Agonia - Leszek Kumański - ebook
NOWOŚĆ

Agonia ebook

Leszek Kumański

0,0

Opis

Gdy wszystko traci sens, nawet śmierć nie niesie ukojenia

Adam traci wszelką nadzieję i rzuca się pod nadjeżdżający pociąg. Jego dusza, uwolniona z cielesnego więzienia, nie odchodzi jednak w niebyt. Zostaje, by wędrować po metaforycznych i dosłownych cmentarzach wspomnień oraz rozmawiać z tymi, którzy – tak jak on – wybrali śmierć zamiast życia.

Spotkania ze zmarłymi pisarzami, artystami i aktorami stają się dla Adama impulsem do rozliczenia się ze wszystkim, co doprowadziło do agonii wszelkich wartości.

W jego pamięci ożywa Polska minionych dekad – szara i brutalna. To rzeczywistość, w której przyjaźnie rodziły się przy wódce, a jeden nierozważny krok mógł prowadzić w ręce MO lub SB. Z bezlitosną szczerością przygląda się sobie i społeczeństwu, stawiając pytania, na które być może nie zdąży już odpowiedzieć…

„Agonia” to podróż przez śmierć i zapomnienie. Opowieść o wartościach, które umierają szybciej niż ludzie – i o rozpaczliwej chęci, by je ocalić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Leszek Kumański

Agonia

Agonia – proces umierania poprzedzający śmierć.

Dum Spiro, Spero – póki żyję, nie tracę nadziei…

Nadzieja umiera ostatnia

(Heraklit)

Wszelkie podobieństwa do zdarzeń i osób opisanych w tej książce są wyłącznie przypadkowe.

Nic tylko się powiesić!… – pomyślał ironicznie, idąc po torach błyszczących w świetle lamp zainstalowanych wzdłuż biegnącej obok asfaltowej drogi, pełnej dziur, pęknięć, szram spowodowanych przez koła ciężarówek wyglądających równie plugawo jak ta droga. Ciężarówek poranionych w bójce z bezlitosnym życiem, aut poobijanych w stłuczkach z idiotami za kierownicami równie poranionych karoserii pojazdów, które stoczyły swoje bitwy o przeżycie z większym lub mniejszym szczęściem. Jedne po czołówkach wylądowały na szrocie, gdzie ktoś je powiązał sznurkami, drutami i słowem honoru, inne – miały więcej szczęścia, bo tylko otarły się o śmierć, zaliczając zdartą skórę blachy, wyklepaną młotkiem na odpierdol się, jeszcze inne ratowały życie wywrotką do rowu po poślizgu w taką pogodę jak dzisiaj, gdy jesień zmagała się z zimą, deszcz z mrozem i szronem wypełzającym zdradziecko na błyszczący i pozornie bezpieczny asfalt, by mknąć ku zbawczej, ciepłej przystani garażu.

– Nic tylko się powiesić!… – szepnął. Gdy wypluwał to ironiczne zdanie, odruchowo podniósł kołnierz kurtki, by ochronić szyję przed zacinającym deszczem, toczącym śmiertelny pojedynek z płatkami śniegu próbującymi nieśmiało spaść na ziemię. Daremnie, gdyż zanim zdołały przeżyć, już zamieniały się w marznącą, cienką szybę zdradzieckiego lodu.

– No kurwa, nic tylko się powiesić!… – zaśmiał się na głos na myśl o tym kretyńskim odruchu z podnoszeniem kołnierza kurtki, jakby chciał tu walczyć o życie, idąc po tych błyszczących torach, które niczym węże przeplatały się na rozjeździe – konstrukcji szyn umożliwiającej przejazd pociągów z toru zasadniczego na tor zwrotny lub odwrotnie z określoną prędkością, bez konieczności przerywania jazdy. Każdy rozjazd składa się z dwóch, trzech głównych elementów: zwrotnicy, krzyżownicy oraz szyn łączących zwrotnicę z krzyżownicą, co odruchowo skojarzyło mu się z pętlą szubienicy…

– Nic tylko się powiesić. – Uśmiechnął się do myśli, która łomotała mu w głowie nieustająco, gdy powoli szedł po tych niemal metaforycznych torach życia, zaliczając różne rozjazdy, po torach życia oplecionych kłębowiskiem szyn, niczym żmij błyszczących i zapraszających do wędrówki, która tak pięknie i zarazem do dupy dobiegała do mety…

Rozpiął suwak kurtki, opuścił podniesiony przed chwilą kołnierz, podniósł głowę i wyzywająco spojrzał w twarz niebu, które przypominało ścierkę, czarną, brudną, jakby przed chwilą wycierano nią podłogę ze wszystkich brudów świata. Ścierka nieba nie miała ani jednej gwiazdy, jakby wszystkie wyżęto przed chwilą do rynsztoka. Właściwa pogoda na taki finał – pomyślał z uznaniem, jak gdyby to on sam wyreżyserował tę pogodę i całą scenografię…

– No naprawdę – nic tylko się powiesić! – Stanął pomiędzy szynami rozjazdu. Z głębi czarnej gardzieli nocy niczym z paszczy potwora, który właśnie się obudził i otworzył oczy, wyjrzały czerwone ślepia i głodne z pomrukiem nienawiści zbliżały się ku rozjazdowi.

Zimne krople deszczu zalewały mu twarz, parzyły skórę szyi, uderzały niczym werble plutonu egzekucyjnego oznajmiającego kulminację widowiska dla gawiedzi. Tylko w odróżnieniu od średniowiecznych rynków, gdzie werble i wyroki śmierci były fantastycznym show dla motłochu spragnionego krwi, bo przecież nic tak nie cieszy jak cudze nieszczęście, tu nie było widowni, nie było teatru, nie rozrywano nikogo końmi, no z wyjątkiem koni mechanicznych… – myślał, stając w rozkroku. – Znów ten bezwiedny odruch bezwarunkowy, jakby miał stanąć twarzą w twarz do pojedynku z bykiem lub pojedynku w westernie gdzieś na Dzikim Zachodzie, czy na rodeo, pośród narąbanej piwem dzikiej, cywilizowanej, a jakże, publiki. Co za żenujący odruch bohatera – zakpił sam z siebie, złączył stopy w geście rezygnacji z buńczucznego, idiotycznego spojrzenia pędzącemu potworowi w twarz, jakby miał nadludzkie siły, by go pokonać. Rozluźnił mięśnie, zwiotczał, poddał się przeznaczeniu, jakie w końcu sam wybrał.

– Nic tylko się powiesić – przekonał się po raz kolejny, niczym płyta dawno zdarta, która powtarzała w kółko ten sam przebój, porysowana równie skutecznie jak karoserie aut, brudne, ropiejące rdzą, przeżarte trądem i syfem życia.

Ścierka nieba przemieszana z deszczem, mgłą, nawet gwiazdy spieprzyły z tego boskiego wybiegu, bo – jak to mówią – w taką pogodę nawet psa z budy nie wygonisz, a co dopiero gwiazdy, które chcą się lansować na czystym niebie, a nie w rynsztoku Pana Boga, który zamknął się w swojej stróżówce i ogłosił fajrant.

– Naprawdę, nic tylko się powiesić w taką pogodę. – Pokiwał głową na znak akceptacji i szyderczej satysfakcji.

Lokomotywa niczym czołg przedzierający się przez las i łamiący drzewa jak zapałki pędziła przez otchłań nocy z oczami rosnącymi z każdą chwilą i z nieubłaganym wyrokiem.

Zacisnął odruchowo powieki, nie chcąc jednak spojrzeć śmierci prosto w oczy…

Apokalipsa.

Szum morderczej machiny, szum wiatru, pęd powietrza szarpnął nim, przewrócił. I ucichł.

Pociąg na rozjeździe poleciał torem obok…

– No kurwa!… – Zaśmiał się na cały głos, gdy pozbierał się z ziemi. – Ja pierdolę! Ale trzeba mieć pecha… – Śmiał się Bogu w twarz, ale ani Bóg, ani maszynista pociągu, ani nikt inny nie zauważył, że jakiś popierdolony, niedorobiony samobójca postanowił się zabawić i rzucić zaspanemu Bogu wyzwanie…

Stał z rozłożonymi ramionami niczym gladiator, który w rzymskim cyrku wykiwał los, pokonał przeciwnika, rozłupał czaszkę rywala, z której wyciekała krew zmieszana z mózgiem. Stał w strugach deszczu, czując się jak Chrystus – rozłożył ręce, patrząc w mrok, z którego wyłonił się kolejny rywal.

