1-2-3 - część druga - MRS - ebook

1-2-3 - część druga ebook

MRS

0,0

Opis

Dalsze losy pary, która szuka odświeżenia swojego związku, decydując się na zaproszenie innych do domu. Ich pomysł rozbudza dawno uśpiony żar, choć w sposób zupełnie nieoczekiwany. Opowiadanie pełne jest zmysłowych i obrazowych opisów scen erotycznych, które podkreślają emocje, napięcie i przemianę bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 607

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



OPOWIADANIE „1–2–3” część druga

 

–––––––––– Przypomnienie

Historia rozpoczęła się w domu Gabrieli i Daniela — pary, której codzienność, obciążona pracą i rodzicielskimi obowiązkami, zdawała się gasić iskrę namiętności.

W poszukiwaniu sposobów na jej ponowne rozpalenie Gabriela wpadła na niecodzienny pomysł, aby zorganizować 'casting' na pomoc domową, który miał być zarówno praktyczny, jak i stanowić pikantny prezent dla męża i dla nich obojga.

Pod nieobecność Daniela, Gabriela przeprowadziła selekcję trzech umówionych kandydatek. Poddawała je pozornie codziennym domowym zadaniom, które dziewczyny wykonywały jednak w specjalnie dobranych, zmysłowych strojach. Niespodziewanie do castingu dołączyła czwarta kandydatka, która swoje zadania wykonywała nago. Ostatecznie casting wyłonił dwie finalistki.

Wybrane kobiety zostały zaproszone na wieczorny „test współpracy”. Obejmował on bardziej intymne zadania, takie jak wspólna kąpiel z Gabrielą, wymiana żarówki bez drabiny czy wieszanie prania na zewnątrz w samej bieliźnie lub bez niej. Test zakończył się wspólnym spacerem do lasu, podczas którego między trzema kobietami narodziła się nieoczekiwana, głęboka bliskość, przełamująca bariery wstydu i konwenansów. Po wspólnym, nagim powrocie Gabriela zaprosiła obie dziewczyny, by zostały na noc.

Następnego dnia Gabriela zaoferowała im stałą pracę jako pomoce domowe; miały dzielić jeden pokój i pracować naprzemiennie. Ustaliły zasady dotyczące ubioru w domu — miał być komfortowy, często minimalny, ale przy dzieciach lub poza domem wymagano już bardziej standardowego stroju. Po powrocie Daniela z delegacji doszło do pierwszego spotkania w nowej „konfiguracji”.

Wieczór upłynął na wspólnej kolacji w erotycznej atmosferze, rozmowach o granicach i zdrowiu oraz podpisaniu umów. Gra w butelkę i oglądanie filmów doprowadziły do dalszego przełamywania barier i pierwszej wspólnej nocy pełnej zmysłowych odkryć, w której uczestniczyli wszyscy czworo, celebrując m.in. "pierwszy raz" Lany.

Kolejne dni przyniosły nową rutynę — pracę, poranne pożegnania Daniela, wspólne porządki i rozmowy kobiet. Gabriela stopniowo odkrywała przed dziewczynami kolejne "tajemnice" domu — ukryte elementy. Relacje między kobietami coraz bardziej się zacieśniały.

Zorganizowały wspólne wyjazdy na zakupy, podczas których kupiły nowe ubrania, bieliznę i biżuterię. W drodze powrotnej, zrobiły postój w lesie, gdzie doszło do intymnego zbliżenia Gabrieli i Daniela na masce samochodu, które to obserwowały obie dziewczyny. Ich zachowanie zaczęło też pobudzać ciekawość przypadkowych przechodniów i sąsiadów. Jeden z wieczorów skończył się zmysłowym masażem kobiet, po którym wracający Daniel zastał obie wyglądające na śpiące, nagie po intensywnych doznaniach, co doprowadziło do kolejnej intymnej chwili. W międzyczasie pojawiły się drobne komplikacje oraz zabawne interakcje z otoczeniem w postaci sąsiada czy też listonosza. Daniel wziął też udział w firmowej gali, gdzie doszło do subtelnej konfrontacji Gabrieli z jego sekretarką, Iwoną.

Pierwszą część historii zwieńczyła wspólną zabawą całej: Gabrieli, Daniela, Lany i Kiry, pełną truskawek, bitej śmietany i śmiechu — która przypieczętowuje ich nietypową, ale coraz bardziej naturalną dla nich formę bliskości.

Dziesięć dni wystarczyło, by zbudować fundamenty nowej, niezwykłej rodziny.

Co przyniosą kolejne?

I tak minęło dziesięć dni, a fundamenty nowej, nietypowej rodziny zostały już położone. Przyjęte do domu kobiety stały się integralną częścią codzienności Gabrieli i Daniela.

Co przyniosą kolejne dni w tym niecodziennym układzie?

 

–––––––––– SOBOTA — DZIEŃ 1

–––––––––– D1–S1: Poranek

Świat w sobotę rano nie istniał. Nie było maili, nie było obowiązków. Było tylko nagie ciało obok — ciepłe, oddychające w rytmie rozkosznego lenistwa — i dłonie, które nigdzie się nie śpieszyły. Gabriela… ta Twoja Gabriela… obudziła się jak kotka, prężąca się w słońcu. Przeciągnęła się wzdłuż Ciebie, muskając Twoje biodro kolanem.

Leżałeś na plecach, rozluźniony, nagi, rozgrzany snem. Gabriela najpierw szeptem wymówiła Twoje imię, ledwie oddechem, a potem… Poczułeś jej dłoń. Jej palce zaczęły igrać wśród włosów na Twojej klatce, delikatne i bez pośpiechu.

– „Śpisz?” — zapytała cicho, z uśmiechem, wyczuwalnym nawet przez zamknięte powieki.

Otworzyłeś oczy powoli, jakbyś wciąż balansował między jawą a snem. Jej bliska, miękka twarz z rozsypanymi włosami w artystycznym nieładzie była pierwszym, co zobaczyłeś. Przeniosłeś wzrok niżej. Jej piersi… leżały przykryte, ale znałeś ich kształt na pamięć. Brzuch, ciepły i gładki. I sama świadomość jej nagości tuż obok wystarczyła, byś poczuł, jak Twój członek porusza się, powoli, ospale. Jakby szeptał: ‘właśnie tak chcę zaczynać dzień’.

– „Widzę, że nie śpisz” — zaśmiała się, zauważając poruszenie pod narzutą. Przygryzła dolną wargę, przekręciła się lekko na bok, podpierając się na łokciu i patrząc Ci prosto w oczy. Prawie można było zobaczyć w tych pięknych oczach, myśl przemykającą w jej głowie.

„Kiedy od tamtej chwili… od tamtego pocałunku w skroń… czekam. Czekam na tę wielką 'niespodziankę', na ten pakt, który z Tobą zawarłam. Czuję drżenie ud na samą myśl, że odpłynę, choć nie wiem, kiedy i z kim to nastąpi. Bo przecież to się jeszcze naprawdę nie wydarzyło… I chyba właśnie to, ta niewiedza tak ekscytuje."

– „To wczoraj…” — zaczęła po krótkiej chwili, ciszej, intymniej – „o moich podświadomych marzeniach o byciu z innym, żeby mnie wypełnił. Mówiłeś serio?”

– „Nie żartuję z takich rzeczy” — odpowiedziałeś spokojnie, pewnie. – „Umówiliśmy się i ja to dla ciebie zaaranżuję… poczujesz w końcu, jak to jest, gdy ktoś inny w tobie zostaje.”

– „Wiesz, jesteś kochany” — mruknęła cicho, jakby do siebie. Ale potem spojrzała znów niżej, na to miejsce, gdzie Twoje ciało zdradzało całą prawdę o tym, co naprawdę myślisz.

Nie czekała na pozwolenie.

Zsunęła się powoli, centymetr po centymetrze wzdłuż Twojego ciała, zostawiając na skórze ślad swojego oddechu. Jej włosy muskały Twój brzuch, a jeden z sutków dotknął Twojej skóry — twardy, chłodny, jakby jeszcze nie w pełni rozbudzony. A potem… była tam. Pomiędzy Twoimi udami.

Pochyliła się i wzięła Cię w dłoń. Wilgotne ciepło jej ust objęło Cię z tą leniwą, poranną czułością. Bez pośpiechu. Tak, jakby chciała Cię smakować, zanim na dobre się obudzisz.

– „Rano najlepiej smakuje…” — szepnęła, językiem zataczając kółko na czubku, jakby to był jej ulubiony deser.

Przeciągnąłeś się z rozkoszą, jakby cała Twoja skóra reagowała na jej dotyk. Wsunąłeś palce w jej włosy, rozgarniając je powoli. Nie ciągnąłeś. Trzymałeś. Jakbyś chciał czuć każdy jej ruch od wewnątrz, poczułeś jej zapach, który wciąż pachniał snem i wczorajszym seksem. Było coś niesamowicie intymnego w tym, jak to robiła — nie tylko pieszczota, lecz oddanie.

Zacisnęła lekko palce i przeciągnęła je powoli w górę. Głowa lekko pochylona, język wysunął się i dotknął Cię czubkiem, muskając jedno miejsce, a potem cofając się znowu, wolno i celowo. Jakby badała Ciebie na nowo, mimo że znała każdy centymetr.

Zassała Cię nagle — nie głęboko, ale dokładnie. Ciepłe, wilgotne wnętrze jej ust otuliło Cię. Język ruszał się ciasno pod spodem. Powoli przesuwała się rytmicznie w górę i dół, ustami sunąc po całej długości, a ślina zaczynała błyszczeć na Twojej skórze.

Westchnąłeś. Cicho, krótko, bo ciśnienie rosło. W karku, w lędźwiach i w jądrze miednicy.

Gabriela złapała rytm — nie szybki, nie agresywny, lecz konsekwentny. Każde głębsze zejście, każde zassanie — to nie było przypadkowe. Wiedziała dokładnie, co robiła. Wiedziała, gdzie dłużej przytrzymać język, kiedy się cofnąć i kiedy tylko lekko zahaczyć ząbkiem. Tak żeby mocniej podniecić, a nie odstraszyć.

Jej druga dłoń gładziła Twoje udo, potem przesunęła się niżej i delikatnie chwyciła Cię za jądra. Tylko lekki ucisk, ale to wystarczyło. Ciało napięło się samo. Plecy oderwały się od materaca. Serce biło szybciej.

Spojrzała ponownie na Ciebie. Będąc nadal tam, między Twoimi nogami, z rozchylonymi ustami, które lekko połyskiwały śliną. Z oddechem, który wyraźnie przyspieszył. Jej wzrok był miękki, ale pewny siebie. Wiedziała, że Cię ma. Że kontroluje każdą falę, która przez Ciebie przechodzi.

Jej dłoń nie przestawała — ciepła, pewna, dokładnie tam, gdzie trzeba. Trzymała Cię delikatnie za jądra, jakby mówiła: jeszcze nie, ale już niedługo. Głowa poruszała się rytmicznie, nie gwałtownie, tylko z tą cholernie zmysłową dokładnością, której nie da się wyuczyć — trzeba to czuć. A ona to czuła. Trzymała Cię płytko, ale z precyzją. Czuła każdy centymetr — smak, fakturę, puls. Jej język tańczył tam, gdzie wiedziała, że odczujesz to najmocniej.

Oddychałeś płytko. Twoja głowa opadła na poduszkę. Palce zacisnęły się mocniej w jej włosach. Wiedziała. Nie przyspieszała. Po prostu trzymała Cię w ustach, jakby chciała, żebyś właśnie tam, właśnie teraz… oddał jej wszystko.

I oddałeś.

Ciało spięło się od karku po uda, napięcie puściło w jednym, głębokim uderzeniu bioder, gdy zalałeś ją sobą. Ona tylko przyjęła. Bez odruchu, bez wahania, z lekką satysfakcją w oczach, gdy podniosła wzrok, usta wciąż zamknięte wokół Ciebie, policzki lekko wciągnięte.

Przełknęła wolno, zmysłowo, jakby smakowała kremowy likier. Oblizała wargi, po czym zmysłowo otarła je kciukiem.

Oparła brodę o Twoje biodro i zmysłowo spojrzała szeroko otwartymi oczami prosto w Twoje.

– „Moja poranna porcja witaminy S” — mruknęła, przeciągając słowa. – „Zdrowsza niż kawa”.

Uśmiechnęła się. Zobaczyłeś ten jej lekko złośliwy, błyskotliwy uśmiech. Taki, który mówił: „Jutro też chcę.”

 

–––––––––– D1–S2: Poranna wizyta

Gabriela podniosła się płynnie, z tą niespieszną gracją, która należała tylko do niej — wciąż naga, z rozpuszczonymi włosami i błyszczącymi ustami. Położyła się na Tobie, miękko, cała — czułeś jej ciężar, ale też coś więcej: jej ciepło, to wewnętrzne, głębokie, kobiece, które biło z niej jak puls. Jej piersi się spłaszczyły miękko o Twoją klatkę, ciało wtuliło się w Twoje jak łuk w strunę. Jej łono spoczęło dokładnie na Twoim — naga wilgotność na nagim ciele, puls za pulsem zsynchronizowane. Ręce wsunęła pod Twoje barki, nos przytuliła do Twojej szyi.

– „Podobało się, kochany?” — mruknęła z zadowoleniem.

– „Jasne. A Tobie smakowała mała porcja witaminek?”

– „Oj, nie przesadzaj… nie była znowu taka mała” — zaśmiała się z ustami przy Twoim uchu i z tą chrypką, która zostaje jej po tak intensywnym ssaniu. – „Całkiem porządna, powiedziałabym.”

Leżeliście tak jeszcze przez chwilę, nagie ciała w pełnym kontakcie, powietrze było lepkie od potu i leniwej, bezwstydnej bliskości. Ale cisza nie trwała długo.

TRZASK.

Drzwi rozwarły się bez pukania. Do sypialni wpadły Lana i Kira, obie w samych majteczkach, które jak zwykle nie spełniały swojej zasłaniającej funkcji, bose stopy, włosy w lekkim nieładzie. Biły od nich energia i bezczelność, jakby cały dom należał do nich.

– „Oooo, widzę, że państwo już wstali” — rzuciła Lana z uśmiechem, przechylając głowę; jej piersi również się przechyliły, jakby naśladując ruch oczu właścicielki.

– „I są nieźle rozbudzeni” — dodała Kira, zerkając bezwstydnie między wasze ciała, z udawanym podziwem w głosie.

Zanim zdążyliście coś powiedzieć, już były przy łóżku. Lana usiadła bokiem, zaraz obok nóg Gabrieli, jej udo musnęło Twoje. Kira uklękła z przodu, opierając się łokciami o materac, wypinając się lekko, jej piersi swobodnie zwisające, brodawki sztywne od porannego chłodu.

– „Może byśmy dziś pojechali na zakupy?” — rzuciła Lana, przeciągając się na łóżku, jakby od zawsze do niego należała. – „Bo trochę rzeczy się kończy…”

– „No a potem…” — zaczęła Kira, uśmiechając się jak diablica.

I obie jednocześnie, z tym szczebiotem, który znałeś aż za dobrze: – „Park wodny!”

Gabriela spojrzała na Ciebie z półuśmiechem. Uniosła brew.

Ty również się uśmiechnąłeś. Nagie ciała. Narzuta leżała gdzieś obok. Dwie półnagie dziewczyny stały przed wami, snując plany. Dopiero zaczynało się przedpołudnie.

 

–––––––––– D1–S3: Ciąg dalszy poranka

Gabriela wciąż na Tobie, jej ciało rozluźnione, miękkie, ale ciepłe, czujne. Twój członek, mimo niedawnego spełnienia, zaczął powoli znów rosnąć — nie gwałtownie, tylko w odpowiedzi na bodźce: jej ciężar, jej dotyk, jej zapach… i teraz też — obecność dwóch półnagich dziewczyn przy łóżku.

Kira, klęcząc przed łóżkiem, miała idealny widok. Patrzyła z dołu, twarz tuż nad krawędzią materaca, oczy skupione prosto między waszymi ciałami. Widziała wszystko — jak Twój członek stopniowo twardnieje między udami Gabrieli, jak z każdym Twoim niewielkim napięciem mięśni — lekkim podciągnięciem bioder — unosi się wyżej, ociera się, szuka wejścia, rozgrzewa się w wilgoci jej otworu, który nigdy nie przestawał pulsować.

Gabriela to poczuła — ciepło, twardnienie, znajome pulsowanie. Jęknęła cicho przez nos, zacisnęła uda, ale się nie ruszyła. Tylko lekko uniosła biodra, jakby instynktownie chciała dać Ci więcej miejsca.

Kira przechyliła głowę, uśmiechnęła się — bez wstydu, bez pytania, tylko z tą swoją bezpośrednią, zuchwałą energią. Pochyliła się do przodu, jedna ręka na materacu, druga przesunęła się między waszymi ciałami. Czułeś jej chłodne palce, jak delikatnie chwyciły Cię u podstawy. Śliska skóra, miękka dłoń.

– „Widzę, że potrzebna pomoc” — rzuciła cicho, prawie złośliwie, z błyskiem w oku.

Nie czekając, jej palce mocniej zacisnęły się u podstawy. Powoli poprowadziła Cię we właściwe miejsce, kciukiem i dwoma palcami celując w miękkie wejście Gabrieli.

Kiedy główka zaczęła w nią wchodzić, Kira przesunęła dłoń wyżej, muskając wnętrzem dłoni po miękkiej krzywiźnie jej pośladków, a potem wąskim paskiem skóry między nimi.

Gabriela drgnęła gwałtownie, wciągając powietrze przez zęby, biodra poruszyły się instynktownie, jakby chciała wciągnąć Cię głębiej. Westchnęła — dźwięk urwany, zaskoczony, ale pełen zgody. Biodra drgnęły, napięły się, kiedy poczuła, jak Twoja główka rozsuwa ją od środka, jak ją wypełniasz, powoli, mięsiście, aż po nasadę. Przylgnęła do Ciebie jeszcze mocniej, piersi przygniotły Twoją klatkę, brzuchy skleiły się wilgotnym ciepłem.

Kira cofnęła rękę z satysfakcją, opierając podbródek o dłonie. Patrzyła na was teraz jak na ulubiony film.

– „No, lepiej. Zawsze warto zaczynać dzień od dobrego dopasowania, nie?”

Gabriela uniosła się na rękach, palce oparte po obu stronach Twojej głowy, włosy spływające jej po ramionach jak zasłona z ciepłego jedwabiu. Patrzyła Ci prosto w oczy — spojrzeniem głębokim, miękkim, ale już nieświętym. Na sekundę oderwała się od Twojego ciała, Twojego wnętrza, Twojego gorąca… tylko po to, by znów na Ciebie usiąść. Powoli. Wsunęła się na Ciebie z całym ciężarem, do końca, mokra, rozgrzana, wciągając Cię jakby na nowo — i nie odwracając wzroku ani na moment.

Czułeś, jak mięśnie jej pochwy zaciskają się, jak jej miednica drży lekko pod wpływem opanowanego napięcia. Jej język przejechał po wargach, broda uniosła się nieco — była już blisko, Ty też. Ale wtedy…

Kira. Bezszelestna, jak drapieżnik, uklękła za Gabrielą, przesunęła dłoń w dół po jej plecach. Następnie ponownie lekko przejechała palcem między pośladkami Gabrieli — delikatne muśnięcie, które sprawiło, że żona napięła się odruchowo, zaciskając Cię w środku.

Chwilę później powtórzyła ruch — wolniej, pewniej, jakby smakowała reakcję. Jej spojrzenie przesuwało się w dół, śledząc, jak przy każdym muśnięciu mięśnie Gabrieli drgają i napinają się wokół Ciebie, jak delikatne fale zaciskają się i puszczają w rytmie jej oddechu. To widok, który mówił wszystko.

Za trzecim razem nie poprzestała na samym przesunięciu palca — pozwoliła mu na moment zatrzymać się i wcisnąć lekko do środka, odważniej, niemal prowokacyjnie. Wystarczyło. Gabriela szarpnęła biodrami, a z jej ust wyrwało się urwane, głębokie westchnienie, które ściągnęło Cię jeszcze głębiej w jej wnętrze.

Zadowolona z siebie Kira, przesunęła ręce ponownie po plecach Twojej żony i przesuwając do przodu pod pachami, objęła piersi, zaborczo, miękko, ale zdecydowanie. Kciuki muskały sutki, delikatnie je drażniąc, aż stwardniały do granic napięcia. Potem usta — wtuliła twarz w kark Gabrieli, całując ją raz za razem. Wilgotne pocałunki zostawiały ślady, a jej oddech podjudzał każdą nerwową końcówkę Gabi.

Gabriela zaczęła się poruszać — powoli, falując biodrami, ściskając Cię z każdą zmianą kąta, z każdym przysiadem. Kira za jej plecami była jak dodatkowa iskra — nie przestawała, a jej ciche, przyjemne pomruki za plecami tylko bardziej nakręcały atmosferę.

Twój oddech przyspieszał. Czułeś, jak wnętrze Gabrieli zaciska się rytmicznie, jak mięśnie jej miednicy drżą pod wpływem każdego ruchu. Palce dłoni zacisnęła na prześcieradle – jakby tylko to trzymało ją w tej rzeczywistości. Jej ruchy stały się nieregularne, krótsze, jej ciało drżało w ramionach Kiry, nie wiedząc, na którym odczuciu się skoncentrować. Ty już byłeś na granicy. Biodra uniosły się, ostatnie pchnięcia — głęboko, aż po nasadę.

Jej westchnienie było urwane, a jęknięcie stłumione pocałunkiem w kark. Ty wydałeś z siebie krótki, gardłowy syk, kiedy pękło — wewnątrz niej, ciepło, przyjęte do końca.

Gabriela zadrżała, a uda zacisnęły się na Twoich biodrach w odruchu tak gwałtownym, że poczułeś to aż w kręgosłupie.

Potem nagle zmiękła — jakby napięcie, które ją trzymało, ustąpiło pod ciężarem spełnienia. Jej ciało osunęło się odrobinę w dół, biodra opadły, wtapiając Cię mocniej w materac.

Oddech miała urywany, pełen ciepła, a drobne, niekontrolowane ruchy miednicy posyłały w Ciebie kolejne, rozlewające się fale.

Kira ciągle tuliła ją od tyłu, uśmiechnięta, wciąż bawiąc się jej sutkami, już lżej, z satysfakcją.

A wtedy z boku — głos Lany, rozleniwionej, z nogami założonymi na łóżku jakby nic się nie działo:

– „No i pięknie, pobzykaliście sobie.”

– „A teraz co… jedziemy?”

– „Do parku wodnego, oczywiście” — dodała, z tym figlarnym błyskiem w oczach, jakby to był najbardziej niewinny pomysł na świecie.

Gabriela opadła na Ciebie z westchnieniem, wciąż obejmując Cię ciasno w środku, jakby wszystko, co było w niej — łącznie z Tobą — chciała zatrzymać jak naj dłużej.

Kira zeszła już z łózka i stała obok Lany, a ty… miałeś tylko jedno pytanie:„czy zdążysz dojść do łazienki… zanim znowu Cię dorwą.”

 

–––––––––– D1–S4: Wymarsz

Z łóżka podnieśliście się z tym naturalnym bezwstydem, który nie wymagał słów ani zasłaniania się prześcieradłem — ciała już znały swoje miejsca, spojrzenia tylko potwierdzały, że to zwykły poranek. Żona ucałowała Cię w skroń, przeciągnęła się, zsunęła z łóżka pierwsza, prowadząc wszystkich rytmem dnia. Lana jeszcze przez moment siedziała na brzegu, przeciągając palcem po Twoim udzie, nim podniosła się lekko chwiejnie, naga, rozgrzana, z lekko rozmazanym spojrzeniem.

Kira ziewnęła cicho, przeciągnęła ręce za głowę i przeszła do łazienki, odwracając się tylko raz — włosy opadały jej na kark, a biodra niosły ten ciężar, którego nie uczy się na siłowni.

Prysznic — szybki, wspólny, ciało o ciało, już bez głębszych igraszek, tylko z czułym echem tego, co było przed chwilą. Szum wody, mydło, zapach ciepłej skóry i śmiech, gdy Lana podkradała ręcznik Kiry.

Później poranny gwar przeniósł się do kuchni.

Kira oparta o blat, z kubkiem kawy, miała na sobie tylko cienkie majteczki, które przykleiły się do niej po prysznicu, kropelki wody spływały jeszcze po udach, lśniąc w świetle kuchennym — widać, że nie wytarła się dokładnie.

Lana w jednej z Twoich koszulek, niedbale zapiętej — kilka guzików przeskoczyła, więc materiał układał się krzywo, odsłaniając kawałek piersi, napięty sutek ledwo zakryty rogiem tkaniny. Gdy sięgała po masło, koszulka uniosła się z tyłu i między udami błysnęło nagie ciało — nie miała nic pod spodem, a ruch był wystarczająco zwyczajny, by nie przepraszać.

Żona już zawiązywała włosy, choć nadal stała naga, z pełną naturalnością kobiety, która nie potrzebuje ubrań, żeby wydawać polecenia. W drugiej dłoni trzymała kluczyki — zupełnie bez sensu, bo przecież jeszcze nikt nie był gotowy do wyjścia — i dopijała łyk z porcelany, rzucając:

– „Dziewczyny, dziesięć minut. Nie chcę potem słuchać, że zapomniałyśmy jajek, bo wciągnęło was przy stanikach.”

Ty zszedłeś na dół, już w spodniach, dopinając jeszcze guziki koszuli, przecierając dłonią twarz. Gdy Cię zobaczyły, jakby we wszystkie stąpił demon, wszystkie pognały do pokoi na górze, a dom ucichł na te kilka minut jak po ostatnim akcie spektaklu. W kuchni — cisza, tylko gotowy ekspres, więc nalałeś sobie kawy i zasiadłeś, zakładając, że masz dłuższą chwilę nim wrócą.

Kira bez słów, z tą zimną metodycznością, która była w niej bardziej erotyczna niż jakikolwiek gest. Stanęła przy toaletce, wsunęła palce pod gumkę majtek i zsunęła je wolno w dół, odkładając je na bok jak niepotrzebny detal. Pogładziła się po pępku opuszkami, miękko, niemal beznamiętnie. – „Jeszcze nie dziś mój malutki…, dobrze wiesz, że Cię nie zostawię.”

Potem wciągnęła legginsy z cienkiego materiału jednym, długim ruchem — materiał złapał za pośladki i wciągnął się między uda, półprzeźroczysty w świetle. Bluza przeciągnięta przez ramiona, potem zamek — zsunięty do połowy, wystarczająco, by ukazać linię piersi, ale nie więcej. Włosy spięła w luźny kok, wyciągając jeden kosmyk za ucho. Do lustra spojrzała tylko raz. Wystarczyło.

Lana była wirującym bałaganem — najpierw pogubiła się w rękawach Twojej koszulki, gdy w końcu uporała się z nią rzucając na łózko, stanęła przed lustrem, uniosła piersi w dłoniach i uszczypnęła sutki, aż stwardniały – „Nie czas na zabawę, moje kochane”, mruknęła z uśmiechem, choć w głosie była szkoda. Top z siateczki włożyła przez głowę, przeciągając materiał przez sterczące sutki, jakby specjalnie szukała ich kontaktu z chłodem tkaniny. Spódniczkę wciągnęła na biodra tanecznym ruchem — poprawiła ją z boku, dwa razy klepnęła się w pupę i mrugnęła do samej siebie w lustrze. Błysnęła językiem, pacnęła perfumy na kark. Gotowa.

Twoja żona była spokojna, naga, pewna siebie, nie zawracając sobie głowy czasem. Z szuflady wyjęła spodnie i wsunęła je z gracją — palce przesunęły się po biodrach, poprawiając materiał jakby go uczyła, gdzie ma przylegać. Bluzkę rozłożyła w dłoniach, przytuliła ją do piersi, zanim narzuciła przez głowę. Materiał opadł, objął ją miękko, a pod nim — nic. Sutki wyraźnie odznaczyły się przy każdym ruchu, jakby mówiły „tak, dobrze widzisz”. Włosy związała nisko, nonszalancko, bez poprawiania. Makijaż — szybki, ale perfekcyjny. Szminka muśnięta palcem.

Piętnaście minut później Twoje zdziwienie nie miało granic. Popatrzyłeś jeszcze raz na zegarek, unosząc brwi. Schody zadrżały. A potem — wszystkie trzy zeszły naraz. Skóra gładka, włosy spięte, zapach perfum już rozproszony w powietrzu. Makijaż wyważony, torby gotowe. No prawie, jeszcze buty.

Zostawiłeś kubek, powoli wstałeś i z ironiczną miną zacząłeś bić brawo.

– „Co jest?” — zapytała żona z udawaną niewinnością, poprawiając pasek.

– „Nic, kochane… naprawdę nic. Prawo za tempo. Jestem pełen podziwu.”

– „Cmoknij się” — rzuciła Kira przez ramię, nawet nie zatrzymując się na progu, kiedy z resztą dziewczyn ruszała już w stronę drzwi. Szła przodem, ale spojrzenie rzuciła Ci przez ramię tak, że nawet kawa w Twoim żołądku zrobiła miejsce na coś jeszcze.

Kira zsunęła się na ławkę przy drzwiach, wsuwając czarne sneakersy jednym płynnym ruchem, jakby każda czynność była częścią choreografii, nie wysiłkiem. Lana zawiązywała trampki na stojąco, przechylona, z językiem między zębami i pupą wypiętą bezwiednie, jakby nadal nie do końca ogarniała, że to już nie poranek w łóżku. Gabriela zsunęła się na kolano, wsunęła stopę w mokasyn, potem drugi — bez ceregieli, bez patrzenia.

– „Nie stój tak… rusz się” — rzuciła Gabi, ledwo na Ciebie spojrzawszy, już w połowie drogi do auta.

Ruszasz. Buty zakładasz w ruchu, po drodze. Jedna stopa, druga, trzask drzwi.

Silnik już mruczy, Panie już siedzą. Zostało tylko jechać.

 

–––––––––– D1–S5: Zakupy

Galeria była jak inny świat — chłodny, pachnący perfumami i lakierowaną powierzchnią, podświetlony od dołu i góry, z dźwiękiem klimatyzacji przypominającym szept futurystycznego miasta. Pchaliście wózki między alejkami, a każda z waszych kobiet wyróżniała się z tłumu, nawet jeśli próbowały wyglądać „normalnie”.

Gabriela miała ciało i sposób poruszania się kobiety, która zna siebie, wie co działa, a czego nie musi udowadniać. Obcisłe spodnie, delikatna, przylegająca bluzka, bez stanika. Sutki zaznaczały się wyraźnie pod materiałem, bez cienia wulgarności — po prostu naturalnie. Gdy sięgała po pomidory, jeden mężczyzna odwrócił wzrok, jakby się oparzył, inny… nie. Ty widziałeś to wszystko. Jej lekki uśmiech, gdy to zauważyła.

Lana pełniejsza w biodrach, z krótszą spódniczką, której dolna krawędź poruszała się przy każdym kroku jak fala. Top z siateczki, przez który było widać stanik — koronkowy, kolor cielisty, ale nie ukrywał niczego. Chciała być zauważona. Przechodziła obok działu z pieczywem, pochylała się, Ty widziałeś wszystko. Każdy mężczyzna, który spojrzał, już o niej nie zapomniał.

Kira pewniejsza od Lany. Miała w sobie zimno i ogień. Legginsy, czarne, cienkie, bez bielizny — i każdy mógł to zobaczyć, gdy światło z góry przecięło materiał. Krótka kurtka, suwak rozsunięty do połowy, piersi zbyt duże jak na taką sylwetkę. Ale trzymała wózek pewnie, ciało wyprostowane, wzrok chłonący. Znała swoją wartość. Wiedziała, że każdy krok to obietnica.

Wózki się napełniały. Napoje, sery, woda mineralna, jogurty, płyny do prania. Ale wciąż z tyłu głowy czaiła się inna część wyprawy. Część, o której nie mówiło się na głos, ale którą wszyscy znali — próba. Bo dziś nie chodziło tylko o zakupy.

Gdy doszliście do działu z odzieżą, dziewczyny rozpierzchły się w poszukiwaniu czegoś do włożenia, jak zwykle miało to być coś super i niepowtarzalne, kolejny ciuszek niezbędny w ich garderobie. Przymierzalnia wyglądała zwyczajnie jak na takie miejsce, szereg wąskich boksów rozstawionych po obu stronach długiego, jeszcze węższego korytarza, oddzielonych od siebie lekkimi zasłonami — kotary jak zwykle, nieco za krótkie, za lekkie, nieprzywierające, odsłaniające nogi, kostki, czasem więcej, jeśli ktoś źle się ustawi.

Wasza czwórka weszła w ten korytarz, wciąż z wózkami — trzymająca w ręku koronkową bieliznę i cieliste pończochy z pasem.

– „To tylko na chwilę” — rzuciła półgłosem Lana znikając za kotarą niosąc kilka wieszaków, z czego tylko jeden miał coś co uznał byś za jakiekolwiek ubranie, znikając za kotarą, która poruszyła się miękko jak obłok. Słychać było szept rzuconej torby, przesuwanie materiału. Nogi pozostały widoczne — stała bokiem, spódniczka szybko zsunięta.

Kira zniknęła zaraz obok. — Może wybiorę coś w kolorze mięsa — powiedziała z udawanym zamyśleniem. Przesunęła kotarę. Ty widziałeś, jak sięga ręką w dół, przesuwa przez legginsy między udami, niepewna, czy ktokolwiek patrzy. Patrzyłeś.

Ty i Gabriela zostaliście nieco z tyłu, przy końcu alejki. Ujęła Cię pod ramię, jej dłoń gładziła Cię powoli po boku, niby przez przypadek, ale wystarczająco świadomie, żebyś poczuł ciężar tego dotyku aż w lędźwiach. Miała w oczach ten uśmiech kobiety, która wie, że nie musi nic robić, by Cię trzymać. Nie tutaj. Nie dzisiaj. Nie przy nich.

W przymierzalniach było ciepło. Nie od grzejników — od ciał. Kotary, poruszały się z każdym ruchem bioder, z każdym głębszym oddechem. Lana i Kira bawiły się jak nastolatki, które odkryły radość z przebierania się po raz pierwszy — tylko że ich ruchy były już świadome, dojrzałe, miękkie z wprawą.

Po jakimś czasie Lana wychyliła się jako pierwsza. Wysunęła się z kabiny jak kobieta, która przyszła tylko na chwilę „pokazać, jak leżą majteczki”. Miała na sobie tylko dół — cienki, różowy, opięty na biodrach. Góra… goła. Piękne, lekko podniesione piersi unosiły się z każdym oddechem, jej sutki twarde, ale nie z chłodu.

– „Kochanie?” — zawołała teatralnie do Gabi. — Czy ten rozmiar nie zsuwa się za bardzo z bioder?

Weszła ostrożnie w alejkę, tuż przed Tobą i żoną. Obróciła się, wypinając tyłek, rozciągnęła majteczki na biodrach i puściła. Plask. Pośladki zadrżały.

Obserwowaliście to jak pokaz mody tylko dla wtajemniczonych. Żona cmoknęła cicho. Za dużo tkaniny jak na Lanę. Lepiej sprawdzić bez.

Lana wróciła za kotarę z uśmiechem, rozglądając się. Wtedy jeszcze bez świadków. Ale to się miało zmienić.

Kira wyszła chwilę później. Miała na sobie stanik — czarny, koronkowy, idealnie leżący . Poniżej jednak brakowało reszty kompletu — jej wzgórek łonowy wyglądał jakby był całkowicie odkryty.

– „A ja zapomniałam założyć majtek… ups” — rzuciła, przyciskając kartonik z rozmiarem do łona, jakby to miało pomóc.

Wtedy właśnie ktoś obcy pojawił się na końcu alejki. Mężczyzna, trzydzieści kilka lat, z koszulką przewieszoną przez ramię, w ręce trzymał spodnie do przymierzenia. Zatrzymał się, spojrzał. Dwie pierwsze kabiny — zajęte. Dalej — pusto. Ale jego wzrok zawisł. Na Kirze.

Ona spojrzała mu prosto w oczy. Nie pisnęła. Została, jakby nic się nie stało. – „Proszę dalej, tamta wolna” — rzuciła tylko, głosem tak uprzejmym, jakby wskazywała miejsce w bibliotece, po czym, po prostu lekko się uśmiechnęła. I zniknęła za kotarą.

Mężczyzna spojrzał jeszcze raz, niepewnie, wciąż niepewny, co widział i ruszył dalej. Gdy zasłonił się w kabinie, kotara Kiry zadrgała.

Śmiech Lany cicho zabrzmiał zza materiału. – „Miał twardą broń w spodniach. Widziałam.”

Kira odpowiedziała: – „Pewnie pójdzie ją rozładować. Bez nas. Biedaczek.”

Dziewczyny dalej testowały kolejne elementy garderoby. Kira już miała wyjść i się nam pokazać, zupełnie zapominając o gościu w boksie obok, gdy ten, kiedy odsunął kotarę przymierzalni niemal zamarł w bezruchu. Jego dłoń wciąż trzymała rąbek materiału, który teraz bezwiednie opadł, kiedy zobaczył, co znajdowało się naprzeciwko.

Przed nim stała Kira w pełnym świetle. Bose stopy. Pończochy w czerni tak głębokiej, że pochłaniały światło, zakończone szeroką koronką zatrzymującą wzrok na udach. Filigranowy pas do pończoch oplatający biodra jak znak własności — i nic więcej. Żadnych majtek. Żadnego stanika. Tylko ciało i spojrzenie, które niewoliło jak sidła.

Przełknął ślinę. Raz. Drugi. Wzrok spłynął z piersi, przez brzuch, aż na uda. Otworzył usta, zamknął. Potem powiedział cicho, niemal z uznaniem:

– „Pasuje… do Pani.” – wydusił w końcu, jakby to było jedyne zdanie, jakie istniało na świecie.

Kira uniosła stopę, obróciła się lekko na palcach, dygnęła drobniutko, jakby była aktorką na premierze sztuki.

– „Dziękuję” — powiedziała słodko, tonem, który miał coś z dziecka i kurtyzany.

Z drugiej kabiny rozległ się chichot Lany. Zaaferowana szeptanym dialogiem, wysunęła się bokiem zza kotary, noga za nogą, w czerwonym zestawie, który trzymała wcześniej na wieszaku: stanik ze skromnymi miseczkami unoszącymi biust — jakby rozmiar lub dwa za mały, koronka delikatnie rozłożona na piersiach, ale sutki prawie odkryte, majteczki ledwo co zachowane w strukturze — więcej sznurka niż materiału, i do tego czerwone pończochy w tym samym odcieniu.

– „A mi… pasuje.” — Objęła się w pasie i obróciła raz, wolno, z dumą.

Gość… zdębiał. Stał przed nimi jak zahipnotyzowany. Spodnie zdradzały, że sytuacja wymknęła się spod kontroli — napięcie w kroku rosło z każdą sekundą. Lana się temu przyglądała bez oburzenia, tylko z lekką, kpiącą ciekawością. Uniosła brew, jakby oceniała - nie sytuację, a jego potencjał.

– „Pasuje idealnie” — powtórzył się, nie ruszając się z miejsca.

– „Może… powinien Pan kupić taki zestaw dla swojej żony.” — rzuciła Kira, stojąc z biodrem wysuniętym lekko w bok, wciąż trzymając kotarę i patrząc mu w oczy.

– „Aktualnie nie mam żony” — rzucił nagle, tonem bardziej wyznania niż informacji.

– „Naprawdę?” — Lana przechyliła głowę, zrobiła krok bliżej, przyglądając się mu jakby był kolejnym produktem do przymierzenia. – „Taki przystojniak, sam w galerii? Nieładnie. Kobiety powinny się do Pana lepić.”

To był moment graniczny. Mężczyzna chyba poczuł, że albo zostanie, i wciągnie go ten świat jak mokra kobieca cipka… albo się uratuje. Uśmiechnął się niezręcznie, skłonił głowę w półukłonie.

– „Miło mi było. Bardzo…” — I wyszedł.

Lana zauważyła, co miał na spodniach. Wilgotny cień, który zdradzał, że zareagował nie tylko sercem. Uśmiechnęła się szelmowsko. Obie z Kirą stały przez chwilę w milczeniu. Potem Kira podniosła wzrok ku Tobie i Gabi — staliście na końcu alejki, jak publiczność w teatrze.

Gdy obie już przebrane wychodziła z kabin, Kira trzymając w ręku zwiniętą bieliznę, rzuciła nią w stronę wózka stojącego przy Tobie — ruchem jak koszykarka celująca do obręczy.

Tylko że „obręcz” była źle wymierzona. Koronkowe majteczki rozwinęły się w locie i wylądowały prosto na Twojej twarzy.

– „Ups” — uśmiechnęła się bez cienia skruchy.

Podnosząc wzrok w stronę, w którą rzucała, dostrzegła nad wysokim regałem czarną kopułkę kamery. Stała idealnie na wprost korytarza z kabinami, a jej matowe szkło odbijało lekko światło jarzeniówek. „No to się popisałam.” — przemknęło przez jej głowę, gdy zagryzła wargę.

Twoja żona cmoknęła, znów łapiąc Cię za pasek i ściągając koronkową „ozdobę”, która zasłoniła Ci widok.

– „Przypilnuj ich. Bo następnym razem może się trafić ktoś, kto nie będzie chciał tylko popatrzeć.”

 

–––––––––– D1–S6: Zakupy — słowo

W alejce z nabiałem panował typowy przedpołudniowy ruch — wózki, stukot kółek i zapach świeżego pieczywa gdzieś z boku. Gabriela właśnie odwróciła się, trzymając w ręce mleko sojowe, kiedy minęła ją młoda para. Oboje nie byli starsi niż dwadzieścia parę lat. On miał na sobie sportową kurtkę, ona zwiewną, jasnozieloną sukienkę z cienkimi ramiączkami i rumieniec, który rozlał się na jej twarzy w chwili, gdy jej wzrok zawisł na klatce piersiowej Gabrieli.

Gabriela nie miała i nie potrzebowała stanika. Przylegająca bluzka tylko podkreślała napięte sutki, które rysowały się z naturalną pewnością siebie kobiety, która nie musi nic udowadniać. Dziewczyna jeszcze raz spojrzała, ale szybko odwróciła wzrok, jej twarz rozgrzała się mocniej.

Wtedy, jak na złość, Lana kucnęła tuż obok, by sięgnąć po mleko 3,2% z dolnej półki. Jej spódniczka, już i tak krótka, podjechała wyżej, niż powinna. Zbyt wysoko. Zdecydowanie za wysoko.

Dziewczyna znieruchomiała. Jej spojrzenie przeskoczyło z Gabrieli na Lanę, potem znów na Gabrielę. W oczach — zaskoczenie, niedowierzanie, mieszanka ciekawości i czegoś, czego sama jeszcze nie potrafiła nazwać. Gabriela to zauważyła.

Podeszła do niej powoli, zostawiając wózek. Nachyliła się delikatnie, blisko, tak że jej usta niemal musnęły ucho dziewczyny. Powiedziała coś cicho. Dwa zdania, może trzy. Żadnych świadków.

Twarz dziewczyny najpierw zamarła, a potem zarumieniła się jeszcze mocniej. Oczy otworzyły się szeroko, niczym spodki. Wpatrzyła się w Gabi, jakby patrzyła na coś nierealnego, z mieszaniną lęku i podziwu. A potem… Coś się w niej przełamało.

Odwróciła się szybko, ruszyła ze swoim chłopakiem kilka kroków dalej, ale zamiast wracać do zakupów, nagle przystanęła. Dziewczyna rozejrzała się, jakby czekała na znak. A potem — powoli — wsunęła dłonie pod sukienkę. Jej ruch był subtelny, ale celowy. Kiedy zsunęła przez uda cienkie, różowe majteczki, trzymała je przez moment, jakby ważyła decyzję. Nachyliła się do jego ucha, szepnęła coś cicho, po czym położyła mu je na dłoni, jakby składała dar.

On spojrzał najpierw na nią, potem na Gabriela, a potem znów na nią. Uśmiechnął się, z niedowierzaniem. Schował bieliznę do kieszeni, pocałował dziewczynę w szyję, a potem spojrzał na Gabi. W jego wzroku nie było odwagi, lecz pokora. Skinął lekko głową, w niemym podziękowaniu.

Gabriela odwzajemniła gest. Bez słowa i uśmiechu. Bez potrzeby.

Lana, podnosząc się z kartonem mleka, uniosła brew uśmiechając się:

– „Jedna para mniej w dziale z nabiałem” — mruknęła.

Kira dodała tylko: – „Albo nawet więcej.”

 

–––––––––– D1–S7: Zakupy — wyjście

Dwa wózki pełne zakupów toczyły się ciężko po nierównych kaflach w kierunku wyjścia z hali marketu. Siatki uginały się od warzyw, butelek, kartonów mleka i jakiejś podejrzanej ilości płynów do płukania, które Lana dorzucała z entuzjazmem godnym chemika. Gdy minęliście bramki i przykleiliście paragon do wózków, nadeszła chwila zawahania — niby zakupy zrobione, ale coś nie grało.

– „Stroje?” — rzuciła Kira, marszcząc czoło. – „Nie widziałam tam żadnych bikini. Tylko jakieś sportowe szmatki”.

– „Dla mnie też nic” — westchnęła Lana. – „A miały być te wycięte, co w nich nie da się chodzić, tylko leżeć i wypinać”.

Spojrzałeś na swoje spodnie, potem na Gabrielę.

– „Dla mnie też nic nie było, żadnych bokserek. Kupcie mi, jak będziecie coś wybierać, ale takich… fajnych, na pokaz”.

Gabriela uniosła brew.

– „Czyli z tych, co wszystko widać, ale jak się człowiek kręci, to niby przypadkiem?”

– „Mniej więcej. Jakbyś mnie znała”.

– „Znam. Dlatego nie dam Ci wybrać samemu.” — Pocałowała Cię szybko w ramię i wskazała ławkę przy fontannie.

Wózki zostały przy Tobie. One ruszyły przed siebie — trzy kobiety, różne w sylwetkach, ale emanujące tą samą aurą: pewne siebie, rozgrzane i gotowe do selekcji materiału, który miał ledwo przykrywać najważniejsze. Zniknęły w tłumie, a Ty usiadłeś tak, by widzieć, którędy wrócą. Czekałeś spokojnie, choć wewnątrz zżerała Cię ciekawość. Co one tam wybiorą? Jakie majtki dla ciebie? Jakie wycięcia dla siebie?

Gdy wróciły do Ciebie, ich kroki niosły się wśród szmeru innych kroków, dźwięku fontanny i dziecięcego śmiechu dobiegającego z korytarza prowadzącego do strefy jadalnej. Z daleka wyglądały jak po prostu trzy kobiety, które zrobiły szybkie zakupy i są zadowolone z wyboru — dopiero z bliska widać było te drobne niuanse: uśmiech z nutą tajemnicy, roziskrzone spojrzenia, Lana z zaciśniętą reklamówką jakby niosła tam coś zakazanego, Kirę, która ukradkiem zerkała do środka swojej torby, a Gabriela… Gabriela po prostu szła pierwsza, jakby ona wybrała wszystko dla wszystkich.

Zatrzymały się przy Tobie. Oparłeś się o rączkę wózka i skrzyżowałeś ramiona.

– „No i? Dostałyście, co chciałyście?”

Gabriela, bez zatrzymania podała Ci małą torbę z jednego ze sportowych butików.

– „Ty też. Nie pytaj. Włożysz to dopiero tam. Na miejscu”.

– „Dobrze, ale chociaż powiedzcie, czy są takie… no, jak chciałyście?”.

Lana przewróciła oczami z przesadną niewinnością.

– „Mamy kilka zestawów. Jeden taki, żeby się wtopić w tłum. A resztę…, żeby nie dało się od Ciebie oderwać wzroku, kiedy będziesz wychodził z basenu”.

Kira dodała spokojniej, bardziej rzeczowo:

– „Wszystko w granicach. Przyzwoite. Ale wiesz. Dobrze dopasowane”.

– „Małpki z was” — mruknąłeś z uśmiechem.

Gabriela zatrzymała się przy Tobie i stanęła tak, że tylko Ty ją słyszałeś.

– „Przymierzymy w parku, i wtedy Ci pokażemy, co naprawdę kupiłyśmy”.

I ruszyły dalej lekkim, pewnym krokiem. Torby w rękach, a w środku… ukryta zapowiedź czegoś więcej.

 

–––––––––– D1–S8: Parking galerii

Na parkingu galerii było ciepło, słońce świeciło już wyżej, a asfalt pachniał gumą i nagrzanym lakierem. Duży van błyszczał jak puszka napoju w reklamie — z bagażnikiem otwartym. Ty, schylony, układałeś zakupy, wciskając kolejne siatki za środkowy rząd foteli. Robiłeś to przemyślanie: warzywa z jednej strony, płyny z drugiej, delikatniejsze rzeczy na wierzchu.

Dziewczyny rozpakowały już małe torby z butików. Stały przy otwartych drzwiach bocznych, wszystkie z jedną nogą w aucie, a drugą na parkingu. Każda z nich trzymała swój komplet w rękach i przeglądała materiały jak dzieci nowe zabawki.

– „No to który na wejście, a który na później?” — mruknęła Lana, unosząc ramiączko czerwonego bikini.

– „Ten zostawię na koniec” — odpowiedziała Kira, trzymając w palcach cienkie wiązanie majtek. – „Jak już będzie więcej wilgoci niż ludzi.”

– „Mhm” — skwitowała Gabriela, przyglądając się wybranym przez siebie bokserkom. – „A on nie wie, że to właśnie jego zadaniem będzie sprawić, żeby materiał był napięty?”.

Ty tylko odkaszlnąłeś, przestawiając kartony mleka. Zamknąłeś bagażnik i stanąłeś obok auta. Otarłeś dłonie o spodnie i spojrzałeś na nie z lekkim uśmiechem.

– „Wiecie… jak już pójdziemy do tego parku wodnego, to serio będzie wam się chciało co chwilę latać do przebieralni i zmieniać kostiumy? Może wybierzcie taki, w którym będziecie chciały dumnie chodzić od początku do końca.”

Lana parsknęła śmiechem, Kira uniosła brew, a Gabriela tylko mrugnęła porozumiewawczo — jakby wiedziała, że i tak zrobią po swojemu. Ty też to wiedziałeś, ale wiedziałeś też, że Twoje słowa już w nich pracują.

– „No dobra, gotowe, wszystko w bagażniku.” – „Jedziemy?” – rzuciłeś, niejako poganiając wszystkich do auta.

 

–––––––––– D1–S9: Park — początek

Park wodny okazał się większy niż wyglądał z mapy. Z daleka widać było zjeżdżalnie, taras, szklaną fasadę i szum fontann. Duży ruch, dzieci, rodziny, grupki młodzieży. Przed wejściem przystanęliście.

– „Na ile wchodzimy?” — zapytała Gabriela, poprawiając okulary.

– „Godzina to chyba za mało” — powiedziała Kira. – „Poza tym nie po to kupowałam trzy zestawy bikini, żeby tylko raz zanurzyć tyłek”.

– „Dwie, może trzy” — rzuciła Lana. – „A potem coś zjemy.”

Zgodziliście się szybko. Weszliście do środka, odebraliście opaski i przeszliście przez bramki. Strefa szatni była duża i równo rozdzielona na strefę męską, damską i rodzinną. Kilka kabin było większych — i właśnie tam, między „rodzinnymi” drzwiami, Gabriela zatrzymała się.

– „Myślę, że się nie pogubimy.” — Popatrzyła na Ciebie z błyskiem w oku. – „Wchodzimy razem, czy wolisz, żebym Cię potem oceniła z dystansu?”

– „Zobaczymy, jak zmieścimy się w kabinie” — odpowiedziała Kira, otwierając już jedne z szerszych drzwi.

Lana uśmiechnęła się szeroko.

– „Chyba czas założyć i pokazać publiczność to, co wybrałyśmy.”

I tak, zanim się obejrzałeś, znalazłeś się w kabinie.

Kabina była niewielka, z ławką, wieszakiem i światłem, które padało z góry dość ostro — bezlitosne dla niedociągnięć, ale idealne dla kogoś, kto miał ciało warte pokazania. Ty założyłeś swoje bokserki — te wybrane przez Gabrielę. Materiał był miękki, dopasowany, czarny z lekko połyskującą siateczką z przodu, przejrzystą tylko na tyle, by zaznaczyć, a nie odsłonić. Czułeś, jak dobrze leżą — nie za luźno, nie za ciasno. Każdy Twój ruch bioder stawał się w nich bardziej wyrazisty.

Gdy wyszedłeś, kabina obok właśnie otwierała się z cichym stuknięciem zamka. Lana wyszła pierwsza.

Stanęła pewnie, prosto, z dłońmi na biodrach, kierując spojrzenie najpierw na Ciebie, potem w bok — na przestrzeń wokół, na ludzi mijających szatnię.

Jej strój był dość łagodny, ale na niej… nic nie wyglądało grzecznie. Góra bikini miała klasyczny trójkątny krój, w kolorze miękkiej, zgaszonej czerwieni z matowym wykończeniem, które przyciągało wzrok. Materiał nie był prześwitujący, ale wystarczająco cienki, by dokładnie oddać kształt piersi — bez wulgarności, ale z wyraźnym konturem. Jej sutki delikatnie zarysowały się pod tkaniną, jakby przypominały, że są — obecne, ale na razie nie należące do nikogo.

Majtki do kompletu — pełniejsze, z wyższym stanem, ale na bokach wycięte w łuk, który wydłużał nogi i odkrywał sporo bioder. Przód czysty, gładki, a tył… ładnie wykrojony. Zdecydowanie nie były to stringi, choć projektant zdecydowanie nie przewidział ich dla ciotek z sanatorium. Materiał opinał się idealnie, nie wbijał się i nie marszczył.

Każdy krok Lany miał rytm w biodrach, który mówił więcej niż słowa.

Włosy spięła w kucyk. Na ramieniu miała zarzucony cienki ręcznik, a na stopach klapki zakupione w sklepie na miejscu. Była gotowa, jakby miała właśnie wejść nie do basenu, lecz na wybieg.

Zerknęła na Ciebie.

– „No, no… kto Ci tak dobrał siateczkę?” — mruknęła z uśmiechem.

– „Gabriela” — odpowiedziałeś, prostując się nieco bardziej.

– „Muszę jej pogratulować. Wyglądasz jak ktoś, kim trzeba się zająć”.

Tymczasem po drugiej stronie drzwi, dwie kabiny zasunęły się niemal równocześnie. Gabriela i Kira weszły bez słowa, każda z torbą pod pachą i z tym samym skupionym wyrazem twarzy — jakby to był moment przemiany, wejścia w inną rolę, inny stan skupienia. Ty i Lana zostaliście na chwilę sami w cieniu szatni, gdzie echo rozmów i plusk wody dochodził z głębi budynku.

Gabriela będąc w kabinie spojrzała na siebie w lustrze, poprawiając ramiączko kostiumu. Wybrała ten mniej wycięty model — i dobrze. Gdyby zdecydowała się na brazylijskie majtki jak Lana, mogłoby się okazać, że "ogród" wymagałby małego przycięcia.

Uśmiechnęła się pod nosem. Nie była jeszcze gotowa na pełną ekspozycję. I nie chodziło o wstyd, po prostu… planowała zostawić coś dla siebie. Na potem.

Kiedy otworzyła swoją kabinę, Kira zrobiła to sekundę później. Wyszły razem, stając obok — zupełnie różne, a jednak z tą samą, wyraźną aurą: gotowe.

Gabriela wybrała klasykę. Głęboka czerń, gładki, matowy materiał, idealnie skrojony. Biustonosz był zabudowany bardziej niż Lany, ale przez sposób układania się materiału na piersiach — wręcz mocniej przykuwał wzrok. Prążkowana faktura, szerokie ramiączka, dekolt podkreślający jędrność. Jej brzuch był napięty, ciało sprężyste, a dół bardzo dopasowany, ale nie wyzywające. Była jak kobieta, która nie musi się pokazywać, by przyciągać wzrok.

Kira natomiast wyglądała, jakby właśnie zeszła z planu reklamy sportowego brandu…, ale o dwa poziomy bardziej zmysłowo. Miała na sobie jednoczęściowy kostium o technicznym kroju, z ogromnym wycięciem na plecach i bokach. Przód trzymał się jak druga skóra, bez jednej zmarszczki, a wcięcia na biodrach kończyły się tuż nad kością. Kolor — głęboki grafit, podkreślający kształty jak cień, od piersi po uda. W ruchu była nie do przeoczenia.

– „Jakieś uwagi?” — zapytała Kira, zerkając na Ciebie z boku.

– „Tylko pytanie: mamy się skupić na wodzie, czy na was?”

– „Wodę macie w jacuzzi” — mruknęła Gabriela i ruszyła w stronę szafek.

Schowaliście ubrania, zamykając szafki opaskami. Każde z was z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, przeszło przez strefę pryszniców — szybki zraszacz, bez dotyku, tylko rozgrzanie ciała przed wodą. Lana i Kira już gnały przed siebie — Lana z okrzykiem, Kira z precyzyjnym, atletycznym krokiem.

Ty z Gabrielą skręciłeś do jacuzzi. Zawiesiliście ręczniki na haczykach przy ścianie — jeden obok drugiego — i zanurzyliście się powoli w ciepłej wodzie. Bąble zaczęły natychmiast pieścić wasze uda, plecy i pośladki. Gabriela usiadła bokiem, blisko, a jej ramię muskało Twoje. Oparła głowę na brzegu i przymknęła oczy.

– „Jest idealnie” — powiedziała cicho.

Na hali rozbrzmiał krzyk radości — Lana właśnie zjeżdżała po zjeżdżalni, z uniesionymi nogami i śmiechem jak iskra. Kira wskoczyła do głębokiego basenu, rozbryzgując wodę jak skoczek z wysokości.

Szum jacuzzi został przerwany przez plusk i kroki — Lana pierwsza wyszła z basenu, mokra od karku po łydki, a woda spływała po jej biodrach falami. Zaraz za nią szła Kira, odgarniając włosy do tyłu, jakby właśnie schodziła z plaży, nie ze zjeżdżalni. Podeszły do was rozgrzane, rozchichotane, z policzkami zaróżowionymi od ruchu.

– „Może pójdziemy do sauny?” — rzuciła Lana, już z ręcznikiem w dłoni, który ledwie tuszował, a bardziej uwypuklał.

– „Czemu nie” — mruknęła Gabriela, otwierając powoli oczy. – „Teraz pasuje się trochę ogrzać.”

 

–––––––––– D1–S10: Ciepło i zimno

Zabraliście ręczniki z haczyków i wszyscy razem skierowaliście się w stronę strefy saun — mijając ciepłe światło, szklane drzwi i delikatny zapach olejków eterycznych.

Przy wejściu do łaźni parowej niewielka tabliczka informowała niepozornie:

"Strefa nagości obowiązuje dopiero po godz. 20:00."

Lana aż zatrzymała się w pół kroku, przygryzając wargę.

– „No nie…” — westchnęła teatralnie. – „Następnym razem powinniśmy przyjechać później.”

Kira przechyliła głowę, poprawiając ręcznik na biodrach.

– „Albo wbić się na jakąś zamkniętą imprezę dla dorosłych. Taką, gdzie to, co pod ręcznikiem, nikogo nie zaskoczy.”

Weszliście do środka. Ciepło uderzyło od razu, miękko, jakby para miała własne ręce, które otulały kark i uda. Rozłożyliście ręczniki na ławach z ciemnego drewna, układając się w półokręgu, obok innych gości. Wnętrze pulsowało delikatnym światłem ukrytym pod ławeczkami — połączeniem złota i cienia.

Mimo że ciała dziewczyn były osłonięte, coś w ich postawie, wilgoci skóry i sposobie, w jaki siedziały — mówiło więcej niż nagie ciało mogłoby powiedzieć. Ręczniki opinały biodra, ale nie zakrywały ich zupełnie. Gabriela siedziała z jedną nogą lekko ugiętą, kolanem do góry. Lana położyła rękę na karku, wyginając się, jakby pozowała bezwiednie. Kira opierała łokcie na kolanach, pochylona lekko do przodu — jej ramię dotykało uda, a włosy zwisały na bok, mokre i ciężkie.

Pot spływał powoli po ich obojczykach, między piersiami, po brzuchach. Skóra błyszczała. W świetle pary wyglądały jak postacie z innego snu — gorące, zmysłowe, absolutnie świadome spojrzeń.

Bo spojrzenia były. Kilku mężczyzn — w wieku między „dojrzały” a „szukający pretekstu” — zerkali dyskretnie. Dwie kobiety, ułożone dalej, również obserwowały. Nikt nie mówił. Ale wszyscy widzieli.

Po kilkunastu minutach wyszliście. Skóra aż tętniła od ciepła. I wtedy — zanurzenie.

Zimny basen. Woda lodowata.

Pierwsza weszła Gabriela, stanowczo, aż syknęła przez zaciśnięte zęby. Lana pisnęła wysoko, jak dziecko wrzucone do jeziora. Kira wydała z siebie krótki, przeciągły dźwięk — coś między krzykiem a jękiem — i zanurzyła się po szyję, wynurzając z otwartymi ustami.

Widok ich ciał, dotąd lśniących potem, teraz pokrytych gęsią skórką, z włosami przyklejonymi do szyi i napiętymi sutkami— sprawił, że trudno było oddychać. Ale po tym… przyszła ulga. Śmiech. Ożywienie. Ruch.

Popływaliście razem w większym basenie, już spokojniej, ciało do ciała w wodzie, gdzie wszystko stawało się lżejsze. Gabriela oparła się na Twoich ramionach. Kira przesuwała ręką po tafli. Lana co chwilę robiła obroty, kręcąc się jak syrena bez ogona.

W końcu — czas.

– „Piętnaście minut i spotykamy się przy barze” — rzuciła Gabriela, poprawiając opaskę na nadgarstku. – „Mam ochotę na coś konkretnego. I coś zimnego.”

– „Tylko nie trzy różne stoliki jak ostatnio” — dodała Kira.

– „No przecież mamy zarezerwowane”— uśmiechnęła się Lana. – „I ja siadam przy tobie. Tak uprzedzam.”

Przy stoliku rozstawionym pod baldachimem, z widokiem na taflę wody i unoszące się w parze światła, panował leniwy gwar. Zimne napoje skraplały się na ściankach szklanek, talerze parowały jeszcze ciepłym jedzeniem, a wy — wilgotni, opaleni, rozleniwieni sauną i chłodnym basenem — siedzieliście jak grupa, która już wie, że wyjazd był udany.

– „Więc tak, następnym razem przyjeżdżamy później” — stwierdziła Gabriela stanowczo, odkładając widelec i popijając łyk coli z cytryną. – „Punkt dwudziesta. Bez dzieci. Bez rodzin. Tylko dorośli, jak w rzymskich łaźniach.”

– „Żebyś tylko potem nie miała pretensji, że ktoś rozłoży ręcznik na Twoim chłopie” — mruknęła Kira, wycierając usta.

– „Wtedy ja go rozłożę wcześniej” — odpowiedziała Gabriela i puściła Ci oczko.

Lana wzięła ziemniaka na widelec, spojrzała w sufit i sapnęła teatralnie.

– „Albo wbijmy się na imprezę, jak mówiłaś. Taką… zamkniętą.”

– „Ewentualnie sami taką zorganizujmy” — dodała Gabriela.

I wtedy — pojawił się cień.

Obok waszego stolika zatrzymała się kobieta. Wysoka, czarnowłosa, opalona. Ciało jak z reklamy bielizny — wysportowane, silne, ale giętkie. Biust wyraźny, duży, wypchnięty przez miseczki stroju w ciemnej, atramentowej tonacji. Gdy się pochyliła nieznacznie, cienki pasek między piersiami podkreślił wszystko, czego nie miała zamiaru ukrywać.

Uśmiechnęła się. Do Ciebie.

– „Przepraszam” — powiedziała głosem lekko ochrypłym od sauny, z tym lekkim przeciągnięciem, które zdradzało kobietę, która zna swoją siłę. — Nie chcę przeszkadzać, ale… widziałam was wcześniej. W saunie. Słyszałam, o czym mówiliście.

Gabriela nie odwróciła głowy. Tylko szeptem powiedziała w Twoją stronę:

– „Jak dla mnie, sztuczny. Ale dobrze zrobiony.”

– „Wyglądacie jak… ciekawi ludzie” — kontynuowała kobieta, sięgając dłonią do dekoltu. Wsunęła dwa palce za miseczkę stanika i wyjęła małą, matową wizytówkę.

Podała Ci ją z uśmiechem.

– „Jeśli kiedyś chcielibyście posmakować ‘czegoś więcej’, zapraszam. To zaproszenie na nasze prywatne spotkania. Comiesięczne. Tylko dla dorosłych. Można się zapisać przez stronę — adres jest na odwrocie. Przy pierwszym wejściu — nie trzeba zaproszenia. Wystarczy ta karta.”

Wizytówka pachniała jej perfumami — lekko, nieprzesadnie. Wziąłeś ją, spojrzałeś, a Gabriela uniosła brew.

– „No to już kolejne” — skwitowała. – „Mamy jeszcze to od masażysty. Pamiętasz?”

Kira roześmiała się krótko.

– „Co jest z nami nie tak? Gdzie nie pójdziemy, ktoś chce nas wciągnąć w dorosłe party.”

Lana, która dotąd grzebała w sałatce, spojrzała Ci prosto w oczy. Jej oczy się zaokrągliły, rozświetliły.

– „Pójdziemy…?” — zapytała tylko, miękko, z tym błyskiem dziecka, które prosi o ciastko, i kobiety, która doskonale wie, co to za ciastko.

Zamruczała. Dosłownie. Tylko cicho.

Po posiłku wróciliście jeszcze do jacuzzi. Woda była ciepła, przyjemna, zmysłowo rozleniwiająca. Każdy z was opadł w nią bez słów, jakby zaproszenie musiało się najpierw osadzić w głowach. Gabriela siedziała blisko, a jej ręka spoczywała na Twoim udzie, nie była agresywna — była po prostu obecna. Kira z włosami zwiniętymi w ciasny kok siedziała z zamkniętymi oczami. Lana leżała półleżąc, stopami oparta o Twój bok.

– „Wiecie co?” — rzuciła cicho. – „Trochę żałuję, że nie zmieniłyśmy strojów.”

– „Nie było kiedy” — westchnęła Gabriela. – „Jakoś… nie wypadało się przebierać między sauną a basenem.”

– „No to co? Następnym razem trzy zestawy” — powiedziała Kira. – „Ale wszystkie mają zaliczyć premierę. Nie wybaczę sobie, jeśli te czerwone stringi zostaną w torbie jeszcze raz.”

Śmiech. Woda. Skóra w napięciu. A w kieszeni — wizytówka, na szczęście wodoodporna.

 

–––––––––– D1–S11: Seans na flecie

Po całym tym szaleństwie w Aquaparku, skórzane fotele kina wydawały się wręcz grzesznie wygodne. Sala była niemal pusta — koniec wyświetlania, ostatni seans. Prócz was tylko jakaś para po przeciwnej stronie sali , zaplątana w siebie jak tasiemki w ciasnym prezencie. Wy siedzieliście z tyłu, trochę na boku, w strefie komfortu…, ale i w strefie cienia. Idealnej. Otaczała was smagła ciemność, a światło ekranu błyskało po twarzach niczym powolny stroboskop. W kubku jeszcze chlupała cola, Gabi przeszukiwała popcorn, ale wasza uwaga już dawno nie była skoncentrowana na filmie.

Właśnie w połowie sceny pościgu — wybuch, samochód przez mur, klasyka — poczułeś najpierw jedną małą dłoń, potem drugą. Sunęły po Twoich udach, powoli, wyczekująco, jakby pytały, czy wolno dalej. Kira z prawej i Gabi z lewej wymieniły spojrzenia ponad Twoim torsem. Ich oczy — błyszczące, a w kącikach ust drgnął niemy śmiech. Nie przerywały dotyku — wręcz przeciwnie. Kira pochyliła się nad Twoimi kolanami, jej włosy spływały miękkim wodospadem. Popcorn szeleścił gdzieś obok, cola zabulgotała, kiedy Lana przyssała się do słomki — ale to wszystko było tylko tłem.

W oddali chłopak przysunął się bliżej swojej dziewczyny i objął ją w talii. Im też się udzieliła atmosfera. Ale nie mieli pojęcia, że kilka rzędów za nimi… broń już została odbezpieczona. Nie taka z metalu i prochu. Choć ta też miała zaraz wypalić. I to celnie.

Oczy Kiry lśniły złowieszczo w blasku ekranu — jakby cała ta kinowa aura, te wybuchy, dym, pościgi i pożary na srebrnym płótnie, były tylko tłem dla jej własnej, znacznie bardziej osobistej misji. Gabi się odsunęła, zostawiając scenę Kirze, która przejęła kontrolę z taką stanowczością, że Twoje ciało nawet nie próbowało się buntować. Wiedziało, że właśnie trafiło w ręce profesjonalistki.

Zsunęła się na kolana między rzędami siedzeń z taką gracją, że nawet to z pozoru niewygodne miejsce stało się dla niej podestem. Jej dłoń — chłodna od coli, ale zdecydowana — odpięła zamek z miękkim, prawie nieistniejącym „klik”. Jej ruchy były ostrożne, niemal rytualne, jakby wiedziała, że to broń niestabilna, podatna na przedwczesne odpalenie. Wysunęła Go z Twoich spodni wolno, z uwagą, jakby dotykała dynamitu. Spojrzała w górę z uśmiechem tak zmysłowym, że momentalnie przestałeś słyszeć cokolwiek, co działo się na ekranie.

– „Nie lubię, jak coś wybucha przypadkiem…” — mruknęła i wtedy jej usta objęły Go. Bez ostrzeżenia. Bez wahania.

Ciepło, wilgoć, szczelność. Głęboko. Tak głęboko, że Twoje uda napięły się jak stalowe pręty, dłonie zacisnęły na podłokietnikach. Czułeś jak jej gardło ustępowało z cichą uległością, jakby znało drogę. Bez zahamowań, bez szorstkości — tylko miękki, śliski szlak stworzony dla tej jednej chwili.

Działała jak maszyneria — głowa posuwająca się miarowo w przód i w tył, ślina zbierająca się na Twojej skórze, jej język wijący się wokół podstawy za każdym razem, gdy się cofała. Gardło zaciśnięte ciasno, pulsujące przy każdym pchnięciu. A Ty? Już nie miałeś żadnej kontroli. Wszystko w Twoim ciele zbierało się w jeden punkt. Jeden bezlitosny, rozpalony, nieuchronny moment.

Kira przyspieszyła. Lewym ramieniem objęła Twoje udo, przytrzymując Cię w miejscu — jakby świat mógł się zatrząść. Jej prawa dłoń zaciskała się rytmicznie u nasady, idealnie zgrana z tempem ust. Maszyna rozkoszy — ale w środku kryła się czysta świadomość tego, co robi. Jej oczy były półprzymknięte, jakby sama była w transie.

Ciśnienie czaiło się w Tobie, już tak blisko, że czułeś to w kręgosłupie, w karku, w skroniach —jak kurek pistoletu, gotowy do detonacji.

I wtedy… Broń wypaliła.

Wystrzał był gwałtowny, długi, wstrząsający. Kira się nie cofnęła. Nie jęknęła. Przyjęła wszystko głęboko w gardle, jakby chciała sprawdzić, czy da się przełknąć cały ładunek bez jednej kropli ucieczki. Jej przełyk zadrgał. Oczy się uniosły. I dopiero po sekundzie, gdy wysunęła się powoli z powrotem, jej usta rozchyliły się jakby triumfalnie. Przesunęła językiem po wardze. Czysta. Bez śladu.

– „Rozbrojone.” — Osunęła się z powrotem na fotel obok, oblizując palec teatralnie, jakby podpisywała się pod swoim dziełem.

Na ekranie bohater uciekał z eksplozji. Ale to Ty właśnie przeżyłeś najprawdziwszy wybuch w życiu.

Lana oderwała wzrok od ekranu akurat w chwili, gdy światło odbiło się od błysku śliny na brodzie Kiry. Zmarszczyła brwi, zaskoczona, a potem… jej usta rozchyliły się lekko, jakby zrozumienie uderzyło ją w brzuch.

– „No nie…” — westchnęła z udawanym zawodem. – „Najlepsza scena, a ja ją pominęłam? Masakra. Nie bawię się tak.”

Kira jeszcze klęczała, opierając się jedną dłonią o Twoje kolano, a drugą ocierała subtelnie wargę, jakby poprawiała szminkę po grzechu. Ale nie podniosła się od razu. Odwróciła się do Lany i uśmiechnęła tym swoim zawadiackim, ciepłym uśmiechem pełnym figlarnej kary.

Podniosła się z klęczek, a jej palce sięgnęły do twarzy Lany — dotyk miękki jak jedwab, pieszczotliwy. Przesunęła kciukiem po jej policzku, przytrzymując ją delikatnie, jakby zaraz miała ją pocałować… i dokładnie to zrobiła. Usta zetknęły się z ustami Lany powoli, głęboko, całując nie tylko zmysłami, ale i przekazem. W tym pocałunku była wilgoć, pewność, czułość… i echo tego, co przed chwilą zrobiła Kira. Lana zadrżała, jakby jej język rozpoznał smak grzechu. Jej oczy rozszerzyły się, biodra poruszyły nieświadomie. Wciągnęła powietrze przez zęby, napięcie buzowało w niej jak fala ognia.

Kira odsunęła się z uśmiechem słodkim jak cukierek po grzechu i powiedziała, niemal szeptem, z iskierką diabelskiego humoru:

– „Ale jeśli chcesz prawdziwej akcji…”

Lana uniosła głowę po tym pocałunku, z oczyma jeszcze mglistymi, rozszerzonymi, jakby usta Kiry przeniosły ją w inny wymiar. Jej język przesunął się po wardze — i wtedy Kira chwyciła ją ponownie. Mocniej. Głębiej. Całowały się teraz naprawdę, bez wstydu, bez pośpiechu. Języki splątane, ślina dzielona z chciwą czułością. Lana westchnęła wprost w jej usta, biodra poruszyły się same z siebie, a palce wbijały się w oparcie siedzenia, jakby próbowały znaleźć stabilność w tym nagłym, rozkosznym wirze.

Kira oderwała się z delikatnym mlaśnięciem, spojrzała jej prosto w oczy i powiedziała:

– „Teraz twoja kolej.”

Złapała za pas swoich legginsów odwrócona plecami do ekranu i w jednym płynnym ruchu zsunęła je w dół zostawiając przy kostkach. Jej pośladki odsłoniły się w miękkim świetle, napięte, gładkie, aż chciało się gryźć. Stanęła szeroko, jak na własnej scenie i osiadła tyłkiem na brzegu fotela, rozkładając uda z wolna, świadomie, jak królowa otwierająca komnatę dla lojalnej służki.

Jej dłoń wyciągnęła się do Lany i pociągnęła ją lekko za nadgarstek.

– „Na kolana.” — jej głos był cichy, lecz ostry jak sztylet w jedwabiu.

Lana zesunęła się na podłogę, między siedzeniami. Klęczała, uniosła wzrok. Kira już była przed nią rozłożona jak danie główne — łono mokre, wargi jakby lekko napuchnięte, gładkie i śliskie. Aromat był duszny, słodki, dziki. Lana nie czekała. Zanurkowała. Pocałowała ją prosto w środek — językiem, ustami, całą sobą.

Kira zadrżała. Cicho. Prawie bezgłośnie. Ale jej palce już wplotły się we włosy Lany, prowadząc ją, trzymając, pozwalając utonąć.

Film w tle trwał dalej, na szczęście nikt nie patrzył do tyłu. Prawdziwa historia toczyła się tu, między fotelami, w wilgotnym, grzesznym cieple Kiry, w języku Lany, który teraz wiedział dokładnie, gdzie uderzyć, gdzie musnąć, gdzie zassać, by wywołać prawdziwą eksplozję.

 

–––––––––– D1–S12: Kobiecy seans

Dla was film przestał istnieć, z jego dudnieniem w tle, z obrazem rozmazanym w kącie oka. Wasze skupienie przylgnęło do jednego punktu — do drżącego ciała Kiry, rozłożonego przed Laną jak nieprzyzwoity ołtarz. Lana klęczała między udami, które pulsowały lekkimi drgawkami. Jej twarz tonęła w wilgotnym wnętrzu, język pracował zawzięcie, a policzki poruszały się rytmicznie, jakby chłonęła nie smak — lecz duszę samej rozkoszy.

Kira łapała powietrze urywanymi haustami. Jej kark był wygięty, a palce szarpały włosy Lany coraz mocniej. Zęby przygryzły dolną wargę do krwi, jej biodra nie mogły już usiedzieć w miejscu, podrygiwały, ocierały się, jakby szukały czegoś jeszcze głębiej, mocniej, więcej.

Twoja dłoń znalazła biodro Gabrieli. Ona już nie patrzyła na film, jej spojrzenie było utkwione w tych drganiach, tych jękach, w tej napiętej twarzy Kiry tuż przed granicą pęknięcia.

Kira wypchnęła biodra naprzód, jęknęła przeciągle, głucho, drżąco — jej głos zgrał się z serią wybuchów na ekranie.

– „Ooo kurwa… Lanaa…” — głos zgasł, złamany.

I wtedy eksplodowała.

Nie jak wybuch. Jak trzęsienie ziemi. Jej ciało szarpnęło się do przodu, potem w tył, mięśnie brzucha zacisnęły się jak stalowe liny, a uda objęły głowę Lany ciasno, z desperacją. Z jej wnętrza wypłynęła gorąca fala — lepka, słona, która chlusnęła prosto na język, prosto w gardło. Lana nie odsunęła się nawet o centymetr. Piła ją i lizała. Do końca.

Kira wiła się, z palcami białymi od zacisku, jej piersi falowały jak po ciężkim biegu. Wreszcie opadła na swój fotel, a jęk zmienił się w ciche, stłumione sapnięcie.

Dłoń Gabrieli zsunęła się pod jej spódnicę. Bez pytania, bez słowa. Czuła, jak jej majtki są już przemoczone. A Ty czułeś, jak Twój własny twardy puls nie daje Ci spokoju.

Sala kinowa niemal całkowicie opustoszała — poza szeptem końcowych napisów i dalekim brzęczeniem pracującego projektora. Para z przodu już wyszła, a film wyparował z pamięci jak sen po burzy. Powietrze było gęste, przesycone potem, śliną, seksem. Ciała oklapnięte, poskręcane, wciągnięte w fotele przez spełnienie. Lana wtulona w Kirę, oddychająca ciężko, Ty z ramieniem wokół swojej żony, czułeś pod palcami drżenie jej ud. Obie dziewczyny były zaspokojone, miękkie, rozleniwione.

Tylko Gabriela… siedziała wyprostowana. Z kolanami złączonymi, z piętami lekko podrygującymi. W oczach miała błysk. Wargi miała wilgotne od oblizywania ich z zamyślenia, ale jej ręce były nadal niespokojne — jakby szukały czegoś do zrobienia. W ciszy słychać było, jak przekłada nogę na nogę z szelestem legginsów, jak wzdycha niby cicho, a jednak ostentacyjnie.

– „No i tyle?” — rzuciła z cieniem pretensji, choć uśmiech zdradzał więcej zuchwałości niż zawodu. – „Wszyscy sobie pożyli, a ja mam siedzieć i się patrzeć?”

Lana uniosła głowę, wciąż rozpalona, choć wykończona. Kira z trudem uniosła powieki. Ty spojrzałeś przez ramię. Gabriela odwzajemniła spojrzenie… i wcisnęła dłoń między uda. Bez krępacji. Bez prośby. Po prostu przecięła powietrze i zasunęła palce pod obcisłe spodnie.

– „No to chociaż popatrzcie, skoro tylko ja mam jeszcze ochotę…” — mruknęła i oparła się szeroko w fotelu. Przymknęła oczy, ale nie zniknęła z waszego świata. Jej biodra zaczęły falować, powoli, rytmicznie, a jęki jakie wydobywała… były niemal muzyką do napisów końcowych.

Dłoń Gabrieli zadrżała. Kira oblizała wargę, widząc co tamta robi. Gabriela właśnie zaczynała swój własny seans.

Pusta sala tylko potęgowała napięcie — ten grzeszny dreszcz, że każda sekunda to gra na krawędzi. Nogi miała szeroko rozłożone, a jej palce między udami pracowały zawzięcie. Ciche, mokre dźwięki zlewały się z jej przyspieszonym oddechem, który stawał się coraz bardziej rwany, nieregularny.

Ty patrzyłeś. Lana patrzyła. Kira, już przytomniejsza, oparła się bokiem na oparciu fotela, jakby oglądała dzieło sztuki, powoli wkładając jeden palec do ust i ssąc go z rozmarzonym uśmiechem.

Gabriela była czerwona na policzkach, z powiekami opadniętymi, z zębami zaciśniętymi na dolnej wardze. Drugą ręką złapała za ramię fotela, aż stawy jej palców zbielały. Jej biodra unosiły się w powietrze, wyrywając się naprzeciw własnej dłoni.

– „Jeszcze… kurwa… jeszcze moment…” — syknęła przez zaciśnięte zęby.

I wtedy… Jej ciało zesztywniało. Oczy otworzyły się szeroko. Palce przyspieszyły jeszcze raz, ostatni raz. Jeden. Dwa. Trzy krótkie pchnięcia. I zamarła.

Głośny, zaskakujący jęk wyrwał się z jej ust, zagłuszony połkniętym krzykiem. Ciało drżało, skurcze przechodziły przez jej brzuch falami, aż jej nogi się rozjechały na boki, ledwo utrzymując się na siedzisku. Wargi wciąż pulsowały pod jej dłonią, mokre, napięte, roztrzęsione.

Z tyłu, za drzwiami sali, rozległo się delikatne piknięcie. Ktoś z obsługi przekręcał klucz w zamku, otwierając pomieszczenie. Śmiech, szuranie. Byli już blisko.

Gabriela sapnęła, jednym ruchem wysunęła dłoń i poprawiła spodnie. Jej palce były mokre, lepkie, lśniące w cieniu. Wstała jak kot po polowaniu, przeciągnęła się z bezwstydnym uśmiechem i wyszeptała:

– „Idealne zakończenie seansu. Teraz mogą sprzątać.”

I ruszyła w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie, zostawiając fotel parujący od grzechu.

Wyszliście razem.

 

–––––––––– D1–S13: Spacer

Ciepły wieczór otulał was swoją ciszą. Miasto oddychało szeptem — w powietrzu czuć było wilgoć, a uliczne światła odbijające się w kałużach po porannej burzy przygaszały zmęczone witryny sklepów, jedną po drugiej.

Kira jako pierwsza zaproponowała spacer.

– „Nie chcę jeszcze wracać. Przejdźmy się pieszo”.

Nikt nie zaprotestował.

Szliście wolno. Kobiety szły po bokach, a Ty w środku. Czasem łapałeś czyjąś dłoń, a czasem biodro. Lana sięgała po Twoją rękę, niby przez przypadek. Gabriela szła boso, przez chwilę trzymając buty w dłoni, mówiąc coś o tym, że asfalt ma idealną temperaturę. Śmiała się wtedy cicho, zupełnie inaczej niż wcześniej — nie jak uwodzicielka, tylko jak dziewczyna, która zapomniała, że wokół są ludzie.

Na rogu ktoś sprzedawał lody z ostatniego wózka: wanilia i z kawałkami truskawek. Kira koniecznie chciała spróbować. Wzięła tylko jednego, ale oblizała go tak, że przez chwilę nikt nie patrzył jej w oczy.

Lana zaproponowała przejście dróżką przez park.

Było tam ciemniej, wilgotniej, a krzewy pachniały intensywniej. Kiedy przechodziliście obok zamkniętej fontanny, Gabriela oparła się o Ciebie biodrem i szepnęła:

– „Jak myślisz, ile osób dziennie się tu całuje?”

Nie odpowiedziałeś. Po prostu ją pocałowałeś. Na moment. Krótko. Ale to wystarczyło.

Nie rozmawialiście już wiele do końca drogi.

Każde z was było zmęczone, inaczej — nie fizycznie, ale nadmiarem dotyku, spojrzeń, wrażeń całego dnia.

 

–––––––––– D1–S14: Z kina, przez noc

Z parku skręciliście w stronę parkingu. Auto czekało na was na placyku obok kina, samotne, jakby chciało wracać do domu. Otworzyłeś drzwi pilotem, światła błysnęły cicho, a potem jedna po drugiej kobiety weszły do środka.

Gabriela pierwsza, z ciężkim westchnieniem — usiadła z tyłu, rozpinając kurtkę. Kira obok niej, oparta bokiem, z głową na jej ramieniu. Lana z przodu, obok Ciebie, z bosymi stopami podciągniętymi na fotel i telefonem rzuconym gdzieś na podłogę.

Silnik mruknął. Droga była spokojna — noc już zapanowała na dobre. Latarnie przesuwały się po szybach niczym powolne błyski wspomnień z dnia. Rozmowy były ciche.

Lana nuciła pod nosem pewien refren.

Gabriela lekko dotykała karku Kiry, bawiąc się jej włosami.

Jechałeś z ręką na kierownicy, a myślami błądziłeś między udami i oczami tych trzech kobiet.

Minęliście znajomy zakręt, ten przed głównym warsztatem. Reflektory przecięły bramę, a potem rozświetliły wnętrze hali — szeroko otwartą, jeszcze niezamkniętą. W środku paliło się światło, leżały narzędzia, a w powietrzu unosił się niewidzialny zapach smaru, metalu…

I on.

Lana zamrugała.

– „Ooo, niezłe ciacho…” — mruknęła przeciągle, patrząc przez boczną szybę. Jej usta wykrzywiły się w tym jej typowym, kocim uśmiechu.

Był w samej koszulce, przylegającej jak druga skóra. Pochylony nad maską, z ramieniem napiętym, z mięśniami odciętymi jak rzeźba. Oświetlony ostrym kątem jarzeniówki, wyglądał nie jak mechanik, tylko jak zakazany owoc z katalogu kobiecych grzechów.

Gabriela zerknęła leniwie, a potem wzruszyła ramionami.

– „Za młody.”

Lana się nie odwróciła. Patrzyła jeszcze przez moment, tak jakby coś się w niej zacięło. Nie jak dziewczyna, która widzi chłopaka. Jak kobieta, która rozpoznaje zagrożenie — albo szansę.

Ty… poczułeś ten komentarz, ten obraz. I coś Ci podpowiedziało, że może znalazłeś tego, kogo szukałeś.

Dom powitał was ciemnymi oknami. Klucz w zamku — znowu ten znajomy dźwięk powrotu. Wnętrze pachniało jeszcze porankiem — kawą, ich perfumami, a może mlekiem rozlanym na kuchennym blacie.

– „Zakupy” — rzuciła Gabriela, zdejmując buty. – „Mogę pomóc, ale musisz mnie przekonać.”

– „Dasz radę sam, prawda?” — Kira już pomagała zdjąc kurtkę Lanie. – „Masz dwie ręce. Silne.”

Lana po prostu poszła w stronę schodów, rzucając Ci spojrzenie przez ramię.

– „My idziemy się wykąpać. Duża wanna. Może coś zostanie dla Ciebie.”

Rzuciłeś torby na blat, potem porozkładałeś zakupy w szafkach. Nowe stroje, które nie doczekały się swojego występu, zaniosłeś do pokoi. Ręce trochę Cię bolały. Ale zapach ich ciał, który unosił się w powietrzu, był wart każdego wysiłku.

Drzwi łazienki były uchylone. Para osiadła na lustrze, a z wnętrza dobiegał radosny śmiech.

Wanna była wypełniona pianą, światło przygaszone. Gabriela siedziała bokiem, z mokrymi włosami przylepionymi do ramienia. Kira miała stopy na brzegu, a Lana nalewała coś z flakonika, który pachniał kwiatami i czymś korzennym.

– „No chodź. Miejsce jeszcze jest. A my Cię trochę… wyczyścimy” — rzuciła Lana, oblizując dolną wargę.

I tak znalazłeś się z nimi. Nagość już nie była szokiem. Była naturalna. Ich ciała otaczały Twoje. Ich kolana stykały się z Twoimi. Ich dłonie sunęły po Twoich plecach.

Nie seks, bliskość. Dotyk, który nie musiał kończyć się niczym więcej.

Gabriela oparła głowę o Twoją pierś. Lana zaczęła Cię myć, bardzo powoli. Kira dmuchała bańki z piany, które pękały na Twojej szyi.

 

–––––––––– D1–S15: Złota scena

Później — wieczorem — salon był oświetlony jedynie stojącą lampą, której ciepłe światło rzucało miękkie cienie, rozlewające się po meblach i nagich ramionach. Domownicy — idealni: spokojni, pachnący, popijający z wolna zrobione drinki, których każdy łyk niósł ładunek chwili i wspomnień z całego dnia.

Kira, rozparta wygodnie na kanapie, rzuciła cicho

– „Hej, skoro nie zdążyłyśmy przebrać się w tamte kostiumy… to może teraz?”

Jej głos był miękki, leniwy, ale w oczach skrzyło się coś figlarnego — apetyt na coś więcej.

– „W sumie, to chętnie bym sobie popatrzył, co też takiego mnie ominęło.” — powiedziałeś z szelmowskim uśmiechem na ustach. – „Wasze wdzianka zaniosłem do waszych sypialni.” — dodałeś upijając łyk ze szklaneczki.

Lana już zniknęła na górze, a po chwili dało się słychać szelest siatek. Przyniosła wszystkie i położyła na stole, jak karty czekające na wyciągnięcie. Po czym nie patrząc na resztę, wyciągnęła swój pierwszy komplet i zaczęła go zakładać — bikini z siateczki, które tylko udawało, że coś zakrywa. Przechadzała się powoli, kołysząc biodrami jak fala na mieliźnie.

– „Przód plaża, tył burza” — zamruczała, odwracając się i wypinając pośladki jakby chciała je oddać pod ocenę Twojego spojrzenia.

Potem Kira wstała i założyła swój — pastelowy, jednoczęściowy kostium z prześwitującymi bokami. Zatrzymała się przed Tobą, dotknęła ramiączek i zaczęła przesuwać je lekko w bok, jakby chciała coś pokazać…, zatrzymała się, gdy spojrzałeś — w jej oczach spostrzegłeś decyzję: jeszcze nie teraz.

– „A Ty? Jakiś strój to Twój faworyt?” — spytała, przysiadając Ci na kolanie. Jej wilgotne włosy wciąż lekko pachniały chlorem z basenu i arbuzowym żelem pod prysznic.

Twoja żona nie została w tyle. Podeszła do stołu, wyjęła swój i powoli zaczęła go zakładać. Strój wyglądał jak ze snu z lat 90 — wysoki stan, głębokie wycięcia. Rzuciła Ci spojrzenie z ponad ramienia, jakby chciała powiedzieć: „Ja wiem, że mnie chcesz. Ale popatrz najpierw na nie.”

Przebieranie odbywało się na środku pokoju, bez litości dla konwenansów. Kobiety pomagały sobie, podciągały ramiączka, wygładzały fałdki materiału nad biodrami — i co chwilę gładziły się „przypadkiem”, muskając palcem piersi, uda, łopatki.

Lana zdążyła już przymierzyć drugie bikini — neonowy pomarańcz z metalicznymi kółkami, które wyglądały jak zrobione bardziej dla fetyszu niż kąpieli. Zakręciła się powoli przed lustrem.

– „To by mi się zsunęło przy pierwszym skoku do wody” — mruknęła. – „Ale do powolnego tonięcia w grzechu? Idealne.”

Potem sięgnęła po kolejne — czarne, z wysokim stanem, który podkreślał talię jak gorset. W nim wyglądała jak bohaterka filmu noir… tylko bez broni. Choć jej spojrzenie mogło zabijać.

Kira z kolei testowała jednoczęściowe cuda: asymetryczny w zieleniach, potem błyszczący srebrny model z głębokim dekoltem aż po pępek.