Zorza polarna - Nora Roberts - ebook

Zorza polarna ebook

Nora Roberts

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Na końcu świata można zacząć od nowa… albo odkryć to, co miało pozostać ukryte.

Po tragedii na ulicach Baltimore – śmierci partnera, której nie potrafi sobie wybaczyć – Nate Burke przyjmuje posadę szefa policji w niewielkim, odciętym od świata miasteczku Lunacy na krańcu Alaski. Początkowo jego praca sprowadza się do drobnych interwencji – kolizji z udziałem łosia czy sąsiedzkich sprzeczek. I gdy Nate zaczyna się zastanawiać, czy nie popełnił błędu, przenosząc się tutaj, niespodziewany sylwestrowy pocałunek pod rozświetlonym zorzą niebem sprawia, że postanawia zostać jeszcze trochę.

Z kolei Meg Galloway całe życie spędziła w Lunacy i doskonale zna smak samotności. Od kiedy jej ojciec zniknął bez śladu, nauczyła się polegać wyłącznie na sobie. Jednak po spotkaniu z nowym szefem policji pozwala sobie na chwilę bliskości, choć nie zamierza komplikować swojego życia. W mężczyźnie jest jednak coś szczególnego, co powoli przełamuje jej dystans…

Tymczasem Nate dowiaduje się, że przed laty w pobliskich górach doszło do zbrodni, której nigdy nie rozwiązano. Policjant nabiera przekonania, że sprawca wciąż może być na wolności. A to, co odkryje, może zniszczyć wszystko, co udało mu się tu odbudować – w tym również uczucie, które dopiero zaczyna kiełkować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 651

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Nor­thern Lights

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Elż­bieta Żuk Korekta: Marianna Filip­kow­ska, Rado­miła Wój­cik

Copy­ri­ght © 2004 by Nora Roberts All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Bożena Krzy­ża­now­ska, 2005

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-77-4

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla kocha­nego Logana, syna mojego syna.

Życie będzie dla Cie­bie skrzy­nią skar­bów,

pełną śmie­chu, cie­ka­wych przy­gód,

wspa­nia­łych odkryć i magicz­nych chwil.

A przez wszyst­kie te klej­noty będzie prze­ni­kał

spo­kojny blask miło­ści.

Ciemność

Skończ to, miła pani.

Dzień jasny minął i dążymy w mroki.

WIL­LIAM SZEK­SPIR (przeł. Maciej Słom­czyń­ski)

O ciemno, ciemno, choć blask połu­dniowy.

Ni­gdy nowego dnia już nie zoba­czę,

Noc czarna, wieczna noc mnie oto­czyła

I ni­gdy już się nie zmieni!

JOHN MIL­TON (przeł. Wła­dy­sław Bart­kie­wicz)

Prolog

Zapi­ski z wyprawy, 12 lutego 1988 r.

W samo połu­dnie wylą­do­wa­li­śmy na Sun Gla­cier. Pod­czas lotu pozby­łem się fran­co­wa­tego kaca, a roz­ta­cza­jące się wokół widoki przy­wo­łały mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Niebo czy­ste, błę­kitne jak krysz­tał. Tego typu błę­kit wci­skają na wido­kówki, a chcąc jesz­cze bar­dziej sku­sić tury­stów, dodają deli­katną mgiełkę wokół zim­nego, bia­łego słońca. Zakła­dam, że to dobry znak i rze­czy­wi­ście powi­nie­nem wybrać się na wspi­naczkę. Wiatr wieje z pręd­ko­ścią około dzie­się­ciu węzłów, bal­sa­miczne powie­trze może mieć około dwu­dzie­stu stopni poni­żej zera. Lodo­wiec jest sze­roki jak dupa Kur­wia­stej Kate i zimny jak jej serce.

Muszę przy­znać, że Kate ład­nie nas wczo­raj poże­gnała. Nawet dała nam coś, co można by nazwać gru­pową zniżką.

Nie mam poję­cia, co my tu, do dia­bła, robimy, cho­ciaż z dru­giej strony każdy czło­wiek musi gdzieś być i coś robić. Zimowa wspi­naczka na No Name jest tak samo dobra jak wszystko inne, a może nawet lep­sza.

Męż­czy­zna musi od czasu do czasu wybrać się na tygo­dniową wyprawę w poszu­ki­wa­niu przy­gód, jed­nak pod warun­kiem, że owe przy­gody nie mają nic wspól­nego z alko­ho­lem i roz­wią­złymi kobie­tami. Jakże ina­czej można doce­niać alko­hol i kobiety, jeśli cza­sem się od nich nie uciek­nie?

Fakt, że spo­tka­łem dwóch rów­nie narwa­nych jak ja kum­pli, nie tylko przy­niósł mi szczę­ście w kar­tach, ale rów­nież znacz­nie popra­wił mi nastrój. Nie­wiele rze­czy działa na mnie tak odpy­cha­jąco jak nor­malna robota za dniówkę, czyli zwy­czajny kie­rat typo­wych wołów robo­czych, ale muszę przy­znać, że pewna pani umie pocią­gnąć za odpo­wied­nie sznurki.

Nie­ocze­ki­wa­nie wpa­dło mi w ręce nieco gotówki, co powinno usa­tys­fak­cjo­no­wać moje dziew­czyny, uwa­żam więc, że teraz mam prawo urzą­dzić sobie kil­ku­dniową wyprawę z kum­plami, zro­bić coś tylko dla sie­bie.

Muszę sobie przy­po­mnieć, że wciąż jesz­cze żyję, a czyż jest lep­szy spo­sób na to niż zma­ga­nie się z naturą i bez­sen­sowne ryzy­ko­wa­nie życia albo koń­czyn w towa­rzy­stwie innych męż­czyzn? W dodatku robie­nie tego z czy­stej głu­poty, nie za pie­nią­dze, nie z obo­wiązku i nie dla­tego, że jakaś kobieta koniecz­nie chce spraw­dzić, czy aby na pewno jestem face­tem z jajami, świad­czy o tym, że jesz­cze tli się we mnie jakaś iskierka.

Na Ala­sce robi się coraz tłocz­niej. Drogi bie­gną tam, gdzie nie­gdyś w ogóle ich nie było, ludzie miesz­kają na bez­lud­nych dotych­czas tere­nach. Kiedy przy­je­cha­łem tu po raz pierw­szy, zalud­nie­nie było znacz­nie mniej­sze, a cho­lerni sta­nowi nie wty­kali nosa w nie swoje sprawy.

Jakieś zezwo­le­nie na wspi­naczkę? Na wędrówkę po górach? Chrza­nić zezwo­le­nie i chrza­nić sta­no­wych, ich prze­pisy i papierki! Góry stały tu wcze­śniej, nim pie­przeni biu­ro­kraci wymy­ślili, w jaki spo­sób zbić na nich mają­tek. I będą stały na­dal, gdy urzęd­nicy powę­drują do pie­kła.

Tym­cza­sem jestem tutaj, na ziemi, która nie należy do nikogo. Święta zie­mia nie może do nikogo nale­żeć.

Gdyby tylko ist­niał jakiś spo­sób, żeby można było zamiesz­kać na tej górze, roz­bił­bym na niej namiot i ni­gdy nie scho­dził w dolinę. Nie­stety, nie­za­leż­nie od tego, czy ktoś uważa tę zie­mię za świętą, czy nie, jest w sta­nie zabić czło­wieka, co wię­cej, potrafi zro­bić to bez­li­to­śnie i o wiele szyb­ciej niż naj­bar­dziej dokucz­liwa żona.

Posta­no­wi­łem więc spę­dzić tu tydzień w towa­rzy­stwie męż­czyzn, któ­rzy myślą podob­nie jak ja, wspi­na­jąc się na szczyt, który nie ma nazwy i wznosi się nad mia­stecz­kiem, nad rzeką i jezio­rami, na gra­nicy, którą wymy­ślili urzęd­nicy. Wyzna­czyli ją na ziemi, która drwi z ich mizer­nych prób ujarz­mie­nia i zacho­wa­nia w nie­na­ru­szo­nym sta­nie.

Ala­ska nie należy do nikogo, sama sobie jest panią, nie­za­leż­nie od tego, ile pojawi się na niej dróg, zna­ków i prze­pi­sów. To ostat­nia z dzi­kich kobiet i Bóg ją za to kocha. Ja też.

Nim zdą­ży­li­śmy zało­żyć bazę, słońce scho­wało się za maje­sta­tycz­nymi szczy­tami, a my zanu­rzy­li­śmy się w typowo zimo­wej ciem­no­ści. Stło­czeni w namio­cie, naje­dli­śmy się do syta, wypa­li­li­śmy trawkę i poga­da­li­śmy o jutrze.

Jutro czeka nas wspi­naczka.

1

W dro­dze do Lunacy, 28 grud­nia 2004 r.

Igna­tious Burke leciał mię­dzy ośnie­żo­nymi zbo­czami gór w stronę mia­steczka zwa­nego Lunacy. Tkwił uwię­ziony w trzę­są­cej się puszce na zupę, bez­tro­sko nazy­wa­nej przez nie­któ­rych samo­lo­tem, a za skutą lodem szybą dmu­chał lodo­waty wiatr. W takich oto warun­kach doznał nagle olśnie­nia.

Wcale nie był tak przy­go­to­wany na śmierć, jak mu się wyda­wało.

Była to potworna myśl, zwłasz­cza że jego los spo­czy­wał w rękach obcego czło­wieka, który miał na sobie kanar­ko­wo­żółtą, wato­waną kurtkę i nie­mal cał­ko­wi­cie ukry­wał twarz w fał­dach pomarsz­czo­nej skóry.

Na lot­ni­sku w Ancho­rage spra­wiał wra­że­nie dobrego pilota, ale pew­nie tylko dla­tego, że naj­pierw ser­decz­nie uści­snął dłoń Nate’a, a dopiero potem wska­zał kciu­kiem puszkę na zupę ze śmi­głami.

– Mów mi Palant – zapro­po­no­wał.

Wtedy Nate po raz pierw­szy poważ­nie się zanie­po­koił.

Co za idiota wsiada do fru­wa­ją­cej puszki, którą pilo­tuje facet zwany Palan­tem?

Nie­stety, o tej porze roku jedy­nym pew­nym spo­so­bem dosta­nia się do Lunacy był samo­lot. Tak przy­naj­mniej twier­dziła pani bur­mistrz Hopp, kiedy Nate oma­wiał z nią szcze­góły podróży.

Samo­lot ostro skrę­cił w prawo. Czu­jąc ucisk w żołądku, Nate zaczął się zasta­na­wiać, jak pani bur­mistrz Hopp rozu­mie słowo „pewny”.

W końcu doszedł do wnio­sku, że to i tak nie ma więk­szego zna­cze­nia. Życie lub śmierć – czymże to jest wobec wiecz­no­ści? Kiedy w Bal­ti­more-Washing­ton wcho­dził na pokład ogrom­nego odrzu­towca, uznał, że tak czy ina­czej jego życie powoli dobiega kresu.

Poli­cyjny psy­cho­ana­li­tyk radził Nate’owi, żeby nie podej­mo­wał waż­nych decy­zji, póki nie pokona depre­sji, mimo to bez żad­nego kon­kret­nego powodu zło­żył poda­nie o sta­no­wi­sko komi­sa­rza poli­cji w Lunacy. O wybo­rze zade­cy­do­wał fakt, że nazwa miej­sco­wo­ści wydała mu się jak naj­bar­dziej odpo­wied­nia. W końcu „lunacy” to sza­leń­stwo, obłęd.

Przyj­mu­jąc sta­no­wi­sko, jedy­nie wzru­szył ramio­nami w geście, który mówił: „A kto by się tym przej­mo­wał”.

Teraz jed­nak, wal­cząc z mdło­ściami i drżąc z powodu nagłego olśnie­nia, Nate zdał sobie sprawę, że nie tyle mar­twi go sama śmierć, co spo­sób, w jaki mógłby zgi­nąć. Po pro­stu nie chciał roz­sta­wać się z tym świa­tem, paku­jąc się w pie­przo­nym mroku w zbo­cze góry.

Gdyby został w Bal­ti­more, słu­chał rad psy­cho­ana­li­tyka i zwierzch­ni­ków, mógłby przy­naj­mniej wyko­ny­wać swoje obo­wiązki. To nie byłoby wcale takie straszne.

Prawda wyglą­dała tak, że w któ­rymś momen­cie po pro­stu go ponio­sło i oddał legi­ty­ma­cję. Być może nie spa­lił za sobą mostów, ale z pew­no­ścią je pod­pa­lił, a teraz skoń­czy mar­nie jako krwawa plama gdzieś w górach Ala­ski.

– Tam zawsze tro­chę tele­pie – wyja­śnił Palant z typowo tek­sa­skim akcen­tem.

Nate prze­łknął klu­chę, która utkwiła mu w gar­dle.

– Ale tu jest lepiej.

Palant uśmiech­nął się i puścił do Nate’a per­skie oko.

– To był pikuś. Powi­nien pan zoba­czyć, co się dzieje przy czo­ło­wym wie­trze.

– Dzię­kuję, nie sko­rzy­stam. Ile drogi nam jesz­cze zostało?

– Nie­dużo.

Samo­lo­cik pod­ska­ki­wał i drżał. Nate pod­dał się i zamknął oczy. Modlił się, żeby przed nie­zbyt dostojną śmier­cią wcze­śniej nie obrzy­gać sobie butów.

Ni­gdy wię­cej nie wsią­dzie do samo­lotu. Jeśli prze­żyje, wyje­dzie z Ala­ski… albo opu­ści ją na pie­chotę… lub wypeł­znie. Na pewno już ni­gdy nie wzbije się w powie­trze.

Samo­lot gwał­tow­nie zanur­ko­wał. Nate mimo woli otwo­rzył oczy. Przez przed­nią szybę ujrzał efekt wspa­nia­łego zwy­cię­stwa słońca nad mro­kiem, zdu­mie­wa­jącą jasność, która zabar­wiła niebo na per­łowo, a świat w dole pokryła bia­łymi i błę­kit­nymi smu­gami, gwał­tow­nymi wznie­sie­niami, lśnią­cymi sku­pi­skami pokry­tych lodem jezior i dłu­gimi rzę­dami obsy­pa­nych śnie­giem drzew.

Na wscho­dzie widać było giganta, któ­rego miej­scowi nazy­wają Denali albo po pro­stu Góra. Cho­ciaż Nate spraw­dził w prze­wod­ni­kach tylko naj­waż­niej­sze rze­czy na temat Ala­ski, dowie­dział się, że jedy­nie przy­by­sze z zewnątrz nazy­wają ją McKin­ley.

Przy­glą­da­jąc się jej z samo­lotu, uznał, że jest zbyt ogromna, by mogła być realna. Gdy pro­mie­nie słońca roz­prze­strze­niły się po błę­kit­nym nie­bie niczym boże palce, wszę­dzie się poja­wiły cie­nie, nie­bieskie plamy na bia­łym tle.

Coś drgnęło w sercu Nate’a. Na chwilę zapo­mniał o pod­cho­dzą­cym do gar­dła żołądku, cią­głym war­ko­cie sil­nika, nawet o prze­ni­kli­wym chło­dzie, który pano­wał we wnę­trzu samo­lotu.

– Jest ogromna, no nie?

– Taak. – Nate ode­tchnął głę­boko. – Rze­czy­wi­ście jest ogromna.

Cho­ciaż skie­ro­wali się na zachód, ani na chwilę nie stra­cili z oczu potęż­nego szczytu. Teraz Nate zauwa­żył, że to, co wcze­śniej uznał za pokrytą lodem drogę, było wijącą się, zamar­z­niętą rzeką. Nad jej brze­gami stały domy i zabu­do­wa­nia, auta i cię­ża­rówki.

Miał wra­że­nie, że wła­śnie zna­lazł się w zamar­z­nię­tej, śnież­nej kra­inie, którą trzeba potrzą­snąć, żeby obu­dzić ją do życia, kra­inie, gdzie wszystko jest białe, nie­ru­chome i pogrą­żone w ocze­ki­wa­niu.

Nagle coś stuk­nęło o pod­łogę.

– Co to?

– Pod­wo­zie. To Lunacy.

Samo­lot tak gwał­tow­nie obni­żył lot, że Nate kur­czowo chwy­cił się sie­dze­nia i zaparł się nogami.

– Co takiego? Lądu­jemy? Gdzie?

– Na rzece. O tej porze roku jest cał­ko­wi­cie zamar­z­nięta. Nie ma się czym mar­twić.

– Ale…

– Lądu­jemy na pło­zach.

– Takich więk­szych nar­tach?

Nate nagle sobie przy­po­mniał, że nie­na­wi­dzi spor­tów zimo­wych.

– Nie lep­sze byłyby łyżwy?

Palant wybuch­nął grom­kim śmie­chem. Samo­lot dotknął lodu.

– To byłoby straszne gówno. Samo­lot na łyż­wach! Kre­tyń­ski pomysł.

Samo­lot pod­sko­czył, prze­śli­zgnął się kawa­łek, po czym z wdzię­kiem zatrzy­mał się na środku rzeki. Palant wyłą­czył sil­niki. W nagłej ciszy Nate usły­szał bicie wła­snego serca.

– Nie­za­leż­nie od tego, ile by panu zapła­cili, zawsze będzie to za mało – wydu­kał Nate. – Nie ma szans, żeby mogli zapła­cić panu tyle, ile powinni.

– Do dia­bła, tam! – Palant pokle­pał Nate’a po ramie­niu. – Nie cho­dzi o pie­nią­dze. Witamy w Lunacy, panie komen­dan­cie.

– Cie­szę się, że tu jestem.

Nate zre­zy­gno­wał z poca­ło­wa­nia ziemi. Oba­wiał się, że nie tylko wyglą­da­łoby to śmiesz­nie, ale na doda­tek mógłby do niej przy­mar­z­nąć. Wysta­wił zdrę­twiałe nogi z samo­lotu i modlił się, żeby zechciały go donieść do jakie­goś cie­płego, spo­koj­nego i w miarę nor­mal­nego miej­sca.

Na razie musiał się sku­pić na poko­na­niu spo­rego kawałka lodu bez poła­ma­nia sobie nóg lub skrę­ce­nia karku.

– Niech się pan nie mar­twi, panie komen­dan­cie, o swój bagaż! – zawo­łał Palant. – Zaraz go przy­niosę.

– Dzięki.

Nate z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę. W pew­nej chwili zauwa­żył, że ktoś stoi na brzegu. Osoba ta miała na sobie brą­zową kurtkę z kap­tu­rem obszy­tym czar­nym futer­kiem. Nie­cier­pli­wie paliła papie­rosa, wypusz­cza­jąc co chwila nie­wiel­kie obłoczki dymu. Trak­tu­jąc ją jako dro­go­wskaz, Nate wędro­wał po lodzie, sta­ra­jąc się zacho­wać resztki god­no­ści.

– Igna­tious Burke?

Głos był zachryp­nięty, wyraź­nie nale­żał do kobiety i uno­sił się w powie­trzu wraz z obło­kami dymu. Nate po raz ostatni pośli­zgnął się, odzy­skał rów­no­wagę i z biją­cym ser­cem wyszedł na brzeg.

– Ana­sta­sia Hopp – przed­sta­wiła się.

Wycią­gnęła rękę i nie zdej­mu­jąc ręka­wiczki, jakimś cudem uści­snęła mu dłoń.

– Tro­chę pan zzie­le­niał. Palan­cie, czyż­byś po dro­dze pró­bo­wał zaba­wiać naszego nowego komen­danta?

– Nie, psze pani, ale tro­chę wiało.

– Zawsze wieje. Widzę, że jest pan przy­stojny. Nawet gdy ma pan nud­no­ści. Pro­szę, to panu pomoże.

Wyjęła z kie­szeni srebrną pier­siówkę i wci­snęła mu ją do ręki.

– Eee…

– Niech się pan nie wzbra­nia. Jesz­cze nie jest pan na służ­bie. Odro­bina brandy na pewno nie zaszko­dzi.

Nate w głębi duszy zgo­dził się z panią bur­mistrz, odkrę­cił więc butelkę i pocią­gnął z niej spory łyk. Natych­miast poczuł, jak płynny ogień spływa mu pro­sto do żołądka.

– Dzięki.

– Pokażę panu pokój w Lodge, gdzie będzie pan mógł nieco odsap­nąć.

Pro­wa­dziła Nate’a wydep­taną ścieżką.

– Póź­niej, gdy prze­sta­nie się panu krę­cić w gło­wie, opro­wa­dzę pana po mia­steczku. Kawał drogi z Bal­ti­more.

– Taak, spory kawał.

Wszystko wyglą­dało jak na pla­nie fil­mo­wym. Zie­lone i białe drzewa, rzeka, śnieg, budynki z drew­nia­nych bali, dym uno­szący się kłę­bami z komi­nów i rur. Wszystko senne i roz­ma­zane. W tym momen­cie Nate zdał sobie sprawę, że widzi świat w ten spo­sób nie tylko z powodu mdło­ści, ale i wyczer­pa­nia. Pod­czas podróży samo­lo­tem w ogóle nie spał. Obli­czył, że po raz ostatni znaj­do­wał się w pozy­cji hory­zon­tal­nej nie­mal dwa­dzie­ścia cztery godziny temu.

– Piękny, jasny dzień – powie­działa. – Góry w peł­nej kra­sie… Takie obrazki przy­cią­gają do nas tury­stów.

Rze­czy­wi­ście widok przy­po­mi­nał kartkę pocz­tową, może dla­tego tro­chę przy­tła­czał. Nate czuł się tak, jakby nagle zna­lazł się na pla­nie fil­mo­wym… albo w czy­imś śnie.

– Widzę, że odpo­wied­nio się pan ubrał. – Mówiąc to, zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów. – Wielu przy­by­szów z oko­lic poło­żo­nych poni­żej czter­dzie­stego ósmego rów­no­leż­nika poja­wia się tu w ele­ganc­kich płasz­czach i bot­kach. Potem odmra­żają sobie tyłki.

Wszystko, co miał na sobie, łącz­nie z grubą bie­li­zną i zawar­to­ścią wali­zek, zamó­wił bez­po­śred­nio u Eddiego Bau­era zgod­nie z suge­stiami i listą, które Hopp prze­ka­zała mu pocztą elek­tro­niczną.

– Bar­dzo dokład­nie napi­sała mi pani, czego mogę się tu spo­dzie­wać.

Przy­tak­nęła.

– Bar­dzo dokład­nie napi­sa­łam rów­nież, czego my się spo­dzie­wamy. Nie zawiedź mnie, Igna­tio­usie.

– Nate. Nie mam zamiaru, pro­szę pani.

– Mów mi Hopp. Wszy­scy tak mnie tu nazy­wają.

Weszła na długą drew­nianą werandę.

– To Lodge. Hotel, bar, restau­ra­cja, cen­trum życia towa­rzy­skiego. W ramach two­jego wyna­gro­dze­nia wyna­ję­li­śmy ci tu pokój. Jeśli będziesz chciał zamiesz­kać gdzie indziej, masz wolną rękę. Wła­ści­cielką Lodge jest Char­lene Hidel. Podaje dobre posiłki i dba o czy­stość. Zaj­mie się tobą. Spró­buje rów­nież dorwać się do two­ich por­tek.

– Słu­cham?

– Jesteś przy­stoj­nym męż­czy­zną, a Char­lene ma sła­bość do męż­czyzn. Jest dla cie­bie nieco za stara, cho­ciaż z pew­no­ścią wcale tak nie uważa. Sam zade­cy­du­jesz, czy jej ulec, czy nie. Wszystko w two­ich rękach.

Kiedy się uśmiech­nęła, Nate dostrzegł pod kap­tu­rem okrą­głą jak jabłko, rumianą twarz. Hopp miała błysz­czące, orze­cho­wo­brą­zowe oczy, wąskie, duże usta o ruchli­wych kąci­kach.

– Jak na całej Ala­sce, tak i tutaj mamy sporą nad­wyżkę męż­czyzn, ale to wcale nie ozna­cza, że wkrótce wokół cie­bie nie zacznie krą­żyć sporo kobiet. Jesteś świe­żym kąskiem i wiele z nich będzie miało ochotę spraw­dzić, do czego się nada­jesz. W wol­nym cza­sie możesz robić, co zechcesz, Igna­tio­usie. Tylko nie uga­niaj się za dziew­czy­nami, gdy będziesz na służ­bie.

– Zapi­szę to sobie.

Jej śmiech zabrzmiał jak klak­son. Były to dwa krót­kie wybu­chy. Chcąc je pod­kre­ślić, pokle­pała go po ramie­niu.

– Może powi­nie­neś…

Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyła drzwi i wpro­wa­dziła Nate’a do cudow­nie cie­płego pomiesz­cze­nia.

Poczuł zapach dymu, kawy, sma­żo­nej cebuli i dam­skich per­fum typu „prze­leć mnie”.

Prze­stronne pomiesz­cze­nie tylko sym­bo­licz­nie podzie­lone zostało na restau­ra­cję z pię­cioma bok­sami oraz kil­koma sto­li­kami i bar. Przy barze stał rzą­dek wyso­kich krze­seł z czer­wo­nymi, wytar­tymi przez lata sie­dze­niami.

Z pra­wej strony, w spo­rej niszy, Nate zoba­czył ogromny stół bilar­dowy i poły­sku­jące świa­tła szafy gra­ją­cej.

Na prawo od niej znaj­do­wało się coś, co przy­po­mi­nało lobby. Stało tam biurko, a w szafce z prze­gród­kami leżały klu­cze i kilka kopert.

W kominku pło­nęły polana, a fron­towe okna zostały zamon­to­wane pod pew­nym kątem, żeby lepiej było widać zachwy­ca­jącą pano­ramę gór.

Obsłu­gu­jąca gości kel­nerka była w ciąży. Czarne, lśniące włosy splo­tła w długi war­kocz. Na widok jej zachwy­ca­jąco pięk­nej twa­rzy Nate zamru­gał powie­kami. Miał przed sobą ala­skij­ską wer­sję Madonny o łagod­nych, ciem­nych oczach i zło­ci­stej skó­rze.

Nale­wała kawę dwóm klien­tom, któ­rzy oku­po­wali jeden z bok­sów. Przy sąsied­nim sto­liku sie­dział mniej wię­cej czte­ro­letni chło­piec. Kolo­ro­wał rysunki w ksią­żeczce. Miej­sce przy barze zaj­mo­wał męż­czy­zna w twe­edo­wej mary­narce. Palił papie­rosa i czy­tał znisz­czony egzem­plarz Ulis­sesa.

W głębi lokalu widać było jakie­goś męż­czy­znę z brą­zową brodą, która opa­dała mu na klatkę pier­siową i na wybla­kłą fla­ne­lową koszulę w kratkę. Spra­wiał wra­że­nie, jakby toczył pełną zło­ści dys­putę z samym sobą.

Wszyst­kie głowy odwró­ciły się w stronę wcho­dzą­cych. Gło­śno powi­tano Hopp, która zrzu­ciła kap­tur, odsła­nia­jąc gęste, szpa­ko­wate włosy. Potem spoj­rze­nia prze­nio­sły się na Nate’a. Była w nich cie­ka­wość i spe­ku­la­cja. Tylko wła­ści­ciel brody nie krył wro­go­ści.

– To Igna­tious Burke, nasz nowy komen­dant poli­cji – oświad­czyła Hopp, roz­pi­na­jąc zamek bły­ska­wiczny kurtki. – Pano­wie w bok­sie to Dex Trilby i Hans Fin­kle, wła­ści­cie­lem ponu­rej miny jest Bing Kar­lo­vsky. Kel­nerka nazywa się Rose Itu. Jak dzi­siaj spi­suje się maleń­stwo, Rose?

