Absurdanale - Jakub Niedzielski - ebook
NOWOŚĆ

Absurdanale ebook

Jakub Niedzielski

0,0

Opis

Czy da się zakończyć swój żywot z uśmiechem na ustach?

Ta książka może cię obrazić. Może cię sprowokować. Ale przynajmniej coś po sobie zostawi.

„Absurdanale” to zbiór opowiadań balansujących między filozoficznym esejem a bezlitosnym stand-upem, świadomie igrających z czytelnikami i ich przyzwyczajeniami.

Młody mężczyzna, który od dawna nie panuje nad codziennością, snuje w nich historię o dniach wymykających się spod kontroli, napotykanych ludziach i piętrzących się porażkach. Z ironią i kąśliwym humorem rozlicza się ze światem, społeczeństwem oraz samym sobą, konsekwentnie zmierzając ku końcowi egzystencji.

Bo skoro życie jest absurdem, to jego finał również może nim być.

„Absurdanale” skłania do niewygodnych refleksji i wciąga czytelników w literacką grę, z której nie każdy wyjdzie bez szwanku.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 85

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Ktoś mógł­by uznać, że ta książ­ka ob­ra­ża każ­de­go. Ten ktoś ob­ra­ził­by mnie, a na to zgo­dzić się nie mogę. Nie je­stem idio­tą, żeby wszyst­kie swo­je atu­ty – a świa­ta przy­wa­ry – umie­ścić w jed­nej rze­czy (ce­lo­wo uni­kam sło­wa „dzie­ło”), sprze­dać ją RAZ, a co gor­sza ba­wić się RAZ w two­rze­nie nie­wy­bred­nej nar­ra­cji świa­ta. Tak dłu­go jak skry­wam się za płasz­czem „ar­ty­zmu”, wol­no mi wię­cej. Nie ubie­ga­łem się o to, ale sko­ro już tak jest, to dla­cze­go miał­bym z tego nie ko­rzy­stać?

Ta RZECZ pro­wo­ku­je tych, co po­tra­fią, do my­śle­nia, a tych, któ­rzy mają z nim pro­ble­my, pro­wo­ku­je po pro­stu. Nie mam wpły­wu na to, do któ­rej z grup się za­li­czasz i szcze­rze mnie to nie ob­cho­dzi (po­wo­dze­nia w dys­ku­sji z dru­kiem).

PS Głów­ny bo­ha­ter na ko­niec umie­ra. Nie ma za co.

I

Jak mam roz­ma­wiać z czło­wie­kiem, któ­ry ni­g­dy nie pró­bo­wał się za­bić? Pew­nie my­śli, że jest ode mnie lep­sza. Że co? Że niby je­stem słab­szy, tak? Mam słab­szą psy­chi­kę, tak?

Pa­trzy na mnie jak na idio­tę, a to prze­cież ja roz­ma­wiam z idiot­ką. W do­dat­ku taką, któ­ra my­śli, że jest lep­sza od in­nych, bo niby ni­g­dy nie chcia­ła ode­brać so­bie ży­cia. Par­szy­wa bly­at. Jak wer­tu­je to menu. Pew­nie za­mó­wi naj­droż­sze da­nie i ja za to wszyst­ko będę mu­siał za­pła­cić.

No nie wy­trzy­mam. Ona, dzie­wi­ca ży­cio­wa, któ­ra ni­g­dy nie spla­mi­ła się my­ślą nie­czy­stą, i ja, czło­wiek, któ­re­go ży­cie wrzu­ci­ło na plan hard­ko­ro­we­go por­no­sa o anal­nej de­wa­sta­cji, któ­re­mu na­brzmia­łe he­mo­ro­idy ży­cio­wych po­ra­żek pul­su­ją do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, któ­ry…

Dla­cze­go ona się tak dziw­nie pa­trzy? Mam coś na twa­rzy? Cho­le­ra, kel­ner nad nami stoi.

– Jesz­cze chwi­lecz­kę – mó­wię do nie­go. Pró­bu­jąc za­gad­nąć ja­koś i prze­rwać tę nie­zręcz­ną ci­szę, rzu­cam pierw­sze, co mi przy­cho­dzi do gło­wy: – Two­je na­brzmia­łe he­mo­ro­idy też pul­su­ją?

I w mo­men­cie wy­po­wie­dze­nia tej nie­for­tun­nej kwe­stii do­cie­ra do mnie sens, a ra­czej bez­sens słów, któ­re z ta­kim spo­ko­jem wy­po­wie­dzia­łem do mo­jej, bądź co bądź, part­ner­ki. Choć to na­sze pierw­sze spo­tka­nie i za­pew­ne ostat­nie, to jed­nak tkwi­my tu ra­zem przy jed­nym sto­li­ku w ocze­ki­wa­niu, że ten wie­czór zo­sta­nie za­po­mnia­ny, jesz­cze za­nim zdą­ży do­biec koń­ca.

– Może opo­wiesz mi coś o so­bie?

Do­cie­ra do mnie jej głos, wy­trą­ca­jąc mnie z ko­lej­nej po­dró­ży w głąb mo­je­go cho­re­go umy­słu.

– Nie je­stem zbyt do­bry w opo­wia­da­niu o so­bie.

I wi­dzę, jak wy­pa­la­ją się ostat­nie pło­my­ki na­dziei w jej i tak już przy­ga­słych oczach.

– Chciał­bym stwo­rzyć rzecz – do­rzu­cam po chwi­li.

– Jaką rzecz? – pyta, chwy­ta­jąc się ostat­niej z moż­li­wych szans na za­mie­nie­nie tej apo­ka­lip­sy w zwy­kłą ka­ta­stro­fę.

– Jesz­cze nie wiem, ale chciał­bym, żeby była moja i żeby nikt inny ta­kiej nie miał.

– To dość ogól­ne ma­rze­nie. Żeby je zre­ali­zo­wać po­wi­nie­neś je ja­koś do­pre­cy­zo­wać, po­sta­wić cele.

A ty po­win­naś za­mknąć mor­dę i za­mknąć się w celi – po­my­śla­łem i ro­zej­rza­łem się po sali, zdez­o­rien­to­wa­ny prze­sad­ną wręcz jak na so­bot­ni wie­czór w re­stau­ra­cji ci­szą. Dzie­siąt­ki oczu wpa­trzo­nych we mnie jak w por­tret Hi­tle­ra w Tel Awi­wie. W tym mo­men­cie do­cie­ra do mnie, że myśl, któ­ra tak swo­bod­nie do mnie przy­szła w od­po­wie­dzi na kry­ty­kę mo­jej po­sta­wy wo­bec ma­rze­nia o stwo­rze­niu rze­czy, rów­nie swo­bod­nie zwer­ba­li­zo­wa­ła się w mo­ich ustach i zu­peł­nie nie­ha­mo­wa­na wy­pły­nę­ła stru­mie­niem ra­żą­cych dźwię­ków.

Co nie po­win­no za­ska­ki­wać, moja to­wa­rzysz­ka wsta­ła i bez sło­wa za­koń­czy­ła na­sze part­ner­stwo, a ja zo­sta­łem sam z ety­kie­tą cha­ma po­śród kil­ku­dzie­się­ciu nie­na­wi­dzą­cych mnie osób.

Wi­bra­cja w kie­sze­ni. SMS.

– Wyjdź przed lo­kal – na­pi­sa­ła moja nie­daw­na rand­ka.

Mimo że w kwe­stii sa­mo­bój­stwa nie je­stem ja­ro­szem, to ni­g­dy nie czu­łem się tak bli­ski śmier­ci. Wsta­łem i po­wol­nym kro­kiem zbli­ża­łem się do drzwi, za któ­ry­mi mo­gło mnie cze­kać wszyst­ko.

– Idzie­my do mnie.

Zwa­żyw­szy na nie­takt, ja­kim wy­ka­za­łem się tego wie­czo­ru, wo­la­łem nie opo­no­wać i grzecz­nie po­słu­chać po­le­ce­nia.

Po­dróż do miesz­ka­nia mej by­łej, ale znów obec­nej part­ner­ki (choć tym ra­zem na­sze part­ner­stwo przy­bra­ło nie­co inną for­mę) prze­bie­gła w at­mos­fe­rze dziw­ne­go na­pię­cia. Ja­sne, prze­bieg na­szej zna­jo­mo­ści i sce­na, któ­rej by­łem au­to­rem, mo­gły­by tłu­ma­czyć pe­wien dys­kom­fort prze­by­wa­nia we wspól­nym to­wa­rzy­stwie, jed­nak w tym było coś in­ne­go.

Do­tar­li­śmy. W po­śpie­chu otwo­rzy­ła drzwi, we­pchnę­ła mnie do środ­ka. Na­bie­ra­łem co­raz więk­szej pew­no­ści. Zgi­nę.

– Ze­rżnij mnie! Ze­rżnij i upodlij jak jesz­cze nikt!

No do­bra, tego się nie spo­dzie­wa­łem, ale sko­ro już po­sta­no­wi­łem, że na­pra­wię swo­je faux pas, to i tym ra­zem nie wy­pa­da­ło od­mó­wić.

We­szli­śmy do sy­pial­ni. Ni­czym skra­da­ją­ca się lwi­ca uło­ży­ła się na łóż­ku, wy­pi­na­jąc w moją stro­nę swo­je znie­wa­la­ją­ce po­ślad­ki. Nie za­sta­na­wia­jąc się ani chwi­li dłu­żej, ro­ze­bra­łem się i sta­now­czym ru­chem od­chy­li­łem jej bie­li­znę.

– Tyl­ko nie tam – po­wie­dzia­ła – tam strasz­nie pul­su­ją mi he­mo­ro­idy.

A jed­nak. Nie oce­niaj książ­ki po okład­ce.

II

I tak pa­trzy się na mnie. Wi­dzę to. Chce cze­goś, ale ja nie je­stem taki. Przej­rza­łem cię, suko, za­nim zdą­ży­łaś na­wet po­my­śleć. Ale dla­cze­go ja? Dla­cze­go spo­śród wszyst­kich tu obec­nych jej wzrok spo­czął aku­rat na mnie? Gdy­by nie to, być może na­wet był­bym nią za­in­te­re­so­wa­ny, ale jak tu się umó­wić z kimś o tak fa­tal­nym gu­ście.

– Prze­pra­szam, ale to po­mył­ka – od­zy­wam się, jak gdy­by mia­ła wie­dzieć, o czym przed chwi­lą my­śla­łem. – Co pani mó­wi­ła? – do­da­ję.

– Co po­dać?

– Marl­bo­ro set­ki czer­wo­ne, po­pro­szę.

– Sie­dem­na­ście osiem­dzie­siąt. Co jest po­mył­ką?

– Przez chwi­lę wy­obra­zi­łem so­bie, że pró­bu­je się pani ze mną umó­wić.

– Ni­g­dy w ży­ciu. Nie mam tak fa­tal­ne­go gu­stu.

Kur­wa mać! Oto uka­zu­je mi się mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, cho­ciaż pa­trzę na nią nie po raz pierw­szy, ale do­pie­ro te­raz na taką nią. Rzad­ko zda­rza się w dzi­siej­szych cza­sach oso­ba z ta­kim wy­czu­ciem es­te­ty­ki. Zu­peł­nie jak­by­śmy byli dla sie­bie stwo­rze­ni. Tyl­ko jak ją te­raz do sie­bie prze­ko­nać? Oto za­czął ro­dzić się w mo­jej gło­wie plan tak głu­pi, że mu­siał oka­zać się ge­nial­ny. Co­dzien­nie ku­po­wać pro­duk­ty za­czy­na­ją­ce się od ko­lej­nych li­ter słów „ko­cham cię”. Z ostat­nią li­te­rą oczy­wi­ście może być nie­ma­ły pro­blem, ale zwa­żyw­szy na nie­tu­zin­ko­wość te­goż przed­się­wzię­cia, nie ura­zi jej mała li­te­rów­ka w po­sta­ci „E”.

Oto idę w dzień pierw­szy ku­pić ko­ko­sa, któ­re­go oczy­wi­ście na miej­scu nie znaj­du­ję. Do­bra, kur­wa, bądź­my szcze­rzy, bar­dziej oczy­wi­stej rze­czy nie mo­głem wy­my­ślić. Je­że­li ma to być peł­ny suk­ces, każ­da z tych rze­czy musi być wy­jąt­ko­wa. Ku­pu­ję więc kre­mów­kę. I pół li­tra. Pol­skość mo­ich za­ku­pów była zdu­mie­wa­ją­ca, a ja dum­ny z sie­bie wy­sze­dłem z za­ku­pem ide­al­nym i przede wszyst­kim li­te­rą, któ­rej tak po­trze­bu­ję, by zre­ali­zo­wać swój plan.

Żeby nie prze­dłu­żać, stresz­czę resz­tę dni w po­sta­ci krót­kiej li­sty: ogór­ki i pół li­tra, ce­bu­la i pół li­tra, hity i… wie­cie co, po pro­stu umów­my się, że dru­ga z po­zy­cji jest co dzień taka sama. Aspi­ry­na, bo wal­ka o mi­łość po­tra­fi przy­pra­wić o ból gło­wy, ma­sło, na­stęp­nie cy­try­ny, im­bir i… Ewan­ge­lię. Nie no. Zbyt pięk­ne by to było. Ener­ge­tyk. Ostat­nie­go dnia zro­bi­łem wszyst­kim za­ku­pom zdję­cia, wy­wo­ła­łem, przy­cze­pi­łem do ta­bli­cy i tak przy­go­to­wa­ny po­sze­dłem ode­brać to, co moje. Mi­łość.

– Dzień do­bry! To może się pani wy­dać dziw­ne, ale od kil­ku dni, w za­sa­dzie od cza­su na­szej roz­mo­wy, ro­bi­łem tu co­dzien­nie za­ku­py, żeby uło­żyć z nich sło­wa jed­no­znacz­nie okre­śla­ją­ce mój sto­su­nek do pani. Ko­cham cię!

– To bar­dzo miłe, pro­szę pana, ale to jest mój pierw­szy dzień tu­taj.

I w mo­jej gło­wie zo­sta­ło tyl­ko jed­no pro­ste py­ta­nie: „Co, kur­wa?”, któ­re oczy­wi­ście wy­strze­li­ło ze mnie z wy­ra­zem nie­kry­te­go znie­sma­cze­nia.

– Prze­pra­szam, ale je­że­li pan chciał­by się ze mną umó­wić, to ja bar­dzo chęt­nie.

Wy­sze­dłem bez sło­wa, bo z bez­gu­ściem nie będę roz­ma­wiał.

III

I pa­trzą wszy­scy, wiel­ce obu­rze­ni o żart. Skąd tacy się bio­rą? Ja­sne, wiem, jak dzia­ła re­pro­duk­cja wśród lu­dzi, a na­wet wśród ma­la­rzy, ale to? Od kie­dy pa­mię­tam, żar­to­wa­no ze wszyst­kie­go. Dla­cze­go na­gle nie wol­no. Kto nie za­śmiał się ni­g­dy na po­grze­bie albo sty­pie, niech pierw­szy… albo niech dru­gi, żeby móc wła­sne za­kła­ma­nie przed sie­bie zmie­ścić.

Naj­śmiesz­niej­sze żar­ty są… albo i nie, bo ja­sne, hu­mor spo­łecz­ny się zmie­nia, ale to nie de­ter­mi­nu­je wy­bo­ru jed­nost­ki.

– Tacy, kur­wa, wy­jąt­ko­wi je­ste­ście? Ty wy­glą­dasz jak z lat pięć­dzie­sią­tych, ty dzie­więć­dzie­sią­tych, ty nie wy­glą­dasz w ogó­le, a ja się śmie­ję z żar­tów śmiesz­nych przed de­ka­dą i kto jest, kur­wa, bar­dziej za­co­fa­ny? – W swo­im sty­lu nie wy­trzy­ma­łem. Może istot­nie „spo­tka­nie z cie­ka­wym czło­wie­kiem” w cen­trum kul­tu­ry to nie­naj­lep­sze czas i miej­sce, ale czy nikt już nie ro­zu­mie idei żar­tu? – Mów­cie wię­cej, to i tak ja zo­sta­łem za­pro­szo­ny jako gość, jako ty­tu­ło­wy czło­wiek cie­ka­wy, bo prze­cież je­stem cie­ka­wy świa­ta o wie­le bar­dziej niż wy w swo­jej bań­ce z wy­obra­żeń.

W tym mo­men­cie chy­ba stra­ci­łem ich za­in­te­re­so­wa­nie, bo zo­sta­łem wy­pro­szo­ny. Jed­nak moż­na kul­tu­ral­nie – po­my­śla­łem w du­chu.

Po­mi­ja­jąc już kwe­stię zro­zu­mie­nia czy nie­zro­zu­mie­nia bar­dziej lub mniej uda­ne­go żar­tu, czy wbrew ich opi­nii to spo­tka­nie nie sta­ło się cie­kaw­sze, a ja tym bar­dziej cie­ka­wym czło­wie­kiem?

Wra­ca­jąc w tym zdu­mie­niu zu­peł­ne­go nie­zro­zu­mie­nia, za­ga­iłem pierw­szą na­po­tka­ną oso­bę.

– Prze­pra­szam, czy mogę opo­wie­dzieć dow­cip?

– Pro­szę bar­dzo.

– Przy­cho­dzi baba do le­ka­rza, a tam Mu­rzyn. Baba się pyta: „Co się sta­ło?”, na co le­karz od­po­wia­da, że nic, że taki się uro­dził. „Gór­nik z po­wo­ła­nia, jak mój oj­ciec”, od­po­wia­da baba.

Chi­chot może nie­zbyt do­no­śnie, ale wy­brzmiał. Cho­ciaż nie była to sal­wa śmie­chu, to jed­nak do­wód słusz­no­ści mo­jej tezy ra­czej oczy­wi­sty.

– Po­zwo­li pan, że się zre­wan­żu­ję.

Ścią­ga spodnie. No ja pier­do­lę, nie dość, że mnie zgwał­ci, to jesz­cze taka sy­tu­acja oba­la nie­daw­ne po­twier­dze­nie mo­jej ra­cji co do żar­tu.

A tu robi się co­raz cie­ka­wiej. Bie­rze ki­jek i wsa­dza go so­bie w dupę.

– Je­stem ku­kłą! – mówi i za­czy­na się śmiać. – Pan wy­ba­czy, to taki żart bran­żo­wy. Na co dzień pra­cu­ję w te­atrze la­lek. Do­brej nocy ży­czę! – do­da­je.

Mu­szę przy­znać dwie rze­czy. Po pierw­sze, sztucz­ka ta była zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wi­do­wi­sko­wa niż mój dow­cip, po dru­gie, co bez­po­śred­nio wią­że się z pierw­szym spo­strze­że­niem, ro­zu­miem obu­rze­nie lu­dzi w cen­trum kul­tu­ry. Czło­wiek tyle lat ni­g­dzie nie wy­cho­dził, nie wie­dział, że wi­dow­nia jest te­raz tak wy­ma­ga­ją­ca.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Ab­sur­da­na­le

isbn: 978-83-8423-398-6

© Ja­kub Nie­dziel­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: Alek­san­dra Płot­ka

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.