważ je wyłącznie owoce i chude mięso, o czym lubi opowiadać.
– Czekałem, aż wrócisz. Idziesz tam? – zagaduje, skinieniem głowy wskazując salon. W dłoni trzyma cienką teczkę spiętą różową tasiemką. Jim jest odpowiedzialny za przyjmowanie spraw i przydzielanie ich adwokatom, których uważa za najbardziej odpowiednich. Utrzymywanie dobrych relacji z pracownikami kancelarii jest niezbędne, jeśli nie chcesz, żeby twoja kariera szła jak po grudzie. Na szczęście ja dogaduję się z moimi.
– Szczerze mówiąc, nie jestem w nastroju – odpowiadam. Po długim dniu spędzonym w sądzie, gdzie broniłam mężczyzny oskarżonego o molestowanie własnej córki, mam koszmarną migrenę.
– Świetnie się dzisiaj spisałaś. – Uśmiecha się, robiąc aluzję do uniewinnienia, które wywalczyłam dla mojego klienta. – Radca już dzwonił i wychwalał cię pod niebiosa.
– Naprawdę?
– Stwierdził, że oglądanie cię w akcji było hipnotyzujące.
– Hipnotyzujące? – powtarzam z zachwytem. Jeszcze nikt nigdy tak o mnie nie powiedział.
Jim wie, jak bardzo mnie to cieszy. Tak trudno mi było wyrobić sobie nazwisko.
– Oraz... – Dla większego efektu zawiesza głos, opierając się o dębowe regały, które zajmują całą ścianę. – Dochrapałaś się wzmianki w Legal Pięćset.
– O mój Boże. Żartujesz? – piszczę, ale natychmiast biorę się w garść, próbując ochłonąć.
Jim uwielbia, gdy któryś z jego adwokatów trafia do Legal 500. To profesjonalny przewodnik dla klientów, który zawiera ranking kancelarii prawnych.
Jeśli zrobisz wrażenie na właściwych osobach, wyróżnią cię efektowną opinią, która może zdziałać cuda dla twojej kariery. Mając trzydzieści sześć lat, długo na to czekałam, zwłaszcza że adwokatem od spraw karnych jestem od trzynastu lat.
– Co napisali? – dopytuję niecierpliwie.
Odklejając neonowo różową karteczkę z teczki, którą trzyma w ręku, spogląda przez okulary zsunięte na czubek nosa. Jego krótkie srebrzystobiałe włosy sterczą pod dziwnymi kątami.
Leila Reynolds przejawia intuicyjny styl i w roli adwokata znakomicie wypada przed ławą przysięgłych. Podchodzi do spraw z wyczuciem eksperta kryminalistyki i bardzo umiejętnie interpretuje dowody. To wschodząca gwiazda palestry i przyszły radca królewski.
To surrealistyczne uczucie usłyszeć takie słowa o sobie. Uznanie zawodowe jest bardzo ważne, a to jego najwyższa forma.
– Kto mnie nominował?
Domyśla się, dlaczego pytam.
– Nie wiem – odpowiada, bawiąc się elastycznym ściągaczem w kieszeni spodni.
– A mógłbyś się dowiedzieć?
– Mogę spróbować, ale nie zawsze jest to możliwe – mówi stanowczo, dając mi do zrozumienia, żebym nie drążyła tematu. – To fantastyczna wiadomość, Leila. Ciesz się nią. Możliwościami, jakie ci to otworzy. Jesteś wybitną adwokatką. Słyszę o tobie same dobre rzeczy. Ktoś najwyraźniej to zauważył.
Zwykle nazywa mnie panną Reynolds, a Leilą tylko wówczas, gdy przechodzi na „tryb ojcowski”, co zresztą wcale mi nie przeszkadza. Chociaż Jim jest referentem, mam z nim więcej wspólnego niż z innymi adwokatami. Oboje pochodzimy z klasy robotniczej z okolic Newcastle. Kiedy mówi, słychać u niego, równie wyraźnie jak u mnie, dialekt geordie. Latami doradzano mi, żebym go „stonowała”, ale ja nie chcę się go pozbywać. Jestem niesamowicie dumna ze swoich korzeni i zawsze miałam poczucie, że dzięki temu zarówno klienci, jak i przysięgli identyfikują się ze mną bardziej niż z moimi szlachetniej urodzonymi kolegami.
– Masz rację. – Uśmiecham się do niego. – Jestem wdzięczna.
– W każdym razie mam dla ciebie nowe zlecenie. Przyszło godzinę temu. Klient wyraźnie zaznaczył, że chce właśnie ciebie, nikogo innego. – Podaje mi teczkę.
W SĄDZIE KORONNYM W NEWCASTLE
R przeciwko Millmanowi1
To wszystko, co jest napisane na okładce. Kiedy reprezentowało się tak wiele osób jak ja, większość nazwisk zlewa się ze sobą. Niektóre budzą skojarzenia, ale nie można ich powiązać z twarzą. Innych nie da się zapomnieć.
Jak na przykład to.
– Do diaska, spojrzysz na to czy nie? – pyta Jim. Rozwiązuję kokardę na wstążce i otwieram teczkę. Przeszywa mnie zimny dreszcz, kiedy widzę nazwisko razem z imieniem. Oba nazwiska. W tym samym akcie oskarżenia. Czytam instrukcje od radcy:
SZCZEGÓŁY PRZESTĘPSTWA: JACK MILLMAN jest podejrzany o to, że w piątek 6 września 2024 r. zamordował ANTONA SMYTHE’A. Domniemany sprawca odmówił złożenia wyjaśnień i stawił się w sądzie w Durham w poniedziałek, 9 września, na pierwszej rozprawie. Postępowanie zostanie przeniesione do Sądu Koronnego w Newcastle, gdzie oskarżonego będzie bronił adwokat.
W aktach sprawy nie ma prawie nic, ale to normalne na tym etapie. Są cienkie, mniej niż dziesięć stron. Morderstwo jego ekscelencji sędziego Smythe’a w piątek wieczorem wstrząsnęło społecznością prawniczą. Wiadomość rozeszła się w sobotę po południu, kiedy jego żona powiedziała o tym bliskim znajomym, a takie wieści długo nie utrzymują się w tajemnicy.
Początkowo spekulowano, że to musiał być tragiczny w skutkach incydent typu „złe miejsce, zły czas”, ale w miarę jak wychodziły na jaw kolejne szczegóły, wydawało się to coraz mniej prawdopodobne.
– Leila?
Zdaję sobie sprawę, że wpatruję się w kartkę papieru przed sobą, a moje serce bije przyspieszonym rytmem. Jestem przyzwyczajona do adrenaliny, która idzie w parze z moją pracą, ale to jest zupełnie inny poziom.
– Mam się podjąć sprawy o morderstwo? – pytam. Te słowa brzmią absurdalnie, kiedy padają z moich ust. Wypowiadając je, czuję się zażenowana. – Nie mogę. Nie jestem radcą królewskim. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z morderstwem. Będę musiała odmówić. Nie wezmę tego.
– Nie panikuj – mówi Jim spokojnie, jakby rozmawiał z dzieckiem, które właśnie zdało sobie sprawę, że jeździ na rowerze bez bocznych kółek.
– Po prostu nie mogę bronić w procesie o morderstwo. A już na pewno nie w tym! Morderstwo sędziego! Jeśli coś pójdzie nie tak, wyjdę na kompletną ignorantkę, a nie mam szans na wygraną. Dlaczego muszę to robić?
– Ponieważ Jack Millman wyraźnie poprosił o ciebie. Zasada nieodmawiania, panno Reynolds. Jeśli klient domaga się, żebyś go reprezentowała, nie możesz odmówić, chyba że nie masz kwalifikacji do prowadzenia danej sprawy. Rozmawiałem z Chesterem; on uważa, że masz.
– Naprawdę? – Marszczę czoło, ale w głębi ducha jestem uszczęśliwiona, że Chester we mnie wierzy.
– Rozumiem, dlaczego się martwisz – mówi Jim swoim „ojcowskim głosem”. – Ostatnim razem, kiedy go reprezentowałaś, wyszło... problematycznie.
Mało powiedziane, mówiąc oględnie. Reprezentowałam Jacka Millmana pięć lat temu w sprawie o napaść i to doświadczenie sprawiło, że zakwestionowałam wszystko: prawo, system, a nawet to, czy w ogóle powinnam nadal wykonywać ten zawód.
– Ale teraz masz większe doświadczenie – kontynuuje. – I musiałaś zrobić coś dobrze, skoro on znów cię chce. Myślałem, że się ucieszysz. Duża, mocna sprawa. Coś takiego wyniesie cię do prawniczej stratosfery. Słyszałaś, jak o tobie napisano: „przyszły radca królewski”. Po tej sprawie możesz nim zostać.
– Będzie paskudnie – mówię. – Już to czuję.
– Cóż, twój klient ponadto „nie ufa adwokatom”, tak na dokładkę.
– To do niego podobne. – Wzdycham. – Kto nam to podrzucił?
– Jessopowie. Davina dzwoniła do mnie w tej sprawie dziś po południu. Jest zadowolona, że będziesz go broniła.
Już samo to powoduje, że zapala mi się czerwona lampka.
Jessop Solicitors to największa kancelaria w Durham. Prowadzi ją małżeństwo prawników, David i Davina Jessop. Dostają wszystkie duże, skomplikowane sprawy i zawsze radzą swoim klientom, aby podczas przesłuchania odmawiali składania zeznań. Jeśli reprezentuje cię ta kancelaria, oznacza to, że sprawa jest bardziej złożona, niż się wydaje.
– Okej, więc kto jest oskarżycielem?
Kilka razy próbuje coś wyartykułować, po czym w końcu mówi:
– To jest druga drobnostka, o której muszę wspomnieć.
Wiem dokładnie, co zamierza powiedzieć.
– Powiedz, że to żart, Jim.
Nie odpowiada. Krzywi się, udając, że jest mu przykro, ale najwyraźniej rozkoszuje się tą dramą.
– Jim – mówię, przysiadając na skraju biurka i mocno dociskając palce do skroni. – Proszę, tylko mi nie mów, że w mojej pierwszej sprawie o morderstwo będzie oskarżał Julian. To on mnie nauczył wszystkiego, co wiem.
Nie Julian, proszę, tylko nie on. Mój mentor, najlepszy adwokat w kancelarii; ten, który mnie szkolił i wychowywał. Najbardziej budzący strach oskarżyciel w naszym okręgu.
I mój mąż.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 W brytyjskim orzecznictwie „R” to skrót od „Regina” lub „Rex” – królowa lub król, w zależności od tego, kto jest aktualnie panującym monarchą. Ten łaciński termin oznacza, że sprawa jest postępowaniem karnym wszczętym przez państwo (przyp. tłum.). ↩