– Bar­dzo kopie. Witamy w Lunacy, panie Burke.

– Dzięki.

– To jest Pro­fe­sor.

Hopp pode­szła do baru i pokle­pała po ramie­niu Twe­edową Mary­narkę.

– Czy w two­jej książce coś się zmie­niło od czasu, kiedy po raz ostatni ją czy­ta­łeś?

– Zawsze warto spraw­dzić – odparł Pro­fe­sor, zsu­wa­jąc na czu­bek nosa oku­lary w meta­lo­wej oprawce, by lepiej przyj­rzeć się Nate’owi. – Długa podróż.

– Tak – zgo­dził się Nate.

– Widzę, że jesz­cze się nie skoń­czyła.

Pro­fe­sor pod­su­nął oku­lary i wró­cił do lek­tury.

– A to uro­cze dia­blątko to Jesse, synek Rose.

Chło­piec przez cały czas miał głowę pochy­loną nad książką. Kiedy uniósł wzrok, spod gęstej, czar­nej grzywki bły­snęły duże, ciemne oczy. Wycią­gnął rękę i pocią­gnął Hopp za brzeg kurtki. Pochy­liła się, żeby usły­szeć szept chłopca.

– Nie martw się. Damy mu.

Drzwi za barem się otwo­rzyły. Poja­wił się w nich ogromny ciem­no­skóry męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu.

– To Wielki Mike – przed­sta­wiła Hopp. – Pra­cuje tu jako kucharz. Nie­gdyś był mary­na­rzem, póki gdzieś na Kodiaku nie wpa­dła mu w oko jedna z tutej­szych dziew­cząt.

– Zła­pała mnie jak pstrąga – wyznał Wielki Mike z pro­mien­nym uśmie­chem na ustach. – Witamy w Lunacy.

– Dzięki.

– Znaj­dzie się coś smacz­nego i gorą­cego dla naszego nowego komi­sa­rza poli­cji?

– Dzi­siaj mamy dobrą zupę rybną – powie­dział Wielki Mike. – Powinna panu dobrze zro­bić. Chyba że woli pan, panie komen­dan­cie, kawał czer­wo­nego mię­cha.

Nate dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mówią do niego „panie komen­dan­cie”. W tym samym momen­cie poczuł na sobie spoj­rze­nia wszyst­kich obec­nych.

– Chęt­nie zjem zupę rybną.

– Zaraz ją przy­niosę.

Mike wró­cił do kuchni, a Nate usły­szał, jak dźwięcz­nym bary­to­nem wyśpie­wuje Baby, It’s Cold Out­side.

Tak jak w fil­mie lub na kartce pocz­to­wej – pomy­ślał Nate. Lub w teatrze. Tak czy ina­czej w miej­scu, któ­rym czło­wiek się zachwyca, cho­ciaż sam Nate czuł się jak zaku­rzony rekwi­zyt.

Hopp wska­zała Nate’owi miej­sce, po czym poma­sze­ro­wała do lobby, obe­szła biurko i wyjęła klucz z jed­nego ze schow­ków.

W tym momen­cie w głębi za biur­kiem otwo­rzyły się drzwi. Poja­wiła się w nich seks­bomba.

Była blon­dynką. Nate zawsze uwa­żał, że ten kolor wło­sów naj­le­piej pasuje do seks­bomb. Falu­jąca kaskada opa­dała aż do wyjąt­kowo impo­nu­ją­cych piersi, które dosko­nale uwy­dat­niał głę­boki dekolt obci­słego, nie­bie­skiego swe­terka. Nate dopiero po minu­cie dotarł spoj­rze­niem do twa­rzy. Stało się tak dla­tego, że swe­te­rek był wetknięty w obci­słe dżinsy, które z pew­no­ścią miaż­dżyły wszyst­kie organy wewnętrzne.

Nate jed­nak się nie skar­żył.

Jasno­nie­bie­skie oczy seks­bomby były tak nie­winne, że pozo­sta­wały w jaskra­wym kon­tra­ście z wydat­nymi, czer­wo­nymi ustami. Kobieta wyraź­nie nie oszczę­dzała na maki­jażu. Przy­po­mi­nała Nate’owi laleczkę Bar­bie.

Bar­bie – pogrom­czy­nię męż­czyzn.

Na prze­kór ogra­ni­cze­niom, jakie stwa­rzał strój, wszystko, co mogło podry­gi­wać, podry­gi­wało, gdy obcho­dziła biurko i stu­ka­jąc wyso­kimi obca­sami, wędro­wała do jadalni. Tam sta­nęła przy barze i przy­brała odpo­wied­nią pozę.

– Cześć, przy­stoj­niaczku!

Jej głos przy­po­mi­nał gar­dłowy pomruk – musiała go ćwi­czyć – i zde­cy­do­wa­nie był obli­czony na to, że odcią­gnie krew z głowy męż­czy­zny i obniży jego IQ do poziomu zie­lo­nej rzepy.

– Bądź grzeczna, Char­lene. – Hopp zadzwo­niła klu­czy­kami. – Ten chło­piec jest zmę­czony i pra­wie chory. Nie ma sił, żeby się w tej chwili przed tobą bro­nić. Komen­dant Burke, Char­lene Hidel. To jej hotel. W ramach two­jego wyna­gro­dze­nia, Nate, mia­sto opłaca ci tu pokój i jedze­nie, więc nie musisz się czuć zobo­wią­zany do żad­nych dodat­ko­wych usług.

– Jesteś taka wstrętna, Hopp.

Na prze­kór tym sło­wom Char­lene uśmie­chała się jak gła­skany kociak.

– Może zapro­wa­dzę pana, panie komen­dan­cie, na pię­tro, i pokażę pań­ski pokój? A potem przy­niosę coś cie­płego do zje­dze­nia?

– Zapro­wa­dzę go.

Hopp z pełną roz­wagą mocno zaci­snęła klu­czyk w dłoni, tak że spo­mię­dzy pal­ców zwi­sała tylko duża czarna ety­kietka z nume­rem pokoju.

– Palant zaraz przy­dźwiga jego bagaże. Nie zaszko­dzi­łoby, gdyby za chwilę Rose przy­nio­sła panu komen­dan­towi zupę rybną, którą obie­cał mu Mike. Chodź, Igna­tio­usie. Będziesz zawie­rał bliż­sze zna­jo­mo­ści, gdy nieco odzy­skasz siły.

Oczy­wi­ście, mógł sam się bro­nić, ale nie widział sensu. Powę­dro­wał za Hopp scho­dami na pię­tro tak posłusz­nie, jak szcze­nię wędruje za swoim panem.

Opusz­cza­jąc salę, usły­szał, że ktoś powie­dział: che­echako, jakby wyplu­wał nie­świeże mięso. Domy­ślił się, że to obe­lga, ale puścił ją mimo uszu.

– Char­lene w grun­cie rze­czy jest nie­szko­dliwa – wyja­śniła Hopp – ale lubi draż­nić się z męż­czy­zną, jeśli tylko wyczuje, że ma u niego choćby mini­malną szansę.

– Pora­dzę sobie, mamu­siu.

Znów wybuch­nęła dono­śnym śmie­chem, po czym wsu­nęła klucz do zamka pokoju 203.

– Jej facet odszedł od niej mniej wię­cej pięt­na­ście lat temu. Zosta­wił ją z córeczką, którą musiała samot­nie wycho­wać. Dość dobrze sobie pora­dziła, jeśli cho­dzi o Meg, cho­ciaż teraz nie­mal bez prze­rwy drą ze sobą koty. Char­lene miała wielu męż­czyzn, cho­ciaż z roku na rok wybiera coraz młod­szych. Powie­dzia­łam ci wcze­śniej, że jest dla cie­bie za stara. – Hopp obej­rzała się przez ramię. – Prawdę mówiąc, z jej punktu widze­nia praw­do­po­dob­nie to ty jesteś za stary dla niej. Masz trzy­dzie­ści dwa lata, prawda?

– Tyle mia­łem, gdy wyjeż­dża­łem z Bal­ti­more. Ile lat minęło od tego czasu?

Hopp potrzą­snęła głową i otwo­rzyła drzwi.

– Char­lene jest star­sza od cie­bie przy­naj­mniej o kil­ka­na­ście lat. Ma doro­słą córkę pra­wie w twoim wieku.

– Myśla­łem, że wy, kobiety, drwi­cie sobie z tej, która upo­luje męż­czy­znę młod­szego od sie­bie.

– Chyba bar­dzo mało wiesz o kobie­tach. Prawdę mówiąc, jeste­śmy wku­rzone, że to nie my upo­lo­wa­ły­śmy go jako pierw­sze. Tak, tak to już jest.

Weszła do obi­tego boaze­rią pokoju z żela­znym łóż­kiem, szafą i lustrem po jed­nej stro­nie, małym sto­li­kiem, dwoma krze­słami i nie­wiel­kim biur­kiem po dru­giej.

Pokój był czy­sty, skromny, i nie­mal tak inte­re­su­jący jak torebka bia­łego ryżu.

– Tu jest maleńka kuch­nia.

Hopp odsu­nęła czarno-nie­bie­ską zasłonę, za którą stała mała lodówka, dwu­pal­ni­kowy pie­cyk i zlew roz­miaru dłoni Nate’a.

– Na twoim miej­scu jada­ła­bym posiłki na par­te­rze, chyba że bar­dzo lubisz goto­wać. Dobrze dają jeść.

Omio­tła wzro­kiem pomiesz­cze­nie.

– To nie Ritz, cho­ciaż Char­lene ma lep­sze pokoje. Nie­stety, nasze fun­du­sze są ogra­ni­czone. – Prze­szła na drugą stronę pokoju i otwo­rzyła drzwi. – Tu jest łazienka.

– O kur­czę!

Uniósł głowę.

Zlew był więk­szy od kuchen­nego, cho­ciaż nie­wiele. Nie było wanny, uznał jed­nak, że kabina z prysz­ni­cem w zupeł­no­ści mu wystar­czy.

– Pań­skie bagaże, panie komen­dan­cie.

Palant przy­dźwi­gał dwie walizki i torbę, jakby nic w nich nie było. Rzu­cił je na łóżko. Mate­rac ugiął się pod ich cię­ża­rem.

– Gdyby jesz­cze mnie pan potrze­bo­wał, będę na dole jadł posi­łek. Prze­no­cuję tutaj i jutro rano wrócę do Tal­ke­etny.

Dotknął pal­cem czoła, uda­jąc, że salu­tuje, i wyszedł.

– Cho­lera, zacze­kaj! – Nate zaczął grze­bać w kie­szeni.

– Dam mu napi­wek – zapew­niła Hopp. – Póki dla nas pra­cu­jesz, jesteś gościem rady miej­skiej Lunacy.

– Doce­niam to.

– Mam zamiar dopil­no­wać, żebyś na to wszystko zapra­co­wał, więc na razie zbyt­nio się nie ciesz.

– Obsługa hote­lowa!

Char­lene ze śpie­wem wnio­sła tacę do pokoju. Pod­cho­dząc do sto­lika, koły­sała bio­drami, co przy­po­mi­nało cho­dzący metro­nom.

– Przy­nio­słam panu dobrą zupę rybną, panie komen­dan­cie, i porządną kanapkę, odpo­wied­nią dla męż­czy­zny. Kawa jest gorąca.

– Wspa­niale pach­nie. Jestem pani wdzięczny, pani Hidel.

– Mów mi Char­lene.

Zatrze­po­tała rzę­sami. Nate był pewien, że to rów­nież ćwi­czyła.

– Wszy­scy tutaj sta­no­wimy jedną wielką szczę­śliwą rodzinę.

– Gdyby naprawdę tak było, nie potrze­bo­wa­li­by­śmy komen­danta poli­cji.

– Och, nie strasz go, Hopp. Czy pokój ci odpo­wiada, Igna­tio­usie?

– Nate. Tak, dzię­kuję. Jest ładny.

– Zjedz coś i odpocz­nij – pora­dziła Hopp. – Jak nabie­rzesz nieco sił, po pro­stu do mnie zadzwoń. Pokażę ci mia­sto. Twoim pierw­szym ofi­cjal­nym obo­wiąz­kiem będzie uczest­nic­two w zebra­niu miesz­kań­ców jutro po połu­dniu. Mamy zamiar przed­sta­wić cię w ratu­szu wszyst­kim oso­bom, które zechcą przyjść. Jeśli będzie ci na tym zale­żało, wcze­śniej możesz zoba­czyć poste­ru­nek, poznać dwóch swo­ich zastęp­ców i Peach. Wtedy dosta­niesz gwiazdę.

– Jaką gwiazdę?

– Jesse chciał, żebyś koniecz­nie nosił gwiazdę. Chodź, Char­lene. Dajmy mu teraz święty spo­kój.

– Gdy­byś cze­go­kol­wiek potrze­bo­wał, zadzwoń na dół. – Char­lene prze­słała mu zachę­ca­jący uśmiech. – Będę cze­kać.

Sto­jąca za jej ple­cami Hopp wbiła wzrok w sufit. Pra­gnąc posta­wić na swoim, poło­żyła dłoń na ramie­niu Char­lene i pocią­gnęła ją w stronę drzwi. Roz­legł się stu­kot obca­sów na drew­nia­nej pod­ło­dze, kobiecy pisk, potem trza­śnię­cie drzwi.

Zza nich Nate usły­szał cichy, obra­żony głos Char­lene:

– Co się z tobą dzieje, Hopp? Ja tylko sta­ram się być miła.

– Kiedy wła­ści­cielka stara się być miła, hotel łatwo zamie­nia się w bur­del. Może pew­nego dnia to zro­zu­miesz.

Nate odcze­kał, aż kobiety się oddalą, dopiero potem pod­szedł do drzwi i prze­krę­cił klucz w zamku. Następ­nie zdjął kurtkę i opu­ścił ją na pod­łogę, to samo zro­bił z czapką. Roz­wi­nął sza­lik, rzu­cił go. Roz­piął ocie­planą kami­zelkę i doło­żył ją na zrzu­cone ubra­nia.

Gdy został w koszuli, spodniach, cie­płej bie­liź­nie i butach, pod­szedł do sto­lika, wziął zupę, łyżkę i zabrał posi­łek w stronę ciem­nego okna.

Zega­rek obok łóżka poka­zy­wał wpół do czwar­tej, a było już ciemno jak o pół­nocy. Jedząc zupę, przy­glą­dał się latar­niom ulicz­nym, po chwili zaczął rów­nież dostrze­gać zarysy budyn­ków. Zauwa­żył świą­teczne deko­ra­cje: kolo­rowe świa­tełka, święte Miko­łaje, kar­to­nowe reni­fery.

Tylko ni­gdzie nie widział żad­nych ludzi – ani śladu życia, ani śladu ruchu.

Jadł auto­ma­tycz­nie, zbyt zmę­czony i zbyt głodny, żeby zwra­cać uwagę na smak.

Wszystko, co jest za tym oknem, sta­nowi jedy­nie deko­ra­cję fil­mową – pomy­ślał. Budynki to kar­to­nowe fasady, a ludzie, któ­rych spo­tkał na par­te­rze, są jedy­nie posta­ciami z ilu­zo­rycz­nego świata.

Może to wszystko jest jedną wielką ilu­zją, zro­dzoną z depre­sji, żalu i zło­ści, pod­łej mie­sza­niny uczuć, które rzu­ciły go na wiatr i kazały wylą­do­wać w tej zapa­dłej dziu­rze?

Wkrótce obu­dzi się w swoim miesz­ka­niu w Bal­ti­more i będzie pró­bo­wał wykrze­sać z sie­bie tyle ener­gii, by prze­brnąć przez następny dzień.

Zjadł kanapkę, sto­jąc w oknie i spo­glą­da­jąc na pusty, czarno-biały świat z dziw­nymi świą­tecz­nymi świa­teł­kami.

Może warto byłoby wyjść na zewnątrz, do tego pustego świata? Zostać jed­nym z boha­te­rów nie­co­dzien­nej ilu­zji? Potem roz­pły­nąć się w ciem­no­ści, jak ostat­nia scena nie­mego filmu. Żeby było już po wszyst­kim.

Kiedy doszedł do wnio­sku, że wła­ści­wie chciałby, aby było już po wszyst­kim, w jego polu widze­nia poja­wiła się jakaś postać. Miała na sobie krzy­kliwe, jasno­czer­wone ubra­nie, które wyraź­nie odci­nało się od pozba­wio­nej barw sce­ne­rii i wnio­sło w nią ele­ment ruchu.

Ruchu, zde­cy­do­wa­nia i ener­gii. Życia z wyraź­nym celem, podą­ża­nia w okre­ślo­nym kie­runku. Postać szła szyb­kim, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem i zosta­wiała wyraźne ślady na śniegu.

Jakby chciała poka­zać, że tu była. Że żyje.

Nate nie wie­dział, czy to męż­czy­zna, kobieta, czy dziecko, jed­nak coś w barw­nej pla­mie i w pew­no­ści kro­ków wyraź­nie go zacie­ka­wiło.

Postać, jakby wyczuła, że ktoś ją obser­wuje, zatrzy­mała się i unio­sła głowę.

Nate znów odniósł wra­że­nie, że świat został zdo­mi­no­wany przez czerń i biel. Biała twarz, czarne włosy. Roz­myte z powodu ciem­no­ści i odle­gło­ści.

Przez długą chwilę pano­wał bez­ruch i cisza. Potem postać znów ruszyła przed sie­bie, w stronę wej­ścia do Lodge, i znik­nęła Nate’owi z pola widze­nia.

Nate zasło­nił okno i odsu­nął się od niego.

Po chwili zasta­no­wie­nia zdjął walizki z łóżka i rzu­cił je na pod­łogę. Roze­brał się do naga i nie zwa­ża­jąc na chłód panu­jący w pokoju, wpeł­znął pod grubą war­stwę koców, tak jak niedź­wiedź wpełza do gawry.

Miał trzy­dzie­ści dwa lata i roz­czo­chraną masę gęstych, kasz­ta­no­wych wło­sów wokół pocią­głej, drob­nej twa­rzy, na któ­rej widać było ogromne wyczer­pa­nie. Roz­pacz prze­sło­niła oczy szarą chmurą. Pod jed­no­dnio­wym zaro­stem skóra była blada ze zmę­cze­nia. Pomimo peł­nego żołądka Nate wciąż był osła­biony jak czło­wiek, który jesz­cze nie do końca zdo­łał poko­nać grypę.

Wolałby, żeby Bar­bie-Char­lene zamiast kawy przy­nio­sła mu butelkę cze­goś moc­niej­szego. Nie prze­pa­dał za alko­ho­lem, co z pew­no­ścią uchro­niło go przed nało­giem, mimo to po kilku głęb­szych łatwiej uwol­niłby mózg od zbęd­nych myśli i zapadł w sen.

Usły­szał wycie wia­tru. Poprzed­nio pano­wał bez­ruch powie­trza, teraz mocne podmu­chy przy­wo­dziły na myśl jęczące dusze. Oprócz tego Nate sły­szał skrzy­pie­nie ścian budynku i wła­sny oddech.

Trzy samotne dźwięki, samotne trio.

Nie słu­chaj ich – pomy­ślał. Wycisz się.

Posta­no­wił, że prze­śpi się kilka godzin. Potem umyje się po podróży i napom­puje kawą.

Wtedy będzie czas, żeby zade­cy­do­wać, co, do dia­bła, dalej robić.

Gdy wyłą­czył świa­tło, cały pokój zalała nie­prze­nik­niona ciem­ność. Po kilku sekun­dach wzięła w obję­cia rów­nież i jego.

2

Kiedy kosz­mar wytrą­cił go ze snu, ze wszyst­kich stron ota­czała go ciem­ność, która wcią­gała jak bagno. Z tru­dem zaczerp­nął powie­trza i pró­bo­wał wydo­stać się na powierzch­nię. Gdy w końcu wyplą­tał się z pościeli, był zlany zim­nym potem.

Wyczuł jakieś dziwne zapa­chy: cedru, nie­świe­żej kawy, cytryny. Potem przy­po­mniał sobie, że nie jest w swoim miesz­ka­niu w Bal­ti­more.

Osza­lał i wyje­chał na Ala­skę.

Sądząc po tym, co wska­zy­wały błysz­czące cyferki na zegarku przy łóżku, była piąta czter­dzie­ści osiem.

To by ozna­czało, że tro­chę się zdrzem­nął, zanim ten sam od dawna kosz­mar wyrwał go ze snu.

W powra­ca­ją­cym kosz­ma­rze zawsze pano­wała ciem­ność. Była czarna noc, padał brudny deszcz. W powie­trzu uno­sił się zapach pro­chu i krwi.

– Jezu, Nate, Jezu! Obe­rwa­łem!

Zimny deszcz spły­wał Nate’owi po twa­rzy, cie­pła krew prze­cie­kała mu przez palce. Jego krew i krew Jacka.

Nie był w sta­nie jej zata­mo­wać, tak samo jak nie mógł powstrzy­mać poto­ków desz­czu. I jedno, i dru­gie przy­tło­czyło go w ciem­nym zaułku w Bal­ti­more i wyprało z wszel­kich uczuć.

To powi­nie­nem być ja – myślał. Nie Jack. On powi­nien być w domu z żoną, dzie­cia­kami, a nie umie­rać w śmier­dzą­cej prze­cznicy, w stru­gach brud­nego desz­czu.

Nate został postrze­lony w nogę, druga kula tra­fiła go nieco powy­żej pasa. Nie mógł dalej biec, upadł. Tylko dla­tego Jack wpadł w zaułek pierw­szy.

Wystar­czyło kilka sekund, kilka drob­nych zbie­gów oko­licz­no­ści, by zgi­nął taki dobry czło­wiek!

Nate musiał z tym jakoś żyć. Przez jakiś czas zasta­na­wiał się nad samo­bój­stwem, ale było to ego­istyczne roz­wią­za­nie, które nie przy­nio­słoby zaszczytu jego przy­ja­cie­lowi, a jed­no­cze­śnie part­ne­rowi. Życie z tą świa­do­mo­ścią było trud­niej­sze od śmierci.

Życie sta­no­wiło więk­szą karę.

Nate wstał i powę­dro­wał do łazienki. Ogromną radość spra­wiła mu cienka strużka gorą­cej wody, która pły­nęła z prysz­nica. Zmy­cie war­stwy brudu i potu wyma­gało dobrej chwili, ale Nate wcale się tym nie przej­mo­wał. Miał dość czasu.

Ubie­rze się, zej­dzie na par­ter i napije się kawy. Potem zadzwoni do Hopp i pój­dzie z nią na poste­ru­nek. Postara się być bar­dziej roz­mowny i spró­buje wyma­zać pierw­sze wra­że­nie, jakie musiał na niej zro­bić: kre­tyna o prze­krwio­nych oczach.

Kiedy wziął prysz­nic i ogo­lił się, poczuł się znacz­nie lepiej. Wyjął świeże ubra­nie i sta­ran­nie wło­żył na sie­bie war­stwa po war­stwie.

Zdej­mu­jąc z wie­szaka kurtkę, przyj­rzał się swo­jemu odbi­ciu w lustrze.

– Komen­dant poli­cji w Lunacy na Ala­sce, Igna­tious Burke. – Potrzą­snął głową i nie­pew­nie się uśmiech­nął. – No cóż, panie komen­dan­cie, dosta­niesz gwiazdę.

Scho­dząc na par­ter, był zasko­czony cał­ko­witą ciszą. Z tego, co czy­tał, lokale takie jak Lodge są na Ala­sce miej­scem spo­tkań towa­rzy­skich. Dłu­gie i ciemne zimowe noce ska­zują ludzi na samot­ność, w związku z tym spo­dzie­wał się, że usły­szy typowo barowe odgłosy: stu­kot kul bilar­do­wych, stare pio­senki coun­try z szafy gra­ją­cej.

Tym­cza­sem, gdy zszedł do restau­ra­cji, piękna Rose tak jak poprzed­nio nale­wała kawę. Być może lała ją wciąż tym samym dwóm męż­czy­znom, cho­ciaż Nate nie był tego wcale pewien. Synek Rose sie­dział przy stole i na­dal pra­co­wi­cie kolo­ro­wał ksią­żeczkę.

Nate zer­k­nął na zega­rek, który prze­sta­wił na miej­scowy czas. Dzie­sięć po siód­mej.

Rose odwró­ciła się od sto­lika i z uśmie­chem spoj­rzała na Nate’a.

– Witamy, panie komen­dan­cie.

– Ale spo­kojny wie­czór!

Twarz mło­dej kobiety roz­pro­mie­niła się.

– Nie wie­czór, tylko ranek.

– Słu­cham?

– Jest siódma rano. Przy­pusz­czam, że chęt­nie zje pan jakieś śnia­da­nie.

– To…

– Na pewno musi upły­nąć tro­chę czasu, zanim się pan przy­zwy­czai. – Ski­nie­niem głowy wska­zała na ciemne okna. – Za kilka godzin się roz­ja­śni, ale tylko na chwilę. Może pan usią­dzie? Na począ­tek przy­niosę panu fili­żankę kawy.

Musiał prze­spać ponad dwa­na­ście godzin. Teraz nie wie­dział, czy powi­nien być zaże­no­wany, czy zado­wo­lony. Nie pamię­tał, kiedy po raz ostatni spał dłu­żej niż cztery, pięć godzin.

Rzu­cił kurtkę na ławkę w bok­sie, potem posta­no­wił zawrzeć pierw­sze zna­jo­mo­ści. Pod­szedł do sto­lika, przy któ­rym sie­dział Jesse, i pokle­pał opar­cie krze­sła.

– Czy to miej­sce jest wolne?

Chło­piec przyj­rzał mu się spod grzywki, kiw­nął głową i wró­cił do kolo­ro­wa­nia rysunku. Robił to z takim zapa­łem, że aż przy­gry­zał język. Nate usiadł.

– Jaka ładna fio­le­towa krowa! – sko­men­to­wał, bacz­nie przy­glą­da­jąc się pracy malca.

– W rze­czy­wi­sto­ści krowy ni­gdy nie są fio­le­towe, chyba że się je tak pokred­kuje.

– Coś o tym sły­sza­łem. Cho­dzisz w szkole śred­niej na pla­stykę?

Oczy Jesse’ego zaokrą­gliły się ze zdu­mie­nia.

– Nie cho­dzę jesz­cze do szkoły. Mam dopiero cztery lata.

– Żar­tu­jesz. Cztery? Myśla­łem, że bli­żej ci do szes­na­stu.

Nate roz­parł się w krze­śle i puścił per­skie oko do Rose, kiedy sta­wiała przed nim duży, biały kubek i nale­wała do niego kawy.

– Nie­dawno mia­łem uro­dziny. Było cia­sto i milion balo­nów. Prawda, mamu­siu?

– Prawda, Jesse.

Wsu­nęła jadło­spis pod łokieć Nate’a.

– A w ogóle to wkrótce będziemy mieć dzi­dziu­sia. Mamy też dwa psy i…

– Jesse, pozwól panu komen­dan­towi zaj­rzeć do menu.

– Prawdę mówiąc, wła­śnie mia­łem zamiar popro­sić Jesse’ego, żeby mi coś pole­cił. Co warto zamó­wić na śnia­da­nie, Jesse?

– Nale­śniki!

– W takim razie pro­szę o nale­śniki.

Nate oddał menu Rose.

– Chęt­nie spró­buję.

– Gdyby zmie­nił pan zda­nie, pro­szę zawo­łać.

Pomimo to zaru­mie­niła się z zado­wo­le­nia.

– Jakie psy? – spy­tał Nate.

Przez całe śnia­da­nie wysłu­chi­wał opo­wia­stek o ulu­bień­cach chłopca.

Talerz nale­śni­ków i roz­mowa z uro­czym mal­cem to znacz­nie lep­szy począ­tek dnia niż roz­my­śla­nie o kosz­mar­nym śnie. Nastrój Nate’a wyraź­nie się popra­wił. Wła­śnie miał zamiar zadzwo­nić do Hopp, kiedy poja­wiła się w drzwiach.

– Sły­sza­łam, że już wsta­łeś – powie­działa, zrzu­ca­jąc kapuzę i strzą­sa­jąc z kurtki płatki śniegu. – Dzi­siaj wyglą­dasz już tro­chę lepiej.

– Prze­pra­szam, ale wczo­raj naprawdę lecia­łem z nóg.

– Nie ma sprawy. Prze­spa­łeś się, zja­dłeś porządne śnia­da­nie. Posie­dzia­łeś w miłym towa­rzy­stwie – dodała, uśmie­cha­jąc się do malca. – Jesteś gotów na zwie­dza­nie?

– Jasne.

Wstał, żeby się ubrać.

– Jesteś chud­szy, niż przy­pusz­cza­łam.

Spoj­rzał z góry na Hopp. Zda­wał sobie sprawę, że jest wymi­ze­ro­wany. Miał pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i nor­mal­nie ważył sie­dem­dzie­siąt dwa kilo­gramy, ale ostat­nio w krót­kim cza­sie stra­cił pięć kilo­gra­mów, w związku z tym musiał wyglą­dać mizer­nie.

– Wkrótce przy­biorę na wadze. Będę codzien­nie rano jadł nale­śniki.

– Masz za to bar­dzo gęste włosy.

Zało­żył czapkę.

– Po pro­stu dobrze rosną na mojej gło­wie.

– Lubię, gdy męż­czy­zna ma gęste włosy. – Otwo­rzyła drzwi. – Zwłasz­cza gdy są rude.

– Nie rude, tylko brą­zowe – popra­wił nie­mal auto­ma­tycz­nie i nacią­gnął czapkę bar­dziej na uszy.

– W porządku. Daj chwilę odpo­cząć nogom, Rose! – zawo­łała Hopp przez ramię, wycho­dząc na śnieg i wiatr.

Zimno ude­rzyło go jak roz­pę­dzony pociąg.

– Jezu Chry­ste! Czuję, że zaraz zamar­zną mi oczy.

Wsko­czył do Forda Explo­rera, któ­rego Hopp zapar­ko­wała przy kra­węż­niku.

– Masz jesz­cze rzadką krew.

– Nawet jeśli będzie gęsta jak pasta, nie prze­stanę uwa­żać, że jest tu fran­co­wa­cie zimno. Prze­pra­szam.

– Nie rumie­nię się przy każ­dym brzyd­szym sło­wie. Poza tym wiem, że jest fran­co­wa­cie zimno. W końcu mamy gru­dzień. – Wybuch­nęła grom­kim śmie­chem i zapu­ściła sil­nik. – W takim razie zaczniemy zwie­dzać mia­steczko samo­cho­dem. Nie ma sensu poty­kać się w ciem­no­ści.

– Ile osób rocz­nie zama­rza tu albo umiera z powodu hipo­ter­mii?

– Zazwy­czaj w górach ginie kilka osób, ale są to prze­waż­nie tury­ści albo sza­leńcy. Trzy lata temu czło­wiek o nazwi­sku Teek pew­nej nocy spił się jak głu­piec i zamarzł na śmierć w swo­jej ubi­ka­cji za domem, czy­ta­jąc „Play­boya”. Tyle że to był idiota. Ludzie, któ­rzy tu miesz­kają, wie­dzą, jak radzić sobie z zim­nem, a che­echa­kos, któ­rzy pró­bują prze­trwać tu zimę, uczą się tej sztuki… albo wyjeż­dżają.

– Che­echa­kos?

– Przy­by­sze z zewnątrz. Nie można lek­ce­wa­żyć natury, ale czło­wiek uczy się żyć z nią w zgo­dzie, a jeśli jest wystar­cza­jąco bystry, potrafi nawet wyko­rzy­sty­wać ją do wła­snych potrzeb. Jeź­dzi na nar­tach lub łyż­wach, używa rakiet śnież­nych, łowi ryby w prze­rę­blu. – Wzru­szyła ramio­nami. – Podej­muje odpo­wied­nie środki ostroż­no­ści i cie­szy się z tego, co ma, ponie­waż wie, że niczego nie zmieni.

Z ogromną wprawą poko­ny­wała zasy­paną śnie­giem ulicę.

– To nasza przy­chod­nia. Mamy wła­snego leka­rza i pie­lę­gniarkę.

Nate przyj­rzał się uważ­nie nie­wiel­kiemu budy­necz­kowi.

– A jeśli z czymś nie mogą sobie pora­dzić?

– Wtedy zawo­zimy cho­rego do Ancho­rage. Na obrze­żach mia­sta mieszka jeden z ala­skij­skich pilo­tów. Meg Gal­lo­way.

– Kobieta?

– Czyż­byś był sek­si­stą, Igna­tio­usie?

– Nie. – Może… – pomy­ślał. – Tylko pytam.

– Meg jest córką Char­lene. To tro­chę postrze­lona istota, ale moim zda­niem świet­nie spi­suje się jako pilot. Miała cię zabrać z Ancho­rage, ale twój przy­lot wypadł o dzień póź­niej, niż myśle­li­śmy, a Meg była już zajęta, dla­tego zadzwo­ni­li­śmy do Palanta z Tal­ke­etny. Praw­do­po­dob­nie poznasz Meg na popo­łu­dnio­wym spo­tka­niu z miesz­kań­cami mia­steczka.

To nie będzie wcale takie śmieszne – pomy­ślał Nate.

– W Skle­pie na Rogu jest wszystko, czego możesz potrze­bo­wać, a jeśli nie, znajdą spo­sób, żeby jak naj­szyb­ciej to spro­wa­dzić. To naj­star­szy budy­nek w Lunacy. Wybu­do­wali go tra­pe­rzy na początku dzie­więt­na­stego wieku. Harry i Deb kupili go w osiem­dzie­sią­tym trze­cim roku i znacz­nie roz­bu­do­wali.

Był dwa razy więk­szy od przy­chodni i miał dwie kon­dy­gna­cje. W oknach pło­nęły świa­tła.

– Na razie poczta mie­ści się tu, nad rzeką, ale w lecie mamy zamiar prze­nieść ją w inne miej­sce. Ten maleńki budy­ne­czek obok to Ita­lian Place. Można tu zamó­wić dobrą pizzę, cho­ciaż dowożą ją tylko w gra­ni­cach mia­sta.

– Piz­ze­ria na Ala­sce?

– Nowo­jor­ski Włoch, Johnny Tri­vani, trzy lata temu przy­je­chał tu na polo­wa­nie. Zako­chał się w mie­ście i już został. Począt­kowo nazwał swój lokal „U Tri­vaniego”, ale wszy­scy mówili na niego: Ita­lian Place, i tak już zostało. Johnny myśli o dobu­do­wa­niu pie­karni. Mówi też, że chce zamó­wić sobie przez Inter­net rosyj­ską narze­czoną. Może rze­czy­wi­ście to zrobi.

– Czy to ozna­cza, że wtedy będą świeże bliny?

– Kto wie? Lokalna gazeta już pisała o tym na tytu­ło­wej stro­nie – powie­działa Hopp na zakoń­cze­nie. – Mał­żeń­stwo, które ją reda­guje, zabrało dzie­ciaki na prze­rwę świą­teczną do San Diego, dla­tego w tej chwili nie ma ich w Lunacy. A to KLUN – lokalna radio­sta­cja. Pro­wa­dzi je wła­ści­wie jed­no­oso­bowo Mitch Dau­ber. Prze­waż­nie jest dość roz­ryw­kowy.

– Nasta­wię odbior­nik.

Hopp zawró­ciła i ruszyła z powro­tem drogą, którą jechali.

– Nie­cały kilo­metr na zachód od mia­steczka znaj­duje się szkoła. Zapew­niamy w niej naukę dzie­ciom od przed­szkola do dwu­na­stej klasy. Obec­nie mamy sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu uczniów. Tam rów­nież pro­wa­dzimy wszel­kie kursy dokształ­ca­jące dla doro­słych. Gim­na­styka, rysu­nek i malo­wa­nie, tego typu rze­czy. Od zamar­z­nię­cia do roz­mar­z­nię­cia wypeł­niamy naszym miesz­kań­com dłu­gie wie­czory. Potem dzień coraz bar­dziej się wydłuża.

– Zamar­z­nię­cie? Roz­mar­z­nię­cie?

– Kiedy zaczy­nają pusz­czać pierw­sze lody, jest to znak, że nad­cho­dzi wio­sna. Gdy rzeka zama­rza, zaczy­nają się dłu­gie wie­czory.

– Kapuję.

– W gra­ni­cach mia­sta mamy pięć­set sześć dusz, następne sto dzie­sięć, sto kil­ka­na­ście mieszka nieco dalej, ale wciąż w naszym dys­tryk­cie. Teraz twoim dys­tryk­cie.

Nate wciąż odno­sił wra­że­nie, że to wszystko jest nie­re­alne i bar­dziej przy­po­mina plan fil­mowy lub sce­no­gra­fię teatralną. Jak więc miał uznać tę rze­czy­wi­stość za swoją?

– Straż pożarna składa się z samych ochot­ni­ków i mie­ści się tutaj. Obok jest ratusz.

Zatrzy­mała samo­chód przed budyn­kiem z gru­bych bali.

– Trzy­dzie­ści lat temu mój mąż poma­gał go budo­wać. Był pierw­szym bur­mi­strzem Lunacy i peł­nił tę funk­cję aż do śmierci. W lutym miną cztery lata.

– Jak zmarł?

– Na atak serca. Grał w hokeja na jezio­rze. Strze­lił gola, prze­wró­cił się i umarł. Tak po pro­stu.

Nate chwilę odcze­kał.

– Kto wygrał?

Hopp wybuch­nęła śmie­chem.

– Jego gol roz­strzy­gnął o wyniku meczu. Nie dokoń­czyli go.

Prze­je­chała jesz­cze kawa­łek.

– A to twój poste­ru­nek.

Nate usi­ło­wał prze­bić wzro­kiem ciem­ność i pada­jący śnieg. Ujrzał ładny budy­ne­czek z drewna, wyraź­nie now­szy niż sąsied­nie domy. Przy­po­mi­nał nieco bun­ga­low, miał nie­wielką werandę i dwa okna, po jed­nym po każ­dej stro­nie drzwi. Wszystko było zasło­nięte zie­lo­nymi okien­ni­cami.

Od ulicy do drzwi pro­wa­dziła ścieżka, z któ­rej ktoś odgar­nął sta­ran­nie śnieg. Nie­wielki pod­jazd, wyraź­nie rów­nież nie­dawno odśnie­żony, pokry­wała już kil­ku­na­sto­cen­ty­me­trowa war­stwa świe­żego puchu. Od sto­ją­cego tam nie­bie­skiego wozu tere­no­wego do drzwi bie­gła wąska ście­żynka.

W obu oknach pło­nęło świa­tło, a z ciem­nego komina buchały kłęby dymu.

– Tak wcze­śnie zaczy­namy pracę?

– Przy­szli ze względu na cie­bie. Wie­dzą, że dzi­siaj się poja­wisz. – Zapar­ko­wała obok pikapa. – Jesteś gotów na spo­tka­nie ze swo­imi pod­wład­nymi?

– Zawsze.

Gdy wysiadł, tak samo jak poprzed­nio był zaszo­ko­wany prze­ni­kli­wym zim­nem. Oddy­cha­jąc przez zęby, powę­dro­wał za Hopp wąską ście­żynką, która pro­wa­dziła do drzwi.

– Za nimi znaj­duje się pomiesz­cze­nie, które nazy­wamy tu, na Ala­sce, ark­tycz­nym przed­sion­kiem.

Rze­czy­wi­ście było to miej­sce, do któ­rego nie miał dostępu ani wiatr, ani niska tem­pe­ra­tura.

– Dzięki takiemu roz­wią­za­niu straty cie­pła w głów­nym budynku są o wiele mniej­sze. Tu można zosta­wić cie­płą odzież.

Zdjęła kurtkę i powie­siła ją na haku obok innej. Nate poszedł za jej przy­kła­dem. W kie­sze­niach zosta­wił rów­nież ręka­wiczki, czapkę i sza­lik. Zasta­na­wiał się, kiedy przy­wyk­nie do tego, że ile­kroć chce się tu gdzieś wyjść, trzeba się ubie­rać jak na pod­bój bie­guna pół­noc­nego.

Hopp pchnęła następne drzwi i weszła do pomiesz­cze­nia, w któ­rym wyczuł dym i zapach kawy.

Ściany były poma­lo­wane na beżowo, na pod­ło­dze leżało nakra­piane lino­leum. W tyl­nym pra­wym rogu stał piec na drewno, a na nim olbrzymi żela­zny czaj­nik, z któ­rego buchały kłęby pary.

Z pra­wej strony były dwa meta­lowe biurka, rzą­dek pla­sti­ko­wych krze­seł i ława zarzu­cona gaze­tami. Wzdłuż tyl­nej ściany biegł blat, na któ­rym stała krót­ko­fa­lówka, kom­pu­ter i por­ce­la­nowa cho­inka w kolo­rze zie­lo­nym, jakiego nie wymy­śliła matka natura.

Nate zauwa­żył, że po obu stro­nach są drzwi, dostrzegł też tablicę infor­ma­cyjną z poprzy­cze­pia­nymi kar­te­lusz­kami i notat­kami.

W pomiesz­cze­niu znaj­do­wały się trzy osoby, które uda­wały, że wcale mu się nie przy­glą­dają.

Domy­ślił się, że dwaj męż­czyźni to jego zastępcy. Jeden z nich wyglą­dał na tak mło­dego, że chyba od bar­dzo nie­dawna mógł gło­so­wać, drugi był wystar­cza­jąco stary, by dawno, dawno temu oddać swój głos na Ken­nedy’ego. Obaj mieli na sobie grube weł­niane spodnie, wyso­kie buty i fla­ne­lowe koszule z przy­cze­pio­nymi odzna­kami.

Młod­szy wyraź­nie pocho­dził z Ala­ski, miał czarne, pro­ste, dłu­gie do ramion włosy, głę­boko osa­dzone, nie­mal czarne oczy w kształ­cie mig­da­łów, ładne kości policz­kowe i nie­winny wyraz twa­rzy.

Star­szy miał twarz osma­ganą wia­trem, na gło­wie jeżyka, obwi­słe policzki, wybla­kłe nie­bie­skie, lekko zezo­wate oczy i głę­bo­kie kurze łapki. Był potęż­nie zbu­do­wany w prze­ci­wień­stwie do szczu­płego part­nera. Praw­do­po­dob­nie były woj­skowy – pomy­ślał Nate.

Kobieta była okrą­glutka, miała pulchne, różowe policzki i obfity biust, ukryty pod różo­wym swe­ter­kiem w białe płatki śniegu. Szpa­ko­wate włosy splo­tła w war­kocz i upięła w kok na czubku głowy. Z koka ster­czał ołó­wek. W rękach trzy­mała talerz ze słod­kimi bułecz­kami.

– No cóż, oto cała ekipa w kom­ple­cie. To pan komen­dant Burke, a to, panie komen­dan­cie, pań­scy ludzie. Zastępca Otto Gru­ber.

Jeżyk wystą­pił z sze­regu i wycią­gnął rękę.

– Witam pana, panie komen­dan­cie.

– Witam pana, panie Gru­ber.

– Zastępca Peter Notti.

– Dzień dobry, panie komen­dan­cie.

Uśmiech na twa­rzy mło­dzieńca wywo­łał u Nate’a pewne sko­ja­rze­nie.

– Jest pan w jakiś spo­sób spo­krew­niony z Rose?

– Tak, sir. To moja sio­stra.

– A to twoja prawa ręka, sekre­tarka i spe­cja­listka od bułe­czek cyna­mo­no­wych, Marietta Peach.

– Cie­szę się, że pan do nas przy­je­chał, panie komen­dan­cie.

Miała typowo połu­dniowy akcent, który przy­wo­dził na myśl mię­tówkę sączoną na weran­dzie.

– Mam nadzieję, że już lepiej się pan czuje.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie. Dzię­kuję, pani Peach.

– Opro­wa­dzę pana komen­danta po poste­runku, a potem was zosta­wię, żeby­ście się lepiej poznali. Może, Igna­tio­usie, zechciał­byś obej­rzeć swoje… pokoje gościnne?

Wypro­wa­dziła go przez drzwi z pra­wej strony. Za nimi znaj­do­wały się dwie cele z pry­czami, tro­chę przy­po­mi­na­ją­cymi koje. Ściany spra­wiały wra­że­nie świeżo poma­lo­wa­nych, pod­łoga wyraź­nie została umyta. Nate wyczuł zapach lizolu.

W celach nie było żad­nych loka­to­rów.

– Czy ktoś ich w ogóle używa? – spy­tał Nate.

– Przede wszyst­kim pijacy i osoby, które zakłó­cają porzą­dek publiczny. Trzeba dobrze się schlać i naroz­ra­biać, żeby spę­dzić noc w aresz­cie na poste­runku poli­cji w Lunacy. Cza­sami zda­rzają się awan­tury, jakiś akt wan­da­li­zmu, ale zazwy­czaj spraw­cami są znu­dzone dzie­ciaki. Powiem twoim ludziom, żeby podali ci wszel­kie szcze­góły na temat prze­stęp­czo­ści w Lunacy. Nie mamy adwo­kata, więc jeśli komuś bar­dzo na nim zależy, musi zadzwo­nić do Ancho­rage albo Fair­banks, chyba że zna kogoś, kto mieszka gdzie indziej. Mamy nato­miast eme­ry­to­wa­nego sędziego, cho­ciaż czło­wiek ten wię­cej czasu spę­dza na łowie­niu ryb w prze­rę­blu niż roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów natury praw­nej.

– W porządku.

– O rany, masz zamiar zaga­dać mnie na śmierć?

– Ni­gdy nie umia­łem trzy­mać buzi na kłódkę.

Hopp z chi­cho­tem potrzą­snęła głową.

– Teraz pora, żebyś zoba­czył swoje biuro.

Wró­cili do pierw­szego pomiesz­cze­nia, gdzie wszy­scy uda­wali, że ciężko pra­cują. Po dru­giej stro­nie tyl­nej ściany, tuż przy drzwiach, stała szafka z bro­nią palną. Nate doli­czył się sze­ściu śru­tó­wek, pię­ciu strzelb, ośmiu rewol­we­rów i czte­rech paskud­nie wyglą­da­ją­cych noży.

Wsu­nął ręce do kie­szeni i nadął policzki.

– A cóż to? Żad­nych mie­czy?

– Warto być przy­go­to­wa­nym na wszystko.

– Taak, zwłasz­cza na mającą wkrótce nastą­pić inwa­zję.

Nie sko­men­to­wała jego słów, jedy­nie z uśmie­chem na ustach otwo­rzyła drzwi obok szafki.

– To twoje biuro.

Miało mniej wię­cej metr kwa­dra­towy, jedno okno i szare meta­lowe biurko. Na biurku stał kom­pu­ter, tele­fon i czarna lampka. Przy bocz­nej ścia­nie ktoś usta­wił dwie szafki na kar­to­teki, a nad nimi biegł krótki blat. Stał na nim już pełen eks­pres do kawy, dwa brą­zowe kamion­kowe kubki, koszy­czek z toreb­kami cukru i opa­ko­wa­niami śmie­tanki. Nie zabra­kło rów­nież na razie pustej tablicy z korka, dwóch skła­da­nych krze­seł dla ewen­tu­al­nych peten­tów i koł­ków do wie­sza­nia ubrań.

Z powodu świa­teł, które odbi­jały się w czar­nej szy­bie, pomiesz­cze­nie wyda­wało się bar­dziej bez­oso­bowe i obce niż w rze­czy­wi­sto­ści.

– Peach napeł­niła szu­flady two­jego biurka, ale gdyby cze­goś bra­ko­wało, zgłoś zapo­trze­bo­wa­nie do ratu­sza. John wszystko zała­twi.

– W porządku.

– Masz jakieś pyta­nia?

– Mnó­stwo.

– Może zatem je zadasz?

– Dobrze. Zacznę od pierw­szego, które przy­cho­dzi mi na myśl, zwłasz­cza że reszta zależy od odpo­wie­dzi, jaką uzy­skam. Dla­czego mnie zatrud­ni­łaś?

– No tak. Mogę? – spy­tała, wska­zu­jąc ręką na dzba­nek z kawą.

– Bar­dzo pro­szę.

Nalała kawę do kub­ków, wrę­czyła mu jeden, potem usia­dła na jed­nym ze skła­da­nych krze­seł.

– Potrze­bo­wa­li­śmy komen­danta poli­cji.

– Może tak, może nie.

– Jeste­śmy małą mie­ściną odda­loną od całego świata i cał­kiem nie­źle sobie radzimy, ale potrzebny nam ktoś, kto wpro­wa­dziłby tu ład i porzą­dek. Kto wyzna­czyłby gra­nicę mię­dzy tym, co dobre i co złe, i kto potem pil­no­wałby tejże gra­nicy. Mój mąż pra­co­wał nad tym przez wiele lat, zanim wpa­ko­wał swego ostat­niego gola do bramki.

– Teraz ty prze­ję­łaś pałeczkę.

– Tak. Teraz ja prze­ję­łam pałeczkę. Wła­sny oddział poli­cji świad­czy o tym, że sami trosz­czymy się o sie­bie i nie potrze­bu­jemy tutaj żad­nych urzęd­ni­ków sta­no­wych ani służb fede­ral­nych. O mia­steczku takim jak Lunacy można cał­ko­wi­cie zapo­mnieć ze względu na to, jakie jest i gdzie się znaj­duje. Wcze­śniej mogli­śmy się już poszczy­cić dobrą szkołą, dobrym hote­lem, tygo­dni­kiem i roz­gło­śnią radiową. Teraz mamy na doda­tek swoją poli­cję i straż pożarną. Gdy nad­cho­dzi zima, która cał­ko­wi­cie odcina nas od bożego świata, umiemy być samo­wy­star­czalni, potrzebny nam jed­nak ład i porzą­dek, a ten budy­nek i ludzie, któ­rzy w nim pra­cują, sym­bo­li­zują tenże ład i porzą­dek.

– Jed­nym sło­wem zatrud­ni­łaś sym­bol.

– Do pew­nego stop­nia można tak to powie­dzieć. – Wytrzy­mała przez chwilę jego wzrok. – Ludzie czują się bez­piecz­niej, gdy da się im pewne sym­bole. Z dru­giej strony mam jed­nak nadzieję, że zro­bisz to, co do cie­bie należy, i że zro­bisz to dobrze, jed­nym sło­wem, że utrzy­masz w mia­steczku porzą­dek i dotych­cza­sowy stan rze­czy. Dla­tego poświę­ci­łam nieco czasu, żeby poka­zać ci naj­waż­niej­sze insty­tu­cje w mie­ście, podać nazwi­ska, powie­dzieć, co kto robi. Nie zapre­zen­to­wa­łam ci jed­nak wszyst­kich. Bing ma warsz­tat samo­cho­dowy, napra­wia sil­niki i obsłu­guje ciężki sprzęt, mię­dzy innymi pług śnieżny i koparkę. Luna­tic Air odpo­wiada za zaopa­trze­nie mia­sta i trans­port osób. Zawozi rów­nież tury­stów w góry i na polo­wa­nia.

– Luna­tic Air?

– Czyli Meg – wyja­śniła Hopp z pół­u­śmie­chem na ustach. – Znaj­du­jemy się na krańcu świata. Sami prze­obra­zi­li­śmy mia­steczko zało­żone przez osad­ni­ków, awan­tur­ni­ków, poszu­ki­wa­czy przy­gód i hipi­sów w spo­kojną mie­ścinę. Poznasz miesz­kań­ców, dowiesz się, co ich łączy, a co dzieli. Wtedy będziesz wie­dział, jak sobie z nimi radzić.

– W związku z tym wra­cam do pierw­szego pyta­nia. Czemu mnie zatrud­ni­łaś? Dla­czego nie wzię­łaś kogoś, kto już to wszystko wie?

– Uzna­łam, że ktoś, kto zna mia­sto od pod­szewki, mógłby kie­ro­wać się w swo­jej pracy wła­snymi prze­ko­na­niami i uprze­dze­niami. Dawać wyraz swoim ura­zom, wyko­rzy­sty­wać powią­za­nia. Ktoś z zewnątrz to czło­wiek świeży. Jesteś młody, twój wiek prze­ma­wia na twoją korzyść. Nie masz żony ani dzieci, które nie chcia­łyby się tu prze­pro­wa­dzić i nama­wiały cię, żebyś wró­cił na tereny poło­żone poni­żej czter­dzie­stego ósmego rów­no­leż­nika. Pra­co­wa­łeś na poli­cji ponad dzie­sięć lat. Masz kwa­li­fi­ka­cje, na któ­rych mi zale­żało, i nie tar­go­wa­łeś się o pobory.

– Rozu­miem twój punkt widze­nia, ale można spoj­rzeć na to z innej strony. Co ja mam tu, do dia­bła, robić?

– Hmm. – Dopiła kawę. – Odno­szę wra­że­nie, że jesteś mło­dym, inte­li­gent­nym męż­czy­zną. Na pewno znaj­dziesz sobie jakieś zaję­cie. No dobrze. – Wstała. – Pozwolę ci zacząć. Spo­tka­nie na ratu­szu odbę­dzie się o dru­giej po połu­dniu. Liczę na to, że powiesz kilka słów.

– O rany!

– Jesz­cze jedno. – Wło­żyła rękę do kie­szeni i wyjęła pudełko. – Przyda ci się.

Wyjęła z pudełka srebrną gwiazdę i przy­pięła mu ją do koszuli.

– Do zoba­cze­nia o dru­giej, panie komen­dan­cie.

Stał na środku pokoju, wpa­tru­jąc się w nie­do­pitą kawę. Przez chwilę zza drzwi docho­dziły przy­tłu­mione głosy. Naprawdę nie wie­dział, co robić, uznał więc, że pora zacząć. Wyszedł z pokoju.

Hopp powie­działa prawdę. Nie miał żony ani dzieci. Nikt nie będzie go nama­wiał, żeby wró­cił na połu­dnie. Do nor­mal­nego świata. Jeżeli chce tu zostać, musi się dobrze spi­sać. Jeśli schrzani sprawę, jeśli nie wyko­rzy­sta nie­co­dzien­nej szansy, jaką dano mu w maleń­kiej mie­ści­nie na krańcu świata, nie będzie miał gdzie się podziać. Nie będzie miał co ze sobą począć.

Wycho­dząc z kawą w ręku do swo­ich współ­pra­cow­ni­ków, czuł nie­miły ucisk w żołądku, taki sam jak pod­czas lotu.

– Chciał­bym wam zająć kilka minut.

Nie był pewien, gdzie sta­nąć, potem zdał sobie sprawę, że na pewno nie powi­nien stać, w związku z tym pod­szedł do pla­sti­ko­wych krze­seł. Prze­niósł dwa z nich do biurka, na któ­rym wcze­śniej posta­wił swoją kawę, i uśmiech­nął się do Peach.

– Mogę panią pro­sić, pani Peach? Pro­szę usiąść.

Cho­ciaż czuł, że żołą­dek nie zdą­żył jesz­cze prze­tra­wić spo­rej por­cji nale­śni­ków, powie­dział z uśmie­chem:

– Może przy­nio­słaby pani ze sobą bułeczki cyna­mo­nowe? Fan­ta­stycz­nie pachną.

Wyraź­nie zado­wo­lona posta­wiła na biurku talerz i poło­żyła ser­wetki.

– Czę­stuj­cie się, chłopcy – zapro­po­no­wała.

– Wydaje mi się, że sytu­acja jest dla was wszyst­kich tak samo nie­zręczna jak dla mnie – zaczął Nate, kła­dąc bułeczkę na ser­wetce. – Nie zna­cie mnie. Nic nie wie­cie o mnie jako o gli­nia­rzu ani czło­wieku. Z kolei ja nie pocho­dzę stąd i nic nie wiem o tej czę­ści świata. Tym­cza­sem macie wyko­ny­wać moje roz­kazy. Będzie­cie wyko­ny­wać moje roz­kazy – popra­wił się.

Ugryzł bułeczkę.

– Nawet święty by się im nie oparł – pochwa­lił.

– To dzięki smal­cowi.

– Tak myślę.

Wyobra­ził sobie, jak jego tęt­nice gwał­tow­nie się zamy­kają.

– Trudno wyko­ny­wać roz­kazy kogoś, kogo się nie zna, komu się nie ufa. Nie macie powodu, by mi ufać. Co wię­cej, na pewno będę popeł­niał błędy. Nie będę miał nic prze­ciwko temu, jeśli uzna­cie za sto­sowne, by zwró­cić mi na nie uwagę, pro­szę tylko, żeby­ście robili to w cztery oczy. Będę rów­nież liczył na to, że wszy­scy… naprawdę wszy­scy będzie­cie dostar­czać mi nie­zbęd­nych infor­ma­cji. Powie­cie to, co powi­nie­nem wie­dzieć, przed­sta­wi­cie ludzi, któ­rych powi­nie­nem poznać. Na razie jed­nak chcę was spy­tać, czy coś u mnie wam się nie podoba. Powiedzmy to sobie od razu i pro­sto w oczy, może dzięki temu uda nam się zara­dzić ewen­tu­al­nym pro­ble­mom.

Otto upił kawę.

– Na razie nie wiem, czy coś mi się u pana podoba, czy nie. Naj­pierw muszę pana poznać.

– Rozu­miem. Jeśli coś nie będzie panu odpo­wia­dało, pro­szę mi o tym powie­dzieć. Może przy­znam panu rację, może powiem, żeby poszedł pan do dia­bła, ale przy­naj­mniej będziemy wie­dzieli, na czym sto­imy.

– Panie komen­dan­cie?

Nate spoj­rzał na Petera.

– Mów­cie do mnie Nate. Mam nadzieję, że miesz­kańcy mia­steczka nie wezmą przy­kładu z pani bur­mistrz i nie będą przez cały czas mówili do mnie Igna­tio­usie.

– No cóż, przy­szło mi na myśl, że dobrze by było, gdyby na początku ktoś jeź­dził z panem na wezwa­nia i patrole, na przy­kład Otto lub ja. Póki nie pozna pan mia­steczka.

– To dobry pomysł. Pani Peach i ja opra­cu­jemy tygo­dniowy har­mo­no­gram dyżu­rów.

– Możesz mówić do mnie Peach. Jeśli cho­dzi o sprawy orga­ni­za­cyjne, liczę na to, że na poste­runku będzie czy­sto i że obo­wiązki, w tym rów­nież sprzą­ta­nie ubi­ka­cji, Otto, znajdą się w har­mo­no­gra­mie razem z wszyst­kim innym. Mio­tły, wia­dra i szczotki to nie tylko narzę­dzia dla kobiet.

– W umo­wie przy­znano mi funk­cję zastępcy, a nie sprzą­taczki.

Peach miała typową, łagodną twarz matki. Może dla­tego, jak każda matka, była w sta­nie jed­nym zde­cy­do­wa­nym spoj­rze­niem wywier­cić dziurę w stali.

– A ja jestem prawą ręką i sekre­tarką, a nie bab­cią klo­ze­tową. Tym­cza­sem pewne rze­czy ktoś musi zro­bić.

– Pro­po­nuję, żeby­śmy na razie wyko­ny­wali te obo­wiązki na zmianę – prze­rwał Nate, dostrze­ga­jąc wojow­ni­cze bły­ski w oczach oby­dwojga. – Poroz­ma­wiam z panią bur­mistrz na temat naszego budżetu. Może uda nam się nieco zaosz­czę­dzić i zatrud­nić kogoś, kto raz w tygo­dniu nam posprząta. Kto ma klu­czyki do szafki z bro­nią?

– Są w mojej szu­fla­dzie – powie­działa Peach.

– Chciał­bym je dostać. Cie­kaw jestem rów­nież, jakie macie kwa­li­fi­ka­cje do posłu­gi­wa­nia się bro­nią.

– Gdy­bym chciał, mógł­bym strze­lać nawet z armaty – wybuch­nął Otto.

– Może to i prawda, ale nosimy odznaki.

Nate odchy­lił się na krze­śle i bacz­niej przyj­rzał się rewol­we­rowi w kabu­rze Ottona.

– Masz zamiar trak­to­wać trzy­dziest­kę­ó­semkę jak rewol­wer służ­bowy?

– To mój rewol­wer i dobrze mi służy.

– Świet­nie. Ja wezmę z szafki siga dzie­więć mili­me­trów. Pete­rze, odpo­wiada ci dzie­wiątka, którą masz przy sobie?

– Tak, sir.

– Peach, umiesz się posłu­gi­wać bro­nią?

– Mam w swoim biurku kolta czter­dziest­kę­piątkę. To jest broń mojego ojca, który nauczył mnie strze­lać, gdy mia­łam pięć lat. Poza tym umiem się posłu­gi­wać wszyst­kim, co znaj­duje się w tej szafce, i robię to nie gorzej niż nasz wojak Joe.

– Słu­ży­łem w armii – wybuch­nął Otto z taką samą zło­ścią. – W pie­cho­cie mor­skiej.

– W porządku. – Nate prze­łknął ślinę. – Może­cie mi powie­dzieć, ilu miesz­kań­ców mia­steczka ma broń?

Wszy­scy troje przez dobrą chwilę przy­glą­dali mu się w mil­cze­niu.

– Pra­wie wszy­scy – powie­dział w końcu Otto.

– Świet­nie. Czy mamy listę miesz­kań­ców, któ­rym ode­brano licen­cję?

– Mogę ją przy­go­to­wać – zaofia­ro­wała się Peach.

– Byłoby wspa­niale. A znajdą się gdzieś kopie miej­skich roz­po­rzą­dzeń?

– Zdo­będę je.

– Jesz­cze jedno – powie­dział Nate, gdy Peach wsta­wała. – Gdy­by­śmy musieli kogoś zaaresz­to­wać, to kto ustala kau­cję, decy­duje o dłu­go­ści aresztu, wyso­ko­ści kary i tak dalej?

Po dłu­gim mil­cze­niu ode­zwał się Peter:

– Chyba pan, panie komen­dan­cie.

Nate cicho gwizd­nął.

– To może być nawet dość zabawne!

Wró­cił do swo­jego biura, zabie­ra­jąc po dro­dze robotę papier­kową, którą dała mu Peach. Wie­dział, że nie zaj­mie mu to dużo czasu, ale liczył na to, że będzie mógł przy­cze­pić coś do kor­ko­wej tablicy.

Porząd­ko­wał kartki, gdy w drzwiach poja­wiła się jego sekre­tarka.

– Przy­nio­słam ci klu­czyki, Nate. Te są od szafki z bro­nią. Te od poste­runku, od drzwi wej­ścio­wych i tyl­nych, od cel i two­jego samo­chodu. Wszyst­kie są opi­sane.

– Mojego samo­chodu? Mam samo­chód?

– To Grand Che­ro­kee. Stoi na ulicy. – Wrzu­ciła mu klu­czyk do ręki. – Hopp powie­działa, żeby­śmy ci poka­zali, jak zamon­to­wać ogrze­wacz do sil­nika.

Czy­tał gdzieś o tym. Przy bar­dzo niskich tem­pe­ra­tu­rach ogrze­wa­cze umoż­li­wiają utrzy­ma­nie tem­pe­ra­tury sil­nika.

– Na wszystko przyj­dzie czas.

– Słońce wscho­dzi.

– Słu­cham?

Odwró­cił się i wyj­rzał przez okno.

Potem wstał i z opusz­czo­nymi rękami patrzył, jak słońce maluje na nie­bie poma­rań­czowe i różowe plamy. Impo­nu­jące góry nagle ożyły, a po bia­łych zbo­czach zaczęły się prze­su­wać zło­ci­ste smugi.

Nate zanie­mó­wił z wra­że­nia.

– Nie ma nic wspa­nial­szego niż pierw­szy zimowy wschód słońca na Ala­sce.

– Chyba tak.

Jak zahip­no­ty­zo­wany pod­szedł do okna.

Spoj­rzał na rzekę, na miej­sce, w któ­rym poprzed­niego dnia wylą­do­wał. Był tam długi, znisz­czony pomost, któ­rego wcze­śniej nie zauwa­żył. Lód poły­ski­wał i odbi­jał błę­kitne niebo. Z mroku wyło­niły się zwały śniegu, domy, kępki drzew, a nawet ludzie. Tak, byli tam nawet ludzie, cho­ciaż dzięki gru­bemu ubra­niu przy­po­mi­nali kolo­rowe kule prze­śli­zgu­jące się po bieli.

Obok smużki wzno­szą­cego się dymu… o Jezu!… czyż to nie orzeł wzbija się w niebo? W tym momen­cie grupka dzie­cia­ków bie­giem ruszyła w stronę sku­tej lodem rzeki. Wszy­scy mieli w rękach kijki hoke­jowe i łyżwy prze­rzu­cone przez ramię.

W oddali wzno­siły się maje­sta­tyczne góry. Mil­czący bogo­wie.

Patrząc na nie, Nate zapo­mniał o prze­ni­kli­wym chło­dzie, wie­trze, izo­la­cji i wła­snym smutku.

Patrząc na nie, poczuł, że żyje.

3

Może było za zimno, może ludzie sta­rali się zacho­wy­wać jak naj­le­piej, a może po pro­stu mię­dzy Bożym Naro­dze­niem a Nowym Rokiem zapa­no­wał świą­teczny nastrój, tak czy ina­czej pierw­szy tele­fon zadzwo­nił dopiero w połu­dnie.

– Nate? – Peach sta­nęła w drzwiach z dru­tami i kłęb­kiem fio­le­to­wej wełny. – Dzwoni Char­lene. Wygląda na to, że w Lodge dwóch face­tów pobiło się przy bilar­dzie. Tro­chę roz­ra­biają.

– W porządku.

Wstał z krze­sła i wędru­jąc w stronę drzwi, wyjął z kie­szeni ćwierć­do­la­rówkę.

– Co wybie­ra­cie? – spy­tał Ottona i Petera.

– Orzeł – odparł Otto, przy­glą­da­jąc się, jak jego zwierzch­nik wyrzuca monetę w powie­trze.

Nate zła­pał ją na wierzch dłoni.

– Reszka. W porządku. W takim razie jedzie ze mną Peter. Drobna awan­tura w Lodge.

Przy­piął krót­ko­fa­lówkę do pasa, wszedł do przed­sionka i zaczął się ubie­rać.

– Jeżeli awan­tura nie skoń­czy się przed naszym przy­jaz­dem – powie­dział do Petera – chcę, żebyś w dużym skró­cie przed­sta­wił mi głów­nych boha­te­rów i wytłu­ma­czył, o co cho­dzi. Czy sytu­acja jest naprawdę groźna, czy wystar­czy kilka ostrych słów.

Pchnął drzwi. Ze wszyst­kich stron oto­czyło go prze­raź­li­wie zimne powie­trze.

– To mój samo­chód? – spy­tał, wska­zu­jąc czar­nego dżipa.

– Tak, sir.

– A ten prze­wód pod­łą­czony do słupka trzeba wetknąć do ogrze­wa­cza do sil­nika, tak?

– Przyda się panu, jeśli samo­chód będzie stał nieco dłu­żej. Na tyl­nym sie­dze­niu jest gruby koc. Można nim przy­kryć sil­nik, wtedy jest szansa, że utrzyma cie­pło przez jakieś dwa­dzie­ścia cztery godziny. Tylko potem cza­sami czło­wiek zapo­mina go zdjąć, a wtedy sil­nik łatwo się prze­grzewa. Prze­wody roz­ru­chowe też są z tyłu – mówił, wycią­ga­jąc wtyczkę. – Tak samo jak race, apteczka i…

– Na wszystko przyj­dzie czas – prze­rwał mu Nate, zasta­na­wia­jąc się, czy poko­na­nie drogi nazy­wa­nej Luna­tic Street będzie wyma­gało uży­cia rac i apteczki. – Sprawdźmy, czy uda nam się doje­chać do Lodge w jed­nym kawałku.

Usiadł za kie­row­nicą i wło­żył klu­czyk do sta­cyjki.

– Pod­grze­wane sie­dze­nia – zauwa­żył. – Widać jed­nak Bóg ist­nieje.

W świe­tle dzien­nym mia­steczko bez wąt­pie­nia wyglą­dało ina­czej. Jest o wiele mniej­sze – uznał Nate, manew­ru­jąc wśród zasp. Spa­liny zosta­wiły przy kra­węż­ni­kach wyraźne smugi na bia­łym śniegu, wystawy skle­powe już nie były takie lśniące, a świą­teczne deko­ra­cje w świe­tle sło­necz­nym nosiły wyraźne ślady zuży­cia.

To już była rze­czy­wi­stość, a nie kartka pocz­towa, chyba że spoj­rzało się wyżej, na góry… cho­ciaż i one stra­ciły nieco swoją suro­wość.

Nie, nie suro­wość, raczej posą­go­wość – pomy­ślał. Teraz spo­glą­dał na ludzką osadę wyrzeź­bioną z lodu, śniegu i kamie­nia, usa­do­wioną na brze­gach krę­tej rzeki, oto­czoną gęstymi lasami, w któ­rych z pew­no­ścią gra­so­wały watahy wil­ków.

Nate zasta­na­wiał się, czy w lesie są niedź­wie­dzie, uznał jed­nak, że do wio­sny nie ma się czym mar­twić. Chyba że opo­wie­ści o śnie zimo­wym to jedna wielka bzdura.

Droga z poste­runku do hotelu zajęła im nie­całe dwie minuty. Nate po dro­dze doli­czył się dzie­się­ciu prze­chod­niów, minął brą­zo­wego pikapa, potem suva, dostrzegł trzy zapar­ko­wane sku­tery śnieżne i jedną parę nart wspar­tych o ścianę Ita­lian Place.

Wyglą­dało na to, że miesz­kańcy Lunacy nie poszli w ślady niedź­wie­dzi i nie zapa­dli w zimowy sen.

Nate wszedł do środka pierw­szy, Peter za nim.

Awan­tura trwała na­dal. Sły­chać było gło­śne okrzyki zachęty: „Skop mu ten tłu­sty tyłek, Mac­kie!”, odgłosy ude­rzeń i burk­nię­cia. Nate doli­czył się pię­ciu gapiów. Jak na warunki Lunacy nale­żało to praw­do­po­dob­nie uznać za tłum. Two­rzyło go pię­ciu męż­czyzn we fla­ne­lo­wych koszu­lach, cho­ciaż po bliż­szych oglę­dzi­nach oka­zało się, że jeden z nich jest kobietą.

W środku kręgu dwaj męż­czyźni o skoł­tu­nio­nych, brą­zo­wych wło­sach tur­lali się po pod­ło­dze, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie okła­dać się pię­ściami. Jedyną bro­nią widoczną w polu widze­nia był zła­many kij bilar­dowy.

– To bra­cia Mac­kie – wyja­śnił Peter.

– Bra­cia?

– Taak. Bliź­niacy. Od uro­dze­nia nic nie robią, tylko się tłuką. Rzadko zda­rza się, by pod­nie­śli rękę na kogoś innego.

– W porządku.

Nate łok­ciami uto­ro­wał sobie drogę do środka kręgu. Na jego widok okrzyki nieco uci­chły i zamie­niły się w ciche pomruki, zwłasz­cza gdy chwy­cił za tyłek bliź­niaka numer jeden, który znaj­do­wał się na wierz­chu.

– No dobra, zabawa skoń­czona.

Bliź­niak numer dwa wyrwał się spod spodu i odsko­czył do tyłu. Przy oka­zji wymie­rzył potężny cios w szczękę brata.

– Rzeka Czer­wona, ośla pało! – krzyk­nął.

Następ­nie uniósł pię­ści i roz­po­czął taniec zwy­cię­stwa. Jego brat bez­wład­nie opadł w ramiona Nate’a.

– Pete­rze, na litość boską – wark­nął Nate, widząc, że jego zastępca stoi w bez­ru­chu.

– Och, prze­pra­szam, panie komen­dan­cie. Jim, uspo­kój się.

Jim Mac­kie nie prze­ry­wał swo­jego tańca, zachę­cany okrzy­kami tłumu.

Nate zauwa­żył, że pie­nią­dze prze­cho­dzą z ręki do ręki, ale posta­no­wił to zigno­ro­wać.

– Weź go.

Prze­ka­zał nie­przy­tom­nego męż­czy­znę Pete­rowi, potem zastą­pił drogę samo­zwań­czemu zwy­cięzcy.

– Zastępca kazał ci się uspo­koić.

– Taak?

Jim uśmiech­nął się od ucha do ucha, uka­zu­jąc białe zęby i iście po dia­bel­sku bły­ska­jąc brą­zo­wymi oczami.

– No to co? Wcale nie muszę słu­chać roz­ka­zów tego dupka.

– Musisz. Zaraz pokażę ci, dla­czego.

Nate gwał­tow­nym ruchem obró­cił męż­czy­znę, pchnął go na ścianę i w nie­całe dzie­sięć sekund zało­żył mu kaj­danki.

– Hej! – zapro­te­sto­wał zde­tro­ni­zo­wany zwy­cięzca.

– Spró­buj pod­sko­czyć, a wylą­du­jesz w celi za sta­wia­nie oporu i nie tylko. Pete­rze, gdy drugi pta­szek odzy­ska przy­tom­ność, przy­pro­wadź go na poste­ru­nek.

Nie oka­zu­jąc ani cie­nia lojal­no­ści, tym razem tłum miau­cze­niem i gwiz­dami poparł Nate’a, który siłą pro­wa­dził Jima Mac­kiego w stronę drzwi.

Nate zatrzy­mał się na widok wycho­dzą­cej z kuchni Char­lene.

– Masz zamiar wnieść oskar­że­nie? – spy­tał.

Przez chwilę patrzyła na niego zasko­czona, potem zamru­gała oczami.

– Hmmm… do dia­bła, nie. Nikt ni­gdy wcze­śniej mnie o to nie pytał. Jakie oskar­że­nie?

– Pew­nie coś ci znisz­czyli, poła­mali…

– Och, zawsze po fak­cie płacą za szkody, cho­ciaż, prawdę mówiąc, wypło­szyli kilku tury­stów, któ­rzy mieli zamiar zamó­wić lunch.

– To Bill zaczął.

– Daj spo­kój, Jim – ucięła. – Zawsze obaj rwie­cie się do walki. Mówi­łam wam, żeby­ście prze­stali wsz­czy­nać burdy, ponie­waż prze­pę­dza­cie mi klien­tów. Nie chcę wno­sić oskar­że­nia. Zależy mi tylko na tym, żeby wasze głu­pie bija­tyki ustały. I musi­cie zapła­cić za szkody.

– Rozu­miem. Chodź, zała­twmy sprawę, Jim.

– Nie rozu­miem, dla­czego…

Nate roz­wiał jego wąt­pli­wo­ści, wypy­cha­jąc go na ziąb.

– Jezu Chry­ste, przy­da­łoby mi się moje ubra­nie.

– Zastępca Notti ci je przy­nie­sie. Możesz wsiąść do samo­chodu albo zostać na zewnątrz i odmro­zić sobie tyłek. Wybór należy do cie­bie.

Otwo­rzył drzwi i wepchnął Jima do środka.

Gdy Nate usiadł za kie­row­nicą, Jim pró­bo­wał odzy­skać nieco god­no­ści, pomimo pod­bi­tego oka i strużki krwi, która sączyła się z roz­cię­tej wargi.

– Uwa­żam, że nie powinno się tak trak­to­wać ludzi. To nie­spra­wie­dliwe.

– A ja uwa­żam, że nie­spra­wie­dli­wo­ścią było zdzie­le­nie brata w chwili, gdy ktoś trzy­mał go za ręce.

Jim, nie kry­jąc roz­go­ry­cze­nia, wci­snął brodę w klatkę pier­siową.

– Zosta­łem przy­ła­pany na gorą­cym uczynku. Ponio­sło mnie. Poza tym ten sukin­syn mnie wku­rzył. Jesteś tym nowym, który ma być naszym komen­dan­tem, tak?

– Ale z cie­bie bystrza­cha, Jim!

Jim boczył się przez całą drogę na poste­ru­nek. Potem razem z Nate’em wszedł do środka.

– Przy­bysz z tere­nów poło­żo­nych poni­żej czter­dzie­stego ósmego rów­no­leż­nika – zadrwił, zwra­ca­jąc się do Ottona i Peach. – Nie wie, jak wygląda życie w Lunacy.

– Może mu to wyja­śnisz?

W oczach Ottona poja­wił się błysk. Może rado­ści?

– Potrzebna mi będzie apteczka. Zapra­szam do sie­bie, do biura, Jim.

Nate wpro­wa­dził Jima do środka, pchnął go na krze­sło, a potem roz­piął część kaj­dan­ków i przy­cze­pił ją do opar­cia.

– Daruj sobie – zapro­po­no­wał Jim. – Jeśli będę chciał wyjść, mogę po pro­stu zabrać krze­sło ze sobą.

– Jasne, a ja wtedy dodam do listy two­ich wykro­czeń kra­dzież sprzętu z poste­runku poli­cji.

Jim ponow­nie zaczął się boczyć. Był kości­stym męż­czy­zną około trzy­dziestki. Miał potar­gane brą­zowe włosy, pocią­głą twarz, zapad­nięte policzki i brą­zowe oczy. Lewe było opuch­nięte po jed­nym z cio­sów brata. Z roz­cię­tej wargi kapała krew.

– Nie lubię cię – zde­cy­do­wał.

– Wolno ci. To nie jest sprzeczne z pra­wem, w prze­ci­wień­stwie do zakłó­ca­nia spo­koju, nisz­cze­nia cudzej wła­sno­ści i bija­tyki.

– Tutaj, w Lunacy, jeśli czło­wiek ma ochotę stłuc na kwa­śne jabłko swo­jego przy­głu­pia­stego brata, to jest jego i tylko jego sprawa.

– Już nie. Tutaj, w Lunacy, od tej chwili czło­wiek ma sza­no­wać cudzą wła­sność i prze­strze­gać porządku publicz­nego. Ma rów­nież oka­zy­wać sza­cu­nek stró­żom prawa.

– Pete­rowi? Temu głup­kowi?

– Teraz to zastępca Głu­pek.

Jim ciężko wes­tchnął, tak ciężko, że z jego roz­cię­tej wargi pry­snęły kro­pelki krwi.

– Na litość boską, zna­łem go, nim się jesz­cze uro­dził.

– Kiedy ma przy­piętą odznakę i mówi ci, żebyś się uspo­koił, masz się uspo­koić, nie­za­leż­nie od tego, czy zna­łeś go in vitro, czy nie.

Jim spra­wiał wra­że­nie zacie­ka­wio­nego, a jed­no­cze­śnie zasko­czo­nego.

– Nie wiem, o czym, do dia­bła, mówisz.

– Wła­śnie widzę.

Zer­k­nął na wcho­dzącą Peach.

– Przy­nio­słam apteczkę i lód.

Podała lód Jimowi, a apteczkę usta­wiła na biurku przed Nate’em. Potem wzięła się pod boki.

– Jak to się dzieje, Jimie Mac­kie, że w ogóle nie mądrze­jesz?

– To Bill zaczął.

Zaru­mie­nił się i przy­ci­snął lód do krwa­wią­cej wargi.

– To ty tak twier­dzisz. A gdzie jest Bill?

– Peter zaraz go przy­pro­wa­dzi – wyja­śnił Nate. – Kiedy numer dwa odzy­ska przy­tom­ność.

Peach prych­nęła.

– Przy­pusz­czam, że matka pod­bije ci dru­gie oko, gdy będzie musiała zapła­cić za cie­bie kau­cję…

Wygło­siw­szy ponurą prze­po­wied­nię, wyszła, trza­ska­jąc drzwiami.

– Jezu! Chyba nie masz zamiaru zamy­kać mnie za to, że zdzie­li­łem brata przez łeb.

– Kto wie? Może jesz­cze sam nie­źle ci dołożę, zwa­żyw­szy, że to mój pierw­szy dzień w pracy. – Nate oparł się o krze­sło. – O co poszło?

– No dobrze, posłu­chaj.

W ramach przy­go­to­wa­nia do wła­snej obrony Jim klep­nął się po kola­nach.

– Ten pozba­wiony mózgu osioł twier­dzi, że naj­lep­szym wester­nem, jaki kie­dy­kol­wiek nakrę­cono, był Dyli­żans, pod­czas gdy nawet dziecko wie, że Rzeka Czer­wona bije całą resztę na głowę.

Nate przez długą chwilę mil­czał.

– Naprawdę?

– Na litość boską!

– Po pro­stu chcę mieć pew­ność, czy rze­czy­wi­ście dobrze cię zro­zu­mia­łem. Ty i twój brat urzą­dzi­li­ście sobie bija­tykę, ponie­waż nie zga­dza­cie się co do zalet Dyli­żansu i Rzeki Czer­wo­nej z oeu­vre Johna Wayne’a.

– Czego?

– Bili­ście się o to, który film Johna Wayne’a jest lep­szy?

Jim poru­szył się na krze­śle.

– Chyba tak. Wyrów­namy Char­lene wszyst­kie straty. Czy mogę już iść?

– Zwró­ci­cie Char­lene za znisz­cze­nia i każdy z was zapłaci sto dola­rów grzywny za zakłó­ca­nie porządku publicz­nego.

– Niech to dia­bli! Nie możesz…

– Mogę.

Nate wychy­lił się do przodu i obrzu­cił Jima zim­nym, spo­koj­nym spoj­rze­niem, pod wpły­wem któ­rego bliź­niak numer jeden zaczął nie­spo­koj­nie wier­cić się na krze­śle.

– Posłu­chaj, Jim, co ci powiem. Nie chcę, żeby­ście obaj z Bil­lem wsz­czy­nali burdy w Lodge. Ani w żad­nym innym miej­scu, cho­ciaż na razie przede wszyst­kim cho­dzi mi o hotel. Pomy­śl­cie o małym chłopcu, który spę­dza tam więk­szość czasu.

– E tam, do dia­bła, w razie bójki Rose zawsze zabiera Jesse’ego do kuchni. Bill i ja nie chcemy skrzyw­dzić tego malca. Jeste­śmy po pro­stu… no wiesz… tro­chę popę­dliwi.

– W takim razie, będąc w mie­ście, musi­cie zapa­no­wać nieco nad swoją popę­dli­wo­ścią.

– Sto dola­rów?

– Do zapła­ce­nia u Peach w ciągu naj­bliż­szych dwu­dzie­stu czte­rech godzin. Jeśli tego nie zro­bisz, z każ­dym dniem opóź­nie­nia podwoję stawkę. Jeśli nie chcesz pła­cić grzywny, możesz spę­dzić trzy naj­bliż­sze dni tutaj, w bar­dzo dobrych warun­kach.

– Zapła­cimy – mruk­nął Jim, ciężko wzdy­cha­jąc. – Ale, na litość boską, Dyli­żans?

– Oso­bi­ście lubię Rio Bravo.