Koloseum zadrżało w emocjach żądne kolejnego pojedynku, kolejnej krwi, kolejnej śmierci.

Słuchał, czy to ziemia drży, czy jego własne ciało. Czy to jego los drży o życie, czy to świat się kończy, czy właśnie zaczyna swoją Golgotę?

Boże! Zakończ tę farsę! – krzyknął w mrok.

Lokomotywa pędziła na tyle głośno, że widocznie obudziła Boga w jego pakamerze… Pociąg w tym momencie skończył bieg z piskiem hamulców.

Nie. Nie był to bieg historii, lecz bieg jednego życia. Jakby Bóg strzepnął pyłek z marynarki, kroplę krwi rozcieńczoną w kroplach deszczu.

Najwyraźniej – z Bogiem nie ma żartów. Zwłaszcza gdy Bóg ma sjestę…

Żeby nie było złudzeń – to nie świat właśnie się zatrzymał. To tylko pospieszny pociąg, który spowodował kilkugodzinne opóźnienie ze względu na obecność prokuratora i policji badającej przyczyny śmierci w akompaniamencie złorzeczeń pasażerów, którzy spóźnią się na sprawy niecierpiące zwłoki… A tu jakieś zwłoki kładą się w poprzek biegowi historii, co za nietakt! Naprawdę – nie mógł się powiesić?! I to na naszej trasie? Nie mógł ten pech spotkać kogoś innego?! Inny pociąg?! Kurwa, życie jest niesprawiedliwe… A nawet śmierć! Naprawdę – nic tylko się powiesić!

Właśnie ktoś został zmiażdżony niczym zdezelowana ciężarówka po czołowym zderzeniu z życiem. Na torach rozjazdu i w promieniu kilkudziesięciu metrów walały się resztki krwi, skóry, kości, ubrania. Nędzne resztki wiary, nadziei, miłości, marzeń i całego tego gówna zwanego złudzeniami. Straconymi nie pierwszy raz. Nie miejcie złudzeń – ani powieka światu nie drgnęła, można nawet zaryzykować, że świat odetchnął z ulgą, dostał parę centymetrów wolnej przestrzeni, deszcz przestał padać, choć, żeby było bardziej literacko, powinien płakać nad duszą zmarłego, czy szlochać nad zasmarkanym życiem idioty, który rzucił ręcznik na ring i narobił bałaganu ciężko pracującym ludziom – policji, lekarzom, sanitariuszom, kolejarzom, pasażerom, którym przeciął pasmo szczęścia w podróży do wymarzonych miejsc i celów. Jeden nieodpowiedzialny krok i taki bałagan, Boże! Jaki to problem podciąć sobie żyły i odejść taktownie, z klasą, nie zawracając ludziom dupy? Ale nie – tu trzeba było z hukiem! – komentowali wściekli pasażerowie pociągu! Co za egoizm… Umrzeć też trzeba umieć, a nie robić sensację. Jakie to niesmaczne i godne parweniusza.

– Okropne! – Patrzył na swoje własne szczątki porozrzucane po torach i dookoła nich. Uśmiechnął się, bo dziwne, ale zrobiło mu się lekko na duszy… To ironiczne stwierdzenie spowodowało sarkastyczny, niewidoczny w materialnym sensie, stan: odruchowo chciał dotknąć twarzy, której nie miał, bo przecież fizycznie był kupą złomu jak ciężarówka po dekapitacji… Ale choć był abstraktem, duchem, to czuł się dalej jak ktoś z krwi i kości, choć ta krew wsiąknęła w ziemię, a kości zebrano do foliowego worka jak do worka na śmieci, by zabrać je na wysypisko, a potem do utylizacji. Życie musi podlegać jakimś sensownym regułom, nawet śmierć.

Naprawdę czuł się oszołomiony, jakby po ciężkim ciosie na ringu, ale nie było to oszołomienie człowieka, który stracił przytomność po ciosie w głowę i teraz wraca z zaświatów po policzeniu do dziesięciu. To było oszołomienie po wstrząsie psychicznym. Jakby był pijany i widział wszystko podwójnie: ludzi, twarze, własną dłoń, mimo że człowiek nawalony stara się wyostrzyć wzrok, mrużąc oczy. Tyle że on widział podwójnie swoją duszę, swoją psychikę, nie było go fizycznie, tak jak przed chwilą, odruchowo chciał podnieść znów kołnierz kurtki, by ochronić szyję przed deszczem, odruchowo chciał zerknąć na zegarek, ile to czasu upłynęło od jego śmierci i złapał się nawet na myśli, czy zegarek roztrzaskał się tak jak jego życie, choć swoją drogą – znów sarkastycznie uśmiechnął się – po chuj mi zegarek, jeśli już nie ma czego odliczać?…

Śmierć jest przebudzeniem i przypomnieniem – przypominał sobie Platona, który był przekonany, że dusza oddzielona od ciała na skutek śmierci może myśleć i rozumieć znacznie jaśniej niż przedtem i o wiele łatwiej można rozpoznać prawdziwą naturę rzeczy. Po śmierci dusza staje wobec „sądu”, podczas którego boski byt ukazuje duszy wszystkie spełnione w życiu uczynki – tak dobre, jak i złe. No tu to Platon już poleciał ponad sadem… Ale bez wątpienia czuł lekkość duszy, nie odczuwał bólu, żadnego, był jak balon napełniony helem, zerwany z uwięzi, który szybuje nad światem, przenika przeszkody, wędruje przez przedziały pociągu, słuchając złorzeczeń pasażerów, jakby zbierał, niczym dziennikarz brukowca, ploteczki, by je za chwilę opublikować… Kto nie lubi plotkować, a zwłaszcza wysłuchiwać plotek i komentarzy na swój temat, tym bardziej szczerych w swojej chęci oplucia kogoś, gdy nie ma go między nami. A on właśnie był! To tak, jakby wlazł ukradkiem do konfesjonału, schował się za plecami księdza i wysłuchiwał spowiedzi, jak jedni wierni obrabiają dupy drugim, a na koniec dostają rozgrzeszenie za trzy dyżurne zdrowaśki… Tak więc czuł się naprawdę lekko na duszy, szczęśliwy, wolny. I tu w pełni zgodził się z Platonem, że wzrok, słuch, dotyk, smak, powonienie – zmysły mogą zwodzić żyjącego człowieka, co może spowodować, że żyjący może mieć fałszywe zdanie albo wrażenie co do istoty rzeczy. Zatem dusza nie może widzieć rzeczywistości samej w sobie aż nie zostanie uwolniona od niedoskonałości i fałszerstw ludzkich, fizycznych zmysłów. Język ludzki nie wystarcza, żeby bezpośrednio wyrazić ostateczną rzeczywistość, słowa raczej ukrywają, niż ujawniają naturę rzeczy. Tu w pełni zgadzał się z Platonem, wieża Babel ludzkiego bełkotu nie prowadzi do jasnego umysłu, większość społeczeństwa nie rozumie nawet prostych komunikatów ulicznych reklam, bo wtórny analfabetyzm powoduje, że język gestów wystarczy – jak ręka zgięta w łokciu…

Wędrował pomiędzy ludźmi w przedziałach, słuchał, jak zawiązują znajomości, jak się łudzą, szczęśliwi, że to nie ich szlag trafił przed chwilą, silni, pełni wiary w siebie, w swoje szczęście i przekonanie, że oni nie są tacy głupi, by skończyć bez sensu jak ten głupek, który rzucił się pod lokomotywę.

– Przynajmniej deszcz przestał padać – skonstatował ktoś palący papierosa w korytarzu przy otwartych drzwiach pociągu, nie wiadomo, czy z uznaniem dla samobójcy, że chociaż do tego przyczyniła się jego śmierć, czy z uznaniem dla Boga, że zlitował się nad ekipą sprzątającą po samobójcy.

