Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zeskanuj kod. Wejdź do gry. Sprawdź, jak bardzo zmieni się twoje życie.
Rok temu mama Zuzi wyszła z domu i zniknęła bez śladu. Od tamtej pory nic nie jest takie jak wcześniej. Dziewczyna i jej ojciec przeprowadzają się do starego domu, obok którego stoi tajemnicza piramida. Czasem ktoś się obok niej kręci… Zuzię na razie bardziej jednak intryguje przystojny młody Amerykanin z willi obok.
W mieście zaczynają pojawiać się zagadkowe kody QR, zapraszające do gry zwanej Akademią Świętej Śmierci. Gra obiecuje lepsze życie w rzeczywistości równoległej i moc oswajania śmierci. Dla jednych to tylko zabawa. Dla innych – pułapka. Ale Zuzia w grze może spotykać się z Mattem, więc coraz bardziej się w nią wciąga.
Gdy w jej życiu zdarza się coraz więcej trudnych do wytłumaczenia zjawisk, dziewczyna zaczyna rozumieć, że zaginięcie jej mamy i gra mogą być ze sobą powiązane. Czy razem z ojcem i Mattem zdołają rozwikłać zagadkę tajemniczych liczb i zapobiec kolejnemu nieszczęściu?
Akademia Świętej Śmierci to mroczny thriller młodzieżowy o dorastaniu w świecie, w którym największe zagrożenia nie wyglądają strasznie – są atrakcyjne, spełniają marzenia i pomagają uciec od szarej rzeczywistości. Przecież to tylko gra…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 593
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 © Copyright by Piotr Adamczyk
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja: Justyna Jakubczyk
Korekta: Ilona Drobna
Projekt graficzny okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Grafiki na okładce: kod kreskowy – Copyright © by juicy_fish; dziewczyna – Freepik Image generator premium (Freepik.com)
DTP: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-68249-76-7
Warszawa 2026
Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Nikomu nie ukradłem tej opowieści. Ale też przyznaję – nie napisałem jej samodzielnie. Spisałem jedynie zwierzenia siedemnastoletniej Zuzi oraz historie kilku osób, które zdecydowały mi się je opowiedzieć, zanim wyruszyły na poszukiwanie drugiej strony osady Zzyzx.
Osada Zzyzx istnieje naprawdę, możecie sprawdzić w internecie. Podobnie jak Strefa 51 oraz Zizianie, zwani gangiem szalonych matematyków i zafascynowani najpotężniejszą w ostatnich dziesięcioleciach sektą NXIVM.
Bądźcie ostrożni. Także przy czytaniu tej opowieści.
P.A.
Igrzyska śmierci i Hala Stulecia
Jadłam drożdżówkę, gdy szesnastoletnia Lucy Gray Baird podrzuciła swoim przeciwnikom trutkę na szczury. Patrzyłam, jak nasi rówieśnicy umierają w konwulsjach, i zrobiło mi się niedobrze. Resztę drożdżówki oddałam mamie. Spojrzała na mnie dziwnym, nieobecnym wzrokiem. Jakby już wówczas powoli mi tym spojrzeniem znikała.
Towarzyszył nam producent telewizyjny z Ameryki, na którego wołano Ronier. Bogaty mężczyzna po czterdziestce. Jedwabny garnitur i wielkie okulary przeciwsłoneczne. Nawet przystojny. Trochę podobny do Macieja Dowbora z You can dance. Niestety, gdy tamci umierali z powodu trutki, on wyłączył mi podgląd kamery i nie pozwolił dalej oglądać. Ale i tak złamał zakaz producentów, wprowadzając nas na plan filmowy Igrzysk śmierci, bo do premiery wszystko miało być tajemnicą.
Szkoda, bo jako jedyna w całej szkole widziałam, jak we wrocławskiej Hali Stulecia kręcą kolejną część tej serii, tym razem z podtytułem Ballada ptaków i węży. Tak, tego słynnego hollywoodzkiego hitu opartego na bestsellerach sławnej pisarki Suzanne Collins. Jeśli mi nie wierzycie, że naprawdę to się działo we Wrocławiu, możecie sprawdzić w internecie.
Potem poszłyśmy szukać reżysera. Mama miała obiecany kwadrans na zrobienie z nim wywiadu. Ronier powiedział, że spotkamy go przy Lamborghini Gallardo z rejestracją Beverly Hills. Wokół hali kręciło się kilkaset osób. Aktorzy, filmowcy, obsługa – nigdzie nie mogłyśmy go znaleźć. Dalej były tereny wystawowe i zlot sportowych samochodów, ale żadna z nas nie miała pojęcia, jak taki Gallardo może wyglądać. Szukałyśmy tablic z Kalifornii, ale znalazłyśmy je tylko na furgonetce z dziwnym napisem NXIVM. Obok napisu ktoś namalował kolorową trupią czaszkę. Było jednak mało prawdopodobne, żeby reżyser kierował dostawczą furgonetką.
W końcu zadzwonił Ronier i powiedział, żeby mama natychmiast przyszła do reżyserki, bo tamten właśnie na nią czeka. Ale musi być sama.
Siedziałam sobie w parku i czekałam na mamę. Po kilku minutach podszedł do mnie Ronier.
– Hej, mów mi Max – powiedział.
Przysiadł się i zaczął opowiadać o karierze, jaką bym mogła zrobić w Ameryce. Wystarczy, żebym po wakacjach do niego przyjechała. Dostanę w jego domu całe piętro, wraz z sypialnią zamykaną na klucz.
– A kto ten klucz będzie miał? – zapytałam czujnie, bo przecież nie jestem naiwna albo głupia.
– Oczywiście, że klucz będzie tylko w twoich rękach – roześmiał się, ale jakoś nieszczerze.
Potem mówił o programach, które realizował lub przy których właśnie pracuje. Wymienił kilka tytułów: Miłość jest ślepa, Indie Express oraz Igrzyska śmierci i Akademia Santa Muerte.
– Mama mi nie pozwoli – powiedziałam.
– Wkrótce będziesz pełnoletnia.
Nie mam pojęcia, skąd to wiedział. Czy tak dokładnie widać, ile czasu brakuje nastolatkom do pełnoletności? Chyba tak, bo za każdym razem, gdy chcemy z dziewczynami kupić energetyka lub wino, to w sklepie każą nam pokazać dowód osobisty.
– To niech pan się odezwie do mnie po maturze – spławiłam go.
Ktoś do niego zadzwonił. Wstał, wyjął telefon i odszedł o kilka kroków. Rozmawiając, wciąż się na mnie gapił. Czułam jego oblepiający wzrok. Przestraszyłam się, że nie odpuści.
Podszedł do mnie drugi mężczyzna. Powiedział, że nazywa się Mark Vicente i jest reżyserem. Zapytał, czy należę do sekty, która jeździ tą furgonetką z kolorową trupią czaszką. Też go spławiłam. Na odchodne powiedział, że mam uważać na Roniera, bo poluje na młode dziewczyny. Ci dwaj faceci chyba się nie lubili.
„Gdzie jesteś, mamo?” – jęknęłam w duchu, bo nie znoszę takich typów. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam coś dziwnego. Mark Vicente wskoczył do furgonetki z tym dziwnym napisem NXIVM i ostro ruszył z miejsca, jakby ją porywał. Niemal tratując ludzi, pognał w stronę wyjazdu z miasta. Zrobiło się zamieszanie, ktoś wzywał policję.
Nieco ponad rok temu
Matt bał się wyjazdu do Polski głównie z powodu pogody. Gdy nad Beverly Hills wschodziło słońce, niebo nad Warszawą, Poznaniem i Krakowem pokrywały deszczowe chmury. Porównał jeszcze temperaturę powietrza i jęknął. W Polsce były zaledwie trzy stopnie Celsjusza, w Kalifornii dwadzieścia cztery, jak to na początku października.
Trudno. Rok, może nieco dłużej, jakoś wytrzyma. Traktował Polskę jak czyściec, a wyjazd – jak sprawiedliwą karę za grzechy.
Podszedł do okna i zobaczył czerwonego Chevroleta stażystki ojca. Tej stażystki, przez którą ucieka przed karą. Może nawet przed więzieniem. Osiemnastolatka zaparkowała pod sklepem Chanel, po przeciwnej stronie bulwaru Santa Monica. Oparta o auto, lustrując wystawę, paliła papierosa. Obok przejeżdżał chłopak na deskorolce. Kucając, starał się uchwycić youtuberską kamerą kadr, w którym na tle błyszczącego wozu widać było króciutką spódniczkę i zgrabne nogi dziewczyny.
O tej porze na ulicach Beverly Hills pełno było youtuberów, tiktokerów i tym podobnych łowców internetowego złota. Za chwilę zagęści się ruch i piękne kobiety w luksusowych samochodach wyruszą w stronę Hollywood. Tak jak przez kilkanaście ostatnich lat robiła to jego matka. Teraz, po roku nieudanych castingów, postanowiła zająć się domem. A raczej tym, co z niego zostało.
Matt w wyszukiwarce znalazł stronę z kamerkami polskich miast. Kliknął link online. Pojawiło się kilkanaście nazw. Łódź, Katowice, Bydgoszcz, Gdańsk... Niektóre coś mu mówiły, o innych nigdy dotąd nie słyszał.
Bezwiednie przewijał szare obrazki z dalekiego kraju, aż jego wzrok skupił się na ostatnim. Tylko na tym widać było słońce. Kliknął obrazek z napisem: Wrocław. To właśnie tam mieli niebawem się przenieść.
Zuzia
W szkole opowiedziałam, że w naszym mieście powstaje film oparty na znanej książce. Nauczycielka polskiego nakręciła się jak sprężynowy zegar. Od razu postanowiła tam z nami pojechać. Rozmawialiśmy o postaciach literackich, więc uznała, że powinniśmy zobaczyć, co skłoniło pozytywną bohaterkę do podrzucenia trutki na szczury.
Tym bardziej byłoby to ciekawe, że zaczynaliśmy akurat cykl lekcji o lekturach szkolnych. Alex, mój sąsiad zza płotu, który przyjechał do nas z Ameryki, narzekał, że nasze lektury są strasznie nudne. U nich lekturą obowiązkową były wtedy właśnie Igrzyska śmierci. Strasznie mu pozazdrościliśmy. Od razu wybuchła dyskusja na temat tego, czy w szkole lepiej czytać zagraniczne powieści fantasy, czy polskie dzieła wieszczów i papieża.
Dyrektor nie pozwolił nam jednak nigdzie jechać, bo sprawdził program nauczania i stwierdził, że nie ma w nim wycieczek do filmowców z Ameryki. Ale na drugi dzień poprosiliśmy o to nauczyciela historii i pojechaliśmy już bez problemu. Tym razem pod pretekstem zwiedzenia jedynego we Wrocławiu zabytku wpisanego na listę UNESCO, jakim szczęśliwym trafem okazała się Hala Stulecia.
Niestety, bez mojej mamy i tak nas nie wpuścili. Jakiś niemiły gość oznajmił, że podczas kręcenia filmu obowiązuje tu zakaz wstępu, tajemnica służbowa oraz przepisy z poufnej teczki o kryptonimie „Motyl”. Próbowaliśmy się jeszcze dowiedzieć, jakie to są przepisy, ale wyjaśnił, że skoro znajdują się w poufnej teczce, to też są poufne.
I tak jednak mieliśmy fajną wycieczkę, a przy okazji pojawienia się tematu motyla weszliśmy do ZOO, znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Fenki, alpaki i pandy doprawdy są niesamowite.
W szkole i tak było o czym opowiadać, chociaż nikt wciąż nie mógł mi uwierzyć, że we wrocławskiej Hali Stulecia ekipa z Hollywood kręci taki film. Wystarczyło jednak wrzucić w wyszukiwarkę tytuł Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży oraz nazwę naszego miasta, i od razu wszystko stawało się jasne. A w dodatku pojawiały się przy tym teksty mojej mamy, dzięki czemu wszyscy się dowiedzieli, że jest znaną dziennikarką. Przy okazji zdobyłam więc tak jakby szacun na dzielni.
Nie wspominałabym teraz o tym, gdyby nie fakt, że na plan filmowy wprowadził nas wtedy Max Ronier. I to jego po raz drugi zobaczyłam kilka miesięcy później, w dniu tajemniczego zniknięcia mojej mamy. Potem spotkałam go w tramwaju i było to bardzo irytujące spotkanie.
Czasami staram się na siłę myśleć o czymś innym niż o zaginięciu mojej mamy, bo mam wrażenie, że zaraz zwariuję. Zresztą kilka miesięcy temu tak mi zaleciła psychoterapeutka i nie mam większego wyboru, jeśli nie chcę znów chodzić do psychiatry. Nie, żeby był jakiś niemiły, ale z dwojga złego wolałabym kogoś o innej specjalizacji. Takiego, gdzie jest mniejsza kolejka.
OK, no dobrze. Już myślę o czymś innym.
Odkąd pomalowałam sobie paznokcie u stóp, widzę dokładnie, gdzie się zaczynam. A więc od tamtego kolorowego miejsca na nogach, po czym kontynuuję się do czubka głowy. Tyle zajmuję miejsca we Wszechświecie. Mniej więcej metr sześćdziesiąt cztery centymetry. To wprawdzie więcej niż zwykłe grabie, ale i tak odczuwam niedostatek. Może jeszcze urosnę. Mama mówiła, że dziewczyny rosną do pierwszej miesiączki, ale na szczęście się myliła. Gdyby się nie myliła, to miałabym trzy centymetry mniej. Ale nie chodzi mi tylko o wzrost. Grabie przynajmniej do czegoś służą i są komuś potrzebne. No ale miałam przecież myśleć o czymś innym...
Nie wiem, po prostu nie wiem, jak do tego wrócić, jak tym razem zacząć. Mam okropny chaos w głowie. Nie chcę na smutno, więc może od tego chłopaka. Ma na imię Matt i od niedawna jest moim sąsiadem. Przyjechał z Kalifornii. Za rodzicami i Alexem z mojej klasy, o którym wam wspominałam.
Studiuje medycynę. Oczywiście nie Alex, który jest za młody, żeby cokolwiek studiować, tylko Matt, jego starszy brat. Gdyby został lekarzem, to bym poszła do niego na badanie. Czasami sobie to wyobrażam. Bardzo podobają mi się jego dłonie. Mocne, ale bardzo ładne, jak u jakiejś rzeźby. Długie, smukłe palce, a pod skórą wyraźne żyłki. Wydają się przy tym delikatne, co bywa czasami zaskakujące. Jak na przykład wtedy, gdy Matt rąbie drewno do kominka lub idzie gdzieś w amerykańskim mundurze. Jego ojciec jest natowskim pułkownikiem i dowodzi wojskową misją stacjonującą pod miastem.
Z Mattem rozmawiałam tylko kilka razy, strasznie mnie onieśmiela. Jeśli mówi się, że niektórzy mają rentgen w oczach, to on patrzy na mnie tak badawczo, jakby miał nie tylko rentgen, ale całe zaplecze diagnostyczne dużego szpitala. Na przykład tego na Borowskiej albo Koszarowej. Przyznam, że i ja często ukradkiem mu się przyglądam. Mam dziwną ciekawość związaną z tym chłopakiem. Może dlatego, że ma oczy czarne jak najczarniejsza tajemnica. Jest w nich też jakiś smutek i chyba tęsknota. Ciekawe, za czym tak tęskni. Może za tą swoją Ameryką?
Lubię patrzeć z okna, jak pływa w swoim basenie. Jego młodszy brat, Alex, siedzi zazwyczaj wtedy na brzegu i mierzy czas stoperem. Zerkam też na swój zegarek, jakbym tam z nimi była. Potem oni leżą razem na trawie i suszą się w słońcu, a krople na ciele Matta odbijają je jak małe lustra. Mam wrażenie, że czuję je też na swoim brzuchu i dotykam ich palcami.
Wsiadając po szkole do tramwaju, od razu go dostrzegłam. Gdyby świat był idealny, podeszłabym do niego i na dzień dobry pocałowała w szyję. Wyżej po prostu nie sięgnę, a przecież tak od razu nie będę się wspinać na palce. Zresztą, jeszcze nie wiem, czy jest wart, aby się dla niego w ogóle gdziekolwiek wspinać. Nicola Cola, moja przyjaciółka, mówi, że on ma czarne włosy, czarne oczy i na pewno czarny charakter.
Poza tym świat nie jest idealny i tak na co dzień, gdy się o mnie nie potyka pod domem, to pewnie nawet nie pamięta o moim istnieniu. Może i moja w tym wina, bo ilekroć go spotykam, to udaję, że jestem bardzo zajęta czymś innym. Nie wiem, dlaczego tak robię. Maria Jose, o której za chwilę, powiedziała mi, że to reakcja obronna organizmu. Że taki niby podświadomy odruch obronny dojrzewającej dziewczyny. Nie jestem tego pewna, przecież Matt w ogóle mnie nie atakuje.
Tak czy owak, zauważyłam, że tego lata, ilekroć panuje upał, to chce mi się całować. Wrześniowe słońce grzeje wciąż bardzo mocno, jakby nie chciało mu się jeszcze odlatywać do ciepłych krajów. W sumie to może bym się jednak wspięła na te palce. Prawda o mnie jest taka, że mam kilka zasad, którymi konsekwentnie się nie kieruję.
Matt
Korki tego dnia były w mieście tak duże, że Matt postanowił zostawić Jeepa pod uczelnią i wrócić do domu tramwajem. Widzi, jak na kolejnym przystanku Zuzia wskakuje do środka. Z ciekawością się jej przygląda. Sprawia wrażenie podekscytowanej, może dlatego, że to dzień rozpoczęcia roku szkolnego.
Dziewczyna ma czerwone policzki, a dwa niesforne kosmyki blond włosów kleją się jej do spoconego czoła. Odgarnia je niecierpliwym ruchem ręki. Szeroki mankiet białej bluzki zsuwa się na przedramię, odsłaniając nadgarstek drobny jak u dziecka. Trochę kontrastuje z nim srebrna trupia czaszka na czarnym rzemyku.
Ma ochotę podejść i się przywitać, ale powstrzymuje go myśl, że ona może go nawet nie pamięta. Zagadnął ją dwa dni temu, ale nie zwróciła na niego uwagi. Przed wakacjami rozmawiali ze sobą kilka razy, ale wtedy chodził jeszcze w mundurze.
Rodzice Matta właśnie kończyli się urządzać, a ojciec Zuzi wprowadzał się do sąsiedniego domu. Wcześniej oglądała go z nim także matka Zuzi, ale coś się musiało wydarzyć złego, bo później już się nie pojawiła. Widać było, że córka z ojcem bardzo to przeżywają – on często wracał do domu pijany, a ona wyjechała gdzieś na terapię.
Matt, chociaż był dwa lata w marines i ma metr osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, a zbudowany jest tak, jakby dopiero co wyszedł z Thora, boi się podejść do dziewczyny.
Musi być ostrożny. Musi się pilnować w towarzystwie kobiet. Tego wymaga od niego nie tylko ojciec, ale i postanowienie sądu koleżeńskiego Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Na razie wolałby o tym nie mówić.
Zazwyczaj udaje mu się zachować wymaganą ostrożność, ale czasami społeczne oczekiwania go przerastają. Jak w taki upalny dzień, gdy krew nadzwyczaj szybko płynie w żyłach, można nie podejść do tak fajnej dziewczyny? Na chwilę ich wzrok się spotyka. Matt wtedy szybko odwraca oczy, bo wie, że dziewczyny zazwyczaj nie lubią, gdy mężczyźni natarczywie na nie patrzą.
Dostrzega wówczas Roniera i marszczy czoło. Zna go nie tylko z widzenia. Mył okna w jego apartamencie na dwudziestym piątym piętrze w Los Angeles. Matt chodził po górach, należał do klubu alpinistycznego i czasami w ten sposób dorabiał z kolegami. Tak było lepiej, bo z ojcem, zazdrosnym o filmowe znajomości matki, kłócił się bezustannie. Nie chciał brać od niego pieniędzy, więc poza świadczeniem usług w klubie wysokogórskim uczył też surfingu w Miami Beach.
Gdy Matt wisiał na linie sto metrów nad chodnikiem i czyścił okna, Ronier rozbierał małą Meksykankę. Szczerzył się do Matta, ironicznie patrząc mu w oczy. Ona mogła mieć najwyżej piętnaście lat. Matt miał ochotę wybić młotkiem szybę, wpaść do mieszkania i spuścić facetowi łomot. Uderzył tylko w przezroczystą taflę pięścią. Dziewczynka odwróciła się w jego kierunku i krzyknęła, przestraszona. Ronier sięgnął po pilota i opuścił żaluzje, zanim ta mała się zasłoniła podniesioną z podłogi koszulką.
Ronier
Nie tylko Matt zna Maxa Roniera. To słynny producent oraz juror wielu telewizyjnych konkursów. Od lat prowadzi także programy typu reality show. Głównie te z udziałem mocno roznegliżowanych dziewcząt. Ostatni skończył się skandalem. Okazało się, że większość dziewczyn nie wróciła z finału w Arabii Saudyjskiej. Dwie aresztowano za nieobyczajne prowadzenie się, a kilka zostało w Dubaju. Ściślej mówiąc – zostało kolejnymi żonami tamtejszych szejków. Zerwały wszystkie kontakty z rodzinami, a te oskarżyły jurora o udział w ich uprowadzeniu.
Policja nie znalazła jednak wystarczająco obciążających dowodów, a dziewczyny wysłały do domów listy, z których wynikało, że są w haremach dobrowolnie. Wciąż jednak pojawiały się wątpliwości. Do czasu umorzenia śledztwa Ronier na wszelki wypadek został zawieszony w amerykańskich stacjach telewizyjnych. W Polsce nikt się tym nie przejmował. W końcu Ameryka to bardzo odległy kontynent.
Sporo o sekretach Maxa Roniera wiedziała też mama Zuzi, przez rok zbierała materiał do swojej kolejnej książki, Tajemnice NXIVM, w której chciała to wszystko opisać.
Jest więc jeszcze ten mężczyzna, Max Ronier. Przystojny, dobrze ubrany i bogaty. Tamtego dnia wszedł do tramwaju tuż za dziewczyną. Widać, że na co dzień nie jeździ takimi środkami komunikacji. Najpierw nie wiedział, jak otworzyć już zamknięte za nią drzwi, potem usiłował wrzucić pięć złotych do kasownika.
Lekko pijany, a może coś brał lub palił. Długie, lekko siwiejące włosy, zaczesane do góry, opadające na kark. Jedwabna niebieska koszula, granatowa jedwabna apaszka. Dżinsy do połowy łydki, markowe okulary. Na szyi białe koraliki, na przegubach dłoni plecione rzemienie ze wstawkami ze złota.
Od kilku dni obserwuje Zuzię. Ma jakiś dodatkowy powód poza tym, że dziewczyna bardzo mu się podoba. „Taka młoda, dziewczęca i naturalna, a do tego urocza!” – zachwyca się nią w myślach. „O mój Boże, jaka podobna do matki! Jak bardzo by się tam nadawała” – powtarza sobie po wielokroć. Gdzie by się nadawała? To wie na razie tylko ten mężczyzna.
Z radością teraz patrzy, jak blondyneczka siada przy oknie. Słońce pada na jej twarz, a ona przysłania oczy dłonią i zaczyna się przyglądać wiadomości, którą ktoś z jego ludzi zostawił także tutaj.
To kod QR, intrygujący właśnie dla takich dziewczyn jak ona. Oto przed nimi tajemnicza gra, a po niej udział w finale słynnych na cały świat Igrzysk śmierci, czyli największe wydarzenie w Polsce od czasu koncertu Taylor Swift!
Jest optymistą i bywalcem salonów gier, przychodzi mu więc na myśl, że włosy tej dziewczyny siedzącej przy oknie skrzą się w słońcu jak deszcz monet wypadających z wnętrza jednorękiego bandyty.
– Musi się udać – mówi do siebie mężczyzna i w wyobraźni widzi górę złota.
Gdybym miała broń
– Mam wrażenie, że skądś się znamy – mówi do mnie jakiś ubrany w jedwabną koszulę dupek i gapi mi się w dekolt.
Zerkam na niego – gdzieś go widziałam, ale nie pamiętam gdzie. Wygląda jak każdy dziad po czterdziestce. Wzruszam ramionami.
Najbardziej ze wszystkiego na świecie nie cierpię robaków, swoich ramion i obleśnych dziadów, którzy gapią się w dekolt. Nie cierpię też smrodu gotowanej brukselki. Chociaż przy brukselce można przynajmniej otworzyć okno, zrobić przeciąg albo coś. Przy tym natręcie w jedwabnej koszuli nie mogę zrobić przeciągu, żeby go wywiało. W tramwaju jest klimatyzacja, która nie działa, ale są też blokady otwierania okien, które działają. Pewnie dla równowagi, żeby coś działało. Chociaż powinno być odwrotnie i jeśli coś musi być zepsute w tramwajach, to wolę, żeby to były blokady okien. Wpuściłabym trochę świeżego powietrza.
Nie mogę nic otworzyć, poza plecakiem. Mogłabym z niego wyjąć pistolet. Właśnie natręt tramwajowy puścił do mnie oko, co mnie tak brzydzi, jakby puścił bąka. Palnęłabym dziadowi prosto między oczy. Kurczę, kogo on mi przypomina?
Mogłabym wyjąć pistolet, ale go nie mam. Szkoda, że to nie Ameryka, wtedy bym miała. Matt na pewno ma, widziałam go kiedyś w mundurze. Mogłabym od niego pożyczyć. Zabiłabym też wszystkie robaki, bo się ich panicznie boję. Kiedyś miałam taką grę, w której zabija się robaki. Ale to nie były Wormsy ani Zabójcza ćma, to było coś znacznie gorszego i te robaki naprawdę były obrzydliwe. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie wymyślił gry, w której zabija się obleśnych natrętów gapiących się dziewczynom w dekolt.
Do swoich ramion bym nie strzelała, chociaż ich nie lubię. Ramion i pleców. Mam na nich mapę. W dzieciństwie tata mi mówił, że to mapa do skarbów. Gdy się opalaliśmy, to wodzili z mamą palcami między moimi łopatkami, strasznie mnie to łaskotało. Spierali się, w którą stronę palce powinny się udać. W bok, żeby gilgotać pod pachą, czy w górę, żeby smyrać jak kota za uchem. Lubiłam smyranie. Mama robiła to delikatnie, moja kochana mama. Ojciec wolał łaskotać pod pachą i śmiał się, gdy chichrałam tak, że leciały mi łzy. Raz się posikałam od tego i potem płakałam prawdziwymi łzami ze złości i wstydu, a nie takimi ze śmiechu. Bardzo się wtedy obraziłam na ojca. Miałam siedem lat, mama zrobiła mu awanturę, a on wtedy zrozumiał, że jestem już za duża, żeby mnie tak gilgotać.
A potem zrobiliśmy badania i się okazało, że to, co mam na plecach, to nie mapa do skarbów ani do gilgotania, tylko choroba. Taka, w której część skóry traci kolor – bielactwo. Tak się nazywa. Człowiek robi się od niej w białe plamy, tak jak żyrafa w brązowe, a krowy i dalmatyńczyki w czarne. Ja mam na razie plamy tylko na plecach, ale obawiam się, że zaczną po mnie wędrować. Plamy wyjdą mi na dłonie, a potem na twarz. Tak, strasznie się tego boję, ale nie da się ich odstrzelić, tak jak robaków, smrodu brokułów i wzroku tego dupka w jedwabiach. Wciąż się gapi w mój dekolt.
– No co, nie poznajesz mnie?
Nie reaguję, ale głos wydaje mi się znajomy.
Dlaczego jestem wściekła
Mam luźną koszulkę z dekoltem w serek. To znaczy w serek był przed praniem. Ale ojciec zrobił pranie i koszulka się rozciągnęła. I dekolt jest już raczej w ser, a nie w serek. Rozciągnięty jak mozzarella na pizzy.
Ojciec zawsze mi coś psuje w pralce. Mama nigdy nie psuła. Moja dobra mama. Zawsze wszystko potrafiła i wiedziała, i była najlepszą mamą na świecie. Taką ją pamiętam. Znikła nagle rok temu. Wyszła z domu, który oglądaliśmy tuż przed jego zakupem, i nie wróciła. Wyszła i nie wróciła. Dokładnie tak, jak to czasami opisują w gazetach. Tak po prostu. No nie! Gdy ktoś znika innym z życia, to nie można powiedzieć, że robi to tak po prostu. To wcale nie jest proste. To jest bardzo mocno pokręcone.
Na ulicy stał wtedy sportowy samochód. Bardzo ładny. A obok niego facet bardzo podobny do tego dupka tramwajowego. Tak, skądś go chyba znam.
Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Tak potem terapeutka tłumaczyła moje załamanie, ale moim zdaniem gromy spadają z ciemnego nieba. Dorośli już tacy są, że mówią bardzo wiele rzeczy zasłyszanych, ale niesprawdzonych i nieprawdziwych. Trzeba traktować ich z dystansem i obchodzić się z nimi ostrożnie.
Mama zaginęła rok temu, wkrótce po swoich trzydziestych czwartych urodzinach, i od tej pory postanowiłam, że nigdy nie będę obchodzić żadnych urodzin. Nie chcę, żeby moi bliscy zniknęli po kolei. Ale nie chcę teraz o tym mówić, opowiem potem. Swoją drogą, nie potrafię sobie wyobrazić, że ja mogłabym mieć teraz dziecko. A moja mama przecież mnie miała właśnie w wieku siedemnastu lat.
Po jej zniknięciu zamieszkała z nami Maria Jose. Wtedy była jeszcze studentką ojca. On pracuje w wojskowym instytucie wynalazczości i jednocześnie wykłada na uczelni. Ona nie miała pieniędzy, więc w zamian za pokój najpierw trochę udzielała mi korepetycji, a jak zaginęła moja mama, to zajęła się też domem. Miało to trwać miesiąc, góra dwa, trwało prawie rok.
Maria Jose ma takie dziwne imię, bo jest z Meksyku, a tam często noszą podwójne imiona. Nosi na łańcuszku medalik z Matką Boską, ale inną niż nasze, bo jej ma czaszkę zamiast twarzy. W Meksyku niektórzy tak noszą. To ma przynosić im szczęście i nawet ja dostałam od Marii Jose małą czaszkę ze srebra do powieszenia na rzemyku.
Fajna dziewczyna, bardzo ją lubię. Jest wicemistrzynią swego kraju w mieszanych sztukach walki MMA. Ma dwadzieścia pięć lat, prawie osiem więcej ode mnie, i mogłaby być moją starszą siostrą. Tak też bym wolała, żeby była siostrą, bo trochę mnie brzydzi, że czasami w samej bieliźnie ucina sobie pogawędki z moim ojcem. Coś podejrzewam, ale pewności nie mam, chociaż w pokoju ojca też ją widziałam w samej bieliźnie. Może ze skrętem tylko tam poszła albo po ogień, tak czy owak, była mocno od tego rozogniona.
Raz też wybuchła przez nią awantura. To było dwa dni przed zniknięciem mamy. Maria Jose brała kąpiel w wannie, a ojciec do niej wszedł. Po prostu wszedł, jakby nikogo tam nie było, podał jej jakiś przyrząd i o coś pytał. Mama to wszystko widziała. Trzasnęła drzwiami i wyszła, a jak wróciła po trzech godzinach, to się zaczęli kłócić. Ojciec tłumaczył, że to wszystko były sprawy służbowe, ale obowiązuje go tajemnica i nie może zdradzać szczegółów. Mama nie uwierzyła, bo trudno uwierzyć w sprawy służbowe związane z młodą dziewczyną leżącą w wannie.
Z drugiej strony ojciec w swojej pracy czasami robi naprawdę dziwne rzeczy. Był kilka lat w Ameryce, pracował w różnych laboratoriach oraz instytutach i do dziś przychodzą do niego przesyłki z logiem NASA. Pamiętam, że jak byłam jeszcze mała, przywieźli mu z pracy olbrzymiego fikusa, którego podłączył metalowymi klamerkami do prądu. Codziennie sprawdzał, jak się ten fikus czuje, a kwiat zaczął nawet kwitnąć. Ale najdziwniejsze było to, że ten kwiat reagował na ludzki głos. Ojciec z nim rozmawiał, a on się wtedy kurczył lub rozwijał. W końcu chyba powiedział fikusowi coś niemiłego, bo fikus zwiądł.
Nie wiem, może Marię Jose też wtedy podłączył w tej wannie do prądu, ale przez jakiś przetwornik, żeby jej w wodzie nie poraziło. Mama uznała jednak, że to była ładowarka do telefonu, bo się dziewczynie rozładował, a zapewne wysyłali sobie SMS-y.
Trudno powiedzieć, może coś było, ale minęło, bo od paru miesięcy Maria Jose nocuje poza naszym domem. Tata mi mówił, że u tego Roniera, nie wiem, skąd oni się znają.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Książki dla dzieci i młodzieży.
Inspirujące, wartościowe, pobudzające wyobraźnię
i rozbudzające ciekawość świata.
Książki, które wywołują emocje –
potrafią wzruszyć i rozbawić.
www.prozami.pl
