Alfabet pięknych pań - Mona Gin - ebook
NOWOŚĆ

Alfabet pięknych pań ebook

Mona Gin

0,0

Opis

Gdy arystokratyczna bajka okazuje się elegancką iluzją...

 

Kontynuacja wyjątkowej historii o przyjaciółkach z Pięciu par rękawiczek!

Ślub Augusty Maclay to najważniejsze wydarzenie tego lata. Przygotowania do ceremonii i balu weselnego są na językach wszystkich mieszkańców Londynu. Wygląda na to, że elita zdążyła już zapomnieć o skandalu z udziałem Augusty i jej towarzyszek, bo dziewczęta cieszą się życiem w arystokratycznej bajce. Wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku.

Do czasu… Wkrótce przyjaciółki przekonają się, że los bywa przewrotny, a pogodzenie rozsądku z porywami serca – szalenie trudne. Zwłaszcza w świecie konwenansów londyńskiej socjety.

Alfabet pięknych pań to wciągająca powieść o trudnych wyborach między miłością a przyjaźnią, wypełniona szelestem wirujących w tańcu sukien, salonowym przepychem i sekretami, które potrafią zmienić koleje losu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 364

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Praw­dzi­wym przy­ja­cio­łom

1

I

A.M. jak Au­gu­sta Mac­lay

We­sel­ne za­chcian­ki

6 sierp­nia 1865

Do ślu­bu pan­ny Au­gu­sty Mac­lay po­zo­stał jesz­cze ca­ły mie­siąc, a już Lon­dyń­czy­kom zda­wa­ło się, że sły­szą do­no­śny dźwięk ko­ściel­nych dzwo­nów. Wie­ści na te­mat or­ga­ni­za­cji za­ślu­bin pa­nien­ki Mac­lay z ba­ro­nem Clau­sem New­to­nem by­ły nie­mal tak go­rą­ce jak ko­niec la­ta w mie­ście i roz­cho­dzi­ły się ni­czym świe­że bu­łecz­ki. Życz­li­wi ma­wia­li, że za­mó­wio­na u fran­cu­skich kraw­ców suk­nia zo­sta­ła uszy­ta z de­li­kat­nej jak pa­ję­czy­na kosz­tow­nej ko­ron­ki, a ma­te­riał po­dob­no zdo­bi­ły licz­ne ka­mie­nie szla­chet­ne. Czyż­by Au­gu­ście nie wy­star­czył ogrom­ny dia­ment w pier­ścion­ku za­rę­czy­no­wym na jej pal­cu? Rzad­kie kwia­ty, ja­kich nie­je­den miesz­ka­niec Lon­dy­nu nie wi­dział na wła­sne oczy, o na­zwach tak eg­zo­tycz­nych, któ­re je­dy­nie bo­ta­nik zdol­ny był­by wy­po­wie­dzieć bez­błęd­nie, pły­nę­ły już stat­kiem z po­łu­dnia. Pa­stor Evans, po­mi­mo ogrom­nej sym­pa­tii do ro­dzi­ny Mac­lay­ów i ich wie­lo­let­niej przy­jaź­ni, miał dość cią­głych wi­zyt pa­nien­ki Mac­lay chcą­cej po raz en­ty upew­nić się, że spra­wy do­ty­czą­ce ślu­bu zo­sta­ły do­pię­te na ostat­ni gu­zik. Lu­dzie szep­ta­li, że sza­now­ny hra­bia John Mac­lay naj­młod­szą cór­kę wy­da­je, nie szczę­dząc ani gro­sza, wszyst­ko mia­ło być tak, jak za­pla­no­wa­ła je­go uko­cha­na blond ślicz­ność.

Au­gu­sty ni­g­dy nie prze­peł­nia­ło ta­kie szczę­ście, za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy te­mu by­ła po­go­dzo­na ze swo­ją sta­ro­pa­nień­ską przy­szło­ścią. Po­rów­ny­wa­ła wszyst­kich dżen­tel­me­nów za­in­te­re­so­wa­nych jej rę­ką do męż­czy­zny, któ­re­go od lat da­rzy­ła se­kret­nym uczu­ciem. Na tle ba­ro­na Clau­sa New­to­na każ­dy z kon­ku­ren­tów wy­pa­dał ra­czej bla­do. Te­raz, kie­dy mia­ła ory­gi­nał, zro­zu­mia­ła, jak da­rem­ne by­ło szu­ka­nie in­ne­go pa­na, któ­ry miał­by mu do­rów­nać. Pan New­ton zło­żył jej pro­po­zy­cję mał­żeń­ską, a ona by­ła­by nie­speł­na ro­zu­mu, gdy­by od­mó­wi­ła. Wraz z na­rze­czo­nym za­pla­no­wa­li nie tyl­ko wy­ma­rzo­ny ślub, ale wy­bie­gli na kil­ka lat w przód w wy­ob­ra­że­niach swo­jej wspól­nej świe­tla­nej przy­szło­ści.

– Jak my­ślisz, Clau­sie, te czy te? – Pan­na Mac­lay sta­ła przy okrą­głym sto­li­ku wspar­tym na jed­nej ma­syw­nej no­dze i ob­ra­ca­ła w dło­niach nie­mal iden­tycz­ne pa­pie­ro­we blocz­ki w od­cie­niach nie­bie­skie­go.

– Ko­cha­na, na­wet nie wiem, czym one się od sie­bie róż­nią – wes­tchnął pan New­ton sie­dzą­cy ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi w głę­bo­kim zie­lo­nym fo­te­lu. Czy­tał ga­ze­tę i zda­wał się kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wa­ny roz­mo­wą. – Wy­bierz sa­ma.

– Na ni­czym ci nie za­le­ży! – zde­ner­wo­wa­ła się. – Na­wet za­pro­sze­nia na wła­sny ślub są ci obo­jęt­ne.

– Ależ nie! – po­wie­dział nad­zwy­czaj po­waż­nie. Odło­żył pi­smo na ko­la­na i spoj­rzał na Au­gu­stę. – Po­kła­dam cał­ko­wi­tą uf­ność w two­im nie­na­gan­nym gu­ście.

Pan New­ton wstał z miej­sca i nie­spiesz­nie pod­szedł do na­bur­mu­szo­nej na­rze­czo­nej. Ta przy­mknę­ła swo­je po­wie­ki, ukry­wa­jąc pod ni­mi błę­kit­ne tę­czów­ki, a so­czy­ście ró­żo­we usta uło­ży­ła w nie­za­do­wo­lo­ną pod­ko­wę. Dżen­tel­men ob­jął ją w ta­lii i cier­pli­wie po­cze­kał, aż ko­bie­ta ze­chce na nie­go spoj­rzeć, po czym ob­da­rzył ją swo­im wy­jąt­ko­wym chło­pię­cym uśmie­chem, przy któ­rym każ­dej da­mie mię­kły ko­la­na.

Au­gu­sta zna­ła Clau­sa ty­le lat, a je­go uro­da wciąż ją onie­śmie­la­ła. Miał ja­sne sło­mia­ne wło­sy nie­sfor­nie opa­da­ją­ce na czo­ło i nie­bie­skie oczy, w któ­rych skry­ło się bez­chmur­ne nie­bo w let­ni dzień. Gdy na nią pa­trzył, jej ser­ce bi­ło jak sza­lo­ne, a od słów wy­po­wia­da­nych przez nie­go szep­tem no­gi sta­wa­ły się jak z wa­ty.

– Au­gu­sto – rzekł z po­wa­gą.

Ubó­stwia­ła, kie­dy wy­ma­wiał jej imię, za­wsze ro­bił to bar­dzo sta­ran­nie, jak­by każ­da li­te­ra w tym sło­wie by­ła na wa­gę zło­ta.

– Nie złość się – mó­wił ko­ją­co. – Je­dy­ne, cze­go pra­gnę, to ty, ca­ła ta otocz­ka jest dla mnie zbęd­na.

Claus ro­zej­rzał się po be­żo­wym sa­lo­nie w Mac­lay Fa­mi­ly Ho­use, by upew­nić się, że na­dal znaj­du­ją się w nim sa­mi. Zwró­cił twarz ku Au­gu­ście, jed­ną rę­ką ujął jej pod­bró­dek, a pal­ce dru­giej dło­ni wplótł w wy­pusz­czo­ne po pra­wej stro­nie zło­ci­ste krę­co­ne pu­kle dziew­czy­ny, po czym zło­żył na jej ustach mięk­ki po­ca­łu­nek.

– Claus, ktoś nas mo­że na­kryć! – za­chi­cho­ta­ła.

– Tak, i na­ka­żą mi się z pa­nien­ką oże­nić – za­drwił. – Cóż ja bied­ny wte­dy po­cznę.

– Nie śmiej się! Mój oj­ciec ma bar­dzo kon­ser­wa­tyw­ne po­dej­ście do mał­żeń­stwa, zde­ner­wu­je się.

– O zgro­zo! Nie chciał­bym pod­paść hra­bie­mu Mac­lay­owi. – Udał prze­stra­szo­ne­go, po czym zno­wu cmok­nął na­rze­czo­ną. – Zwy­czaj­nie trud­no się pa­ni oprzeć. – Roz­ło­żył rę­ce w ge­ście bez­rad­no­ści.

– Clau­sie!

– Och, ja­cy za­ko­cha­ni – po­wie­dzia­ła wcho­dzą­ca do sa­lo­nu ciem­no­wło­sa ko­bie­ta. – Wy­glą­da­cie ra­zem tak uro­czo, już nie mo­gę do­cze­kać się wa­szych dzie­ci, za­pew­ne bę­dą to uro­cze che­ru­bin­ki – za­chi­cho­ta­ła.

– Tak, po ślu­bie za­cznie­my czym prę­dzej nad tym pra­co­wać – po­wie­dział roz­ba­wio­ny pół­szep­tem do Au­gu­sty, a ta zmro­zi­ła go spoj­rze­niem.

Nie by­ła już ta­ka nie­win­na, jej przy­ja­ciół­ka Ma­de­li­ne, wio­dą­ca cał­kiem uda­ne ży­cie mał­żeń­skie, nie omiesz­ka­ła, dość szcze­gó­ło­wo zresz­tą, prze­ka­zać ku­zyn­ce zdo­by­tej przez sie­bie wie­dzy. Jak na przy­kład­ną żo­nę przy­sta­ło, pa­ni Gre­en­wo­od speł­nia­ła swo­ją po­win­ność mał­żeń­ską z wiel­kim od­da­niem, a Au­gu­ście opo­wie­dzia­ła, cze­go mo­że spo­dzie­wać się w ło­żu z męż­czy­zną.

– Ca­ro­li­ne? – Pan­na Mac­lay zro­bi­ła wiel­kie oczy, dzi­wiąc się wi­zy­tą nie­za­po­wie­dzia­ne­go go­ścia. – Co spro­wa­dza cię do Lon­dy­nu?

– Tak się stę­sk­ni­łam. – Przy­by­ła ko­bie­ta wy­cią­gnę­ła rę­ce w stro­nę pa­nien­ki. – Niech cię przy­tu­lę, ma­lut­ka.

Dziew­czy­na pod­bie­gła do sio­stry i moc­no się w nią wtu­li­ła. Na py­za­tej bu­zi Ca­ro­li­ne po­ja­wił się uśmiech, a jej zie­lo­ne oczy za­szły łza­mi.

– Nie pa­mię­tam na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia – po­wie­dzia­ła pa­ni Black, mru­ga­jąc za­wzię­cie. – Kie­dy to by­ło?

– Wte­dy, kie­dy przez myśl by mi nie prze­szło, że bę­dzie ci da­ne ty­tu­ło­wać mnie ba­ro­no­wą – za­żar­to­wa­ła Au­gu­sta, wy­cią­ga­jąc dum­nie szy­ję.

Chcia­ła za­ga­dać sio­strę na ty­le, by ta nie roz­kle­iła się na do­bre. Ca­ro­li­ne by­ła zna­na w ro­dzi­nie ze swo­ich wzru­szeń, któ­re za­mie­nia­ły się w płacz na kil­ka do­brych go­dzin.

– Za­pew­ne wiesz, kim jest mój przy­szły mąż – za­śmia­ła się, po czym zwró­ci­ła się do Clau­sa: – Mój dro­gi, ofi­cjal­nie przed­sta­wiam ci mo­ją star­szą sio­strę, Ca­ro­li­ne Black.

– Nie­zmier­nie mi mi­ło, pa­ni Black. – Dżen­tel­men uca­ło­wał dłoń Ca­ro­li­ne. – Ba­ron Claus New­ton.

– Ogrom­nie się ra­du­ję, że zdą­żę pa­na bli­żej po­znać przed ślu­bem z mo­ją ma­łą sio­strzycz­ką. Gu­stu­sia ma­rzy­ła o za­mąż­pój­ściu od naj­młod­szych lat. – Da­ma po­gła­dzi­ła po­li­czek Au­gu­sty z roz­anie­lo­ną mi­ną.

– Bła­gam, Ca­ro­li­ne, nie za­wsty­dzaj mnie. – Pan­na Mac­lay spło­nę­ła ru­mień­cem i ode­pchnę­ła dłoń sio­stry.

– Gu­stu­sia. – Claus uśmiech­nął się do na­rze­czo­nej. – Po­do­ba mi się.

– Mnie nie! – Wy­wró­ci­ła ocza­mi na je­go sło­wa.

– Roz­kosz­na z was pa­ra – za­chi­cho­ta­ła pa­ni Black.

– Przy­je­cha­łaś z Pa­tric­kiem oraz dzieć­mi? – za­py­ta­ła Au­gu­sta.

– Nie. – Skrzy­wi­ła się. – Pa­trick mu­siał zo­stać, że­by do­pil­no­wać in­te­re­sów. Dzie­ci są pod opie­ką nia­ni, przy­ja­dą w przy­szłym ty­go­dniu – tłu­ma­czy­ła.

– Nie mo­głaś po­cze­kać na ca­łą ro­dzi­nę? – zdzi­wi­ła się Au­gu­sta.

– We­zwa­ła mnie mat­ka, po­dob­no tra­cisz gło­wę. – Uśmiech­nę­ła się prze­pra­sza­ją­co. – Ana­bel­la też nie­ba­wem przy­bę­dzie.

– Słu­cham? – Pan­na Mac­lay nie­mal krzyk­nę­ła.

– Or­ga­ni­za­cja ślu­bu cię przy­tła­cza. Mar­twi­my się. – Pa­ni Black po­kle­pa­ła uspo­ka­ja­ją­co dłoń sio­stry. – To nor­mal­ne, cią­ży na was du­ża pre­sja.

– Ależ nic z tych rze­czy! – Wy­szar­pa­ła rę­kę z uści­sku. – Clau­sie, po­dzie­lasz zda­nie Ca­ro­li­ne? – za­py­ta­ła na­rze­czo­ne­go pi­skli­wie.

Męż­czy­zna po­czuł się jak w po­trza­sku, zbladł nie­co i uśmiech­nął się krzy­wo. Zdo­łał je­dy­nie wzru­szyć ra­mio­na­mi. Dla pan­ny Mac­lay ślub był czymś bar­dzo waż­nym, nie za­mie­rzał in­ge­ro­wać w jej za­chcian­ki, ale on je­den ślub już pla­no­wał i nie chciał uczest­ni­czyć w ko­lej­nych przy­go­to­wa­niach. Dzię­ko­wał Bo­gu, że w po­rę się opa­mię­tał i ze­rwał za­rę­czy­ny z pan­ną Cri­sty Car­ter. Od za­wsze ko­chał Au­gu­stę, nie­ste­ty po­trze­bo­wał wie­le cza­su, by to zro­zu­mieć. W obec­nej chwi­li ma­rzył, aby ta ca­ła we­sel­na far­sa by­ła za nim, a on mógł w spo­ko­ju roz­ko­szo­wać się to­wa­rzy­stwem żo­ny. Pra­gnął za­ło­żyć ro­dzi­nę z tą ko­bie­tą, swo­ją przy­szłość wi­dział u jej bo­ku, oto­czo­ny gro­mad­ką dzie­ci, któ­re mo­gli­by wza­jem­nie roz­piesz­czać. Claus za­bie­rał­by je na pie­sze wy­ciecz­ki i po­lo­wa­nia, a ich mat­ka uczy­ła­by je grać na for­te­pia­nie. Ży­cie z pa­nien­ką Mac­lay ma­lo­wa­ło się dla nie­go wy­łącz­nie w ja­snych bar­wach.

– Świet­nie! – obu­rzy­ła się Au­gu­sta. – Mat­ka nie od­wa­ży­ła się ze mną po­roz­ma­wiać, dzi­wi mnie to, zwa­żyw­szy, że za­wsze ma mnó­stwo do po­wie­dze­nia, ale ty? – Zmro­zi­ła na­rze­czo­ne­go spoj­rze­niem. – Dla­cze­go nie je­steś ze mną szcze­ry? Uwa­żasz mo­je we­sel­ne przy­go­to­wa­nia ze fa­na­be­rie, ale za­mie­rza­łeś to zwy­czaj­nie prze­mil­czeć.

– Au­gu­sto, ślub jest dla cie­bie waż­ny, nie chcę za­bie­rać ci przy­jem­no­ści z or­ga­ni­za­cji te­go wy­da­rze­nia – tłu­ma­czył spo­koj­nie.

– Bo­li mnie, że dla cie­bie nie jest rów­nie istot­ny! – wy­krzyk­nę­ła.

– Mo­ja dro­ga. – Za­mknął wol­no oczy i za­ci­snął zę­by. – Już raz uczest­ni­czy­łem w przy­go­to­wa­niach we­sel­nych…

– Ślub z Cri­sty bar­dziej cię in­te­re­so­wał ani­że­li nasz – we­szła mu w zda­nie.

– Non­sens.

– Cóż to za krzy­ki? – Do sa­lo­nu jak bu­rza wpa­dła mat­ka Au­gu­sty.

Wy­so­ka i szczu­pła ko­bie­ta o lek­ko si­wie­ją­cych ja­snych wło­sach zwią­za­nych w kok u pod­sta­wy gło­wy i za­krę­co­nych przy czo­le pej­sach spoj­rza­ła na prze­stra­szo­ną Ca­ro­li­ne, któ­ra przy­słu­chi­wa­ła się kłót­ni sio­stry i pa­na New­to­na, czu­jąc się win­na, ja­ko­by to ona ją wy­wo­ła­ła.

– Nie­win­na na­rze­czeń­ska sprzecz­ka, pa­ni Mac­lay – wy­tłu­ma­czył z uśmie­chem Claus.

Au­gu­sta z na­bur­mu­szo­ną mi­ną skrzy­żo­wa­ła rę­ce na pier­si, nie pa­trząc przy tym na resz­tę to­wa­rzy­stwa.

– Au­gu­sto, dą­sasz się ni­czym ma­łe dziec­ko – mó­wi­ła do od­wró­co­nej ple­ca­mi cór­ki Ali­ce Mac­lay. – Męż­czyź­ni nie czer­pią przy­jem­no­ści z wy­bie­ra­nia ko­lo­ru za­pro­szeń i kwia­tów na bal we­sel­ny – traj­ko­ta­ła nie­prze­rwa­nie. – Swo­ją dro­gą, uwa­żam, że po­win­naś za­ak­cep­to­wać mo­ją pro­po­zy­cję czer­wo­nych róż, prze­cież czer­wień to ko­lor mi­ło­ści, pięk­nie bę­dą wy­glą­dać w bu­kie­cie ślub­nym i wa­zo­nach, nie wspo­mi­na­jąc o ce­re­mo­nii. Wy­ob­raź to so­bie, có­recz­ko: su­niesz ko­ściel­ną na­wą po­śród mo­rza róż – roz­ma­rzy­ła się, a gdy wró­ci­ła my­śla­mi na zie­mię, do­da­ła: – Ca­ro­li­ne cię od­cią­ży w przy­go­to­wa­niach, praw­da?

Pa­ni Black po sło­wach mat­ki prze­łknę­ła ner­wo­wo śli­nę i ski­nę­ła nie­pew­nie.

– Wi­dzisz, sio­stra wy­ra­ża chęć do po­mo­cy – rze­kła me­lo­dyj­nie hra­bi­na. – Ana­bel­la jest w dro­dze.

– Ko­go jesz­cze zwo­łasz do swo­jej sza­lo­nej cór­ki? – wark­nę­ła Au­gu­sta, od­wra­ca­jąc się twa­rzą do mat­ki.

– Ależ, ko­cha­nie – wy­szep­ta­ła drżą­cym gło­sem, nie­mal pła­cząc, Ali­ce. – Jak mo­żesz tak mó­wić?

– Pa­ni Mac­lay. – Claus sta­nął mię­dzy ko­bie­ta­mi. – Chcia­łem pro­sić o zgo­dę na spa­cer z pa­nien­ką.

– Tak, idź­cie, idź­cie. – Hra­bi­na wy­cią­gnę­ła z ma­łej wor­ko­wej to­reb­ki prze­wie­szo­nej przez przed­ra­mię bia­łą ba­weł­nia­ną chu­s­tecz­kę wy­koń­czo­ną ko­ron­ką i otar­ła nią mo­kre oczy.

– Dzię­ku­ję – od­rzekł pan New­ton i ski­nął na po­że­gna­nie. – Pa­ni Mac­lay, pa­ni Black.

Claus ujął Au­gu­stę pod rę­kę. Czu­jąc lek­ki opór, po­cią­gnął moc­niej, a pa­nien­ka z mi­ną cał­ko­wi­te­go nie­za­do­wo­le­nia zde­cy­do­wa­ła się po­dą­żyć za ba­ro­nem. Pa­ra znik­nę­ła za drzwia­mi sa­lo­nu. Na­rze­cze­ni po­ko­na­li hol i ra­zem wy­szli na świe­że po­wie­trze. Nad Lon­dy­nem wi­sia­ły ciem­ne chmu­ry przy­wo­dzą­ce na myśl je­dy­nie po­rząd­ny deszcz, ale Claus chciał, aby Au­gu­sta ochło­nę­ła. Po­roz­ma­wia­ją spo­koj­nie na osob­no­ści. Naj­wy­żej ich spa­cer po­trwa nie­co kró­cej, niż by te­go so­bie ży­czył.

– Nie chcę, byś my­śla­ła, że ślub z to­bą jest mi obo­jęt­ny – za­gad­nął po chwi­li, po­nie­waż prze­chadz­ka od­by­wa­ła się w cał­ko­wi­tej ci­szy.

Pan­na Mac­lay jed­nak nie za­szczy­ci­ła pa­na New­to­na dźwię­kiem swo­je­go gło­su.

– Za­mie­rzasz mil­czeć?

Au­gu­sta i tym ra­zem nie od­po­wie­dzia­ła.

– My­ślę, że czer­wo­ne ró­że bę­dą ide­al­ne na nasz ślub. Po­ślę po spa­ce­rze wia­do­mość z za­mó­wie­niem – po­wie­dział po­waż­nie.

– Ani mi się waż! – wy­po­wie­dzia­ła sta­now­czo każ­de sło­wo i zła­pa­ła się pod bo­ki. – Kwia­ty są już wy­bra­ne, a mat­ka ca­ły czas chce prze­for­so­wać swo­je po­my­sły.

– Ha! Wie­dzia­łem. – Wy­pro­sto­wał się dum­nie. – Wtrą­ca­nia się mat­ki nie znie­siesz. Ode­zwa­łaś się, wy­gra­łem.

– Dzie­ciak z cie­bie, pa­nie New­ton. – Wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Do­brze! – za­śmiał się. – Bę­dę brał udział w każ­dym usta­le­niu do­ty­czą­cym na­sze­go ślu­bu, je­śli roz­ka­żesz, uło­żę rów­no wi­del­czy­ki do tor­tu we­sel­ne­go na sto­łach. Tyl­ko bła­gam, nie złość się już!

– Je­stem w sta­nie speł­nić two­ją proś­bę, ale pod jesz­cze jed­nym wa­run­kiem – za­świer­go­ta­ła.

– Ja­kim?

– Weź­miesz na swo­ją od­po­wie­dzial­ność rów­nież roz­ło­że­nie ły­że­czek do her­ba­ty.

– Oczy­wi­ście, naj­droż­sza, dla cie­bie wszyst­ko. Ły­żecz­ki i wi­del­czy­ki mi nie­strasz­ne. – Znów się za­śmiał i przy­tu­lił na­rze­czo­ną, czu­jąc wiel­ką ulgę, że ich pierw­sza po­waż­na sprzecz­ka zo­sta­ła za­że­gna­na.

II

A.M. jak Au­gu­sta Mac­lay

Pik­nik

8 sierp­nia 1865

W błę­kit­nym po­ko­ju sy­pial­nia­nym pan­ny Mac­lay pa­no­wał cha­os. Dwie star­sze sio­stry Au­gu­sty po­ma­ga­ły jej wło­żyć suk­nię na dzi­siej­sze wy­da­rze­nie, któ­re­go or­ga­ni­za­to­ra­mi by­li ich ro­dzi­ce. Ca­ro­li­ne Black i naj­star­sza z dam, blon­d­wło­sa Ana­bel­la Clin­ton, wy­ry­wa­ły so­bie spód­ni­cę, upar­cie ob­sta­jąc przy swo­im, gdzie jest przód te­goż ubio­ru. Au­gu­sta sta­ła z bo­ku i przy­pa­try­wa­ła się, jak w kłę­bią­cej się kłót­ni mie­sza­ją się kon­tra­stu­ją­ce ty­py uro­dy pań. Nie­mal ane­micz­na bla­da ce­ra i sre­brzy­ste, aż bia­łe wło­sy Ana­bel­li spra­wia­ły wra­że­nie jesz­cze ja­śniej­szych na tle kru­czo­czar­nych gę­stych lo­ków i brzo­skwi­nio­wej skó­ry Ca­ro­li­ne. Dziw bie­rze, że tak róż­ne oso­by mo­gą być naj­bliż­szą ro­dzi­ną.

– My­ślę, że po­win­nam za­wo­łać mat­kę, by oce­ni­ła, któ­ra z na­szej trój­ki jest naj­bar­dziej sza­lo­na – po­wie­dzia­ła od nie­chce­nia Au­gu­sta. – Mo­je nie­prze­wi­dy­wal­ne de­cy­zje przy or­ga­ni­za­cji ślu­bu są ni­czym w po­rów­na­niu z wa­szym nie­ra­cjo­nal­nym za­cho­wa­niem w tej chwi­li.

Ana­bel­la i Ca­ro­li­ne za­mar­ły w bez­ru­chu, trzy­ma­jąc we dwie be­żo­wą część dzi­siej­szej kre­acji Au­gu­sty. Zro­bi­ły mi­ny ni­czym upo­mnia­ne przez mat­kę w to­wa­rzy­stwie dziec­ko, któ­re, za­wsty­dzo­ne, mo­men­tal­nie prze­rwa­ło swo­je wy­bry­ki.

– Ża­łu­ję, że da­łam gar­de­ro­bia­nej wol­ne, przyj­mu­jąc ofer­tę wa­szej po­mo­cy – ode­zwa­ła się do mil­czą­cych dam pan­na Mac­lay. – Wi­docz­nie pój­dę na bal na­ga. – Roz­ło­ży­ła rę­ce w ge­ście bez­rad­no­ści.

– To two­ja wi­na, Ca­ro­li­ne – po­wie­dzia­ła Ana­bel­la. – Zde­ner­wo­wa­łaś Gu­stu­się, to jej pierw­szy na­rze­czeń­ski bal!

– Na­stęp­na. – Au­gu­sta wspar­ła dło­nie na bio­drach i unio­sła oczy ku gó­rze. – Nie mów do mnie „Gu­stu­sia”, mam dwa­dzie­ścia je­den lat i w nie­dłu­gim cza­sie wy­cho­dzę za mąż.

– Już do­brze. – Pa­ni Black po­de­szła do sio­stry i po­mo­gła jej skoń­czyć się ubie­rać.

Wzię­ła dół suk­ni od pa­ni Clin­ton i w kil­ku spraw­nych ru­chach za­ło­ży­ła go na roz­ło­ży­stą kry­no­li­nę, któ­rą mia­ła już na so­bie Au­gu­sta. Przy­gła­dzi­ła dło­nią za­gnie­ce­nia i spoj­rza­ła na sio­stry.

Wszyst­kie by­ły spóź­nio­ne, po­win­ny czym prę­dzej po­ja­wić się na ba­lu. Je­śli hra­bia Mac­lay do­wie się o ich bra­ku ma­nier, bę­dzie ogrom­nie zde­ner­wo­wa­ny.

– Te­raz, mo­je dro­gie, spraw­nie uda­je­my się na sa­lę ba­lo­wą, nim ro­dzi­ce za­uwa­żą na­szą nie­obec­ność – na­ka­za­ła naj­młod­sza z dam.

– Masz ra­cję, Au­gu­sto – przy­zna­ła Ca­ro­li­ne, na co Ana­bel­la ski­nę­ła gło­wą.

– Cie­szę się, że w czymś je­ste­ście ze so­bą zgod­ne – rze­kła Au­gu­sta i sio­stry wy­szły z sy­pial­ni, chi­cho­cząc.

Da­my, uno­sząc ob­szer­ne spód­ni­ce su­kien, po­ko­na­ły ciem­ne scho­dy i zna­la­zł­szy się na par­te­rze, żwa­wym kro­kiem uda­ły się do du­żej sa­li, gdzie od­by­wał się bal. Tam po­de­szły do sto­łu z na­po­ja­mi, się­gnę­ły po krysz­ta­ło­we szklan­ki z le­mo­nia­dą, po czym każ­da uda­ła się w in­nym kie­run­ku i zgrab­nie wto­pi­ła się w tłum. Mia­ły za­miar spra­wiać wra­że­nie, ja­ko­by prze­by­wa­ły wśród go­ści dłuż­szy czas. Pra­wie od go­dzi­ny po­win­ny by­ły ba­wić za­pro­szo­ne oso­by roz­mo­wą, a one nie­ele­ganc­ko spóź­ni­ły się na tak waż­ne wy­da­rze­nie w se­zo­nie, do te­go or­ga­ni­zo­wa­ne przez ich ro­dzi­ców.

Rok w rok pod ko­niec la­ta pan i pa­ni Mac­lay za­pra­sza­li lon­dyń­skie to­wa­rzy­stwo na przy­ję­cie, któ­re so­cje­ta, nie bez przy­czy­ny, po­czę­ła na­zy­wać czer­wo­nym ba­lem. Głę­bo­ki bur­gun­do­wy ko­lor do­mi­no­wał w de­ko­ra­cjach sa­li, a go­ście z cza­sem za­czę­li wkła­dać stro­je uszy­te z ja­snych ma­te­ria­łów, pod­bi­ja­jąc czer­wień ozdób i do­da­jąc tym wy­jąt­ko­wo­ści jed­ne­mu z ostat­nich wy­da­rzeń se­zo­nu w Lon­dy­nie.

Au­gu­sta prze­dzie­ra­ła się przez tłum za­pro­szo­nych osób. Lu­dzie zda­wa­li się ba­wić wy­śmie­ni­cie. Co chwi­lę ktoś ją za­ga­dy­wał i wy­chwa­lał nie­po­wta­rzal­ny kli­mat ba­lu. W koń­cu przy­sta­nę­ła i za­czę­ła roz­glą­dać się w po­szu­ki­wa­niu swo­je­go na­rze­czo­ne­go. Obie­gła spoj­rze­niem po­miesz­cze­nie, czer­wo­ne za­sło­ny wy­ko­na­ne z lek­kiej tka­ni­ny roz­le­wa­ły się po ścia­nach, spły­wa­jąc ka­ska­da­mi ma­te­ria­łu na ka­mien­ną czar­no-bia­łą po­sadz­kę. Wa­zo­ny ki­pia­ły ob­fi­to­ścią krwi­stych róż, tak uwiel­bia­nych przez mat­kę Au­gu­sty. Or­kie­stra gra­ła, a pa­ry wi­ro­wa­ły na par­kie­cie.

Pa­nien­ka po­trzą­snę­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą. Po­my­śla­ła o ostat­niej sprzecz­ce z pa­nią Mac­lay. Ko­bie­ta pró­bo­wa­ła ją prze­ko­nać do wy­bo­ru czer­wo­nych róż do de­ko­ra­cji ko­ścio­ła i sa­li we­sel­nej.

– Phi – wy­rwa­ło się na głos Au­gu­ście.

Do te­go Ali­ce na­le­ga­ła, że­by bu­kiet ślub­ny przy­szłej ba­ro­no­wej uło­żo­ny był z tych sa­mych kwia­tów.

Nie­do­cze­ka­nie, mat­ko – po­my­śla­ła.

Au­gu­sta mo­gła mieć in­ne wy­ob­ra­że­nie od­no­śnie do swo­je­go ślu­bu, nie chcia­ła, by ktoś jej coś na­rzu­cał. Hra­bi­na Mac­lay za­wsze ocze­ki­wa­ła, aby wszyst­ko by­ło po jej my­śli. Za­pew­ne po­czu­je się do­tknię­ta sprze­ci­wem cór­ki, ale bę­dzie zmu­szo­na prze­łknąć go­rycz po­raż­ki, bo pa­nien­ka Mac­lay nie mia­ła za­mia­ru zmie­nić zda­nia.

Błą­dząc mię­dzy wy­bor­nie ba­wią­cy­mi się ludź­mi, ko­bie­ta wy­pa­trzy­ła w tłu­mie Clau­sa.

Ach, ja­kiż on przy­stoj­ny – wes­tchnę­ła w du­chu.

Pa­trzy­ła, jak Claus za­cze­su­je dło­nią dłuż­sze wło­sy w tył, a kil­ka nie­sfor­nych ko­smy­ków upar­cie opa­da na je­go czo­ło. Pan New­ton ubra­ny był w be­żo­wy frak, ozdo­bio­ny szy­kow­nym błę­kit­nym fu­la­rem za­wią­za­nym sta­ran­nie pod szy­ją. W tym za­chwy­cie do­pie­ro po chwi­li Au­gu­sta się zo­rien­to­wa­ła, z kim jej uko­cha­ny pro­wa­dzi wy­glą­da­ją­cą na cał­kiem przy­jem­ną po­ga­węd­kę.

– Cri­sty? – po­wie­dzia­ła pod no­sem i zmru­ży­ła oczy z za­zdro­ści.

Ru­szy­ła zde­ter­mi­no­wa­na przed sie­bie, gdy na­gle po­czu­ła pchnię­cie i w tej sa­mej chwi­li zna­la­zła się na czar­no-bia­łej ka­mien­nej po­sadz­ce. Trzy­ma­na przez da­mę krysz­ta­ło­wa szklan­ka roz­bi­ła się o pod­ło­gę z brzdę­kiem, za­chla­pu­jąc reszt­ką le­mo­nia­dy znaj­du­ją­cych się nie­opo­dal lu­dzi. Go­ście po­pa­trzy­li z nie­sma­kiem na pa­nien­kę i za­czę­li wy­cie­rać ma­te­ria­ło­wy­mi chu­s­tecz­ka­mi mo­kre wie­czo­ro­we stro­je.

Au­gu­sta pod­nio­sła oczy ku gó­rze i uj­rza­ła swo­je­go bra­ta Chri­stia­na z nie­chluj­nie roz­pię­tą ka­mi­zel­ką w ko­lo­rze écru i po­lu­zo­wa­ną pod szy­ją bor­do­wą chu­s­tą. Naj­star­szy z ca­łej czwór­ki ro­dzeń­stwa, a przy tym, we­dług Au­gu­sty, naj­bar­dziej iry­tu­ją­cy czło­nek jej ro­dzi­ny.

– Prze­pra­szam Gust… – Czknął i po­pa­trzył w dół na le­żą­cą na pod­ło­dze sio­strę. – …Gu­stu­siu.

– Po­mo­żesz mi wstać, Chri­stia­nie? – wark­nę­ła.

– Ach, tak! – Ude­rzył się otwar­tą dło­nią z ca­łej si­ły w czo­ło. – Wy­bacz.

Wi­ceh­ra­bia Mac­lay wy­cią­gnął rę­kę do Au­gu­sty i po­mógł jej wró­cić do po­zy­cji sto­ją­cej. Ko­bie­ta się wy­pro­sto­wa­ła i po­pra­wi­ła suk­nię, po czym za­dar­ła wy­so­ko gło­wę, aby spoj­rzeć w oczy ro­słe­mu bra­tu.

– Pi­łeś – stwier­dzi­ła z prze­ko­na­niem.

– Nie­ee… – Po­krę­cił gło­wą, usi­ło­wał mó­wić jak naj­mniej, by nie zdra­dzić swo­je­go za­awan­so­wa­ne­go stop­nia upo­je­nia al­ko­ho­lem.

– Chri­stia­nie, je­steś pi­ja­ny! – wark­nę­ła Au­gu­sta. – Chodź, wyj­dzie­my na ze­wnątrz.

Za­pro­wa­dzi­ła Chri­stia­na do ogro­du na ty­le re­zy­den­cji, gdzie nikt nie po­wi­nien się za­pusz­czać. Na­ka­za­ła mu usiąść na drew­nia­nej dwu­oso­bo­wej huś­taw­ce, a ona sa­ma za­ję­ła miej­sce obok nie­go.

– Zo­sta­nie­my tu i od­ro­bi­nę wy­trzeź­wie­jesz – po­wie­dzia­ła sta­now­czo. – Co ci strze­li­ło do gło­wy, upi­jać się na sa­mym po­cząt­ku ba­lu? Mat­ka cię udu­si, jak się do­wie.

– O nie, za­czy­nasz pra­wić jak ona – wes­tchnął i zno­wu czknął.

– Dla­cze­go za­cho­wu­jesz się tak nie­od­po­wie­dzial­nie? – Au­gu­sta nie mo­gła te­go po­jąć. – Masz trzy­dzie­ści pięć lat, chy­ba naj­wyż­sza po­ra wy­do­ro­śleć i po­stę­po­wać, jak na dżen­tel­me­na przy­sta­ło, już nie mó­wiąc o ustat­ko­wa­niu się.

Nie jej oce­niać, ale sa­ma uwa­ża­ła bra­ta za cał­kiem przy­stoj­ne­go męż­czy­znę. Chri­stian był wy­so­kim ciem­nym blon­dy­nem z nie­bie­ski­mi ocza­mi i moc­no za­ry­so­wa­ny­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi, do te­go wi­ceh­ra­bia uro­dził się w ma­jęt­nej ro­dzi­nie, był ra­czej do­brą par­tią. Je­dy­ną je­go wa­dą, przy czym dość istot­ną, by­ło nad­uży­wa­nie al­ko­ho­lu.

– Au­gu­sto, ko­cham cię, ale nie mam ocho­ty te­raz o tym roz­ma­wiać. – Po­pa­trzył na sio­strę błęd­nym wzro­kiem. – Idę po szklan­kę whi­sky.

– Co to, to nie! – po­wie­dzia­ła sta­now­czo.

– Idę! – Chri­stian wstał, ale nim zdą­żył zro­bić krok, za­to­czył się i usiadł na po­wrót w tym sa­mym miej­scu.

– Wi­dzisz! – Au­gu­sta ob­ję­ła bra­ta i po­mo­gła mu się utrzy­mać na no­gach. – Od­pocz­niesz w swo­jej daw­nej sy­pial­ni.

– Nie – za­pro­te­sto­wał i czknął. – Wró­cę do swo­ich apar­ta­men­tów w cen­trum.

– Pro­wa­dząc cię do po­wo­zu, zwró­ci­my nie­po­trzeb­ną uwa­gę wszyst­kich przy­by­łych go­ści, nie wspo­mi­na­jąc o ro­dzi­cach – wes­tchnę­ła bez­rad­nie. – Nie unik­nie­my skan­da­lu. Nie chcę ko­lej­ny raz wy­słu­chi­wać, że wi­ceh­ra­bia Mac­lay upił się do nie­przy­tom­no­ści.

– Do­brze – zgo­dził się nie­chęt­nie.

Ro­dzeń­stwo we­szło tyl­ny­mi drzwia­mi dla służ­by, pra­wie nie­wi­docz­ny­mi dla nie­wta­jem­ni­czo­nych osób, przy­sła­niał je bo­wiem krzew, jak­że­by ina­czej… czer­wo­nych róż.

Ali­ce po ślu­bie z Joh­nem Mac­lay­em na­ka­za­ła ob­sa­dzić każ­de wol­ne miej­sce w ogro­dzie uko­cha­ny­mi przez sie­bie kwia­ta­mi.

– Aleś ty cięż­ki – mó­wi­ła Au­gu­sta, po­ko­nu­jąc stro­me stop­nie z uwie­szo­nym na jej bar­kach bra­tem. – Gru­ba­sie.

– To nie tłuszcz, to sa­me mię­śnie – po­wie­dział dum­nie.

– Ta­aa… – za­śmia­ła się. – Nie roz­śmie­szaj mnie, bo zle­ci­my ra­zem z tych scho­dów. Już pra­wie je­ste­śmy.

Prze­mknę­li nie­zau­wa­żal­nie do daw­nej sy­pial­ni Chri­stia­na. Au­gu­sta po­mo­gła mu się wgra­mo­lić na wiel­kie ło­że, ścią­gnę­ła mu bu­ty i okry­ła go pu­szy­stą pie­rzy­ną.

– Cza­sa­mi się za­sta­na­wiam, czy lu­dzie na­praw­dę wie­rzą w to, że je­steś naj­star­szy – po­wie­dzia­ła do sie­bie, pa­trząc na po­chra­pu­ją­ce­go już bra­ta. – Śpij do­brze.

Pan­na Mac­lay wy­szła z po­ko­ju sy­pial­nia­ne­go wi­ceh­ra­bie­go, sta­ra­jąc się do­mknąć drzwi naj­ci­szej, jak to tyl­ko moż­li­we, choć wy­pi­te przez nie­go mo­rze al­ko­ho­lu spra­wi­ło, że na­wet trzę­sie­nie zie­mi by go te­raz nie zbu­dzi­ło.

– Au­gu­sto? Co ty tu­taj ro­bisz?

Pan­na Mac­lay usły­sza­ła mę­ski głos do­bie­ga­ją­cy z dru­gie­go koń­ca ko­ry­ta­rza, za­ci­snę­ła oczy i po­wo­li się od­wró­ci­ła, mo­dląc się w du­chu, aby nie był to jej oj­ciec.

– Uf – wes­tchnę­ła z ulgą. – Clau­sie, to ty, dzię­ki Bo­gu. – Za­wa­ha­ła się. – Ale co cię tu spro­wa­dza?

– Pierw­szy za­py­ta­łem. – Za­czął iść w stro­nę Au­gu­sty po gru­bym dy­wa­nie, któ­ry tłu­mił dźwięk je­go kro­ków.

– Chri­stian – od­rze­kła i wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Ro­zu­miem. – Uśmiech­nął się po­cie­sza­ją­co. – Wi­taj, ko­cha­na. Cze­ka­łem, aż się zja­wisz, nie­ste­ty je­stem nie­cier­pli­wy i po­czą­łem pa­nien­ki szu­kać. – Ujął dło­nie Au­gu­sty. – Chcia­łem pro­sić pa­nią do tań­ca.

– Cri­sty Car­ter się znu­dzi­ła? – rzu­ci­ła nie­mi­ło.

– Och, Au­gu­sto – po­wie­dział z chło­pię­cym uśmie­chem. – Znu­dzi­ła, i to daw­no te­mu, te­raz my­ślę wy­łącz­nie o to­bie.

– Nie jest mi do śmie­chu, Clau­sie – zde­ner­wo­wa­ła się. – Wi­dzia­łam, jak roz­ma­wiasz z Cri­sty.

– Za­zdro­śni­ca. – Pan New­ton zła­pał Au­gu­stę w ta­lii i przy­cią­gnął ją bli­żej sie­bie. – Jak bę­dę two­im mę­żem, prze­sta­niesz so­bie wma­wiać, że coś mnie łą­czy z pan­ną Car­ter?

– Nie wiem – wy­szep­ta­ła smut­no.

Ła­twiej by­ło jej pa­trzeć na bor­do­wy dy­wan zdo­bio­ny ro­ślin­nym or­na­men­tem kon­tra­stu­ją­cy z jej ja­sną suk­nią ani­że­li na na­rze­czo­ne­go.

– Cri­sty jest na­praw­dę pięk­ną ko­bie­tą – rze­kła le­d­wo sły­szal­nie.

– Uwierz w koń­cu, Au­gu­sto, je­steś od niej pięk­niej­sza – po­wie­dział sta­now­czo.

– Czy moż­na ko­goś prze­stać ko­chać ot tak? – Spoj­rza­ła wy­mow­nie na Clau­sa.

– Nie wiem, za­pew­ne nie. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Au­gu­sta usi­ło­wa­ła prze­łknąć śli­nę, ale ogrom­na gu­la po­ja­wi­ła się zni­kąd w jej gar­dle. Wpa­try­wa­ła się w Clau­sa, któ­ry zda­wał się nie przej­mo­wać bo­le­sny­mi dla niej sło­wa­mi, a jej oczy ro­bi­ły się co­raz bar­dziej wil­got­ne.

– Ni­g­dy tak na­praw­dę nie ko­cha­łem Cri­sty, je­śli mnie po­rzu­cisz, to wte­dy się prze­ko­nam. – Uśmiech­nął się, a Au­gu­sta zro­zu­mia­ła, że Claus się z nią dro­czy.

– Je­steś pa­skud­ny – za­śmia­ła się i wy­mie­rzy­ła cios otwar­tą dło­nią w ra­mię na­rze­czo­ne­go.

Pan New­ton zła­pał rę­kę ko­bie­ty, nim zdą­ży­ła go trą­cić. Po­cią­gnął Au­gu­stę za nad­gar­stek i ta zna­la­zła się w je­go ob­ję­ciach.

– Ten mie­siąc bę­dzie naj­dłuż­szy w mo­im ży­ciu – wy­szep­tał Claus.

– Póź­niej bę­dziesz ska­za­ny na mnie do koń­ca ży­cia.

– Bę­dzie to bar­dzo przy­jem­ny wy­rok. – Zbli­żył usta do warg da­my.

– Clau­sie, sto­imy po­środ­ku ko­ry­ta­rza – na­po­mnia­ła go.

– Wiem, ale zwy­czaj­nie nie mo­gę się po­wstrzy­mać.

Ba­ron po­ca­ło­wał de­li­kat­nie na­rze­czo­ną, nie miał za­mia­ru prze­cią­gać te­go unie­sie­nia, chciał skoń­czyć i się od­su­nąć, ale Au­gu­sta przy­war­ła do nie­go z ta­ką si­łą, że męż­czy­zna, oparł­szy się o nie­do­mknię­te drzwi za swo­imi ple­ca­mi, ru­nął na drew­nia­ną pod­ło­gę, a pa­nien­ka za­raz za nim, opa­da­jąc na je­go klat­kę pier­sio­wą.

– Te­raz to le­ży­my – za­śmiał się.

– Tak, masz ra­cję. – Au­gu­sta nie­zdar­nie pod­nio­sła się z tor­su na­rze­czo­ne­go.

Obo­je, chi­cho­cząc, wsta­li i po­pra­wi­li swo­je ubra­nia, strze­pu­jąc z nich za­gnie­ce­nia. Pan New­ton po­pa­trzył na za­czer­wie­nio­ną od śmie­chu i za­kło­po­ta­nia twarz na­rze­czo­nej, po czym za­czął roz­glą­dać się po nie­tu­zin­ko­wej sy­pial­ni, w któ­rej się nie­opatrz­nie zna­leź­li.

– To daw­na sy­pial­nia Ana­bel­li – po­wie­dzia­ła, nie cze­ka­jąc na py­ta­nie. – Po ty­lu la­tach od wy­pro­wadz­ki wciąż jest tu mnó­stwo jej rze­czy.

– Przy­jem­ne wnę­trze – po­wie­dział Claus, prze­cha­dza­jąc się po po­ko­ju urzą­dzo­nym z wy­jąt­ko­wym sma­kiem i dba­ło­ścią o szcze­gó­ły.

Szma­rag­do­we ta­pe­to­wa­ne ścia­ny by­ły przy­ozdo­bio­ne ob­ra­za­mi traw i kwia­tów. Na okrą­głym ciem­no­brą­zo­wym sto­li­ku, ko­mo­dzie i na noc­nych szaf­kach po obu stro­nach łóż­ka sta­ły pu­ste krysz­ta­ło­we wa­zo­ny, któ­re zda­wa­ły się wo­łać o won­ne kwia­ty. Na środ­ku drew­nia­nej pod­ło­gi znaj­do­wał się pu­szy­sty zie­lo­ny dy­wan, któ­ry przy­wo­dził na myśl je­dy­nie świe­żą tra­wę.

– Ten lu­bię naj­bar­dziej. – Au­gu­sta po­de­szła do ma­lo­wi­dła przed­sta­wia­ją­ce­go po­ran­ną ro­sę na po­la­nie ob­sy­pa­nej barw­ny­mi kwia­ta­mi w peł­nym roz­kwi­cie. – Ana­bel­la ni­g­dy nie ma­lo­wa­ła nic in­ne­go, mó­wi­ła, że to ją uspo­ka­ja.

– Pa­nien­ki sio­stra ma ta­lent, czu­ję świe­żość w tym wnę­trzu. – Claus wziął głę­bo­ki wdech. – Jak­bym na­gle zna­lazł się na pach­ną­cej łą­ce.

– O tak. – Uśmiech­nę­ła się, po­dzi­wia­jąc ob­ra­zy.

Ba­ron za­mknął drzwi, ru­szył w stro­nę ło­ża sto­ją­ce­go bli­sko okien, zrzu­cił z nie­go ozdob­ne po­du­chy i po­rząd­nym szarp­nię­ciem ścią­gnął cięż­ką brą­zo­wą na­rzu­tę.

– Co ro­bisz? – zdzi­wi­ła się pan­na Mac­lay.

– Pik­nik na łą­ce. – Wy­szcze­rzył zę­by jak dzie­ciak. – Ze­chce się pa­ni przy­łą­czyć?

Pan New­ton uło­żył ma­te­riał na pod­ło­dze, usiadł i po­kle­pał go za­chę­ca­ją­co dło­nią, za­pra­sza­jąc Au­gu­stę, by do nie­go do­łą­czy­ła.

– Ty i te two­je po­my­sły. – Wy­wró­ci­ła ocza­mi, ale za­ję­ła miej­sce przy na­rze­czo­nym.

– Po­łóż się i za­mknij oczy – po­le­cił Claus.

– Po co? – zdzi­wi­ła się.

Ba­ron po­pa­trzył na Au­gu­stę z pod­stęp­nym uśmie­chem.

– No już do­brze. – Opa­dła mięk­ko na na­rzu­tę i po­słusz­nie za­mknę­ła oczy.

– Wy­ob­raź so­bie… – Claus na­chy­lił się nad twa­rzą na­rze­czo­nej, któ­ra czu­ła, jak je­go od­dech ła­sko­cze ją w po­li­czek. – …Jest po­ra­nek, a my le­ży­my na zie­lo­nej tra­wie. Lek­ki wiatr roz­wie­wa nam wło­sy i de­li­kat­nie prze­śli­zgu­je się po twa­rzach, a mięk­kie źdźbła ła­sko­czą na­sze cia­ła. – Wol­no prze­cią­gnął pal­ca­mi po twa­rzy, szyi i de­kol­cie Au­gu­sty.

– Ach. – Pa­nien­ka wes­tchnę­ła, czu­jąc przy­jem­ne ciar­ki prze­szy­wa­ją­ce ca­łe jej cia­ło.

– Ko­cham cię, Au­gu­sto – po­wie­dział i po­ca­ło­wał ją w usta.

Na­mięt­nie wpił się w na­rze­czo­ną, po­wo­li, ale sta­now­czo na­pie­rał na jej war­gi. Pan­na Mac­lay wplo­tła pal­ce w je­go ja­sne wło­sy i przy­cią­gnę­ła cia­śniej do sie­bie.

– Ach, je­steś ta­ka pięk­na – wy­szep­tał, od­ry­wa­jąc się od ust dziew­czy­ny. – Pach­niesz przy­jem­niej ani­że­li wszyst­kie uma­jo­ne łą­ki na pe­ry­fe­riach.

Pan New­ton prze­niósł po­ca­łun­ki na szy­ję ko­bie­ty. Mu­ska­jąc de­li­kat­ną skó­rę, zmie­rzał usta­mi do pod­kre­ślo­nych gor­se­tem pier­si, gdy na­gle prze­rwał.

– Je­śli po­czu­jesz się nie­kom­for­to­wo bądź uznasz, że to dla cie­bie zbyt wie­le, po­wiedz, a prze­sta­nę – rzekł sta­now­czo, pa­trząc Au­gu­ście w oczy. – Wró­ci­my do le­że­nia na łą­ce. – Mru­gnął do niej.

– Przy to­bie wszyst­ko wy­da­je się ta­kie na­tu­ral­ne – wy­zna­ła roz­pa­lo­na Au­gu­sta. – Je­stem cie­ka­wa, co bę­dzie da­lej.

– Chęt­nie za­pre­zen­tu­ję. – Uśmiech­nął się i wró­cił do ca­ło­wa­nia de­kol­tu da­my.

Ba­ron uwol­nił pier­si pan­ny Mac­lay z gor­se­tu, po­czął je ca­ło­wać, pie­ścić dłoń­mi i mu­skać ję­zy­kiem. Ko­bie­ta za­czę­ła szyb­ko od­dy­chać i po­ję­ki­wać.

– Jak ty to ro­bisz? – wy­sa­pa­ła. – To ta­kie przy­jem­ne.

– Naj­mil­sza, to do­pie­ro po­czą­tek – za­śmiał się i zsu­nął dół jej suk­ni. – To też jest zbęd­ne. – Po­zbył się bie­li­zny ko­bie­ty.

Ca­łu­jąc pier­si Au­gu­sty, pan New­ton su­nął dło­nią wzdłuż jej sub­tel­nie za­zna­czo­nych pod skó­rą że­ber, przez brzuch, by do­trzeć do wil­got­nej ko­bie­co­ści na­rze­czo­nej. Pan­na Mac­lay nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że to miej­sce na cie­le ko­bie­ty jest w sta­nie dać ty­le przy­jem­no­ści. Te­raz wie­dzia­ła, dla­cze­go nie uświa­da­mia się mło­dych dam – je­śli każ­da doj­rze­wa­ją­ca ko­bie­ta mia­ła­by wie­dzę, jak przy­jem­ne mo­że być ob­co­wa­nie z męż­czy­zną, ma­ło któ­ra zdo­ła­ła­by wy­trzy­mać do ślu­bu. Po­szu­ki­wa­nia te­go je­dy­ne­go znacz­nie by się skró­ci­ły, żad­na da­ma nie mia­ła­by ocho­ty po­zba­wiać się ta­kiej roz­ko­szy przez cza­so­chłon­ną go­ni­twę za mę­żem ide­al­nym i chęt­niej wy­cho­dzi­ły­by za wy­bra­nych przez ro­dzi­ny kan­dy­da­tów. Nie wie­rzy­ła do koń­ca Ma­de­li­ne opo­wia­da­ją­cej te wszyst­kie dzi­wacz­ne rze­czy na te­mat no­cy spę­dza­nych z Char­le­sem. Ow­szem, bli­skość z uko­cha­nym męż­czy­zną mu­si być przy­jem­na, ale ta­kiej roz­ko­szy w naj­śmiel­szych snach nie po­dej­rze­wa­ła.

– Au­gu­sto, zro­bię coś, co na po­cząt­ku nie bę­dzie przy­jem­ne, na­wet mo­że być przez mo­ment bo­le­sne. – Claus się skrzy­wił. – Je­śli bę­dziesz chcia­ła prze­stać, po­wiedz mi na­tych­miast.

– Ufam ci. – Po­ca­ło­wa­ła uko­cha­ne­go.

Claus ścią­gnął spodnie i ob­na­żył swo­ją ster­czą­cą i twar­dą z pod­nie­ce­nia mę­skość.

– Och. – Pa­nien­ka wy­da­ła z sie­bie tyl­ko ci­che jęk­nie­cie.

– Je­steś go­to­wa? – za­py­tał za­tro­ska­ny.

– Tak – od­par­ła, chcąc przy­brać pew­ny sie­bie ton gło­su.

Pan New­ton z do­zą nie­pew­no­ści wsu­nął się w uko­cha­ną. Nie chciał jej zra­nić, jed­nak wie­dział, że pierw­szy raz u ko­bie­ty za­zwy­czaj na­zna­czo­ny jest bó­lem. Bę­dzie uważ­ny i czu­ły dla przy­szłej żo­ny, aby zmniej­szyć jej dys­kom­fort i przy­kre wspo­mnie­nia zwią­za­ne z tą chwi­lą.

Au­gu­sta syk­nę­ła, czu­jąc lek­ką bo­leść, na co Claus zwol­nił, chciał być de­li­kat­ny. Za­czął po­ru­szać się szyb­ciej i pew­niej, gdy pa­nien­ka się roz­luź­ni­ła i za­czę­ła ci­cho po­ję­ki­wać. Prze­rwał na mo­ment, roz­ło­żył sze­ro­ko no­gi Au­gu­sty i łap­czy­wie za­czął li­zać jej ko­bie­cość. Krą­żył i draż­nił ją ję­zy­kiem, aż ko­bie­ta wy­gię­ła swo­je cia­ło w łuk, dy­sząc. Po­czu­ła fa­lę przy­jem­no­ści ob­le­wa­ją­cą ją od czub­ka gło­wy po sa­me pal­ce u stóp. Claus wró­cił nad pa­nien­kę i po­now­nie w nią wszedł, pchnął ją kil­ka ra­zy szyb­ko, po czym gło­śno sap­nął, znie­ru­cho­miał na mo­ment i opadł speł­nio­ny, wtu­la­jąc się w szy­ję uko­cha­nej.

– Je­steś cu­dow­na, pra­wie pa­ni New­ton. – Uca­ło­wał Au­gu­stę w czo­ło. – Chy­ba mo­że­my w koń­cu za­tań­czyć – za­śmiał się.

– Och tak, zde­cy­do­wa­nie – za­chi­cho­ta­ła. – Mu­szę w koń­cu po­ja­wić się na par­kie­cie, naj­le­piej z na­rze­czo­nym.

– Nie mo­gę się do­cze­kać, jak bę­dziesz na­zy­wać mnie mę­żem. – Uśmiech­nął się ła­god­nie, wy­bie­ga­jąc my­śla­mi na­przód.

– Pra­wie mę­żu Clau­sie – za­śmia­ła się. – Po­ra na nas.

– Tak, tak, masz ra­cję.

Pan New­ton nie­zgrab­nie po­mógł pan­nie Mac­lay wło­żyć ubra­nie, któ­re­go ją wcze­śniej po­zba­wił. Ko­bie­ta po­pra­wi­ła szyb­ko wło­sy i w pra­wie nie­na­gan­nym wy­glą­dzie ze­szli na sa­lę, gdzie bal roz­po­czął się na do­bre. Lu­dzie gwar­nie roz­ma­wia­li, za­ja­da­li się pysz­no­ścia­mi, pi­li roz­ma­ite trun­ki i tań­czy­li do dźwię­ków wy­twor­nej mu­zy­ki.

Pan New­ton wraz z na­rze­czo­ną po­cze­ka­li, aż roz­pocz­nie się no­wy utwór, i jak­by ni­g­dy nic, z uśmie­chem włą­czy­li się do za­ba­wy. Au­gu­sta czu­ła na so­bie spoj­rze­nia zgro­ma­dzo­nych go­ści, ale prze­cież nie mia­ła na­pi­sa­ne na czo­le, że przed mo­men­tem ko­cha­ła się ze swo­im na­rze­czo­nym pod­czas przy­ję­cia jej ro­dzi­ców, do te­go wszyst­kie­go przed ślu­bem.

Do li­cha, za nie­ca­ły mie­siąc wyj­dę za te­go czło­wie­ka, dla ni­ko­go nie bę­dzie to wte­dy nie­na­tu­ral­ne. To nie­moż­li­we, aby któ­ryś z go­ści mógł nas o to po­dej­rze­wać, pew­nie cie­kaw­skie spoj­rze­nia od­no­szą się do hucz­ne­go we­se­la, ja­kie pla­nu­je­my – roz­my­śla­ła.

Po­sta­no­wi­ła so­bie te­raz tym nie za­przą­tać gło­wy i po­czę­ła czer­pać ra­dość z tań­ca z naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wym męż­czy­zną, ja­kie­go mia­ła za­szczyt po­znać.

III

A.M. jak Au­gu­sta Mac­lay

Prze­są­dy ślub­ne

18 sierp­nia 1865

– Przy­szła! – krzy­cza­ła Au­gu­sta, zbie­ga­jąc scho­da­mi na par­ter. – Przy­szła! Już jest!

Pan­na Mac­lay jak bu­rza wpa­dła do sa­lo­nu, gdzie na zie­lo­nej ka­na­pie sie­dzia­ły jej mat­ka i star­sze sio­stry, ga­wę­dząc we­so­ło i po­pi­ja­jąc her­ba­tę.

– Gdzie jest prze­sył­ka? – za­py­ta­ła zdy­sza­na pa­nien­ka.

– „Prze­sył­ka”? – zdzi­wi­ła się Ali­ce Mac­lay. – Nie mam po­ję­cia, o czym mó­wisz.

– Słu­żą­ca po­wia­do­mi­ła mnie, że nie­speł­na pół go­dzi­ny te­mu do­star­czo­no mo­ją suk­nię ślub­ną – traj­ko­ta­ła pod­eks­cy­to­wa­na. – Mu­szę ją czym prę­dzej przy­mie­rzyć, na pew­no wy­ma­ga po­pra­wek kra­wiec­kich. Do ślu­bu dwa ty­go­dnie!

– Nie­ste­ty, ko­cha­na. – Mat­ka Au­gu­sty wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, upi­ła łyk her­ba­ty i po­sła­ła do Ana­bel­li i Ca­ro­li­ne fi­glar­ny uśmiech znad fi­li­żan­ki. – Mu­sia­łaś źle zro­zu­mieć.

Pan­na Mac­lay, nie od­po­wie­dziaw­szy nic hra­bi­nie, ru­szy­ła pę­dem do drzwi w ce­lu zna­le­zie­nia za­gi­nio­nej prze­sył­ki.

Prze­kro­czy­ła próg sa­lo­nu i wte­dy usły­sza­ła głos mat­ki:

– Au­gu­sto, nie bie­gaj tak – na­po­mnia­ła ją. – Czy te­go szu­kasz? – Wska­za­ła otwar­tą dło­nią na po­dłuż­ny brą­zo­wy ku­fer znaj­du­ją­cy się tuż pod jej sto­pa­mi.

Pa­nien­ka mo­men­tal­nie za­wró­ci­ła, prze­ję­ta przy­ło­ży­ła dło­nie do ust i upa­dła na ko­la­na, jak­by za­mie­rza­ła czcić ja­kieś bó­stwo.

– O mat­ko, o mat­ko, o mat­ko – po­wta­rza­ła w kół­ko, klę­cząc przy za­mknię­tej skrzy­ni.

– Au­gu­sto! Gdzie two­je ma­nie­ry? – za­py­ta­ła obu­rzo­na za­cho­wa­niem cór­ki hra­bi­na. – A te­raz otwie­raj, je­stem nie­zmier­nie cie­ka­wa. – Zmie­ni­ła cał­ko­wi­cie ton gło­su z za­że­no­wa­ne­go na przy­jem­nie me­lo­dyj­ny.

Pan­na Mac­lay po­wo­li pod­nio­sła wie­ko, za­mknę­ła oczy i za­sty­gła w bez­ru­chu.

– A jak mi się nie spodo­ba? – Po­pa­trzy­ła nie­pew­nie na po­zo­sta­łe pa­nie.

– Co ty bre­dzisz?! – zbesz­ta­ła sio­strę Ana­bel­la. – Po­ka­zuj to cu­do.

Au­gu­sta ostroż­nie wy­cią­gnę­ła bia­łą suk­nię z ku­fra, sta­nę­ła na­prze­ciw dam i przy­ci­snę­ła ją so­bie do pier­si.

– Trze­ba przy­mie­rzyć! – wy­krzyk­nę­ła prze­ję­ta Ca­ro­li­ne.

– Ko­niecz­nie! – od­po­wie­dzia­ły tym sa­mym Ali­ce i Ana­bel­la.

Trzy pa­nie za­bra­ły się za ubie­ra­nie naj­młod­szej z ro­du Mac­lay­ów. Nim Au­gu­sta się obej­rza­ła, sta­ła już przed po­tęż­nym or­na­men­to­wym zło­tym lu­strem, któ­re znaj­do­wa­ło się w sa­lo­nie w Mac­lay Fa­mi­ly Ho­use. Kie­dy zo­ba­czy­ła swo­je od­bi­cie, łzy na­pły­nę­ły jej do oczu. Suk­nia nie wy­ma­ga­ła prze­ró­bek, we­dług Au­gu­sty by­ła ide­al­na. Bu­fia­ste ko­ron­ko­we rę­ka­wy, marsz­czo­ny gor­set i du­że ko­ło spód­ni­cy. Do te­go dłu­gi we­lon opa­da­ją­cy ka­ska­da­mi bia­łe­go pół­prze­źro­czy­ste­go ma­te­ria­łu na twarz i ra­mio­na, cią­gną­cy się ni­czym rze­ka za przy­szłą pan­ną mło­dą. Pa­so­wa­ła wy­bor­nie.

Da­my za­nie­mó­wi­ły, sta­ły i pa­trzy­ły na ja­sno­wło­są Au­gu­stę w aniel­skiej kre­acji.

– Wy­glą­dasz tak de­li­kat­nie, a przy tym wy­twor­nie jak przy­sta­ło na ba­ro­no­wą – wy­du­si­ła pa­ni Mac­lay i po­cią­gnę­ła no­sem. – Czas tak szyb­ko pły­nie. Wspo­mnie­nie two­ich na­ro­dzin ja­wi się mi ni­czym wczo­raj­szy dzień. Nie mo­gę uwie­rzyć, że stoi przede mną ko­bie­ta, któ­ra la­da dzień wyj­dzie za mąż.

W otwar­tych drzwiach sa­lo­nu przy­sta­nął pan New­ton i przez krót­ki mo­ment wpa­try­wał się wy­łącz­nie w na­rze­czo­ną przy­odzia­ną w bia­łą suk­nię. Au­gu­sta się okrę­ci­ła, a war­stwy ma­te­ria­łu za­wi­ro­wa­ły, wy­glą­da­ła na ra­do­sną i peł­ną spo­ko­ju.

Je­stem szczę­ścia­rzem– po­my­ślał Claus.

Dżen­tel­men ock­nął się z za­du­my, od­chrząk­nął i przy­wi­tał z da­ma­mi:

– Wi­tam pa­nie. – Ukło­nił się ele­ganc­ko. – Pan­na Mac­lay ta­ka roz­e­mo­cjo­no­wa­na, mnie­mam, za­po­mnia­ła o na­szym spo­tka­niu.

– Clau­sie! Nie patrz, to przy­no­si pe­cha! – wrza­snę­ła Au­gu­sta.

– Za póź­no. – Uśmiech­nął się ło­bu­zer­sko i pod­szedł do na­rze­czo­nej w bie­li.

– Nie! – pro­te­sto­wa­ła. – Mó­wię po­waż­nie! Wyjdź! Prze­pra­szam, ale to nie­od­po­wied­ni mo­ment.

– Nie wie­rzę w pe­cha – po­wie­dział pew­ny sie­bie. – Uwa­żam się ra­czej za szczę­ścia­rza, ma­jąc tak pięk­ną i mą­drą na­rze­czo­ną.

– Och. – Au­gu­sta ob­la­ła się ró­ża­nym ru­mień­cem.

– Co pan są­dzi? – za­py­ta­ła Ca­ro­li­ne.

– O suk­ni? – Zdzi­wi­ło go py­ta­nie do­ty­czą­ce żeń­skiej gar­de­ro­by. – Jest olśnie­wa­ją­ca, dla­te­go że ma ją na so­bie naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta na świe­cie – roz­ma­rzył się. – Pa­nie wy­ba­czą, oczy­wi­ście pań uro­dę rów­nież po­dzi­wiam – do­dał szyb­ko.

– Och, pa­nie New­ton. – Hra­bi­na Mac­lay mach­nę­ła rę­ką. – Zo­staw­my uprzej­mo­ści, Au­gu­sta wy­glą­da cu­dow­nie, cie­szy mnie, że bę­dzie mia­ła tak lu­bu­ją­ce­go ją mę­ża.

Ca­ła piąt­ka zwró­ci­ła się na­gle w stro­nę drzwi, sły­sząc do­bie­ga­ją­cy z ko­ry­ta­rza ha­łas, przy­wo­dzą­cy na myśl je­dy­nie tu­pot sta­da dzi­kich ko­ni, pę­dzą­cych po ka­mien­nej po­sadz­ce. Dźwięk sta­wał się co­raz gło­śniej­szy, a gdy do sa­lo­nu wpa­dły zdy­sza­ne Ma­de­li­ne i Jan­ny pró­bu­ją­ce de­spe­rac­ko zła­pać od­de­chy, za­pa­dła ci­sza, któ­rą prze­rwa­ła prze­ra­żo­na Ali­ce:

– Dziew­czę­ta, czy coś się sta­ło? – za­py­ta­ła za­tro­ska­na.

– Su­kien­ka! – wy­krzyk­nę­ły jed­no­cze­śnie pa­ni Gre­en­wo­od i pa­nien­ka Par­cy.

– Czy wy­ście obie po­stra­da­ły ro­zu­my? – Pa­ni Mac­lay zła­pa­ła się za gło­wę. – Do­brze wy­cho­wa­ne da­my tak się nie za­cho­wu­ją!

– Prze­pra­szam, cio­ciu – po­wie­dzia­ła skru­szo­na Ma­de­li­ne. – Ale je­stem ta­ka roz­e­mo­cjo­no­wa­na!

– A pan mło­dy co tu­taj ro­bi? – Jan­ny za­uwa­ży­ła Clau­sa. – No już, pa­nie New­ton, wy­no­cha – za­śmia­ła się. – Nie wol­no oglą­dać na­rze­czo­nej w suk­ni przed ślu­bem.

– Och, już do­brze! – Ba­ron wzniósł te­atral­nie rę­ce ku gó­rze. – Wszy­scy mnie wy­ga­nia­ją, a więc pój­dę. Mi­łe­go po­po­łu­dnia, dro­gie pa­nie. – Ukło­nił się grzecz­nie i wy­szedł.

– Okręć się! – na­ka­za­ła Au­gu­ście Ma­de­li­ne.

Pan­na Mac­lay po­słusz­nie wy­ko­na­ła po­le­ce­nie. Wzię­ła suk­nię w dło­nie i zro­bi­ła kil­ka ob­ro­tów, a pod­czas ostat­nie­go kół­ka wy­pu­ści­ła ma­te­riał z rąk, a ten przy­jem­nie za­fur­go­tał, wpra­wia­jąc ob­ser­wu­ją­ce da­my w za­chwyt.

– Prze­pięk­na! – za­pisz­cza­ła Jan­ny.

– Te de­ta­le, wi­dać fran­cu­ski kunszt mo­do­wy – za­chwy­ca­ła się pa­ni Gre­en­wo­od.

– Tak my­śli­cie? – za­py­ta­ła Au­gu­sta, wie­dząc, że wy­glą­da olśnie­wa­ją­co.

– Jest ide­al­na. – Ma­de­li­ne uśmiech­nę­ła się ko­ją­co.

– Już do­brze, zdej­mij suk­nię, ko­cha­na, bo ją jesz­cze po­bru­dzisz – po­wie­dzia­ła sta­now­czo hra­bi­na Mac­lay.

– Masz ra­cję, ma­mo. – Po­sła­ła ro­dzi­ciel­ce cie­pły uśmiech. – Lub, co gor­sza, jesz­cze mi się znu­dzi.

Pa­nie, chi­cho­cząc, za­bie­ra­ły się za zdej­mo­wa­nie kre­acji z Au­gu­sty, gdy w drzwiach sa­lo­nu sta­nął ko­lej­ny nie­pro­szo­ny gość.

– Puk, puk. – Do po­miesz­cze­nia wszedł uśmiech­nię­ty Chri­stian Mac­lay. – Czy to sa­bat?

– No nie! – Ma­de­li­ne pró­bo­wa­ła za­sło­nić pan­nę Mac­lay. – Ca­ły Lon­dyn zo­ba­czy Au­gu­stę w suk­ni przed ślu­bem!

– Wi­tam, mat­ko, sio­stry, pa­nie i pa­nien­ki. – Uśmiech­nął się uwo­dzi­ciel­sko, na co Jan­ny za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi.

Au­gu­sta spo­strze­gła za­cho­wa­nie przy­ja­ciół­ki i wy­wró­ci­ła ocza­mi. Do Chri­stia­na wzdy­cha­ła nie­jed­na pa­nien­ka, tyl­ko on upar­cie nie chciał się z ni­kim zwią­zać. Ży­czy­ła so­bie, by się oże­nił i spo­waż­niał, ale by­naj­mniej nie z jej przy­ja­ciół­ką. Mia­ła na­dzie­ję, że przy­szła żo­na bra­ta nie bę­dzie jej tak bli­ska jak Jan­ny, bo ta na pew­no chcia­ła­by się jej zwie­rzać z każ­de­go wy­bry­ku Chri­stia­na.

– Wy­glą­dasz uro­kli­wie, sio­stro. – Wi­ceh­ra­bia szcze­rze za­chwy­cił się wi­do­kiem dziew­czy­ny w bia­łej kre­acji.

– Dzię­ku­ję, Chri­stia­nie – od­po­wie­dzia­ła cie­pło. – Ma­de­li­ne, Jan­ny, chodź­cie, pro­szę, do mo­jej sy­pial­ni, po­mo­że­cie mi zdjąć suk­nię, bo jesz­cze jed­na oso­ba mnie w niej zo­ba­czy, a po­stra­dam zmy­sły.

Da­my wy­szły na pię­tro do po­ko­ju pan­ny Mac­lay, zo­sta­wia­jąc Chri­stia­na z sio­stra­mi i mat­ką w sa­lo­nie.

Przy­ja­ciół­ki po­mo­gły prze­brać się przy­szłej ba­ro­no­wej w ró­żo­we, mniej for­mal­ne odzie­nie, po czym pan­na Mac­lay z czu­ło­ścią, jak­by mia­ła do czy­nie­nia z no­wo na­ro­dzo­nym dziec­kiem, uję­ła w dło­nie swo­ją suk­nię ślub­ną i uło­ży­ła ją sta­ran­nie na łóż­ku, na­ka­zu­jąc słu­żą­cej od­wie­sić ją do gar­de­ro­by oraz na­pa­rzyć her­ba­ty dla ca­łej trój­ki. Służ­ka po­spiesz­nie wy­ko­na­ła roz­ka­zy, a ko­bie­ty za­ję­ły miej­sca przy ni­skim pro­sto­kąt­nym sto­li­ku, do któ­re­go służ­ba szyb­ko do­nio­sła za­sta­wę, uwiel­bia­ne przez dziew­czę­ta ekler­ki i wrzą­cy her­ba­cia­ny na­par.

– Mu­szę coś wam wy­znać – ode­zwa­ła się nie­pew­nie Au­gu­sta i chcąc scho­wać się za fi­li­żan­ką, upi­ła łyk zbyt go­rą­ce­go pły­nu, pa­rząc so­bie ję­zyk.

Przez myśl jej prze­szło, że to mo­że znak, aby nie zdra­dza­ła se­kre­tu dziew­czę­tom.

Przy­ja­ciół­ki pa­trzy­ły po­dejrz­li­wie na pan­nę Mac­lay, cze­ka­jąc cier­pli­wie w mil­cze­niu.

– To nie przy­stoi da­mie. – Skrzy­wi­ła się.

– Ro­bię się co­raz bar­dziej cie­ka­wa. – Ma­de­li­ne za­śmia­ła się i po­tar­ła dło­nie.

– No do­brze. – Au­gu­sta wzię­ła się na od­wa­gę, zro­bi­ła głę­bo­ki wdech, po czym zno­wu się za­wa­ha­ła. – Nie­zręcz­nie mi o tym mó­wić, ale czu­ję, że mu­szę to w koń­cu po­wie­dzieć.

– No mów­że w koń­cu – po­na­gli­ła ją Jan­ny.

– Zbli­ży­łam się za­nad­to z Clau­sem – wy­po­wie­dzia­ła sło­wa szyb­ko i za­mknę­ła oczy, cze­ka­jąc na re­ak­cję ko­biet.

Te po­pa­trzy­ły po so­bie i po krót­kiej chwi­li ci­szy ode­zwa­ła się Ma­de­li­ne:

– No cóż… – zro­bi­ła pau­zę. – W ta­kim ra­zie zdra­dzę, że i ja nie by­łam ta­ka świę­ta przed ślu­bem.

– Ma­de­li­ne! – Jan­ny i Au­gu­sta za­śmia­ły się gło­śno.

Pa­ni Gre­en­wo­od wzru­szy­ła tyl­ko ra­mio­na­mi i ukry­ła się za fi­li­żan­ką, upi­ja­jąc tro­chę cie­płe­go na­pa­ru.

– Uwa­żam, że to nic wiel­kie­go, za dwa ty­go­dnie ślub – uspo­ko­iła ją Jan­ny, cho­ciaż do koń­ca nie wie­dzia­ła, czy zga­dza się ze swo­im stwier­dze­niem. – Nie mam do­świad­cze­nia w tych spra­wach.

– Naj­wy­żej bę­dzie­cie mó­wić, że dziec­ko uro­dzi­ło się przed­wcze­śnie – za­śmia­ła się Ma­de­li­ne.

– „Dziec­ko”? – Au­gu­ście od­pły­nę­ła ca­ła krew z twa­rzy.

– Ko­cha­na, chy­ba wiesz, skąd się bio­rą dzie­ci? – zdzi­wi­ła się Ma­de­li­ne.

– Ow­szem, mat­ka już roz­ma­wia­ła ze mną na ten te­mat, ale o tym kom­plet­nie nie po­my­śla­łam – mó­wi­ła z prze­ra­że­niem.

– Nie martw się. – Pa­ni Gre­en­wo­od chcia­ła ją po­cie­szyć. – To się rzad­ko zda­rza pod­czas pierw­sze­go… – za­jąk­nę­ła się. Ja­ko mę­żat­ka po­win­na być bie­gła w spra­wach dam­sko-mę­skich, ale te te­ma­ty da­lej ją krę­po­wa­ły. – Yyy… pierw­sze­go kon­tak­tu. Ja z Char­le­sem ro­bi­my… – urwa­ła – …yyy to czę­sto i nie je­stem jesz­cze przy na­dziei.

– Masz ra­cję, nie bę­dę so­bie tym za­przą­tać gło­wy, sku­pię się na ry­chłym ślu­bie. – Au­gu­sta unio­sła ką­ci­ki ust, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć. Prze­peł­niał ją strach, ale przy­ja­ciół­ki pod­nio­sły ją nie­co na du­chu.

Jan­ny i Ma­de­li­ne nie zdra­dzą jej se­kre­tu, nikt wię­cej nie do­wie się o tej spra­wie. Pa­nien­ka w żad­nym wy­pad­ku nie ża­ło­wa­ła te­go, co się wy­da­rzy­ło. Za­ru­mie­ni­ła się na sa­mo wspo­mnie­nie pik­ni­ku w po­ko­ju Ana­bel­li. Zda­ła so­bie spra­wę, że z chę­cią po­wtó­rzy­ła­by wszyst­ko, co ro­bi­ła z pa­nem New­to­nem. Nie­cier­pli­wi­ła się ślu­bu, bo prze­cież ja­ko mę­żat­ka za­miesz­ka ra­zem z Clau­sem i bę­dzie mo­gła każ­dej no­cy dzie­lić z nim mał­żeń­skie ło­że.

– Cie­szę się, że przy­je­cha­łaś tak wcze­śnie z York­shi­re, two­ja obec­ność przed ślu­bem du­żo dla mnie zna­czy – po­wie­dzia­ła ła­god­nie pan­na Mac­lay.

– Au­gu­sto, nie wiem, któ­ra z nas bar­dziej wy­cze­ku­je two­je­go ślu­bu – za­śmia­ła się Ma­de­li­ne. – Je­steś ta­ka szczę­śli­wa przy pa­nu New­to­nie.

To szcze­ra praw­da, pa­nien­ka Mac­lay ni­g­dy nie pa­trzy­ła w przy­szłość z ta­kim opty­mi­zmem. Za nie­speł­na dwa ty­go­dnie sta­nie się żo­ną męż­czy­zny, któ­ry od za­wsze zaj­mo­wał w jej ser­cu wy­jąt­ko­we miej­sce.

IV

A.M. jak Au­gu­sta Mac­lay

Bu­kiet po­lnych kwia­tów

2 wrze­śnia 1865

Ju­tro wiel­ki dzień dla Clau­sa i Au­gu­sty, wy­ma­rzo­ny ślub zbli­żał się wiel­ki­mi kro­ka­mi. Pan­na Mac­lay by­ła prze­peł­nio­na szczę­ściem, ale coś nie da­wa­ło jej spo­ko­ju. W za­sa­dzie nie po­win­na się o to nie­po­ko­ić, na­za­jutrz bę­dzie żo­ną pa­na New­to­na, jed­nak nie są­dzi­ła, że moż­na po­cząć dziec­ko po jed­nym spo­ufa­le­niu się z męż­czy­zną. Krwa­wie­nie upar­cie nie chcia­ło przyjść, spóź­nia­ło się ty­dzień, a prze­cież za­wsze by­ło punk­tu­al­nie co do dnia. Dzi­siaj mia­ła zo­ba­czyć na­rze­czo­ne­go i za­mie­rza­ła po­wie­dzieć mu o swo­ich przy­pusz­cze­niach. Za­pew­ne nie­spo­dzie­wa­na no­wi­na go ura­du­je. Pan New­ton nie­jed­no­krot­nie utwier­dzał Au­gu­stę w pla­nach od­no­śnie do du­żej i ko­cha­ją­cej się ro­dzi­ny, ona prze­cież po­dzie­la­ła je­go zda­nie, pra­gnę­ła te­go sa­me­go, ale nie mo­gła się od­na­leźć w obec­nej sy­tu­acji. Ona mat­ką? To wszyst­ko wy­da­wa­ło się ja­koś za szyb­ko. Ży­cie Au­gu­sty za­czę­ło pę­dzić ni­czym ga­lo­pu­ją­cy koń. Ślub z uko­cha­nym, ogrom szczę­ścia, któ­re czu­ła, a te­raz bę­dzie jej da­ne opie­ko­wać się wła­snym dziec­kiem. Chcia­ła jak naj­szyb­ciej uj­rzeć uko­cha­ne­go i opo­wie­dzieć o swo­ich oba­wach, prze­cież to ich wspól­ne stra­pie­nie.

„Stra­pie­nie”? – roz­my­śla­ła je­dząc śnia­da­nie. Dziec­ko ni­g­dy nie jest pro­ble­mem. To ra­czej nie­spo­dzian­ka. No nic – wes­tchnę­ła gło­śno i po­my­śla­ła: „Po pro­stu po­wiem Clau­so­wi o swo­ich do­mnie­ma­niach”.

– Aleś ty bla­da, mo­ja dro­ga. – Do ja­dal­nia­ne­go sto­łu do­sia­dła się Ana­bel­la Clin­ton. – Nie de­ner­wuj się tak, bo na­ba­wisz się zmarsz­czek.

– Ech, ła­two ci mó­wić, swo­je­go ślu­bu za­pew­ne już nie pa­mię­tasz. – Po­sła­ła sio­strze oso­bli­wy uśmiech. – To by­ło tak daw­no te­mu.

– Nie za­li­czaj mnie do star­szy­zny. – Po­ka­za­ła Au­gu­ście ję­zyk. – Je­stem w kwie­cie wie­ku.

– Chy­ba prze­kwi­cie – od­po­wie­dzia­ła zło­śli­wie.

– No wiesz! – uda­ła zde­ner­wo­wa­nie.

– Tak po­waż­nie, Ana­bel­lo – po­wie­dzia­ła wol­no pan­na Mac­lay. – Je­stem prze­ra­żo­na, ju­tro wy­cho­dzę za mąż.

– Ko­chasz pa­na New­to­na?

– Tak – przy­zna­ła bez za­wa­ha­nia. – Bar­dzo go ko­cham.

– W ta­kim ra­zie nie masz się czym mar­twić. – Po­kle­pa­ła ko­ją­co dłoń Au­gu­sty. – Ju­tro jest wasz dzień, nie go­ści, nie ro­dzi­ców. Myśl tyl­ko o pa­nu New­to­nie, a od ra­zu po­czu­jesz się le­piej.

– Po śnia­da­niu ma­my udać się ra­zem na spa­cer.

– To ci do­brze zro­bi. – Uśmiech­nę­ła się cie­pło. – Tyl­ko nie roz­ma­wiaj­cie o ślu­bie.

– Bę­dzie­my mieć in­ny te­mat – rzu­ci­ła pod no­sem Au­gu­sta.

– Słu­cham, ko­cha­na? – do­py­ty­wa­ła pa­ni Clin­ton. – Nie do­sły­sza­łam.

– Ach, po­wie­dzia­łam, że znaj­dzie­my in­ny te­mat do roz­mo­wy.

Pan­na Mac­lay po zje­dzo­nym po­sił­ku ru­szy­ła w stro­nę par­ku, gdzie miał cze­kać na nią ba­ron. Ko­niec lon­dyń­skie­go la­ta był cu­dow­nie cie­pły. Trzy­ma­jąc w rę­ku drew­nia­ną rącz­kę ko­ron­ko­we­go pa­ra­so­la sło­necz­ne­go, dum­nie kro­czy­ła przed sie­bie, ukła­da­jąc w my­ślach, jak po­wie­dzieć uko­cha­ne­mu o wiel­ce praw­do­po­dob­nym sce­na­riu­szu ry­chłe­go zo­sta­nia przez nie­go oj­cem.

Pan New­ton stał po prze­ciw­nej stro­nie dro­gi, dzier­żąc wiel­ki bu­kiet ko­lo­ro­wych let­nich kwia­tów. Roz­glą­dał się, wy­pa­tru­jąc w tłu­mie na­rze­czo­nej. Pan­na Mac­lay po­ma­cha­ła do nie­go de­li­kat­nie na przy­wi­ta­nie. Claus spo­strzegł Au­gu­stę ubra­ną w błę­kit­ną suk­nię, trzy­ma­ją­cą nad gło­wą pa­ra­sol, któ­ry rzu­cał nie­re­gu­lar­ny, po­dziu­ra­wio­ny cień na jej twarz. Uśmiech­nię­ty, pod­niósł rę­kę w ge­ście przy­wi­ta­nia i ru­szył w jej stro­nę. Wszedł na bru­ko­wa­ną dro­gę, sku­pio­ny na da­mie swo­je­go ser­ca. Kro­czył szyb­ko i sta­now­czo, stu­kot zbli­ża­ją­cych się ko­pyt usły­szał zbyt póź­no. Ba­ron zwró­cił się w stro­nę nie­po­ko­ją­ce­go od­gło­su i do­strzegł pę­dzą­cy wprost na nie­go po­wóz. Woź­ni­ca nie zdą­żył za­trzy­mać ko­ni i te roz­pę­dzo­ne wbie­gły w spa­ra­li­żo­wa­ne­go stra­chem męż­czy­znę.

Pan­na Mac­lay za­mar­ła, chcia­ła ostrzec uko­cha­ne­go, ale głos uwiązł jej w gar­dle, zo­ba­czy­ła tyl­ko plą­ta­ni­nę koń­skich ko­pyt, ko­lo­ro­we strzę­py kwia­tów, a w tym wszyst­kim le­żą­ce­go bez ru­chu Clau­sa. Czas jak­by spo­wol­nił, upu­ści­ła trzy­ma­ny pa­ra­sol, któ­ry głu­cho ude­rzył o chod­nik. Wzię­ła suk­nię w rę­ce, by nie prze­szka­dza­ła jej w bie­gu. Prze­bie­ra­ła no­ga­mi, lecz dy­stan­su nie uby­wa­ło. Po ca­łej wiecz­no­ści do­tar­ła do oto­czo­ne­go grup­ką lu­dzi le­żą­ce­go na bru­ku, nie­przy­tom­ne­go pa­na New­to­na. Uklęk­nę­ła przy nim i wtu­li­ła się w je­go pierś.

– Clau­sie! Clau­sie, na Bo­ga, sły­szysz mnie? – la­men­to­wa­ła przez łzy. – Bła­gam cię! Po­wiedz coś! Nie zo­sta­wiaj mnie.

Au­gu­sta uno­sząc gło­wę na­rze­czo­ne­go, po­czu­ła, jak jej rę­ka ro­bi się mo­kra i lep­ka. Wy­plą­ta­ła pal­ce z wło­sów Clau­sa i spoj­rza­ła na nie, po czym wrza­snę­ła na wi­dok bor­do­wej krwi.

– Le­ka­rza! – wy­krzy­czał ele­ganc­ki dżen­tel­men schy­la­ją­cy się nad ba­ro­nem. – Jest w po­bli­żu le­karz?!

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Al­fa­bet pięk­nych pań

isbn: 978-83-8423-389-4

© Mo­na Gin i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: An­na Miot­ke

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.