Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
80 osób interesuje się tą książką
Zuza Hadman coraz częściej ma wrażenie, że życie uparcie testuje granice jej cierpliwości. Problemy w pracy, napięcie, z którym nie potrafi już sobie radzić, oraz błędy przeszłości sprawiają, że powoli dochodzi do ściany. I właśnie wtedy po raz pierwszy od dawna decyduje się zrobić coś wyłącznie dla siebie – zawalczyć o własne marzenia.
A z pomocą przychodzi jej Wojtek Matejczuk, który sam prowadzi nierówną potyczkę z losem. Powrót matki Franka ponownie wywraca mu życie do góry nogami i zmusza go do walki o to, co jest dla niego najważniejsze – dobro syna. Mimo własnych problemów Wojtek uparcie stoi jednak obok Zuzy, wspierając ją w momencie, w którym ona sama powoli przestaje wierzyć, że cokolwiek może się jeszcze ułożyć.
Pośród stresu, trudnych decyzji i codzienności, która regularnie wymyka im się spod kontroli, Zuza i Wojtek zaczynają rozumieć, że nawet najwięksi pechowcy są w stanie udźwignąć naprawdę wiele, jeśli tylko przestaną walczyć w pojedynkę. Bo o ile nieszczęścia rzeczywiście lubią chodzić parami, to szczęście najwyraźniej upodobało sobie spacerowanie we trójkę.
„Na całe szczęście” to czwarty tom cyklu „Amor fati” – pełna humoru, czułości i emocji historia o tym, że czasem największą odwagą jest zawalczyć nie tylko o własne marzenia, ale też o ludzi, przy których w końcu chce się je spełniać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 273
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Anna Jeziorska
Korekta
Anna Seweryn
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© detry26, Journey, Maria Vitkovska | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Karolina Tomaszewska 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-93-8
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Tylko niekiedy szczęście bywa darem, najczęściej trzeba o nie walczyć.
Paulo Coelho, Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam
Dla Michała Tomaszewskiego – na całe szczęście trafił mi się taki brat.
Zuzanna Hadman z satysfakcją najechała kursorem na ikonę z napisem „wyślij” i tym samym zwieńczyła odpisywanie na zaległe maile. Czas jej nieobecności w pracy zaowocował stertą raportów do przeczytania, a także długą listą niewykonanych jeszcze zadań.
Kiedy z uwagą przyglądała się wypisanym na kartce punktom, drzwi jej biura otworzyły się bez kurtuazyjnego ostrzeżenia. W progu stanął Rafał, ubrany w czarny garnitur, koszulę w zaledwie o ton jaśniejszym odcieniu oraz krawat, również w kolorze smoły. Niczym wysłannik piekieł podszedł nieśpiesznie do biurka, wsunął ręce do kieszeni spodni i zaczął ostentacyjnie taksować Zuzę.
– Nie przedłużasz zwolnienia? – zapytał, patrząc na nią z góry.
– Nie – odparła krótko.
Nie spuszczając z niej wzroku, kontynuował śledztwo.
– Czyli nie jesteś w ciąży? – upewnił się. – W firmie aż huczy od plotek.
Mimo odczuwalnego ucisku w mostku i przyśpieszonego tętna Zuzanna starała się z największym opanowaniem wyartykułować:
– Może więc jako dyrektor generalny powinieneś przekierować uwagę pracowników na bardziej wydajne aktywności niż plotkowanie?
Rafał rozciągnął usta w szyderczym uśmiechu i z nutą pogardy wycedził:
– Koleżanki obawiały się, że na kilka miesięcy będą musiały przejąć twoje obowiązki.
– Nie będzie takiej konieczności – odparła natychmiast, nie pozwalając ponieść się nerwom.
Zacharski, testując cierpliwość kobiety, wciąż nie spuszczał wzroku z jej twarzy, by po dłuższej chwili stwierdzić:
– Doskonale. W takim razie skoro jesteś już w pełnej dyspozycji, chciałem cię poinformować, że dołączasz do teamu reprezentującego IASO na targach w Berlinie.