Gdyby wiedzieli, że on był duchem z nimi w tej sprawie… – Uśmiechnął się od ucha do ucha, oczywiście w sensie metaforycznym, literackim, bo przecież ani uśmiechu, ani ucha, ani żadnej cząstki fizycznej już nie było przy nim. Był ilustracją myśli Platona, który zajmował się głównie niematerialnym składnikiem człowieka, czyli duszą właśnie, a ciało fizyczne traktował jako wehikuł. Platona, którego pasjonował los duszy po śmierci fizycznej – i oto ta dusza w czystej postaci robiła pierwsze kroki w nowej rzeczywistości, nieporadnie jeszcze niczym dziecko, które dopiero staje chwiejnie na nogach i próbuje iść naprzód przez życie, jak gdyby ktoś młody duchem szedł w zaświaty, uwolniony od ciężaru fizycznego ciała. Tak, był po prostu szczęśliwy, zgadzając się z Platonem, że ciało jest więzieniem duszy, a śmierć jest ucieczką i uwolnieniem, ponieważ dusza przychodzi do ciała z wyższych, boskich sfer istnienia. Narodziny są snem i zapomnieniem, bo dusza przez połączenie z ciałem przechodzi ze stanu wielkiej świadomości do stanu świadomości ograniczonej i na pewien czas zapomina prawdy, które znała z poprzedniej egzystencji. Zatem śmierć jest przebudzeniem i przypomnieniem. Dusza po śmierci – zdaniem Platona – może myśleć i rozumieć znacznie jaśniej niż przedtem i o wiele łatwiej może rozpoznać prawdziwą naturę rzeczy.

No, zobaczymy, mądralo… – pomyślał, nie wiedząc, czy to pod adresem Platona, czy własnym. Zobaczymy również, jak to wszystko się ma do tych setek, a może tysięcy książek o życiu po życiu, życiu po śmierci, które bez wątpienia spowodowały jedno – autorom tych książek o życiu po życiu żyło się całkiem dobrze… NDE czyli Near Death Experience, doświadczenie z pogranicza śmierci, fascynuje żywych. RDE – różnego rodzaju odczucia zmysłowe, które dotykają osoby będące w zagrożeniu życia, a także w stanie śmierci klinicznej, czyli wrażenia przebywania poza własnym ciałem, przemieszczanie się w tunelu ze światłem. Ale nie w jego przypadku! Trochę był wręcz rozgoryczony… Jak to? Nie byłem w tunelu? W żadnym kosmosie? Po lepszej stronie tęczy?… W żadnej poświacie, bieli, uduchowionej scenografii, anielskiej wręcz, tylko, kurwa, noc bez gwiazd, pieprzony deszcz, mżawka, ciemno jak w czarnej dupie, nikt go za rękę nie poprowadził w zaświaty, żadne skumplowane duchy, jak opisywały książki o życiu po śmierci, żaden tunel, no chyba, że tunel nocy, z którego wyjechał mu naprzeciwko pociąg i nie był to pociąg do życia, ani pociąg do wódy czy do dup, pięknych jak anioły. Zero poezji. Ściema… Jedyne, co było i jest fajne, to ta niesamowita lekkość bytu, bujanie się ponad ludźmi i samym sobą uwolnionym od pieprzonego opakowania. No, dobra, przynajmniej nie muszę się golić rano, ubierać, sprawdzać, co jest aktualnie modne, designerskie, choć akurat designu to mu szkoda, bo lubił np. ubrania Diesla czy Louisa Vuittona, czy kosmetyki Giorgio Armaniego, zwłaszcza Aqua di Gio…

Tak czy owak – żadnego tunelu, świateł, duchów i podobnych dupereli nie dane mu było zaliczyć po drodze w zaświaty, tylko sam na sam ze śmiercią. Jedyne, czego doznał, to właśnie owo bujanie w obłokach i choć w życiu jako twórca bujał w obłokach, wymyślając różne scenariusze, to jednocześnie starał się twardo stać na ziemi, by te projekty zrealizować, wcielić w życie i zarobić nimi na życie. Bogate życie. No a teraz mógł już swobodnie bujać w obłokach w każdej przestrzeni i z poczuciem pełnej wolności, beztroskiej, bez obaw, czy go pochwalą, zjadą, nagrodzą czy dadzą po dupie. Teraz, po śmierci, to miał już wszystko w dupie i było mu bosko obojętne, kto co o nim mówi i pisze. W dupie miał, czy przejdzie do historii, czy na śmietnik historii. W gruncie rzeczy tak szybko dzisiaj umiera pamięć, nawet o najwybitniejszych osobach, przysypana kurzem dni i wydarzeń, które pędzą przez świat z prędkością światła, z prędkością internetu… Świat zasypuje ludzi internetowym gównem, które łykają jak narkoman amfę czy dopalacze, by odlecieć i zapomnieć po chuj tu wegetują na tym śmietniku, odmóżdżeni, choć przekonani, że wszystko dostaną na tacy, więc po co komu mózg, jeśli ma się filozofię: miej wyjebane, a będzie ci dane! No to mają wyjebane na wszystko i wszystkich, mózgi też wyjebali, bo lekkość bytu nieobciążona myśleniem daje poczucie szczęścia. Po co przechodzić do historii, jeśli za rok nikt nie będzie pamiętał o tym, o czym dzisiaj mówi się, że przejdzie do historii? Jeśli ktoś wziąłby mikrofon i poszedł do centrum każdego z miast i spytał stu przechodniów o to, kto to jest Jerzy Gruza, to zapewne dziewięćdziesięciu pięciu na stu nie będzie wiedziało, kto to jest (był?), może piłkarz, może influencer, model, bandyta, cholera wie kto? A przecież człowiek przez lata tworzył historię polskiego show-biznesu i kina, no i co? No i pył historii go przysypał, i wzruszenie ramion przechodniów go zrecenzuje… Pieprzyć to! Pamięć żyje tyle, ile żyje jedna doba. Po przewróceniu kartki dnia – umiera razem z zachodzącym słońcem. Jedyne, co najdłużej żyje, to śmierć… Ale i ona marnie trzyma ludzi przy życiu… Idźcie na stare cmentarze, ile tam grobów w jaskrawym kontraście z nowobogackimi, pięknymi płytami, błyszczącymi szpanerskimi literami gloryfikującymi szacownych zmarłych, którzy właśnie „rzucili palenie”… Sąsiadujących ze starymi grobami z obwódką popękanego cementu wokół ziemi, w którą wbity jest metalowy, przechylony krzyż z „tabliczką rejestracyjną”: kto, kiedy walnął w kalendarz, czasem zdjęciem w sepii, już we mgle zapomnienia. Te cmentarze wiecznie spowite zapachem śmierci, zapachem jesieni – nawet wiosną czy latem, gdy upał i pełnia życia nastrajają nas wiarą, że będziemy żyć wiecznie – cmentarz żyje umieraniem, a wrony jak strażnicy śmierci czuwają, by życie nie zagnieździło się w ich królestwie. Po pogrzebie kwiaty na grobie, jeśli nie zostaną skradzione, umierają szybko, więdną jak pamięć o zmarłym, niepotrzebnym już nikomu do życia.

Nie ma złudzeń. Nie ma co liczyć, że wrony śmierci odfruną wypłoszone z cmentarza przez śmierć kliniczną, czyli sytuację, gdy dochodzi do zatrzymania krążenia, ustania akcji serca oraz oddechu, jednak nie dochodzi do śmierci mózgu. Śmierć kliniczna jest stanem odwracalnym, a funkcje życiowe można przywrócić drogą reanimacji. W sensie neurobiologicznym może się zdarzyć, że człowiek ma wrażenie bycia martwym (awareness of being dead), może mieć zespół Cotarda, czyli schorzenie psychiatryczne zwane zespołem chodzącego trupa – człowiek uważa, że jego organizm jest w stanie rozpadu w całości lub części organów, co w psychiatrii określa się urojeniami nihilistycznymi.

Ale w tym przypadku nie było złudzeń. Nie było urojeń. Nie było też wrażenia unoszenia się i przebywania poza własnym ciałem wywołanego ketaminą – środkiem o działaniu znieczulającym podawanym podczas krótkich zabiegów. Ani nie było to wrażenie poruszania się w tunelu wywołane przez niedokrwienie siatkówki, jakie miewają czasem piloci podczas przeciążenia w trakcie lotu. Ani nie było to niedotlenienie – niedokrwienie mózgu powodujące halucynacje wzrokowe.

Nie było złudzeń. Nie było odwrotu. Nie można było puścić tego pociągu wstecz jak taśmy filmowej. Czarna krepa nocy przepasała świat i jeśli nawet Bóg wstrzymał miłosiernie deszcz, to nie wstrzymał śmierci.

Życie toczyło się nadal. Brudne, pogięte, pordzewiałe ciężarówki dyszały, wpadając w dziury na drodze, rozwalając i tak nadwyrężone zawieszenia. Wydawało się, że one również rozpaczliwie stały się wyznawcami maksymy: dum spiro spero – dopóki żyję, nie tracę nadziei… W końcu nadzieja zawsze umiera ostatnia, gdy ląduje na szrocie życia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazały się również:

Agonia

ISBN: 978-83-8423-192-0

© Leszek Kumański i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Dominika Giżycka

KOREKTA: Magdalena Brzezowska-Borcz

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek