Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
96 osób interesuje się tą książką
Przez lata była ignorowana. Dopiero niezwykły dar zmiany w drapieżnego ptaka sprawił, że Luria stała się jedną z najcenniejszych osób w królestwie. Jako królewska szpiegini wykorzystuje swoje zdolności, by zdobywać sekrety, których nikt inny nie powinien znać.
Kiedy na polecenie króla rozpoczyna śledztwo w sprawie nielegalnego handlu tajemniczym lúmielem, zostaje zmuszona do współpracy z Ariusem – błyskotliwym skrytobójcą, którego lekkomyślność doprowadza ją do szału. Aby przeniknąć do świata wpływowych arystokratów, muszą odegrać rolę zakochanego małżeństwa. Problem w tym, że znacznie łatwiej oszukać wrogów niż przekonać siebie nawzajem.
W świecie pełnym dworskich intryg, magicznych sekretów i niebezpiecznych spisków każde potknięcie może kosztować ich życie. A gdy granica między udawanymi uczuciami a prawdziwymi emocjami zaczyna się zacierać, Luria będzie musiała zmierzyć się nie tylko z wrogiem, lecz także z przeszłością, która od lat nie pozwala jej pokonać własnych lęków.
„Zrodzona ze zgliszczy” to romantasy o szpiegach, zmiennokształtnych i zakazanych sekretach. Historia pełna magii, ciętych dialogów, niebezpiecznych misji i powoli rodzącego się uczucia, które może odmienić los całego królestwa.
Nowelka z Kolekcji zmiennokształtnych Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 132
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zrodzona ze zgliszczy
Klaudia Błażejczyk-Mazik
Wydawnictwo Inanna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Nocne niebo usłane było tysiącem gwiazd, które mieniły się na bezkresnym sklepieniu. Las spowiła przenikliwa ciemność, a głęboką ciszę przerywało jedynie cykanie skrywających się w trawie świerszczy i pojedyncze pohukiwania sowy. Owe pohukiwania wydawał jasnobrązowy puszczyk, siedzący nieruchomo na koronie jednego z drzew. Ptak czujnie obserwował okolicę, jakby na coś czekał…
Nagle sowa poruszyła się niespokojnie. Delikatne, zdobiące pióra prążki mieniły się w srebrnym świetle księżyca, gdy ptaszyna zamachała szerokimi skrzydłami. Ptak odwrócił głowę w prawo, nasłuchując. Po kilku chwilach w oddali zamajaczyło żółtawe światło pochodni, a do uszu puszczyka dotarł stukot końskich kopyt i turkot kół powozu odbijających się echem od pni wszechobecnych drzew.
– Daleko jeszcze? – spytał męski, chrapliwy głos.
– Nie – odparł drugi. – W zasadzie to wygląda na to, że jesteśmy na miejscu. Prrrr!
Ciągnące powóz kasztanowe konie zatrzymały się na środku leśnej polany. Z oddali zakrakał kruk, a mężczyźni zsiedli z pojazdu i zaczęli rozładowywać ciężkie, drewniane skrzynie. Puszczyk przyglądał się tej scenie z zaciekawieniem, delikatnie przekrzywiając łebek.
Mętne światło pochodni oświetliło twarze przybyszy, ukazując tym samym ich najmniejsze mankamenty. Sowa przyjrzała się im dokładnie, usiłując zapamiętać każdą zmarszczkę, pojedynczą bliznę i każdy włosek niezgolonej, kilkudniowej szczeciny. Mężczyźni zdawali się być zaniedbani – ich ubrania, w niektórych miejscach postrzępione, pozszywane były niedopasowanymi łatami materiału, a w ich zębach ptak, dzięki swojemu nieocenionemu wzrokowi, dopatrzył się kilku ubytków.
– No, to już ostatnia – rzekł jeden z mężczyzn, stawiając na ziemi skrzynię. – Myślisz, że będą zadowoleni?
– A jak! Toć to najlepszy lúmiel w Shelvanie!
Powiedziawszy te słowa, drugi z nich pochylił się i podważył wieko, a zawartość skrzyni natychmiast rozświetliła polanę błękitno-zielonym blaskiem. Siedzący na gałęzi puszczyk zamrugał gwałtownie, chroniąc oczy przed nagłą jasnością. Gdy w końcu dostrzegł, co wypełniało wnętrze drewnianego pudła, kłapnął dziobem z wyraźną wściekłością.
