Zmowa milczenia. Lenistwo - Anna Krystaszek - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zmowa milczenia. Lenistwo ebook

Krystaszek Anna

4,0

103 osoby interesują się tą książką

Opis

Urokliwa okolica – jezioro, plaża, las. Wydaje się, że nic nie może zmącić tego spokoju…

W malowniczej Turawie bez wieści przepada młoda Ukrainka. Iryna sprzątała u syna lokalnego bonza. Policja, zaalarmowana przez rodziców dziewczyny mieszkających w Częstochowie, rozpoczyna poszukiwania. Następnego dnia z jeziora zostaje wyłowione ciało młodej kobiety. Trudne do identyfikacji, potwornie okaleczone. Do śledztwa przyłącza się częstochowska ekipa, prokurator Hejda i komisarz Szulc (Czarny). Szybko na jaw wychodzą miejscowe tajemnice – w ostatnich latach w okolicy było kilka niewyjaśnionych zaginięć (zatonięć?) młodych kobiet. Sprawy pozostały nierozwiązane, ponieważ wielu ludziom bardzo na tym zależało. Zwłaszcza lokalnym biznesmenom, komendantowi policji i innym wpływowym osobom.

A zwykli mieszkańcy Turawy? Ściszając głos, wspominają o bandzie obiboków urządzających rajdy motocyklami. Ale nie mówią tego oficjalnie, nie składają zeznań, boją się i nie chcą się narażać. Tymczasem gang młodych, bogatych i leniwych sieje postrach w okolicy. Czy jego członkowie mają związek z zaginięciami młodych kobiet? Czy zwłoki wyłowione z jeziora to poszukiwana Iryna?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (11 ocen)
5
2
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malwi68

Całkiem niezła

"Zmowa milczenia. Lenistwo" to szósty tom cyklu "Siedem grzechów głównych" autorstwa Anny Krystaszek. Akcja książki prowadzona jest dwutorowo. Główny wątek skupia się na zaginięciu Iryny Moroz, Ukrainki, która wraz z rodziną wyemigrowała do Polski. Następnego dnia po zgłoszeniu zaginięcia, z jeziora zostaje wyłowione zmasakrowane ciało młodej kobiety, trudne do zidentyfikowania. Drugi wątek, pozornie poboczny, dotyczy siostry prokuratora Jana Hejdy, Izabeli Rychter. Izabela jest niebezpieczna – porwała i więziła żonę Jana, Kaśkę, a komendanta Wilka wyrzuciła z balkonu starej kamienicy. Groziła także śmiercią całej rodzinie i znajomym prokuratora. Poszukiwana jest wciąż na wolności i skutecznie unika wymiaru sprawiedliwości. Książka pełna jest emocji, podzielona na krótkie rozdziały, które na przemian ukazują wydarzenia z różnych kluczowych miejsc. Mimo że autorka nie ukrywa tożsamości sprawców ani ich powiązań z lokalną policją, historia pozostaje interesująca. Chociaż osobiście wolę...
10
biblioteczka-agi

Dobrze spędzony czas

https://www.instagram.com/p/C9MBYArIcmf/ (...) Zacznę od tego, że to szósta część z serii, ale mimo to, nie było trudno odnaleźć się w wydarzeniach. Co nieco musiałam założyć, co się stało i co mogło się wydarzyć, ale z kolejnymi stronami, moje przypuszczenia się sprawdzały bądź wyjaśniało inaczej. W każdym razie, nie przeszkadzało mi to, że od niemal końca zaczęłam tę serię. Autorka od razu rzuciła czytelnika na głęboką wodę. Po raz pierwszy miałam do czynienia z piórem autorki i myślę, że nadrobię poprzednie tomy. Jestem ich ciekawa, szczególnie tego, żeby poznać kim dokładnie jest Iza i jakim cudem przez co najmniej jedną część (a podejrzewam, że jednak więcej części) wodzi głównych bohaterów za nos. (...)
10
Ewolda

Nie oderwiesz się od lektury

Kryminał trzyma w napięciu aż do samego końca.
10
kasiamarkiewicz13

Nie oderwiesz się od lektury

To moja pierwsza książka z serii Siedem grzechów głównych i już wiem,że niebawem nadrobię poprzednie. Mała urokliwa Turawa i jej mroczne tajemnice wciągają nas od początku w wir wydarzeń. Ukraińska sprzątaczka przepada bez wieści i dzięki temu częstochowska komenda wpada na niewyjaśnione zaginięcia innych kobiet. Hejdę dodatkowo ściga przeszłość. Lubię historie małych zamkniętych społeczności,gdzie każdy zna każdego,każdy zna jakieś plotki czy tajemnice o sąsiedzie. Autorka ma świetny styl,historia jest dynamiczna i ciekawa. Ukazuje różne oblicza rodziny. Porwania,pościgi,gangi i korupcja wszystko w jednej małej mieścinie.
00
zksiazkaprzykawie

Nie oderwiesz się od lektury

Czasem sięgam po nieznanych mi autorów i od razu czuję, że już przepadłam zauroczona ich twórczością. Tak właśnie było w przypadku pióra Pani Anny, która bardzo zręcznie wkręciła mnie w klimat powieści i umiejętnie zbudowała napięcie, które narastało z każdą przewracaną kartką. Co prawda zaczęłam od 6 tomu ale już dziś wiem, że pragnę poznać poprzednie tomy z serii 7 Grzechów Głównych. Zmowa milczenia - Lenistwo tom 6, toczy się w urokliwej okolicy - jezioro, plaża, las. Wydaje się, że nic nie może zamącić tego spokoju... A jednak, nikt nic nie mówi, wiedzieli wszyscy, oprócz tych nowo przybyłych... W Turawie od dłuższego czasu sieje postrach gang młodych, bogatych i leniwych motocyklistów. W tej urokliwej miejscowości pewnego dnia przepada młoda Ukrainka Iryna, która sprzątała u syna jednego z lokalnych bogaczy. Policja rozpoczęła poszukiwania, a nowy komendant od razu prosi o pomoc niezależnego psychologa śledczego z Częstochowy. Kolejnego dnia z jeziora zostało wyłowione ciało młode...
00

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Mariola Hajnus

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Justyna Techmańska, Renata Jaśtak

© for the text by Anna Krystaszek

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2024

Na potrzeby fabuły pewne realia związane z miejscami, w których rozgrywa się akcja, zostały zmienione. Wszelka zbieżność imion, nazwisk i postaci z rzeczywistymi jest przypadkowa.

ISBN 978-83-287-3009-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2024

–fragment–

Czytelnikom

Prolog

TurawaSierpień 2020 roku

Prawie północ, a my wciąż siedzieliśmy nad jeziorem. To były moje najlepsze wakacje. Pierwszy raz wybrałam się z taką ekipą na melanż. Początkowo mieliśmy tu przyjechać tylko z Gośką i jej chłopakiem. To ja wymyśliłam Turawę. Kiedy byłam dziec­kiem, a moi rodzice jeszcze się trzymali, przyjeżdżaliśmy tu kilka razy na wakacje. Pamiętam, że zawsze tu były udane imprezy. Miałam może dziewięć, może dziesięć lat, ale rodzice ostro balowali ze znajomymi i rodziną. Było tu wszystko, co trzeba. Woda, domki, grille i mnóstwo obcych ludzi, którzy przyjeżdżali po to samo: żeby się opalać i balować. Pewnie, to nie to, co morze, ale nas nigdy nie było stać na wyjazd nad polskie morze. A tu było tanio i blisko. Rodzice nas nie pilnowali. Zajęci byli sobą. My z kuzynkami biegałyśmy wszędzie i robiłyśmy, co tylko chciałyśmy. Tu pierwszy raz zapaliłam papierosa i napiłam się piwa. Poczęstował nas jakiś obcy facet.

A teraz przyjechałam w to samo miejsce już jako dorosła kobieta. Miałam zamiar wykorzystać ten czas na maksa. Wynajęliśmy domek dla czwórki osób. Nad dużym jeziorem. Tuż przy brzegu. Kolejnego dnia dojechała do nas jeszcze trójka znajomych. Przywieźli materace. Mieściliśmy się bez problemu. Właściciel nie pojawił się ani razu. Pierwszego dnia zapłaciliśmy mu za cały tydzień i tylko to się dla niego liczyło. Chyba większość wczasowiczów tak robiła. W domku obok też było może z osiem osób. Trochę starsi od nas, ale całkiem w porządku. Poza tym, że słuchali disco polo, można było się dogadać. Jedna laska tylko ciągle kłóciła się w nocy ze swoim facetem. Czasem nie mogłam przez to zasnąć, bo ściany były cienkie. Zazwyczaj wychodziłam posiedzieć na brzegu i wypalić kilka fajek. Kiedy wracałam, było już cicho. Reszta znajomych spała pijana. Ja piłam najmniej. Do alkoholu miałam uraz przez swoich rodziców. Byli alkoholikami, a ja nie chciałam skończyć jak oni. Wolałam zapalić sobie zioło, niż uchlać się i wstawać nad ranem z bólem głowy.

Spojrzałam na zegarek. Po pierwszej w nocy. Wszyscy moi znajomi już spali. Przyszliśmy do domku dosłownie kwadrans temu, a oni popadali jak kawki. Ja nie mogłam zasnąć, a sąsiedzi znów się kłócili. Tym razem głośniej niż zwykle. Usłyszałam uderzenie pięścią w ścianę. Ktoś z ich towarzystwa chyba się wtrącił. Nie chciało mi się słuchać tego gówna. Wzięłam piwo, fajki, koc i wróciłam nad jezioro. Woda mnie uspokajała. Patrzyłam na nią i mimo że było głośno, bo ludzie z innych domków wciąż impre­zowali, ja niemal zatapiałam się w szumie. Odpływałam w swoich marzeniach. O tym, że w końcu poznam fajnego faceta, zakocham się z wzajemnością i wszystko się ułoży. Moje koleżanki od dłuższego czasu już kogoś miały. Mnie szczęście nie dopisywało. Zawsze trafiałam na jakieś szumowiny. Albo mnie zdradzali, albo za dużo pili i ćpali. Po ostatnim rozstaniu postanowiłam, że znajdę kogoś normalnego. Może bardziej nudnego, ale takiego, który o mnie zadba.

Nagle zauważyłam motocykle. Cztery choppery. Lśniące i przyozdobione kolorowymi naklejkami. Faceci w skórzanych kamizelkach niczym z innej epoki. Trochę starsi ode mnie. Chyba tutejsi. Widziałam ich tu już kilka razy. Pewnie sprzedawali dragi albo liczyli na łatwe dziewczyny. Jeden mi się nawet podobał. Szczupły, przypakowany, z niewielkim zarostem i niemal całymi rękami w tatuażach. Pod kamizelką miał koszulkę bez rękawów. Pił piwo i śmiał się z kumplami. Nagle spojrzał na mnie. Speszyłam się. Znów zwróciłam uwagę na faceta, który jest pewnie chodzącą katastrofą. Po chwili jednak nieśmiało zerknęłam, a on wciąż patrzył w moim kierunku. Uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech. Zszedł z motoru i powiedział coś do kumpli. Tamci zaczęli klepać go po plecach. Jeden zarechotał głośno. A on ruszył w moją stronę. Niósł dwa piwa. Szedł, uśmiechając się szeroko. Bardzo mi się podobał. Choć obiecałam sobie, że nie będę się zadawać z takimi „złymi chłopcami”, moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Na samą myśl, że mógłby mnie pocałować, czułam podniecenie. Wyciągnęłam kolejnego papierosa. Chyba żeby zakryć zdenerwowanie. Usiadł obok mnie bez słowa i podał mi piwo. Przez chwilę patrzyliśmy na jezioro w ciszy. Zastanawiałam się, co zrobić. Czy powinnam coś powiedzieć, czy czekać na jego ruch? Wtedy się odezwał:

– Czemu siedzisz tu sama?

Znów się uśmiechnął. Napiłam się piwa i zaciągnęłam fajką.

– Nie mogę zasnąć.

– Noc jeszcze wczesna.

– Moi znajomi już śpią, a ja lubię patrzeć na wodę.

Przedstawił się. Zaczęliśmy rozmawiać. Po jakiejś godzinie jego kumple odjechali. Było mi z nim tak miło, że straciłam poczucie czasu. W głowie wciąż mi kołatało, że to nie jest dobry pomysł… Że dla takich gości zawsze kumple są na pierwszym miejscu i generalnie kłopoty to ich chleb powszedni. Czułam jakiś wewnętrzny niepokój, ale zagłuszało go podniecenie. Zapytał, czy chcę się przejechać, a ja nie od razu się zgodziłam. Przecież to był zupełnie obcy facet. W dodatku podejrzany. Kolejne piwo dodało mi jednak odwagi. Pomyślałam: jebać to! Jestem na wakacjach. Z dala od wszystkich problemów. Chcę przeżyć zajebistą przygodę! Przecież nie muszę z nim być. Seks bez zobowiązań to przecież nic złego…

Później mnie pocałował. Przestałam myśleć trzeźwo. Nie było już nikogo. Świtało, wszyscy spali po nocnej imprezie. Wsiadłam z nim na motocykl. Długo jeździliśmy po jakichś odludnych miejscach. Trzymałam się go kurczowo i myślałam tylko o jednym. Marzyłam o seksie. O wakacyjnej przygodzie. Przeżyłam ją… i nigdy nie było mi już dane wrócić do normalności.

Rozdział 1

TurawaWtorek, 28 września 2021 roku

Iryna

W tym domu zawsze czułam się tak, jakbym była niewidzialna. Jak podmuch wiatru, który szybko zbiera w wir śmieci i zostawia za sobą zapach świeżości. I nie mogłam patrzeć na tego lenia. Siedział całymi dniami przed monitorem i grał. Albo jeździł z kumplami po okolicy. Później balowali tu do rana. Zostawiali taki syf, że co tydzień szłam do niego, wyklinając przez całą drogę. On nawet nie płacił za moją pracę i nigdy też za nią nie dziękował. Zachowywał się tak, jakby w ogóle mnie nie było. Miał wszystko, czego tylko zapragnął, nie robiąc od urodzenia kompletnie nic. Ten piękny dom, motor, samochód i wszystko inne dostał od rodziców. Tymczasem ja przyjechałam do tego kraju, zapierdalałam jak mały samochodzik, żeby odciążyć rodziców od wydatków związanych z moimi studiami i potrzebami młodej kobiety.

Do Turawy przyjechałam na całe wakacje i zarabiałam, sprzątając domki pod wynajem i dwa domy właścicieli. U nich musiałam zrobić generalne porządki, ale gospodarz był miły. Dostałam od niego nawet premię, bo spodobała mu się moja dokładność. Sezon wakacyjny się kończył. Później będę tu dojeżdżać tylko raz w tygodniu na sprzątanie tych dwóch domów. Tak umówiłam się z właścicielem. We wrześniu jednak wciąż było pełno gości. Najczęściej w weekendy. Na dłużej przyjeżdżali jeszcze ludzie z małymi dziećmi i starsze osoby. Pogoda wciąż dopisywała. I choć wieczorami było już chłodniej niż w sierpniu, dni wciąż były upalne i zachęcały do wypoczynku nad wodą. Ten weekend zakończy sezon na dobre.

Cieszyłam się, że jeszcze tylko kilka dni i będę mogła skupić się na nauce. Zaczynałam w końcu studia. Nigdy nie bałam się ciężkiej pracy, w Ukrainie dorabiałam, już mając piętnaście lat, ale zawsze lubiłam się uczyć. Nauka była dla mnie odpoczynkiem. Wiedziałam, że dzięki niej może kiedyś będę mogła pracować lżej. A przynajmniej zajmować się czymś innym niż robienie porządków u obcych ludzi. Ryzyko wojny w mojej ojczyźnie stawało się coraz bardziej realne. Przynajmniej tak uważali nasi dziadkowie. Ludzie nie chcieli w to wierzyć. Wojna w tych czasach? Mówili, że na pewno do tego nie dojdzie. Dziadek od dwóch lat namawiał rodziców, żeby wyjechali. W końcu mu się udało. Pracowali w Polsce od ponad roku. Mieliśmy tu jakichś dalekich krewnych. Nie zaoferowali rodzicom miejsca u siebie, ale pomogli z potrzebnymi dokumentami i załatwianiem pracy. My zostaliśmy z dziadkami, żeby skończyć szkoły. Studia początkowo planowałam w Ukrainie, ale babcia namówiła mnie na wyjazd do Polski. Mojego młodszego brata również. On skończył właśnie zawodówkę. Był stolarzem. Dziadek twierdził, że w Polsce może w tym zawodzie zarobić dobre pieniądze. Od razu znalazł pracę, z której był bardzo zadowolony. Dziadkowie obiecali, że sami również do nas przyjadą. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste.

Wciąż bałam się tej zmiany. Czy uda mi się tu zaaklimatyzować? Czy się odnajdę w zupełnie innej rzeczywistości? Czy nie będę miała problemu z językiem i nauką? Czy wybrałam dobry kierunek studiów? Rodzina z Polski znów nam pomogła. Rodzice mieli tu już stałą pracę, więc było łatwiej. Nie było mi za to łatwo rozstać się z dziadkami. Mieszkaliśmy z nimi. Wychowywali nas. Kochałam ich bardzo i strasznie przeżywałam, że jeszcze ich tu nie ma. Teraz jednak byłam tutaj. W Polsce. Musiałam skupić się na sobie. Niestety, nie wszyscy byli do nas przyjaźnie nastawieni, niektórzy twierdzili, że zabieramy im pracę. Starałam się o tym nie myśleć, bo choć spotykały mnie czasem przykrości, miałam tu lepsze perspektywy. Studia, pracę i spokój. Rodzicom miesiąc temu udało się uzyskać niewielki kredyt hi­poteczny. Mieli trochę oszczędności, odkładali też pieniądze przez ten rok. Kupili mieszkanie w bloku czteropiętrowym. Niewielkie, ale mama stawała na głowie, żeby było przytulnie. Z urządzeniem mojego pokoju czekała, aż wrócę. Starszy brat wynajął mieszkanie ze swoją narzeczoną w Krakowie. Przyjechali tu razem. Jej wujek robi meble kuchenne i to właśnie on zatrudnił Daniła. Nie mogłam się doczekać, kiedy znów się z nimi zobaczę. Jeszcze kilka dni i będziemy razem.

Gdybym mogła, zasłoniłabym sobie twarz maseczką, żeby nie czuć tego smrodu. Mieszanka piwa, potu, fajek, marihuany… Strach pomyśleć, czego jeszcze. Okna jak zwykle były zamknięte i zasłonięte roletami. Nie pozwalał ich otwierać. Jak on tu żył w tym smrodzie? Jak to możliwe, że mu to nie przeszkadzało? Co tydzień to samo, syf nie do ogarnięcia. Zaczęłam podnosić z podłogi brudne ciuchy i wrzucałam je do kosza na pranie. Zbierałam kolejne brudne majtki tego jełopa i w końcu nie wytrzymałam. Rzuciłam pod nosem:

– Cholerny brudas. Leń śmierdzący.

Wydawało mi się, że powiedziałam to cicho, a on, zajęty graniem, nie usłyszy. Nagle jednak zapauzował grę i spojrzał na mnie – pierwszy raz w życiu. Zerknęłam na niego, ale szybko opuściłam wzrok. Ze strachu. Zmierzył mnie spojrzeniem od góry do dołu, zatrzymując się na moim dekolcie. Miał w oczach coś niepokojącego. Pożałowałam, że w ogóle się odezwałam.

– Coś ci nie pasuje? To twoja robota, młoda zdziro – powiedział z uśmiechem na twarzy.

Nie wytrzymałam.

– Jeszcze raz tak do mnie powiesz, a…

– A co? – Wstał, a ja cofnęłam się o trzy kroki. – No co?

– Będziesz sobie sam sprzątał ten syf – nie odpuszczałam – bo więcej mnie tu nie zobaczysz. Mam dosyć.

– To moja sprawa, jak tu jest. – Powoli ruszył w moim kierunku. – A ty tu tylko sprzątasz, ukraińska dziwko.

Rzuciłam ścierkę od kurzu na podłogę i sięgnęłam po torebkę leżącą na krześle. Nie ta praca, to inna. Trudno. Nikt nie będzie mnie tak traktował.

– No to się doigrałeś! Sprzątaj sobie sam, a mnie widziałeś dziś ostatni raz! – krzyczałam.

Byłam wściekła i ta wściekłość zagłuszyła moją czujność. Odwróciłam się, żeby wyjść, ale wtedy stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała: złapał mnie za włosy i mocno szarpnął. Później czułam już tylko ból. Walnął moją twarzą w ścianę. Nawet nie zdążyłam krzyknąć. Jedyne, co pamiętam, to to, że pożałowałam, że tu jestem. Czułam, że tracę wszystko. Nie tylko przytomność, ale i życie. To była ostatnia myśl, zanim zawładnęła mną całkowita ciemność.

Częstochowa, TrójkątCzwartek, 30 września 2021 rokuGodziny poranne

Czarny

Kiedy zadzwonili do mnie z propozycją objęcia stanowiska naczelnika, od razu przekazałem swoje zdanie na ten temat. Zaraz później poinformowałem, kto najlepiej nadaje się u nas na tę funkcję i kto świetnie ją wypełnia w zastępstwie. Rozmowa jednak zakończyła się zdaniem: „Proszę to sobie jeszcze przemyśleć, bo poza panem na liście mamy kogoś z zewnątrz”. Nie zastanawiałem się zbyt długo. Wyszedłem i zaprosiłem wszystkich obecnych do swojego gabinetu. Każdy liczył na wieści dotyczące nowego naczelnika, więc nie musiałem długo czekać. Zrobiło się u mnie tak tłoczno, że niemal nie było czym oddychać. Iga pojawiła się ostatnia i stała oparta o drzwi. Czułem w kościach, że liczy na ten awans. Robiła wszystko, żeby się wykazać, od kiedy zastępowała naczelnika. Spojrzałem na nich przeciągle, wstałem i oparłem się o ścianę za biurkiem.

– Właśnie dostałem propozycję przejęcia gabi­netu Wilka – oświadczyłem – wiecie najlepiej…

– Dobrze, że nikt z zewnątrz – przerwał mi ktoś z tłumu.

Nawet nie chciałem wiedzieć kto.

– No chyba sobie żartujecie – zaśmiałem się. – Przecież wiecie dobrze, że nie przyjmę tej oferty. Ja się nie nadaję na naczelnika! W ogóle nie nadaję się do wystąpień, podziału obowiązków, a już tym bardziej do siedzenia na tyłku i roboty papierkowej. Macie tu osobę, która jest idealna na to stanowisko, i jest nią Iga! Zresztą świetnie sobie radzi na zastępstwie.

Połowa zebranych spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

– No co? – wycedziłem z wściekłością. – Żal wam dupska ściska, że miałaby wami dyrygować baba? Wszyscy wiemy, że Iga była najbliżej Wilka. Wspólnie decydowali o różnych sprawach. Niektórzy pewnie powiedzą, że liczył się tylko z jej zdaniem, ale to świadczy o tym, że miał do niej ogromne zaufanie. Nie do was, kurwa, tylko do niej! I nie rozumiem, skąd pomysł, żebym to ja był jebanym naczelnikiem! Tym bardziej że to Iga teraz kieruje wydziałem. Sami zresztą tego chcieli! A teraz co? Nagle zmieniają zdanie? Jak oni tam na to wpadli? W ogóle się tego nie spodziewałem i nie mam zamiaru się na to godzić…

– Słuchaj, Igor, przemyśl to – przerwał mi jeden z kolegów. – Nie chcemy tu nikogo obcego…

– Powtórzę wam to głośno i wyraźnie: ja się do tego nie nadaję! I absolutnie tego nie chcę!

– Iga to dobry pomysł – powiedział głos, który nie bardzo rozpoznawałem.

Iga wyglądała, jakby się zapowietrzyła. Czekałem, aż w końcu coś powie, ale ona uznała chyba, że nie warto się wtrącać. Żałowałem, że nie ma tu Janka, bo na pewno by mnie poparł. Ale tym debilom przeszkadzało, że baba będzie im mówiła, co mają robić. Tak naprawdę każdy z nich chciał tego awansu. No, może poza Tomczykiem. I każdy z nich dobrze wiedział, że to, co mówię, jest jedyną dobrą opcją. W innym wypadku istniało ryzyko, że dostaniemy kogoś z zewnątrz. A tego nikt sobie nie życzył. Nigdy nie wiadomo, na jakiego chuja byśmy trafili.

– Słuchajcie, już nie będzie tak samo, jak z Paw­łem czy Dębem. – Iga w końcu się odezwała. – Ale Czarny ma rację. Z nim nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie, jeśli będzie musiał siedzieć w gabinecie.

Ktoś roześmiał się gromko. Niektórzy zaczęli potakiwać. Kilka osób zwyczajnie mnie tu nie lubiło i nie miało ochoty spędzać ze mną zbyt wiele czasu. Iga kontynuowała:

– Ze mną będzie spokojniej. Nie będzie też tak jak z Pawłem. – Posmutniała. – Jego nikt nie zastąpi i to, co się stało, jest tak okropne, że trudno znaleźć jakiekolwiek słowa zrozumienia czy pocieszenia. Mogę wam jedynie obiecać, że będę się starała, żeby było nam tu dobrze, a zwłaszcza żeby wszystkie sprawy zostały rozwiązane. Zaczynając od jego śmierci. Jeśli mnie poprzecie, zrobię wszystko, żeby o was zadbać.

Kiedy skończyła, zapanowała złowroga cisza. Spodziewałem się akceptacji. Ludzie szeptali po kątach, mówili, że trzeba się nad tym zastanowić.

– Róbta, co chceta! – Nie wytrzymałem. – Skoro wasze ambicje nie pozwalają wam zaakceptować baby na stołku wyżej od was, to mam nadzieję, że dadzą nam tu takiego skurwysyna, że się nie pozbieramy. Zobaczycie, jak może być z nowym, chujowym szefem.

– Igor, a może to jeszcze przemyśl – padło skądś z tyłu.

– Nic nie muszę przemyśliwać. – Zaśmiałem się szyderczo. – Ja zostaję tu, gdzie jestem. Jeśli nie zbierzemy podpisów za Igą w tempie natychmiastowym, spodziewajcie się na dniach zmian. Wasz problem. Spierdalajcie mi stąd, bo nie mogę na was patrzeć!

Większość zebrała się od razu i z oburzeniem opuściła mój gabinet. Tomczyk zaśmiał się i klepiąc mnie po ramieniu, powiedział jedno zdanie:

– To racja, że z tobą nie byłoby tu bezpiecznie, stary.

Iga czekała za drzwiami. Kiedy wszyscy już wyszli, zamknęła drzwi i usiadła naprzeciw mnie.

– Dzięki za poparcie. – Uścisnęła mi dłoń. – To sporo dla mnie znaczy.

– Nie wiem, kto tam u góry wpadł na to, żebym to ja był naczelnikiem! – zaśmiałem się. – Jestem tu najkrócej i myślałem, że nie mam dobrej opinii.

– Paweł zawsze stał za tobą murem – odparła. – Myślę, że najbardziej to brali pod uwagę.

– No to szkoda, że nie za tobą. – Wkurzyłem się. – Nie byłoby tej chorej dyskusji.

– Ja się tak nie narażałam jak ty. – Uśmiechnęła się lekko. – Nie ryzykuję, kiedy nie trzeba…

– I na to też powinni spojrzeć – powiedziałem poważnie. – Szefowanie nie jest dla kogoś, kto jak ja nie potrafi trzymać jęzora za zębami i zbyt często włazi tam, gdzie nie trzeba. Patrz, jakie zamieszanie wywołałem.

Spojrzeliśmy za drzwi. Ludzie stali skupieni w jednym miejscu i dyskutowali. Niektórzy dość głośno, ale nie miałem zamiaru tego słuchać. Pewnie jakiś ambitny wysuwał swoją kandydaturę, bo przy mnie zabrakło mu jaj, żeby się odezwać. Nagle zobaczyłem, że przekazują sobie jakąś kartkę. Pomyślałem, że szybko ich przekabacił. Zastanawiałem się tylko który. Mnie było wszystko jedno, kto tu będzie naczelnikiem. Zamierzałem wykonywać swoją pracę tak jak do tej pory. O zwolnienie się nie bałem. Miałem poparcie kilku osób i Hejdy, a każdy wiedział, że jego zdanie się tu liczy.

– Może sprawdzę, o co chodzi? – odezwała się Iga.

– Nie musisz. Już niosą jakąś kartkę. Ciekawe, który jest taki przekonujący, że urobił resztę. Zaraz się przekonamy. Chcę, żebyś wiedziała, że od razu powiedziałem o tobie. Mam nadzieję, że tam na górze ktoś mądry przemyśli moje słowa.

W pokoju pojawił się Tomczyk z uśmiechem na twarzy. Zamknął za sobą drzwi. Patrzył na trzymaną przed sobą kartkę i wciąż się do nas uśmiechał.

– No, pokaż w końcu, który mądry nadaje się bardziej od Igi – rzuciłem, sięgając po kartkę. – I który nie ma jaj, żeby powiedzieć o tym publicznie, tylko knuje po kątach. Co zresztą nie zapowiada dobrego początku.

– Decyzja była niemal jednogłośna. – Wciąż się uśmiechał. – Ja tylko wyjąłem kartkę i podpisałem się pierwszy. Kilku protestowało, ale przez chwilę, i zachowam dla siebie kto.

Tomczyk podał kartkę nie mnie, tylko Idze. Wstałem zza biurka i zajrzałem jej przez ramię. Na górze widniał duży napis: Iga Banasz na naczelnika!

Tomczyk poklepał mnie po ramieniu.

– Wszyscy są zgodni: nie nadajesz się na ten stołek i dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę.

Zaśmialiśmy się.

– Ale ten świstek Iga może co najwyżej oprawić sobie w ramkę i powiesić w gabinecie na pamiątkę – powiedziałem poważnie. – Musimy to napisać w oficjalnej formie. A ty idź im podziękuj. My z Tomczykiem przygotujemy odpowiednie pismo, żeby skan wysłać im jak najszybciej. Nie ma na co czekać.

Iga poprawiła marynarkę i pewnym krokiem ruszyła do kolegów i koleżanek. Kilka osób uścisnęło jej dłoń lub klepało ją po ramieniu. Zupełnie jakby już objęła to stanowisko. To nie było jednak takie oczywiste. Miałem nadzieję, że nasze podpisy na coś się zdadzą. Sam również wolałem nie spierać się z jakimś nowym idiotą o swoje racje. Spojrzałem na tabelkę, którą naprędce zrobił Tomczyk. Miała zawierać nasze dane i podpisy. Oby tylko coś to dało…

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz