Zostaw zapalone światło - Klaudia Świerczewska - ebook
NOWOŚĆ

Zostaw zapalone światło ebook

Klaudia Świerczewska

0,0

Opis

Ethan jest strażakiem, który każdego dnia ratuje innych, choć sam od dawna nie potrafi uratować siebie. Dwa lata temu stracił siostrę i od tamtej pory jego życie zatrzymało się w miejscu. W jego mieszkaniu światło nigdy nie gaśnie, bo Cassie nie lubiła ciemności. A on wciąż słyszy jej głos, widzi jej uśmiech i pozwala jej być częścią swojej codzienności. To jedyne, co trzyma go przy życiu.

Wszystko zmienia się, gdy na jego drodze pojawia się Maya, ciepła, spokojna bibliotekarka, która pachnie wanilią i przypomina mu, jak smakuje zwykłość. Jedno spotkanie prowadzi do kolejnych, a drobne gesty zaczynają kruszyć mur, który Ethan budował wokół siebie przez ostatnie lata. Po raz pierwszy od dawna pojawia się w nim coś więcej niż ból i poczucie winy.

Tylko że niektóre więzi sięgają głębiej niż śmierć. A granica między tym, co było, a tym, co jest, potrafi być niebezpiecznie cienka.

„Zostaw zapalone światło” to poruszająca nowelka romantasy o miłości, która nie kończy się wraz z odejściem, o żałobie, która potrafi przybrać nieoczywistą formę, i o nadziei, która pojawia się wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. 

Nowelka z Kolekcji cosy romantasy Inanny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 130

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zostaw zapalone światło

Klaudia Świerczewska

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

I

II

III

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

I

Budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści, chociaż dziś go nie potrzebowałem. Zapomniałem go wczoraj wyłączyć, zresztą i tak obudziłem się chwilę przed tym, jak się odezwał. Czyli standard. Uciszyłem go teraz i leżałem na plecach, wpatrując się w sufit, jakbym chciał policzyć wszystkie kropki czy pęknięcia nad głową. Wsłuchiwałem się w ciszę, która nie była ciężka, a kojąca. Nikt się nie odzywał, nikt mi nie przeszkadzał, telefon nie dzwonił.

Błogość.

– Wiesz, że jeśli jeszcze przez minutę będziesz się gapił w ten sufit, to w końcu on pierwszy się tobą znudzi? – usłyszałem głos Cassie. Nie drgnąłem, nie wystraszyłem się.

Nigdy tego nie robiłem.

Czekałem, aż to ona pierwsza się odezwie. Zawsze czekałem.

– Dzień dobry – powiedziałem, podnosząc się z łóżka. Dziewczyna siedziała na parapecie, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Miała na sobie czarne leginsy i mój stary sweter – ten, którego dawno już nie nosiłem, bo pachniał nią. Blond włosy opadały jej na twarz dokładnie tak jak kiedyś, gdy była jeszcze… tutaj.

– Zostawiłeś światło w kuchni – oznajmiła lekko oskarżycielskim tonem. – Znowu.

– Lubię, kiedy jest jasno.

– Kłamca. – Cassie się uśmiechnęła. – Rachunki za prąd cię zeżrą.

Wstałem z łóżka i przeszedłem do kuchni. Czajnik był zimny, ostatnio użyty wczoraj, blat czysty, a kubek stał dokładnie tam, gdzie zostawiłem go poprzedniego dnia. Wszystko na swoim miejscu.

Wlałem wodę do czajnika i włączyłem go. Sięgnąłem po kubek i nasypałem do niego kawy. Cassie zeskoczyła z parapetu i tym razem usiadła na blacie. Machała nogami, chociaż wiedziałem, że ich nie czuje.

– Nie musiałeś wstawać tak wcześnie. Dzisiaj masz nockę – stwierdziła dziewczyna. Znała mój grafik i rozkład dnia na pamięć.

– Wiem. Zapomniałem wyłączyć budzik.

– I zapomnisz zjeść. – Jej brwi wystrzeliły do góry.

– Zjem – obiecałem.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że kanapka o trzeciej nad ranem to nie jest posiłek?

– A czy ty przypadkiem nie jesteś moją młodszą siostrą? – spytałem, wlewając wodę do kubka, gdy się zagotowała.

