Amor fati. T. 2. Sobie pisani - Karolina Tomaszewska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Amor fati. T. 2. Sobie pisani ebook i audiobook

Karolina Tomaszewska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Po każdym antrakcie następuje ciąg dalszy przedstawienia. Wspólny sekret potrafi połączyć ludzi mocniej niż najgłośniejsze deklaracje, a drobne uszczypliwości często okazują się początkiem czegoś, czego nikt nie planował.Kalina Podhorecka i Piotr Kazanecki wiedzą o tym aż za dobrze kiedyś nie potrafili ze sobą rozmawiać bez kłótni, dziś łączy ich nie tylko zaskakująca komitywa, lecz także doświadczenie, które na zawsze zmieniło ich perspektywę.

Ojciec Piotra i matka Kaliny planują ślub, a dawne animozje powoli ustępują miejsca zaufaniu, trosce i relacji, rodzącej się gdzieś między scenami codzienności. Gdy przeszłość wystawia Kalinę na próbę, której nie da się odegrać według żadnego scenariusza, Piotr przypadkowy uczestnik tego aktu postanawia pozostać na scenie i ku własnemu zaskoczeniu zaczyna się w tej roli całkiem dobrze bawić.

Sobie pisani to drugi tom cyklu Amor fati, współczesnej komedii romantycznej pełnej błyskotliwego humoru, słownej szermierki i emocji ukrytych między wierszami. Opowieść o ludziach, którzy oficjalnie panują nad chaosem codzienności, a tak naprawdę uczą się ufać sobie nawzajem. Bo czasem wystarczy, że ktoś zostaje obok i nagle się okazuje, że od początku byli sobie pisani.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 276

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 21 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Szymańczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Anna Jeziorska

Korekta

Urszula Bańcerek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Ilustracje na okładce

© deagreez, TSANI | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Karolina Tomaszewska 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-69-3

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

[…] od dłuższego czasu

bawił się nimi przypadek.

Jeszcze nie całkiem gotów

zamienić się dla nich w los […].

Wisława Szymborska, Miłość od pierwszego wejrzenia

Dla mojego ukochanego dziadka Mariana Majewskiego

Rozdział 1

K.

Po spotkaniu z dyrektorem Kalina opadła bezsilnie na fotel przy biurku. Przez bite dwie godziny starała się przybliżyć mu roczną strategię, nad którą pracowała w czasie grudniowego urlopu. Jej najważniejszym założeniem było otwarcie teatru dla dzieci i ich rodziców, a dyrektor niekoniecznie chciał inwestować w takie projekty. Dopiero po uzyskaniu pozytywnej rekomendacji od działu kreatywnego wyraził zgodę na pilotażowy, trzymiesięczny program promocji instytucji wśród najmłodszych.

Ta konfrontacja kosztowała Kalinę wiele energii i nerwów. Wierzyła w swój pomysł, ale obawiała się, że przez monopol kampanii reklamowych w mediach społecznościowych taka klasyczna wersja działań rzeczywiście może być ryzykowna i mało efektywna, ale czuła też, że dzieci, które trafią na spektakle i warsztaty, będą mogły pokochać teatr i, tak jak ona kiedyś, odnaleźć w nim pasję, ukojenie i radość.

Tego dnia nie planowała wracać po pracy do domu – chciała posiedzieć na portierni z panem Jeremiaszem i z nim poplotkować, później zaś zobaczyć Księżyc i magnolie. Lubiła ten spektakl, a nie miała okazji obejrzeć go w nowej obsadzie. Chociaż tak naprawdę najbardziej zależało jej na ploteczkach.

W dębowej szafce trzymała schowane na taką okazję ciastka maślane i ukochane cukierki pana Jeremiasza – miętówki w czekoladzie. Ułożyła łakocie na talerzyku, a do dwóch kubków wrzuciła po torebce czarnej herbaty. Kiedyś dużo częściej wpadała z takim zestawem na portiernię, zwłaszcza zimą. Uwielbiała słuchać opowieści pana Jeremiasza, który doskonale znał ten teatr i kochał go tak samo mocno jak ona, a może nawet bardziej, w końcu pracował w nim od pięćdziesięciu lat.