W środku spoczywała co najmniej kopa drobnych grzybów, pulsujących neonowym światłem. Lúmiel. Mężczyźni zapiali z zachwytu, a jeden z nich wyciągnął rękę, chcąc dotknąć błękitnego kapelusza.
– Zgłupiałeś?! – syknął jego towarzysz, uderzając go w dłoń. – Nie dotykaj tego!
– No co? Przecież chyba mogę ich dotknąć.
– To jest magiczne, głupcze! Takich rzeczy lepiej nie ruszać.
Mężczyzna prychnął, ale posłusznie cofnął dłoń i odłożył pochodnię na przymocowany do powozu uchwyt.
Raptem do uszu puszczyka dotarł ledwie słyszalny szelest dobiegający zza gęstych krzewów. Dźwięk był zbyt nikły, by mężczyźni zajęci skrzynią mogli go pochwycić. Ptak odruchowo zwrócił łeb w tamtą stronę, początkowo biorąc intruza za leśne zwierzę. Szybko jednak zrozumiał swój błąd.
Z cienia wyłoniła się spowita w czerń postać, poruszająca się w niskim przysiadzie. Jedynym, co zdradziło jej obecność w mroku lasu, był sztylet, który na ułamek sekundy odbił srebrzysty blask księżyca. Sowa zahukała ostrzegawczo, lecz postać jedynie uniosła ukrytą pod kapturem twarz i puściła do ptaka oko. Puszczyk nastroszył pióra, obserwując, jak nieznajomy zachodzi niczego nieświadomych mężczyzn od tyłu. Jego uzbrojone w ostrza dłonie uniosły się i opadły błyskawicznie, precyzyjnie tnąc ich gardła. Obaj osunęli się na ziemię z twarzami zastygłymi w niemym przerażeniu. Na leśną ściółkę wylała się szkarłatna krew, mieniąc się złowrogo w błękitnej poświacie lúmielu.
Odziany na czarno przybysz ściągnął kaptur, obserwując leżące u jego stóp ciała. Jego szczupła twarz zdawała się niewzruszona, gdy zwrócił wzrok ku puszczykowi.
– Witaj, Lurio.
Sowa kłapnęła wściekle dziobem i sfrunęła z gałęzi, rozpościerając szeroko skrzydła. Gdy jej szpony dotknęły mchu tuż przed mężczyzną, ptasia sylwetka zaczęła gwałtownie pęcznieć i tracić kontury. Upierzenie w mgnieniu oka ustąpiło miejsca gładkiej, bladej skórze, a wyciągnięte skrzydła zmieniły się w ludzkie ramiona. Zanim opadł pył wzniecony lądowaniem, w miejscu puszczyka stała już kobieta.
– Przeszkodziłeś mi, Ariusie. Jak zwykle zresztą – powiedziała, zakładając za uszy niesforne kosmyki rudych włosów.
– Chciałaś powiedzieć, że odwaliłem za ciebie robotę? – prychnął mężczyzna, zamykając wieko skrzyni pełnej grzybów. Błękitny blask zniknął, a leśną polanę spowił mrok.
– Słucham?! – syknęła Luria. – Siedziałam na tej gałęzi od kilku godzin, czekając, aż wymsknie im się jakaś wartościowa informacja, a ty ich po prostu zabiłeś!
Arius powoli wytarł ostrza o nogawkę spodni jednego z zabitych.
– Hm, zastanówmy się. Ja udaremniłem przemyt lúmielu, przejąłem powóz wraz z końmi, a ty… Cóż, spędziłaś pół nocy gapiąc się w jeden punkt. Ciekawe, czyja praca bardziej urzeknie króla – odparł spokojnie mężczyzna, posyłając Lurii łobuzerski uśmiech.
Kobieta zgromiła go spojrzeniem. Jak on mógł być tak bezczelny?
– A co z kupcami? – wycedziła przez zęby.
– Jakimi kupcami?
– Tymi, którzy mieli tu odebrać towar!
– Ach, tymi – Arius zaśmiał się, machnąwszy ręką. – Nie było żadnych kupców. To była podpucha, by przechwycić towar.
Lurii opadła szczęka. Cała ta warta, drętwiejące skrzydła i godziny wyczekiwania… wszystko przez bzdurną intrygę skrytobójcy?
– Posłuchaj mnie uważnie – podeszła do niego tak blisko, że poczuła jego zapach. – Takie gierki zostaw szpiegom, zrozumiano? Ty możesz wbijać te swoje sztyleciki i strzelać z kuszy, ale wyciąganie informacji i knucie to mój rewir. Nie wchodź mi w paradę.
Odwróciła się na pięcie i, nie dając skrytobójcy szansy na odpowiedź, ruszyła przed siebie, by po kilku krokach wzbić się w powietrze. Jej ludzka sylwetka rozmyła się w locie, a szelest sukni przeszedł w miękki łopot skrzydeł. Puszczyk zniknął w ciemnościach, pozostawiając Ariusa zupełnie samego pośród leśnej głuszy. Mężczyzna, ani razu nie podnosząc wzroku, wciągnął ostatnią skrzynię na powóz i zaczął mocować liny.
„Pieprzony Arius” – pomyślałam z wściekłością, przekraczając próg komnaty po zdaniu raportu królowi. W rzeczy samej, efekty mojej pracy go nie zadowoliły, z kolei podstępny skrytobójca oczywiście mógł liczyć na sowitą nagrodę za swój spryt. Prychnęłam pod nosem, po czym rozsiadłam się na łóżku z założonymi rękami.
Jako królewski szpieg żyłam w luksusie, o którym większość poddanych mogła jedynie marzyć. Jedwabna pościel, zapach egzotycznych olejków i ciepło bijące z kominka były nagrodą za lata niebezpiecznej służby.
Ciężko pracowałam na swoją pozycję i otaczający mnie luksus, na który nie mogłabym sobie pozwolić w rodzinnym domu. Dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom doczekałam się wygodnego stołka u boku samego króla.
Wychowałam się w nędzy, w jednej z zapomnianych shelvańskich wsi. Od urodzenia moim domem była dwuizbowa chata, w której gnieździłam się z rodzicami i licznym rodzeństwem. Przez dziurawą strzechę do środka bezlitośnie wdzierał się mróz, a mizerne plony nigdy nie wystarczały, by nasycić wszystkie dzieci w domu.
Wpatrując się w ciemny sufit mojej komnaty, powróciłam pamięcią do pewnego słonecznego dnia, gdy bawiłam się z braćmi na podwórku.
A raczej to oni „bawili się” mną.
Z gałęzi i rzemieni skleili prowizoryczne proce, urządzając sobie polowanie na młodszą siostrę. Biegłam, przedzierając się przez krzaki, aż zabrakło mi tchu, a kamienie raz po raz uderzały w moje plecy i ramiona, pozostawiając bolesne, fioletowe siniaki. W końcu, przyparta do ściany sypiącej się stodoły, nie mając już dokąd uciec, osunęłam się na ziemię. Bracia dobiegali już do mnie, wołając: “wracaj tu, smarkulo!”, “chodź, brzydulo, poprawimy ci buźkę!”.
Zwinęłam się wówczas w kłębek, dławiąc się łzami podszytymi przerażeniem. W głowie miałam tylko jedną, gorączkową myśl: „Chcę zniknąć. Chcę być mniejsza, szybsza i zwinna tak, by od nich uciec”. Strach stał się tak gęsty, że niemal przestałam oddychać.
I właśnie wtedy poczułam to po raz pierwszy.
Potworne swędzenie pod skórą i uczucie, jakby kości zaczynały się rozpływać, by nagle stać się lekkie niczym słoma. Ciemność zalała mój wzrok, a strach został zastąpiony poczuciem wolności. Zanim kolejny kamień zdążył dosięgnąć celu, spod brudnej, lnianej koszuli, zamiast płaczącego dziecka, wzbił się w górę puszczyk, gwałtownie tnąc powietrze skrzydłami.
Wtedy po raz pierwszy dokonałam przemiany.
– Co u licha?! – wrzasnął jeden z braci, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.
Sama nie rozumiałam, co się stało. Oszołomiona opadłam na ziemię i utkwiłam w nich wielkie, sowie ślepia.
– Wariatka! Potwór! – krzyknął drugi. – Wszystko powiemy rodzicom!
Chciałam im wytłumaczyć, że to pomyłka, że sama się boję, ale gdy tylko otworzyłam dziób, z mojego gardła wydobył się jedynie wysoki, przeraźliwy skrzek. Bracia rzucili się do ucieczki, zostawiając mnie samą, bezradną i uwięzioną w ciele ptaka.
Serce biło mi jak szalone, a resztę nocy spędziłam wysoko na drzewie, zastanawiając się, za jakie grzechy zesłano na mnie taką karę. Czy już zawsze pozostanę w ciele ptaka? Czy rodzice mnie teraz szukają? Czy martwią się o mnie?
Dopiero o świcie, gdy mój oddech wreszcie się uspokoił, poczułam dziwne mrowienie. Przeszło przez nóżki, skrzydła i pierzastą głowę, ustępując miejsca ludzkiej skórze. Zsunęłam się z gałęzi z ulgą graniczącą z euforią i popędziłam do chaty, byle tylko nie martwić bliskich ani chwili dłużej.
Jednak, gdy wpadłam do izby, uderzył mnie codzienny, leniwy gwar. Zapach pieczonego chleba i odgłosy rozmów wypełniały wnętrze, jak gdyby nic się nie stało.
Nikt mnie nie szukał. Nikt na mnie nie czekał. Nikt nawet nie podniósł wzroku znad stołu.
Byłam tam tylko kolejną gębą do wykarmienia, cieniem, którego zniknięcia nikt nie zauważył.
Usiadłam na ławie, walcząc o ostatnią piętkę chleba. Rodzice, zgodnie z moimi przewidywaniami, uznali historię chłopców o wielkiej sowie za głupie żarty, a sami bracia ze strachu przestali mi dokuczać. Stałam się dla nich niewidzialna.
Zaczęłam więc trenować w ciszy. Samotnie.
Wymykałam się z domu, by w ukryciu uczyć się panowania nad nową naturą. Początki były żmudne: czasem zamiast ręki wyrastało mi skrzydło, innym razem skóra jedynie pokrywała się szarym puchem. Jednak zawsze, gdy w końcu udawało mi się w pełni przeistoczyć w puszczyka, czułam dziką dumę. Uznawałam to za dar od samych bogów za lata nędzy i upokorzeń.
W końcu zaczęłam wykorzystywać swoje nowe oczy i uszy. Podsłuchiwałam sąsiadów, by później, dzięki zdobytym informacjom, wymuszać na nich drobne przysługi lub pieniądze. Kradłam jedzenie ze straganów i kosztowności z sypialni bogaczy, gdy ci spali nieświadomi mojej obecności. Latałam do miasta, tam, gdzie nikt z mojego rodzeństwa nigdy nie postawił stopy. Czułam, że wreszcie naprawdę żyję. Czułam się niezwyciężona. Aż do czasu.
Pewnego wieczora rodzice zobaczyli, jak podawałam ukradzione przez siebie jedzenie najmłodszej siostrzyczce. Właśnie częstowałam ją jabłkiem, gdy zza stodoły wyszedł wściekły ojciec. Złapał mnie za ucho i wciągnął siłą do chaty. Razem z matką zaczęli mnie osaczać, żądając wyjaśnień, skąd wzięłam takie rarytasy. Mimo obezwładniającego strachu milczałam, bo najbardziej bałam się wyjawić im prawdę. Jednak, gdy ojciec, chcąc wybić ze mnie informacje, sięgnął po skórzany pas, instynkt przetrwania przejął kontrolę. W ułamku sekundy, na ich oczach, przestałam być rudowłosą dziewczynką. Moje ciało zapadło się w sobie, a w miejscu dziecka pojawił się puszczyk o nastroszonych piórach. Rodzice zastygli z otwartymi ustami, wpatrując się w ptaka, który zajął moje miejsce pośrodku brudnej izby. Przez krótką, naiwną chwilę myślałam, że wygrałam. Sądziłam, że strach lub podziw powstrzymają rękę ojca, a może nawet sprawią, że w końcu dostrzeże we mnie kogoś wyjątkowego.
Jednak, gdy na jego twarzy powoli zakwitł paskudny, chciwy uśmieszek, nadzieja natychmiast wyparowała. Już nie patrzył na mnie jak na córkę, a nawet nie jak na potwora. Patrzył na mnie jak na najcenniejszy łup, jaki kiedykolwiek trafił do ich nędznej chaty.
Mijały dni, w których nie wypuszczano mnie z domu i ani na moment nie spuszczano ze mnie oka. Wiedziałam, że rodzice coś knują, ale nie śmiałam pytać, jakie potworności rodzą się w ich głowach. Wreszcie, po tygodniu oczekiwania, w naszych progach stanął ktoś obcy. Mężczyzna nosił wytworny strój, jakiego tamta chata nigdy wcześniej nie widziała. Gdy na mnie spojrzał, poczułam lodowaty dreszcz.
– No, pokaż panu, co potrafisz – zachęcał ojciec, szczerząc zęby w uśmiechu pełnym ubytków. – Pan nam pomoże, zobaczysz.
Przeniosłam przerażone spojrzenie na matkę, ale ta jedynie zgromiła mnie wzrokiem, nakazując posłuszeństwo. Wstałam od stołu i z sercem bijącym w gardle, przemieniłam się w puszczyka. Nieznajomy zaklaskał z zachwytu, gdy tylko odzyskałam ludzką postać.
– Niezwykłe! – zawołał, a w jego oczach zapłonęła chciwość. – Doprawdy niezwykłe! Biorę ją!
– Ile pan dasz? – ojciec uśmiechnął się jadowicie.
– Hmm… – Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. – Młoda jest. Niech będzie dwieście srebrników.
Ojciec prychnął z pogardą i wskazał na mnie palcem, jakby licytował kulawą kobyłę.
– Żartujesz pan? Głupca jakiego ze mnie robisz? Tyle to kosztuje zwykły niewolnik! Chłop do roli! Toć to magiczny stwór, wiedźma jaka, a może i inne umiejętności się u niej objawią. Na dwór królewski córę sprzedaję, a nie do pracy na polu! Pięćset srebrników przynajmniej za nią wezmę, a jak nie, to idź pan precz!
Kupiec ściągnął brwi, oblizując wargi w gorączkowym namyśle. Czułam, jak kurczę się w sobie, gdy ostatecznie dotarła do mnie potworna prawda. Moi rodzice właśnie dobijali targu. Zostałam sprzedana.
– Niech i tak będzie – odrzekł nieznajomy, podając ojcu dłoń. Kątem oka zauważyłam, że zaraz po uścisku ukradkowo wytarł rękę o rąbek płaszcza, jakby brzydził się dotyku chłopa.
Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy siedząc w drewnianej klatce na powozie, po raz ostatni patrzyłam na rodzinny dom. Obraz rozmywał się przez łzy, a moi rodzice wraz z rodzeństwem wyrywali sobie z rąk brzęczącą sakwę, ani razu nie oglądając się za siebie.
Tak trafiłam na królewski dwór, gdzie zrobiono ze mnie szpiega. Od tamtej pory szkolono mnie do szermierki, torturowania i bezwzględności. Nauczono mnie, kogo i kiedy podsłuchiwać, by dostarczać jak najcenniejszych informacji.
A imiona mojej rodziny dawno zatarły się w mojej pamięci, spalone nienawiścią i czasem.
W wielkiej sali panował gwar, zwykle towarzyszący przy śniadaniu. Służba krzątała się w tę i z powrotem, uzupełniając półmiski dworzan. Promienie słońca wpadały przez witraże, kładąc się leniwymi smugami na kamiennych ścianach i barwnych gobelinach. Rozejrzałam się po sali, szukając wolnego miejsca. Mój wzrok niemal natychmiast spoczął na królu Korazie, który z niewzruszoną miną pochłaniał kawał boczku. Jego czarne, przeszywające oczy błądziły po poddanych z wyraźnym znużeniem. Po chwili nachylił się do mężczyzny siedzącego po jego prawicy, a ten szepnął coś, co sprawiło, że obaj zarechotali. Zwęziłam oczy. Tym mężczyzną był Arius. Policzki zapiekły mnie z gniewu.
W końcu dostrzegłam puste krzesło na samym końcu stołu i, obiecując sobie, że od jutra zacznę wstawać wcześniej, ruszyłam ku niemu, starając się zachować godność. Do moich nozdrzy dotarł słodki zapach jajecznicy, korzennych przypraw i parującej herbaty. Skłoniłam się zdawkowo towarzyszom, po czym zajęłam miejsce.
– Dzień dobry, Lurio – mruknął siedzący obok mnie mężczyzna.
To był Darion, królewski doradca. Wykrzywił pulchną twarz w uśmiechu, który miał być uprzejmy, a wyszedł obrzydliwie, eksponując jego złote zęby.
– Witaj, Darionie – odparłam chłodno, zerkając na służbę, która już niosła mi strawę.
– Słyszałem, że nasz drogi Arius dał ci wczoraj popalić – zaśmiał się rubasznie.
– W rzeczy samej. Zmarnowałam przez niego wiele godzin. Byłoby doprawdy miło, gdyby następnym razem raczył podzielić się swoimi „chytrymi” planami.
Darion uniósł krzaczastą brew.
– Chłopak robi dla królestwa dużo dobrego.
– Ja również – Rozłożyłam serwetkę na kolanach i z furią wbiłam srebrny widelec w tłusty kawałek boczku.
– Daj spokój, Darionie – wtrąciła się siedząca naprzeciwko Izylda, dowódczyni armii. – Też uważam, że byłoby rozważniej, gdyby Arius przestał urządzać sobie te samodzielne wyprawy.
Posłałam jej wdzięczny uśmiech, który natychmiast odwzajemniła. Izylda objęła dowództwo zaledwie dwa lata temu. Choć początkowo obawiano się nawet myśli o kobiecie u władzy, ona udowodniła, że stalowy charakter nie zależy od płci. Byłam z niej dumna. To ona wspierała mnie najbardziej, gdy jako przerażone dziecko trafiłam do zamku. To ona ocierała moje łzy po stracie rodziny, trenowała mnie do walki i nauczyła czytać. To dzięki niej przetrwałam ten koszmar.
Nagle podeszła do nas jedna ze służek. Nie kojarzyłam jej, więc musiała być nowa, o czym świadczyło jej niemal namacalne zdenerwowanie, gdy miętosiła w palcach rąbek fartucha.
– Najwyższy król chce cię widzieć, pani, w swoim gabinecie. Zaraz po śniadaniu.
– Oczywiście. Przyjdę – odrzekłam, a dziewczyna pospiesznie odeszła.
Razem z Izyldą zerknęłyśmy w stronę króla, ale on nie zaszczycił nas spojrzeniem. Za to Arius uśmiechał się w moją stronę z taką bezczelnością, że miałam ochotę rzucić w niego nożem. Izylda zmarszczyła nos, przez co kilka piegów na jej twarzy schowało się pod skórą.
– O co może chodzić?
– Nie mam pojęcia – siliłam się na obojętność, odgryzając kawałek pieczywa, choć w piersi serce biło mi jak oszalałe.
Czy król był niezadowolony z mojej służby?
Jeśli Arius choć słowem mnie oczernił, przysięgam, że własnoręcznie go wykończę.
***
Po śniadaniu ruszyłam prosto do królewskiego gabinetu. Było to koliste pomieszczenie ukryte w jednej z najwyższych wież zamku. Środek zajmował masywny stół zawalony mapami taktycznymi, a dookoła piętrzyły się regały pełne ksiąg i zwojów pergaminu. Pomiędzy nimi stał ogromny, mosiężny globus.
Znałam się na taktyce na tyle, na ile wymagał tego mój fach. Przez lata służby koronie przemierzałam sąsiednie królestwa jako zwiadowca, wykrywając cenne dla dworu tajemnice. Byłam dumna z tej pracy. Dała mi szansę ujrzeć kawał świata, o którym w rodzinnej wsi nie mogłabym nawet śnić.
Czasami jednak zastanawiałam się, jakby to było, gdybym tam została. Czy wówczas znalazłabym męża i urodziła mu gromadkę dzieci, z którymi wiedlibyśmy równie ubogie życie co moi rodzice? A może osiągnęłabym coś więcej?
Zastanawiałam się też, czy moje rodzeństwo odkryło w sobie magię. Zdolność przybierania zwierzęcej formy była tak rzadka, że uczeni wciąż toczyli o nią zażarte spory. Nie wiadomo było, czy ta umiejętność jest dziedziczna, czy objawia się z innych przyczyn. Słyszałam legendy o wojowniku-niedźwiedziu z mroźnych krain i kobiecie, która pod postacią orła służyła w bojówce, jednak jeszcze nigdy nie spotkałam nikogo podobnego sobie. Czułam się wyjątkowa.
I za tę wyjątkowość przypłaciłam cenę.
Skrzypienie ciężkich drzwi wyrwało mnie z zadumy. Odwróciłam się powoli i ujrzałam stojącego w progu króla. Skłoniłam się nisko, niemal dotykając czołem kolan.
– Wasza Wysokość chciała mnie widzieć.
– Owszem. Ale nie tylko ciebie. Czekamy jeszcze na Ariusa.
Zacisnęłam pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę, zostawiając na niej blade półksiężyce. A więc jednak. On musiał maczać w tym palce.
– Królu, racz mnie wysłuchać…
– Poczekaj – uciął krótko, unosząc dłoń.
Zamilkłam więc posłusznie i tak staliśmy w niezręcznej ciszy. Oczywiście niezręcznej dla mnie, bo król, jak zwykle, zdawał się niewzruszony.
Po kilku minutach zza drzwi dobiegły nas przyciszone głosy i kobiece chichoty, a chwilę później w progu stanął skrytobójca.
– Wasza Wysokość – rzekł z uśmiechem, kłaniając się nisko, choć oczywiście nie tak nisko jak ja.
– Czekaliśmy na ciebie. Miałeś się stawić natychmiast po posiłku – odparł chłodno król.
– Proszę wybaczyć. Po drodze pomogłem jednej ze służek zanieść do spiżarni ciężką skrzynię. Beze mnie biedactwo by sobie nie poradziło.
Bezczelny dupek.
– Dobrze, usiądź więc. Ty też, Lurio.
Przeszywając Ariusa nienawistnym spojrzeniem, zajęłam miejsce przy okrągłym stole. Skrytobójca obdarzył mnie promiennym uśmiechem. Czyżby wiedział, że przez jego intrygi zaraz zostanę wygnana? Gdzie bym się podziała? Miałabym wrócić do rodziców z podkulonym ogonem? Żebrać? A może spędzić resztę życia w ciele sowy, kryjąc się przed ludźmi?
– Jak dobrze wiecie – zaczął król, opadając na krzesło – przemyt lúmielu nabiera niebezpiecznego tempa. Czujemy się bezsilni wobec handlarzy, a co gorsza… zachodzą podejrzenia, że ktoś z królewskiego dworu ma powiązania z tym procederem.
Przeszedł mnie dreszcz. To po to nas wezwał? By rozmawiać o przemycie, który od miesięcy próbowaliśmy zatrzymać? I co ważniejsze: kto odważyłby się zdradzić tron?
– Wobec tego – kontynuował władca. – Wysyłam was na misję specjalną. Macie dowieść, kto z arystokracji stoi za organizacją handlu, jak wygląda struktura ich siatki i kto jest głową całej operacji.
Zamrugałam z niedowierzaniem.
– Wasza Wysokość – zaczęłam powoli – czy ja dobrze rozumiem? Mam się udać na tę misję razem… z nim? – wskazałam dłonią na Ariusa.
– Dokładnie tak. Spryt Ariusa w połączeniu z twoimi unikalnymi zdolnościami to jedyny sposób, by wykonać to zadanie należycie. Razem stanowicie idealny duet.
Ledwo stłumiłam parsknięcie. „Spryt Ariusa?”. Zerknęłam na skrytobójcę, ale on przyglądał się królowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Za kilka dni na pograniczu odbędzie się bal maskowy organizowany przez tamtejszego barona. Pojawicie się tam jako hrabskie małżeństwo.
Wytrzeszczyłam oczy. To nie mogła być prawda.
– Ma… małżeństwo? – wydusiłam, czując, jak brakuje mi tchu. – Panie, to się nie może udać!
Król wyciągnął z kieszeni zwitek pergaminu i rozłożył go przed nami. Zaczęłam czytać, czując narastającą panikę: „Wielki Baron Leopold Velaris ma zaszczyt zaprosić Państwa na uroczysty bal maskowy…” Głośno zaczerpnęłam powietrza. Zaproszenia były wystawione na nazwisko niejakiego hrabiego Firenzia i hrabiny Konstancji. Domyślałam się, w jaki sposób wpadły w ręce króla i co stało się z ich pierwotnymi właścicielami.
– Wyruszycie jutro – rzekł władca, wstając od stołu.
– Ale…
– Wierzę, że sprostacie wyzwaniu – przerwał mi. – Ta misja to dla was test. Udowodnijcie, że potraficie współpracować dla dobra Shelvany. To wszystko.
Po czym wyszedł z gabinetu.
– No, to czeka nas niezła przygoda, co… żono? – spytał Arius, szczerząc się do mnie bezwstydnie.
Stać mnie było jedynie na wymowne przewrócenie oczami.
Zrodzona ze zgliszczy
Copyright © Klaudia Błażejczyk-Mazik
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-795-8
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Grażyna Wesołowska | proAutor.pl
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