Wraz z jego ostatnim słowem serce Zuzanny przyśpieszyło.
– Takie delegacje nie leżą w zakresie obowiązków mojego działu – odpowiedziała, prostując się w nienaturalny sposób.
– O kompetencjach działów oraz delegowanych zadaniach decyduję ja – oznajmił zuchwale. – Jedziesz do Berlina.
– Nie mogę. – Aby stanowczo podkreślić swoje stanowisko, Zuzanna pokręciła głową.
– Z jakiego powodu? – Ton Rafała był całkowicie beznamiętny.
Hadman przełknęła ślinę – odrobinę za głośno jak na kogoś udającego opanowanie – i kłamiąc na poczekaniu, rzuciła:
– Sprawy rodzinne.
Zacharski uniósł cynicznie kąciki ust i zakpił:
– Jeśli chcesz rozbić kolejną, będziesz musiała się tym zająć dopiero po targach.
Ich spojrzenia się skrzyżowały, jakby to była próba sił.
– Nienawidzę cię. – Zuzanna poddała się pierwsza.
– Ja też nie pałam do ciebie wielką sympatią. A wytyczne odnośnie do wyjazdu otrzymasz mailem – powiedział Rafał z wyższością i we flegmatycznym tempie opuścił gabinet.
***
W Czułych Słówkach, kawiarni Julii Korczyńskiej, każde piątkowe popołudnie wyglądało podobnie. Jedni goście zjawiali się tu, by plotkować, inni randkować, a niektórzy wpadali tylko na chwilę, po kawę na wynos i świeże cynamonki, z których słynęło to miejsce.
Zuza lubiła przychodzić tu po pracy, zakładać słuchawki i w spokoju zajmować się biznesplanem swojej wymarzonej restauracji. Z ogromnym skupieniem analizowała efekty godzinnych działań – plik był przejrzysty, a tabele zawierały dokładne opisy każdego etapu, który przybliżał ją do realizacji celu.
Przesuwająca się po stoliku filiżanka rozproszyła uwagę Zuzanny. Wyjmując słuchawki z uszu, zapytała:
– Czym sobie zasłużyłam?
– Pracoholicy mają jedną darmową w miesiącu – odrzekła Julia i usiadła naprzeciwko przyjaciółki.
– To nie praca, to znaczy praca, ale nie IASO.
– Restauracja? – zgadła Korczyńska.
Zuzanna, nie odrywając wzroku od monitora, cicho powiedziała:
– Jeśli uda się z kredytem, chciałabym najpóźniej za rok spróbować wystartować.
– Dopiero za rok? – zdziwiła się Julia. – Wytrzymasz w firmie aż tak długo?
Odległość od urzeczywistnienia tego marzenia frustrowała Zuzę, ale dane w tabelkach nie pozostawiały złudzeń.
– Nie mam tyle kasy, żeby przyśpieszyć. Poza tym nie wiem, czy dam sobie radę. Chyba mam mentalność etatowca, przeraża mnie zarządzanie. Boję się, że nie będę potrafiła tego robić.
– Dobry Boże! – Julia aż jęknęła. – Nie musisz rozpisywać tego wszystkiego na milion podpunktów, i tak prędzej czy później coś się wykrzaczy. Najgorsze działanie jest i tak lepsze od perfekcyjnego planu.
Zuzie wyrwało się z piersi głośne westchnięcie, a zaraz po nim szczere wyznanie:
– Ale ja jestem przerażona.
– I słusznie! Prowadzenie własnego biznesu to droga przez mękę. Bój się, ale działaj. Już zbyt długo odwlekasz realizację tego marzenia. Wiadomo, że może się nie udać, czasami pojawiają się czynniki niezależne od człowieka, ale dopiero gdy się odważysz, to się przekonasz.
Słowa przyjaciółki może nie wpłynęły na zmianę danych w tabeli, ale tchnęły w Zuzę odrobinę nadziei, dlatego chcąc docenić potencjał retoryczny wywodu Julii, powiedziała:
– Jeśli będziesz chciała się przebranżowić, mentoring jest niezłą opcją.
Korczyńska uśmiechnęła się na ten komplement, ale za chwilę spochmurniała.
– Na razie to muszę okiełznać te moje dwie małolaty. Dziś poprzecinały Arturowi sznurówki w butach. I jeszcze szły w zaparte, że to nie one.
Zuzanna zwizualizowała sobie dwie blondynki z kokardami na kucykach, które z konspiracyjnym szeptem i dziecięcymi nożyczkami w ręku majstrują przy obuwiu nowego partnera ich matki. A za chwilę przeszła jej przez głowę złośliwa myśl, że z racji profesji księgowy pewnie kupi nowe buty i jeszcze fakturę wrzuci w koszty, więc to tylko niewinny żart.
– I tak uważam, że są urocze – podsumowała i chcąc doprecyzować okoliczności, dopytała: – Czyli zżera je zazdrość o mamę?
Julia bezradnie wzruszyła ramionami i szczerze przyznała:
– Już sama nie wiem, skąd te problemy. Artur jest cierpliwy, ale zdystansowany wobec dziewczynek. Nie wychodzi im naprzeciw. Zastanawiam się, czy to ich zazdrość, czy może w ten sposób chcą wzbudzić jego zainteresowanie, ale jeśli dalej tak będzie, to nic z tego wyjdzie.
Bliźniaczki raczej nie sprawiały swojej matce problemów. Owszem, były bardzo energiczne i głośne, ale w ten ujmujący dziecięcy sposób, którego nikt nie ośmieliłby się krytykować, ponieważ tak naprawdę każdy w duchu tęsknił za taką beztroską.
– Porozmawiaj z nim – poradziła Zuzka, choć doskonale wiedziała, że rzuciła banałem. – Bez jego zaangażowania ta relacja się nie uda. Wy jesteście trzy w pakiecie.
Julia westchnęła ciężko i położyła łokcie o blat stolika, podpierając brodę dłońmi.
– Nie chcę wywierać na nim presji. Może akceptacja to wszystko, na co go stać. Próbuję postawić się w jego sytuacji i zaczynam podejrzewać, że Artur zawsze będzie postrzegał dziewczyny tylko jako moje córki i ich nigdy nie… – Korczyńska zawiesiła głos, by po chwili dodać: – Nie pokocha. Zresztą nie można go za to winić. To piekielnie trudne.
Zuzanna analizowała słowa Julii, starając się pojąć ich sens, ale niekoniecznie jej się to udawało, dlatego sięgnęła po filiżankę, upiła łyk kawy z mlekiem, a potem z niezachwianą pewnością powiedziała:
– Nie zgadzam się. Piekielnie trudno to jest Bałtyk wpław przepłynąć. Dzieci nie są dodatkiem, wy tworzycie całość. I to gra zero-jedynkowa, wszystko albo nic. Artur może tylko zyskać.
Życie nie oszczędzało Julii, a Zuzanna doskonale o tym wiedziała. Samotne macierzyństwo, ciężka praca nad własnym biznesem, a także tajemnicza przeszłość, którą nie chciała się dzielić, sprawiły, że z pokorą i rezerwą przyjmowała to, co zsyłał jej los, a różowe okulary zdjęła już bardzo dawno temu.
Korczyńska popatrzyła na przyjaciółkę z czułością, ale jej pragmatyczna strona zwyciężyła.
– Twoje podejście to kwintesencja idealizmu. Ale pamiętaj, Zuzka, że nie jesteś na jego miejscu, więc nie wiesz, z czym się zmaga.
– Fakt, nie jestem… – Dziewczyna ponownie sięgnęła po filiżankę, starając się ukryć, że jej niebieskie oczy zaczęły się szklić niczym tafla jeziora.
Niezaprzeczalnie nie była w sytuacji Artura, choć wewnętrznie bardzo pragnęła stanąć przed podobnym wyborem i szansą stworzenia z kimś rodziny.
Matejczuk, wykończony po intensywnym tygodniu, położył się na sofie w salonie. Tylko pulsujący ból migrenowy przypominał mu, że wciąż stąpa po tym łez padole. Uporczywy i jednostajny stukot w głowie skutecznie zagłuszał myśli, które od kilku dni nie cichły.
– Tato, ułożysz ze mną lotnisko z Lego? – zapytał Franek, pojawiając się w pokoju.
– Yhy – mruknął Wojtek pod nosem. – Za chwilę.
Chłopiec zmierzył ojca badawczym wzrokiem i z przejęciem zapytał:
– A dlaczego leżysz? Coś cię boli?
– Nic mi nie jest – skłamał. – Jestem tylko trochę zmęczony.
– To opowiedzieć ci bajkę? – zaproponował malec.
– Później, synku, gdy będziemy kłaść się spać. Zacznij budować pas startowy, a ja za chwilę do ciebie przyjdę.
– Zostanę, popilnuję cię – stwierdził Franek, przesuwając nieporadnie krzesło w stronę kanapy.
Przeciągany mebel wydał dźwięk tarcia, prawdopodobnie słyszalny trzy piętra niżej.
Architekt przewrócił oczami. Marzył o kwadransie niczym niezmąconej ciszy, ale taki luksus widocznie nie był mu dany. Zanim otępiałe zmysły odrobinę się uspokoiły, w salonie rozbrzmiał kolejny irytujący odgłos.
– Otworzę! – krzyknął Franciszek.
– Nie! – rzucił stanowczo Wojtek. – Pamiętasz zasady? Tylko ja otwieram drzwi.
Podniósł się ociężale z kanapy i bezradnie przetarł twarz dłońmi, łudząc się, że może to go trochę oprzytomni. Żywił nadzieję, że ta nieproszona wizyta nie ma nic wspólnego z Blanką. Wybitnie nie czuł się na siłach na taką batalię.
Obraz w wizjerze poluzował wszelkie supły niepokoju, które w te kilkadziesiąt sekund nim zawładnęły. Nacisnął klamkę.
– Cześć, przepraszam, że bez zapowiedzi, ale ja tylko na chwilę. Wszystko okej?
– Wejdź, Zuza – mruknął i otworzył szerzej drzwi.
Franek, wskazując palcem na ojca, oznajmił:
– Mówi, że jest zmęczony! Fajowo, że przyszłaś, to może mu przejdzie.
Zuza wbiła w Wojtka przenikliwe spojrzenie, lecz nie skomentowała jego niedomagania, za to skupiła się na wyjaśnieniach.
– Byłam w Czułych Słówkach i trafiłam na świeże cynamonki i rogale pistacjowe. – Uniosła trzymane w prawej dłoni pudełko. – Ostatnio bardzo smakowały małemu, więc pomyślałam, że wam podrzucę.
– O, super! Mega je lubię. – Franciszek podbiegł bliżej i złapał kobietę za rękę. – Chodź, zrobimy kakao.
– Dobrze się czujesz? – zapytała cicho Wojtka.
– Trochę boli mnie głowa – odpowiedział w zbliżonej tonacji.
– Może przez chwilę popilnuję Franka, a ty położysz się w ciszy?
Matejczuk wbił wzrok w Zuzannę z miną, jakby właśnie otrzymał koło ratunkowe, dryfując po oceanie.
– Mogłabyś? – rzucił z nadzieją. – Pół godziny, nie dłużej.
Zuza tylko kiwnęła głową i poszła za Frankiem do kuchni.
Mrok sypialni oraz chłód poszewki były dla Wojtka wybawieniem. Irytujące pulsowanie nie traciło na sile, ale brak zewnętrznych bodźców powodował, że ból stawał się odrobinę bardziej znośny. Ciężkie powieki same opadały, domagając się chociażby chwili drzemki…
***
Gdy otworzył oczy, wciąż czuł się obolały, ale ze skroni zniknęła ciasna obręcz. Odruchowo zerknął na zegarek i aż jęknął. Spał ponad dwie godziny.
W mieszkaniu panowała niemal całkowita cisza, przełamywana niezrozumiałym szeptem docierającym z pokoju Franka. Im bardziej zbliżał się do na wpół otwartych drzwi, tym lepiej wyłapywał poszczególne słowa.
– Jeszcze musimy zbudować wieżę kontroli lotów i chyba jakieś hangary – zakomenderowała Zuza.
– To ty rób wieżę – zarządził Franek. – Tu masz ludzika, który tam będzie pracował.
Wojtek przyglądał się parze bawiącej się na dywanie, a temu obrazkowi towarzyszyły spokój i błogość chwili. Ogrom stresu ostatnich dni przyćmił wartość i radość tak prozaicznych momentów, które Matejczuk zazwyczaj potrafił doceniać.
– O, tatuś. – Franek się uśmiechnął. – Pobawisz się z nami?
– Trochę was załatwiłem – przyznał Wojciech przepraszającym tonem. – Jest już późno, a ty powinieneś zaraz iść spać.
– Ale jak to? – jęknął malec. – Jeszcze hangarów nie zbudowałem.
– Jutro sobota, więc będziesz miał sporo czasu, żeby dokończyć.
– A przyjdziesz do nas? – zwrócił się z nadzieją do Zuzy i w oczekiwaniu na odpowiedź utkwił spojrzenie w towarzyszce zabawy.
– Wyślecie mi zdjęcia, jak wyszło – odparła wymijająco, nie chcąc robić dziecku złudnych nadziei.
Dostrzegając determinację w oczach syna, Wojtek stwierdził, że musi poprzeć jego inicjatywę.
– Jeśli nie będziesz mieć innych planów, to zapraszamy, u nas jak w Legolandzie, atrakcji nie zabraknie.
– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziała, wstając z dywanu. – Będę się zbierać.
– Zostań jeszcze chwilę – poprosił Matejczuk. – Chciałbym z tobą porozmawiać, tylko muszę położyć młodego.
***
Ledwo Wojtek skończył czytać czwartą stronę bajki, Franek już się rozkoszował pierwszą fazą snu. Mężczyzna odłożył książkę na nocną szafkę i szybciej, niż miał to w zwyczaju, wyszedł z pokoju syna.
Zuzanna siedziała w kuchni z kubkiem gorącej herbaty.
– Nawet sprawnie poszło – powiedział Matejczuk i przycupnął na krześle. – Poprosiłem, żebyś została, bo przez ostatnie dni byłem sfokusowany na tym całym bajzlu z Blanką, a zastanawiam się, jak twoja sytuacja. Potrzebuję aktualizacji danych.
Usta Zuzy wykrzywiły się nieznacznie.
– Zabrzmiało mocno technicznie.
– Zboczenie zawodowe. – Zaśmiał się.
– Cały czas biorę leki, w tym tygodniu robiłam badania i jest poprawa. Terapia, no cóż… – Przerwała, aby znaleźć właściwe słowa, po czym dodała: – Oczyszczająco-męcząca, ale to chyba normalne. A praca jak zwykle. Zacharski wysyła mnie w przyszłym tygodniu na targi do Berlina.
– W ramach nagrody czy kary? – zapytał sceptycznie.
Zuza wzruszyła ramionami i odparła:
– Okaże się na miejscu.
Tego wieczoru czas mijał niepostrzeżenie. Z każdym kolejnym zdaniem obydwoje się rozluźniali, aż do chwili, gdy Zuzka zerknęła na zegarek i zerwała się na równe nogi.
Wojtek, pod pretekstem konieczności dotlenienia, uparł się, aby odprowadzić ją do auta. Z mieszkania wyszli razem. Oszronione drzewa przypominały o zbliżającej się kalendarzowej zimie, ale śnieg z uporem nie pojawiał się na horyzoncie.
– Jedź ostrożnie – powiedział, otwierając jej drzwi.
Hadman przystanęła obok niego i ich spojrzenia się spotkały. To była chwila przepływu niewypowiedzianej wdzięczności oraz pragnień, które bali się nazwać. Jako pierwsza wzrok odwróciła Zuza, spuszczając niepewnie głowę.
Wojtek odchrząknął, przywołując się do porządku, i spokojnym tonem rzucił tylko kurtuazyjne:
– Dobranoc.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Cytat i dedykacja
Rozdział 1
Z.
W.
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
