Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Bohater powieści Michael Boone, australijski malarz, niegdyś rozchwytywany i znany artysta, w wyniku serii osobistych katastrof (rozwód, utrata syna, problemy z alkoholem i pobyt w więzieniu) zostaje pracownikiem fizycznym w posiadłości własnego marszanda. Jego obrazy sprzedają się coraz gorzej, dawna rodzina nie chce go znać a farby i płótna może kupić tylko dzięki defraudowaniu pieniędzy przeznaczonych na kupno obornika. Jego życie zmienia się z chwilą pojawienia się pięknej Marlene oraz bezcennego płótna Jacquesa Leibovitza, zmarłego ojca jej "prawie byłego" męża. Historia miłosna rozwija się w sposób przewidywalny i pożądany natomiast sprawy sztuki przybierają całkiem nieoczekiwany obrót.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-11-10526X
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 376
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ZŁODZIEJSTWO CZYLI HISTORIA MIŁOSNA
BELLONA Warszawa
Tytuł oryginału:
Theft a love story
Okładkę i strony tytułowe projektował: Lesław Robert Kostulski
Redakcja merytoryczna i korekta: Hanna Śmierzyńska
Redaktor prowadzący:
Kornelia Kompanowska
Redaktor techniczny:
Małgorzata Katarzyna Ślęzak
Al rights reserved © Peter Carey, 2006
The right of Peter Carey to be identified as author of this work has been asserted in accordance with Section 77 of the Copyright, Designs and Patents Act 1988
O Copyright for the Polish translation by Maja Kittel,
Warszawa 2006
© Copyright for the Polish edition by Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2006
Dom Wydawniczy Bellona prowadzi sprzedaż wysyłkową swoich książek za zaliczeniem pocztowym z rabatem do 20 procent od ceny detalicznej.
Nasz adres: Dom Wydawniczy Bellona,
ul. Grzybowska 77,00-844 Warszawa
Dział Wysyłki: tel. 022 45 70 306,022 652 27 01,
fax 022 620 42 71
e-mail: [email protected]
Internet: www.bellona.pl
www.ksiegamia.bellona.pl
ISBN 83-11-10526X
Joachim urodził się jeszcze przed wojną, w czasach, gdy dzieci musiały znać na pamięć trzynaście zasad użycia wielkiej litery. Joachim wymyślił nową, swoją własną zasadę: bez względu na okoliczności, rób dokładnie to, co chcesz.
Macado Fernandez, Jeden człowiek
Mamże być królem, czy zwyczajną świnią?
Flaubert, Zapiski intymne
Rozdział pierwszy
wiem, czy moja historia nadaje się na wielką tragedię, ale naprawdę jest w niej sporo dołujących momentów. Można ją podciągnąć pod romans, chociaż miłość pojawiła się dopiero w samym środku szamba. Do tego czasu zdążyłem już stracić ośmioletniego syna oraz dom i studio w Sydney, gdzie zyskałem sobie sławę wielkiego malarza, przynajmniej na skalę lokalną. Właśnie miałem dostać państwowy order Australii - czemu by nie, gorsze łachmyty go dostawały. Tymczasem prawnicy od rozwodów odebrali mi dziecko, oskubali mnie do czysta, po czym wsadzili do pudła za próbę odzyskania mojego najlepszego obrazu, który został uznany za majątek wspólny.
Gdy chmurną wiosną 1980 roku opuściłem więzienie Long Bay, czekała na mnie wiadomość, że dostanę posadę w północnej Nowej Południowej Walii i że muszę tam natychmiast jechać. Nie miałbym prawie nic na własne wydatki, ale gdybym przystopował picie, to byłoby mnie stać na malowanie mniejszych prac i utrzymanie Hugh, mojego upośledzonego brata, ważącego sto dziesięć kilo.
Prawnicy, marszandzi i kolekcjonerzy wspólnie postanowili mnie ocalić. Tacy dobrzy, tacy hojni. Nie mogłem się przyznać, że mam cholernie dosyć opieki nad Hugh i ani mi się śni wyjeżdżać z Sydney, nie wspominając o rzucaniu picia. Byłem zbyt wielkim tchórzem, żeby powiedzieć prawdę, więc pokornie ruszyłem w drogę, którą mi wytyczyli. Dwieście mil na północ od Sydney, w Taree, zacząłem kaszleć krwią do motelowej umywalki. Bogu dzięki, pomyślałem, wreszcie dadzą mi święty spo-
Ale to było tylko zapalenie płuc i jednak nie umarłem.
Nowy plan wymyślił mój największy kolekcjoner, Jean Paul Milan. Miałem służyć nieodpłatnie jako cieć w jego wiejskiej posiadłości, którą od półtora roku bezskutecznie usiłował sprzedać. Jean Paul żył z sieci domów spokojnej starości, przynajmniej do czasu, kiedy doczekały się inspekcji z komisji zdrowia, ale lubił także malować, w związku z czym kazał zaprojektować sobie studio, którego południowa ściana składała się z wielkich, szklanych drzwi i wychodziła na rzekę. Naturalne światło, jak ostrzegł mnie uprzejmie już przy składaniu oferty, przybierało tu nieco zielonkawy odcień; „usterkę" tę wywoływały starodawne kazu-aryny, porastające rzędami brzeg. Powinienem był mu powiedzieć, że cała ta gadka o naturalnym świetle to mit, ale znowu ugryzłem się w język. Pierwszego wieczoru po wyjściu z pudła, podczas żałośnie bezalkoholowej kolacji w towarzystwie Jeana Paula i jego żony, zgodziłem się grzecznie, że współcześni malarze popełniają tragiczny błąd, rezygnując z naturalnego światła, słońca, świec i blasku gwiazd, że istotnie obrazy kabuki straciły wiele, odkąd ich twórcy przestali malować przy gasnących ogar-kach, a obrazy Maneta najkorzystniej prezentująsię w przymglonych promieniach dnia wpadających przez zakurzone okna. Ale - niech to cholera! - moje prace miały święcić triumfy albo iść na zatracenie na ścianach zamkniętych pomieszczeń galerii i potrzebowałem solidnych 240 voltów zmiennego prądu, żeby robić to, co do mnie należało. Tymczasem przyszło mi zamieszkać w „raju", w którym prąd należał do rzadkich luksusów.
Jean Paul, ledwo wielkodusznie powierzył mi pieczę nad swoim domostwem, wpadł w panikę, że mu je zdewastuję. Być może prawdziwą inspiratorką tych lęków była jego żona, która wiele lat wcześniej przyłapała mnie na wydmuchiwaniu nosa w jej elegancką serwetkę. W każdym razie nie minęło nawet sześć dni od mojej przeprowadzki do Bellingen, kiedy rankiem do domu wparował Jean Paul i wyrwał mnie ze snu. To był niezły wstrząs, ale zacisnąłem zęby i zrobiłem mu kawę. A potem przez dwie godziny włóczyłem się za nim jak pies po terenie posiadłości i wysłuchiwałem pilnie tych głupot, jakie miał mi do powiedzenia. Wszystko zapisywałem w notesie, starym, wielkim zeszycie oprawionym w skórę, o który dbałem jak o własne życie. Notowałem w nim składniki wszystkich farb, jakie wymyśliłem od czasu mojego tak zwanego przełomowego pokazu w 1971 roku. To był mój pamiętnik, skrzynia skarbów, zapis wzlotu i upadku, historia życia. Osty, powiedział Jean Paul. Więc zapisałem osty w moim cudownym zeszycie. Koszenie. Zanotowałem, literka po literce. Zwalone drzewa nad rzeką. Piła łańcuchowa Stihl. Tłuste zawory. Traktor nie powinien stać tuż koło domu. Drwa nie są właściwie ułożone - natychmiast wysłałem Hugh, żeby dostosował kształt piramidki do wymogów Jeana Paula. Na koniec mój patron dotarł do studia, wciąż wlokąc mnie za sobą. Przed wejściem zdjął buty, jak gdyby zamierzał się pomodlić. Poszedłem w jego ślady. Jean Paul otworzył oszklone drzwi, odsłaniając widok na rzekę, po czym na dłuższą chwilę wbił rozmarzone spojrzenie w krainę snów, bełkocząc coś o pieprzonych liliach wodnych Moneta. Poważnie.
Jean Paul miał bardzo ładne stopy, zauważyłem to już wcześniej, takie białe i wysoko sklepione. Chociaż był dobrze po czterdziestce, jego palce u nóg wydawały się proste i smukłe jak palce dziecka.
Jak na właściciela ponad dwudziestu domów opieki, Jean Paul nie zachowywał się szczególnie wylewnie, ale tym razem pozwolił sobie położyć dłoń na mym ramieniu.
- Rzeźnik, wiem, że będziesz tu szczęśliwy - posiedział.
- Na pewno.
Mój patron omiótł zachwyconym wzrokiem długi, wysoki pokój, po czym delikatnie potarł perfekcyjnie zbudowaną stopą o miękkąpowierzchnię podłogi. Gdyby nie łzy w oczach, wyglądałby jak atleta szykujący się do biegu w jakimś świecie rodem z literatury fantastycznonaukowej.
- Drewno mirtowe - powiedział. - Czyż to nie wspaniałe?
Miał na myśli podłogę, rzeczywiście przepiękną, o barwie jasnoszarego pumeksu. Deski ewidentnie pochodziły z ostatnich skrawków lasów deszczowych, ale kimże byłem ja, kryminalista, by mówić o moralności?
- Jakże ci zazdroszczę - oświadczył.
I tak to się ciągnęło. Ja pokorny i udomowiony jak wielki, emerytowany labrador, który spokojnie pierdzi sobie przed kominkiem. Mogłem błagać o płótno i Jean Paul na pewno by mi je dał, ale w zamian chciałby dostać obraz. A ja myślałem właśnie o takim obrazie, którego w żadnym wypadku nie zamierzałem oddawać patronowi. Jean Paul nie wiedział, że zostało mi jeszcze około dwunastu jardów bawełnianego płótna, pochodzącego z dobrych czasów jeszcze przed ostatnimi dwoma niezłymi pracami, zanim zostałem zmuszony do używania masonitu. W milczeniu sączyłem bezalkoholowe piwo, które Jean Paul przywiózł mi w prezencie.
- Dobre, nie?
- Prawie jak prawdziwe.
Wreszcie Jean Paul wydał ostatnie instrukcje, a ja złożyłem ostatnie obietnice. Stanąłem przed studiem, patrząc, jak wynajęty samochód mojego patrona podskakuje na wybojach pastwiska. Wreszcie dotarł do asfaltowej drogi i po chwili zniknął mi z oczu.
Kwadrans później byłem już w wiosce Bellingen i przedstawiłem się gościom ze sklepu wielobranżowego. Kupiłem trochę sklejki, młotek, piłę ciesielską, dwa funty dwucalowych wkrętów, dwadzieścia 150-watowych żarówek, pięć galonów czarnej farby Dulux Jet i tyle samo białej i wszystko to, łącznie z paroma innymi drobiazgami, kazałem zapisać na rachunek Jeana Paula. A potem zabrałem się do urządzania studia.
Później wszyscy cholernie się oburzali, jak to niby zrujnowałem szlachetną podłogę stalowymi wkrętami, ale nie wyobrażam sobie, jak inaczej miałem przymocować na niej sklejkę. Bo zostawić wszystko tak, jak było, na pewno nie mogłem. Jak wiadomo, przyjechałem tam po to, żeby malować, a podłoga w studio malarza musi być jak stół ofiarny, podziobana od stempli, ale także pielęgnowana, troskliwie zamiatana, szorowana i myta po każdym użyciu. Na sklejce położyłem warstwę taniego szarego linoleum, które pokryłem tyloma warstwami oleju lnianego, że w końcu cuchnęło jak świeżo wymalowany lanszaft. Ale ciągle nie potrafiłem wziąć się do pracy. Jeszcze nie.
Uhonorowany licznymi nagrodami architekt Jeana Paula wyposażył studio w wysoki sklepiony dach, pod którym przeciągnął napięte stalowe druty, jak cięciwy w łuku. Genialne jak cholera. Pod tymi drutami zawiesiłem rzędy żarówek, co ślicznie zniwelowało zarówno dekoracyjny efekt, jak i zielonkawy poblask płynący od kazuaryn. Ale nawet po tych ulepszeniach nie potrafiłem sobie wyobrazić gorszego miejsca do tworzenia sztuki. Pętało się tam od cholery latających paskudztw, jak w dżungli, a co większe owady przyklejały się do pomalowanej duluksem podłogi i tam ginęły, znacząc swojąagonię kręgami w schnącej farbie. Oczywiście te wielkie drzwi od strony rzeki były dla nich jak otwarte zaproszenie. Wróciłem zatem do sklepu i zamówiłem trzy świecące na niebiesko lampy przeciwko insektom, ale to była kropla w morzu. Wokół rósł subtropikalny las deszczowy, pieniły się niezliczone drzewa, a owady nie mające jeszcze nazw - nie licząc moich: „ty mała cipo", „ty małe gówno" - dewastowały moją wyszorowaną, wypiaskowaną, gładziutką podłogę. W obronie efektów swej ciężkiej pracy rozwiesiłem obrzydliwą siatkę przeciwko owadom, ale okazała się za wąska, więc w akcie desperacji zamówiłem na kredyt jedwabną kotarę - obszytą po bokach rzepami velcro i obciążoną u dołu grubym wałkiem wypełnionym piaskiem. Kotara była ciemnoniebieska, a wałek rdzawobrązowy. Teraz mali sabotażyści całymi tysiącami wlatywali prosto w śliskie, zdradliwe fałdy i tam ginęli marnie. Każdego ranka zmiatałem ich trupy przy okazji czyszczenia podłogi i wybierałem sobie niektóre okazy jako modele do martwych natur - po prostu dlatego, że rysowanie ogromnie mnie odpręża. Często, zwłaszcza kiedy zabrakło mi wina, siadałem przy stole w jadalni i powoli zapełniałem kartki notesu precyzyjnymi portretami tych prześlicznych ciałek. Czasem pytałem sąsiada, Dozy'ego Boylana, jak się nazywają.
Na początku grudnia Hugh i ja na dobre weszliśmy w role opiekunów posesji i utrzymaliśmy się w nich aż do lata, kiedy to w moim życiu rozpoczął się kolejny ciekawy rozdział. Piorun zniszczył transformator na drodze do Bellingen, więc nie miałem dobrego światła do pracy i odpłacałem Jeanowi Paulowi za jego dobroć poprzez upiększanie frontowego podwórza za pomocą motyki, którą atakowałem osty, porastające napis „NA SPRZEDAŻ".
W północnej Nowej Południowej Walii styczeń to najgorętszy i naj wilgotniejszy miesiąc. Po trzech dniach ulewy grunt na podwórzach przemókł do reszty. Przy każdym zamachu motyką czułem ciepłe błoto włażące mi między palce u stóp jak rzadkie gówno. Aż do tego dnia strumień był klarowny jak dżin, widziałem wyraźnie skaliste dno niecałe pół metra pod płytką, krystalicznie czystąpowierzchnią wody. Teraz jednak, zmieszany z potokami błota wymywanego z gruntu, strumyk przemienił się w rozszalałą bestię: żółtą, wzburzoną, ziemistąpotęgę wody, która nagle osiągnęła poziom dwudziestu stóp, zalała tylne podwórze i zaczęła podmywać sam szczyt nabrzeża, gdzie stało moje studio, wzniesione co prawda na solidnych, drewnianych palach, ale nie wolne od zagrożenia. Z tego miejsca, dziesięć stóp nad ziemią, można było wyruszyć na spacer ponad falami szalejącej rzeki jak po wysokiej kei. Jean Paul, podczas swojego wykładu na temat domu i studia, nazwał tę platformę Scynk, na cześć małych australijskich jaszczurek, które gubiąogon, kiedy czująsię zagrożone. Zastanawiałem się, czy mój patron zwrócił uwagę, że cały dom stał na terenach zalewowych.
Nie minęło jeszcze sześć tygodni od dnia naszego wygnania - pamiętam dobrze, bo właśnie wtedy po raz pierwszy nas zalało, a Hugh wrócił do domu od sąsiadów ze szczeniakiem rasy ąueensland heeler pod pachą. Sam Hugh przysparzał mi wystarczająco dużo kłopotów, nawet bez dodatkowych komplikacji, chociaż nie mogę powiedzieć, że zawsze broił. Czasem bywał cholernie sprytny i zmyślny, ale czasem zmieniał się w jęczącego, bełkoczącego głupka. Czasem otaczał mnie uwielbieniem, głośnym i namiętnym, i szalał wtedy jak rozbawione, wąsate dziecko o nieświeżym oddechu. Parę godzin albo parę minut później stawałem się naczelnym wrogiem, a Hugh zaczajał się gdzieś w dzikich chaszczach, żeby niespodziewanie skoczyć mi na plecy i wepchnąć w błoto, w mokre krzaki cukinii albo po prostu do rzeki. Znałem Hugh Poetę, Hugh Mordercę, Hugh Genialnego Idiotę i każdy z tych Hugh był ode mnie cięższy i silniejszy. Kiedy udawało mu się przygwoździć mnie do ziemi, jedyne, co mogłem zrobić, żeby odzyskać kontrolę, to wygiąć mu mały palec tak, jak gdybym chciał go złamać. Żaden z nas nie potrzebował psa.
Przeciąłem korzenie jakiejś setki ostów, narąbałem drew, roznieciłem ogień pod kuchnią, na której grzała się woda do japońskiej łaźni, i odkryłem, że Hugh śpi, a szczeniak gdzieś przepadł, więc wycofałem się na platformę. Przyglądałem się kolorom rzeki, nasłuchiwałem szczęku kamieni, obracających się pod wezbraną, poranioną powłoką rzeki Nigdy Nigdy. A szczególnie ciekawie przyglądałem się kaczce mojego sąsiada, która wznosiła się i opadała na falach żółtej powodzi, a ja czułem, jak platforma drży, niczym maszt jachtu gnanego wiatrem o prędkości trzydziestu węzłów.
Nagle dobiegło mnie skądś ujadanie szczeniaka. Psiak chyba za bardzo podekscytował się obecnością kaczki, a może wyobraził sobie, że sam jest kaczką - co za myśl. Tego dnia deszcz nie odpuszczał ani na chwilę, moje szorty i koszulka były kompletnie przemoczone, więc nagle dotarło do mnie, że będzie mi znacznie wygodniej bez nich. Toteż teraz, nieświadomy jeszcze dramatu szczeniaka, siedziałem przykucnięty w samym środku rwącego potoku, goluteńki jak hippis, ja, Rzeźnik Bones, syn rzeźnika, wygnany 400 mil od Sydney, ale niespodziewanie zachwycony deszczem i jeżeli nawet wyglądałem jak wielki, włochaty wom-bat, cóż z tego. To nie była może nirwana czy coś w tym rodzaju, ale przynajmniej choć na chwilę uwolniłem się od wewnętrznego roztrzęsienia, melancholijnych wspomnień o synu i wściekłości, że muszę malować pieprzonym duluksem. Na prawie sześćdziesiąt sekund udało mi się osiągnąć coś na kształt spokoju, ale wtedy jednocześnie wydarzyły się dwie rzeczy. Później wiele razy żałowałem, że nie potraktowałem pierwszej z nich jak czegoś w rodzaju omenu. A trwało to tyle, co mgnienie oka: obraz szczeniaka unoszonego przez szybką, żółtą falę potoku.
Potem, w Nowym Jorku, zdarzyło mi się zobaczyć faceta wyskakującego z budynku na Broadwayu. Ułamek sekundy. W jednej chwili jeszcze tam jest, w drugiej już go nie ma. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. W przypadku psa nie wiem, co właściwie czułem, ale na pewno nie zwykłą litość. Zdumienie, jasne. Ulgę - bo koniec z opieką nad kundlem. Złość - bo będę musiał teraz znosić absurdalną rozpacz Hugh.
Nie przypominam sobie, jaki miałem plan, ale natychmiast zacząłem walczyć z mokrymi ciuchami, kiedy nagle, przypadkiem, wyjrzałem przed studio i daleko w dole, przed frontową bramą, niespełna dwadzieścia metrów od kratownicy dla bydła, zobaczyłem czarny samochód, buksujący w błocie i zakopany aż po osie.
Nic nie usprawiedliwiało mojej wściekłości pod adresem potencjalnych nabywców posiadłości, może poza niezbyt dobrym momentem, jaki wybrali sobie na wizytę. Cholera, nie podobało mi się, że ktoś będzie wtykał nos w moje sprawy i pewnie jeszcze oceniał moje obrazy w studio albo utrzymanie domu. Ale nie byłem już sławnym artystą, tylko cieciem, więc z wysiłkiem wbiłem się z powrotem w mokre, oporne łachy i powlokłem się przez błoto do szopy, w której stał traktor. Zapuściłem silnik. To był fiat i chociaż jego potwornie hałaśliwy dyferencjał omal nie przyprawiał mnie o głuchotę, obdarzałem tę żółtą bestię jakimś irracjonalnym uwielbieniem. I tak, przycupnięty wysoko w siodle mojej machiny, śmieszny i bohaterski jak Don Kichot, wyruszyłem na ratunek mojemu gościowi.
Gdyby nie upiorna pogoda, pewnie zobaczyłbym uskok Dorri-go trzy tysiące stóp ponad samochodem, mgłę unoszącą się znad starodawnych krzewów, nietkniętych ludzką siekierą, nowo narodzone chmury płynące wysoko z potężnymi, gorącymi prądami, które każdy pilot szybowca wyczułby w głębi żołądka, ale teraz góry ginęły w deszczu i ledwie widziałem linię własnego płotu i światła intruza. Okna forda zaparowały do tego stopnia, że z odległości dziesięciu metrów mogłem najwyżej wypatrzyć zarys firmowej nalepki AVIS na wstecznym lusterku. To stanowiło wystarczający dowód, że mój gość był kandydatem na kupca, więc przygotowałem się na okazanie mu wszelkiej uprzejmości, nawet w obliczu arogancji. Moja cierpliwość ma jednak granice, więc kiedy nikt nie wyszedł, żeby się przedstawić, zacząłem się zastanawiać, co za pieprzony palant z Sydney wyobrażał sobie, iż może zawalać mi cały podjazd i jeszcze czeka w aucie, aż zacznę go obsługiwać. Zszedłem z traktora i rąbnąłem pięścią w dach.
Przez prawie minutę nie było żadnej reakcji. Potem zaterkotał silniczek i jedno zaparowane okno otworzyło się powoli, odsłaniając trzydziestoletnią kobietę o włosach koloru zboża.
- Czy pan Boylan? - zapytała z dziwnym akcentem.
- Nie - odpowiedziałem. Miała migdałowe oczy i ogromne usta, niemal za duże jak na jej szczupłą twarz. Wyglądała niezwykle, ale bardzo atrakcyjnie, więc pewnie się zdziwicie, że ktoś tak żałosny, samotny i porzucony jak ja poczuł na jej widok głównie potworną irytację.
Przybyła wyjrzała przez okno i zbadała wzrokiem przednie i tylne koła, które wryła głęboko w mój grunt.
- Nie jestem do tego odpowiednio ubrana - stwierdziła.
Gdyby zdobyła się na przeprosiny, pewnie zareagowałbym inaczej, ale ona po prostu otworzyła okna i zaczęła wykrzykiwać do mnie instrukcje.
No cóż, kiedyś byłem sławny, ale teraz robiłem za stróża, więc czego mogłem się spodziewać? Owinąłem drut wokół tylnej osi, przy okazji obryzgując się błotem oraz krowim łajnem. Następnie wróciłem na traktor, włączyłem silnik, wrzuciłem najniższy bieg i ruszyłem. Oczywiście zostawiła wóz na biegu, więc manewr ten utworzył dwie długie bruzdy biegnące przez trawę aż do nawierzchni.
Nie widziałem powodu, aby się żegnać. Odplątałem drut, po czym pojechałem z powrotem do szopy, nawet się nie oglądając.
Po powrocie do studia zobaczyłem jednak, że kobieta wcale nie odjechała, tylko właśnie kroczyła boso przez podwórze w stronę domu, niosąc szpilki w ręku.
O tej porze zwykle rysowałem, więc ignorując gościa zabrałem się do temperowania ołówków. Rzeka szumiała mi w uszach jak krew, ale słyszałem stąpania jej bosych stóp na twardych, drewnianych schodach i ciche trzaski słupów wspierających podłogę.
Zawołała, ale ani Hugh, ani ja nie odpowiedzieliśmy, więc ruszyła dalej krytym korytarzem, łączącym dom ze studiem, długą, giętkąi chybotliwą konstrukcją zawieszonąjakieś dziesięć stóp nad ziemią. Mogła była zapukać, ale wzdłuż ściany biegł jeszcze bardzo wąski chodniczek, prowadzący za róg, do przeszklonego wejścia, więc po chwili stanęła w otwartych drzwiach studia, tuż za jedwabną kotarą, na tle rzeki.
- Przepraszam, to znowu ja.
Udawałem, że całkowicie pochłaniają mnie ołówki.
- Czy mogłabym skorzystać z telefonu?
W tym momencie włączył się prąd i pomieszczenie utonęło w jasnym świetle. A tam, za zasłoną z jedwabiu, czekała szczupła blondynka, unurzana po łydki w błocie.
- Robi wrażenie - powiedziała.
- Nie, nie może pani wejść.
- Proszę się nie obawiać, nie naniosłabym błota do studia.
Dopiero później uświadomiłem sobie, jak niewielu laików sformułowałoby to w ten sposób. Wtedy moją uwagę zajmowały proste fakty: nie przyjechała po to, żeby kupić ten dom, była niezwykle atrakcyjna i potrzebowała pomocy. Zaprowadziłem ją z powrotem do „skromnej sadyby" Jeana Paula, w której jedyny prawdziwy pokój stanowiła kuchnia z kwadratowym stołem z tasmańskiego hebanu. Do moich obowiązków - brzmiał ostatni nakaz Jeana Paula - należało codzienne szorowanie tego stołu. Teraz tasmański heban prezentował się znacznie efektowniej, niż kiedy mój patron widział go po raz ostatni - pokrywała go kadmowa żółć, karmazynowy róż, curry, wino, wołowy tłuszcz, glina—siady miesiąca domowego życia, obecnie częściowo przesłonięte imponującymi zbiorami dyni i cukinii, spomiędzy których w końcu udało mi się wygrzebać telefon.
- Nie ma sygnału z centrali - powiedziałem. - Na pewno zaraz to naprawią.
Hugh zaczął się miotać po swoim pokoju. Nagle przypomniałem sobie o utopionym psie. Kompletnie wyleciało mi to z głowy.
Mój gość pozostał po drugiej stronie moskitiery i drzwi.
- Przepraszam—powiedziała. — Widzę, że ma pan ważniejsze zmartwienia.
Była przemoczona i z krótkimi, żółtymi włosami wyglądała jak kurczak uratowany od utonięcia.
Otworzyłem drzwi.
- W tej części domu błoto nam nie przeszkadza - powiedziałem.
Przez chwilę stała przed progiem, trzęsąc się z zimna. Chciałem zapakować jądo kartonowego pudełka i położyć przed ciepłym kominkiem.
- Może miałaby pani ochotę na gorący prysznic i trochę suchych ubrań na zmianę?
Nie mogła wiedzieć, jak niezwykle intymna była moja propozycja. Łazienka Jeana Paula mieściła się na tyłach i tam my, włochaci mężczyźni, braliśmy prysznic właściwie na wolnym powietrzu, symbolicznie oddzieleni od rzeki i rzędu pochylonych drzew cieniutką zasłoną moskitiery. Wyczyszczeni, wdrapywaliśmy się do wielkiej, japońskiej kadzi pełnej wrzątku, i gotowaliśmy się tam przez chwilę, czerwoni jak raki, a deszcz bił nas po twarzach.
Od publicznie dostępnej strony, tuż przy schodach przeciwpożarowych, odgradzały łazienkę tylko płócienne przesłony, które opuściłem przed moim gościem. Dałem jej nasz jedyny czysty ręcznik i suchą koszulę, jako sarong.
- W wannie nie można używać mydła - ostrzegłem.
- Dorno arigato - odparła. - Wiem, co robić.
Dorno arigato? Minęło pół roku, zanim dowiedziałem się, co to znaczy. Pomyślałem, że powinienem powiedzieć Hugh o tym przeklętym szczeniaku, ale nie chciałem znosić jego histerii akurat w tej chwili. Wróciłem do stołu zawalonego dyniami i usiadłem, cichutko jak myszka, na skrzypiącym krześle. Mój gość poszukiwał Boy lana, pewnie Dozy'ego Boy lana - bo kogóż by innego? W okolicy nie mieszkali inni Boylanowie, a wiedziałem, że nie miała szans przedostać się tym swoim wynajętym autkiem przez wodę. Zacząłem się zastanawiać, co mógłbym ugotować na kolację.
Nie chcąc prowokować Hugh, nie ruszałem się od stołu i czekałem, aż nieznajoma skończy kąpiel. Tylko raz ruszyłem się z miejsca, żeby wziąć ścierkę i krem nawilżający, po czym zacząłem czyścić jej Manolo Blahniki. Kto mi uwierzy? Przez ostatni rok małżeństwa zapłaciłem chyba za dwanaście par, ale dopiero teraz miałem okazję dotknąć takich butów. Nieprzyzwoita miękkość skóry przyprawiła mnie o dreszcz. Trzasnęło drewno płonące pod kuchnią. Nie sądźcie, że byłem wyrachowany. Nie miałem pojęcia, w co się pakuję.
Rozdział drugi
-Na dźwięk naglącego „trach" ekranowych drzwi od łazienki schowałem buty pod stołem i zacząłem się krzątać po kuchni, wynosząc zabłocone dynie na ganek. Nie znaczy to, że nie zauważyłem jak wchodzi, ubrana w mojąsupermarketowąkoszulę, która zwisała jej luźno na ramionach, obramowując zaróżowioną szyję jasnoszarym kołnierzem.
Podałem jej bezprzewodowy telefon.
- Centrala się włączyła - oświadczyłem. Gbur. Zwracano mi na to uwagę: na trzeźwo brak mi uroku.
- Och, to świetnie - odparła.
Przerzuciła ręcznik przez oparcie drewnianego krzesła, po czym energicznym krokiem wyszła na ganek. Mimo nieustannego bębnienia deszczu o dach, usłyszałem jej miękkie, amerykańskie „r". Na moje ucho - Wschodnie Wybrzeże i stare pieniądze, ale jako Australijczyk wydawałem ekspertyzy tylko na podstawie filmów. Nie miałem pojęcia, kim ona jest. Mogła być HildąTrucicielkąze Spoon Forks w Północnej Dakocie, a ja i tak bym się nie zorientował.
Zacząłem kroić wielką dynię, piękna rzecz, płomieniście pomarańczowe wnętrze z rdzawymi plamkami i sekretnymi kryjówkami pełnymi śliskich nasion, które wydłubywałem prosto do pojemnika z kompostem.
Usłyszałem głos kobiety dobiegający z ganku.
- Dobrze. Tak. Dokładnie. Do zobaczenia.
Wróciła, burząc niecierpliwie włosy.
- Mówi, żeby przeprawić się przez potok za tą dużą skałą-powiedziała z tym swoim terkoczącym „r". - Podobno pan będzie wiedział.
- Musi pani zaczekać, aż wody opadną.
- Nie mogę czekać - zaprotestowała. - Przykro mi.
I dokładnie w tym momencie - mnie też jest przykro, panienko, ale co mam, kurwa, zrobić, zatamować rzekę? - pomiędzy nami rozległo się nosowe posapywanie Hugh. Blady, tłusty, brudny, dwumetrowy idiota o groźnym spojrzeniu niespodziewanie wypełnił sobą korytarz. Przynajmniej miał na sobie majtki, ale jego włosy wyglądały jak wyciągnięte krowie z żołądka i był nieogolony.
- Gdzie jest ten cholerny pies? - Chociaż tuż przed sobą miał naszego gościa, zwrócił się bezpośrednio do mnie.
Stałem po drugiej stronie kuchenki i śliskimi od oliwy palcami układałem na blasze dynię i ziemniaki.
- To mój brat, Hugh - powiedziałem.
Hugh zmierzył kobietę od stóp do głów swoim charakterystycznym, groźnym spojrzeniem.
- Jak się nazywasz?
- Marlene.
- A czytałaś może - zaczął, wydymając grubą, dolną wargę i krzyżując ręce na piersiach - taką książkę Magiczna wyprawa?
Chryste, pomyślałem, tylko nie to.
Marlene znowu potarła włosy.
- Wiesz, Hugh, tak się składa, że czytałam Magiczną wyprawą, i to nawet dwa razy.
- Jesteś Amerykanką?
- To bardzo trudno powiedzieć.
- Trudno powiedzieć. - Samodzielnie wykonana fryzura Hugh odsłaniała mu całe uszy, przez co wyglądał jak jakiś wyjątkowo wredny mnich. — Ale czytałaś Magiczną wyprawę!
Tym razem poświęciła mu całą uwagę.
- Tak, tak, czytałam.
Hugh obrzucił mnie nienawistnym spojrzeniem. Zrozumiałem bez trudu - teraz przez chwilę zamierzał zająć się rozmową, ale to nie znaczyło, że zapomniał już o sprawie z psem.
- A kogo najbardziej lubiłaś w Magicznej wyprawie? - zapytał, wbijając w Marlene brązowe oczy.
- Wszystkich czworo. - Marlene była oczarowana.
-Naprawdę? - Hugh najwyraźniej nie dowierzał. - Czworo?
-Łącznie z budyniem.
- Liczysz razem z budyniem!
- Ale lubię wszystkie rysunki. - W końcu odłożyła telefon na stół, po czym zaczęła porządnie wycierać włosy. - Złodzieje są najlepsi - powiedziała.
- Żartujesz? - Mój brat nie znosił złodziei. Od lat do rozpaczy doprowadzał go fakt, że nie może dopaść tego wrednego oposa i rozwalić mu ryja.
- Nie mówię o postaciach - urwała na chwilę. - Ale o rysunkach. Są chyba lepsze niż wszystkie obrazy Lindsaya razem wzięte.
- O tak - przyświadczył Hugh, mięknąc. - Widzieliśmy te cholerne obrazy Lindsaya. Niech mnie.
Cokolwiek pilnego miała do załatwienia, na chwilę najwyraźniej o tym zapomniała.
- A chcesz znać mojego ulubionego bohatera-osobę z Magicznej wyprawy?
-Tak.
- To Sam Sawnoff.
- On nie jest osobą.
- Nie, jest pingwinem, ale moim zdaniem to bardzo dobry bohater.
I proszę, oto kolejna reprezentantka tego rzadkiego, nieszczęśliwego gatunku ludzi, którzy „łapią dobry kontakt z Hugh".
- A kogo ty lubisz? - zapytała z uśmiechem.
- Barnacle Billa! - wykrzyknął w ekstazie i w następnej sekundzie tańczył już dookoła stołu, walcząc z własnym cieniem i wrzeszcząc wniebogłosy: — Racice do góry, wy przeklęci złodzieje!
Skromna sadyba Jeana Paula była, jak już mówiłem, lekką i delikatnąbudowlą, nie projektowaną z myślą o podskakujących olbrzymach w zabłoconych buciorach. Filiżanki i spodki zagrzechotały na półkach. Marlene nie wydawała się zaniepokojona. Hugh otoczył ręką moją klatkę piersiową. Nasz gość wciąż się uśmiechał, nie rozumiejąc sytuacji.
- Gdzie mój pieprzony pies? - syknął Hugh.
- Później, Hugh.
- Zamknij się. - Brakowało mu jednego zęba z przodu, a reszta cuchnęła próchnicą, ale odkąd doktor Schutte został deportowany, żaden dentysta nie odważył się leczyć mojego brata.
- Później, proszę cię.
Ale Hugh napierał mocno na moje plecy, przyciskając mi wąsatą szczękę do policzka. Był silnym, trzydziestoczteroletnim facetem i kiedy chwycił mnie ogromnym łapskiem za gardło, prawie straciłem oddech.
- Twój szczeniak się utopił.
Zobaczyłem, jak Marlene wciąga głęboko powietrze.
- Utonął, stary - powtórzyłem.
Puścił mnie, ale nadal nie spuszczałem z niego wzroku. Mój brat nie miał zwyczaju grać fair i wolałem, żeby nie zaserwował mi swojego słynnego prawego sierpowego w brzuch.
Odszedł o krok, wstrząśnięty, a ja naprawdę myślałem tylko o tym, żeby znaleźć się poza jego zasięgiem.
- Uważaj na podgrzewacz do wanny - powiedziałem, ale Hugh już się o niego potknął, potem usiadł, sparzył się, krzyknął z bólu i pognał do swojego pokoju z opuszczoną głową.
Kurza twarz, pomyślałem, przypominając sobie kurczaka z Magicznej wyprawy.
Zawodząc dziko, Hugh zatrzasnął drzwi i rzucił się na łóżko, od czego cały dom zadrżał w posadach. Błękitne oczy Marlene rozszerzyły się ze zdziwienia. Jak miałem jej to wyjaśnić? Rozpacz mojego brata była wciąż boleśnie obecna między nami i nie pora była zdradzać tajemnice.
- Czy dostanę się tam na piechotę? — zapytała.
Pięć minut później wyszliśmy razem prosto w szalejący sztorm.
Światła traktora były przymglone, potwornie trzęsło, a silnik i burza ryczały jak diabli. Wiatr nie przekraczał 20 węzłów, ale wiał od strony uskoku, więc deszcz bezlitośnie ciął mnie po twarzy, Marlene pewnie zresztą także. Pożyczyła ode mnie skórzaną kurtkę i parę gumowych butów, ale miała zwichrzone, poskręcane włosy i mrużyła oczy od deszczu.
Przez pierwsze półtorej mili, czyli przez całą drogę do kratownicy przed posesją Dozy'ego Boylana, byłem boleśnie świadomy tego szczupłego ciała, tych małych piersi przyciśniętych do moich pleców.
Rozumiecie, szalałem jak jurny samiec, dodatkowo rozwścieczony przez Hugh, przedzierałem się przez Loop Road z rykiem silnika i grzechotem ostrzy kosiarki. Szczęk nożyc i zawodzenie dyferencjału huczały mi w uszach.
Na miejscu moje słabe, żółte światła padły na wrzącą wodę potoku Sweetwater, który niegdyś był wąziutkim strumykiem. Wielki kombajn Jeana Paula - coś, co ja nazywałem kosiarką- trzymał się na wysokim żurawiu hydraulicznym. Uniosłem go tak wysoko jak się dało, całą kwadratową pakę metalu o wymiarach prawie dwa metry na dwa. Należało to zdjąć, ale ja jestem malarzem i moja wiedza z zakresu rolnictwa pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Powiedziałem sobie stanowczo, że malutki strumyk to nic groźnego, ale ledwo wjechałem do wody, poczułem lodowatą wodę w butach, a mój fiat zaczął ślizgać się po ukrytych w rzece skałach. Potem prąd porwał kombajn i zaczęliśmy dryfować. Z dziwnie ściśniętym żołądkiem usiłowałem sterować w górę strumienia, ale traktor bez przerwy się ześlizgiwał, kołysał na niestabilnych głazach, kopiąc przednimi kołami w powietrzu jak koń. Nie, nie byłem farmerem, ani trochę. Kosiarka wyglądała jak makabrycznie pomarańczowa barka miotana przez fale powodzi. Wyczuwałem przerażenie mojej pasażerki, która wbiła mi paznokcie głęboko w ramiona. Widziałem z bolesną, wkurzającąjasnością, że zachowuję się jak idiota. Naraziłem własne życie... - właściwie po co? Nawet mi się nie podobała.
Niech nas, jak powiedziałby Hugh.
Zdaje się, że Fortuna albo Opatrzność jednak czuwała nad nami, bo wynurzyliśmy się z kipieli na drugim brzegu i opuściłem kosiarkę przed podróżą w górę stromego podjazdu Dozy'ego. Marlene nawet się nie odezwała, ale kiedy dotarliśmy do drzwi, a Dozy wyszedł już, żeby jąpowitać, zrzuciła z siebie mojąkurt-kę tak gwałtownym, rozpaczliwym ruchem, jak gdyby nigdy więcej nie chciała mieć jej na sobie. Niewątpliwie najadła się sporo strachu i wyobraziłem sobie, że wygnieciona skóra, którą mi podała, wchłonęła w siebie furię wywołaną moją brawurą.
- Lepiej zdejmij tę kosiarkę - poradził Dozy. - Mogę ją tu przechować przez dzień czy dwa.
Dozy był bogatym i cenionym rzemieślnikiem, który wykorzystując niezwykłą energię i siłę woli wiódł udane życie potężnego sześćdziesięciolatka z siwym wąsem i wielkim, farmerskim brzuszyskiem. Miał również naturalną smykałkę do etymologii, którą zajmował się w czasie wolnym, ale chwilowo nikogo z nas to nie interesowało. Marlene schroniła się w domu, a Dozy przyniósł sobie ogromną latarkę i w milczeniu poświecił mi, kiedy odłączałem kosiarkę od dźwigni.
- Hugh został sam?
- Zaraz do niego wracam.
Mój przyjaciel nie wygłosił żadnego potępienia, ale i tak natychmiast wyobraziłem sobie mojego brata włóczącego się z rykiem po okolicy, wpadającego po ciemku na zwoje drutu kolczastego, do króliczych nor, do rzeki... Hugh w ataku paniki, przekonanego, że zginąłem w powodzi, a on został sam na świecie.
- Podjechałbym po niąlandroverem - ciągnął Dozy - ale strasznie się spieszyła, a ja słuchałem wiadomości na BBC.
Nie dodał nic na temat atrakcyjności Marlene, z czego wywnioskowałem, że była jedną z jego wf*^^fe^a»Miostrzenic, porozrzucanych po całym świecie. -o\
1 Si a/713 Vi-
- Już wszystko w porządku - odparłem, i to całkiem szczerze. Zamierzałem wrócić do domu, nakarmić Hugh, nastawić mu radio i dopilnować, żeby wziął tę swojącholemąpigułę. A potem pogadalibyśmy o szczeniaku.
Kiedyś, nie tak dawno temu, byłem sobie szczęśliwym mężem, który co wieczór utulał swojego synka do snu.
Rozdział trzeci
Jaahaa! Jesteśmy Bracia Bones, na litość boską, wychowani w trocinach, suszeni co rano. Ja nazywam się Hugh, a on nazywa się Rzeźnik i jesteśmy faceci od mięsa, nie od gnicia nad rzeką, jak żebracy, upchnięci w wilgotnej norze, zalani śmierdzącym błockiem, z hakiem do skrobania ryb na frontowej werandzie. Urodziliśmy się w Bacchus Marsh, trzydzieści trzy mile na zachód od Melbourne, tuż za tunelem Anthony'ego. Jeżeli myślicie, że skoro Marsh to bagno, pewnie żyliśmy tam w jakimś błocku, ale się mylicie, równie dobrze miasteczko mogłoby się nazywać Góra Bacchus. Tak czy owak, miasto było stare i wielkie i mieszkało tam cztery tysiące ludzi, zanim jeszcze sprowadzili się pierwsi MANAGEROWIE. Każdemu dawaliśmy radę. W sylwestra gówniarze z bandy SKUNKSÓW i ŁACHMANIARZY rzucali jajami w okna fryzjera i wypisywali różne rzeczy białąfarbąna asfalcie. Mieliśmy taki szyld z napisem RZEŹNIK BOONE i raz w Nowy Rok tata odkrył, że ktoś w nocy zmienił nasze nazwisko na BO NES, tak jak KOŚCI, więc od tego czasu mój brat jest RZEŹNIK BONES.
Wszystko w tym miasteczku było PEŁNE ENERGII jak Sam Sawnoff w tej książce Magiczna wyprawa.
My z bratem zawsze walczyliśmy i biliśmy się ze sobąjak Bill Barnacle i Sam Sawnoff, niech nas. I biłem się jeszcze z tatą i z dziadkiem i mój brat Rzeźnik też się bił, naprawdę wielki gość. Nie mógł znieść, jak ze mną przegrywał. Na litość boską, ależ on się starał, wszystkie sztuczki musiał wykorzystać, nelsona, pół-nelsona, chińczyka. A ja mu nie zazdrościłem, nigdy nigdy. Zapasy to świetna rzecz, zawsze i wszędzie. Ile to razy żeśmy walczyli w trocinach do upadłego, a krew jest gęstsza od wody, jak mówią. Dużo czasu minęło, ale byliśmy już wtedy dużymi facetami, tylko dziadek był ode mnie większy. Kiedyś, jak miał już siedemdziesiąt dwa lata, pokłócił się z trzydziestopięcioletnim Cieślą od gwoździ i lu! go w łeb, aż tamten wylądował na podłodze w barze w hotelu Royal. Ten Cieśla grał w rugby dla Bac-chus Marsh, ale potem to nawet się nie śmiał pokazać w tej MORDOWNI w hotelu, nawet jak dziadek już nie żył i leżał bezpiecznie pochowany na cmentarzu z taką czyściutką trawką, gła-dziutkąjak blat u rzeźnika, że można by dookoła rozłożyć siekane polędwiczki. Nawet wtedy ten Cieśla się nie odważył wrócić do Royala, chociaż starzy kumple wołali go od progu, no chodź, no chodź, zaraz ci postawimy shandy. Cieśla wykorkował w 1956 roku jako domokrążca na Stanford Hill. A powinien był po prostu napić się shandy i wyluzować. Ja, jak mnie prowokują, to ROBIĘ DOBRĄ MINĘ DO ZŁEJ GRY, nawet jak czasem chciałbym ich wszystkich zamordować. O tak. Bo ja jestem ŁAGODNYM OLBRZYMEM. Naszego ojca nazywali Biały Bones, za młodu miał rude włosy, więc potem nazywali go Biały w znaczeniu, że czerwony. To taka nasza reguła, tłumaczę dla tych z was, którzy jesteście ZZA GRANICY. W Australii wszystko nazywa się odwrotnie niż powinno, NR ja byłem POWOLNY, bo tak ostro zasuwałem, chodziło o to, jak się szybko ruszam. Więc czasem byłem Powolny, a czasem Tępa Pała, a czasem jeszcze OGIER. Ci goście pracowali w mleczarni albo w fabryce cegieł Darleya, ci wszyscy ROBOTNICY ROLNI, im zawsze chodzi o to, że byk wsadza fiuta w krowę, jak gdyby to była najciekawsza rzecz na świecie.
No patrzcie na Pałę, nieźle zasuwa z tą laską. Aleja wiedziałem, że to DOWCIP, i potrafiłem wsadzić pałę W CIPĘ tak szybko, że byście nie pomyśleli.
O tak, Bonesowie to rzeźnicy. Mieliśmy naszą własną rzeźnię tam, gdzie kiedyś działała GOSPODA DRAYBONE. W czasach gorączki złota ludzie z COBB i SPÓŁKI zmieniali tam konie od dyliżansów, ale teraz rżnęło się tam zwierzaki, na śmierć. Żaden Bones nie podchodził lekko do spraw życia i śmierci. Jak chodziło o rybę czy mrówkę, to możliwe. Ale jak trzeba zarżnąć takiego zwierzaka, co ma serce, to już inna sprawa i nie da się tego zrobić ot tak. Była nawet taka modlitwa TY BIEDNY STARY DRANIU czy coś podobnego, w każdym razie na pewno była, a potem go zarzynali i łapali krew do blaszanego kubła, żeby potem mieć na kiełbasę. To wielka odpowiedzialność, zaszlach-tować takiego zwierzaka, ale jak już jest po wszystkim, to po wszystkim, i wtedy idzie się do Royala, a potem z powrotem i można być NIEŹLE NAWALONYM, przyznaję. A jeszcze potem się odpoczywa. Tak jest napisane w Biblii w sprawie niedzieli: Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych bram. Biedna mama.
Aleja nie zostałem Rzeźnikiem, niech mnie. Mój brat jest trzy cale niższy, ale to on dostał moje prawdziwe imię, które mi się należało. Pieski, pieski świat.
Rzeźnik Bones mógł podtrzymać rodzinną firmę w Bacchus Marsh, ale zanim tata dostał wylewu, mój brat zdążył już spotkać tego NIEMIECKIEGO NAUCZYCIELA, który dał mu pocztówki do naklejenia na ścianę nad łóżkiem. I te pocztówki zawróciły mu w głowie. Niemiecki Nauczyciel został przyjęty do pracy w liceum w Bacchus Marsh i pozwolili mu tam uczyć dzieci ludzi, którzy stracili życie w walce z Niemcami w czasie wojny. Nie wiem, czemu nie zamknęli go w więzieniu, ale jak mój brat wrócił ze szkoły do domu, to powiedział, że jego nauczyciel jest ARTYSTĄ i uczył się w tak zwanej nowoczesnej szkole. Gdyby tata wiedział, co ten artysta zrobi z jego najstarszym synem, to pewnie by poszedł do szkoły i wygrzmocił Niemieckiego Nauczyciela, jak kiedyś wygrzmocił pana Coksa po tym, jak pan Cox mnie uderzył za niewłaściwą odpowiedź. Biały Bones wywlókł
Coksa z pokoju i zaprowadził go na drugą stronę ulicy, a potem schowali się za ciężarówką i Coksy nagle zawisł pół metra nad ziemią i dalej już nic nie widzieliśmy, ale domyśliliśmy się dużo więcej.
Więc to mój brat odziedziczył przezwisko Rzeźnik, i to jako żart, bo wszyscy wiedzą, że to on nie chciał się bawić z nożem i tasakiem. Niemiecki Nauczyciel sprawił, że zaczął golić głowę na łyso, więc wyglądał jak KUTAS i przejął od niego jeszcze te pocztówki MARKA ROTHKO i pomysł, że TERAZ SZTUKA JEST DLA RZEŹNIKÓW. Nauczył się, jak to kiedyś sztuka była tylko w pałacach za wysokimi murami, gdzie oglądali ją Królowie, Książęta, Hrabiowie i Baronowie. W każdym razie za nic nie chciał włożyć fartucha, chociaż nasza biedna mama błagała go o to, a tata nie mógł już mówić ani w ogóle się ruszać, ale wszyscy widzieli, że najchętniej zdzieliłby mojego brata w ucho ten jeden ostatni raz. Stare dobre czasy. Po tym jak tata dostał wylewu, skończyło się SZLACHTOWANIE.
To ciężka praca zaszlachtować takiego zwierzaka, ale jak już się raz skończy, to na dobre. ROBIENIE SZTUKI nigdy się nie kończy, nigdy nie ma spokoju, żadnego szabatu, ciągle tylko miotanie się i przekleństwa i zmartwienia i tak ciągle, i nigdy nie można myśleć o niczym innym, jak tylko o tych idiotach, co to kupują, albo o robalach niszczących DWUWYMIAROWĄ PRZESTRZEŃ.
I niczego nie można być pewnym, nieważne, jak się ogoli głowę i jak się człowiek przechwala swoją pozycją w AUSTRALIJSKIEJ SZTUCE. W jednej chwili jesteś NARODOWYM SKARBEM i masz dom w Ryde, a w następnej musisz oszczędzać na dulux z RENTY INWALIDZKIEJ brata. Bo jesteś SKAZANYM KRYMINALISTĄ i robisz za ciecia na zapchlonej farmie pełnej ostów.
Ten szczeniak to był owczarek, ale nie miał zwierzaków do zaganiania, więc nigdy się nie dowiedział, do czego został stworzony. Niech go. Trochę się z nim siłowałem, zanim zniknął. Wyleciał w przestworza, biedny mały śmierdziel. Lubił człowieka polizać i lubił jak się go cisnęło w trawę, żeby sobie pobarasz-kował. Jak tak szalał, to wszystkie pchły zbierały mu się w rzędach na krawędziach kłapciastych uszu, jak samochody na parkingu przed K-Martem albo Leagues Club w Sydney. Pierwszego dnia, jak go spotkałem, zdjąłem z niego wszystkie pchły, jedną po drugiej. Niech go. Mój brat słyszał, jak szczeka na kaczkę, ale właśnie ROBIŁ SZTUKĘ, więc nie zwrócił uwagi.
Twój szczeniak UTONĄŁ, Hugh. Rzeźnik Bones ma GŁĘBOKO W DUPIE twojego psa. Mówi, że szczeniak nie żyje, i potem wychodzi razem z kobietą i odjeżdżają na traktorze i zostawia mnie z tą szumiącąrzekąkoloru żółtego futra, z tym pierdolonym wylanym potokiem, który wymywa kamienie z brzegu, spod naszych stóp, wszystko, na czym się opieramy, zostanie wymyte.
Rozdział czwarty
T
P
T
7
P
P
P
7
Kto mógłby ukraść moje krzesło?
P
T
± elefon, który odebrałem tej nocy, rozśmieszał mnie jeszcze przez wiele dni.
- Stary - szepnął Dozy Boylan i wiedziałem, że schował się w łazience, bo słyszałem pogłos. - Stary, ona się do mnie przystawia.
Boylan pieprzył i powiedziałem mu to, ale nie bez sympatii.
- Zamknij się - przerwał. - Zaraz ci jąprzywiozę z powrotem.
Wyraziłem głośne zdziwienie, jak ostatni kretyn i cham. Nie
mam nic na swoje usprawiedliwienie, poza tym, że mój nad-aktywny przyjaciel był sześćdziesięcioletnim farmerem z siwym wąsem i wielkim brzuszyskiem, wylewającym się znad paska u spodni. Marlene się do niego przystawiała? Prychnąłem śmiechem do słuchawki i kiedy niedługo potem wypiął się na mnie, doskonale rozumiałem czemu.
Minęło zadziwiająco mało czasu, zanim zjawił się z rykiem silnika na mojej kratownicy. Zdążyłem wypić już ze dwa drinki, więc może dlatego wszystko wydawało mi się tak okropnie śmieszne, panika słyszalna w stukocie jego stalowych gąsienic na drewnianym moście. Zanim zdążyłem zmienić koszulę, staruszek błyskawicznie pokonał ostry zakręt i gdy ukazałem się na ganku, tylne światła Uniwersalnego Wozu Terenowego Boylana znikały już w ciemnościach nocy. Wciąż jeszcze się uśmiechałem, gdy mój gość wszedł do środka. Znów miała przemoczone włosy, przyklejone płasko do głowy, krople wody na policzkach zbierające się w uroczą małą kałużę w zagłębieniu pod gardłem, ale tym razem się uśmiechała i przynajmniej przez chwilę myślałem, że zaraz wybuchnie śmiechem.
-1 jak przeprawa? - zapytałem. - Bała się pani?
- Co tam przeprawa. - Usiadła ciężko na krześle, po czym odetchnęła głęboko. Była inną osobą, mniej energiczną, mniej porządną. Po chwili pogrzebała w fałdach pożyczonego poncza i wydobyła z nich dwukwartową butelkę Virgin Hills rocznik 1972, po czym wzniosła ją wysoko w górę, jak trofeum.
Później opowiadała mi, że w tamtej chwili przekrzywiłem głowę i wpatrzyłem się w wino jak ponury pies, ale to tylko nieporozumienie. Miałem przed oczami chlubę piwniczki Dozy'ego. Zjawisko było zupełnie niewytłumaczalne, a tajemnicę pogłębiało jeszcze zachowanie mojego gościa. Marlene nagle znów nabrała energii, jednym ruchem skopała z nóg gumiaki, otworzyła szufladę... - czyżby zapomniała poprosić o pozwolenie? Błyskawicznie zlokalizowała korkociąg, otworzyła butelkę, wygładziła spódniczkę, po czym usiadła po turecku na krześle i śmiała mi się w twarz, patrząc, jak nalewam wino do kieliszków.
- No dobra - powiedziałem. - Co się stało?
- Nic - odparła, ale oczy błyszczały jej tak, jak gdyby miały zaraz trysnąć ogniem. - Gdzie twój brat? Wszystko w porządku?
-Śpi.
Jakiekolwiek mroczne wizje przyszły jej do głowy - pewnie miały coś wspólnego z utopionym szczeniakiem - nie poświęciła im więcej uwagi.
- Jedyna dobra rzecz to ta - zaczęła, wznosząc kieliszek - że pan Boylan wie o autentyczności swojego Leibovitza.
- Jacques'a Leibovitza?
- Dokładnie tak.
- Dozy ma obraz Jacques'a Leibovitza?!
Teraz wiem, że moje zdumienie wydało jej się przesadne, ale Boylan, tajemniczy drań, nigdy nie pisnął ani słowa na temat tego skarbu. Północna część Nowej Południowej Walii to nie miejsce, gdzie człowiek się wybiera, żeby pooglądać wielkie arcydzieła sztuki malarskiej. I tak się składa, że akurat Leibovitz był jednym z powodów, dla których zostałem artystą. Jeszcze w liceum w Bacchus Marsh po raz pierwszy zobaczyłem Monsieur et Madame Tourenbois, a przynajmniej czarno-białą reprodukcję tego płótna w Encyklopedii sztuki współczesnej. Nie zamierzałem wyjaśniać żadnej z tych rzeczy Amerykance w Manolo Blah-nikach, ale poczułem się naprawdę urażony zachowaniem Do-zy'ego. Ładny mi kumpel, rzeczywiście.
- Nigdy nie rozmawiamy o sztuce - powiedziałem. - Siedzimy w tej jego żałosnej kuchni, tam właściwie mieszka, między stertami „Czasu Melbourne". I pokazał ten obraz panil
Uniosła brwi, jak gdyby chciała zapytać, „a czemu nie?". Ja myślałem tylko o tym, że podarowałem Dozy'emu wszystkie te cudne rysunki australijskiej muchy wombaciej i osy błotnej, a on przymocował je do lodówki jakimiś pieprzonymi magnesikami. Nie mogłem uwierzyć, że w ogóle ma oczy.
- Pani ma to ubezpieczyć?
Zaśmiała się przez nos.
- Takie sprawiam wrażenie?
Wzruszyłem ramionami.
Marlene znów wbiła we mnie oskarżycielskie spojrzenie.
- Mogę zapalić?
Podałem jej miseczkę i puściła kilka pachnących dymków ponad blatem stołu.
- Mój mąż - powiedziała w końcu - jest synem drugiej żony Leibovitza.
Jeżeli Marlene nie wzbudziła mojego zachwytu, to jej mężulek podobał mi się jeszcze mniej. Ale informacja o jego rodzicach wywarła na mnie wrażenie.
- To syn Dominiąue Broussard?
- Owszem - odparła. - Pewnie widział pan to zdjęcie.
Nawet ja je znałem - apetycznie opalona blondyna na
niepościelonym łóżku, z małym chłopczykiem przytulonym do piersi.
- Ten dzieciak to mój mąż, 01ivier. Odziedziczył droit morale Leibovitzów-powiedziała zmęczonym i znudzonym głosem, jak gdyby opowiadała tę historię po raz setny.
Aleja zupełnie nie czułem się znudzony. Pochodziłem z Bac-chus Marsh w stanie Victoria i do ukończenia szesnastego roku życia nie widziałem na oczy żadnego oryginalnego obrazu.
- Rozumiesz, jak to działa?
-Co?
- Dra/7 morale.
- Oczywiście - odparłem. - Mniej więcej.
- 01ivier musi orzec, czy obraz jest prawdziwy, czy podrobiony. Wypisał certyfikat autentyczności dla obrazu Boylana. Ma do tego pełne prawo, ale różni ludzie pozwalają sobie na dziwne sztuczki, więc musimy się pilnować.
- Pracujecie razem, ty i twój mąż?
Marlene nie zamierzała dać się w to wciągnąć.
- Już od dawna słyszałam o płótnie pana Boylana - ciągnęła. - Jest autentyczne aż po zszywki na blejtramie, ale niestety trzeba to w kółko udowadniać. To trochę nudne.
- A ty się tak dobrze znasz na Leibovitzach?
- Tak dobrze - powiedziała sucho.
Patrzyłem, jak gasi papierosa, miażdżąc peta o ścianki miseczki.
- Ale kiedy ktoś powie takiemu Boylanowi, że jego inwestycja jest zagrożona, zawsze owocuje to paniką. W tym wypadku było tak, że Boylan pokazał płótno Honore le Noel. I le Noel wmówił mu, że to może nie podróbka, ale coś w tym stylu. Mogę się jeszcze napić? Przepraszam, miałam naprawdę upiorny dzień.
Bez słowa dolałem jej wina, nie okazując, że byłem kompletnie oszołomiony słysząc nazwisko le Noel wymawiane tak lekko, jak gdyby należało do lokalnego sklepikarza. Wiedziałem, kim jest Honore le Noel i trzymałem dwie z jego książek przy łóżku.
- Honore le Noel stał się pośmiewiskiem - powiedziała Marlene. - Jak pewnie wiesz, był kochankiem Dominiąue Leibovitz.
Ta ostatnia wypowiedź wytrąciła mnie z równowagi z przyczyn, do których wolałbym się nie przyznawać. W skrócie, te parę słów świadczyło o tym, że ja jestem prowincjuszem, a ona pochodzi z pieprzonego pępka świata. Ja wiedziałem tylko to, co można wyczytać w „Time" - Dominiąue poznała Leibovitza pracując jako asystentka w studio, le Noel zaś był kronikarzem i krytykiem mistrza.
Tymczasem Marlene napoczęła już solidnie drugi kieliszek i zrobiła się rozmowna jak diabli. Zdradziła, że Dominiąue i Ho-nore przez prawie osiem lat, od niemieckiej okupacji aż do roku 1954, czekali tylko na to, aż Leibovitz umrze. (Przypomniałem sobie bardzo precyzyjny szkic z monografii le Noela, opisujący siłę życiową artysty, jego krótkie, solidne nogi, ogromne, kwadratowe dłonie).
Synek skończył już pięć lat, a Leibovitz dobił do osiemdziesiątki, kiedy w końcu dopadła go podstępna starucha z kosą. Stary cap stał właśnie przy stole w jadalni, obracając w palcach kieliszek z winem. Starucha pchnęła go od tyłu, tak że zarył wielkim nochalem w półmisek z serami, pomalowany przez samego Picassa, rozbijając okulary w rogowej oprawie. Mój gość opowiedział mi o tym bez zaj ąknienia, lekko tylko tracąc oddech. Marlene wypiła do końca drugi kieliszek, nie komentując jakości wina, za co dałem jej duży minus.
Półmisek pękł dokładnie przez pół, powiedziała.