– Owszem, jestem. Ale najwyraźniej trzeba się tobą zaopiekować – powiedziała, wpatrując się we mnie uważnie. – Zrób sobie śniadanie – dodała, mrużąc lekko błękitne oczy, by wyglądać na bardziej groźną. Zaśmiałem się cicho, bo uwielbiałem to poranne przekomarzanie się.

– Zrobię kanapki, mogą być? I patrz, jest prawie siódma. – Wskazałem na zegarek wiszący na ścianie i podszedłem do lodówki. Siostra uważnie mnie obserwowała, jakby chciała mieć pewność, że posłucham jej rady. – Zjem, wypiję kawę i pójdę się wykąpać. Trzeba skoczyć na jakieś zakupy, zaraz tylko światło zostanie w lodówce.

– Jak ostatnim razem, pamiętasz? – Cassie popatrzyła na mnie oskarżycielsko. Westchnąłem cicho, bo miała rację. Przez blisko tydzień lodówka była pusta, a ja odżywiałem się tym, co chłopaki znosili do remizy i wciskali mi niemal na siłę.

– Obiecuję, że to już się nigdy nie wydarzy – powiedziałem, wyciągając z lodówki wędlinę i ser.

– Ethan… – Cassie podeszła do mnie bezszelestnie i stanęła bardzo blisko, tym samym zmuszając mnie, bym na nią spojrzał. – Martwię się o ciebie, zrozum to w końcu. Pracujesz jako strażak, nie możesz się dekoncentrować albo być osłabiony z powodu niedożywienia czy niedosypiania.

– Wiem, siostrzyczko.

– Dlatego, marudzę i pilnuję, byś jadał i się wysypiał. I nie przeszkadzam ci podczas wyjazdów – dodała, a kącik jej ust lekko się uniósł. Zerknąłem na nią z czułością.

– Co ja bym bez ciebie zrobił?

– Nic dobrego – odparła, puszczając mi oczko. – A teraz szykuj te kanapki, zjadaj je i idź się kąpać. Jeszcze zakupy masz do zrobienia – przypomniała, żartobliwie grożąc mi palcem. Kłapnąłem zębami w jej kierunku, co skwitowała cichym śmiechem i zajęła swoje ulubione miejsce na blacie. Zgodnie z danym jej słowem przygotowałem śniadanie, po czym z kubkiem kawy i talerzem kanapek usiadłem przy stole. Cassie wpatrywała się we mnie z uśmiechem.

– Jak tam chłopaki w remizie? Dylan, Dustin, Aaron?

– Jakoś. Dustin planuje oświadczyć się swojej dziewczynie, stresuje się przy tym, jakby co najmniej już miał się z nią hajtać. Dylan właśnie zakończył związek, ale tam coś grubszego się odwaliło, nawet nie chciał za dużo mówić. Zaprosiłem go na piwo, powiedział, że przemyśli sprawę. A Aaron…

– Ale wiesz, że możesz ich tutaj zaprosić? Nic nie stoi na przeszkodzie – przerwała mi moja siostra, wbijając we mnie spojrzenie. Kiwnąłem głową.

– Tak, wiem.

– To dlaczego ich nie zapraszasz? – spytała. Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Chyba to dla mnie za wcześnie, by kogokolwiek tutaj sprowadzać.

– Daj spokój, braciszku. Powinieneś na nowo wyjść do ludzi, umówić się z kolegami po pracy, napić się albo nawet upić… Nie musisz robić za moją niańkę dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Muszę – wychrypiałem. – Gdybym wtedy zrobił to, o co mnie prosiłaś, i zostawił to cholerne zapalone światło…

– Ethan, stop. – Cassie przerwała mi gwałtownie. – Czasu nie cofniemy. Co było, to było i trzeba żyć dalej. Żyć, Ethan. Rozumiesz?

– Tak, rozumiem. Ale nie jest to łatwe, wierz mi.

– Co ty nie powiesz? Widzę to po tobie i naprawdę bardzo się martwię. Kiedyś byłeś bardzo rozrywkowy, nie mogłeś się opędzić od dziewczyn. A teraz mam wrażenie, że je odpychasz.

– Nie mam głowy do dziewczyn – skwitowałem i dopiłem swoją kawę. Brudne naczynia od razu włożyłem do zlewu. Cassie cały czas wpatrywała się we mnie uważnie.

– Idę się wykąpać. A potem skoczę po jakieś zakupy. Nie wiem, może po dzisiejszej nocy zaproszę któregoś z chłopaków do domu. Może Dylana? Opowie co i jak w tym swoim świeżo zakończonym związku.

– Zrób to – powiedziała Cassie, uśmiechając się do mnie delikatnie. – Małymi kroczkami, ale w końcu zaczniesz żyć.

Kiwnąłem głową, bo moje ściśnięte gardło nie pozwalało mi na więcej. Przeszedłem do łazienki i włączyłem wodę pod prysznicem. Para od razu wypełniła całe pomieszczenie, osiadając na mojej nagiej skórze, kiedy rozebrałem się do naga. Włączyłem losową playlistę i wszedłem pod strumień gorącej wody. Przymknąłem oczy, wzdychając cicho. Jak zawsze, gdy byłem sam, nawiedzały mnie obrazy i wspomnienia tego, co wydarzyło się przed laty. Powinienem był spotykać się z ludźmi, nie doprowadzać do samotności, ale nie potrafiłem. To była moja kara, pokuta za to, że nie dopilnowałem, nie zadbałem.

Nie zdążyłem.

Prysznic zajął mi kilkanaście minut, ale nie mogłem wyjść z łazienki z miną zbitego psa, bo Cassie od razu kręciłaby nosem, że znów się obwiniam. Ale nie umiałem inaczej, chociaż bardzo się starałem. Doprowadziłem się więc do porządku, by nie wkurzać jej bardziej, i w bokserkach wróciłem do kuchni. Moja siostra nie zmieniła swojego położenia, nadal siedziała na kuchennym blacie, wpatrując się w jeden punkt. Gdy odchrząknąłem, spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.

– Znowu przypakowałeś na siłowni. Jakbyś wyszedł na jakąś plażę czy coś, od razu miałbyś branie.

– Cassie, proszę cię. – Spojrzałem na nią z lekkim poirytowaniem, ale nie komentowałem sprawy dalej. Zamiast tego przeszedłem do sypialni, by wyciągnąć koszulkę i spodenki. Zapowiadał się upalny dzień.

– Długo cię nie będzie? – spytała, przekrzywiając lekko głowę.

– Nie wiem. Muszę zaliczyć sklep spożywczy i jakiś kosmetyczny. Skończył mi się żel pod prysznic…

– I do włosów, naczyń i silnika, słynne cztery w jednym dla mężczyzn. – Siostra ponownie weszła mi w słowo. Zaśmiałem się cicho, mając ochotę rzucić w nią ręcznikiem.

– To kobiety potrzebują tysięcy tubek do dbania o każdy milimetr ciała. My mężczyźni jesteśmy prości.

– Och tak, oczywiście. – Perlisty śmiech Cassie wypełnił kuchnię. Ubrałem się, wyciągnąwszy z szuflady jeszcze skarpetki, i przeszedłem na malutki korytarzyk. – Pamiętaj, żeby zgasić światło – przypomniała mi siostra, świdrując mnie nieco swoim spojrzeniem. Kiwnąłem głową, potwierdzając, że pamiętam o tym. Włożyłem buty, a potem z miski stojącej na szafce wyciągnąłem portfel i klucze od mieszkania.

– Na razie, mała – pożegnałem się z nią i wyszedłem na klatkę schodową.

– Światło! – zawołała za mną, ale ja udawałem, że jej nie słyszę. Potrzebowałem tego światła w domu.

Nawet wtedy, gdy byłem poza nim.

II

Zszedłem na dół, schowawszy dłonie do kieszeni spodni. Przed klatką zobaczyłem jednak młodą sąsiadkę z tego samego piętra, która niosła w obu rękach pełne reklamówki z zakupami. Przytrzymałem jej drzwi i czekałem, aż podejdzie bliżej. Na jej skroniach dostrzegłem strużki potu.

– O rany, dziękuję panu bardzo – wysapała, posyłając mi delikatny uśmiech. – Przesadziłam z dzisiejszymi zakupami. A jest tak gorąco… – Pokręciła głową.

– Właśnie widzę. Pomóc? – zaproponowałem, wskazując na jej zakupy, jednak zaprzeczyła.

– Nie, ale dziękuję. Wiem, że pan po pracy, nie śmiem dokładać dodatkowej roboty – powiedziała, puszczając mi oczko. Nim jakoś to skomentowałem, dziewczyna ruszyła schodami na górę. Stałem tak jeszcze chwilę, patrząc za nią, aż się zorientowałem, że nawet nie znam jej imienia. Zmarszczyłem brwi i dogoniłem ją jeszcze na półpiętrze.

– Dajmy spokój z tym panem – powiedziałem, przejmując od niej część zakupów. Dziewczyna zamrugała i uśmiechnęła się lekko.

– Dziękuję. Emm…

– Blisko – rzuciłem z uśmiechem. – Ethan.

– Maya. – Na policzkach sąsiadki pojawiły się delikatne rumieńce. Ruszyliśmy na górę. Widziałem, że pomimo wcześniejszego zapewnienia, że sobie poradzi, z ulgą przyjęła moją pomoc. Otworzyła drzwi swojego mieszkania i weszła tam pierwsza, ja zaraz za nią.

– Możesz zostawić zakupy w salonie – oznajmiła, wskazując pomieszczenie. Kiwnąłem głową i zrobiłem to, o co prosiła.

– I mamy wszystko – stwierdziłem wesoło.

– Dziękuję, naprawdę. Nie wiem, jak się odwdzięczę.

– Nie ma potrzeby – zaoponowałem od razu. – Sąsiedzi są od tego, żeby sobie pomagać.

– Cóż, gdybyś więc kiedyś potrzebował mojej pomocy, jestem do dyspozycji – powiedziała, wpatrując się we mnie swoimi zielonymi oczami. Gdy się uśmiechnęła, również posłałem w jej stronę uśmiech i kiwnąłem głową.

– Będę leciał, muszę skoczyć przed nocną zmianą do sklepu.

– Jasne, nie zatrzymuję. I jeszcze raz dziękuję.

Zaśmiałem się cicho, bo wyglądała na gotową do sprzeczki o konieczności dziękowania. Pożegnałem się z nią i zszedłem na dół, po czym ponownie wyszedłem z klatki. Pomyślałem, że Cassie byłaby dumna z pomocy sąsiadce. Niby nic niezwykłego, a jednak.

Spacer do sklepu był tym, czego w sumie potrzebowałem. W słuchawkach dudniła moja ulubiona muzyka, słońce przyjemnie grzało moje odkryte ramiona. Nie miałem daleko, ale chłonąłem okolicę wzrokiem. Uwielbiałem nasze miasto, Ashmere było sporo mniejsze niż wszystkie metropolie oddalone od nas o kilkanaście kilometrów i miało swój urok. Mnóstwo zieleni, miejsca dla dzieciaków do przeróżnych aktywności, a w samym centrum miasta remiza strażacka, mój drugi dom. Z oddali widziałem kilku swoich kolegów, którzy akurat myli naszą czerwoną bestię po ostatnim wyjeździe. Uśmiechnąłem się lekko, ciesząc się trochę, że mnie to omija, chociaż w tak upalny dzień hektolitry chłodnej wody mogłyby pomóc.

Wszedłem do małego marketu na końcu ulicy i złapałem metalowy koszyk. Tu na szczęście mogłem kupić wszystko, łącznie z żelem do kąpieli, dzięki czemu ominęła mnie wizyta w drogerii. Ładowałem do koszyka wędliny i ser, które najszybciej schodziły w domu, i jakąś mrożonkę, idealną na obiad. Dorzuciłem do tego jeszcze jakieś warzywa i udałem się na dział z kosmetykami. Nie przykładałem do tego zbyt dużej wagi do używanego żelu, więc chwyciłem pierwszy lepszy i dołączyłem go do reszty zakupów. Ostatnim punktem na liście było odwiedzenie działu z małymi artykułami przemysłowymi. Ruszyłem od razu do żarówek i wziąłem kilka opakowań, najpierw uważnie przeczytawszy, na jak długo miały wystarczyć. Nie musiały świecić jak reflektory, ale potrzebowałem, by były wydajne i nie przepalały się co chwilę. Wybrałem według mnie idealne, włożyłem je do koszyka i skierowałem się do kasy.

– No proszę, nasz ranny ptaszek – usłyszałem głos Dylana, który stanął za mną w kolejce do kasy. Zbiliśmy piątkę i uśmiechnąłem się lekko.