Czekając, aż woda się zagotuje, przyglądała się swoim paznokciom. Podejrzewała, że odnajdzie mikrouszkodzenia, ponieważ przez niemal pół dnia non stop pisała na klawiaturze, jednak krwistoczerwony lakier na płytce pozostał nienaruszony. Kiedy czajnik się wyłączył, Kalina zalała herbatę, postawiła kubki na tacy tuż obok słodyczy i skierowała się z nią ku drzwiom. Nim zdążyła je otworzyć, usłyszała dzwonek swojego telefonu, który leżał na biurku. Już planowała zignorować namolny dźwięk, ale postanowiła zerknąć na wyświetlacz, aby się upewnić, że nie musi reagować. Zdjęcie Anny, które widniało na ekranie, skutecznie zmotywowało ją do odstawienia tacy i odebrania połączenia.

– Cześć, mamo – rzuciła pośpiesznie.

– Witaj, córeczko. My już czekamy na samolot, odezwę się, jak wylądujemy.

– Świetnie. Bawcie się dobrze.

– Kochanie, mam do ciebie nietypową prośbę – powiedziała nagle Anna. Jej głos brzmiał bardzo poważnie.

– O co chodzi?

– Niepokoimy się o Piotra. Tomasz niedawno z nim rozmawiał, ale on ledwo mówił. Tomek wysyłał go do przychodni, tylko chyba nie dotarły do niego żadne argumenty. Czy mogłabyś poprosić Szymona, żeby sprawdził, co z nim? Wiem, że jest pediatrą, ale zawsze lekarz to lekarz. Może go osłucha i poda coś na zbicie gorączki albo przepisze antybiotyk, jeśli byłby potrzebny.

– Mamo, Piotrek jest dorosły i kumpluje się z Szymonem, więc sam umiałby poprosić go o pomoc, gdyby jej naprawdę potrzebował. Nie niańczcie nas, jakbyśmy mieli po siedem lat – próbowała racjonalizować Kalina.

Odgłosy chaosu lotniska zagłuszały wypowiedź Anny, która nie dawała za wygraną.

– Ale on naprawdę jest w kiepskim stanie, martwimy się.

Niepokój w głosie matki, a także poczucie konieczności rewanżu wobec Piotra zaważyły na decyzji Kaliny.

– W takim razie podjadę do niego i zobaczę, co jest grane – odparła. – Jeśli rzeczywiście będzie słabo, zadzwonię do Szymona. Zadowolona?

– Jesteś aniołem! Ubóstwiam cię! – krzyknęła Anna, nie kryjąc wdzięczności.

– Wyślijcie mi tylko jego adres – mruknęła Kalina.

Odrobinę rozczarowana nagłą zmianą planów, odstawiła tacę na szafkę, włożyła płaszcz, a talerzyk z łakociami, który przygotowała dla pana Jeremiasza, wzięła ze sobą. Wychodząc z biura, skręciła w stronę portierni i przekazała swojemu ulubionemu współpracownikowi coś na osłodę ich odwołanego spotkania.

Kalina rozpoznała osiedle, na które wjechała swoim niedawno naprawionym autem. Przypominała sobie, że była już kiedyś w tej okolicy, by odebrać Sarę od Jakuba, którego apartament mieścił się w bloku na końcu ulicy.

Po odnalezieniu właściwego budynku wpisała kod, który przesłał jej Tomasz, i zgodnie z wytycznymi pojechała na siódme piętro. Odnalazłszy drzwi z numerem sto piętnaście, nacisnęła przycisk dzwonka. Po upływie kilku sekund powtórzyła tę czynność, ale tym razem też bez efektu. Energiczne pukanie również nie przyniosło skutku. W pierwszej chwili pomyślała, że Piotr jest pewnie lekko przeziębiony i z niewielkim katarem pracuje w swoim biurze, a Tomasz i Anna niepotrzebnie podnieśli larum, ale żeby nie mieć sobie nic do zarzucenia, wyjęła telefon z kieszeni płaszcza i wybrała numer Kazaneckiego. Odebrał po drugim sygnale.

– Tak? – zapytał ochrypłym głosem.

– Gdzie jesteś?

– Coś się stało? – W słuchawce rozległ się kaszel.

– Jesteś w swoim mieszkaniu?

– Ta – wymamrotał.

– No to otwórz mi drzwi, bo sterczę pod nimi jak idiotka.

Kalina usłyszała dźwięk zakończonego połączenia, a po chwili odgłos przekręcanego klucza. W progu stał Piotr w wydaniu całkowicie odmiennym, niż zazwyczaj go widywała. Szare spodnie dresowe, koszulka z częściowo spranym logotypem Iron Maiden i czarna bluza z kapturem naciągniętym na głowę, spod którego wystawały kosmyki ciemnych włosów. Brodę i policzki pokrywał lekki zarost, a sińce pod oczami silnie kontrastowały z bladą twarzą.

– Coś się stało? – zapytał, zmuszając się do powstrzymania kaszlu.

– Podobno jesteś chory, a ja zostałam oddelegowana przez mamę i Tomka na misję wywiadowczą.

Piotr bezradnie potarł dłonią twarz, a następnie cicho powiedział:

– Wracaj do domu. Nic mi nie będzie, to zwykłe przeziębienie. Daj mi spokój.

Już prawie zamknął jej drzwi przed nosem, ale dość sprawnie wykorzystała fakt, że miał opóźnione ruchy, i wślizgnęła się do mieszkania.

– Kal, nie dam rady z tobą rozmawiać. Serio, muszę się położyć. Wpadnij kiedy indziej. – Oczy miał zaszklone, a atak kaszlu sprawił, że zgiął się wpół.

Kiedy się wyprostował, Kalina podeszła do niego i przyłożyła mu dłoń do czoła.

– Masz gorączkę – stwierdziła. – Brałeś już leki na zbicie temperatury?

– Znalazłem jakąś tabletkę i łyknąłem.

– Gdzie masz apteczkę? – zapytała.

– Nie mam żadnej apteczki. W szufladzie miałem tylko proszki na kaca, które wziąłem, bo łeb mi pęka.

– Bardzo odpowiedzialnie – prychnęła.

Piotr resztkami sił machnął ręką i powlókł się w stronę salonu, gdzie na czarnej kanapie leżały poduszka i koc. Opadł na nią i natychmiast przykrył się niemal po czubek głowy.

Kalina bacznie obserwowała jego ruchy – po codziennej energii i przebojowości nie został żaden ślad, a jedyny koloryt na twarzy stanowiły zaczerwienienia w okolicach skrzydełek nosa.

– Dlaczego nie leżysz w sypialni? – zapytała, zgarniając ze stolika pusty kubek po herbacie.

Piotr odkaszlnął, aby móc cokolwiek powiedzieć, i z zamkniętymi oczami poinformował:

– Tu mam telewizor.

Podhorecka zerknęła na ciemny ekran, a następnie przeniosła wzrok na ledwo wystające spod koca rozczochrane włosy.

– Przecież nic teraz nie oglądasz – zauważyła trzeźwo.

W salonie rozległo się ciężkie westchnięcie przeplatane kaszlem, a gdy ucichło, Piotr odparł:

– Ale gdybym chciał, to bym mógł. A w sypialni nie miałbym takiego wyboru.

– Głupie.

– Możliwe. A jak już się powymądrzałaś, to proszę, pozwól mi iść spać.

– Jadłeś coś?

– Chcę spać, a nie jeść – jęknął.

Kalina rozejrzała się po mieszkaniu. W salonie panował względny porządek, nie licząc torby i kilku ubrań, które zamiast wisieć na wieszakach, leżały rozrzucone na fotelu. Stan Piotra może nie zwiastował agonii, ale gdyby wziął odpowiednie leki, powrót do zdrowia byłby zdecydowanie szybszy i efektywniejszy.

Nie chcąc przy nim dzwonić do Szymona, podeszła do drzwi, za którymi znajdowała się sypialnia, i wślizgnęła się do środka. Usiadła na zaścielonym łóżku i wybrała w telefonie numer przyjaciela, lecz ten nie odebrał.

Rozglądając się po pomieszczeniu, zaczęła opracowywać plan na wypadek, gdyby Nidecki nie mógł zbadać Piotra. Postanowiła, że w ostateczności poprosi o pomoc Kamila. Wahając się jeszcze nad decyzją, zerknęła na szafkę przy łóżku – leżały na niej otwarta książka Kena Folletta, okulary i do połowy opróżniona paczka owocowych żelków. Dalszą wnikliwą lustrację sypialni przerwał dzwoniący telefon.

– Cześć, piękna, oddzwaniam – powiedział Szymon, jak zawsze radosnym tonem.

– Hej. Słuchaj, mam prośbę. Piotrek się rozchorował, właśnie u niego jestem. Czy mógłbyś tu podjechać i zobaczyć, czy z tego wyjdzie? Bo zaczynam mieć wątpliwości.

– Jako przedstawiciel gatunku męskiego zaręczam ci, że nasze przeziębienia są dużo dotkliwsze i intensywniejsze w objawach.

– Tak mi się właśnie wydaje, że Kazanecki toczy teraz walkę o życie – skwitowała, uśmiechając się pod nosem.

– Za półtorej godziny zaczynam dyżur, więc zdążę wcześniej wpaść i go zbadać – obiecał Nidecki.

W salonie panował półmrok, jedynie niewielka lampka stojąca na metalowej konsoli rzucała światło na kanapę, na której spał Piotr. Aby go nie budzić, Kalina podeszła do przesuwnych drzwi, za którymi znajdowała się kuchnia. Początkowo zamierzała usiąść przy wyspie i poczekać na Szymona, ale ostatecznie postanowiła się upewnić, że kiedy Piotr się obudzi, będzie miał w domu coś do jedzenia.

Zabudowana, dwuskrzydłowa lodówka niemal świeciła pustkami. Oprócz zapasu napojów izotonicznych Podhorecka znalazła w niej tylko kilka jogurtów i dżem, a na blacie obok stał słoik masła orzechowego. W oczekiwaniu na przyjazd Szymona postanowiła złożyć zamówienie na zakupy przez aplikację, aby Piotr mógł nazajutrz zjeść coś pożywnego. Ponieważ jej dług wdzięczności wobec obłożnie chorego był dość spory, nie ograniczała się w doborze produktów, które miały zostać dostarczone jeszcze tego wieczoru.

Nidecki pojawił się w mieszkaniu Piotra równo dwadzieścia osiem minut od zakończenia rozmowy z Kaliną. Po przywitaniu się z przyjaciółką przeszedł w stronę sypialni Piotra, co mogło świadczyć o tym, że on, w przeciwieństwie do Podhoreckiej, był już gościem w tym domu.

– Jest w salonie – wytłumaczyła pośpiesznie.

Kiedy weszli do pokoju, Szymon włączył górne oświetlenie.

– Wstajemy, wstajemy, śpiąca królewno! – huknął donośnie, czym obudził chorego.

Piotr otworzył jedno oko, zmierzył wzrokiem postaci, które nad nim stały, i zachrypniętym głosem burknął:

– Czy wy nie macie swoich domów? – Naciągnął koc jeszcze wyżej i zakrył nim głowę.

– Nie strój fochów jak panienka z PMS-em – rzucił bezmyślnie Szymon, ale Kalina szturchnęła go dość mocno w ramię, bagatelizując, że trzymał torbę lekarską. – Wybacz, Kal, głupi komentarz, zapomniałem się.

Nidecki zdjął kurtkę, a następnie położył ją na fotelu. Z torby wyjął termometr, który skierował na czoło Piotra. Po sekundzie wyświetlacz zmienił kolor z zielonego na czerwony, a cyfry wskazały 39,6 stopnia Celsjusza.

– Dobra, Kazanecki, pokaż się. – Szymon usiadł na kanapie i rozpoczął badanie.

Kalina przeszła do kuchni, aby im nie przeszkadzać. Na początku myślała, że Piotr wyolbrzymia swoje złe samopoczucie, ale tak wysoka gorączka musiała wiązać się z ogromnym osłabieniem organizmu.

Po niespełna kwadransie Nidecki do niej dołączył.

– Wygląda to na klasyczne przeziębienie, ale płuca są czyste, to najważniejsze. Zaprowadziłem go do sypialni, żeby mu było wygodniej. Powiedział, że nie ma w domu nic przeciwgorączkowego. Widziałem niedaleko aptekę, więc kupię co trzeba i rozpiszę dawkowanie, ale przydałoby się go monitorować, żeby zbić temperaturę chociaż o dwa stopnie.

– Dobrze, ja tu zostanę i będę go pilnować, tylko czy mógłbyś pożyczyć mi termometr?

– Jasne. – Szymon wyjął z torby urządzenie i położył je na kuchennej wyspie. – Zaraz przyjdę z lekami, a najwyżej rano, jak będę wracał ze szpitala, zajrzę jeszcze, żeby sprawdzić, czy mu się poprawiło.

Zaraz po tym, jak Nidecki dostarczył medykamenty, pojawił się kurier z zakupami. Kalina sprawdziła, czy wszystko, co zamówiła, zostało przywiezione, a następnie część produktów zostawiła na blacie, aby móc z nich przyrządzić odżywczy posiłek. Stwierdziła, że ugotuje rosół, żeby nazajutrz Piotr nie musiał niczego zamawiać.

Po przeszukaniu większości szafek zlokalizowała średniej wielkości garnek, do którego włożyła mięso. Warzywa obrała i opłukała, czekając na właściwy moment, by dodać je do wywaru. W międzyczasie zaglądała do Piotra, który pokasływał przez sen. Zaniepokoił ją fakt, że mimo podania leku temperatura wciąż nie spadała, dlatego napisała do Szymona z raportem o sytuacji i prośbą o wskazówki. Przyjaciel kazał zrobić zimny okład i po godzinie podać kolejną tabletkę.

Kalina zlokalizowała w łazience szafkę z ręcznikami, wybrała najmniejszy i zmoczyła go zimną wodą. Zwinięty na kilka części materiał położyła na gorącym czole Piotra, który przebudził się, mruknął w przestrzeń: „Spadaj” i znów zamknął oczy. Kolejny pomiar był bardziej optymistyczny, gorączka malała, a ucisk w mostku, który odczuwała od dwóch godzin, zaczął powoli ustępować.

Trochę spokojniejsza zdążyła posprzątać kuchnię po przygotowaniu rosołu i obejrzeć dwa odcinki serialu, zanim poszła kolejny raz zmierzyć Piotrowi temperaturę. Na szczęście wyglądało na to, że jego stan się ustabilizował. Ucieszyła się z opanowania sytuacji, ale nagle poczuła potworne zmęczenie. Wahając się, czy jeszcze zostać, czy wrócić do domu, usiadła na kanapie, podciągnęła nogi na siedzisko, oparła głowę o miękki materiał zagłówka i przykryła się leżącym obok kocem. Na chwilę zamknęła oczy, aby choć trochę naładować akumulatory.

P.

Uniesienie powiek sprawiało Piotrowi realny ból. Zesztywniały kark i spięte mięśnie brzucha potwierdzały, że miniona noc nie należała do najłatwiejszych. Poranek przyniósł ze sobą odrobinę ukojenia, ale mężczyzna wciąż odczuwał duże osłabienie i otępienie. Nadziei i szansy na powrót do żywych upatrywał w gorącym prysznicu. Nieśpiesznie przeszedł do łazienki, ale każdy krok stanowił dla niego wyzwanie. Tuż przed odkręceniem kurka z ciepłą wodą chciał zrezygnować i wrócić do sypialni, ale zdrowy rozsądek zwyciężył. Miał wrażenie, że spływający po twarzy strumień uderzał go z potrójną siłą, dlatego nie przedłużał kąpieli. Osuszył się dokładnie ręcznikiem, choć kosztowało go to sporo wysiłku. Czarny szlafrok, który narzucił na ramiona, izolował ciepło, więc kolejnym ambitnym krokiem miało być wypicie kawy. Innych ekstremalnych czynności na ten poranek nie przewidywał.

W połowie drogi do kuchni zatrzymał się osłupiały. Z jego kanapy zwisała ludzka noga w czarnych spodniach i kolorowej skarpecie. Zmieszany odkryciem podszedł bliżej. Obiekt, bynajmniej nie westchnień, niewzruszony spał w jego salonie.

Nie do końca świadomy, czy obraz, który ma przed oczami, jest chorobowym mirażem czy realnym widokiem, zdecydował się na test palpacyjny i przyłożył nieco wilgotną dłoń do twarzy rozpoznanego narkoleptyka.

Pisk, który rozległ się w mieszkaniu, skutecznie uświadomił go o prawdziwości tego, co widział. Kalina, zrywając się z sofy, wrzasnęła na niego tak głośno, że nawet gdyby przez uciążliwy katar miał zatkane uszy, decybele, które usłyszał, od razu by go uzdrowiły.

– Co robisz, cymbale?! – wrzasnęła z mordem w oczach.

– Sprawdzam, czy nie mam omamów. Kojarzyłem, że tu byłaś, ale po przebudzeniu myślałem, że to był sen. A może bardziej koszmar – sprecyzował z cynicznym uśmiechem.

Kalina ponownie usiadła, rozpuściła włosy, które teraz były w ogromnym nieładzie, lekko przeczesała je palcami i ponownie związała w luźny kok, a kiedy już doprowadziła się do względnej schludności, wytłumaczyła:

– Opornie radziłeś sobie z gorączką, dopiero późno w nocy temperatura zaczęła spadać. Pilnowałam, żebyś nie odszedł z tego świata.

– I opiekowałaś się mną jak prawdziwa siostra miłosierdzia? – zapytał, nie ukrywając zaskoczenia i zadowolenia z pozyskanych informacji.

– Żebyś wczoraj był taki wygadany… – burknęła, po czym wstała i złożyła w kostkę koc, którym wcześniej się przykrywała. – Szymon niedługo wpadnie sprawdzić, czy wszystko okej, bo cherlałeś jak gruźlik.

Jej słowa nagle go otrzeźwiły, a zawadiacki wyraz twarzy zastąpiły dezorientacja i zawód.

– O cholera – rzucił nagle.

Podhorecka stanęła osłupiała, przyglądając się nagle ożywionemu Piotrowi, który zaczął nerwowo przeczesywać palcami mokre włosy.

– Przecież nie powinno cię tu być. Kalina, a jeśli się zarazisz? W każdej chwili możesz dostać informację o terminie przeszczepu. Powinnaś na siebie uważać, a nie pchać się do mieszkania pełnego zarazków.

– Nie pomyślałam o tym – przyznała szczerze, po czym bagatelizując jego obawy, machnęła ręką i dodała: – Wyluzuj, nie robiłam ci sztucznego oddychania, tylko mierzyłam temperaturę, większość czasu spędziłam w salonie lub w kuchni. Nic mi nie będzie.

– Bardzo ci dziękuję za pomoc, ale proszę, wracaj do domu. Nie możesz tak ryzykować – powiedział niezwykle stanowczo.

Kalina podeszła do fotela, na którym wcześniej przewiesiła swój płaszcz, wzięła okrycie i nieśpiesznie zaczęła wsuwać ręce do rękawów.

– Wychodzę, ale nie dlatego, że panikujesz. Po prostu jestem bardzo zmęczona. Staraj się jeszcze dziś poleżeć. – Ziewnęła, zasłaniając usta dłonią. – A ja idę odespać niańczenie ciebie. Nara. – Machnęła na pożegnanie, a odgłos zamykanych drzwi potwierdził jej zniknięcie.

Wciąż obolały, ale nad wyraz zadowolony Piotr zrezygnował z kawy i poczłapał do sypialni. Przeglądając w telefonie serwisy informacyjne, myślami wracał do migawek minionego wieczoru i dzisiejszego poranka. Nie spodziewał się, że Kalina tak przejmie się jego chorobą i postanowi czuwać nad nim w nocy. Taka forma troski i zainteresowania z jej strony dość dobitnie połechtała jego męskie ego, jednak miał wyrzuty sumienia, że naraziła swoje zdrowie, a w okresie przed przeszczepem powinna zachować wyjątkową ostrożność.

Rekonwalescencja była dla Piotra utrapieniem. Nie miał na tyle siły, aby pójść do pracowni, ale samo leżenie również wykańczało go psychicznie. Nienawidził poczucia marnowania czasu. Od zawsze starał się maksymalnie wykorzystywać każdy dzień. Nawet jeśli odpoczywał, to aktywnie: uprawiając sport lub podróżując. Bezczynność męczyła go najbardziej, ale w tym momencie do stanu całkowitego znudzenia doszedł jeszcze głód, który narastał z każdą minutą.

Lekki ból głowy oraz kaszel wykluczyły go z eskapady po prowiant, dlatego musiał zadowolić się masłem orzechowym i dżemem, których w domu miał spory zapas. Gdy otworzył lodówkę, jej zawartość go zdumiała, ponieważ dawała szansę na zdecydowanie kreatywniejsze rozwiązania kulinarne.

Przed atakiem choroby nie zrobił zakupów, a wbrew logice w jego kuchni było wszystko, czego potrzebował do przetrwania weekendu: warzywa, owoce, pieczywo, a nawet żelki, produkt, od którego był oficjalnie uzależniony. Oprócz sprawunków znalazł także garnek z zupą.

Pomoc Kaliny była dla niego miłym zaskoczeniem. Wiedział, że jest serdeczna – od tygodni obserwował, jak Podhorecka troszczy się o bliskie osoby – ale nawet nie podejrzewał, że tyle satysfakcji da mu świadomość, że został zakwalifikowany do tego elitarnego grona.

Gdy otwierał opakowanie swoich ulubionych żelków, na ekranie telefonu pojawiła się wiadomość. Czytając imię nadawcy, poczuł lekkie ukłucie rozczarowania, które przypisał rozmyślaniu o wydarzeniach poprzedniego wieczoru, a także chorobowemu rozdrażnieniu.

Przesuwając palcem po wyświetlaczu, przeglądał nadesłane zdjęcia. Pierwsze, co przykuło jego uwagę, to ikoniczne budowle Antoniego Gaudíego: Casa Batlló, kościół Sagrada Familia i Casa Milà. Perły katalońskiej architektury były tłem dla wyszukanych póz Oliwii.

Piotr powiększył jedną z fotografii, a przez głowę przemknęła mu złośliwa myśl: ta kobieta przykładała tyle uwagi do kreatywnych ujęć, że istniało wysokie prawdopodobieństwo jej nieświadomości, iż uwieczniane budynki zostały zaprojektowane przez jednego z najwybitniejszych przedstawicieli modernizmu. Mógłby jej o tym napisać, ale wolał nie ryzykować, gdyż ich pierwsza i zarazem ostatnia rozmowa o jego pasji do architektury zakończyła się jej ostentacyjnym znudzeniem i ziewaniem, jednak aby nie sprawić Oliwii przykrości, uprzejmie dopytał, czy pobyt jest udany, a pogoda dopisuje. W odpowiedzi otrzymał zdjęcia uśmiechniętej blondynki z talerzem pełnym owoców morza i kieliszkiem sangrii w dłoni, co zinterpretował jako wyraz jej zadowolenia z wyjazdu.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Cytat i dedykacja

Rozdział 1

K.

P.

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja