Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Kalina Podhorecka dramaty i komedie akceptuje jedynie na deskach teatru. Poza pracą jej życie jest spokojne, przewidywalne i poukładane – zupełnie jak ona. Czasami jednak wystarczy jeden weekend i splot niefortunnych zdarzeń, by zakończyć kilkuletni związek, zacząć wszystko od nowa… i niechcący wypowiedzieć komuś wojnę.
Rękawicę rzuconą przez los – a właściwie przez samą Kalinę – podejmuje Piotr Kazanecki. Architekt, który z precyzją projektuje budynki i z zaskakującą łatwością testuje cierpliwość panny Podhoreckiej. A okazji do słownej szermierki i na pozór nic nieznaczących spotkań życie zdecydowanie mu nie oszczędza.
Na siebie skazani to współczesna komedia romantyczna otwierająca cykl Amor fati. To opowieść o trzydziestolatkach, którzy oficjalnie panują nad chaosem codzienności, a tak naprawdę improwizują każdego dnia. O przyjaźni silniejszej niż więzy krwi, dylematach i wyborach oraz prozie życia pisanej przez złośliwe przeznaczenie. O ludziach, którzy próbują iść własną drogą, choć los z wyjątkową konsekwencją stawia na niej te same osoby. Pełna błyskotliwego humoru, czułości i ironii historia o tym, że dorosłość wcale nie oznacza spokoju, a największe zmiany zaczynają się tam, gdzie kończą się nasze plany.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Anna Jeziorska
Korekta
Urszula Bańcerek
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© deagreez, TSANI | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Karolina Tomaszewska, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-45-7
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Z wodą nie ma żartów. Z wodą, z ogniem, z przeznaczeniem.
Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniufasoli
Pamięci mojej ukochanej babci Krystyny Majewskiej
K.
To były specyficzne łzy. Spływały samowolnie i bardzo powoli, nie towarzyszyły im spazmy rozpaczy ani żaden szloch. Po kamiennej twarzy Kaliny Podhoreckiej staczały się gorące, wręcz palące krople wściekłości, żalu i rozczarowania. Wprawdzie ten dzień był kumulacją mikroskopijnych sygnałów, potwierdzających, że coś się zmieniło, że dla Mikołaja nie jest już priorytetem, a ich wspólna historia właśnie dobiegła końca, ale wciąż nie umiała konkretnie zdefiniować swojego stanu.
Z chaosu myśli wyrwał ją dźwięk komunikatora. Spojrzała na ekran, na którym pojawiło się znajome zdjęcie. Wiadomość od niego. Krótka i banalna, jak większość tych, które jej ostatnio wysyłał.
– Wal się! – warknęła trochę w przestrzeń, a trochę do niego. Radykalnym ruchem wrzuciła telefon do torebki, z której po chwili wyjęła klucze do drzwi.
Przekraczając próg własnego mieszkania, poczuła się odrobinę lepiej. Jak ta księżniczka z wieży, która może jest nieosiągalna dla świata, ale całkowicie bezpieczna. Tu nikt jej nie wykorzysta, nie skrzywdzi, tu z nikim o nic i o nikogo nie musi rywalizować.
Poranek nie zwiastował takich życiowych zawirowań, właściwie do południa dla Kaliny był to bardzo dobry dzień – dużo się śmiała,żartowała, nawet wygrała pięć złotych w zdrapce, którą dostała od kolegi z pracy. Wszystko się zmieniło, kiedy zobaczyła w kawiarni swojego, już teraz byłego chłopaka, w sytuacji romantycznej, której ona, niestety, protagonistką nie była.
Oficjalne zakończenie niemal trzyletniego związku uznała za właściwą okazję do otworzenia butelki Dom Pérignon, która stała w kuchennej szafce już od wielu miesięcy. Bynajmniej nie chciała świętować rozstania bąbelkami, lecz francuski szampan, który dostała w prezencie, był jedynym alkoholem, jaki aktualnie miała w domu.
Przez chwilę nieporadnie mocowała się z korkiem, a gdy rozległ się charakterystyczny dźwięk wystrzału, część zawartości oblała jej dłoń oraz podłogę.
Kalina tylko westchnęła i nie siląc się na dystynkcję oraz trud dobrania odpowiedniego kieliszka, wlała trunek do pierwszej lepszej czystej szklanki, a następnie łapczywie wypiła niemal połowę zawartości. Nigdy nie miała w zwyczaju, by w kryzysowych sytuacjach spożywać alkohol, ale też pierwszy raz w swoim spokojnym i poukładanym życiu doświadczyła bezczelnej, i na dodatek tak spektakularnie odkrytej, zdrady.
Wciąż zdezorientowana, lecz odrobinę bardziej rozluźniona, usiadła na szarej sofie w salonie i bez większego namysłu zaczęła dawać upust frustracjom, pisząc wiadomość na grupowym czacie.
Kalina Podhorecka: Mikołaj mnie zdradza. Widziałam go dziś z jakąś lafiryndą. Obściskiwał ją, całował, wręcz mało nie przeleciał w biały dzień w miejscu publicznym.
Zuzanna Hadman: Serio????? Co to za porąbana akcja?????
Pola Nidecka:Że co, proszę? Mikołaj Cię zdradził? Ta niedorajda?
Sara Korczyńska: Co za palant i frajer! No i łajdak!!! Jak się czujesz???
Julia Korczyńska: Jesteś w domu czy w pracy?
Kalina Podhorecka: Jestem u siebie. Próbuję pojąć, co się stało. W życiu nie byłam tak wściekła i rozgoryczona. I nadal nie mogę wyjść z szoku! Ale też chyba czuję ulgę, że to koniec. Chociaż nie wiem…
Zuzanna Hadman: Mogę być u Ciebie za godzinę. Zaraz wychodzę z biura.
Julia Korczyńska: Ja potrzebuję trochę więcej czasu. Zawiozę dziewczynki do rodziców i będą przed dziewiętnastą.
Kalina Podhorecka: Dajcie spokój, nie zamierzam popełnić seppuku ani rozpaczać. Ułożę to sobie w głowie, a później pójdę spać. Nie przejmujcie się. Nic mi nie będzie. Nie ja pierwsza, nie ja ostatnia.
Sara Korczyńska: O siódmej jesteśmy u Ciebie. Bez dyskusji.
Pola Nidecka: Ogarnę jakiś alkohol, chyba nam się przyda.
Kalina Podhorecka: Dzięki, kocham Was!
Julia Korczyńska: Pieprzyć tego zdrajcę, czułam w kościach, że to dwulicowa świnia.
Sara Korczyńska: Julia, przywieź od rodziców coś dobrego do jedzenia, mama podobno sernik dziś piekła.
Julia Korczyńska: Przywiozę. Do zobaczenia.
Zuzanna Hadman: Rozpustny Mikołaj… kto by przypuszczał? Zawsze udawał świętszego od Wyszyńskiego. Julia, Sara, uwielbiam sernik Waszej mamy! Do zobaczenia.
Gonitwę myśli, która od kilkudziesięciu minut szalała w głowie Kaliny, przerwał dzwonek do drzwi. Picie szampana na pusty żołądek nie było najlepszym pomysłem, o czym dość szybko się przekonała. Przez alkohol przełączyła się na tryb slow motion i przejście do korytarza zajęło jej trzy razy więcej czasu niż zwykle. Otwierając drzwi, spodziewała się widoku przyjaciółek, ale w progu stał nie kto inny, jak niewierny oblubieniec.
– Cześć, Kal. Wszystko okej? – Wysoki blondyn o anielskich rysach popatrzył na dziewczynę z troską, a następnie wszedł żwawo do środka. – Dzwoniłem i pisałem, ale nie dawałaś znaków życia, więc postanowiłem przyjechać i sprawdzić. A przy okazji, jest u ciebie mój sweter? Ten taki granatowy, jutro jadę w delegację i by mi się przydał.
Dla Kaliny mijające sekundy trwały w nieskończoność. Mikołaj uśmiechnął się przyjaźnie, tak jak setki razy wcześniej, a następnie nieznacznie się pochylił, aby pocałować ją na przywitanie w policzek. Jego zakłamanie zadziałało jak kubeł lodowatej wody, natychmiast cofnęła się o krok i stanowczo uniosła rękę. Gest ten zatrzymał mężczyznę, a na jego twarzy zaczęły malować się różne emocje: od zaskoczenia, przez zdenerwowanie, na poczuciu winy kończąc.
Kalina odchrząknęła, podniosła wyżej głowę i najbardziej wyniosłym tonem, jaki umiała nadać swojej wypowiedzi, rzuciła:
– Żarty sobie robisz? Pytasz, czy u mnie wszystko okej? – Wykrzywiła usta w uśmiechu, który zawierał w sobie mieszankę grymasu i bólu. Aby zagrać na czas i zebrać myśli, przeszła w głąb mieszkania i przycupnęła na brzegu sofy.
Mężczyzna podążył za nią, nerwowo pocierając dłonie. Nie zdecydował się usiąść obok. Opierając się o komodę, wbił spojrzenie w Kalinę i z miną skazańca wyczekiwał wyroku.
– Raczej nie jest okej, ale z chęcią wszystko ci wyjaśnię – powiedziała na krótkim wydechu. – Widziałam cię dzisiaj. Właściwie widziałam was, w kawiarni. Byliście mało dyskretni w okazywaniu uczuć.
Oczy Mikołaja gwałtownie się rozszerzyły, a przełykana ciężko ślina uwydatniła grdykę.
– Kalina, ja chciałem…
– Nie obchodzi mnie, co chciałeś – przerwała mu. – Tylko nie potrafię pojąć, czym sobie zasłużyłam, żeby dowiedzieć się o tym w taki sposób, przez zwykły przypadek.
Mężczyzna nagle pobladł, spuścił głowę i zaczął przestępować z nogi na nogę. Poirytowana jego tchórzowską postawą Kalina rzuciła oschle:
– Mikołaj, jak to długo trwa? – Wbiła wzrok w mężczyznę i z udawaną pewnością popatrzyła w jego błękitne oczy, które wreszcie odważył się na nią skierować.
– Cztery miesiące. Ale nie planowałem tego, po prostu się zakochałem. Kalina, ja się bez pamięci zakochałem! Zwlekałem, żeby ci powiedzieć, ponieważ chciałem cię na to przygotować, zrobić to w cywilizowany sposób. Czekałem na właściwy moment, żebyśmyporozmawiali jak dorośli ludzie.
Kipiąc wewnętrznie ze wściekłości, natychmiast wstała i podeszła bardzo blisko Mikołaja. Za punkt honoru wzięła sobie, że wyjdzie z tej sytuacji z klasą, dlatego pyskówki i festiwalu żalu nawet nie brała pod uwagę. Pozorując spokój, zaplotła ręce na klatce piersiowej, aby ukryć drżenie dłoni, i bez większej satysfakcji przypatrywała się zakłopotaniu Mikołaja.
Życie bywa zaskakujące – dwie osoby, które jeszcze pół roku temu snuły plany o sformalizowaniu związku, dziś stały naprzeciwko siebie, niepewne swoich reakcji i słów, które zaraz padną i na zawsze zakończą ich wspólną historię.
– Oświecę cię, bo chyba od tego zakochania masz problemy z myśleniem! – zaczęła Kalina podniesionym głosem. – Otóż sposób, który świadomie wybrałeś, czyli odwlekanie zerwania w nieskończoność, nie był cywilizowany. On nawet nie był humanitarny. O twojej decyzji powinnam wiedzieć jako pierwsza już cztery miesiące temu, nim wszedłeś w nową relację. Tu nie chodzi o to, że kogoś poznałeś. To się zdarza. Ale ty z premedytacją mnie oszukiwałeś. Robiłeś ze mnie kretynkę. Pozwalałeś mi wierzyć, że między nami wszystko jest okej. I co? Szukałeś dobrego momentu, żeby mi przekazać radosne wieści? Jaki miałeś na to scenariusz? – zapytała z ironią. – Przypływ szczerości jako prezent urodzinowy czy może bonus do podarku bożonarodzeniowego?
– Kalina, nie drwij, ty z tą wiedzą żyjesz kilka godzin, ja od miesięcy. Nie chciałem cię skrzywdzić. Kiedy próbowałem porozmawiać, ty zawsze w danym momencie mówiłaś coś, przez co rezygnowałem. – Mikołaj przyłożył rękę do czoła, na parę sekund zamknął oczy, a gdy je otworzył, spojrzał na Kalinę z zakłopotaniem. – Nie będę się usprawiedliwiać. Jestem zwykłym tchórzem niezamierzającym sprawić przykrości dziewczynie, którą szczerze lubi. Przeżyliśmy fantastyczne chwile, doskonale się bawiliśmy, ale oboje wiemy, że w tym… – przerwał, aby się zastanowić. – Nie było miłości. Przyzwyczajenie, sympatia i wygoda, to nas opisywało. I nigdy bym z tego nie zrezygnował, gdybym się tak naprawdę nie zakochał. Codziennie się modliłem, żebyś to ty zerwała, czekałem, aż powiesz, że mnie nie chcesz, że pragniesz od życia czegoś innego.
Kalina przyglądała mu się uważnie. Doskonale wiedziała, że nie kłamał, ponieważ jego definicja ich związku była identyczna jak jej. „Przyzwyczajenie, sympatia i wygoda” – bez uniesień, wzdychania i maślanych oczu. To smutne, że dwoje młodych, wartościowych i na pozór stworzonych dla siebie ludzi nie umiało lub nie mogło się wzajemnie pokochać.
– Mikołaj, ja to rozumiem i nawet wierzę w twoje argumenty. Ale znasz mnie, wiesz doskonale, jaka jestem, czego nie toleruję i z czym nie umiem sobie poradzić. Nie wybaczę ci, nawet mimo twoich dobrych intencji, tego, że mnie oszukiwałeś, że patrzyłeś mi w oczy i bez zająknięcia kłamałeś. I właśnie dlatego nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. – Odwróciła się na pięcie i przeszła do kuchni, a po chwili wróciła z kilkoma materiałowymi torbami. – Nie ma tu wiele twoich rzeczy, ale weź wszystko i wyjdź stąd jak najszybciej.
– Myślisz, że będziemy mogli kiedyś… – zaczął, ale nie dokończył, widząc przeczący ruch głowy Kaliny.
– Dziś upokorzyłeś mnie jak nikt nigdy w moim życiu. Sprawiłeś, że poczułam się jak ostatnia, bezwartościowa idiotka, więc na ten moment wiem, że nie będziemy się przyjaźnić, ale może nadejdzie chwila, gdy przestanę tobą gardzić. A ten sweter jest w szafie.
Brązowe oczy kobiety zaszkliły się gniewnie, więc aby nie dopuścić do melodramatycznej sceny rozstania kochanków, przeniosła wzrok z mężczyzny w stronę kuchni i poszła zrobić sobie kawę. Wprawdzie adrenalina i kortyzol skutecznie ją otrzeźwiły, jednak alkoholowa odwaga powoli zaczęła znikać, a jej miejsce stopniowo zajmowały zmęczenie i otępienie.
Popijając gorzką americano, Kalina wracała myślami do początków znajomości z Mikołajem. Byli ze sobą niespełna trzy lata. Poznali się na urodzinach ich wspólnego znajomego. Przegadali wtedy cały wieczór, a później wszystko potoczyło się klasycznie: randki w kinie, spacery i kolacje, aż doszli do wniosku, że na tyle lubią swoje towarzystwo, że spróbują razem iść przez życie. To nigdy nie był romantyczny związek, właściwie ich relacja bardziej przypominała układ przyjacielski, ale też żadne z nich nie wierzyło w mit filmowej miłości. Chociaż, jak czas pokazał, właściwie tylko Kalina nie marzyła o miłosnym afekcie, gdyż jej partner okazał się nieodporny na strzałę Kupidyna.
Retrospekcję w jej głowie przerwało nieśmiałe chrząknięcie. Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na Mikołaja. Był przygnębiony, ale na jego twarzy dawało się zauważyć ulgę.
– Chyba wziąłem wszystko. – Uniósł trzy torby, z których wystawały jakieś książki i bibeloty. – To, co powiem, niczego nie zmieni, ale cieszę się, że byłaś w moim życiu. Pewnie tak ja niedługo zrozumiesz, że rozstając się, wyświadczamy sobie wzajemną przysługę. A przynajmniej taką mam nadzieję... – Delikatnie położył rękę na jej plecach i już bardzo spokojnym i niskim głosem dodał: – Powodzenia, Kalino. – Po czym opuścił jej mieszkanie i życie.
***
– Nie mogę w to wszystko uwierzyć. – Zuzanna Hadman, przyjaciółka Kaliny, należała do ludzi wielkiej wiary, lecz wydarzenia tego dnia nawet jej nie mieściły się w głowie. – Żeby chociaż dawał jakieś znaki, że poszedł na lewo, a on zawsze wzór cnót wszelakich! – Westchnęła ciężko i bezwładnie opadła na fotel.
Krąg kobiet od kwadransa debatował nad podłością i rozwiązłością Mikołaja Aleksandrowicza. Gdyby za każdy kreatywny epitet, który dyskutantki rzucały w jego kierunku, wypadał mu jeden włos, istniałoby wysokie ryzyko konieczności bukowania biletu na lot do tureckiej kliniki medycyny estetycznej na przeszczep.
– To, że jest obrzydliwym łajdakiem, już ustaliłyśmy, ale opowiedz wreszcie, jak to wyczaiłaś – poprosiła Julia, starsza z sióstr Korczyńskich.
– Opatrzność? Fart? Pech? Nie wiem, jak to nazwać. – Kalina przechyliła lampkę schłodzonego trunku.
Okoliczności wizyty przyjaciółek zmotywowały ją do zmiany szklanki na kieliszek, a także przeniesienia scen rozpaczy w bardziej elegancki anturaż, nawet zapaliła świeczki o zapachu mango, aby dodać tej chwili podniosłości.
Już spokojniejsza, kontynuowała opowieść:
– Wyszłam wcześniej z teatru, ponieważ musiałam dograć kilka spraw na mieście. Wstąpiłam do tej kawiarni przy Zelwerowicza i składając zamówienie, kątem oka zauważyłam całującą się parę. Nawet by mi do głowy nie przyszło, że tam siedzi Mikołaj, bo widoczna była głównie głowa dziewczyny, ale zadzwonił czyjś telefon, ten durny dzwonek z Gwiezdnych wojen, więc automatycznie odwróciłam się i zobaczyłam, że mój chłopak odsysa się od blondynki i odbiera połączenie. – Kończąc zdanie, upiła łyk szampana, po czym dodała zamyślona: – Ten dzwonek zawsze działał mi na nerwy i Bogu dziękuję, że już nigdy go nie usłyszę.
– A ja uważam, że dobrze się stało. – Opinia Poli, choć odważna i raczej niepopularna w tym towarzystwie, sprawiła, że cztery pary oczu skierowały się w jej stronę. – Ba, stało się bardzo dobrze. Ta farsa wreszcie się skończy.
Pola Nidecka była dziennikarką, więc zgodnie ze sztuką reporterską raczej nie owijała w bawełnę i swoje poglądy wypowiadała bez zbędnych ozdobników.
– Trzy lata mojego życia nazywasz farsą? Średnio budujące, ale doceniam szczerość. – Kalina nie miała siły ani ochoty wyszukiwać uzasadnień sensu swojego związku, który dziś dokonał żywota.
– Tak, moja droga, to była farsa. Wy byliście zawsze obok siebie, ale nigdy razem. Nawet święta spędzaliście oddzielnie. Każde w swoim świecie. Kiedy złamałaś rękę, pierwsze, co zrobiłaś, to zadzwoniłaś do mnie. Jak zachorowałaś na grypę, to Sara i Julia biegały do ciebie z lekami i obiadkami. Szafki do sypialni skręcałyśmy wszystkie razem. O twoich problemach Mikołaj dowiadywał się na szarym końcu, zwykle przypadkiem, gdy już temat był załatwiony. Dziewczyny, kocham was jak siostry, dzielę się z wami każdą częścią mojego życia, ale gdy złamię nogę, to jako pierwszy dowie się o tym Szymon. Zawsze jako pierwszy. – Pola zaakcentowała ostatnie zdanie kończące teatralną przemowę.
– Jeśli ja coś sobie złamię, to też w pierwszej kolejności zadzwonię do twojego męża, w końcu jest lekarzem. – Sara, nie kryjąc rozbawienia, rozciągnęła się na kanapie niczym dziewiętnastowieczna arystokratka i powachlowała się ilustrowanym magazynem, który jeszcze kilka minut temu z zaciekawieniem wertowała.
– Poluś, najmilsza! – Łzy wywołane niepohamowanym śmiechem spływały po twarzy Kaliny, aż zaczęła się krztusić. – Ja, gdy złamałam rękę, też dzwoniłam do Szymona, tyle że to ty odebrałaś jego telefon.
Kalina, Pola, Zuzanna, Julia i Sara przyjaźniły się od kilku lat. Kiedy los szczęśliwie splątał ich ścieżki, nie zakładały, że staną się sobie bliskie jak rodzina. Dziś żadna z nich nie umiała sobie wyobrazić, jak mogły funkcjonować bez tej symbiozy. Zawirowania życiowe jednej oznaczały pełną mobilizację pozostałych. Razem jeździły na babskie wakacje, wspólnie wychodziły na imprezy i do kina, a ich grupowy czat od bardzo długiego czasu nie doświadczył dnia przerwy w komunikacji.
– Okej, możemy założyć, że w przypadkach medycznych mój supermąż będzie was ratować, ale puenta wywodu jest następująca: jeśli jest się w dobrym i szczęśliwym związku, to priorytety są naturalne, dlatego ja się cieszę, że się rozstaliście – skwitowała Pola. – Może wreszcie kogoś poznasz i się zakochasz. Tak szaleńczo i bez pamięci.
– Dobra, na dziś koniec z miłościami i zdradami – zarządziła Zuzka, wstając z kanapy. – Za godzinę wychodzimy na miasto. Potańczymy, odreagujemy. Tylko trzeba doprowadzić się do porządku. Szybkie ogarnianie i idziemy podbijaćświat.
– To nie jest dobry pomysł. – Kalina skrzywiła się na tę propozycję, jakby sprawiła jej niemal fizyczny ból. – Nie mam nastroju. Posiedźmy w domu, użalajmy się nad moim losem, opracujmy plan pomszczenia straconych najlepszych lat mojego życia. Bardzo dobrze się bawię, kiedy tak silnie integrujemy się przeciwko temu łachudrze.
– Nie wymyślaj. Wszystko, co najlepsze, dopiero przed tobą. Wskakuj w jakąś kieckę i wychodzimy! – krzyknęła Zuzanna i zniknęła w kuchni.
***
Trzy kwadranse później dziewczyny cieszyły się klubową muzyką i swoim towarzystwem. Zuza i Sara, nie zważając na konwenanse, ruszyły w stronę parkietu i zatraciły się w tańcu, natomiast Kalina, Julia i Pola zajęły miejsca na kanapach ustawionych na końcu sali.
– Nie wiem, czy chcę tu być. Wolałabym posiedzieć w domu. Nie jestem w jakimś stanie żałoby po utracie miłości życia, ale celebrować też nie mam czego. – Kalina spojrzała bezradnie na Polę.
– A ja myślę, że mamy co świętować. Dziś zaczynasz kolejny rozdział, czasami takie symboliczne zakończenia i nowe otwarcia są potrzebne. Posiedzimy dwie lub trzy godziny, może trochę potańczymy i wrócimy do domu. Pójdę do baru, co wam wziąć? – zapytała przyjaciółka, wstając od stolika.
– Kieliszek szampana, nie chcę już mieszać, i weź jeszcze wodę dla mnie. – Kalina nie miała ochoty na topienie smutków w alkoholu. Spotkanie z Mikołajem najpierw ją przybiło, ale teraz starała się złapać dystans, a do tego potrzebowała trzeźwej głowy.
Ostatnie tygodnie rzeczywiście były istną parodią związku. Niemal się nie widywali, Mikołaj dzwonił każdego wieczoru z tuzinem wymówek usprawiedliwiających jego brak czasu i możliwości spotkania. Ostatecznie niezbyt jej to przeszkadzało, ponieważ, jak słusznie zauważyła Pola, tak naprawdę nie żyli razem, tylko obok siebie.
Kiedy rozmyślała o tym na chłodno, uświadomiła sobie, że znaki zwiastujące koniec ich relacji pojawiały się na każdym kroku – od lakonicznych wiadomości, przez formalne rozmowy, po nagłe weekendowe delegacje. Na samo wspomnienie swojej ignorancji z gardła Kaliny wyrwał się cichy jęk udręczenia i przewróciła oczami. Nie umknęło to Julii, która wyciągnęła przyjaźnie ręce i mocno objęła towarzyszkę.
Czułą scenę wsparcia przerwało pojawienie się młodszej z sióstr Korczyńskich. Ta smukła szatynka zawsze szczerze się uśmiechała, czym kradła serce każdego, kto ją poznał. Po zajęciu z wątpliwą gracją swojego miejsca, trąciła siostrę w ramię i powiedziała:
– Genialna muzyka, nogi same tańczą, a wy tak siedzicie, jakbyście jakiś niedowład miały. A w ogóle przy barze spotkałam Jakuba, ma zaraz podejść, żeby się z wami przywitać. – Sara wskazała ręką na grupę mężczyzn stojących obok kontuaru.
– Dawno go nie widziałam. – Julia zaczęła wypatrywać znajomego siostry. – Chyba ostatnio rzadziej się spotykacie?
Sara szybko odnalazła w tłumie sylwetkę swojego przyjaciela, który aktualnie był zajęty bajerowaniem długonogiej brunetki. Z nutą politowania odpowiedziała:
– Czy ja wiem? Podobno teraz ma po prostu więcej pracy, bo jest okres przedwyborczy, więc dłużej siedzi w tej swojej agencji, do tego zaczęły mu się też zajęcia na uczelni, ale, jak widać, czas na rozrywki znajduje bez problemu.
– A gdzie zgubiłaś Zuzkę? – Kalina instynktownie zaczęła rozglądać się za przyjaciółką. – Dobra, widzę ją, idzie z Polą.
Kiedy dziewczyny były już w komplecie, z głośników wybrzmiał remiks Hymn for the weekend, a Kalina, słysząc jedną ze swoich ulubionych piosenek, uśmiechnęła się szeroko, odczytując to jako znak. Wzięła kieliszek szampana przyniesiony przez Polę i patrząc na towarzyszki, wzniosła toast:
– Za to, co nieznane, a jest nam pisane! Dziękuję, że jesteście ze mną w tej tragikomedii!
Jej głos nie brzmiał może zbyt radośnie, ale wyczuwalna w nim była ogromna wdzięczność i siostrzana miłość, którą obdarzała każdą z przyjaciółek.
Patetyczna atmosfera rozwiała się wraz z pojawieniem się przy ich stoliku dwóch młodych mężczyzn.
– O, proszę! Kogo ja widzę? – Pola z entuzjazmem wstała z kanapy, aby przywitać się ze znajomym chłopakiem. – Pogromca serc niewieścich, Jakub Schmidt we własnej osobie – zażartowała i pocałowała w policzek przystojnego bruneta o intensywnie niebieskich oczach.
– Cześć, piękna. Już się rozwiodłaś czy nadal jesteś na liście „nietykalne”? – zapytał żartobliwie, po czym przeniósł wzrok na jej towarzyszki.
– Do śmierci nietykalna. Mój mąż jest cudowny i nigdy nie dam mu rozwodu, przepadło. – Pola, starając się przekrzyczeć muzykę, złapała Jakuba za rękę i pociągnęła go w stronę kanap.
– Słusznie, gdybym był gejem, też bym się w nim zakochał i nie dał mu uciec. – Zaprezentował swój nienaganny zgryz w odcieniu „najbielsza biel”, po czym zwrócił się do pozostałych kobiet: – Cześć, piękne, spotkałem młodszą Korczyńską przy barze i postanowiłem się przywitać. – Bacznie lustrował każdą z dziewczyn, po czym uzupełnił prezentację: – To mój kumpel Piotrek, chyba się nie znacie.
– Nie mów o mnie „młodsza Korczyńska”, gdy siedzę metr dalej – fuknęła, patrząc na niego z oburzeniem, po czym, zmieniając diametralnie wyraz twarzy, przywitała nowo poznanego mężczyznę, eksponując promienny uśmiech i przyjazną naturę: – Cześć, jestem Sara, najlepsza przyjaciółka tego durnia. – Szatynka wyciągnęła prawą rękę w stronę kompana Jakuba.
Piotr odwzajemnił uśmiech i rzucił serdecznie:
– Hej, dużo o tobie słyszałem.
Schmidt w przyjaznym, choć dziecinnym geście wsunął dłoń we włosy Sary i szybkim ruchem je rozczochrał szczerząc się, wyraźnie z siebie zadowolony.
– Nie złość się, sikoreczko, „młodsza Korczyńska” to akurat jedna z lepszych twoich ksywek, których używam. Sarę już znasz – zwrócił się do Piotra i wskazując dłonią, przedstawił mu pozostałe dziewczyny: – A to Pola, Zuza, Kalina i Julia, siostra Sary.
Piotr, próbując zapamiętać imiona kobiet i dopasowując je do twarzy, przywitał się z każdą z nich.
– Dołączycie do nas? – Julia wskazała na wolne miejsca, lecz Jakub pokręcił przecząco głową.
– Nie będziemy wam przeszkadzać. Sara wspominała, że to damski wypad, ale dawno nie widziałem was w pełnym składzie, więc nie mogłem przegapić okazji. Bawcie się dobrze, a my spadamy. – Lekko szturchnął kolegę, który z niewiadomych względów stał nienaturalnie wyprostowany i jakby zamyślony.
– Tak, tak, udanego wieczoru. – Ocknąwszy się, Piotr uśmiechnął się i dodał: – Miło było was poznać.
– Zaszalejcie – rzucił Jakub przez ramię i odszedł w stronę baru.
Gdy mężczyźni zniknęli z pola widzenia, Nidecka podsumowała:
– Fajny ten jego kumpel! Wart grzechu, oczywiście nie dla mnie – zastrzegła szybko, unosząc dłonie. – Ale wy? Śmiało, nie krępujcie się. Mogę być skrzydłowym. Zuzka! – Trąciła ramieniem siedzącą obok dziewczynę. – Uderzaj do niego, chociaż pewnie to bawidamek, jak Jakub.
– Bawidamek? – wycedziła Julia z obrzydzeniem i krótko parsknęła. – Pola, nikt nie używa dziś takich określeń. Dupiarz, pies na baby, lambadziarz to tak, ale nie bawidamek. Zaktualizuj słownictwo.
– Staram się dodać magii zjawisku bzykania wszystkiego, co się rusza. – Pola nie mogła przestać się śmiać. – Ale i tak uwielbiam Jakuba, mimo że wisi nad nim nieuchronne widmo choroby wenerycznej.
Choć wieczór mijał wyjątkowo miło, Kalina czuła napływające fale zmęczenia i przytłoczenia. Nie chcąc zepsuć zabawy przyjaciółkom, postanowiła wyjść na świeże powietrze, żeby październikowy chłód ją orzeźwił. Wiedziała, że kilkuminutowa pauza jest jej niezbędna do przetrwania.
Patio przy Clubie 21 było bardzo klimatyczne. Rozwieszone wokół filarów lampki tworzyły specyficzny nastrój, trochę romantyczny i odrobinę oldschoolowy, niczym filmowy kadr. Aż żal było takiej scenerii na przeżywanie rozterek sercowych.
Kalina westchnęła cicho nad swoim losem i oparła się o ścianę budynku. To miejsce stanowiło doskonały punkt widokowy. Obserwując kolejnych wychodzących ludzi, skupiła wzrok na parze siedzącej kilkanaście metrów od niej.
Mieli po dwadzieścia kilka lat, on był wpatrzony w swoją partnerkę niczym w ósmy cud świata, nawet nie mrugał, jakby nie chciał stracić ani sekundy z rozkoszowania się urodą ukochanej. Rudowłosa dziewczyna była bardziej ekspresyjna w okazywaniu uczuć, co chwila dotykała chłopaka, a to głaszcząc jego kolano, a to łapiąc go za rękę. Ładny był to obrazek, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że uroczy. Ich gesty przepełniały niewinna czułość i troska, które zakrawały na infantylność, ale mimo wszystko był to ujmujący widok.
– Pewnie to ich pierwszy miesiąc randkowania. – Niski męski głos wyrwał Kalinę z zamyślenia.
Powoli odwróciła głowę w kierunku jego źródła, które zaraz zidentyfikowała. W bliźniaczej do jej pozycji ścianę podpierał również kolega Jakuba, Piotr.
– Tak właśnie podejrzewam, może maksymalnie trzeci. – Kalina wróciła do obserwowania pary, mężczyzna natomiast zmienił obiekt zainteresowania.
Po chwili przyglądania się nowo poznanej kobiecie przerwał ciszę banalnym stwierdzeniem:
– Robi się chłodno. Zmarzniesz. Może wrócimy do środka?
Jego ton nie wskazywał na wirtuozerię flirtu, a bardziej na wrodzony pragmatyzm, dlatego Podhorecka darowała sobie zgryźliwość i nie ucięła stanowczo rozmowy. Na zewnątrz faktycznie było już dość zimno, a ona miała na sobie jedynie cienką sukienkę, która owszem, była bardzo ładna, ale raczej w stopniu minimalnym gwarantowała jakąkolwiek ochronę termiczną.
– Jeszcze tu zostanę. Muszę choć na chwilę zmniejszyć ilość bodźców. Trochę mnie przytłoczyły tłum, muzyka i światła – powiedziała rzeczowo Kalina, patrząc na mężczyznę z dużą dozą szczerej sympatii.
– A możesz zmniejszać ilość bodźców, stojąc ubrana w moją kurtkę? Tu naprawdę jest zimno – mówiąc to, Piotr zdjął skórzaną ramoneskę i dość niepewnie przekazał ją towarzyszce.
W tej samej chwili ciało Kaliny przeszył dreszcz chłodu przyśpieszający decyzję.
– Mogę – zgodziła się i wzięła okrycie z rąk mężczyzny, a następnie narzuciła je na ramiona. – I dziękuję. Rzeczywiście zmarzłam.
– Średnio się bawisz? Chyba nie jesteś zbyt zainteresowana świętowaniem, a z tego, co mówił Kuba, wynika, że oblewacie jakąś ważną okazję. Któraś się zaręczyła albo dostała awans? – zapytał Piotr. Nie sprawiał wrażenia wścibskiego, a raczej kogoś, komu zależało na podtrzymaniu interakcji.
– „Świętowanie” to niezbyt szczęśliwe określenie w tych okolicznościach. Właściwsze będzie „grupowe ubolewanie nad straconym czasem i zszarganą dumą”, tyle że w ładnych kieckach i przy dobrej muzyce.
– Nie wyglądałyście na zrozpaczone, kiedy podeszliśmy z Jakubem, więc to chyba taki dramat z kategorii „niewielkie” – zauważył zdezorientowany, po czym zaryzykował i dopytał: – Ujawnisz, jaka to okazja do ubolewania? Może zwolnienie dyscyplinarne?
Kalina z twarzą niewyrażającą żadnych emocji popatrzyła prosto w oczy swojego rozmówcy i beznamiętnie wycedziła:
– Zdrada. I rzeczywiście to chyba niewielki dramat, bo czym jest jedno poharatane kobiece ego w porównaniu z inflacją, wojnami albo głodem na świecie – rzuciła już mniej przyjaźnie, robiąc krok w przód, zdejmując przy tym kurtkę z ramion i wyciągając ją przed siebie. – Dzięki, wracam do środka, zanim dziewczyny zaczną mnie…
Niespodziewanie pożegnanie pary przerwali ochroniarze otwierający z impetem drzwi ewakuacyjne, przez które wyrzucili dwóch szamoczących się mężczyzn. Bluźnierstwa i wrzaski sprawiły, że kilkoro gapiów podeszło bliżej awanturników.
– O cholera, to Jakub! – Piotr błyskawicznie pobiegł w stronę kolegi, którego facjata raczej dużo przeszła przez ostatnie kilkadziesiąt sekund. – Stary, coś ty odwalił? – Wyciągnął dłoń do kompana i pomógł mu wstać. – Zamówię taksówkę i cię odwiozę. Widzisz coś? – dopytywał, z niepokojem przypatrując się zakrwawionej twarzy Kuby.
– Powiedz swojemu kolesiowi, żeby trzymał łapy z dala od zajętych dziewczyn, dziś miał zajebiste szczęście, że tylko w mordę dostał!!! – wywrzeszczał w stronę Piotra rosły kark z mordem w oczach.
Mężczyzna, nie chcąc eskalować konfliktu, uniósł ręce w pokojowym geście.
– Już koniec. Strzeliłeś go w ryj i jesteście kwita – odparł spokojnie i rzeczowo. – A ty siedź cicho! – wycedził do Schmidta. – Zaraz będzie podwózka.
– Kuźwa, jak ja jutro z rozwalonym łukiem brwiowym pójdę na uczelnię? – Jakub wycierał rękawem koszuli krew z twarzy i klął przy tym pod nosem. – Ta laska sama mi pchała język do gardła. Skąd mogłem wiedzieć, że przyszła z chłopakiem? Na zakochaną nie wyglądała.
Do zaaferowanych mężczyzn podeszła Kalina i z troską popatrzyła na poobijanego znajomego. Karmazynowe strużki spływały po jego prawym policzku.
– Kuba, mocno krwawisz – oceniła, przyklękając. – Chyba nie obejdzie się bez szycia albo przynajmniej pasków do zamykania ran. Jedźcie na pogotowie, to naprawdę kiepsko wygląda, trzeba koniecznie opatrzyć.
Tłum gapiów powoli się przerzedzał. Przy siedzącym na bruku Jakubie pozostały tylko cztery osoby.
– Zajmę się nim. To nasza taksówka. – Piotr skinieniem wskazał na białe auto, które właśnie podjechało przed klub.
– Kalina, tylko proszę, nie mów nic Sarze. – Schmidt spojrzał na nią błagalnie. – Wiesz, jak ona panikuje w takich sytuacjach, jutro do niej zadzwonię. – Docisnął do rany chusteczkę higieniczną, którą dostał od stojącej obok nieznajomej, i skierował się w stronę samochodu.
Podhorecka odprowadziła wzrokiem mężczyzn, a kiedy ich taksówka odjechała, wszystkie siły z niej uleciały. Oparła się o filar budynku, wciąż trzymając w ręku skórzaną kurtkę. W tym zamieszaniu Piotr jej nie odebrał, gdyż był zajęty ratowaniem tyłka kumpla. Rozmaitość zdarzeń i zwrotów akcji zdecydowanie przerosła Kalinę, która bardzo chciała już wrócić do domu, położyć się w swoim łóżku i zakończyć ten niemiłosiernie długi i męczący dzień.
W ciągu dwudziestu czterech godzin w jej życiu wydarzyło się więcej niż przez ostatnie pół roku, jakby ktoś dla żartuwrzucił ją w epicentrum średniej jakości telewizyjnego melodramatu. Tyle że w filmach bohaterka ze złamanym sercem ucieka do Paryża, gdzie szlocha na tle wieży Eiffla, a Kalina ani nie mogła sobie pozwolić na taki spontaniczny akt rozpaczy, ani nawet tego nie chciała, bo przecież nie miała złamanego serca. Urażoną dumę, roztrzaskane poczucie własnej wartości, palące od środka poniżenie – akurat tego doświadczyła dziś w spotęgowanej dawce, ale, o dziwo, jej serce miało się bardzo dobrze.
W klubie dość szybko odnalazła przyjaciółki i opowiedziała o zdarzeniu, które miało miejsce na zewnątrz. Oszczędziła im szczegółów o poobijanej twarzy Jakuba, ponieważ nie chciała niepokoić Sary. Młodsza z sióstr Korczyńskich od dawna wmawiała wszystkim historię o wielkiej przyjaźni, która łączyła ją z Jakubem, ale też bardzo nieumiejętnie ukrywała przed światem,że jest w tym mężczyźnie do szaleństwa zakochana i, na nieszczęście, a może dzięki Bogu, bez wzajemności.
***
Gdy Kalina wróciła do domu, Morfeusz odmówił współpracy, snuła się więc po całym mieszkaniu, próbując znaleźć sobie zajęcie. Najpierw przeglądała książki, które niedawno zamówiła i jeszcze nie zdążyła ich przeczytać. Niestety, po kilkunastu minutach zwątpiła w usypiającą moc lektury i włączyła telewizor. Przeskakiwała z kanału na kanał, ostatecznie jej wybór padł na dostępny w serwisie streamingowym serial medyczny, który zainteresował ją na tyle, że obejrzała dwa odcinki, nim usnęła na kanapie, zamykając tę felerną dobę.
P.
Izba przyjęć pękała w szwach. Na niewygodnych plastikowych krzesełkach siedziało kilku mężczyzn i dwie kobiety, w tym jedna trzymająca na kolanach śpiące dziecko. Piotr Kazanecki, przechadzając się wzdłuż korytarza, klął w duchu, że zakończył wieczór w takich okolicznościach.
– I po co tak łazisz bez celu? – zapytał Jakub, gdy przyjaciel kolejny raz go mijał.
– A co mam robić? Za rękę cię trzymać?
– Obejdzie się. Liczę na to, że ta ruda pielęgniareczka się mną zajmie. Widziałeś jej nogi?
Piotr spiorunował przyjaciela wzrokiem.
– Nawet nie próbuj – syknął. – Właśnie przez to, że nie umiesz trzymać rąk przy sobie, siedzimy tu w środku nocy, a ty masz rozbity łeb.
Jakub docisnął chusteczkę do rany, a nieprzyjemny ból spowodował, że przeklął pod nosem.
– Nie moja wina, że laska na mnie leciała – mruknął. – Poza tym obruszasz się, a sam jakoś nigdy nie przepuszczasz okazji, żeby się zabawić.
Piotr zatrzymał się naprzeciwko przyjaciela, ale nędzny widok, który miał przed oczyma, sprawił, żeodpuścił sobie uszczypliwości. Jedynie skwitował:
– Prawdopodobnie dziś przez ciebie tę okazję straciłem.
– Mea culpa. Poużywasz innym razem – odparł Jakub.
– Weź już się zamknij.
– Co się tak wkurzasz? W zasadzie to ja mam powody do narzekania, wyglądam jak Manny Pacquiao po walce.
– Przez twoje podrywy i bijatyki nie zdążyłem poprosić jednej laski o numer.
– Najmocniej przepraszam, ale to nie moja wina, że masz spóźniony zapłon – zakpił Jakub. – Takie sprawy załatwia się od ręki, a nie czeka się na błogosławieństwo i sprzyjające warunki atmosferyczne.
Nie skomentował słów przyjaciela, tylko pokręcił głową z politowaniem i wrócił do spaceru, a gdy na dużym ekranie pojawił się numer trzydzieści pięć, rzucił przez ramię:
– Teraz twoja kolej. Właź do tego gabinetu i streszczaj się.
Ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej. Jak w każdy piątek Piotr spotkał się z Jakubem i Wojtkiem, swoim najlepszym przyjacielem, na treningu koszykówki. Po rozegranym meczu planował popracować jeszcze w domu, ale Schmidt nie odpuszczał. Zjawił się w jego mieszkaniu i wyciągnął go do klubu. Nie żeby tego typu rozrywki były dla Kazaneckiego mordęgą, nic z tych rzeczy. Po prostu ostatnie tygodnie kosztowały go dużo nerwów i wolałby zaoszczędzić sobie dodatkowych atrakcji, takich jak tułaczka po izbie przyjęć. Ale mimo bardzo późnej pory i mało kontemplacyjnej atmosfery pogotowia Piotr uświadomił sobie, żepowoli dojrzewa do podjęcia kluczowych decyzji oraz przeprowadzenia rewolucji w swoim życiu zawodowym i prywatnym.
***
Ciche brzmienie starego utworu Eltona Johna docierało do uszu dwóch mężczyzn siedzących na tylnych fotelach w taksówce. Ulice miasta były niemal puste, sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach wciąż pozostawała w trybie ostrzegawczym, a nocne autobusy kończyły swoje kursy i wracały do zajezdni.
– Kręciłeś kiedyś z Sarą? – zapytał Piotr od niechcenia.
Schmidt odwrócił głowę od szyby i uciął stanowczo:
– Nie i tobie też zabraniam.
– Pies ogrodnika.
– Jeśli już, to na baby – sprostował Jakub. – A Sara zasługuje na kogoś porządniejszego od nas.
Urażony Piotr stanowczo zaprotestował:
– Ja sobie nie mam nic do zarzucenia.
– Ale ja tobie mam, więc zamykam dyskusję.
Schmidt wyjął z kieszeni telefon i sprawnym ruchem palców zaczął sprawdzać powiadomienia. Piotr skupił uwagę na obserwacji mijanych chodników, ale widok był niespecjalnie interesujący, dlatego zagaił:
– Właściwie to chciałem dopytać o jej koleżankę.
Kuba powoli podniósł wzrok znad smartfona i odwrócił się w stronę przyjaciela, a na jego twarzy zagościł szelmowski uśmiech.
– A o którą konkretnie?
– O tę brunetkę – rzucił obojętnie Piotr, choć doskonale zapamiętał jej imię.
– Kalina wpadła ci w oko? Nie wiem za wiele, ale jeśli chcesz, podpytam Sarę.
– Tylko tak dyplomatycznie – uprzedził Kazanecki.
– No przecież nie powiem, że jesteś napalony jak piec hutniczy.
Piotr westchnął ciężko, bo nie miał nawet cienia nadziei, że Jakub go nie skompromituje.
– Czasami sam się zastanawiam, dlaczego się z tobą zadaję – mruknął pod nosem.
– To bardzo proste. Jestem zajebisty, a ty masz nudne życie i potrzebujesz towarzystwa ludzi inteligentnych i dobrze grających w koszykówkę.
Gdy taksówka ze Schmidtem w środku odjechała, Piotr jeszcze przez chwilę patrzył na oddalające się czerwone światła. Dopiero nagły, przenikliwy powiew chłodnego wiatru popchnął go w stronę budynku. Po długim dniu i jeszcze intensywniejszym wieczorze marzył tylko o chwili odpoczynku.
