Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 85
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ktoś mógłby uznać, że ta książka obraża każdego. Ten ktoś obraziłby mnie, a na to zgodzić się nie mogę. Nie jestem idiotą, żeby wszystkie swoje atuty – a świata przywary – umieścić w jednej rzeczy (celowo unikam słowa „dzieło”), sprzedać ją RAZ, a co gorsza bawić się RAZ w tworzenie niewybrednej narracji świata. Tak długo jak skrywam się za płaszczem „artyzmu”, wolno mi więcej. Nie ubiegałem się o to, ale skoro już tak jest, to dlaczego miałbym z tego nie korzystać?
Ta RZECZ prowokuje tych, co potrafią, do myślenia, a tych, którzy mają z nim problemy, prowokuje po prostu. Nie mam wpływu na to, do której z grup się zaliczasz i szczerze mnie to nie obchodzi (powodzenia w dyskusji z drukiem).
PS Główny bohater na koniec umiera. Nie ma za co.
Jak mam rozmawiać z człowiekiem, który nigdy nie próbował się zabić? Pewnie myśli, że jest ode mnie lepsza. Że co? Że niby jestem słabszy, tak? Mam słabszą psychikę, tak?
Patrzy na mnie jak na idiotę, a to przecież ja rozmawiam z idiotką. W dodatku taką, która myśli, że jest lepsza od innych, bo niby nigdy nie chciała odebrać sobie życia. Parszywa blyat. Jak wertuje to menu. Pewnie zamówi najdroższe danie i ja za to wszystko będę musiał zapłacić.
No nie wytrzymam. Ona, dziewica życiowa, która nigdy nie splamiła się myślą nieczystą, i ja, człowiek, którego życie wrzuciło na plan hardkorowego pornosa o analnej dewastacji, któremu nabrzmiałe hemoroidy życiowych porażek pulsują do granic wytrzymałości, który…
Dlaczego ona się tak dziwnie patrzy? Mam coś na twarzy? Cholera, kelner nad nami stoi.
– Jeszcze chwileczkę – mówię do niego. Próbując zagadnąć jakoś i przerwać tę niezręczną ciszę, rzucam pierwsze, co mi przychodzi do głowy: – Twoje nabrzmiałe hemoroidy też pulsują?
I w momencie wypowiedzenia tej niefortunnej kwestii dociera do mnie sens, a raczej bezsens słów, które z takim spokojem wypowiedziałem do mojej, bądź co bądź, partnerki. Choć to nasze pierwsze spotkanie i zapewne ostatnie, to jednak tkwimy tu razem przy jednym stoliku w oczekiwaniu, że ten wieczór zostanie zapomniany, jeszcze zanim zdąży dobiec końca.
– Może opowiesz mi coś o sobie?
Dociera do mnie jej głos, wytrącając mnie z kolejnej podróży w głąb mojego chorego umysłu.
– Nie jestem zbyt dobry w opowiadaniu o sobie.
I widzę, jak wypalają się ostatnie płomyki nadziei w jej i tak już przygasłych oczach.
– Chciałbym stworzyć rzecz – dorzucam po chwili.
– Jaką rzecz? – pyta, chwytając się ostatniej z możliwych szans na zamienienie tej apokalipsy w zwykłą katastrofę.
– Jeszcze nie wiem, ale chciałbym, żeby była moja i żeby nikt inny takiej nie miał.
– To dość ogólne marzenie. Żeby je zrealizować powinieneś je jakoś doprecyzować, postawić cele.
A ty powinnaś zamknąć mordę i zamknąć się w celi – pomyślałem i rozejrzałem się po sali, zdezorientowany przesadną wręcz jak na sobotni wieczór w restauracji ciszą. Dziesiątki oczu wpatrzonych we mnie jak w portret Hitlera w Tel Awiwie. W tym momencie dociera do mnie, że myśl, która tak swobodnie do mnie przyszła w odpowiedzi na krytykę mojej postawy wobec marzenia o stworzeniu rzeczy, równie swobodnie zwerbalizowała się w moich ustach i zupełnie niehamowana wypłynęła strumieniem rażących dźwięków.
Co nie powinno zaskakiwać, moja towarzyszka wstała i bez słowa zakończyła nasze partnerstwo, a ja zostałem sam z etykietą chama pośród kilkudziesięciu nienawidzących mnie osób.
Wibracja w kieszeni. SMS.
– Wyjdź przed lokal – napisała moja niedawna randka.
Mimo że w kwestii samobójstwa nie jestem jaroszem, to nigdy nie czułem się tak bliski śmierci. Wstałem i powolnym krokiem zbliżałem się do drzwi, za którymi mogło mnie czekać wszystko.
– Idziemy do mnie.
Zważywszy na nietakt, jakim wykazałem się tego wieczoru, wolałem nie oponować i grzecznie posłuchać polecenia.
Podróż do mieszkania mej byłej, ale znów obecnej partnerki (choć tym razem nasze partnerstwo przybrało nieco inną formę) przebiegła w atmosferze dziwnego napięcia. Jasne, przebieg naszej znajomości i scena, której byłem autorem, mogłyby tłumaczyć pewien dyskomfort przebywania we wspólnym towarzystwie, jednak w tym było coś innego.
Dotarliśmy. W pośpiechu otworzyła drzwi, wepchnęła mnie do środka. Nabierałem coraz większej pewności. Zginę.
– Zerżnij mnie! Zerżnij i upodlij jak jeszcze nikt!
No dobra, tego się nie spodziewałem, ale skoro już postanowiłem, że naprawię swoje faux pas, to i tym razem nie wypadało odmówić.
Weszliśmy do sypialni. Niczym skradająca się lwica ułożyła się na łóżku, wypinając w moją stronę swoje zniewalające pośladki. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, rozebrałem się i stanowczym ruchem odchyliłem jej bieliznę.
– Tylko nie tam – powiedziała – tam strasznie pulsują mi hemoroidy.
A jednak. Nie oceniaj książki po okładce.
I tak patrzy się na mnie. Widzę to. Chce czegoś, ale ja nie jestem taki. Przejrzałem cię, suko, zanim zdążyłaś nawet pomyśleć. Ale dlaczego ja? Dlaczego spośród wszystkich tu obecnych jej wzrok spoczął akurat na mnie? Gdyby nie to, być może nawet byłbym nią zainteresowany, ale jak tu się umówić z kimś o tak fatalnym guście.
– Przepraszam, ale to pomyłka – odzywam się, jak gdyby miała wiedzieć, o czym przed chwilą myślałem. – Co pani mówiła? – dodaję.
– Co podać?
– Marlboro setki czerwone, poproszę.
– Siedemnaście osiemdziesiąt. Co jest pomyłką?
– Przez chwilę wyobraziłem sobie, że próbuje się pani ze mną umówić.
– Nigdy w życiu. Nie mam tak fatalnego gustu.
Kurwa mać! Oto ukazuje mi się miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż patrzę na nią nie po raz pierwszy, ale dopiero teraz na taką nią. Rzadko zdarza się w dzisiejszych czasach osoba z takim wyczuciem estetyki. Zupełnie jakbyśmy byli dla siebie stworzeni. Tylko jak ją teraz do siebie przekonać? Oto zaczął rodzić się w mojej głowie plan tak głupi, że musiał okazać się genialny. Codziennie kupować produkty zaczynające się od kolejnych liter słów „kocham cię”. Z ostatnią literą oczywiście może być niemały problem, ale zważywszy na nietuzinkowość tegoż przedsięwzięcia, nie urazi jej mała literówka w postaci „E”.
Oto idę w dzień pierwszy kupić kokosa, którego oczywiście na miejscu nie znajduję. Dobra, kurwa, bądźmy szczerzy, bardziej oczywistej rzeczy nie mogłem wymyślić. Jeżeli ma to być pełny sukces, każda z tych rzeczy musi być wyjątkowa. Kupuję więc kremówkę. I pół litra. Polskość moich zakupów była zdumiewająca, a ja dumny z siebie wyszedłem z zakupem idealnym i przede wszystkim literą, której tak potrzebuję, by zrealizować swój plan.
Żeby nie przedłużać, streszczę resztę dni w postaci krótkiej listy: ogórki i pół litra, cebula i pół litra, hity i… wiecie co, po prostu umówmy się, że druga z pozycji jest co dzień taka sama. Aspiryna, bo walka o miłość potrafi przyprawić o ból głowy, masło, następnie cytryny, imbir i… Ewangelię. Nie no. Zbyt piękne by to było. Energetyk. Ostatniego dnia zrobiłem wszystkim zakupom zdjęcia, wywołałem, przyczepiłem do tablicy i tak przygotowany poszedłem odebrać to, co moje. Miłość.
– Dzień dobry! To może się pani wydać dziwne, ale od kilku dni, w zasadzie od czasu naszej rozmowy, robiłem tu codziennie zakupy, żeby ułożyć z nich słowa jednoznacznie określające mój stosunek do pani. Kocham cię!
– To bardzo miłe, proszę pana, ale to jest mój pierwszy dzień tutaj.
I w mojej głowie zostało tylko jedno proste pytanie: „Co, kurwa?”, które oczywiście wystrzeliło ze mnie z wyrazem niekrytego zniesmaczenia.
– Przepraszam, ale jeżeli pan chciałby się ze mną umówić, to ja bardzo chętnie.
Wyszedłem bez słowa, bo z bezguściem nie będę rozmawiał.
I patrzą wszyscy, wielce oburzeni o żart. Skąd tacy się biorą? Jasne, wiem, jak działa reprodukcja wśród ludzi, a nawet wśród malarzy, ale to? Od kiedy pamiętam, żartowano ze wszystkiego. Dlaczego nagle nie wolno. Kto nie zaśmiał się nigdy na pogrzebie albo stypie, niech pierwszy… albo niech drugi, żeby móc własne zakłamanie przed siebie zmieścić.
Najśmieszniejsze żarty są… albo i nie, bo jasne, humor społeczny się zmienia, ale to nie determinuje wyboru jednostki.
– Tacy, kurwa, wyjątkowi jesteście? Ty wyglądasz jak z lat pięćdziesiątych, ty dziewięćdziesiątych, ty nie wyglądasz w ogóle, a ja się śmieję z żartów śmiesznych przed dekadą i kto jest, kurwa, bardziej zacofany? – W swoim stylu nie wytrzymałem. Może istotnie „spotkanie z ciekawym człowiekiem” w centrum kultury to nienajlepsze czas i miejsce, ale czy nikt już nie rozumie idei żartu? – Mówcie więcej, to i tak ja zostałem zaproszony jako gość, jako tytułowy człowiek ciekawy, bo przecież jestem ciekawy świata o wiele bardziej niż wy w swojej bańce z wyobrażeń.
W tym momencie chyba straciłem ich zainteresowanie, bo zostałem wyproszony. Jednak można kulturalnie – pomyślałem w duchu.
Pomijając już kwestię zrozumienia czy niezrozumienia bardziej lub mniej udanego żartu, czy wbrew ich opinii to spotkanie nie stało się ciekawsze, a ja tym bardziej ciekawym człowiekiem?
Wracając w tym zdumieniu zupełnego niezrozumienia, zagaiłem pierwszą napotkaną osobę.
– Przepraszam, czy mogę opowiedzieć dowcip?
– Proszę bardzo.
– Przychodzi baba do lekarza, a tam Murzyn. Baba się pyta: „Co się stało?”, na co lekarz odpowiada, że nic, że taki się urodził. „Górnik z powołania, jak mój ojciec”, odpowiada baba.
Chichot może niezbyt donośnie, ale wybrzmiał. Chociaż nie była to salwa śmiechu, to jednak dowód słuszności mojej tezy raczej oczywisty.
– Pozwoli pan, że się zrewanżuję.
Ściąga spodnie. No ja pierdolę, nie dość, że mnie zgwałci, to jeszcze taka sytuacja obala niedawne potwierdzenie mojej racji co do żartu.
A tu robi się coraz ciekawiej. Bierze kijek i wsadza go sobie w dupę.
– Jestem kukłą! – mówi i zaczyna się śmiać. – Pan wybaczy, to taki żart branżowy. Na co dzień pracuję w teatrze lalek. Dobrej nocy życzę! – dodaje.
Muszę przyznać dwie rzeczy. Po pierwsze, sztuczka ta była zdecydowanie bardziej widowiskowa niż mój dowcip, po drugie, co bezpośrednio wiąże się z pierwszym spostrzeżeniem, rozumiem oburzenie ludzi w centrum kultury. Człowiek tyle lat nigdzie nie wychodził, nie wiedział, że widownia jest teraz tak wymagająca.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Absurdanale
isbn: 978-83-8423-398-6
© Jakub Niedzielski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Jędrzej Szulga
korekta: Aleksandra Płotka
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
