1635: Front wschodni - Eric Flint - ebook

1635: Front wschodni ebook

Eric Flint

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Stany Zjednoczone Europy, w skład których chodzą niektóre księstwa niemieckie, nareszcie mogą skierować uwagę na zbuntowane prowincje oraz realizować marzenie o podboju Polski

Wojna trzydziestoletnia wciąż pustoszy Europę. Stanami Zjednoczonymi Europy kieruje Gustaw Adolf, król Szwecji. Współpracuje z Amerykanami, którzy trafili do XVII wieku wskutek tajemniczego kosmicznego zjawiska. Mike Stearns, były przywódca „rozbitków w czasie”, przegrał co prawda wybory i nie jest już premierem SZE, lecz Gustaw Adolf mianował go generałem. Nim jeszcze dobrze wysechł atrament na jego nominacji, Stearns staje się jednym z kluczowych dowódców prowadzących działania wojenne w Brandenburgii i Saksonii…

A TYMCZASEM w Europie Toczą się także inne konflikty…

Ekspansywne plany Gustawa Adolfa na wschodzie mogą wciągnąć do konfliktu Polskę i Austrię. Europa przypomina ogromny skład materiałów wybuchowych i nikt nie wie, ile lontów już się żarzy. Czy Mike Stearns zdoła powstrzymać narastającą pożogę A jeżeli mu się to uda – czy sam przy tym nie spłonie?

Kolejna książka z najsłynniejszej serii o alternatywnej historii Europu.

„Autor wynosi spekulacje historyczne na nowy poziom, tworząc opowieść, w której rzetelne dociekania naukowe łączą się z rozmachem śmiałej wyobraźni”.

„Library Journal”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 502

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1635: Front wschodni Eric Flint Tytuł oryginału1635: The Eastern Front ISBN Copyright © 2010 by Eric FlintAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S‑ka ­Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 Redakcja Marta Stołowska, Tadeusz Zysk Ilustracja na okładce Dark Crayon Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Donalda i Michaela Davisów oraz Kathryn Diamond

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Górny Vogtland

Czerwiec 1635

— Georg, już przeszli — powiedział Wilhelm Kuefer, kiedy tylko zszedł z drabiny. — Myślę, że ci żołnierze to dezerterzy zmierzający do Saksonii. Chyba nie chcą, żeby Szwedzi wdeptali ich w ziemię.

Georg Kresse pokiwał głową.

— Prawdopodobnie. A jeśli to jakaś grupa od Holka, to niemal na pewno. Te łotry potrafią wyładowywać furię tylko na bezbronnych cywilach. Nie mają najmniejszej ochoty trafić na prawdziwą wojnę.

Kresse i Kuefer nie musieli rozmawiać szeptem. W opuszczonej kopalni cyny, którą Georg Kresse i jego ludzie zaadaptowali na bazę, nie istniało zagrożenie, że mógłby podsłuchać ich ktoś z zewnątrz.

Była to jedna z dobrych stron korzystania z kopalni. Ale zmagano się tutaj także z wieloma trudnościami, spośród których Kueferowi najbardziej dokuczały ciemność i wilgoć.

Wilhelm jednak bez trudu dostrzegł, że Kresse pokiwał głową. Problem w kopalni nie polegał na panujących tu ciemnościach. Mieli przecież mnóstwo lamp olejowych, które podarowali im stronnicy i sympatycy z Vogtlandu. Szkopuł tkwił w tym, że lampy wytwarzały dym, który z powodu kiepskiej cyrkulacji powietrza nasilał niedogodności wywoływane przez ogniska, a te rozpalano, by przyrządzać ciepłe posiłki. Kiedy tylko było to możliwe, ludzie Kressego rozpalali ogień na zewnątrz, niestety, ta opcja nie zawsze wchodziła w grę.

Mieli jedną „latarkę”, jak nazywano bezdymną lampę amerykańską, lecz ta od pewnego czasu nie działała. Żeby urządzenie funkcjonowało, potrzebne były naładowane „baterie”, ale dokonali tego odkrycia dopiero wtedy, gdy całkowicie owe baterie wyczerpali i było za późno, żeby coś w tej kwestii zdziałać. Agenci Kressego sprawdzali, czy baterie można gdzieś wymienić na sprawne, ale cztery lata po Ognistym Kręgu były rzadkością, i to wyjątkowo kosztowną. Nowe, jak się dowiedzieli, produkowano sporadycznie, korzystając z kombinacji wiedzy z przyszłości i znanych dotychczas technik. Owszem, działały, lecz były duże, nieporęczne, no i w ogóle nie pasowały do smukłych latarek.

A zatem gadżet, który jeszcze niedawno zachwycał, teraz okazał się bezużyteczny. Nie mógł służyć nawet jako zwykła pałka. Nie pozbyli się go jednak — traktując go raczej jako pamiątkę niż zapowiedź przyszłości.

Stosunek do latarki mniej więcej odpowiadał ich ogólnej postawie wobec Amerykanów. Dla Georga Kressego i jego zwolenników w Vogtlandzie, podobnie jak dla rebeliantów w Niemczech — a tak naprawdę w całej Europie — znaczenie ludzi z przyszłości miało charakter symboliczny, a nie praktyczny. Tak jak większość rebelianckich grup nie mieli poważnego i bezpośredniego kontaktu z Amerykanami.

Trudno się było temu dziwić. Należałoby zacząć od tego, że zaledwie trzy i pół tysiąca Amerykanów pojawiło się w Europie, kiedy Ognisty Krąg przeniósł w czasie ich miasto — Grantville — cofając je o kilka stuleci, aż do siedemnastego wieku. Do tej pory mniej więcej pięciuset spośród nich zmarło. Część ofiar pochłonęła wojna, inni stracili życie z powodu epidemii. W wielu przypadkach zgony były po prostu efektem zmagań z trudnościami codzienności. Populacja Grant­ville składała się w nieproporcjonalnej większości z osób w podeszłym wieku, które wcześniej pozostawały przy życiu dzięki lekarstwom z przyszłości. Po Ognistym Kręgu te lekarstwa zniknęły. Obecnie ludzie starzy i chorzy po prostu umierali, zakleszczeni w samym środku tego, co Amerykanie, którzy pojawili się z przyszłości, nazywali wojną trzydziestoletnią. A z punktu widzenia siedemnastowiecznej wiedzy każda godzina ich egzystencji była godziną nadmiarową.

Liczba Europejczyków, a nawet Niemców czy Czechów, którzy mieli kontakty z Amerykanami, była stosunkowo mała. Co prawda technologia przyszłości rozprzestrzeniała się po Europie szybciej niż ci, którzy byli jej krzewicielami, jednak dla ludzi ta technologia miała tylko takie znaczenie jak latarka Kressego: była mało istotnym udogodnieniem. Nawet karabin z przyszłości był zaledwie podręcznym gadżetem, i to tylko przez pewien czas, chyba że udawało się go choć w części skopiować.

Mimo pewnej słabości do nadczasowców, w Amerykanach było coś takiego, co bardzo irytowało Kressego i jego ludzi. A właściwie irytowało ich to, co o nich słyszeli. Poza Anną Piesel nikt z nich nie spotkał żadnego Amerykanina, przy czym jej kontakt był krótki i przypadkowy. Dosłownie wpadła na jednego z nich, kiedy wychodził z tawerny w Saalfeld, do której ona akurat zamierzała wejść. Amerykanin powiedział tylko z ciężkim akcentem „przepraszam” w odmianie niemieckiego, zwanej Amideutsch, i poszedł swoją drogą.

Wielkim darem, jaki otrzymali od nadczasowców rebelianci z całych Niemiec — a tak naprawdę z całej Europy — było to, że stanowili żywy dowód, iż rebelia przeciwko ustalonemu ­porządkowi jest nie tylko możliwa i usprawiedliwiona, lecz także bywa sankcjonowana przez historię. Amerykanie najbardziej drażnili swoim niefrasobliwym założeniem, niepozbawionym ignorancji i arogancji, że to właśnie oni będą szerzyć świadomość rewolucyjną wśród nieoświeconych i zacofanych Niemców. Było to dość absurdalne i denerwujące, jeśli wziąć pod uwagę, że przecież Niemcy doświadczyły podczas minionych dwóch stuleci więcej rebelii i rewolt niż Amerykanie w całej swojej historii. Taki Georg Kresse był potomkiem jednego z przywódców wojny chłopskiej sprzed stulecia.

Ci dwaj Kressowie nie byli zresztą wyjątkami w tej rodzinie. Jeszcze inny Kresse — Hans, jeden z kuzynów Georga — zajmował poczesne miejsce wśród przywódców miasta Mehla, gdy jego mieszkańcy wypędzali stamtąd okupujących je żołnierzy.

Nie był to jednak powód do wielkiej irytacji, bo zawsze istniała możliwość, że prawdziwe poglądy Amerykanów przeinaczano w łańcuchu przekazywanych ustnie relacji.

Tutaj, w górach Vogtlandu, w południowo-zachodniej Saksonii, Kresse i jego rebelianci byli izolowani od wydarzeń, które po Ognistym Kręgu ogarnęły Turyngię i północne Niemcy. Jakby tego było mało, wróg, przeciwko któremu walczyli, czyli elektor Saksonii, Jan Jerzy, oficjalnie był sojusznikiem Amerykanów i Szwedów. Co prawda, nie był to jakiś wybitny sojusz, bo Jan Jerzy na początku wojny ostendzkiej zdradził Gustawa Adolfa. Niemniej nadczasowcom taki pretekst wystarczał, aby zachowywać dystans wobec rebeliantów z Saksonii.

Szczęśliwie ta sytuacja dobiegała końca. Długo oczekiwana inwazja cesarza Gustawa Adolfa na Saksonię i Brandenburgię była już bliska i należało się spodziewać, że to wywróci sytuację do góry nogami. Kresse i jego ludzie mieli nadzieję, że teraz ujawnią się bardziej godne uwagi przymioty nadczasowców.

Trzeba było jednak na to trochę poczekać. Tymczasem Georg Kresse musiał załatwić parę pilnych spraw. Zwrócił się więc do Kuefera:

— Skrzyknij ludzi, Wilhelmie.

Kuefer nie zamierzał pytać, w jakim celu. Znał Kressego i wiedział, że ten podjął już decyzję. A kiedy dowódca coś postanowił, działał. Oczywiście pozwoli bandzie dezerterów z armii Holka przejść bezkarnie przez Górny Vogtland.

Na tę decyzję miały wpływ pewne dodatkowe czynniki. Heinrich Holk był przykładem jednego z najgorszych dowódców wojsk najemnych, którzy osiągnęli wysoką pozycję w czasie długotrwałych wojen, odkąd cesarz austriacki pokonał czeskich protestantów w bitwie pod Białą Górą w listopadzie 1620 roku. Urodził się w rodzinie duńskich protestantów, ale zmienił wiarę i zaczął służyć Habsburgom, bo uznał, że właśnie u nich będzie mógł jako zawodowy żołnierz awansować. Później znowu dokonał wolty i przeszedł na stronę Wallensteina, kiedy ten zyskał na znaczeniu w Czechach.

Nieusatysfakcjonowany służbą pod trzema różnymi sztandarami, Holk spróbował zadać Wallensteinowi cios w plecy, zajmując i plądrując Pragę, kiedy ów powiódł swoją armię na konfrontację z Austriakami podczas drugiej bitwy pod Białą Górą. Jego plany udaremnił jednak sojusz nadczasowców i dużej społeczności żydowskiej w Pradze. Usłyszawszy, że zwycięski Wallenstein wraca do Pragi, Holk natychmiast uciekł na północ, do Saksonii, gdzie zaoferował usługi swej armii elektorowi saksońskiemu, Janowi Jerzemu.

Po raz kolejny demonstrując niezmierzoną głupotę, Jan Jerzy przyjął ofertę i przekazał Holkowi odpowiedzialność za „utrzymanie porządku” w Vogtlandzie. Od tego czasu Holk — opisywany czasami jako jednooki, wiecznie pijany ludobójca — swoją pazernością i brutalnym postępowaniem sprawił, iż niepokoje w Vogtlandzie przerodziły się w otwartą rebelię.

Armia Holka cieszyła się złą sławą jako zdolna do najgorszych potworności i nie było powodu, aby wierzyć, że dezerterzy z tej armii okażą się chociaż odrobinę mniej okrutni. Duża część sukcesów Kressego w zmaganiach o powstrzymanie naporu sił elektora Saksonii wynikała z mocnego poparcia chłopów i mieszczan z Górnego Vogtlandu. To poparcie z kolei zależało od zdolności Kressego do chronienia ich przed rozbójniczymi napaściami, które w trakcie długiej wojny w Niemczech stały się powszechne. Żołnierze na ogół byli najemnikami, a wielu najemników było zwykłymi bandytami. Ludzie Holka stanowili szczególnie brutalną zgraję, ale w żadnym wypadku nie był to wyjątek.

***

Georg Kresse był, owszem, stanowczy, jednak nie można go była nazwać nierozważnym czy lekkomyślnym. Przygotowanie ataku na bandę dezerterów zabrało mu trzy dni. Opóźnienie częściowo spowodowane było tym, że nie chciał, aby ktokolwiek skojarzył atak z okolicami kopalni. W razie potrzeby jego ludzie byli w stanie łatwo zmienić miejsce pobytu. Na przestrzeni ostatnich lat czynili to kilkakrotnie. Tyle że opuszczona kopalnia była najlepszą spośród wszystkich baz, z jakich korzystali do tej pory, i Kresse nie chciał jej stracić.

Opóźnienie w głównej mierze wynikało z faktu, że Kresse był doświadczonym dowódcą nieregularnych sił, zaangażowanych w walkę, którą Amerykanie zwykli nazywać „wojną partyzancką”. Nowe słowa nie były potrzebne dla określenia czegoś, co było oczywiste i z czego doskonale zdawał sobie sprawę każdy rozsądny niemiecki chłop oraz mieszczanin! Kresse zawsze się starał, żeby straty ograniczać do minimum, nawet jeśli miał stawić czoła grupie niezdyscyplinowanych dezerterów, liczącej nie więcej niż trzy tuziny ludzi.

Jedną z metod, jakie stosował, aby jak najmniej narażać swoich żołnierzy, było takie zwodzenie wrogich oddziałów, żeby w momencie rozpoczęcia walki wspierały go jakieś lokalne siły. Niemal wszystkie miasta i wioski w Niemczech, niezależnie od wielkości, utrzymywały własne milicje. Często bywały one skuteczne, jeśli walczyły na dobrze sobie znanych terenach, szczególnie jeśli prowadziły działania defensywne, do jakich je szkolono, z wykorzystaniem najróżniejszych fortyfikacji, natomiast nie sprawdzały się, gdy zmuszano je do walki na otwartym polu.

Z kolei Kresse i jego ludzie nieźle radzili sobie w starciach twarzą w twarz. Kresse wykorzystywał ufortyfikowane wioski jako kowadła, a własne siły niczym młoty. Taka taktyka mogła nie przynosić sukcesów w zmaganiach przeciwko regularnym, dużym oddziałom, za to doskonale się sprawdzała w walce z mniejszymi jednostkami czy grupami zwyczajnych maruderów.

Kresse nakazał przez trzy dni obserwować dezerterów Holka. Dane zbierali dla niego zwiadowcy, jednak więcej informacji przekazywali mu chłopi z terenów, po których przemieszczał się wróg. Przynajmniej pięciokrotnie w ciągu dnia chłopak z jakiejś wioski przybywał galopem na koniu — o ile można tak nazwać sposób poruszania się wiejskiego konia pociągowego — i składał raport o ostatnich ruchach bandy najemników. Młodzieńcy, którzy przybywali z tą misją, byli raczej podekscytowani powagą swojej roli niż przerażeni. Częściowo ze względu na młody wiek, a częściowo dlatego, że przez ostatnich kilka lat Kresse i jego ludzie wielokrotnie pokazali, co potrafią.

Kresse postanowił uderzyć o brzasku. Jego ludzie całkiem dobrze znali teren — z pewnością lepiej niż przeciwnicy — i dlatego przegrupowanie się na pozycje wyjściowe w ciemnościach nie stanowiło wielkiego problemu. Tylko najbardziej zdyscyplinowane oddziały były w stanie zachowywać pełną czujność przez całą noc. Dezerterzy mogli wystawić w nocy jedynie kilku wartowników, a ci i tak nie przejmowali się nadmiernie swoją rolą.

***

Zadanie Wilhelma Kuefera było trudniejsze — w kategoriach prostego wysiłku fizycznego — ponieważ Kresse nakazał mu wzmocnić lokalne milicje jednym z kilku dział, jakimi dysponował. Największym z nich była półkolubryna o średnim zasięgu, tym razem jednak Kuefer miał się posłużyć mniejszym, zbudowanym w Hiszpanii pięciofuntowym sakerem. I chociaż kaliber tego działa był raczej skromny, i tak ważyło niemal tonę. Przeciąganie go przez góry absolutnie nie przypominało miłego spacerku.

Właśnie dlatego Wilhelm ze swoją grupą wyruszył na akcję dzień wcześniej i na miejsce zasadzki dotarł okrężną drogą. W przeciwieństwie do Kressego i reszty sił mógł się poruszać za dnia. Nie musiał się też martwić o zachowanie ciszy, co akurat było wielkim atutem, ponieważ ciągnięcie sakera niespecjalnie podobało się koniom, tak więc bezustannemu zachęcaniu ich do wysiłku towarzyszyły liczne i głośne przekleństwa.

Bardzo ważne okazało się również doświadczenie tych ludzi w kwestii uzbrojenia. Na przestrzeni lat mała, nieregularna armia Kressego zdobyła nie tylko sporą liczbę dział, lecz także wiedzę w zakresie sztuki wojennej, która nie ograniczała się do niszczenia. Pewne działa — to znaczy te, które były większe od półkolubryn — ludzie Kressego szybko sprzedawali, jeżeli tylko znaleźli kupca. Nawet najmniejsze pełne kolubryny ważyły bowiem po dwie tony. Działami tej wielkości i wagi zbyt trudno się manewrowało na pofałdowanym terenie Górnego Vogtlandu, jeżeli nie posiadało się na wyposażeniu środków, a tymi dysponowały tylko duże, profesjonalne armie.

***

Gdy dotarli na miejsce, Wilhelm z zadowoleniem zauważył, że lokalne milicje przyszykowały przeszkody na drodze, przewróciwszy na nią kilka ciężkich drzew. Ochotnicy z trzech okolicznych wiosek mieli czekać w zasadzce, a ludzie Kressego pognać dezerterów Holka w ich stronę. Droga wiodła tutaj wąwozem o stromych zboczach, jakby między dwoma górskimi grzbietami. Ktoś, kto się na niej znajdzie pod ostrzałem broni palnej, będzie miał małe szanse, żeby uciec i uniknąć marnego losu.

Drzewa tworzące przeszkodę były duże i solidne. Oczywiście bariera nie odpowiadała standardom obowiązującym w profesjonalnych armiach, które dysponowały zastępami saperów, mimo to była jednak czymś znacznie solidniejszym niż przypadkowa sterta gałęzi i jeżyn. Wojna, która rozgorzała w środkowej Europie po czeskim incydencie, trwała od siedemnastu lat. Chłopi mieli więc doświadczenie w ustawianiu takich tymczasowych konstrukcji.

Miejsce zasadzki zostało dobrze przygotowane także pod innymi względami. Nie znajdowała się ona dokładnie na grani, lecz około czterdziestu metrów poniżej, tuż za łukiem drogi. Dezerterzy z armii Holka po pokonaniu wzniesienia będą mieli szansę dostrzec pułapkę dopiero z odległości piętnastu metrów. Ponieważ kolumna będzie się w tym czasie posuwała w dół, ludzie z jej czoła najprawdopodobniej zostaną wdeptani w ziemię przez kumpli z dalszych szeregów i w maszerującym oddziale powstanie chaos.

Nikt nie był zachwycony, gdy w pewnej chwili okazało się, że przeszkodę należało w dużej części rozebrać, żeby można było przepchnąć działo. Ale ochotnicy nie narzekali na dodatkową pracę. Zazwyczaj posiadanie działa podnosiło morale. Taką bronią dysponowali tylko obrońcy większych miast. W górskich wioskach uzbrojenie tego rodzaju pojawiało się bardzo rzadko. Fakt, że ludzie Kressego mieli kilka dział, był istotnym czynnikiem, który utrwalał ich reputację jako poważnej siły militarnej.

Równie ważne było to, że broń ręczna, jaką dysponowali chłopi, była obecnie lepsza niż ta, w którą wyposażono żołnierzy, nawet tych służących zawodowo w armii. Chłopi nie nosili muszkietów małego kalibru, tylko dużo celniejsze strzelby, które w rękach ludzi przez całe życie parających się polowaniem były zdecydowanie groźniejsze.

Wielkim ograniczeniem strzelb na polu bitwy była ich bardzo mała szybkostrzelność w porównaniu z małokalibrowymi muszkietami. To dlatego profesjonalne armie zasadniczo używały muszkietów. Wilhelm słyszał, że Amerykanie wprowadzili metodę błyskawicznego przygotowywania ładowanych od lufy muszkietów do kolejnego strzału. Realizowano ją za pomocą czegoś, co nazywali pociskiem Minié. Sam jednak nigdy nie widział takiego pocisku i nie miał pojęcia, w jaki sposób się nim posługiwano.

Ale w przypadku zasadzki takiej jak ta — z udziałem Kressego i jego ludzi, depczących wrogowi po piętach — wieśniacy nie musieli się kłopotać szybkim ładowaniem broni.

***

Wilhelm Kuefer uczestniczył już w wielu bitwach pod dowództwem Kressego. Wiedział, że Georg o brzasku poprowadzi atak na obóz dezerterów. A kiedy spanikowana zgraja najemników spróbuje uciekać, zagna ją wprost na drogę, nie pozwalając łotrom rozpierzchnąć się po okolicy.

Zresztą oni sami uznają tę drogę za najbezpieczniejszy kierunek rejterady. Po pierwszym ataku będą się więc nią posuwać przez jakieś dwie godziny i pokonają niecałe dziesięć kilometrów górskim duktem, bardziej przypominającym szlak do przeganiania krów niż pieszy trakt. Kiedy dotrą na miejsce zasadzki, gdzie zaległ Kuefer z działem i ochotnikami z wiosek, będą już potwornie zmęczeni i przerażeni.

***

Gdy pierwsi dezerterzy wyłonili się zza łuku drogi, ochotnicy zaczęli do nich strzelać. Wypełniając wcześniejsze rozkazy Kuefera, strzelbami posługiwała się tylko mała grupa chłopów, którzy w prowadzeniu ognia byli najskuteczniejsi; nie strzelano też salwami. Ostrzał był śmiertelny ze względu na celność. Chodziło o to, żeby dezerterzy nie odnieśli wrażenia, iż na ich drodze stanął przeciwnik dysponujący przewagą liczebną. Zapewne zakładali, że mają do czynienia z góralami chroniącymi najbliższe wioski, albo — w najgorszym przypadku — z małą grupą wydzieloną z oddziału partyzanckiego, który zaatakował ich o świcie.

Zdaniem Kuefera dezerterzy, przerażeni nieustającym pościgiem, powinni ślepo natrzeć na barykadę, by ominąć po prostu tkwiącą przy niej — jak przypuszczali — garstkę ludzi.

I tak się stało. W ostatniej chwili jeden z dezerterów zauważył wylot lufy ukrytego za krzakami działa i próbował krzykiem ostrzec pozostałych.

Ale na to było już za późno.

— Ognia! — krzyknął Wilhelm.

Saker wypluł z siebie podwójny ładunek kartacza. Wystrzelony z niewielkiej odległości pocisk — najbliższy dezerter znajdował się nie dalej niż trzy metry od działa — zmasakrował każdego, kto znalazł się w jego polu rażenia. Ten korytarz nie był zbyt szeroki, ale Kuefer o to nie dbał. Odgłosy towarzyszące masakrze wystarczyły, aby oszołomić dezerterów, którzy od razu przestali przypominać zorganizowany oddział. Kiedy ponownie wydał rozkaz, ochotnicy strzelili salwą, która odebrała życie kolejnym dwunastu ludziom. W tym momencie niemal połowa dezerterów była martwa albo ranna.

Tak liczne ofiary wywołałyby przerażenie nawet w zdyscyplinowanym oddziale doborowego wojska. A ta hałastra rzuciła się do ucieczki. Pędem, jeden przez drugiego, ruszyli z powrotem pod górę. Kilku ludzi w biegu porzuciło broń.

Trzech zaczęło się wspinać po zboczu, by znaleźć schronienie w rozciągającym się wyżej lesie. Ale pomiędzy drzewami czatowali chłopi i natychmiast ich zastrzelili.

Nim ostatni dezerterzy zniknęli za łukiem drogi, Kuefer usłyszał kolejne odgłosy strzałów. To Kresse przybył na miejsce potyczki.

W pewnym sensie sytuacja zrobiła się niemal komiczna, bo dezerterzy ponownie zawrócili. Działo jeszcze nie było gotowe do następnej salwy, za to wielu ochotników zdołało już załadować strzelby i zaczęło strzelać. Nie salwami, pojedynczo, ale to nie miało już znaczenia.

Kiedy na drodze ukazała się grupa Kressego, przy życiu pozostało nie więcej niż pięciu dezerterów, którzy jeszcze nie zostali ranni. Ale nie zamierzali walczyć; wszyscy leżeli na ziemi, udając martwych.

Wilhelm z niedowierzaniem pokręcił głową. Czego się spodziewali?

Gdyby to zależało wyłącznie od Kuefera, kazałby zastrzelić ich na miejscu, tak jak i wszystkich rannych. I może właśnie dlatego dowódcą był Georg Kresse, a nie on.

W przeciwieństwie do Wilhelma Georg wziął pod uwagę bardzo poważny problem zwłok. Nie można było po prostu zostawić martwych tam, gdzie padli, na gęsto obsianym wioskami obszarze Górnego Vogtlandu. Pomijając dzieci — część z nich byłaby przerażona i wstrząśnięta widokiem trupów, a inne, co gorsza, byłyby zachwycone i zaczęłyby się nad nimi pastwić — rozkładające się zwłoki groziły też wybuchem epidemii.

Z kolei kopanie grobu dla tak wielu zabitych wymagałoby dużego nakładu pracy. Ciężkiej pracy. Kresse był lubianym dowódcą oddziału nie tylko dlatego, że do minimum ograniczał straty, lecz także dlatego, że starał się nie obciążać zbytnio podwładnych.

Pozwolił więc rannym żyć i kazał przeciągnąć ich na pobocze. Nie zapewnił im jednak opieki medycznej. Jeśli ich stan był ciężki, umierali — i rzeczywiście kilku odeszło z tego świata, nim pięciu ocalałych wykopało w lesie, w odległości jakichś trzydziestu metrów od drogi, masowy grób. Wilhelm wiedział, że Georg pozostawił rannych przy życiu po to, by kopiący grób wciąż żywili nadzieję, iż przetrwają zagładę swojego oddziału.

Kopanie trwało niemal cały dzień. Kiedy wrzucono do niego zwłoki, było późne popołudnie; oczywiście to zadanie także przypadło dezerterom. Ludzie Kressego i ochotnicy z wiosek tymczasem miło spędzali czas, odpoczywając w cieniu i obserwując ich wysiłki.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić, zadanie zostało wykonane. Nie zasypano jednak zwłok leżących w dużym grobie. Niestety, tą ostatnią czynnością musieli się zająć ludzie Kressego i ochotnicy.

Na rozkaz Kressego pięciu ocalałych dezerterów zawleczono na skraj grobu. Dwóch zaczęło głośno protestować, a tylko jeden podjął próbę stawienia oporu. Szybko otrzymał cios pałką w głowę i nieprzytomny wpadł do grobu. Pozostali czterej zostali brutalnie pchnięci na kolana.

— Dobrze — powiedział Kresse. — Zastrzelcie ich.

Trzy ciała wpadły do grobu po salwie. Ostatnie zwłoki trzeba było zepchnąć w dół mocnym kopniakiem.

Kresse wskazał na wciąż żyjącego żołnierza Holka, tego, który był nieprzytomny po uderzeniu w głowę.

— Jego też zastrzelcie.

— Zakopać go żywcem! — krzyknął jeden z ochotników.

Był to stary Selig Hirsch, miejscowy garbarz. Kuefer nie mógł mieć do niego pretensji. Kilka lat wcześniej żołnierze zamordowali Hirschowi syna i dwoje wnucząt.

Kresse stanowczo pokręcił głową.

— Nie jesteśmy dzikusami. Zastrzelcie go.

Wilhelm już wcześniej spodziewał się tego rozkazu, więc zastrzelił nieprzytomnego. Georg Kresse był jednym z najbardziej surowych mężczyzn, jacy kiedykolwiek żyli w tych górach, ale tylko jego wrogowie mówili, że jest okrutnym człowiekiem. Żaden z jego podwładnych nie zgodziłby się z tym stwierdzeniem, nie powiedziałby tego o nim także żaden chłop ani mieszczanin z Górnego Vogtlandu. Był po prostu człowiekiem ukształtowanym przez czas, w jakim przyszło mu żyć.

***

Kiedy wrócili do kopalni, Kresse miał już gotowy plan. Pierwszą osobą, z którą się rozmówił, była kobieta. Kresse dzielił z nią w kopalni małą komórkę zbudowaną ze starych drewnianych bali.

— Anno, chcę, żebyś pojechała do Magdeburga. — Popatrzył wymownie na Kuefera. — Aż do Turyngii pojedziesz pod eskortą Wilhelma i jeszcze kilku ludzi. Później droga będzie bezpieczna. Zabierzesz ze sobą także Friedricha i Hannelore. Oboje chętnie wypoczną w trakcie podróży w jakiejś wygodnej tawernie, no i są wystarczająco starzy, by mogli uchodzić za twoich rodziców.

Uśmiechnął się, świadomy pełnego dezaprobaty spojrzenia Piesel, która była dobrą kobietą, ale miała lekkiego bzika na punkcie swojej urody.

— Powiedziałem „wystarczająco starzy”. Nie sugerowałem, że pomiędzy wami jest jakieś podobieństwo.

Friedrich był po prostu brzydki, a o Hannelore można było powiedzieć, że jest „przysadzista”, chociaż jej urodę często okreś­lano zdecydowanie mniej przyjemnymi słowami.

— Dlaczego chcesz mnie wysłać do Magdeburga? Przecież to wyprawa na kilka długich tygodni, Georgu!

— Myślę, że przynajmniej na sześć. A prawdopodobnie potrwa jeszcze dłużej. Ale my w tym czasie nie będziemy tutaj zbyt aktywni. Bylibyśmy głupcami, prowadząc poważne działania, skoro Szwedzi i wojska Stanów Zjednoczonych Europy zamierzają roznieść armię saksońską w pył. Zakładam, że po prostu będziemy siedzieć i czekać. Czas na prawdziwą walkę dopiero nadejdzie. Jaka Saksonia wyłoni się z zamętu po wygnaniu elektora? Znasz Szwedów, Anno. Gustaw Adolf zorganizuje taką samą administrację wojskową, jaką ustanawiał w innych podbitych prowincjach. A my przecież chcemy w Saksonii republiki.

— Ale, Georgu… — odezwał się Kuefer. — Amerykanie…

— Daj spokój z Amerykanami. Bądź realistą. Nawet jeśli marzy im się republika, przecież nie zaryzykują tarć na tym tle i rozłamu z Gustawem Adolfem. — Kresse pokręcił głową. — Niemiecki książę — tak ci cholerni głupcy nazywają Stearnsa. Ale mam wrażenie, że to go nie powstrzymuje przed ustępstwami na rzecz rodziny królewskiej i arystokracji.

— Jesteś niesprawiedliwy, Georgu — powiedziała spokojnie Piesel.

— Być może, ale mnie nie zależy na względach nadczasowców. Nie, musimy zaangażować po naszej stronie komitety korespondencyjne. I właśnie dlatego wysyłam cię do Magdeburga. Potrzebujemy Richter, Anno. Powiedz jej, że prosimy, by po odejściu elektora przyjechała do Drezna.

Oczy Anny lekko się rozszerzyły.

— Mam do tego namówić samą Gretchen Richter? Uważasz, że ona to zrobi?

Georg wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Ale jeśli nie zyskamy nic więcej, to przynajmniej przekonamy się, czy opinia o niej jest prawdziwa. Dowiemy się, czy tak jak Amerykanie jest skłonna akceptować półśrodki.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Mapy

Prolog