– Cześć, gnojku, co tam? Zakupy przed nocną zmianą?

– Taaa, kupiłem coś na obiad, żeby się nie głowić co, z czym i dlaczego. No i wodę, zapowiadają na dziś cholerny gorąc, nawet w nocy ma dochodzić do dwudziestu stopni.

– Szykuje się gorące lato – powiedziałem, dorzucając na taśmę paczkę miętowych gum do żucia.

– Prawda. A ty jak tam? Rany, na cholerę ci tyle żarówek? Wymieniasz w domu całe oświetlenie? – spytał, położywszy swoje zakupy za moimi i wskazując zaraz na kartony z żarówkami.

– Wiesz dobrze, że wolę być przygotowany na każdą ewentualność, a poza tym… kupowanie jednej żarówki jest nieopłacalne. A przepaliła mi się w sypialni. – To ostatnie wymyśliłem na poczekaniu, ale Dylan nie musiał o tym wiedzieć. Łyknął chyba moje małe kłamstwo, bo kiwnął głową ze zrozumieniem. Zapłaciłem za swoje zakupy i zaczekałem na niego. Opuściliśmy chłodne wnętrze supermarketu i ruszyliśmy w jednym kierunku, bo mój kumpel mieszkał niedaleko mnie.

– Jak tam się trzymasz? – zapytał Dylan, otwierając puszkę zimnego napoju. Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową.

– Ja? Stary, to pytanie powinno być skierowane do ciebie. To ty rozstałeś się z Megan, to ty na pewno jakoś to przeżywasz – powiedziałem, spoglądając na niego, ale przyjaciel wzruszył ramionami.

– No wiesz, było, minęło, łezka gdzieś tam się w oku zakręciła, ale to tyle.

– Chcesz o tym pogadać? Możemy się zgadać na jakieś piwo, jutro wieczorem – zaproponowałem, idąc za radą swojej młodszej siostry. Dylan od zawsze był mi bliski i czułem się trochę głupio z tym, że gdy przeżywał swoje miłosne rozterki, zabrakło mnie przy nim. Dylan uśmiechnął się lekko i przytaknął.

– Skoro tak stawiasz sprawę, to ogromnym grzechem byłoby odmówić.

Zaśmiałem się, kiwając głową.

– Och tak, zapomniałem. Bo ty taki wierzący jesteś i wystrzegasz się grzechu.

– Oczywiście – prychnął Dylan. – Niczym diabeł święconej wody.

Obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Rozstaliśmy się przed moim blokiem, rzucając, że oczywiście zobaczymy się w pracy. Patrzyłem jeszcze chwilę za Dylanem, aż zniknął za zakrętem, po czym wszedłem na klatkę. Chwilę później byłem już w domu.

– Wróciłem. Mam ci trochę do opowiedzenia – powiedziałem, kładąc torbę z zakupami na blacie kuchennym. Cassie uśmiechnęła się na mój widok. Delikatnie zsunęła się z parapetu w sypialni, na którym wcześniej siedziała, i podeszła do mnie.

– No to opowiadaj.

– No więc… spotkałem przed klatką schodową naszą sąsiadkę, ma na imię Maya. Sympatyczna, pomogłem jej z zakupami. Widzisz, jaki jestem grzeczny?

– Och, oczywiście – zaśmiała się Cassie, nie przestając mi się przyglądać. – I co dalej?

– Podziękowała mi, obiecała, że się odwdzięczy, ja ją zapewniłem, że nie trzeba… Takie tam. A w sklepie spotkałem Dylana, umówiliśmy się na piwo, na jutrzejszy wieczór.

– W porządku, zaczynasz robić jakieś postępy – pochwaliła mnie moja siostra. – A gdzie się spotkacie? Tutaj czy na mieście?

– Jeszcze tego nie doprecyzowaliśmy, pewnie zgadamy się na ten temat na dzisiejszej zmianie w remizie.

– Rozumiem. Ale to i tak naprawdę dużo. Trzymam za ciebie kciuki. – Cassie uniosła pięść, którą owijała kciuk. Zaśmiałem się cicho i wypakowałem zakupy. Cassie przyglądała im się z uwagą.

– O, super. Kolejne żarówki. Bo to nie tak, że masz ich pełną szufladę…

– Była promocja – mruknąłem.

– Jasne. Myślisz, że jeśli kupisz ich wystarczająco dużo, to noc przestanie istnieć?

– Może. – Kiwnąłem spokojnie głową, na co Cassie westchnęła.

– Przysięgam, że jeśli kiedyś zabraknie prądu w mieście, to będzie twoja wina.

– Och, już nie przesadzaj – powiedziałem, uśmiechając się do niej. – Kupiłem też ser i wędlinę, jakieś warzywa, żebyś nie mogła marudzić, że niezdrowo się odżywiam, ale że dzisiaj nie mam pomysłu na obiad, to kupiłem sobie mrożonkę: ryż z owocami morza i jarzynami.

– Jesteś niereformowalny.

Możliwe.

III

Posprzątałem po obiedzie i zgodnie z obietnicą przygotowałem sobie jedzenie na dzisiejszą służbę. Dom był cichy i spokojny. Zdążyłem wymienić wszystkie żarówki, słuchając dogryzania Cassie, które puszczałem mimo uszu. Sprawdziwszy dwa razy, czy na pewno mam telefon, ładowarkę, późną kolację i picie, podszedłem do drzwi. Zamknąłem torbę i przerzuciłem sobie przez ramię jej pasek, po czym sięgnąłem do włącznika, by zgasić światło… i zawahałem się. Cofnąłem rękę, wzdychając i przymykając oczy.

– Do rana – rzuciłem, pospiesznie wychodząc z mieszkania, by znów nie słyszeć marudzenia siostry o pozostawieniu włączonego światła. Zamknąłem drzwi na klucz i ruszyłem na dół, zaciskając palce na pasku od torby. Na klatce nie było nikogo, chociaż po zapachu detergentów mogłem odgadnąć, że ktoś zajął się dzisiaj sprzątaniem. Na szybach okiennych widniały smugi, gdzieniegdzie widać też było jeszcze niewielką kałużę z utrzymującymi się na powierzchni śladami po mydlinach. Wypadłem na zewnątrz i zaciągnąłem się zapachem świeżego, chłodnego powietrza, chociaż termometr nadal pokazywał ponad dwadzieścia stopni.

Od lat chodziłem do pracy tą samą drogą. Mijałem piekarnię i przystanek, machałem pani Smith, która wyprowadzała swojego Lucky’ego na wieczorny spacer. Wszystko zgrywało się jak w dobrze naoliwionej maszynie. Skręciłem w stronę remizy i mimowolnie się uśmiechnąłem. Uwielbiałem to miejsce.

Przywitały mnie czerwone drzwi garażu i biały napis nad nimi.

Może i budynek nie należał do nowych, w kilku miejscach popękał tynk, a farba straciła żywy kolor, ale dla nas, strażaków, to był drugi dom.

W ciepłym wnętrzu unosił się zapach kawy pomieszany z metalem ubrudzonym smarem. Mieszanka nie do podrobienia. Z garażu dobiegało ciche brzęczenie wentylacji. Jeden z wozów został już przygotowany i lśnił teraz pod jarzeniowym światłem.

– O, patrzcie, kto łaskawie zaszczycił nas swoją obecnością – odezwał się Dylan, siedzący na ławce przy szafkach. Jego usta rozciągały się w kpiącym uśmiechu. – Spóźniłeś się, a zwykle jesteś na czas. Już myślałem, że zmieniłeś branżę.

– Rozważam karierę influencera. Te miliony na kontach i piękne kobiety – odparłem, udając rozmarzenie, i zdjąłem kurtkę.

– Odpada, za mało się uśmiechasz – usłyszałem za plecami głos Aarona. W odpowiedzi pokazałem mu środkowy palec, co przyjaciele skomentowali wybuchem śmiechu.

Szafki stały w rzędzie pod ścianą, każda oznaczona nazwiskiem. Otworzyłem swoją i westchnąłem, widząc lekki bałagan. Wyciągnąłem koszulkę z logo jednostki i spodnie z odblaskowymi paskami, po czym przebrałem się szybko. Rękawice i kominiarkę zostawiłem w środku, obok wylądowały cywilne rzeczy. Dylan stanął obok mnie, poprawiając pasek od spodni.

– Chłopaki z porannej zmiany mieli spokój – powiedział. – A to znaczy, że na naszej zmianie coś pierdolnie.

– Nie kracz – mruknąłem. Ktoś za nami się zaśmiał, ale to nie nasza wymiana zdań go rozbawiła. Radio grało cicho, zagłuszane brzękiem kubków i talerzy. Na tablicy wisiał plan dyżurów, a pod nim przypięto zdjęcie sprzed kilku lat – cała ekipa ubrana w mundury, starająca się ukryć rozbawienie pod poważnymi minami.

– Wszystko sprawdzone do ewentualnego wyjazdu? – spytałem, a chłopaki kiwnęli głowami.

– Oczywiście, jak zawsze. Taka atrakcja cię ominęła. – Dylan się uśmiechnął.

– Tak jak poranne mycie wozów. – Odwzajemniłem uśmiech.

– Prawda, chłopaki tak się dzisiaj rano nudzili, że postanowili wymyć wszystkie wozy. Nawet w środku jest posprzątane. – Paul pokiwał głową z uznaniem.

– Przydadzą nam się czyste i sprawne wozy, jeśli krakanie Dylana się sprawdzi – stwierdziłem, na co kumpel zamrugał zdziwiony.

– Ej, nie zwalaj na mnie winy za ewentualne wezwanie!

– Przemyślę to, gdy takowe dostaniemy – droczyłem się.

– Spieprzaj. Kawy? – spytał Dylan, na co skinąłem głową i poszedłem z nim do socjala. Część chłopaków już miała zrobione napoje pełne kofeiny, więc ustąpili nam miejsca. Zająłem jedno z krzeseł przy stole i odetchnąłem, jednym uchem słuchając opowieści chłopaków stojących zaledwie parę metrów dalej. Dylan nasypał kawy do kubków i zalał ją wrzątkiem, a po chwili oba naczynia znalazły się na stole.

– Ty nie słodzisz – stwierdził Dylan, jak gdyby jeszcze chciał się upewnić, że w moim życiu nie zaszły tak radykalne zmiany. Pokręciłem głową i przysunąłem sobie jeden z kubków, a wtedy usłyszeliśmy krótki, ostry sygnał pagera. Potem drugi. I nagle rozległ się dźwięk syreny.

Kubki uderzyły o blat stołu, śmiech urwał się w połowie, a krzesła przesunęły się po podłodze z wyraźnym jękiem protestu.

– Mamy zgłoszenie – rzucił jeden z chłopaków. – Zadymienie w mieszkaniu, trzecie piętro.

– Dylan stawia dzisiaj pączki! – zawołałem, sięgając swoją kurtkę. Aaron zagwizdał z aprobatą, Dylan pomarudził pod nosem, ale wszyscy szybko zaczęli się ubierać. Na żarty nie było czasu. Wzięliśmy hełmy i kominiarki, zajęliśmy miejsca w samochodzie. Powietrze w garażu, które już i tak gęste od napięcia, zostało przecięte przez światło ostrzegawczych lamp, gdy brama zaczęła się podnosić. Dylan przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zawarczał nisko.

– Lecimy!

Wóz wyjechał z garażu przy akompaniamencie wyjącej na dachu syreny. Złapałem rączkę przymocowaną nad szybą, siedząc z przodu na miejscu pasażera. To nie miała być spokojna jazda, tylko pędzenie na wysokich obrotach i cicha modlitwa tych, którzy nadal wierzyli w Boga. Czułem, jak dłonie zaczynają mi się pocić, gdy analizowałem powód zgłoszenia.

Zadymienie.

Nie ogień.

Dym.

Serce zabiło mi mocniej, jakby chciało mi wyskoczyć z piersi, miażdżąc wcześniej każde z żeber. Przymknąłem na chwilę oczy, starając się oddychać równo, tak jak nas uczyli. Powolne wdechy i wydechy, na tyle ciche, by nikogo z kolegów nie zaalarmować. Czułem jednak na sobie pojedyncze, jednosekundowe spojrzenia Dylana, który zerkał na mnie podczas jazdy.

Na miejscu panowało małe zamieszanie. Kilka osób stało przed kamienicą, wskazując palcami w różnych kierunkach, ktoś inny machał rękami, ktoś krzyczał, że w środku może być starsza kobieta, a jeszcze inna osoba mianowała się szefem i kierowała ruchem na parkingu. Dym wylewał się z uchylonego okna na trzecim piętrze – szary, gęsty i duszący.

Dylan jeszcze nie zdążył dobrze zaparkować, a dowódca wyskoczył z samochodu.

– Ethan, za mną! – usłyszałem jego krzyk i natychmiast odpiąłem pasy. Założyłem maskę, sprawdziłem zawór, by samemu nie paść na wejściu do mieszkania. Gdy włączyłem aparat, powietrze syknęło cicho, dając znak, że wszystko jest w porządku. Razem z Adamem pobiegliśmy do środka.

Schody były wąskie, omal nie ześlizgnęliśmy się z nich, wbiegając na górę. Ktoś odciął prąd na klatce schodowej, więc było zupełnie ciemno, co dodatkowo ograniczało nam widoczność. Oddychałem spokojnie, nie dopuszczając do siebie żadnych wspomnień. Musiałem myśleć o zadaniu. Adam nacisnął klamkę felernego mieszkania, a gdy ta nie ustąpiła, uderzył w nią mocno ramieniem.

Raz.

Drugi.

Przy trzecim natarciu drzwi otworzyły się z hukiem. Całe mieszkanie wypełniał dym, którego źródło znaleźliśmy w kuchni.

– Przypalona patelnia – skomentował Adam, wrzucając rzeczony przedmiot do pustego zlewu. Ogień już dogasał, zostawiając po sobie gryzący zapach spalenizny i czarne ślady nad kuchenką. Kiwnąłem głową do dowódcy i przeszedłem do salonu, gdzie leżała starsza kobieta. Przyciskała do ust i nosa czystą ściereczkę, kaszląc w nią.

– Przyślijcie tu zespół ratunkowy – powiedziałem do radia, a koledzy, którzy zostali na dole, potwierdzili, że mnie usłyszeli. Przyłożyłem palce do nadgarstka kobiety, mierząc jej puls, a w tym czasie Adam i Dylan, który do nas dołączył, otwierali okna, by maksymalnie wywietrzyć mieszkanie.

– Słyszy mnie pani? – spytałem, lekko krzywiąc się na mój zniekształcony przez maskę głos. Kobieta skinęła głową, a wtedy podszedł do nas mój przyjaciel. Uklęknął obok i szybko zdjął z ramienia zapasową maskę.

– Założę pani to na chwilę, dobrze? Proszę oddychać powoli.

Powietrze syknęło cicho, kiedy podłączył przewód. Starsza pani zrobiła głęboki oddech i kaszel powoli zaczął ustępować.

– Zaraz pomożemy pani wyjść na świeże powietrze – powiedziałem, obserwując kobietę. Musieliśmy mieć pewność, że da radę przejść te parę metrów. Po złapaniu kilku oddechów znów kiwnęła głową, dając nam znak, że możemy spróbować ją wyprowadzić. Razem z Dylanem pomogliśmy jej wstać i asekurując ją po obu stronach, opuściliśmy mieszkanie. Spojrzałem jeszcze przez ramię na dowódcę, który uważnie obejrzał miejsce wezwania. Zdążyliśmy pokonać kilka stopni, kiedy usłyszałem za plecami jego kroki. Dylan cały czas przypominał poszkodowanej o oddechu i parę minut później wyszliśmy z nią przed klatkę. Wraz z przyjacielem odprowadziłem ją do karetki i pomogliśmy jej usiąść. Dopiero wtedy wszyscy ściągnęliśmy maski, by złapać hausty świeżego powietrza.

– Dziękuję… panom bardzo… – W oczach kobiety błyszczały łzy. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.

– Nie ma pani za co dziękować. Od tego jesteśmy – powiedziałem i spojrzałem na ratowników medycznych. Ci podziękowali nam cicho i zajęli się poszkodowaną. Dylan poklepał mnie po plecach i odeszliśmy w kierunku naszego wozu. Dowódca już tam stał i zbierał sprzęt. Spojrzał na nas dwóch z uznaniem i kiwnął głową.

– Dobra robota, panowie. Opanowanie i szybkość na najwyższym poziomie.

– Dzięki – powiedzieliśmy jednocześnie, lekko się uśmiechając.

– Jak tam stary, żyjesz? – spytał Dylan, gdy odeszliśmy kawałek od wozu. Przytaknąłem.

– Jasne. Co to dla nas?

Copyright

Zostaw zapalone światło

Copyright © Klaudia Świerczewska

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-670-8

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl