Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
96 osób interesuje się tą książką
Gdyby pech potrzebował kampanii reklamowej, Zuzanna Hadman mogłaby zostać jej twarzą. Niekończące się serie codziennych katastrof, fatalnych zbiegów okoliczności i echa błędów przeszłości sprawiają, że coraz trudniej uwierzyć jej, iż życiowa karta kiedykolwiek się odmieni. A że nieszczęścia najbardziej lubią chodzić parami, wszystko wskazuje na to, że właśnie znalazła idealnego kompana do wspólnych potyczek z losem.
Wojciech Matejczuk doskonale wie, że życie potrafi uderzyć z impetem dokładnie wtedy, gdy człowiek zaczyna wierzyć, że najgorsze ma już za sobą. Samotne ojcostwo, odpowiedzialność za siedmioletniego Franka i codzienność pełna problemów – nie tylko architektonicznych – skutecznie nauczyły go, by spodziewać się wszystkiego, ale nie liczyć na nic, zwłaszcza na łut szczęścia.
Kolejne kryzysy i pechowe zbiegi okoliczności sprawiają, że Zuza i Wojtek coraz częściej stają ramię w ramię przeciwko kapryśnemu losowi. I chociaż przeszłość uparcie nie daje im o sobie zapomnieć, to wspólnymi siłami próbują się z nią mierzyć. Im trudniejsze testy zsyła im życie, tym łatwiej je pokonują we dwójkę, starając się przy tym ignorować fakt, że między nimi zaczyna dziać się coś, czego żadne z nich nie planowało – a już na pewno nie miało na to nadziei.
Trzeci tom cyklu Amor fati – Nieszczęścia chodzą parami – to pełna humoru, emocji i życiowych zawirowań historia o tym, że największe szczęście pojawia się dokładnie wtedy, gdy człowiek przestaje wierzyć, że jeszcze na nie zasługuje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Anna Jeziorska
Korekta
Anna Seweryn
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© detry26, Journey, Maria Vitkovska, Pixel-Shot | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Karolina Tomaszewska 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-81-5
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
W życiu jest najlepiej, kiedy jest nam dobrze i źle.
Kiedy jest nam tylko dobrze – to niedobrze.
Jan Twardowski, Dłużej niż na zawsze. Nie tylko aforyzmy
Dla Anny Majewskiej – jednej z moich ulubionych osób na świecie
Piątkowe popołudnia były zdecydowanie ulubionymi momentami tygodnia Zuzanny. Wtedy opuszczały ją niepokój i frustracja, które zniewalały jej organizm każdego dnia pracy. Perspektywa weekendu bez widoku trzech harpii, z którymi dzieliła biuro, stawała się wizją niemal arkadyjską.
Cisza pustego mieszkania, choć na co dzień przytłaczająca, dawała jej przestrzeń na przemyślenie obecnej sytuacji, która była daleka od idealnej. Ostatni rok stanowił pasmo prześladującego ją pecha. Tylko w chwilach spędzanych z przyjaciółmi czuła się odrobinę lepiej, a spotkania z nimi były dla niej kolorowymi plamami w szarzyźnie codzienności. Gdyby nie te pokręcone dobre dusze już dawno spakowałaby wszystko w kilka walizek i wróciła nad morze. Powrót do Sopotu byłby ucieczką od dorosłości i oznaczałby przejęcie jej wolności przez zbyt troskliwe Hadmanowe plemię, które kochała ze wszystkich sił, ale wiedziała, że nadopiekuńczość bliskich w tak zintensyfikowanej sile i ilości byłaby gwoździem do emocjonalnej trumny, w której już powoli zaczęła sobie mościć posłanie.
Od kiedy Sara, jej przyjaciółka, współlokatorka i siostra z wyboru, postanowiła wyjechać do Stanów Zjednoczonych ze swoim nowym partnerem, Zuza odczuwała ogromną pustkę, lukę, której niczym i nikim nie potrafiła zapełnić.
Popijając zimny sok jabłkowy z miętą, starała się wyciszyć skołatane nerwy. Minione osiem godzin spędzonych w towarzystwie Judyty, Marleny i Diany spowodowało, że nawet oddychanie przychodziło jej teraz z trudem. Dopiero dźwięk telefonu wyrwał ją z letargu.
– Cześć, Julka. – Zuzanna wysiliła się na resztki entuzjazmu.
– Ratuj, bo zaraz oszaleję. Potrzebuję wsparcia duchowego! Teraz! Natychmiast! – powiedziała desperacko Julia.
– A co się dzieje?
– Odkąd Kalina mieszka u Piotrka, nie mam możliwości regularnego użalania się nad swoim marnym żywotem.
– Rozumiem, że zostałam zaproszona na herbatę? – upewniła się Zuza.
– Oczywiście, przyniosłam też z kawiarni napoleonki.
– Potrzebuję chwili, żeby doprowadzić się do ładu, i niedługo u was będę.
Kończąc połączenie, utkwiła wzrok w dacie widniejącej na ekranie telefonu.
– Drugi sierpnia. Dziś byłaby nasza rocznica, ale nie będzie – mruknęła pod nosem i poszła do łazienki, by wziąć szybki prysznic.
Orzeźwiona letnią wodą podczas kąpieli i otulona miękkością bawełnianej sukienki, sięgnęła po kolejną porcję lodowatego soku, który na dobre przywrócił ją do żywych.
***
Spacer do mieszkania Julii zajął jej niespełna trzynaście minut, ale tylko dlatego, że starała się skupić na dobrodziejstwach lata, które jej umykało. Cały poprzedni miesiąc spędziła na przygotowywaniu raportów, wykresów i sprawozdań niezbędnych do przekazania nowemu dyrektorowi generalnemu IASO, który miał objąć swoją funkcję w połowie sierpnia.
Gdy zapukała do drzwi mieszkania, usłyszała dziecięce śmiechy i pokrzykiwania. Nim pani domu stanęła w progu, na klatkę schodową wybiegło troje dzieci.
– Ciocia Zuzia! Fajnie, że przyszłaś! – Michalina, jedna z córek Julii, rzuciła się w objęcia kobiety.
– Czołem, ekipa! – przywitała się Zuzanna, która oprócz bliźniaczek dostrzegła również Franka, synka Wojtka Matejczuka.
– Dziewczyny zaprosiły mnie na kino domowe! Będziemy oglądać bajki i jeść popcorn! – relacjonował podekscytowany chłopiec.
– Jest szansa, że też się załapię? – z nadzieją zapytała Zuza.
Franciszek podrapał się po głowie i zrobił zakłopotaną minę.
– Ciociu, chyba jesteś trochę za… stara na bajki. Ale jeśli bardzo chcesz, to możesz – dodał pośpiesznie.
– Zabolało. – Zuza wykrzywiła usta i położyła dłoń na sercu.
– Ciociu, daj spokój. – Machnął ręką, jakby chciał zbagatelizować uwagę o jej wieku. – Oprócz tego, że jesteś stara, nie masz innych wad.
– Dzięki, Franko, od razu mi lepiej na duszy. – Zuzanna zmierzwiła blond czuprynę chłopca i weszła do mieszkania Julii Korczyńskiej.
Przekraczając próg, od razu poczuła ulgę, ponieważ chłód klimatyzowanego pomieszczenia był wybawieniem w ten niemiłosiernie upalny dzień.
– Jak dobrze, że jesteś! Potrzebuję obecności dorosłych w moim życiu. – Julka postawiła na kuchennym stole dzbanek z zimną wodą i przysiadła. – Salon okupują małolaty.
– A skąd wziął się tu Franek?
– Kalina wspominała, że chłopcy chcieli iść dzisiaj na jakiś mecz, więc pomyślałam, że zaproponuję Wojtkowi, żeby zostawił u mnie małego. Moje dziewczyny go uwielbiają, a samotni rodzice też potrzebują odskoczni. Musimy sobie pomagać.
– Podziwiam was, ja ledwo sama siebie ogarniam, a i to nie zawsze. – Zuza sięgnęła po szklankę i z dezaprobatą zerknęła na dzbanek. – A nie serwujesz soku jabłkowego z miętą?
– Nie wymyślaj, już tamta trójka od dwóch godzin robi mi koncert życzeń. Pij wodę, w takie upały podstawą jest nawodnienie.
– Dobrze, już dobrze – mruknęła Zuzanna i zapytała: – A co u ciebie? Jakieś nowości?
– Chyba tak – odparła Julia, nabrała głęboko powietrza i zbierając się na odwagę, wyznała: – Poznałam kogoś.
– Co?! – krzyknęła Hadman. – Kiedy? Gdzie? Przecież ty widujesz się tylko z nami i ciągle przesiadujesz w Czułych Słówkach.
– Jeszcze nie wiem, czy coś z tego będzie, ale potencjał jest duży. – Julia wypiła kilka łyków wody i kontynuowała zeznania: – No właśnie poznałam go w kawiarni. Wpadał najpierw sporadycznie, a potem codziennie, zawsze brał kawę na wynos i coś słodkiego.
– A jak amant ma na imię? I czy jest przystojny?
– Artur, jest księgowym. Prowadzi biuro rachunkowe. Przystojny też jest… na swój sposób.
– Moje gratulacje, zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Chociaż nie ukrywam, że jestem dość zaskoczona. Jeszcze pół roku temu się zarzekałaś, że nie chcesz się z nikim spotykać.
– Nie szukałam nikogo, ale skoro sam się napatoczył, to chyba spróbuję – odparła Julia. – Wydaje mi się, że to dobry człowiek. Jest rozwodnikiem, ale nie ma dzieci. Wie o dziewczynkach i raczej nie ma z tym problemu, więc dostanie zielone światło.
– Wspaniale! – skwitowała radośnie Zuza. – Bardzo bym chciała, żebyś była szczęśliwa.
– Ja jestem szczęśliwa, tylko czasami zmęczona samotnością – podsumowała z nostalgią Korczyńska. – Poza tym dobry księgowy zawsze jest potrzebny, a jeśli będzie kreatywny, to może zacznę płacić mniejsze podatki.
– Przyjemne z pożytecznym – pochwaliła ją przyjaciółka. – Ma to sens.
– A jak harpie? Uspokoiły się? – zainteresowała się Julka.
– Przechodzą same siebie. Od chwili tego nieszczęsnego awansu nie miałam normalnego dnia. Dziś uwzięła się na mnie Diana, upierając się, że w raporcie kwartalnym powinnam umieścić też wyniki jej klientów, czyli de facto zrobić za nią robotę. Potem usłyszałam, że nie potrafię się wkomponować w dynamikę teamu, bo nie udzielałam się w ich rozmowie na temat wyższości forszmaku nad zupą dyniową.
Julia parsknęła i z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Głupie raszple.
– Powinnam się rozglądać za inną pracą, w IASO jest teraz strasznie, a na samą myśl o każdym poniedziałku robi mi się niedobrze.
– No to szukaj czegoś – zasugerowała Korczyńska. – Co prawda branża suplementów to nisza, ale przecież możesz aplikować na coś o zbliżonej specyfice.
– To oznacza, że znów musiałabym zaczynać od zera. Gorsze wynagrodzenie, umowa terminowa, wszystko nieznane. Trochę mnie to przeraża. – Na wizję potencjalnych zawodowych rewolucji Zuza przyłożyła dłoń do czoła.
– A nie przeraża cię perspektywa spędzenia roku z tymi wariatkami w jednym biurze?
– Nie dobijaj mnie – jęknęła Hadman. – Zmieńmy temat. Twoja siostra od wczoraj jest w Las Vegas. Módlmy się, żeby nie podjęła jakiejś głupiej decyzji.
– Nawet tak nie żartuj! – Julka się wzdrygnęła. – Nie mam nic do Justina, ale absolutnie nie rozumiem tego związku, a obawa, że Sara może zamieszkać na drugim końcu świata, kompletnie mnie paraliżuje. Staż miał dokładne ramy czasowe, wiedziałyśmy, że wyjedzie na pół roku i wróci normalność, a teraz? Zero konkretów. Może tam być miesiąc albo całe życie, ale przecież o nic nie można jej zapytać, bo zaraz świruje, że próbuję ją ograniczać, a ja tylko się martwię.
– Też bym chciała wiedzieć, na czym stoję, nie lubię mieszkać sama. Brakuje mi naszych wspólnych śniadań, SMS-owania przez ścianę i podkradania ubrań.
– Przecież wciąż możesz brać jej ciuchy, większość zostawiła – zauważyła Julia.
– Co to za frajda zabierać jej rzeczy, skoro nie ma ekscytacji, że może mnie przyłapać?
– Mamo! Mamo! – Krzyk jednej z bliźniaczek uprzytomnił kobietom obecność dzieci w mieszkaniu.
Zaniepokojone przeszły do salonu, w którym zastały całą trójkę. Dziewczynki wyglądały tylko na przestraszone, ale Franek stał w kącie i cały drżał. Po jego policzkach spływały łzy, ale nie szlochał, tylko mocno zaciskał prawą dłoń na lewym palcu wskazującym.
– Co się stało? – zapytała Julia, omiatając wzrokiem pokój.
Zuzanna nie miała zbyt dużego doświadczenia w opiece nad dziećmi, ale widok zapłakanego chłopca bardzo ją poruszył, dlatego ominęła Julię i uklękła przy nim, dopytując:
– Franko, co się stało? Coś cię boli? O co chodzi?
Przyłożyła dłoń do jego spoconego czoła, próbując odgarnąć bujną kędzierzawą grzywkę.
Spazmatycznie wciągając powietrze, chłopiec zaczął:
– Ja bardzo… bardzo przepraszam. Nie chciałem…
– To nie Franio, to my wszyscy! – krzyknęła Michalina. – Marianka, powiedz mamie, jak było, no, powiedz, że to my też!
– Tak, to my wszyscy! – zawtórowała Marianna. – To nie wina Franka, my go ganiałyśmy.
Chłopiec przymknął oczka i zaczął przecząco kręcić głową.
– Nie, dziewczyny, trzeba powiedzieć prawdę. To moja wina. – Pociągnął nosem. – Przepraszam, potknąłem się. Poproszę tatusia, żeby kupił taką samą.
Chłopiec utkwił wzrok w zrzuconej na podłogę niewielkiej lampce. Kremowy klosz był cały, ale obok niego leżało kilka fragmentów stłuczonej szklanej podstawy.
– Franuś, to przecież nic takiego. – Julia odetchnęła z ulgą na widok zlokalizowanej przyczyny utrapienia dziecka. – Proszę cię, nie denerwuj się tym. Naprawdę nic wielkiego się nie wydarzyło. Ja tej lampki nawet nie lubiłam.
Zuzanna, nie przestając głaskać chłopca po głowie, powiedziała:
– To był zwykły wypadek, pech. Zaraz wszystko posprzątamy i nie będzie nawet śladu.
Malec przytakiwał na każde słowo, a w jego dużych błękitnych oczkach pojawił się spokój.
– Franko, a co z twoim paluszkiem? – zapytała Zuza. – Boli cię?
Julia, Marianna i Michalina z przerażeniem wyczekiwały jego odpowiedzi. Franek wzruszył ramionami.
– Nie wiem.
– A możesz mi go pokazać? – poprosiła.
Chłopiec bardzo powoli wyprostował dłonie, odkrywając miejsce, w którym widniała krwawiąca rana. Zuza wstała z kolan, wzięła chłopca na ręce i przeszła z nim do kuchni, gdzie usadowiła go na blacie, tuż obok kranu, puściła strumień zimnej wody i gestem głowy zachęciła Franka, aby podstawił pod niego palec.
– Julka, mogłabyś zrobić opatrunek? – zwróciła się do przyjaciółki. – A ja w tym czasie sprzątnę szkło.
Zostawiając chłopca pod fachową opieką, Zuza wróciła do salonu, zebrała fragmenty stłuczonej lampy i zaniosła je do kosza na śmieci.
Julia, jako doświadczona matka dwóch energicznych dziewczynek, miała apteczkę przygotowaną na przeróżne okoliczności. Analizując głębokość rany, zdecydowała o spryskaniu jej środkiem antyseptycznym, a następnie przykleiła średniej wielkości opatrunek.
Zuzannie nie umknęło zdegustowanie wymalowane na twarzy Franka, który nie skomentował różowego plastra z wizerunkiem księżniczek Disneya, ale wymownie zmarszczył brwi.
– Skoro sytuacja jest opanowana, to mam pomysł. Wy zróbcie popcorn, my z Frankiem pójdziemy do sklepu po lody, a później zaczniemy ten bajkowy maraton – zarządziła Zuza, zdjęła chłopca z blatu i podała mu rękę.
Kiedy opuszczali blok, w którym mieszkała Julia, Franek wciąż był smutny i się nie odzywał, a dłoń ze skaleczeniem trzymał w kieszeni. Chcąc go wyrwać z zamyślenia, Zuza zaczęła:
– Na jakie lody masz ochotę? Ja najbardziej lubię waniliowe, nudziara ze mnie.
– Tatuś też zawsze wybiera waniliowe, a ja truskawkowe albo te o smaku gumy balonowej.
– W takim razie zaraz coś znajdziemy. Dziewczynki chyba lubią czekoladowe, więc musimy wziąć różne, żeby każdy był zadowolony. Tylko najpierw poszukajmy jeszcze soku jabłkowego, ja w te upały nie potrafię bez niego żyć.
– Ja też! – Malec się ożywił. – Tata mówi, że woda jest zdrowsza, ale czasami pozwala mi pić sok jabłuszkowy, właściwie zawsze pozwala, ale wtedy mówi, że powinienem jednak wybierać wodę.
– To witaj w klubie. – Zuza wyciągnęła dłoń w stronę chłopca.
Franka nie trzeba było długo przekonywać, aby przybił piątkę.
Po tym, jak wybrali lody i przeszli do kasy samoobsługowej, Zuza sięgnęła jeszcze po niewielkie granatowe opakowanie oraz baterie alkaiczne do pilota, o których już od kilku dni zapominała. Następnie skasowała wszystkie produkty, spakowała je do papierowej torby i sfinalizowała transakcję. Gdy opuścili sklep, poprosiła chłopca, aby usiadł na niskim ukwieconym murku przy fasadzie budynku. Franek z chęcią wdrapał się na wskazane miejsce.
– Musimy załatwić pewną ważną sprawę – oznajmiła Zuzanna, odłożyła torbę na murek, po czym wyjęła z niej tekturowe opakowanie. – Wydaje mi się, że różowy niezbyt do ciebie pasuje. – Ostrożnie odwinęła plaster z palca chłopca i zastąpiła go nowym, błękitnym, z grafiką dinozaurów.
Franek kilkakrotnie zamrugał i wyszczerzył zęby.
– Czaderski! Dzięki, ciociu! – rzucił radośnie i objął zaskoczoną Zuzannę.
***
– Chodźcie, chodźcie, sala kinowa już jest przygotowana, a za chwilę będzie popcorn – powiedziała Julia, nie odwracając wzroku od szklanej pokrywki, która rytmicznie podskakiwała pod wpływem strzelających ziaren prażonej kukurydzy.
– Kupiliśmy lody! – oznajmił chłopiec.
– Franio, chodź szybko, musimy skończyć kolorować bilety do kina – powiedziała Marianna, wychylając się zza drzwi swojego pokoju.
– Już idę! – krzyknął radośnie, a później szybko i niedbale zdjął buty, zrobił trzy kroki w przód, po czym nagle się odwrócił, wziął swoje trampki i ustawił je równo obok komody.
– A może przygotuję dla nich porcję popcornu z karmelem? – zaproponowała Zuzanna.
– Super, w dolnej szufladzie są patelnie, a cukier w pojemniku na blacie – odparła Julia, a później precyzyjnie podzieliła uprażone ziarna na trzy miski. – Dzwonił Wojtek, żeby dopytać, czy wszystko w porządku. Wspomniałam mu o tym małym wypadku, chciał już przyjechać po Franka, ale mu powiedziałam, że sytuacja została opanowana i zabrałaś jego synka do sklepu po lody. – Oparła się o szafkę kuchenną i z troską w głosie kontynuowała: – Prosił, żeby ci podziękować. Mówił też, że od tego nieszczęsnego zajścia na treningu koszykówki, na którym Franek rozbił gablotę, teraz dość nerwowo reaguje na tego typu sytuacje.
– Mam nadzieję, że szybko zapomni o tamtym incydencie. Aż serce się krajało na widok jego wystraszonej miny. – Zuza wsypała cukier na patelnię i dodała do niego odrobinę wody, cierpliwie czekając, aż mieszanka nabierze bursztynowego koloru, a później dorzuciła do niej trochę masła, delikatnie mieszając.
Kiedy przekąski były już gotowe, Julia zawołała dzieci do salonu. Zaciągnięte rolety zaciemniły pomieszczenie i tylko punktowy kinkiet dawał lekką poświatę przebijającą się przez mrok.
– Proszę. – Michalina ostrożnie podała Zuzie biały kartonik z zielonymi obrzeżami rysowanymi flamastrem. – Zapraszamy do naszego kina, za bilet należy się sto złotych.
– No co ty, Michaśka?! To za dużo! – Marianna postukała się w czoło. – Wystarczy pięćdziesiąt.
– Jeśli odziedziczyły zmysł do biznesu po tobie, to rzeczywiście przyda wam się w rodzinie dobry księgowy. – Zuza puściła oko do przyjaciółki i rozsiadła się wygodnie na bocznej części narożnika. – A można płacić kartą?
Michalina wykrzywiła usta, bezradnie uniosła ręce i przycupnęła obok Zuzanny.
– Dziś mamy promocję, ciociu, najwyżej zapłacisz za bilet innym razem.
Mimo lawiny sprzeciwów, która zaczęła płynąć z ust małoletnich dam w temacie wyboru repertuaru, pani domu nie przejęła się utyskiwaniem córek, które chciały po raz dwudziesty ósmy oglądać w te wakacje Krainę lodu.
– Zobaczycie, że warto, Zwariowane melodie to klasyka.
– Ja znam! – wyrwał się uradowany Franek. – My z tatą często oglądamy Kosmiczny mecz, bo to jest film o koszykówce, a mój tata bardzo dobrze w nią gra. Ja też kiedyś będę, tylko muszę jeszcze trochę urosnąć.
– Skoro Franio chce, to chyba możemy to oglądnąć, co nie, Miśka? – Marianna szturchnęła siostrę w ramię.
– Dobra, ale jutro musimy obejrzeć Krainę lodu, i to obie części. – Michalina uniosła palec, aby nadać powagi swojej wypowiedzi.
Zachęcone opinią Franka bliźniaczki zaniechały narzekania i po kilku minutach kreskówki zapatrzyły się bez reszty w przygody rysunkowych bohaterów. Ostatecznie poprosiły również, żeby włączyć ten film o koszykówce, ponieważ też chciałyby go zobaczyć.
Do napisów końcowych nikt nie dotrwał. Kiedy Zuza otworzyła oczy, na jej nogach z jednej strony leżała głowa Franka, a z drugiej blond czupryna Marianny. W podobnym, mało fortunnym położeniu znalazła się Julia, której ramię służyło Michalinie za poduszkę. Aby nie obudzić dzieci, Zuzanna wysunęła delikatnie dłoń i sięgnęła po telefon leżący na zagłówku kanapy. Było kilka minut po dwudziestej trzeciej. Nawet nie pamiętała momentu, kiedy usnęła. Przeszło jej przez myśl, że powinna wracać do domu, ale wizja akrobatycznych manewrów, których musiałaby się podjąć, aby wyślizgnąć się z tej konfiguracji splecionych ze sobą osobników, spowodowała, że tylko westchnęła i postanowiła dalej spać.
Nieostrym wzrokiem wychwyciła jednak na ekranie smartfona fragment wiadomości, która nadeszła dwie godziny wcześniej. Chociaż numer nadawcy nie był zapisany, doskonale go znała. Te cyfry rok temu wywróciły jej życie do góry nogami.
Gdybyś wtedy podjęła inną decyzję, dziś byłby nasz dzień. Brakuje mi Ciebie. R.
Wiadomość przeczytała tylko raz, a następnie ją usunęła, ale zamęt w głowie pozostał i wróciły skrajne emocje towarzyszące wspomnieniom minionego roku. Przymknąwszy oczy, próbowała oderwać się od tych myśli, bo wiedziała, że nie może sobie pozwolić na nawet najmniejszy pierwiastek zawahania. Za dużo pracy i nerwów włożyła w to, żeby wyplątać się z tej destrukcyjnej relacji, i nie zamierzała ponownie popełniać tych samych błędów.
Mecz lokalnej drużyny piłkarskiej był na tyle rozczarowujący, że Jakub Schmidt za jedyną szansę na uratowanie wieczoru uznał wewnętrzy turniej na konsoli rozegrany w jego mieszkaniu. Zgodnie z przewidywaniami mężczyźni bawili się dużo lepiej niż na stadionowych trybunach, na których panowały tłok, harmider i zaduch.
– Ostatni raz dałem się namówić na ich mecz, grali jak panienki. Żeby przerżnąć u siebie cztery do zera? – Jakub z niedowierzaniem kręcił głową i całą swoją złość przekierował na guziki kontrolera.
– Ty na swoim terenie przerżnąłeś właśnie trzy do jednego, panieneczko. – Piotr Kazanecki wyeksponował zęby w cwaniackim uśmiechu i dumnie uniósł pad, manifestując triumf nad gospodarzem.
– A spieprzaj! – Jakub wstał z kanapy i skierował się do kuchni, aby przynieść dla przyjaciół schłodzone napoje.
– Twój tata już wrócił? – zagaił Wojtek.
– W niedzielę mam ich odebrać z lotniska – oznajmił Piotr, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora, na którym wybierał ustawienia swojej drużyny. – Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego ty się na to zgadzasz. Przecież kiedy ojca nie ma, wszystko w firmie spada na ciebie.
– Bez przesady, Tomasz nie traci nad niczym kontroli i ma to tak zorganizowane, że właściwie biznes sam się kręci.
– A ty urlop zaczynasz od najbliższego poniedziałku? Przez te wyjazdy ojca prawie całe wakacje w biurze przesiedziałeś.
– Tak, ale to nie był problem, zwłaszcza że mogłem brać Franka ze sobą. Gorzej będzie od września, bo wtedy zacznie się szkoła. Dopiero niedawno sobie uświadomiłem, że to kolejna życiowa rewolucja. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać. Z przedszkolem było łatwo: odstawiasz dziecko rano, odbierasz po południu, poziom trudności zerowy. A teraz pojawią się nowe obowiązki i to całe zamieszanie. Wiecie, wywiadówki, szkolne wycieczki, wagary, trzaskanie drzwiami i latanie za dziewczynami.
– A później to już tylko sex, drugs and rock’n’roll – rzucił Jakub, wchodząc do salonu i stawiając na stoliku tacę z różnego rodzaju trunkami.
– W pojedynkę niełatwo to ogarnąć – zauważył Szymon Nidecki, który tego wieczoru był wyjątkowo milczący. – Jeśli chciałbyś kogoś poznać, to poproszę Polę, żeby zajęła się tematem. Ona ma mnóstwo koleżanek i lubi bawić się w swatkę.
– Historia pokazała, że beznadziejnie jej to wychodzi – przypomniał mu Piotr. – Ale Franko wspominał mi kiedyś, że powinniśmy ci znaleźć dziewczynę. Może rzeczywiście już czas za kimś się rozejrzeć.
Wojtek pokręcił głową i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
– Nie mam czasu na głupoty, a poza tym wypadłem z obiegu.
– No to w niego wpadniesz, co za problem? – Jakub uśmiechnął się szelmowsko, wyjął z kieszeni telefon i ze skupieniem studiował coś na jego ekranie. – Na przykład taka Emilka. – Podsunął urządzenie pod nos Wojtka. – Jak widać na załączonym obrazku, doktorat z politologii nie wyklucza się z karierą modelki.
Architekt rzucił okiem na zdjęcie. Fotografia przedstawiała bardzo atrakcyjną brunetkę, ale nie skomentował tego. Brak reakcji ze strony przyjaciela zmotywował Jakuba do dalszego researchu.
– O! A może Marysia, siostra mojego trenera? Pracuje w recepcji na siłowni. – Pokazał profil obiektu analizy. – Taka trochę sierotka, jak to na Marysię przystało, ale pewnie łatwo byś ją urobił. To mogłoby się udać, ona raczej z tych grzecznych i sympatycznych, czyli absolutnie nie mój typ, ale dla ciebie byłaby idealna. Zmień siłownię na moją i dalej już samo pójdzie. Zresztą jak nie Mary, to jakaś inna, na treningu najłatwiej o podryw w realu, chyba że… – W oczach Jakuba rozbłysły szatańskie iskry przebiegłości. – Aplikacja. Tak, to raczej będzie dla ciebie lepsza opcja, bo zanim się rozkręcisz, potrenujesz cyberflirt. A później to już z górki, spotkanie, bzykanie i… nie wiem, co potem, bo zawsze odpadam po drugim etapie.
– Niegłupie – stwierdził z uznaniem Piotr. – Wojtek, podejdź do tego treningowo, popiszesz z laskami, przypomnisz sobie czasy największych podbojów, a kto wie, może poznasz kogoś ciekawego.
– Nie mam na to czasu – powtórzył Matejczuk, ale w jego głosie była wyczuwalna mniejsza determinacja niż chwilę wcześniej.
– Pieprzysz farmazony. Przed pójściem spać będziesz im odpisywał, po paciorku. Dawaj telefon. – Jakub wyciągnął dłoń do kumpla. – Dawaj, dawaj, założę ci profil, a jeśli przez miesiąc się nie wkręcisz, to go usuniesz. Po prostu spróbuj.
– No dawaj, sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. – Szymon wreszcie się ożywił.
Nie bez wahania Wojtek podał Jakubowi smartfon.
– Tylko nie rób jakiegoś głupkowatego opisu – zastrzegł.
– Panie kolego, bądźmy poważni, opisów nikt nie czyta. Najważniejsze są zdjęcia.
***
Sobotni poranek był zdecydowanie łaskawszy niż ostatnie, upalne dni. Mimo słonecznej aury przyjemny letni wiatr zwiastował koniec tropikalnych temperatur. Jadąc po Franka, Wojtek wreszcie znalazł chwilę, żeby bez pośpiechu pomyśleć o zbliżającym się urlopie i zaplanować jakiś prowizoryczny plan działania na ten czas.
Zgodnie z umową u Julii Korczyńskiej zjawił się punktualnie o dziewiątej. Przyłożywszy palec do dzwonka, nacisnął go raz i cierpliwie czekał, aż w progu pojawi się pani domu. Gdy po kilkudziesięciu sekundach nikt nie otwierał, zdecydował się powtórzyć czynność i odrobinę dłużej przytrzymać przycisk. Poskutkowało. Drzwi się uchyliły, a Wojtek zobaczył zdezorientowaną Julię.
– Hej – rzucił przyjaźnie.
– Już dziewiąta? – zapytała wystraszona.
– Tak.
– Zaspałam – wyjaśniła, nerwowo pocierając skronie. – Wejdź, a ja obudzę dzieciaki. Przesadziliśmy wczoraj z bajkami. Nawet nie wiem, kiedy wszyscy odpłynęliśmy.
Wojtek przeszedł za Julią do salonu, w którym wciąż panował półmrok spowodowany częściowo zaciągniętymi roletami. Obrazek, który zobaczył, był dość komiczny. Na dłuższej części narożnika leżała Marianna z twarzą przyklejoną do niewielkiej poduszki, obok niej znajdowała się Michalina, która z na wpół otwartym okiem próbowała zrozumieć, co się właśnie dzieje. Krótszą część mebla zajmowała Zuzanna, też nie do końca świadoma okoliczności, w jakich przyszło jej się obudzić, chociażby ze względu na dziecięcy balast przewieszony przez nogi.
– Cześć – przywitał się Wojtek i wskazując palcem na pomieszczenie, zapytał: – Dlaczego śpicie tutaj?
– Przez ciebie. – Zuza ziewnęła i delikatnie poklepała Franka po plecach. – Padliśmy na Kosmicznym meczu.
– Franko, wstawaj. Musimy się zbierać. – Wojtek podszedł do narożnika i nachylił się nad synem. – Pobudka.
– Tatusiu… – Chłopiec otworzył usta i głęboko nabrał powietrza. – Fajnie było.
– Domyślam się, ale na nas już czas. Wstawaj, synku, bo Zuzce zaraz kolana odpadną.
Franek natychmiast otworzył szeroko oczy, które o poranku wydawały się bardziej niebieskie niż zwykle, i szybko usiadł.
– Boli cię coś przeze mnie, ciociu? – zapytał z wymalowanym na twarzy przerażeniem.
– Coś ty, nic mi nie jest, w życiu się tak dobrze nie wyspałam – skłamała Zuzanna w dobrej wierze, choć już od dawna nie czuła krążenia w nogach.
– Dziewczyny, raz, dwa, trzy, wstajemy! – głośno zakomenderowała Julia, po czym zwróciła się do Wojtka i Zuzy, która odważyła się wstać: – Muszę podrzucić panny do rodziców, a później wracam do kawiarni. Ala od dziś jest na urlopie i ją zastępuję. Michalinko, nie ciągnij siostry za włosy! – upomniała jedną z córek.
– Może wpadnę ci pomóc? – zaproponowała Zuza, prostując wygniecioną sukienkę.
– Poradzę sobie, a ty też potrzebujesz odetchnąć w weekend. Michalina, Marianna, biegnijcie do pokoju się przebrać. No, szybko, szybko! – zarządziła.
– Synku, umyj zęby i uciekamy – powiedział Wojtek, uśmiechając się do Franka.
– Dobrze, tato – odparł chłopiec, wciąż ziewając, po czym podszedł do niewielkiego granatowego plecaka, który stał przy ścianie, a później zarzucił go na ramię, kierując się w stronę łazienki.
– Julka, dzięki za zaproszenie, Franek uwielbia u was nocować. Jeśli będziesz potrzebować niańki, to śmiało. Pewnie takich atrakcji nie zapewnię. – Wskazał na miski z resztkami popcornu i papierowe bilety na seans. – Chociaż i ja znam parę trików.
– Chciałam ich wcześniej obudzić i nakarmić, ale sam widzisz. – Julia bezradnie rozłożyła ręce.
Żeby choć odrobinę ogarnąć panujący nieład, Zuzanna ułożyła równo poduszki na narożniku, zebrała ze stolika naczynia, które następnie opróżniła i zapakowała do zmywarki, a później oznajmiła:
– To ja też wracam do siebie. – Cmoknęła Julię w policzek. – Zdzwonimy się.
Wychodząc z kuchni, w ostatniej chwili odskoczyła od drzwi, aby uniknąć zderzenia z rozpędzonym człowieczkiem.
– Gotowy! – Franek wbiegł do pomieszczenia z plecakiem na ramionkach. – Było super!
– Bardzo się cieszę, że ci się podobało, i mam nadzieję, że do następnego razu. – Julia wyciągnęła rozpostartą dłoń, aby chłopiec mógł przybić piątkę.
– Pa, Franio! Paaa! – Marianna i Michalina wyłoniły się ze swego pokoju i przekrzykiwały się w radosnych pożegnaniach.
– Dzięki, Julka – szepnął Wojtek i pocałował ją w policzek, a potem głośniej dodał: – Cześć, dziewczynki!
– Pa, wujku! Pa, ciociu! – rzuciły entuzjastycznie bliźniaczki.
Kiedy drzwi mieszkania Julii się zamknęły, Zuzę uderzyła rozkoszna cisza.
– Odkąd nie ma Sary, odwykłam od takich szalonych poranków – powiedziała bardziej do siebie niż do stojących obok Matejczuków.
– My wybieramy się na śniadanie, idziesz z nami? – zapytał ten starszy.
– Wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy. – Popatrzyła z żałością na stan swojej sukienki.
– Bardzo ładnie wyglądasz – oznajmił chłopiec. – Chodź z nami, ciociu, no chodź. Tata zabierze nas na gofry.
– Masz coś innego w planach? – zapytał rzeczowo Wojtek.
– Właściwie to nie, ale mogę wam złożyć inną propozycję. Podwieziecie mnie do mieszkania, a za to ja zaproszę was na śniadanie. Mogą być gofry.
– No i mamy to – skwitował starszy Matejczuk, otwierając przed Zuzą i synem masywne drzwi wyjściowe.
***
Drogę do mieszkania Zuzanny pokonali przy akompaniamencie monologu Franka, który z tylnego siedzenia chciał streścić tacie minione popołudnie i wieczór.
– I jeszcze ciocia Zuza zrobiła nam popcorn z karmelem, mówię ci, tato, był pyszny.
– Bardzo się cieszę, że tak miło spędziłeś czas. – Wojtek zaparkował auto przed blokiem i wyłączył silnik. – Może pójdę do sklepu i kupię coś do tych gofrów? Mleko? Dżem?
– Wszystko mam – zapewniła Hadman. – Chodźcie na górę.
Mieszkanie Zuzanny i Sary na szóstym piętrze już nie najmłodszego wieżowca miało niebanalny klimat, głównie za sprawą artystycznej duszy młodszej z sióstr Korczyńskich, która zawodowo zajmowała się ilustrowaniem książek, a sztuka była jej wielką pasją, czego potwierdzeniem były ściany obwieszone szkicami i obrazami jej autorstwa.
– Franek, z czym chciałbyś te gofry? – zapytała Zuzanna.
– No… z tą taką mąkową posypką i owocami.
– Mąkowa posypka? – W pierwszej chwili Zuza nie rozszyfrowała zagadki, ale po sekundzie doznała olśnienia. – Z cukrem pudrem?
Chłopiec utkwił bezradne spojrzenie w ojcu, szukając wsparcia.
– Tato, tak się nazywa ta posypka?
– Tak, Franek, chodzi ci o cukier puder – przytaknął Wojtek.
– No to z tym cukrem i owocami lubię najbardziej – zakomunikował chłopiec i wyszczerzył ząbki.
Zuza podążyła do kuchni i zawołała za sobą swoich towarzyszy. Z szafek wyjęła niezbędne produkty, które równo ułożyła na blacie. Odmierzoną ilość mąki przesiała do szklanej misy, dodała do niej łyżeczkę proszku do pieczenia, cukier i szczyptę soli, a następnie przemieszała. Do suchych składników wlała mleko i roztopione masło. Po oddzieleniu żółtek od białek te pierwsze znalazły się w misie, a drugie umieściła w naczyniu miksera planetarnego, aby powstała z nich sztywna piana. Czekając na ten moment, Zuzanna zaproponowała:
– Franek, dostaniesz misję. Przygotujesz owoce, dobrze?
Chłopiec zareagował mało entuzjastycznie, ale ostatecznie się zgodził. Zuza położyła przed nim deskę i nożyk, a obok postawiła miskę z brzoskwiniami, które zdążyła przepołowić i pozbawić pestek.
– Zrobimy tak: ty ostrożnie pokroisz owoce, na takie małe kawałeczki. – Zuza wzięła drugi nóż i pokazała dziecku schemat działania. – Tylko uważaj na palce, mamy fajne plastry, ale wolałabym ich nie używać.
– Dam radę, jestem już duży – odparł chłopczyk. – A tata nam nie pomoże?
– W życiu nie ma nic za darmo. Żeby zjeść dobre gofry, trzeba się napracować, dlatego twój tata je upiecze. Podołasz? – zwróciła się do Wojtka.
– Myślę, że to mnie nie przerośnie. – Matejczuk wstał od stołu i podszedł do gofrownicy, która już się rozgrzewała.
– I to jest praca zespołowa. – Zuzanna z zadowoleniem popatrzyła na dwóch mężczyzn w swojej kuchni. – Chłopaki, potrzebuję pięciu minut, no, może siedmiu – rzuciła w przestrzeń i zniknęła za drzwiami.
Po błyskawicznym prysznicu i przebraniu się w czyste ubranie wróciła do kuchni, gdzie zastała talerz z gotowymi goframi i miseczkę pokrojonych brzoskwiń.
– Panowie, współpraca z wami to czysta przyjemność – skwitowała z uśmiechem. – À propos przyjemności, mamy z Sarą taką tradycję, że zawsze wiosną i latem jemy śniadania na balkonie. W tym roku jakoś nie było jeszcze okazji, może wy dacie się namówić?
– Super! – Franek aż klasnął z radości.
– Super – powtórzył Wojtek, choć dało się zauważyć, że przemawia przez niego wyłącznie uprzejmość, a nie ekscytacja, którą odczuwali jego syn i Zuzanna.
Balkon może i nie był przesadnie duży, ale bez problemu pomieścił drewniany stolik, rattanową kanapę i składane krzesła, które Wojtek zaczął rozstawiać. Franek, chcąc pomóc w przygotowaniach, poukładał na stoliku talerze, które przyniosła Zuzanna. Ona zaś weszła z powrotem do mieszkania, aby po chwili pojawić się z bambusową tacą, na której znajdowały się gofry, młynek z cukrem pudrem, miniaturowe słoiczki z domowymi dżemami, miseczki z pokrojonymi brzoskwiniami, z malinami i borówkami oraz ser mascarpone i filiżanka kawy, o którą wcześniej poprosił Wojtek.
– Zapomniałam – rzuciła pod nosem i ponownie zniknęła.
Na balkon wróciła z karafką soku jabłkowego z listkami mięty oraz dwiema szklankami, a gdy dostrzegła rozanielony wzrok Franka na widok ich ulubionego napoju, porozumiewawczo puściła do chłopca oko.
***
– Myślę, że dopóki nie ma cioci Sary, moglibyśmy przychodzić do ciebie na śniadania. To najlepsze gofry, jakie w życiu jadłem. – Franek starł z twarzy resztki cukru.
Reakcję Wojtka opóźniło przełykanie kęsa wafla, ale gdy już to zrobił, upomniał syna:
– Dziecko, nieładnie tak się wpraszać.
– A ja uważam, że to bardzo dobry pomysł. Naprawdę nie lubię jadać sama – przyznała szczerze Zuza i napełniła dwie szklanki sokiem, po czym jedną z nich podała chłopcu.
– No widzisz, tatusiu, ciocia też chce.
– Waż słowa – ostrzegł Wojtek, patrząc przyjaciółce w oczy. – Weźmie to sobie do serca i żyć mi nie da.
– I słusznie – stwierdziła z uśmiechem. – Franek, jeśli tylko będziesz miał ochotę, to ja zawsze zapraszam, a gdybyś chciał, żebym przygotowała coś specjalnego, weź telefon taty i zadzwoń do mnie z zamówieniem. Umowa stoi? – Wyciągnęła rękę w stronę chłopca.
– Stoi. – Franek również wysunął dłoń lepką od cukru pudru i przybił piątkę z Zuzką. – Muszę umyć rączki, zaraz wracam – powiedział i pobiegł do łazienki.
– Jakby co, lojalnie uprzedzałem. – Wojtek upił łyk kawy i sięgnął po jeszcze jednego gofra.
– Ale ja mówię poważnie – odparła Zuza. – Czasami, kiedy siedzę tu sama, jestem na skraju obłędu. Wychowałam się w dużej i głośnej rodzinie, takiej we włoskim stylu. Potem mieszkałam chwilę w akademiku, w którym wiecznie była impreza, a gdy zostałam współlokatorką Sary, tak naprawdę też miałyśmy dom otwarty, stale ktoś u nas przesiadywał. A teraz cisza, marazm i stagnacja. I jeszcze ten twój przyjaciel porwał moją przyjaciółkę, a do niedawna sąsiadkę, na drugi koniec miasta, więc już nikt mi nawet nie robi nalotów znienacka.
– Na pocieszenie i usprawiedliwienie… twoja przyjaciółka, a do niedawna sąsiadka, tak omotała tego mojego przyjaciela, że teraz on świata poza nią nie widzi i mnie też już nalotów nie robi.
– Biedni my – westchnęła z udawaną żałością. – A jak ten wczorajszy mecz?
– Średni, nasi przegrali. Później poszliśmy do Jakuba, żeby osłodzić sobie gorycz porażki grą na konsoli.
– Duże dzieci. – Zuzanna z dezaprobatą pokręciła głową.
– Powiedziała dorosła kobieta, która usnęła na seansie bajkowym – rzucił zaczepnie, ale zuchwały uśmiech, który zagościł na jego twarzy, zaraz zniknął, kiedy do ich uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk nadejścia wiadomości w aplikacji randkowej.
– Ty też? – jęknęła dziewczyna.
– Co: ja też? – Wojtek nie zrozumiał pytania.
– Ty też z kimś się spotykasz?
– Ja nie. A kto jeszcze?
– Kalina z Piotrkiem rozpoczęli jakąś romantyczną serię. Następni byli Sara i Justin, potem Julia wyhaczyła księgowego, ale to jeszcze świeża sprawa, ty szukasz dziewczyny w aplikacji, więc to kwestia czasu, aż ktoś cię usidli. Tylko ja i Schmidt zostaniemy, jak ten niezdobyty bastion. Nie żeby Kuba rokował, on pewnie nigdy się nie ustatkuje, ale jeśli wszyscy będą w szczęśliwych związkach, to zostanę jak ta ostatnia niedojda, piąte koło u wozu.
– Spokojnie, tkwimy w tych singielskich czeluściach razem, nie zamierzam nikogo poznawać. A aplikacja to efekt głupich żartów z wczoraj. Kuba założył mi profil i mam przez miesiąc go nie kasować, inaczej będę musiał mu sprezentować filipiński rum, a wolałbym tego uniknąć.
– Wojtek, uważam, że Kuba ma rację – odparła poważnie Zuza. – Teraz są specyficzne czasy. Łatwiej wygrać zieloną kartę w loterii wizowej, niż znaleźć kogoś na całe życie, ale też trzeba dać sobie szansę na poznawanie ludzi. Umów się z tymi dziewczynami, a nuż któraś skradnie ci serce. Poza tym szkoda twojego materiału genetycznego, bo fajne dzieci robisz.
– Dzięki, Zuzka, kiedyś na pewno użyję tego argumentu jako karty przetargowej – zażartował.
– Jestem! – Franek wbiegł na balkon, prezentując czyste ręce.
– Mistrzu, pomożemy cioci posprzątać po śniadaniu i wracamy do domu.
– Nie żebym chciał, ale skoro trzeba już iść, to okej. – Chłopiec oparł się o ścianę i wpatrując się uważnie w Wojtka, zapytał: – Tato, a zaczniesz mnie dzisiaj uczyć?
– Tak jak obiecałem.
– Super! – ucieszył się Franek i podbiegł do stołu, żeby pomóc Zuzannie zbierać naczynia. – Tatuś kupił mi deskorolkę i będę się uczył jeździć. On też kiedyś jeździł, ale to było dawno temu, jak jeszcze nie był stary.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Cytat i dedykacja
Rozdział 1
Z.
W.
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
