Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Hans Heinz Ewers to niemiecki pisarz znany głównie jako autor horroru i powieści grozy. Jego proza cieszyła się największą popularnością w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, a kilka jego powieści zostało zekranizowanych. Niestety ze względów politycznych większość jego dzieł została zakazana, a sam autor został zapomniany. Do jego najpopularniejszych dzieł należą między innymi „Opętani”, „Dama Tyfusowa” oraz „Żydzi z Jêb”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 145
Hans Heinz Ewers
Żydzi z Jêb i inne opowiadania
Warszawa 2020
Żydzi z Jêb
Osiemdziesięciopięcioletni Jedonia, syn Gemarii, siedział przy zachodzie słońca na dachu domu swego, najwyższego w twierdzy granicznej. Łatwo stąd objąć mógł okiem fortecę, miasto i całą Słoniową Wyspę.
Dokoła jego domu stały domy żydowskich żołnierzy, których był pułkownikiem. Dziewięćset sześćdziesiąt wojowników – poza tym starcy i kobiety, i dzieci.
Niżej, po stronie Nilu, mieszkał oddział Dargmana, Chorezmijczyka, który przybył z daleka, z Chiwy nad dolnym Oksusem. Komenderował wojownikami babilońskimi. Mur zaś po stronie miasta trzymał oddział Fenicjan pod rozkazami Persa Hydaspesa.
Jedonia patrzył daleko poza mur. Tam stała pod lasem palm za miastem, schowana między palmami i sykomorami, świątynia Chnuba, wielkiego Boga Egipcjan o baraniej głowie. Widział, jak białe słupy się świeciły, widział między nimi kilku kapłanów siedzących na schodach.
Nienawidził ich. Spojrzenie jego padło na puste miejsce przed jego domem. Tam stała przez stulecie dumna i wysoka świątynia Jahwe, Boga Żydów. Nawet król perski Kambyzes, nie naruszył jej, gdy zdobył państwo Egipcjan i zburzył wszystkie świątynie. Lecz teraz świątynia była zburzona, ani jeden kamień nie leżał już na drugim.
Stało się to pięć lat temu. On, Jedonia, puścił się był wówczas wzdłuż Nilu, podejmując najazd na Etiopczyków – z całym wojskiem z Jebu. Równocześnie zaś Arsames, namiestnik Egiptu, jechał na dwór Dariusza II, do Susy, miasta perskiego. Z tej okazji skorzystali kapłani Chnuba – przekupili byli jenerała Widarnaga, perskiego komenderującego Słoniowej Wyspy. Ten i syn jego, Nefaja, który komenderował bliskim miastem targowym, Syene, wtargnęli z żołnierzami egipskimi do niebronionej wówczas twierdzy Jeb, splądrowali starą świątynię Żydów i zrównali ją z ziemią.
Co prawda, gdy satrapa powrócił z wizyty swej u króla, rychło zrobił porządek. Kazał ściąć jenerałów Widarnaga i Nefaję, własnych ziomków swych, i nadto niektórych kapłanów Chnuba – ciała ich zaś rzucono psom ku wielkiej radości armii żydowskiej.
Arsames, namiestnik perski, był starym przyjacielem Jedonii. Wiedział, że mógł liczyć na żołnierzy żydowskich jak na własnych ludzi – zarówno tu, w twierdzy Jeb, która chroniła południe, jak w Migdolu, w Dafne, w Memfisie i w Nofie. Oddawali dobre usługi przy każdej rewolcie Egipcjan przez całe stulecie panowania perskiego – i w tym nowym powstaniu przysłużyliby się należycie.
Arsames, satrapa, przebywał na Słoniowej Wyspie. Miał dokładne wiadomości o narodowym ruchu Egipcjan, który mógł wybuchnąć lada chwila, znał też tego, który rozdmuchał ogień: Amyrtajos, człowiek z Sais. Trzymał się gdzieś w ukryciu tu na południu – i tu musiała też wpierw wybuchnąć burza, która miała złamać panowanie perskie. Arsames czynił przygotowania swe, jeździł z jednego garnizonu do drugiego, oglądał wojska.
Obecnie był w Jebie, mieszkał w domu jenerała Artafernesa. Mógł lada chwila przybyć tu na górę, na dach Jedonii. A przecież nie na potężnego namiestnika Jedonia czekał. Wzrok jego, nieosłabiony przez wiek, śledził bieg Nilu, szukając barki. Padł na miernik Nilu, na studnię, okazującą nawrót słońca. Barka musiała nadpłynąć prądem Nilu, wzdłuż małych wysp skalnych.
Miał wiadomość z Syene – jeden z wielbłądzich jeźdźców jego przyniósł mu ją przed godziną. Tam już przybył człowiek, na którego czekał – posłaniec z Jerozolimy. Nareszcie będzie miał pewność – nareszcie wolną rękę dla budowy świątyni. To czuł: jeśli tylko jeden kamień będzie stał dla Jahwe, Boga jego, nie musiał już więcej bać się Egipcjan i gdyby nawet grożące powstanie szalało po całym kraju, od Tebais aż do delty Nilu – jemu przecież nic by nie groziło.
Wyciągnął z olbrzymiego dzbana glinianego zwoje papirusowe, które chciał pokazać namiestnikowi – cała korespondencja jego, tycząca się budowy świątyni. Uchwycił na chybił trafił kopię listu swego do Bagoasa, satrapy perskiego w Jerozolimie.
Do naszego pana Bagohi, baszy Judei – niewolnicy twoi, Jedonia i towarzysze jego, kapłani w twierdzy Jeb. Niech pana naszego Bóg niebios pozdrowi bardzo o każdej porze i niechaj go obdarza łaską króla Dariusza i synów jego domu tysiąc razy bardziej niż teraz. I niech ci da długie życie – bądź szczęśliwy i zdrowy o każdym czasie.
A teraz mówią niewolnicy twoi, Jedonia i towarzysze jego:
W miesiącu tammuz w roku 14. króla Dariusza, gdy Arsames się oddalił i udał się do króla, kapłani boga Chnuba w forcie Jeb uknuli spisek z Widarnagiem, który był tu komendantem. Mianowicie: żeby znieść świątynię Boga Jahu w twierdzy Jeb. Na to ów Widarnag, psi syn, posłał rozkaz do syna swego Nefai, który był pułkownikiem w forcie Syene, w tych oto słowach: niech zburzą świątynię Boga Jahu w twierdzy Jeb bronią swą; wtargnęli do owej świątyni, zburzyli ją do szczętu; kamienne słupy, które tam były, potłukli. Potłukli też pięć olbrzymich bram wybudowanych z kamieni; drzwi wyjęli jako też spiżowe zawiasy. Dach z drewna cedrowego, wszystkie naczynia i wszystko, co tam jeszcze było, spalili ogniem; złote i srebrne czary i wszystkie rzeczy, które były w świątyni, zrabowali. Lecz jeszcze za czasów faraonów egipskich przodkowie nasi zbudowali świątynię tę w twierdzy Jeb. Gdy król Kambyzes szedł na Egipt, znalazł świątynię tę; zburzył wszystkie świątynie bogów egipskich, lecz tej świątyni nie naruszył. Od czasu, gdy się to stało, nosimy wraz z żonami naszymi i dziećmi szaty żałobne, pościmy i modlimy się do Jahu, Pana niebios. Mamy wiadomości o owym Widarnagu: psy zdarły okowy z nóg jego, wszystkie skarby, które zebrał, przepadły. Wszyscy ludzie zaś, którzy owej świątyni źle życzyli, również są zabici – mieliśmy uciechę, patrząc na nich.
Już dawniej, zaraz gdy to nieszczęście nam się zdarzyło, wysłaliśmy list do pana naszego, Bagohi, jako też do Jochanana, arcykapłana, i do Rady jego, a jeden do Ostana, brata Hanani i do znakomitych Żydów.
Ci atoli nie przysłali nam listu.
Teraz mówią niewolnicy twoi, Jedonia i towarzysze jego i wszyscy Żydzi, mieszkańcy Jebu:
Jeżeli się podoba naszemu panu, to niechaj myśli o owej świątyni, by nam pozwolili odbudować ją. Przyślij nam list o świątyni Boga Jahu, by zbudować ją w twierdzy Jeb, tak jak była dawniej. Ofiary, kadzidło, całopalenie przynosić będziemy na ołtarz Boga Jahu w twoim imieniu. I będziemy się modlić za ciebie w każdym czasie, jako też kobiety i dzieci, i wszyscy Żydzi, którzy tu są, jeżeli się postarasz o to, by ową świątynię odbudowano. Zaskarbisz sobie zasługę wobec Jahu – bardziej niż człowiek, który mu przynosi całopalenia i ofiary wartości tysiąca talentów.
