Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nawet najdłuższa nić zostaje w końcu odcięta od wrzeciona, by stać się częścią tkaniny…
Teofil Kłosek przeżył koszmar września 1939, katownie NKWD i piekło gułagu. Po latach wojennej tułaczki odnajduje upragniony spokój u boku ukochanej Klary. Naznaczony bliznami historii, próbuje ocalić pamięć o tych, którzy rozpłynęli się w pomroce dziejów.
Tymczasem kilkoro młodych ludzi wkracza w dorosłość z nadzieją, którą siermiężna rzeczywistość Polski Ludowej wystawia na bolesną próbę. Gorące uczucia stają się źródłem dramatów, a wybory – ciężarem, którego nie sposób dźwigać w pojedynkę.
Z pomocą wiernych kompanów Teofil wyrusza do ostatniej – kto wie, czy nie najbardziej ryzykownej – akcji. Kładąc na szali z trudem odzyskaną równowagę, rzuca wyzwanie opresyjnemu systemowi.
Kantyk słowika to wielki finał trylogii Żniwo Ognia Andrzeja H. Wojaczka i poruszające zwieńczenie losów Teofila Kłoska zapoczątkowanych bestsellerowym cyklem Wrzeciono Boga. Tytułowa pieśń – pełen ufności hymn dziękczynny – przypomina, że ludzkie serce potrafi radować się wbrew wszelkim okolicznościom.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 450
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna M. Wojewoda-Damasiewicz
Ilustracje
© Anna Damasiewicz
© rawpixel.com
Redakcja
Marta Jakubowska | Słowa na warsztat
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Korekta
Elwira Zapałowska | Słowa na warsztat
Wydanie I, Katowice 2026
Fabuła inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Imiona i nazwiska na potrzeby powieści zostały zmienione.
Wydawnictwo Szara Godzina s.c.
www.szaragodzina.pl
© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025
Tekst © Copyright by Andrzej H. Wojaczek
ISBN 978-83-68674-54-5
Dla Ciebie, Czytelniku…
Dziękuję, że towarzyszyłeś mi w tej drodze.
Bądź jak słowik – tkaj radosną pieśń.
Zawsze.
You can dance in a hurricane
But only if you’re standing in the eye.
Brandi Carlile, Tim Hanseroth, The Eye
Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.
George Orwell, Rok 1984, przeł. Julia Fiedorczuk
Wszystko, co było dawniej, wydaje się dziwne. […] Czasem wydaje się, że tego w ogóle nie było. Czasem wydaje się to wszystko straszne, czasem śmieszne, czasem głupie. Ale nie takie, jakie było naprawdę.
Marek Hłasko, Pierwszy krok w chmurach
Przy dwóch stołach zestawionych w kształt litery „L” spotkali się przedstawiciele trzech pokoleń Górnoślązaków. Najstarsi – urodzeni jeszcze w pruskim zaborze – siedzieli wokół podstawy elki. Lewą stronę dłuższego boku zajmowali ci, którzy przyszli na świat w okresie międzywojnia; naprzeciwko usadowili się najmłodsi – dzieci i młodzież.
Teofil Kłosek usiadł na rogu. Dociekliwym wyjaśniał, że stamtąd najlepiej widzi wszystkich gości. W rzeczywistości potrzebował mieć swobodę ruchu. Jako gospodarz często kursował między kuchnią a salonem, pomagając Klarze w doglądaniu biesiadników.
– Nie siedźcie na rogu, ujec – przestrzegł go Krystian Lasota, najmłodszy z bratanków Klary. – Nie wiycie, że to przynosi pecha? Jeszcze was ciotka zostawi na stare lata!
Teofil uśmiechnął się do chrześniaka z udawaną troską.
– Ja tu siedzę profilaktycznie, Krystianku. Żeby tobie nie przyszło do głowy tu siadać.
Krystianek – choć miał już trzydziestkę na karku – wciąż pozostawał zatwardziałym kawalerem. Nic więc dziwnego, że riposta Kłoska wywołała ogólną wesołość i otworzyła drogę do kolejnych przytyków pod adresem czerwonego jak burak młodzieńca.
– Rychtyk piyknie się urządziliście – powiedziała najmłodsza siostra Klary, rozglądając się z podziwem po mieszkaniu Kłosków. Pastelowe ściany, pomalowane farbą klejową, kontrastowały z ciemnym drewnem podłogi. Wnętrze było skromne, ale przytulne: zegar z kukułką odmierzał czas nad szerokim kredensem z oszklonymi drzwiczkami, pod ścianą stała rozkładana wersalka, w oknach wisiały firanki, a na parapecie zieleniła się paprotka. – Nie ma jak na swoim, pra?
– Żebyś wiedziała, Magda – przyznał Teofil, kiwając głową w zadumie. Po kilku latach poniewierki własne lokum było na wagę złota. – Dwie izby, kuchnia, łazienka.
– No i ten widok! – Szwagierka Teofila położyła łokieć na oparciu krzesła i obróciła głowę w stronę okna. – Ależ wam zazdroszczę.
Od niespełna roku Kłoskowie mieszkali w dwupokojowym lokum na piętrze ceglanego pawilonu o niemal kwadratowej bryle i czterospadowym dachu krytym papą. Budynek, stojący na skraju parku okalającego Szpital Miejski w Miasteczku, powstał jeszcze w czasach pruskich. Przez lata służył jako zaplecze gospodarcze dla głównego gmachu, z mieszkaniami dla dozorcy i salowych. Podczas okupacji Niemcy urządzili tu izolatkę dla zakaźnie chorych. W pierwszych latach po wojnie pawilon stał częściowo pusty i niszczał, aż wreszcie w ramach reorganizacji szpitala oddano go na kwatery pracownicze.
Z okien rozciągał się widok na rozległy park. Jawory i lipy osłaniały budynek zielonym sklepieniem. W słoneczne dni przez ich korony prześwitywały plamy światła, rozlewając się na czerwonej cegle niczym migotliwy ornament. Wyglądało to trochę tak, jakby przyroda chciała złagodzić surowość cegły.
– Moim zdaniem tu jest o wiele ładniej niż na Pszowskiej. – Magda miała na myśli pierwsze mieszkanie Kłosków, które zajmowali aż do wybuchu wojny.
– Na pewno jest ciszej.
– I do roboty można chodzić w samych laczkach.
Teofil po raz kolejny musiał przyznać kobiecie rację. Od kiedy zatrudniono go w szpitalu, miał do pracy rzut beretem – parę minut spacerem przez park.
– Same plusy, co?
Pytanie szwagra wymagało na pozór oczywistej odpowiedzi, lecz Magda zbyt dobrze znała Teofila, by nie wychwycić tonu, w jakim padło.
– Należało się wam. – Wybrała bezpieczną opcję. – Po wszystkim, co przeszliście…
– Ty też swoje przeszłaś.
Magda była wdową samotnie wychowującą czternastoletnią córkę.
– Wszyscy swoje przeszliśmy, ale nie każdy dostał, co mu się należało. – Uciekła wzrokiem, pochylając się nad talerzem.
Teofil odniósł wrażenie, że pośpiech, z jakim kolejne kawałki ciasta znikały w jej ustach, miał uchronić ją przed powiedzeniem czegoś za dużo. Zmieszany, prześlizgnął się wzrokiem po twarzach gości, ale większość była zajęta własnymi sprawami.
Z tła hałaśliwych rozmów wybijał się skrzekliwy głos Terusi Raszczykowej – drugiej z trzech szwagierek Teofila – która z przejęciem relacjonowała jakąś historię o ewidentnie tragicznym zabarwieniu.
– …ponoć od dłuższego czasu uskarżoł się na żołądek. Wefka godała, że jak yno coś zjodł, zwijoł się z bólu. Fest długo się męczył, aż w końcu dostoł takiego ataku, że aż mu się krew puściła gymbą.
– Pewnie wrzód – stwierdziła trzeźwo Klara, która właśnie wróciła z kuchni z miską szałotu. – Musiał pęknąć, skoro dostał krwotoku. Z tym nie ma żartów.
Terusia posłała starszej siostrze spojrzenie pełne dezaprobaty. Nie cierpiała, gdy ktoś wypychał ją poza obręb światła jupiterów, w którym lubiła się grzać.
– Skąd wiesz, jak cię tam nie było?
– Ciebie też tam nie było, a wiesz.
– Wiem od Wefki. – Terusia zmrużyła małe, błyszczące oczy i uniosła podbródek, jakby imię informatorki ucinało dalszą dyskusję.
– Co to za Wefka? – zaciekawiła się żona Kazika Biegańskiego, jedna z najstarszych kobiet w towarzystwie.
– Wefka to Wefka – rzuciła Klara. – Stara plotkara.
– Nie słuchajcie jej. – Terusia posłała swoim słuchaczom uśmiech, którym chciała rozbroić drobną niezręczność. – Wefka to porządno baba. Jo wom to godom! – Dźgnęła się palcem w rowek między obfitym biustem.
– Żeby było jasne… – powiedziała Klara. – Mówimy o żonie tego, co dostał krwotoku.
– Wyszedł chociaż z tego? – Kazik zatrzymał kufel z piwem w połowie drogi do ust. – Ten chłop od Wefki?
– Z tego się nie wychodzi, Kazik – mruknęła Klara, kierując się w stronę kuchni.
– Zanim przyjechało pogotowie, chłop już był sztywny. – Terusia okrasiła puentę błyskiem niezdrowej fascynacji w oczach. – Udusił się własną krwią. Po wszystkim Wefka musiała wyciepnąć całkiem nowy dywan, bo go nie szło doprać.
Teofil aż się wzdrygnął. Wiedział, czym są wrzody i co się dzieje, gdy pękają. Skurczył się w sobie na samą myśl o tym, co musiał przeżyć tamten człowiek.
– Znałeś go, Teofil. – Terusia uchwyciła niepokój rysujący się na twarzy szwagra.
– Kogo?
– Kozielskiego z Pszowa.
– Rajnusia?
Terusia przewróciła oczami.
– Rajnuś to był jego ojciec. Mówię o Paulku. Powiedz, że nie znosz Paulka?
Teofil wzruszył ramionami. Nie znał żadnego Paulka Kozielskiego i nie miał pojęcia, dlaczego miałby go znać.
– Dziwny z ciebie człowiek, Teoś – skwitowała Terusia, kręcąc głową z politowaniem. – Miyszkosz tu tela lot, a ludzi nie znosz?
Gdy na twarzach słuchaczy pojawiło się milczące przytakiwanie, Teofil poczuł ukłucie irytacji. Paul Kozielski, kimkolwiek był, nie obchodził go ani trochę, ale protekcjonalny ton szwagierki powoli zaczynał działać mu na nerwy. Z tego powodu ostentacyjnie przeniósł uwagę na lewą część stołu, gdzie dyskutowali młodsi goście.
– …wyraźnie spadła kompresja i zaczął brać więcej oleju – powiedział Tomek Biegański siedzący naprzeciw Michała Tatarczyka.
– A ile ma przejechane?
– O Jezu! – Młody Biegański podrapał się po czole, na którym rysowały się ogromne zakola.
Teofil pamiętał go jeszcze z czasów, gdy wraz ze starszym bratem pobierali u niego lekcje fechtunku. Kiedy to było? Ze dwadzieścia lat temu, jak nie więcej. Przez ten czas gęsta czupryna Tomka prawie zniknęła, a jego starszy brat zniknął zupełnie, nie wróciwszy z wojny.
– Z kilkadziesiąt tysięcy lekko. Kiedy go kupowałem, nie był już pierwszej młodości.
– Pewnie cylinder zużyty – stwierdził Michał z miną znawcy. Miał do tego prawo, bo jego ojciec prowadził warsztat mechaniczny. – Trzeba rozebrać i obejrzeć gładź.
Tomek nachylił się nad stołem i oblizał wargi.
– Michał… Bo ty tam ojcu pomagasz, nie?
– Coś tam pomagam.
– Powiedz, ile by mnie u was kosztowała ta przyjemność?
– Zależy, czy pójdzie na pierwszy szlif, czy trzeba będzie drzeć głębiej. Jak wystarczy pół milimetra, stówka z groszami, a jak zero siedemdziesiąt pięć, to bliżej stu dwudziestu, bo o taki tłok trudniej.
– A części?
– Się załatwi, nie?
– Uhm. – Tomek sceptycznie pokiwał głową. – Jeszcze powiedz, że ze sklepu.
– O nic się nie bój. – Michał zbył jego obawy machnięciem ręki. – Dorobimy, jak trzeba będzie. My nie odstawiamy fuszerki jak w państwowych.
– Dlatego gadam z tobą, co nie?
– No i pamiętaj o docieraniu. Pierwsze pięćset kilometrów bez wariactwa. Mieszankę rób bogatszą, lej mu więcej oleju do benzyny. Trochę będzie kopcił, ale musi się ułożyć, żeby kompresja trzymała.
– Posłuchaj Michała, Tomek, i zrób szlif. – Teofil postanowił dorzucić swoje trzy grosze. – Pamiętam, że mieliśmy w wojsku takiego jednego aparata, co na pustyni zatarł silnik w ciężarówce.
Tomek przewrócił oczami w zniecierpliwieniu i ciężko westchnął.
– Ja, ujec… Już my to słyszeli chyba ze sto razy. Burza piaskowa, namioty, szakale. Ktoś tam ponoć umarł, nie? Nie była to czasem ta wasza… Jak jej było? Janka?
– Coś ci się pomieszało, Tomuś.
Teofil podniósł się z miejsca i odszedł od stołu, ciągnąc za sobą spojrzenia części gości. Tomek dopytywał Michała, czy do SHL-ki pasowałby tłok od Jawy. Terusia opowiadała Biegańskiej, jak to z Wefką warzyły na odpuście u farorza. Najstarszy z rodzeństwa Klary, dobiegający sześćdziesiątki Maks Lasota, dyskutował z Kazikiem Biegańskim o gołębiach, które obaj z pasją hodowali. Czternastoletnia córka Magdy bawiła się na dywaniku z dziewczynkami Tomka. Starsza z nich łudząco przypominała Lisę Kemmler, którą Teofil poznał w kazachskim kołchozie. Serce ścisnęło mu się na to wspomnienie.
Chciał skręcić do kuchni, ale powstrzymał go śmiech Heli Tatarczykowej, która pomagała Klarze w przygotowaniach. Stanął w progu, opierając się o framugę, i przez krótką chwilę napawał się widokiem żony skupionej na krojeniu cebuli.
Jej obecność była jak balsam. Koiła nerwy, studziła niepokoje, a zarazem przypominała, jak łatwo to, co najcenniejsze, mogło zostać utracone. Od kiedy wróciła do jego życia – cała i zdrowa – wielokrotnie przyłapywała go na tym, jak zatapiał w niej spojrzenie, jakby upewniał się, czy nie jest aby sennym majakiem lub projekcją złamanego serca.
Zapewniała, że to ona, ale on – choć zamykał ją w objęciach, czuł ciepło jej drobnego ciała i wdychał zapach szamponu, którym myła swoje siwe włosy – nie dowierzał słowom, które wypowiadała jak przysięgę. Zbyt długo żył z myślą, że ją stracił.
Pospiesznie wycofał się na korytarz. Klara czytała z niego jak z książki – od razu pojęłaby, że coś go wytrąciło z równowagi. Nie chciał się tłumaczyć. Nie w tych okolicznościach.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Cytat
Część pierwsza: Czerwoni i czarni
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