A co do złota – to posłańcy nasi pomówią z tobą.
Donieśliśmy o całej sprawie także w liście do synów namiestnika Samarii, Sinubbalita, Delai i Schelemii.
20 marcheswanu roku 17. króla Dariusza
Jedonia bar Gemaria czytał dość uważnie papirus, który sam napisał. Potem wyszukał odpowiedź, którą przywiózł syn jego, Machseja, wysłany przezeń do Jerozolimy – protokół, który podał pod przysięgą po powrocie swym:
Spisanie tego, co mu powiedział Bagohi i Delaja.
Dosłownie: masz mówić w Egipcie o świątyni Boga w niebie, która była zbudowana w twierdzy Jeb już przed czasem Kambyzesa i którą ów psi syn Widarnag zburzył w roku 14. króla Dariusza. Ma teraz być odbudowana na dawnym swym miejscu. Ofiary i kadzidło mają być składane na ołtarzu zupełnie tak samo jak dawniej.
Wyjął podanie, które sam wysłał był do Arsamesa, i jego odpowiedź, która na rozkaz króla dawała ostateczne pozwolenie na odbudowanie świątyni Jahwe – odpowiedź ta nadeszła już przed ośmiu miesiącami. Wówczas zwołał był Radę pułkowników i kapłanów.
Syna swego Machseja, Jozadaka, syna Natana, Szmachię, syna Chaggaja, Hoszeę, syna Jatoma i drugiego Hoszeę, który był synem Natuna. Wszyscy głosowali za tym, by bezzwłocznie rozpocząć odbudowę. Pieniądze były już zebrane, każdy Żyd dał na to dziesięć szekli. Poza tym Jedonia miał w ręku inny jeszcze skarb nietknięty, a zebrany przed kilku laty: dwanaście karszów siedem szekli dla Jahwe, a dla jego bogini Aszimy siedem karszów, dla Hanaty dwanaście karszów. On jeden, Jedonia bar Gemaria, głosował przeciw temu i przeparł wolę swą. Dom przodków jego stał w Jerozolimie; z pomocnymi oddziałami wojskowymi, które król Salomon nadesłał był faraonowi w zamian za konie arabskie, przodek jego osiadł niegdyś na Wyspie Słoniowej. I aczkolwiek już stulecia od owego czasu minęły, aczkolwiek wskutek zaburzeń wojennych połączenie kolonii wojskowej z krajem rodzinnym często bardzo było luźne – rodzina Jedonii nigdy nie zapomniała o Syjonie i o szacunku dla arcykapłana świątyni w Jerozolimie. Tak tedy sankcja dla odbudowy świątyni, którą już miano, nie wystarczała dla starego Jedonii – ani basza Judei, ani namiestnik Egiptu, ani nawet potężny król perski, który panował nad całym światem, nie mógł tu wypowiedzieć ostatniego słowa. To było rzeczą Jerozolimy. Atoli Żydzi Jebu napierali. Czterokrotnie już Jedonia wysyłał pisma do Jerozolimy: do Jochanana, arcykapłana, do Ostanesa, przewodniczącego Rady, do brata jego, Hananiego, potomka Dawida, i do niejednego ze znakomitych Żydów – żaden nie odpowiedział. Bagoas, namiestnik perski Judei, odpowiedział był bezzwłocznie, podobnie Arsames w Memfisie; a nawet sam król perski, oznajmił był zgodę swą. A Żydzi z Samarii, stary basza Sin-Uballit i synowie jego Szelemia i Delaja od razu przyrzekli byli pomoc swą i dotrzymali przyrzeczenia swego, tak samo jak Assaf, syn Manassego, który był arcykapłanem na Garizim w Sichen.
Zapewne wszystko to bardzo dużo kosztowało. Do samego Memfisu trzeba było wysłać tysiąc korców jęczmienia dla pisarza Arsamesa; posłano złote i srebrne naczynia i niejeden szekel do Samarii i Suzy. Ale czyż do Jerozolimy nie posyłano również podarunków liczniejszych jeszcze i cenniejszych!
Żydzi w Jebie napierali. Od dnia zburzenia świątyni, od miesiąca tammuz 14. roku króla Dariusza panowała żałoba. Noszono worki jako szaty żałobne, poszczono i nie pito wina. Nie namaszczano się olejem i nie dotykano się kobiet. Wszystko to miało się skończyć z chwilą, w której by położono pierwszy kamień dla nowej świątyni.
Poza tym była inna jeszcze rzecz. Gdy wówczas wojownicy żydowscy wyruszyli byli do Etiopii, jeden z pułkowników, Mabuzija, chory, pozostać musiał w Jebie. Był on jedynym Żydem, który usiłował bronić świątyni Jahwe przeciw kapłanom Chnuba i zbójeckim ich bandom, i jedynym też, którego zabito. Żona jego, która bardzo go kochała, straciła zmysły, gdy go zamordowano w jej oczach – i od tego czasu żyła w obłąkaniu. Wołała ciągle: żaden Żyd nie jest bezpieczny w Jebie, póki się nie odbuduje świątyni Jahwe. Jeśli się to nie stanie, to będzie to końcem wszystkich Żydów w Egipcie oraz końcem panowania perskiego, które się nimi opiekuje.
Wojsko żydowskie wierzyło w słowa tej prorokini. A on, Jedonia bar Gemaria, nie mniej w nie wierzył.
A jednak wahał się z miesiąca na miesiąc. Jeszcze w poranek owego dnia obaj Hoszeje byli u niego, błagali go, by rozpocząć odbudowę. Wiedziano dobrze, co się w kraju działo. Wiedziano, że każdej chwili wybuchnąć mogło powstanie, że Amyrtajos i zwolennicy jego objeżdżali kraj cały, podżegając lud przeciw najeźdźcom. I wiedziano doskonale, jak mało można było polegać na innych oddziałach żołdaczych.
Jedonia uspokoił ich. Dziś jeszcze, mówił, przybędzie posłaniec z Jerozolimy, przyniesie nareszcie zezwolenie arcykapłana – i w nocy jeszcze, w tej samej nocy, położy się kamień węgielny do nowej świątyni.
Jedonia, syn Gemarii, osiemdziesięcioletni, wyglądał daleko poza mury Jebu, ponad palmy i sykomory Wyspy Słoniowej, wzdłuż Nilu aż do katarakt. Wciągano tam łódź, puszczono ją z powrotem na wodę za kataraktami, rozwinięto czerwony żagiel. A wiatr wiał z północy.
Kroki na schodach. Czterech łuczników a z nimi pułkownik żydowski Szmahia. Donieśli, że przybywa namiestnik Arsames. Przyjdzie tu na górę; Jedonia niechaj nie wychodzi na spotkanie jego, lecz niechaj go tu oczekuje.
Jedonia się uśmiechnął. To było podobne do tego Persa! Był bliskim przyjacielem Dariusza, króla świata, sam panował nad wielkim królestwem, a jednak obchodził się z nim jak z równym. Z nim, Jedonią, stojącym wszak tylko na czele małego oddziału żołnierzy – Arsames miał setki takich oddziałów w Egipcie a król perski w wielkim państwie swym tysiące! Myślał o posłańcu z Jerozolimy, który nadpływał Nilem. Przez pięć lat pisał do rodaków swych w Judei – prosząc, błagając coraz usilniej. Syjon nie zaszczycił go nawet odpowiedzią. Odtąd uśmiech jego stał się gorzki.
Namiestnik Arsames przybył, wraz z nim inni naczelnicy fortecy Jeb: Dargman, komendant Babilończyków, Hydaspes, wódz Fenicjan, jenerałowie Nabukudurri i Artafernes, stojący na czele oddziałów mieszanych – złożonych z Żydów, Syryjczyków, Babilończyków, a i z Libijczyków i Egipcjan. Jedonia skinął na jednego z żołnierzy, kazał przynieść wina w wielkich dzbanach, ciemnego, egipskiego wina i złocistego z Sidon. Pili, lecz Jedonia nie tknął szklanki.
– Jeszcze zawsze nie, stary? – zapytał namiestnik.
– Może jutro, może tej nocy jeszcze – odparł Jedonia. – Przybywa posłaniec, którego oczekuję z Jerozolimy.
– Połóż nareszcie kamień twej świątyni! – zawołał Babilończyk Nabukudurri. – Ta wiara wasza udzieliła się innym żołnierzom – wierzą jak wy. Skoro tylko stać będzie jakaś maseba lub aszera, jakikolwiek słup kamienny lub pal przy świątyni waszej, wówczas czuć się będą bezpieczni przed Egipcjanami.
Mówiono o grożącym powstaniu; satrapa nie ukrywał obaw swych. Tu na południu, w Tebais, nasamprzód wybuchnie – tu trzeba będzie odeprzeć pierwsze natarcie. Arsames zwiedził był wszystkie załogi, przychodząc z północy, i po części mało był zadowolony – nie bardzo na nich można było polegać. Żołnierze murzyńscy, nubijski szczep Bedja, przyłączyliby się do zwycięzcy; rozproszyliby się zaraz po pierwszym małym powodzeniu przeciwnika. Niepewni byli także wszyscy żołnierze greccy, Karyjczycy, Jończycy, a przede wszystkim Szirdana. Co do libijskiej kasty wojskowej, która od stuleci kraj zamieszkiwała, to uchodziłoby to za rzecz pewną, że połączyłaby się z Egipcjanami, by na wypadek powodzenia pokusić się znowu o zdobycie całej dla siebie władzy. Całkowicie polegać można było tylko na żołnierzach perskich – lecz oprócz kilkuset ludzi w Syene byli tylko poszczególni oficerowie w Tebais. A właśnie w Syene sytuacja była krytyczna – tam fanatyczny Pia od miesięcy działał wśród wojska egipskiego. W samym Jebie rzecz lepiej wyglądała: żołnierze żydowscy byli zupełnie pewni, a i Fenicjanie, Syryjczycy i Babilończycy zasługiwali na zaufanie. Poza tym było stu procarzy, których Irańczyk Dargman przyprowadził z dalekiego kraju swego, oazy Chorezm. W najbliższych dniach nadejść miały jeszcze posiłki, oddziały Iddinabu, Warizata i Artabanosa, którzy przywieźć mieli Nilem pewnych ludzi, Persów i Żydów.
Satrapa dawał wszystkie dyspozycje; powierzał wykonanie ich komendantowi Artafernesowi, który był naczelnikiem fortecy. Omawiano każdą bramę, każdą część murów miejskich; rozważano wszystkie możliwości. Jedonii powierzono Lwią Bramę; syn jego, pułkownik Machseja, z dwustu ludźmi udać się miał do katarakt. Hydaspes z fenicjańskimi swymi marynarzami ochronić miał Nil, jeźdźcy Nabukudurriego mieli czuwać nad drogą do Syene. Dargman miał...
Księżyc wszedł. Przybył adiutant namiestnika z wiadomością, że łódź jego gotowa. Na niej tej nocy jeszcze popłynąć miał do katarakt, poniżej których leżał statek jego.
Jeszcze kielich wina fydońskiego wychylił satrapa.
– Buduj świątynię swą, Jedonio! – upominał przy pożegnaniu. – Skoro się znowu zobaczymy, obyś był w szatach świątecznych i pił wraz z nami!
Pożegnali się. Arsames nie pozwolił, by go stary odprowadził do Nilu.
– Szczędź sił swych i oby Bóg twój, Jahwe, chciał, byś nie potrzebował ich w tych dniach.
Pułkownik Machseja, sam już pięćdziesięcioletni, odprowadził pana. Jedonia słuchał odgłosu ich kroków. Potem ujrzał ich znowu w wąskich ulicach, tu i ówdzie, otoczonych żołnierzami niosącymi pochodnie. Widział ich poza murami miasta, jak schodzili ku rzece, widział zwłaszcza Arsamesa, który przewyższał innych niemal o całą głowę.
Jedonia widział, jak doszli do brzegu, jak satrapa z ludźmi swymi wsiadł do łodzi. Lecz z tyłu widział drugą łódź płynącą z trudnością pod górę, przeciw prądowi.
Syn jego wrócił; śmiejąc się, potrząsał woreczkiem.
– Oto co mi namiestnik dał dla ciebie, ojcze! – zawołał. – Dziesięć karszów dla budowy świątyni! I drugich dziesięć karszów dla twego skarbu, cztery dla Hanaty, cztery dla Aszimy, cztery dla Jahtwe!
Stary nie odpowiedział, namyślał się głęboko. Oto ten satrapa był wielbicielem Mazdy, jak wszyscy Persowie: modlił się do ognia. Jakież było imię proroka jego? Czy nie Zoroaster? – A jednak dał mu pieniądze na świątynię jego! Obdarzył po królewsku jego bóstwa!
A żydzi, bracia jego, nie zaszczycili go odpowiedzią, przez długich pięć lat! Dziś dopiero przybywał posłaniec ich...
Potem silnie potrząsł głową. Nie, nie chciał okazać żalu człowiekowi, którego oczekiwał. Cóż on, posłaniec, temu był winien? I wszak miał nareszcie przynieść dobrą wiadomość, która tak była potrzebna. Jedonia postanowił nie pytać go wcale o to, co było powodem tego przeciągania i zwlekania. Kłótnia jakaś, intryga, spór stronnictw – ach, wszak znał to od lat wielu z własnej gminy. Ostatecznie w Jerozolimie w wielkich rozmiarach zapewne tak samo wszystko się odbywało – wszak i tam żyli tylko ludzie, Żydzi, tak jak tu w Jebie i może tak samo kłócili się i spierali – o nic. Nie, nie chciał nic wiedzieć o tym wszystkim! Z wdzięcznym sercem przyjąć chciał, co mu przysyłała matka Jerozolima i nie chciał się pytać, dlaczego tak późno. Posłańca jej zaś przyjąć chciał jak księcia, obdarzyć go jak samego króla, gdyby tu przybył: wszak był to człowiek z Jerozolimy.
– Weź ludzi z pochodniami! – zawołał do syna swego i wskazał ręką na noc księżycową. – Łódź Uriji niebawem przybije do lądu – przyjmij go dobrze, człowieka, którego Pan nam przysyła. Zaprowadź go na górę, daj mu pokój córki swej Mibtachii, to najlepszy w domu. Posil go obficie jadłem i napojem – daj mu wina sydońskiego, które kupiłem dla namiestnika. Jeśli jest zbyt zmęczony, połóż go do łóżka – w takim razie jutro z nim się rozmówię.
I znowu Jedonia spoglądał na rzekę. Widział żołnierzy niosących pochodnie na ulicach i za murami, widział ich u brzegu. Widział łódź, która z trudnością dobijała, słyszał okrzyki ludzi okrętowych.
Noc stała się chłodniejsza; stary Jedonia uczuł mróz, podniósł płaszcz swój i owinął się nim. Potem słyszał głosy na dole, na ulicy, poznał głos syna swego.
– Tędy, tędy panie, tu! Teraz jesteś u celu długiej swej podróży!
Ach, oto przybył posłaniec z Jerozolimy! Jedonia bar Gemaria modlił się, dziękował Jahwe, Bogowi Niebios. Ludzie z pochodniami tam na dole nie odchodzili, zostali przed domem. I słyszał, jak dokoła drzwi się otwierały, jak ludzie spieszyli na ulice, mężczyźni i kobiety. Przybył posłaniec z Jerozolimy – teraz koniec żałoby pięcioletniej! Jutro – może tej nocy jeszcze – położy się pierwszy kamień.
Jedonia czekał.
Teraz syn jego poprowadził obcego na górę – teraz gotowano dlań kąpiel. Ta kąpiel – jak długo potrwa? Teraz postawiono przed nim jadło i napoje – ach, posłaniec zdziwi się, że tu, na samych kresach państwa, można dostać wina fenicjańskiego, zupełnie jak w Jerozolimie, wina z Sydonu, z wielkiego domu Habdalego ben Eliaton.
Usłyszał kroki na schodach wiodących na dach. Ciężkie kroki syna swego – znał je dobrze. A potem inne, lżejsze...
Nadchodził człowiek z Jerozolimy!
Jedonia podniósł się, poszedł na spotkanie jego. Rozwarł ramiona swe, przycisnął go do siebie, pocałował go. Czy nie całował tym sposobem samego Syjonu?
* *
*
To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.
To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.
To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.
To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.
