Zgubne aloha - Wiesław Rybski - ebook

Zgubne aloha ebook

Wiesław Rybski

0,0

Opis

Zło i dobro dzieli wiele, łączy je tylko żądza sukcesu.

Baza w Pearl Harbor – historia i chluba Marynarki Wojennej USA – zostaje zmuszona do obrony swojego wizerunku. Na dnie oceanu, w skrzyniach do transportu amunicji, wykryto znaczną ilość przemycanej kokainy. Kilka dni później w tajemniczych okolicznościach ginie porucznik Ralf Stocker.
Michael Wood, podczas służbowego pobytu w bazie, wikła się w tę sprawę, co nie jest korzystne dla Nickolasa Lopasa, właściciela nocnego klubu Bliżej Nieba. Mężczyzna postanawia pozbyć się natręta. Michael ma jednak własny plan odwrócenia ról...
Cywilna prokuratura wymusza odsunięcie od śledztwa komandor Susan Archer, szefowej biura śledczego w bazie, i nie jest skłonna do współpracy z wojskową konkurencją. Susan Archer potrzebuje dyskretnego partnera, a wybór może być tylko jeden.
Michael Wood nie odmawia słusznych propozycji i skrytą akcją, działając według własnych zasad, postanawia pomóc ślepej Temidzie... 

Michael Wood w sensacyjnej akcji na Hawajach. Klimat armii, morskie sceny oraz rywalizacja kobiet sprawiają, że tej książki nie można odłożyć... na później.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 643

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1

Rzęsisty deszcz moczył ulice El Cerrito, co wczesnowiosenną porą nie jest przypadkiem rzadkim w północnej Kalifornii. Zwykle błękitne niebo przesłaniały szare chmury, przypominając, że cykliczność zdarzeń obowiązuje również w stanach pogody. Dla turystów zabłąkanych z pobliskiego centrum San Francisco oraz klientów nagminnie odwiedzających galerię handlową El Cerrito Plaza niespodziane strugi deszczu tworzyły okazję do zamówienia drugiego piwa lub odwiedzenia kolejnego butiku, dla wybujałej wokół miejscowych posesji roślinności ożywcze krople zawsze były miłym darem niebios.

Siedziałem na tarasie pod drewnianym zadaszeniem i wpatrywałem się w taflę wody przydomowego basenu, na którym spadające krople deszczu rysowały kręgi rozchodzących się fal. Szare chmury, widoczne znad krawędzi przyległej pergoli, z wolna rzedniały na ciemniejącym zmrokiem nieboskłonie, przywołując na powrót błękit dni nadchodzącego tygodnia, i zanikające kręgi kropel na powierzchni basenu zdawały się być tego potwierdzeniem. Walające się na podłodze dwie puste puszki piwa Modelo wskazywały na czas powrotu do salonu, zbliżała się pora oczekiwanej transmisji telewizyjnej przeglądu walk z ostatniego dnia wiosennego turnieju sumo i była to okazja, której nie zamierzałem opuścić.

Włączyłem telewizor akurat w momencie, gdy rozgrywane w Osace basho1 było już po prezentacji zawodników i pierwsze walki wieczoru tworzyły nastrój dla rozgrywki finału pomiędzy weteranem Takayasu oraz pnącym się z tytułem ozeki2 na szczyt dyscypliny młodym Onosato. Turnieje sumo trwają po piętnaście dni, z których każdy w swym rytuale obejmuje kilka godzin ściśle zaplanowanych wydarzeń. Łączny czas zmagań zawodników w dohyo– ringu, na którym rozgrywane są walki, jest zdecydowanie krótszy i rzadko przekracza godzinę. Realizatorzy w telewizji są tego świadomi i dlatego półgodzinne skróty z najważniejszych walk przynoszą ogromną oglądalność oraz, co równie ważne, nie wymagają kosztownych biletów wstępu.

Turniej w Osace kończył się szczególnie ciekawie, gdyż zarówno Takayasu, jak i Onosato uzyskali identyczną liczbę zwycięstw i tylko play-off mógł wskazać zdobywcę pucharu. Onosato zakończył walkę w niecałą minutę, potwierdzając, że młodość wcale nie musi ustępować rutynie, a posiadany tytuł ozeki całkowicie mu się należy.

Plany na dalszy ciąg wieczoru były już mniej emocjonujące. W grę wchodziły: powrót na taras plus trzecia puszka piwa lub dwa seriale koreańskie. Druga opcja zdecydowanie wygrywała, zwłaszcza że nie wykluczała puszki piwa i, co ważniejsze, szybciej przybliżała zakończenie niedzielnego wieczoru.

Nie lubiłem weekendów. Od zawsze złościły mnie bezwładem swego lenistwa, bzdurnie przez wielu nazywanym zasłużonym odpoczynkiem. Oczywiście nie neguję, że są profesje oraz miejsca pracy, w których periodyczny odpoczynek jest gwarantem właściwego i bezpiecznego wykonywania obowiązków zawodowych. Z własnych doświadczeń nabrałem przekonania, iż dla tych wykonujących swój zawód z upodobania, dla których solidna wiedza oraz lojalność nie są bezwartościowymi sloganami, koniec tygodnia jest niczym innym jak zakończeniem obowiązującego czasu pracy, ale w żadnym przypadku nie jest bezwzględnym nakazem należnego im odpoczynku. W społeczeństwie niestety nie jest to postawa promowana jako godna naśladownictwa i główną tego przyczyną jest powszechny i agresywny marketing reprezentacyjnej konsumpcji oraz wszelkich sposobów lenistwa w spędzaniu tak zwanego wolnego czasu. Oliwy do ognia dolewają oczywiście Facebook oraz Instagram – ulubione media wszystkich ogłupiałych własnym ego celebrytów, posiadaczek nabrzmiałych cycuchów, wytatuowanych coachów oraz tych, którzy potrafiąc niewiele, wierzą w nadzwyczajność swoich postów.

W moim przypadku wolne dni przeważnie odcinają mnie od kontynuacji tego, co aktualnie robię. Sobota oraz niedziela z częstotliwością cotygodniowej iteracji uniemożliwiają normalne kontakty zawodowe i zdecydowanie opóźniają realizację różnych przedsięwzięć. Nie oznacza to, że jestem aż tak wypaczony, że nie mogę żyć bez narzuconych mi obowiązków oraz ulubionych zajęć wykonywanego zawodu inżyniera. Tak nie jest. Lubię i robię wiele rzeczy poza tak zwaną pracą, ale chcę to robić wtedy, kiedy mam na to ochotę i, co ważniejsze, kiedy to nie koliduje z założonym przeze mnie programem zajęć, a nie w chwilach wyznaczanych odmiennym kolorem dnia w kalendarzu. Na szczęście globalna powszechność Internetu znacznie łagodzi kategoryczność nic nierobienia w dni kuriozalnie zwanymi wolnymi i pozwala na kontynuację aktualnie rozpracowywanego tematu. Jest to na pewno okazja nie do pogardzenia, chociaż w porównaniu bardziej praktycznym… Jak ma się samotne wpatrywanie w wypuszczony z drukarki wykres do wspólnego przekomarzania się nad jego szczegółami z ładną i inteligentną koleżanką przy wspólnym stole?

Nastawiłem koreański kanał, kiedy podchodząc do lodówki, usłyszałem dziwny szmer przy drzwiach wejściowych, jakby ktoś z zewnątrz usiłował wejść do domu. Odczucie było wyraźne, ale pozbawione uzasadnionego umówionym spotkaniem wyczekiwania. Kod szyfratora zamka wejściowego oprócz mnie był znany tylko trzem osobom, a dokładnie trzem kobietom. Ewie Rolskiej, mojej byłej dziewczynie, którą ściągnąłem z oddziału naszej firmy w Polsce i z którą łączyło mnie wspólne łóżko, lecz od kilku lat byliśmy wyłącznie bliskimi przyjaciółmi. Lucy Parker, mojej asystentce z biura w San Francisco, z którą świadomie wykluczyliśmy łóżko, pozostawiając między nami jedynie przyjaźń, lojalność i wzajemny szacunek. Trzecią kobietą była Izel, Peruwianka zajmująca się wnętrzem mego domu, wspólne łóżko w jej przypadku byłoby wyzwaniem ekstremalnym, co nie zmieniało faktu, że była mi osobą bliską, niezmiernie pomocną, którą darzyłem bezgranicznym zaufaniem.

– Gdybym powiedziała, że przejeżdżając obok, zauważyłam światło i postanowiłam wpaść na chwilę, to uwierzyłbyś? – Ewa Rolska musnęła ustami mój policzek i zamknęła za sobą drzwi.

– Bez względu na powód, jaki przedstawisz, zawsze jesteś tutaj mile widziana. – Odwzajemniłem się, ujmując ją w ramiona.

– Kod do zamka ciągle ten sam.

– Dobrych dat nie należy zapominać. – Odniosłem się do pierwszego dnia naszej znajomości, zawartej podczas służbowego pobytu na Cyprze.

– Racja. Ale cóż to, samotna niedziela, doktorze Wood? – Rozejrzała się.

– W Kalifornii blondynki nadal górą.

– Chinatown daleko nie jest…

– Daleko nie, ale te prawdziwe i nieskażone Zachodem są po drugiej stronie oceanu.

– Czyli wszystkie panny Kim, Tang, Suzuki nadal trzymają się dobrze?

– Wszystkie nie, ale liga czarnych włosów i intelektu panny Rolskiej ma pewne preferencje.

– Nie raz się zastanawiam, z kim obecnie jesteś i kim ona jest. – Wzrok Ewy na dłużej utkwił w mych oczach.

– Lucy Parker twierdzi, że ładniejszej i tak nie znajdę.

– No tak, Lucy nie można nie lubić. – Roześmiała się.

– A ty czemu tak samotnie?

– Samotnie… może nie do końca. Lubię pewnego Francuza. Ale teraz wrócił na miesiąc do Europy. Jest fizykiem i pojechał sprawdzać, jak się gonią bozony Higgsa w akceleratorze o równie dziwnej nazwie, Wielki Zderzacz Hadronów.

Roztrząsanie szczegółów dotyczących obecnych partnerów naszych byłych eks, zwłaszcza w ich obecności, nie może być pozbawione ciekawości oraz chęci stosowania wszelkich porównań, nie jest to jednak właściwy sposób zachowania, zwłaszcza że i rezultaty dociekań mogą być mniej nam korzystne, niż się początkowo zdawało. Wówczas znacznie lepiej jest zaprzestać wewnętrznej konfrontacji i wrócić do tematów ogólnych.

– A w Stanford już się zadomowiłaś? – spytałem, nawiązując do jej awansu na szefową zespołu analiz procesów innowacyjnych, właśnie z siedzibą w Stanfordzie.

– Tak jak powiedziałeś, wybrałam okna mojego służbowego pokoju z widokiem na góry. Jestem zadowolona, nawet bardzo zadowolona. Nie będę ci więcej dziękować. Powtarzanie tego samego może świadczyć jedynie o własnym upośledzeniu. A teraz pokaż, co masz w lodówce. Może z tego da się coś zrobić na kolację?

– Jest piwo, resztą zajmuje się Izel.

– Dalej pyta: „Czemu ciągle tu kobieta brak?”.

– Poprawiła swój angielski. Teraz twierdzi, że mężczyzna bez kobiety to jak pociąg bez lokomotywy, a że ci, co jadą, muszą płacić za bilety.

– W Limie mają mądre kobiety, co nie? – Ponownie się roześmiała. – Rozejrzę się po kuchni, a ty popatrz na te koreańskie beauties – dodała, spoglądając na ekran telewizora.

Ewa Rolska była Polką, pochodziła z Katowic, miasta na południu kraju, i podobnie jak jej przyjaciel, Tomek Starski, pracując w miejscowym biurze inżynieryjnym, po fuzji z naszą firmą stała się pracownikiem firmy Encochem Ltd. z siedzibą w San Francisco. Ewa w przeciwieństwie do Starskiego, który nie zamierzał opuszczać Katowic, związała swe życie z Kalifornią, najpierw robiąc doktorat na uniwersytecie Stanforda, a później przyjmując pełny etat w centrali firmy. Jej zaangażowanie oraz wiedza inżynierska szybko zostały zauważone przez mojego szefa, Barry’ego Taylora, a polskie pochodzenie uczyniło ją ulubienicą Wandy Cartwright, matki właściciela firmy, Patryka Cartwrighta, również Polki z pochodzenia. Z takimi atutami oraz nieprzeciętną urodą Ewa Rolska stała się ważną i rozpoznawalną osobą w firmie, co Lucy Parker w swoim praktycznym stylu skomentowała: Powiem ci, Michael, że jeszcze nie tak dawno, gdybym potrzebowała pomocy, wciemno zwróciłabym się do ciebie, ale odkąd Ewa jest znami, to co najmniej bym się nad tym zastanowiła.

Z kolei wspomniana Lucy Parker była mi najbliższą osobą w firmie nie tylko z racji jej stanowiska asystentki, przede wszystkim miałem do niej pełne zaufanie i zawsze byłem pewien, że mimo swoich dąsów dziewczyny bliskiej tronu miss Kalifornia jej lojalność względem mnie była wzorowa. Lucy Parker również nie kryła, że jej uwaga znacznie w większym stopniu niż na Ewę skierowana była na jej kolegę, Tomka Starskiego, doktora inżynierii chemicznej, który stylem bycia oraz zamiłowaniem do matematyki również potrafił zaskarbić sobie przychylność Barry’ego Taylora, i to wcale w nie mniejszym stopniu niż u wszystkich kobiet pracujących w firmie. Lucy od pierwszego momentu, gdy tylko zobaczyła Starskiego, zagięła na niego parol i ich znajomość toczyła się po wyboistej drodze uporu Lucy bycia razem oraz niczym niewzruszonej woli Starskiego pozostania w Katowicach.

– Wiesz, Michael, w tych Katowicach musi być jakiś kurewski wirus lokalnej więzi, bo niby w czym to miasto jest lepsze od San Francisco. – Zwykła mówić, zaraz dodając: – Oboje z Ewą tworzą ten pieprzony katowicki gang, który robi tutaj, co tylko chce.

Jej zadziorność zdecydowanie zanikała, gdy tylko Starski pojawiał się w pobliżu. Wówczas panna Parker z nową nadzieją wspólnej drogi nie pozostawiała jakiejkolwiek wątpliwości, z kim miałaby zamiar spędzić czas swego życia.

Koreańska drama kończyła swój epizod powiększonym kadrem urokliwej twarzy Kim Jiwon, gdy Ewa wróciła z kuchni z dwoma talerzami kanapek, które w jej wykonaniu, w mojej i Starskiego opinii, już od czasu wspólnego pobytu na Cyprze były sztuką samą w sobie, a swym smakiem i wyglądem biły wszelką konkurencją. Gdyby umieścić je na obrotowej taśmie w dowolnym barze sushi, bez wątpienia zgromadziłyby największą liczbę talerzyków.

– Panna Rolska oprócz znaczących osiągnięć na polu nauki nadal praktykuje kulinarne hobby. – Przyglądałem się małym przekąskom z paryskiej bułki, na których czarne ziarna kawioru figlarnie zerkały spod kawałków surowych sashimi tuńczyka oraz łososia, zgrabnie ozdobionych dziurami ementalera oraz delikatnymi bryłkami wasabi. – Może to, co masz do powiedzenia w sprawie praktycznych zastosowań algebry Boole’a, wielu by nie zgromadziło, ale hors-d’œuvre à la Rolska ustawiają niezłą kolejkę, przy czym obecność twórczyni nie jest obojętna.

– A Michael Wood, mimo że lata młodych zrywów ma już za sobą, nadal nie wyłącza trybu podrywacza – odrzekła, nie kryjąc kąśliwości.

– Mylisz się, panno Rolska, to ocena faktyczna i od niepewnej nadziei podrywu różni ją słuszność – odpowiedziałem zbyt szybko, aby ukryć pretensję.

– No, już przestań. Wiesz, że lubię się podroczyć. – Jej dłoń przylgnęła do mych ust.

Generalnie konsumpcja w swych wszelkich odmianach jest czynnością przyjemną i nie warto psuć sobie nastroju, a odpowiednia propozycja tylko może ten nastrój poprawić.

– To przyniosę białe wino… Tak? – Podniosłem się z sofy.

– Pewnie, że tak. Chyba zostanę tu na noc – oznajmiła, siadając z podwiniętymi stopami na opuszczonym przeze mnie miejscu.

– To teraz mi powiesz, o czym chcesz porozmawiać. – Podałem jej kieliszek.

– Skoro w tym celu przyjechałam, to powiem… – Na jej twarzy pojawił się cień zadumy. – Wiesz, Michael, mimo wszystkiego, co nas kiedyś łączyło, nadal potrafimy być wobec siebie szczerzy. To naprawdę rzadkość.

– Przypadki nagminne są mniej ciekawe, dlatego postępujemy tak, jak postępujemy.

– Nawet gdy własne potrzeby wymykają się kontroli wspólnej racji.

– Prawda, ale to wówczas wspomniana szczerość staje się obowiązkiem.

– Okay, Michael, za teraz… i żeby zawsze tak było. – Stuknęła w mój kieliszek.

– Przy takich przekąskach nie może być inaczej. – Pociągnąłem spory łyk wina i sięgając po kanapkę, spytałem niechcący: – A ten Francuz fajny?

– Fajny, może tylko mniej awanturniczy niż ty. – Roześmiała się, grożąc mi palcem.

– Lepiej życzyć i tak już mu nie mogę. A teraz, proszę, mów, o co chodzi. – Usiadłem na fotelu.

– W tamtym tygodniu na uniwersytecie odbyło się sympozjum poświęcone rozwijaniu nowych technologii pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. Tematem wiodącym było odzyskiwanie energii z głębin oceanu i przetwarzanie jej do energii elektrycznej. Temat nie nowy, ale w stosunku do słońca i wiatru najmniej rozpowszechniony. I uczciwie trzeba przyznać, że wbrew oczekiwaniom organizatorów również na sympozjum nie wzbudził on szczególnego zainteresowania, co nie znaczy, że mógłby się zapisać całkowitą klęską. W trakcie dyskusji znajomością tematu oraz ciekawymi pytaniami wyróżnił się niejaki Andy Brooks, inżynier z firmy eksploatującej właśnie taką niedużą instalację na Hawajach.

– Co było wystarczającym sumptem dla doktor Rolskiej, aby poznać go bliżej.

– Jestem szefową zespołu analiz procesów innowacyjnych, więc chyba cię to nie dziwi?

– Dziwić nie, ale na skali „ciekawość” wskazówka ruszyła w górę.

– I słusznie, bo gość jest inteligentny, posiada sporą wiedzę w temacie, jest również przystojny i chciał mnie wyrwać na kolację.

– Okay, mów dalej.

– Na kolację nie poszłam, ale co miał do powiedzenia, tego wysłuchałam.

– No i…

– Jego firma jest zainteresowana powiększeniem mocy obecnej instalacji i poszukuje kogoś do pomocy w tym temacie.

– Niech ogłoszą przetarg. Z tego, co słyszałem, to Koreańczycy z południa oraz Japończycy takiej okazji by nie przepuścili. Nawet u nas paru chętnych do współpracy może by się znalazło.

– W Stanach energia z fal morskich to ciągle głównie temat w fachowej literaturze. Nie ma tutaj takich patentów na turbiny wodne czy konwertery energii, jakimi może poszczycić się właśnie Japonia i Korea.

– To chyba ten Brooks z Hawajów o tym wie? Niech popyta na Dalekim Wschodzie.

– Jest pewien subtelny problem.

– To znaczy…

– Eksploatowana instalacja na Hawajach zlokalizowana jest na terenie sławnej bazy marynarki wojennej, Pearl Harbor. – Ewa uniosła brew i zajęła się kanapką oraz winem.

– I dowódca nadal pamięta rok 1941 i atak Japończyków – stwierdziłem z nieskrywanym uśmiechem.

W mojej wyobraźni pojawił się obraz ojca, majora Wooda, emerytowanego oficera armii amerykańskiej, który wiedząc o mojej słabości do kobiet z Korei i Japonii, zwykł powtarzać: Przestań się uganiać za tymi skośnymi, chyba cię uczono oPearl Harbor. Moja relacja z ojcem do wzorowych nie należała. Głównym tego powodem była rezygnacja z przejęcia prowadzonej przez niego firmy Bezpieczeństwo Stosowane. W jego opinii poświęcanie czasu na zdobywanie wiedzy na jakichś tam uniwersytetach było całkowicie bezcelowe, gdy w tym samym czasie można było na co dzień obcować z armią i prowadzić szkolenia zasad samoobrony oraz przetrwania dla nieudacznych cywilów. W ostatnich latach, co prawda, jego zacietrzewienie złagodniało. Powodem tego było poznanie Tomka Starskiego, którego mu przedstawiłem. Jak się okazało, ucieleśnienia wyobrażeń majora o prawdziwym instruktorze jego firmy. Starski również polubił majora i jak stwierdziła Lucy Parker: No, Michael, adopcji, kurwa, bym nie wykluczała.

– Właśnie, synu majora Wooda. – Ewa roześmiała się i widząc po mojej minie, że trafiła w sedno, dodała: – I powiem ci, że nawet się zbytnio nie dziwię.

– Chcesz iść z tym do Barry’ego?

– A nie byłbyś zainteresowany, aby sprawdzić na miejscu, jakie są szanse na modernizację istniejącej instalacji?

– Właściwie to dawno nie byłem na Hawajach, a temat jest ciekawy. Po twojej rekomendacji Barry raczej nie będzie miał odmiennego zdania.

– Zaczynasz jak Lucy z tym katowickim gangiem. – Ponownie się roześmiała.

– Lucy przeważnie ma rację, ale jeśli Barry się zgodzi, chętnie polecę na Hawaje.

– Temat jest ciekawy i na pewno przyszłościowy, ponadto Japonia i Korea są niedaleko. – Uniosła brew w oczywistym znaczeniu.

Ewa Rolska przez następne dwie godziny, a dokładniej do chwili, gdy butelka Chardonney została opróżniona, opowiadała o szczegółach nowej pracy, przypominając mi o swoim uporze i sposobie bycia z okresu naszego intymnego związku. Odniesienie do chwili obecnej nastąpiło, gdy zerknąwszy na zegarek, oznajmiła:

– Michael, czas do łóżka. Ja śpię w twojej sypialni, ty tutaj, na tej sofie. – Wstała i musnąwszy ustami mój policzek, zamknęła za sobą drzwi.

Działanie zdecydowane przeważne osiąga swój cel.

1Basho (jap.) – japońska nazwa turniejów sumo.

2Ozeki (jap.) – druga ranga w kwalifikacji zawodników sumo.

2

Porucznik Jack Wilson przez niewielkie okno swego równie niedużego pokoju spoglądał na plac ćwiczebny i toczące się na nim poranne zmagania utrzymania równego kroku żołnierskiej orkiestry. Jego twarz była uśmiechnięta i chociaż dotychczasowy stopień perfekcji prezentowanej musztry nie zasługiwał na taką reakcję, to poczucie przynależności do armijnej rodziny w pełni go tłumaczyło. Uczucie to nie było następstwem rodzinnej tradycji czy nawet społecznego postrzegania statusu oficerskiego stopnia, dla niego armia była gwarantem regularnego trybu życia. Trybu, który zapewniał uczestnictwo w ciekawych misjach na najbardziej odległych rubieżach globu, ponadto armia, regularnymi wpływami na konto, pokrywała jego niezbyt wygórowane potrzeby codziennego życia. Nie bez znaczenia był również obowiązujący wokół niego dryl, zwłaszcza że to on częściej wydawał rozkazy, niż je przyjmował.

Wilson wychował się w ubogiej rodzinie w stanie Nebraska, jego ambicje zdobycia wyższego statusu w życiu poprzez ukończenie prestiżowej uczelni mimo posiadanej chęci do nauki ograniczone były brakiem zaplecza finansowego i jedyne, co mógł zrobić, aby osiągnąć społeczny prestiż, to rozpocząć karierę w armii. W swoim zamierzeniu Wilson postanowił sięgnąć wysoko, Akademia West Point była najlepszą szkołą w kraju i nie wymagała opłat. Wilson z dobrymi wynikami w nauce oraz z wyróżniająco zdanym testem ze sprawności fizycznej został kadetem prestiżowej akademii. Czteroletni okres nauki oraz wojskowego drylu nie sprawił mu trudności i po ukończeniu studiów oraz uzyskaniu stopnia chorążego, któremu towarzyszył licencjat z nauk technicznych, Wilson, podobnie jak jego koledzy, mógłby kroczyć po czerwonym dywanie kariery wojskowej absolwentów akademii, gdyby nie pechowy traf w nocnym barze Nowego Jorku.

Wilson w trakcie studiów w gronie towarzyszących mu kadetów cieszył się sporą popularnością, jego sportowe wyczyny, ale również ponadprzeciętne zainteresowanie inżynierią stosowaną zjednywały mu przychylność oraz zwracały uwagę wykładowców. Popularność środowiskowa, zwłaszcza ta zdobyta własną pracą, ma jednak zasadniczą wadę, rodzi równie powszechną zawiść, a ta z kolei nie rezygnuje z okazji rewanżu. Wilson przekonał się o tym w najmniej spodziewanych okolicznościach. Kiedy w sobotnią noc wraz z kolegami z uczelnianej drużyny koszykówki świętował kolejne zwycięstwo, w klubie pojawił się Montgomery Clapton wraz z narzeczoną.

Clapton także był absolwentem akademii, wywodził się z zamożnej rodziny mieszkającej na Long Island i był synem generała. Jego stosunek do Wilsona już od pierwszego semestru był nieprzychylny, na początku kpił z miejsca jego pochodzenia oraz skromnego stylu życia, niejednokrotnie otwarcie twierdząc, że darmowe studia na akademii nie oznaczają, iż dla każdego jest dostępna. Z biegiem czasu, gdy oceny oraz umiejętności Wilsona znacznie przekraczały średni poziom, Clapton demonstracyjne okazywał swój status społeczny, dając do zrozumienia, że osiąganie dobrych wyników na polu nauki, w przeciwieństwie do posiadanych koneksji oraz finansowej niezależności, ma niewiele wspólnego z przebiegiem dalszej kariery. Wilson w swojej taktyce odwetu przyjął pozę pogardy i lekceważącego niezauważania przeciwnika, co tylko podsycało wrogość Claptona wobec niego.

Przychodząc do klubu z narzeczoną, Clapton zdawał sobie sprawę, że atrakcyjna kobieta, która miała zostać jego żoną, będzie przyciągać uwagę otoczenia. Jej uroda sprawiała, że młodzi oficerowie odwracali za nią głowy, a jej samej nie było to obojętne, bo nierzadko posyłała im uśmiech. Spojrzenie Wilsona musiało szczególnie przypaść jej do gustu, ponieważ gdy kiedy jej towarzysz został nagle przywołany przez jednego z pułkowników, osamotniona narzeczona z nieskrywanym zamiarem bliższego poznania otarła się o ramię Wilsona, dając do zrozumienia, że chętnie z nim zatańczy. Dalszy ciąg zdarzenia był równie zaskakujący, gdy ogarnięty samczą furią Clapton nagle pojawił się obok tańczącej pary i gwałtownym ruchem próbował się przyciągnąć do siebie narzeczoną, jednocześnie nawet nie skrywając zamiaru zadania ciosu w szczękę Wilsona. Kobieta zdecydowanym ruchem wyrwała się z uścisku Claptona, a Wilson, wykonując lekki unik, wyrżnął głową w jego nos.

Finał incydentu miał zarówno dobre, jak i złe strony. Plusem było kilka namiętnych nocy spędzonych z narzeczoną Claptona, minusem zaś nagana dyscyplinarna udzielona przez komisję etyki uczelni oraz utrata żołdu na kolejne trzy miesiące. Poza oficjalną karą, wpisaną do historii służby, Wilson padł również ofiarą odwetu skrytego. Zamiast, jak pozostali absolwenci, uczestniczyć w dodatkowym rocznym szkoleniu na różnych szczeblach struktury armii, został skierowany bezpośrednio do służby w odległej bazie Guantanamo na Kubie, gdzie za znikomy żołd, na małej wyspie, w miejscu ogrodzonym kolczastym drutem, przebywał z iguanami oraz więźniami, którzy, jak na ironię losu – mieli więcej swobody w poruszaniu się po okolicy aniżeli on sam. Jakby tego było mało, rok później wysłano go do Afganistanu, gdzie spędził kolejne dwa lata pośród wypalonych słońcem brązowych wzgórz, i co gorsza, w gronie nieprzyjaznych mu talibów. Po nienagannym wykonaniu misji Wilson złożył podanie do elitarnego oddziału Navy SEALs i po pozytywnym zaliczeniu wszelkich testów oraz formalności podpisał kontrakt.

W nowej formacji w ciągu pięciu lat brał udział w wielu zagranicznych misjach i kiedy po awansie do stopnia porucznika zaproponowano mu stały przydział do bazy marynarki wojennej na Hawajach, gdzie miał objąć dowództwo specjalnego oddziału nurków, Wilson, lubiący ocean oraz słońce, bez wahania przyjął tę propozycję. Po kolejnych dwóch latach służby wśród hawajskich palm nadal przekonany, że podjął słuszną decyzję.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Wilson odwrócił się od okna i stanowczym głosem rzucił:

– Wejść.

– Cześć, poruczniku. Można? – Andy Brooks zatrzymał się w progu, czekając na zapraszający gest.

– Jasne, wejdź, Andy.

– Chyba nie przeszkadzam w niedzielny ranek? – Andy usiadł na krześle przy biurku.

– A niby czym ten ranek różni się od każdego innego?

– W weekendy ludzie zwykli odpoczywać…

– Wybieram się po południu łódką na ryby, dawno nie byłem na morzu.

– Myślę, że powinieneś sprawdzić w Google’u znaczenie słowa „dawno”. – Brooks znacząco uniósł brew.

– Przebywanie pod powierzchnią wody i na jej powierzchni to nie to samo, Andy. Tak jak nie tym samym jest ściąganie majtek oraz wspólne pójście do kina, chociaż w obu przypadkach jesteśmy z kobietą. – Wilson porozumiewawczo puścił do niego oko.

– To dość ekstremalne porównanie. – Andy się roześmiał. – Ale zgoda, tutaj możesz mieć rację, zwłaszcza gdy najpierw trzeba jej ściągnąć skinny.

– I jeszcze te pieprzone staniki przez głowę. – Jack skinął głową.

– Fakt, łatwo nie jest. – Andy przytaknął, lecz z jego twarzy zniknął uśmiech. – Ale ja w innej sprawie, Jack.

– W jakiej?

– Godzinę temu otrzymałem raport dotyczący awarii. Moc poszczególnych podwodnych wirników nie jest jednakowa. Obroty trzeciego wirnika są niestabilne i wykazują tendencję spadkową.

– Prądy morskie mają swoje wahania. Czy ten stan się utrzymuje? – Jack nie zdawał się zaskoczony.

– Prawda, wahania prędkości prądów zdarzają się, ale pozostałe wirniki mają obroty nominalne. Ten przypadek możemy więc wykluczyć. Chyba należy szukać przyczyn w awarii numeru trzy.

– Spadek energii jest duży?

– W odniesieniu do wydajności globalnej sześciu wirników duży nie jest, ale stanowi sześćdziesiąt procent dla wirnika trzeciego. A jak wiesz, to moja firma odpowiada za stabilny poziom energii elektrycznej przetworzonej z energii kinetycznej prądów morskich. To również oznacza, że tylko czekać, a zacznie się narzekanie odbiorców na niską podaż.

– Nie tak dawno rozmawialiśmy, że należy zwiększyć moc tej instalacji, nawet napomknąłeś, że i twoi szefowie o tym myślą. I co, zamierzają nadal tylko myśleć?

– Dwa dni temu wróciłem z San Francisco, z sympozjum poświęconego tej sprawie organizowanym przez Uniwersytet Stanforda. Dotyczyło rozwijania nowych technologii pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych, chociaż tematem wiodącym była właśnie produkcja energii elektrycznej z fal morskich oraz prądów głębinowych. Tam też poznałem doktor Ewę Rolską, szefową zespołu analiz procesów innowacyjnych z uznanej firmy inżynieryjnej z San Francisco.

– To teraz kobiety są tak ważne? Jakaś stara, ostra wiedźma? A może przypadła ci do gustu? – Jack dłużej spojrzał na Andy’ego.

Wilson lubił kobiety, ich towarzystwo wcale go nie peszyło, niejednokrotnie, gdy któraś szczególnie mu się podobała, otwarcie okazywał jej swoje zainteresowanie. Nie oznaczało to jednak, że w jego systemie hierarchii, wykształconej ponad dziesięcioletnią służbą w armii, kobiety w kwestii zawodowej były traktowane na równi z mężczyznami. Takie zachowanie nie było czymś szczególnie odmiennym od panujących w społeczeństwie zwyczajów, jedyna różnica była taka, że porucznik Jack Wilson, gdy nabrał przekonania o posiadanych umiejętnościach konkretnej lady, potrafił jej to okazać.

– Jak ważne są kobiety i co potrafią, najlepiej pokazują te, których nazwisko i nick napisane są obok kabiny myśliwca F piętnaście. – Andy odwzajemnił się uśmiechem i dodał: – A co do doktor Rolskiej, to jeżeli ktoś się za nią nie ogląda, to znaczy, że jest ślepy. Te wszystkie telewizyjne cipy razem z rozwydrzonymi aktorkami nie mogą być dla niej nawet tłem.

– Aż tak cię zaćmiła?

– Pewna siebie i ma pojęcie o inżynierii, przy tym wcale nie jest zarozumiała, i na pewno nie z tych, co mówią „chodź ze mną”.

– A co ci powiedziała?

– Obiecała, że postara się, aby nas odwiedził przedstawiciel ich firmy i przedstawił ofertę modernizacji oraz rozbudowy naszej instalacji.

– I twoje szefostwo jest tym zainteresowane?

– Nawet bardzo, zwłaszcza że firma z San Francisco jest nie tylko wykonawcą projektów inżynieryjnych, ale również realizatorem inwestycji, a to w naszym przypadku ma zasadnicze znaczenie.

– Na pewno. Dowództwo bazy nigdy się nie zgodzi, aby na jej terenie realizację budowy prowadziły zagraniczne firmy.

– W tym główny problem, bo de facto to Japończycy oraz Koreańczycy mają znaczące osiągnięcia w interesującym nas temacie.

– Ale z tego, co wiem, to w bazie marines po drugiej stronie wyspy mają jakieś nowe, i to krajowej produkcji, konwertery energii z fal morskich.

– Wiem o tym. Ale nie mówimy o odzysku energii z fal morskich za pomocą powierzchniowych konwerterów, lecz o odzysku energii z jego głębin: prądów morskich, a częściowo z pływów. A akurat w tej dziedzinie najlepsze wirniki i turbiny pochodzą z Japonii oraz Korei.

– I kiedy ma się pojawić ten gość z San Francisco?

– Obiecała, że postara się zorganizować wstępną wizytę jak najszybciej.

– Okay, Andy, przyjrzyjmy się wirnikowi numer trzy. – Jack włączył komputer.

Wilson, jako dowódca plutonu nurków, w swoich obowiązkach miał również stałą inspekcję podwodnych wirników. Podlegli mu żołnierze, zgodnie z ustalonym harmonogramem, przeprowadzali okresowe przeglądy stanu technicznego wirników oraz ich mocowań do dna morskiego. On sam od czasu do czasu im towarzyszył, kierując się zasadą – wiara plus stuprocentowe sprawdzenie. Ze względu na swoje zainteresowania techniczne Wilson miał dostęp do systemu monitorującego pracę podwodnej instalacji. Mógł na bieżąco śledzić schemat technologiczny sekcji wirników wraz z aktualnymi parametrami ich pracy oraz zapisami archiwalnymi, rejestrowanymi co godzinę.

– No, zobacz. Teraz jest jeszcze gorzej. Obroty wirnika spadły o osiemdziesiąt procent. – Andy nie odrywał wzroku od ekranu monitora.

– Ale reszta wirników w normie. – Jack przeglądał kolejne fragmenty schematu.

– Tym bardziej dziwne. Wygląda na to, jakby coś hamowało trójkę. Pokaż obraz z kamery, może coś się wyjaśni… – Andy nachylił się bardziej nad ekranem.

– Czysto, niczego nie ma… – Wilson powiększał i zmniejszał pole widzenia kamery.

– Kamera daje obraz statyczny, z tego kąta nie ujęcia, co jest po drugiej stronie.

– Racja. Żeby się przekonać, co tam naprawdę się dzieje, zostaje tylko wizja lokalna. – Jack uniósł wzrok znad ekranu i spojrzał na Brooksa. – Po to przyszedłeś?

– Jack, dobrze wiesz, jak kurewsko ważna jest to dla nas sprawa, a i dla bazy ograniczenie dostaw energii też raczej nie jest wskazane.

– Jest niedziela, większość chłopaków jest poza bazą. Taka akcja, zgodnie z regulaminem, wymaga udziału co najmniej trzech nurków. Dwóch jest na dyżurze, musiałbym im towarzyszyć.

– Chyba coś nadmieniłeś o ściąganiu majtek, co nie? – Andy się roześmiał.

– I chociażby z tego względu nie mogę odmówić. – Jack klepnął Andy’ego po ramieniu. – Jeżeli chcemy jeszcze dziś wiedzieć, co się tam dzieje, to jesteś wolny. A ja jadę na nadbrzeże. Dam znać, gdy wrócimy z akcji.

Kiedy Andy Brooks zamknął za sobą drzwi, Jack ponownie włączył podgląd wirników. Obroty numeru trzy obniżyły się do dziesięciu procent, co w bilansie mocy przetwarzanej energii stanowiło piętnastoprocentową stratę i było ledwie o pięć procent od sygnalizacji stanu konieczności ograniczenia poboru prądu. Jack ponownie przyjrzał się obrazowi z kamery. Przy maksymalnym zbliżeniu zauważył, że szczelina pomiędzy wirnikiem a obudową wału wyraźnie jest czymś przesłonięta, świadczyły o tym wyłaniające się z jej wnętrza poszarpane fragmenty materiału.

Wilson podniósł słuchawkę telefonu alarmowego i zdecydowanym głosem oznajmił:

– Przygotować się do akcji inspekcji wirników. Jestem w drodze. Bez potwierdzenia. – Wstał od biurka i szybkim krokiem opuścił pokój.

3

Łódź patrolowa hawajskiej straży przybrzeżnej pełną mocą dwóch silników Diesla, każdy o mocy ośmiuset dwudziestu pięciu koni mechanicznych, i maksymalną prędkością czterdziestu dwóch węzłów zbliżała się do swego celu. Jack Wilson bacznie przyglądał się siatce współrzędnych na monitorze, do miejsca cumowania zostały jeszcze tylko dwie mile. Sześć wirników zakotwiczonych było praktycznie na granicy wód terytorialnych wyspy, w odległości prawie dwunastu mil morskich od nabrzeża bazy. Takie usytuowanie podyktowane było głównie warunkami kinetycznymi przepływającego prądu morskiego, ale posiadało również korzyść pełnej przynależności wyłącznie do Stanów Zjednoczonych. Podwodne wirniki eksploatowane były od ośmiu lat, lecz pod opieką serwisową Wilsona były zaledwie od kilku miesięcy. W tym czasie, w trakcie rutynowych przeglądów, dobrze poznał specyfikę ich pracy i to jego sugestia skierowana do dowództwa bazy o stanie ich zużycia, sprawiła, że zostało wydane przyzwolenie na ich modernizację i przede wszystkim na znaczne powiększenie stopnia odzysku energii z prądów głębinowych.

Każda rewizja pracy wirników poddana była szczegółowej procedurze, która wynikała zarówno ze specyfiki urządzeń, jak i głębokości ich posadowienia. Umiejscowione czterdzieści pięć metrów pod powierzchnią wody wirniki wraz z konstrukcją nośną zakotwiczone były do fundamentowych bloków umieszczonych na dnie oceanu, kolejne piętnaście metrów poniżej powierzchni. Rewizja wymagała zejścia w głębinę morską dwóch nurków, trzeci stanowił asystę na pokładzie łodzi, którą prowadził czwarty żołnierz z plutonu SEALs.

– Okay, jesteśmy na miejscu. – Wilson kazał zatrzymać łódź, po czym wydał polecenia trójce stojących na baczność żołnierzy. – Starszy sierżant Jimmy Bricks schodzi ze mną, ty, Dick, zostajesz na nasłuchu naszego sygnału. Joe, trzymaj pozycję.

Dziesięć minut później, już w czarnych skafandrach, Wilson i Bricks ostatecznie prześledzili działanie automatów oddechowych oraz mocowania butli. Sprawdzonym zwyczajem splunęli na szybki masek i rozmazawszy na nich ślinę dla uniknięcia zaparowania, nasunęli maski na oczy. Usiedli na burcie łodzi, aby tylnym przechyłem zniknąć w głębi oceanu.

Dla żołnierzy jednostki SEALs zejście na głębokość kilkudziesięciu metrów pod powierzchnię oceanu nie jest czymś niezwyczajnym lub sprawiającym kłopot. Osiągnięcie celu zajmowało niespełna minutę. Przy bezchmurnym niebie pierwsze dwadzieścia metrów nie wymaga dodatkowego oświetlenia, później z każdym metrem jest ciemniej, aż w końcu silny snop światła z podręcznego reflektora jest nieodzowny. W przypadku inspekcji wirników ich lokalizacja była nawet łatwiejsza, gdyż głuchy odgłos obracających się łopatek precyzyjnie wskazywał właściwe miejsce.

Wilson zbliżył się frontalnie do wirnika numer trzy, a to, co kamera pokazywała na ekranie monitora, w rzeczywistości przypominało tylko ruch wskazówek zegara, i to mocno się spóźniającego. Łopatki wirnika w gruncie rzeczy były nieruchome, a jedyne, co wskazywało na całkowity brak zastoju, to falujące farfocle jakiegoś niezidentyfikowanego materiału, wystające ze szczeliny pomiędzy wirnikiem a obudową wału.

W świetle dwóch reflektorów trzymanych przez towarzyszącego mu Bricksa Wilson zawisł nad obudową wirnika i chwycił za największy z wystających strzępów, po czym mocno pociągnął jego koniec do siebie. Z wąskiej szczeliny pomału zaczęła się wysuwać szara taśma skręcona z pasmami plastikowej folii. Zaparłszy się kolanami o obudowę wirnika, pociągnął jeszcze mocniej. Łopatki zaczęły się z wolna obracać. Powtórzył manewr i gdy koniec skręconej taśmy wypadł ze szczeliny, efekt sukcesu nie odbiegał od sposobu uruchomienia kosiarki spalinowej. Łopaty wirnika wróciły do swych nominalnych obrotów.

Wilson dokładnie przyjrzał się usuniętej blokadzie i jego uwaga skupiła się na rozciągających się wzdłuż taśmy białych smugach sproszkowanej substancji, zalegającej zamknięte przestrzenie skręconej folii. Bricks również przyglądał się zwijanej przez porucznika taśmie, a ruchy jego rąk wskazywały, że i jemu było brak domysłów co do tajemniczych śladów. Prądy morskie mogą nieść w swojej strudze różne przedmioty, ale jeżeli nie są to wodorosty i glony czy nawet ławice małych ryb, to ich istnienie musi być skutkiem działań zewnętrznych, głównie zamierzonych lub niezamierzonych inicjatyw człowieka.

Wilson wsunął zwiniętą taśmę za pas skafandra i odebrawszy od Bricksa reflektor, opuścił się wzdłuż konstrukcji mocującej wiatraki do betonowych fundamentów na dnie oceanu. Solidnych rozmiarów bloki posadowione były na kamiennym podłożu i wokół nich rozpościerały się wyłącznie piasek oraz okruchy skalne, jakby morska fauna postanowiła ustąpić nieprzyjaznej jej konstrukcji.

Obaj opłynęli oba potężne kloce i dając sobie znaki, że nie znajdują niczego niezwykłego, zaczynali wolno wzbijać się ku górze, gdy Wilson w ostatnim nawrocie nagle spostrzegł, że w oddali, z kierunku napływającego prądu, coś jakby błysnęło czerwonym światłem. Wodne widzenie ma własną optykę i chociaż powiększa przedmioty o jedną trzecią oraz sprawia, że ich odległość kurczy się o jedną czwartą, to co do koloru pozostaje obojętna. Czerwony przebłysk nie był jednorazowym zwidem, gasł i pojawiał się w regularnych odstępach.

Wilson skinął na Bricksa gestem „za mną” i mocniej odepchnął się obiema płetwami. Czerwone błyski nie ustawały i po kilku minutach, gdy przepłynęli około dwustu metrów, Jack i Jimmy znaleźli się w miejscu, gdzie na starej wymarłej rafie rozrzucone były drewniane skrzynie. Było ich cztery i wszystkie miały przytroczone profesjonalne lokalizatory, których czerwone błyski widoczne były tylko z dwóch skrzyń, gdyż pozostałe dwie znajdowały się w mniej korzystnym ułożeniu.

Wilson dokładnieo bejrzał skrzynie. Były przeznaczone do transportu amunicji i należały do armii Stanów Zjednoczonych, na co wskazywały umieszczone na nich sygnatury oraz kody rodzaju amunicji. Wszystkie były prawie nowe i nic nie wskazywało, że miejsce, w którym się znajdowały, miało być ich miejscem ostatecznego zapomnienia, czerwone diody przyczepionych trackerów stanowiły najlepszy dowód. Magazynowanie amunicji na dnie oceanu nie należy do popularnych rozwiązań, a jeżeli jest już stosowane, to i powód ku temu oczywisty być nie może. Obaj patrzyli na siebie ze zdumieniem. Wilson sprawdzał zapis współrzędnych niecodziennego odkrycia, gdy Bricks nagle zgasił swój reflektor, wskazując dłonią na dwa jasne punkty wysoko nad nimi. Wilson natychmiast zrobił to samo i pociągnął Bricksa za wyłom skalny w wymarłej rafie.

Z ukrycia obserwowali, jak dwa jasne punkty przeistaczają się w intensywne snopy światła penetrujące dno oceanu. Dwóch płetwonurków zbliżało się do migających diod, a każdy z nich ciągnął za sobą cienką linę. Gdy zbliżyli się do powierzchni rafy, jeden wyraźnie zajął się inwentaryzacją tymczasowego magazynu, podczas gdy drugi mocował linę do najbliższej mu skrzyni. Ten pierwszy, opłynąwszy rafę dokoła, wrócił do swego kompana, pokazując czytelny sygnał swej inspekcji: podniesiony palec wskazujący i skierowany w dół kciuk. Jednej skrzyni brakowało.

Wilson z Bricksem wymienili spojrzenia i obaj jednocześnie mocnymi odbiciami od powierzchni rafy wypłynęli na spotkanie swych towarzyszy. Bricks skierował się ku temu, który wiązał linę do skrzyni, Wilson obserwował reakcję tego drugiego. Płetwonurek zajęty mocowaniem liny, zobaczywszy przed sobą kaskadę pęcherzy, w pierwszym odruchu nie uznał w tym nic dziwnego, dopiero moment później zrozumiał, że zabrakło mu czujności, ale było już za późno, gdy poczuł, że jego usta są pełne morskiej wody, a nie ożywczego powietrza. Usiłował się odwrócić, ale mocne ramiona krępowały mu ręce, nie pozwalając sięgnąć po zwisający u pasa aparat do oddychania.

Drugi kolekcjoner podwodnych niespodzianek, widząc kłopoty swego kompana, był już bardziej roztropny, gdyż w jego lewej dłoni pojawił się nóż, Ontario MK3, broń popularna w marynarce wojennej i w niczym nieodbiegająca od przytroczonego do uda Wilsona modelu. W bezpośrednim starciu rodzaj używanej broni nie jest bez znaczenia, ale to umiejętności jej użycia przesądzają o zwycięstwie. W każdej konfrontacji cechą istotną jest intencja jej podjęcia. Wyciągnięty nóż nie jest zwiastunem chęci zawarcia kompromisu, przeciwnie – deklaruje zamiar ostatecznego rozstrzygnięcia na swoją korzyść. W takim przypadku druga strona nabywa prawo nie tylko do obrony własnej, ale też do stosowania podobnych działań.

Wilson w możliwie najgłośniejszy sposób zaznaczył swoją obecność, wypuszczając solidną porcję powietrza do wody, po czym ruszył w kierunku podwodnego nożownika. Mocny barbotaż zwrócił jego uwagę i mężczyzna, wykonując nagły zwrot, postanowił pozbyć się natręta. Przerzucił nóż do prawej dłoni i robiąc przewrót do tyłu, usiłował go wbić w plecy przeciwnika. Wilson równie szybko obrócił się na wznak i widząc zbliżające się do jego piersi ostrze noża, podciągnął kolana, jednocześnie mierząc wysuniętym w prawej ręce nożem w szyję napastnika. Rozerwanyskafander zabarwił czerwoną strugą wymykające się bąble powietrza z odciętego aparatu butli i po chwili słabnące ciało bezwładnie osunęło się na poszarpane krawędzie rafy. Wilson spojrzał na Bricksa i widząc, jak ten usiłuje obezwładnić szarpiącego się rywala, ruszył mu na pomoc.

W głębi morskiej brak możliwości zaczerpnięcia powietrza jest stanem zdecydowanie bardziej poważnym od samego zjawiska zachłyśnięcia się wodą, prowadzi bowiem do nieuniknionej śmierci. Odcięty od butli płetwonurek niemogący wydobyć się na powierzchnię jest tego najlepszym przykładem. Bricks trzymał przeciwnika w mocnym uścisku i widząc nadpływającego Wilsona, w którego ręku falowała taśma wyciągnięta z wirnika, jeszcze bardziej wykręcił do tyłu jego ręce. Wilson przez moment przyglądał się szeroko otwartym oczom oraz zaciśniętym ustom pojmanego, po czym skrępował mu nadgarstki, odciął linkę od zwłok kompana i po ściągnięciu płetw obwiązał jego nogi. Na powrót wcisnął w usta automat do oddychania i lawina powietrznych pęcherzy potwierdziła, że szczęście nie do końca opuściło podmorskiego łowcę skarbów, chociaż on sam, uporczywie wpatrując się w nieruchomą postać kompana na ostrej rafie, mógł nie do końca temu wierzyć.

Upewniwszy się, że obie liny są właściwie obciążone i naprężone, by spełnić swoje zadanie i utrzymać uwagę załogi łodzi, Wilson wskazał Bricksowi ich kierunek i obaj ruszyli ku powierzchni. W połowie drogi wygasili reflektory i gdy po chwili zobaczyli w jaśniejącej poświacie nad ich głowami szarą plamę spodu kadłuba, z którego dziobu opuszczone były liny, skierowali się pod jego rufę. Trzy śruby solidnych trzystukonnych silników Yamaha wskazywały, że łódź do mizernych nie należy, a dwie drabinki opuszczone z tylnego pomostu zapewniały komfortowe wejście na pokład.

Wilson i Bricks wysunęli głowy nad powierzchnię i widząc, że tył łodzi nie jest strzeżony, wsparli się na drabinkach. Ściągnęli butle oraz płetwy, kładąc je na tylnej ławie pokładu, i w pozycji kucznej ruszyli cicho ku dziobowi.

Dwóch mężczyzn w jaskrawo kwiecistych koszulach stało przy przednim relingu łodzi i intensywnie wpatrywało się w zieloną toń oceanu. Między nimi na burcie zamocowane były dwa ręczne kołowroty.

Wilson wskazał Bricksowi pierwszego z mężczyzn, po czym odpiąwszy nóż, podpełznął bliżej dziobu, aby już z pozycji pionu zapytać:

– Cześć, chłopaki. Jak dzisiaj biorą?

Kwieciste koszule błyskawicznie odwróciły się, wyraz twarzy obu świadczył, że zaskoczenie nie było ich główną słabością.

– Kłaść się na pokład, drugi raz nie powtórzę! – Rozkaz padł z ust jednego z nich, a w jego dłoni pojawił się nóż.

– Bo nie będzie potrzeby, dupku… – Wilson pochylił się do przodu i gwałtownym ruchem prawej dłoni, rzutem od dołu, wysunęło się ostrze noża, aby w nanosekundzie wbić się w krtań przeciwnika. Wilson skoczył do przodu, a gdy trafiony typ usiłował nieporęcznie uchwycić się relingu łodzi, uniósł jego nogi i przerzucił przez burtę w głąb oceanu.

Bricks rzucił się w kierunku drugiego zbira, ale ten, widząc umiarkowaną przydatność strategii kumpla, w ręku już trzymał Sig Sauera M17. Pistolet jednak, nawet ten najlepszej klasy, wymaga załadowania i gdy obie dłonie zbira spoczywały na broni, lewa stopa Bricksa w powietrznym piruecie trafiła w jego skroń. Bandzior się zachwiał, upuścił broń, ale nadal był przytomny, Bricks natomiast, opadając mokrą stopą na mokry pokład, nie zdołał utrzymać równowagi i niefortunnie znalazł się na plecach, tuż obok nie w pełni zamroczonego napastnika.

Wilson, świadom faktu, że rzut nożem, jakkolwiek przeważnie przesądza o sukcesie, ma zasadniczą wadę – niweluje możliwość powtórnego użycia, skoczył na pomoc, starając się wbić łokieć w oczy zbira. Dokładność nie zawsze jest jedynym warunkiem sukcesu, bezwzględność siły uderzenia często bywa mniej zawodna i gdy Bricks, przetoczywszy się na brzuch, usiłował podnieść się z kolan, zbir w zwiniętej pozie embrionu ze złamanym nosem i w podobnym stanie żuchwą tulił się do desek pokładu.

– Sprawdź, czy nie ma nikogo więcej. – Wilson zwrócił się do Bricksa, przyglądając się obezwładnionemu przeciwnikowi. Pechowiec nadal dawał oznaki życia, ale jego stan nie rokował szybkiego powrotu do zdrowia.

– Pusto, poruczniku. Jesteśmy sami – zameldował Bricks i ponownie przyjrzał się nieprzytomnemu bandziorowi.

– Zastanawiasz się, czy nie zwinąć mu koszuli? – spytał Wilson i zaczął sprawdzać jego kieszenie.

– Nie za bardzo, bo szczęścia to ona raczej nie przynosi.

Wilson ponownie przeszukał kieszenie przypuszczalnie szypra łodzi, ale niczego prócz zapasowego magazynku do Siga nie znalazł, zbir nie miał portfela ani telefonu. Widocznie kierował się starą i sprawdzoną morską zasadą kontaktu radiowego.

– To podnosimy kotwice – zwrócił się do Bricksa, wskazując na oba kołowroty.

Bębny kołowrotów zgrzytnęły i Wilson, oceniwszy ich średnicę na dwadzieścia centymetrów, skalkulował, że czeka ich około stu obrotów korbą, zanim ujrzą przypięte do lin ładunki. Powtarzalność czynności bywa żmudna i rzadko sprawia przyjemność, ale często efekt warty jest podjętej akcji. Wyłaniające się z toni pęcherze powietrza świadczyły, że nadana przesyłka wciąż jest w stanie użytecznym, co nie znaczy godnym pozazdroszczenia. Zawartość wiszącej na drugiej linii skrzyni była nadal owiana tajemnicą. Wilson i Bricks zablokowali kołowroty i wspólnymi siłami, nie uchybiając priorytetowi życia, przerzucili przez burtę związanego nurka, a później ociekającą wodą skrzynię.

Wilson, przykucnąwszy przy leżącym mężczyźnie, zdjął mu maskę oraz aparat oddechowy i uważniej przyjrzał się jego twarzy.

– O co tu, kurwa, chodzi?… Kim jesteście?… Dlaczego mi to robicie? – Przerywanemu bełkotowi wydobywającemu się z ust towarzyszyły gwałtowne ruchy nóg.

– Może ty nam to wyjaśnisz, poszukiwaczu skarbów? – Wilson uderzył otwartą dłonią w jego policzek.

Mężczyzna na chwilę zamilkł i jakby bardziej zrozumiawszy swoją sytuację, zaczął mówić wyraźniej:

– Nic nie wiem, mieliśmy tylko odzyskać skrzynie. Nawet nie znam tych z łodzi. Dobrze płacili, to się zgodziłem…

– I twój kompan miał w zwyczaju od razu witać nożem nieznajomych?

– Nie znam go, to oni go znali… Ja miałem tylko mu asystować…

– To zła taktyka, dupku – przerwał mu Wilson. – Na twoim miejscu zacząłbym od podziękowań. Mogłeś zostać przy swym kumplu na dnie. – Odciął z pleców nurka butlę i spojrzał na Bricksa. – Ściągnij z niego linę i zwiąż go.

Bricks wyjął nóż i kilkoma cięciami odciął nogawki spodni martwego zbira, następnie rozciął je na kilka pasów i sprawnie wykorzystał do spętania wierzgających nóg wyłowionego nurka.

– To, kurwa… nie moja sprawa… Miałem tylko pomóc przy wydobyciu skrzyń… Spytajcie tych z łodzi. – Głos mężczyzny wrócił do przerywanej składni.

– Teraz to byłoby zbyt trudne. – Wilson chwycił go za włosy i wykręcił głowę tak, aby mógł się przyjrzeć leżącemu na pokładzie zbirowi. – Ale bądź pewien, że będziesz miał okazję wszystko dokładnie opowiedzieć. A teraz zamknij się. – Bricks walnął jego głową o pokład łodzi.

– Znajdź coś do otwarcia skrzyni, a ja tymczasem zawiadomię Joe’ego, żeby tutaj podpłynął. – Wilson otworzył zamek wodoodpornej kieszeni skafandra i wyciągnął niewielką krótkofalówkę.

Joe i Dick pojawili się na pokładzie łodzi w niespełna trzy minuty.

– O kurwa! Co my tu mamy… – Dick, patrząc na dwóch leżących na pokładzie mężczyzn, nie mógł powstrzymać się od emocji przed oficjalnym meldunkiem. – Poruczniku Wilson, sierżant Richard Dowson oraz sierżant Josef White meldują swoje przybycie. – Obaj zasalutowali, prężąc się w pozycji baczność.

– Spocznij! Zaraz się okaże, co tutaj mamy. – Wilson sięgnął po jedną z pięciu mocno zafoliowanych paczek, ściśle wypełniających wnętrze otwartej skrzyni.

– Ciężka, na pewno około pięciu kilogramów. – Przyglądając się dokładnie paczce z każdej strony, sięgnął po nóż Bricksa i zrobił małe nacięcie na największej powierzchni, przytknął palec do szpary i następnie czubkiem języka posmakował biały proszek. – I równie ciężkiego musi dawać kopa – oznajmił. – To koka.

– A ci dwaj? – Dick podszedł bliżej wracającego do świadomości nurka.

– To niepełna załoga tej misji, dwaj pozostali wybrali dno oceanu i tam pozostają, natomiast na transport czekają trzy skrzynie, podobne do tej na pokładzie. – Wilson w krótkich słowach wyjaśnił sytuację i kilka minut później Bricks wraz z Dowsonem zniknęli w oceanicznej głębi.

Porucznik Wilson, stojąc za sterem zdobycznej łodzi, płynął z powrotem do bazy, trzymając się w ogonie prowadzącej przez White’a łodzi patrolowej. Mimo odniesionego sukcesu przeprowadzonej akcji zupełnie nie podzielał entuzjazmu swych żołnierzy. Eliminacja czterech zbirów parających się handlem narkotykami oraz przejęcie stu kilogramów czystej koki bez wątpienia zapewniłyby pierwsze strony gazet i raczej nie przyniosłyby wstydu, gdyby nie jeden istotny szczegół. Opakowanie trefnego towaru było zbyt jednoznacznie oznakowane, aby można było o nim zapomnieć. Narażanie na szwank dobrego imienia armii nie wchodziło w rachubę, nie pozwalała na to lojalność względem wykonywanej służby.

Po zacumowaniu przy końcowym doku nabrzeża Wilson wydał Bricksowi rozkaz pozostania na łodzi i pilnowania jej pasażerów. W nabrzeżnym kantorze błyskawicznie przebrał się w mundur i szybkim krokiem udał się do lokalnej filii Wojskowego Biura Śledczego.

Komandor Susan Archer siedziała przy biurku w swoim pokoju, kończąc weekendowy dyżur, gdy niespodziewane pukanie do drzwi trochę ją zdziwiło.

– Tak, wejść – odpowiedziała.

– Komandor Archer, zgłaszam się z pilnym meldunkiem – usłyszała stojącego w drzwiach w postawie zasadniczej porucznika Jacka Wilsona,

– Spocznij, poruczniku! – Susan Archer wstała od biurka. – Cóż to za pilny meldunek, Jack, i to jeszcze podczas weekendu?

– Melduję przejęcie poważnej kontrabandy stu kilogramów koki oraz dwóch przemytników… to znaczy dwóch żyjących, pozostali dwaj zostali na dnie oceanu. – Porucznik Wilson nadal pozostawał w postawie zasadniczej.

– Spocznij, kurwa, Jack! I powtórz, o co chodzi. – Susan zbliżyła się do Jacka na odległość rozmiaru stanika.

– Chodzi o to, że Andy Brooks zameldował o awarii na trzecim wirniku instalacji do odzysku mocy z prądów głębinowych. W ramach interwencji technicznej dokonaliśmy inspekcji i okazało się, że w tym samym czasie kilkaset metrów dalej trwała akcja wydobywania skrzyń przez dwóch nurków. Zwabieni czerwonymi diodami trackerów, przymocowanych do skrzyń, udaliśmy się w tym kierunku…

Porucznik Wilson możliwie wiernie odtworzył przebieg wydarzeń. Komandor Archer słuchała z uwagą i gdy jego monolog dobiegł do słów „właściwie to wszystko”, nie kryjąc podziwu, oznajmiła:

– To duża rzecz, Jack, gratuluję postawy oraz podjętej akcji. Należą ci się wszelkie tytuły lokalnej prasy.

– Jest jeszcze pewien szczegół, który raczej tytułów gazet powinien się wystrzegać. – Wilson nie spuszczał oczu z twarzy komandor.

– To znaczy? – spytała.

– Skrzynie należą do armii Stanów Zjednoczonych i normalnie służą do transportu amunicji.

– I to, kurwa, zostawiłeś na koniec? – Susan Archer nie potrafiła zachować spokoju.

– Informacje końcowe często stanowią o wadze przekazanej treści i to one kształtują dalsze działanie.

– Co powiedziałeś swoim chłopakom?

– Że pewnych akcji się nie ujawnia, i to pod rygorem utraty jaj.

– Dzięki, Jack. Zajmę się resztą. Jesteś wolny.

– Aye, aye, ma’am3! Przyjemnego weekendu. – Wilson pozwolił sobie na szelmowski uśmiech, wykonał przepisowy w tył zwrot i wyszedł z pokoju.

Komandor Susan Archer przez chwilę pozostawała w bezruchu, po czym wychodząc z pokoju, szepnęła pod nosem:

– Wygląda na to, że utknęliśmy w gównie, poruczniku Wilson.

3Aye, aye, ma’am (ang.) – Tak jest – oznacza przyjęcie rozkazu od przełożonej.

4

Patty Williams stała obok stylowego zegara z rzymską tarczą, zawieszonego nad recepcyjnym kontuarem firmy Encochem Ltd., i uważnym wzrokiem obserwowała wchodzących do budynku pracowników. Jej obowiązki jako szefowej recepcji nie obejmowały pilnowania czasu pracy zatrudnionych, ograniczały się głównie do udzielania informacji gościom oraz wywierania dobrego wrażenia na klientach firmy i, co nie było rzadkością, na odwiedzających delegatach z zagranicy. Poranny rytuał obserwacji sprawiał jej jednak niekwestionowaną przyjemność prezentacji własnej osoby, a także odwzajemniania miłych pozdrowień zarówno od właściciela firmy, Patryka Cartwrighta, jak i inżynierów z szefostwa, którzy odnosili się do niej ze szczególnym szacunkiem. Patty Williams czyniła to od ponad trzydziestu lat, zapewniając sobie szczególną sympatię współpracowników, a przy tym przez cały ten czas zachowała nienaganną sylwetkę i urodę, dzięki którym wciąż uchodziła za wyjątkowo atrakcyjną kobietę.

Patty Williams miała również swoich ulubieńców, do których, oprócz właściciela Patryka Cartwrighta, należało kilku starszych szefów departamentów technicznych, wśród nich Barry Taylor. Z młodszej kadry starała się nikogo nie wyróżniać, chociaż te usiłowania zdecydowanie nie dotyczyły Michaela Wooda oraz Tomka Starskiego. Co do żeńskiego personelu, jej zachowanie było uprzejme, ale pozbawione szczególnej atencji. Wyjątkiem była Lucy Parker.

Patrząc, jak Lucy wchodzi do holu, Patty Williams mimowolnie się uśmiechnęła. Parker jak zwykle szła pewnym krokiem na wysokich szpilkach, ubrana w szary kostium, którego krawędź spódnicy równie daleko była od stawu kolanowego, jak dumnie uniesiona głowa od spojrzenia na boki.

– Cześć, Patty – puściła jej szelmowskie oko – powiem ci, że zawsze wyglądasz ekstra, ale dzisiaj… lepiej. – Nachyliła się nad recepcyjną ladą.

– I kto to mówi? – Patty się roześmiała.

– Nie ma co udawać przesadnej skromności, musimy znać swoją wartość. Koleżanki raczej nam w tym nie pomogą, a pozwolić chłopakom pomarzy to przecież żadna wada. Chyba się zgodzisz, co nie?

– To już dawno wymyśliły te przed nami, więc jak można się nie zgodzić.

– Nie tak znów do końca, stara panna, Florynce Thompson, wpadła na to ledwie parę miesięcy temu, chociaż jej wiek wskazuje, że mogłaby się tak zachowywać prawie czterdzieści lat wcześniej.

Florynce Thompson była sekretarką Barry’ego Taylora i przez niemalże trzydzieści lat strzegła dostępu do swego szefa. Swoim stylem, ubiorem oraz całkowitym brakiem makijażu bardziej pasowała do roli przeoryszy zamkniętego zakonu aniżeli do pełnionej funkcji. Wszystkim tym, którzy chcieli odwiedzić gabinet szefa Taylora, Florynce Thompson prezentowała kamienną twarz oraz sposób siedzenia, w którym jej plecy oraz przylegające do nich pozostałe części ciała wyznaczały definicję linii prostej. Lucy Parker z Florynce, z racji wspólnego szefa, miała stosunki poprawne, jakkolwiek o wyraźnym odcieniu wzajemnej obojętności. Sytuacja uległa diametralnej zmianie, gdy nagle pewnego ranka Florynce Thompson swym nowym image wprawiła w osłupienie całe jej otoczenie, szczególnie dając się we znaki damskiemu rodzajowi. Lucy, gdy zobaczyła w sekretariacie szefa kobietę z eleganckim makijażem oraz młodzieżową fryzurą – krótkim kucykiem związanym zieloną wstążką, która w obcisłej spódnicy i takiejże bluzce prężyła całkiem wydatne piersi, była tak zszokowana, że gdy wróciła do swego pokoju, w odpowiedzi na wyczekujące spojrzenie Michaela wybuchnęła histerycznym śmiechem, mówiąc: Awidziałeś, jak pręży cycki iwypina dupę? Kurwa, no nie do wiary, mówię ci, Michael, nie do uwierzenia.

Williams skinęła głową w pełnej zgodzie:

– Racja, dzisiaj rano też zdawało się jej, że idzie po czerwonym dywanie. Tyle tylko, że tamte paradują w długich kieckach, a jej spódnica była tak krótka, że rozkładając nogi, wcale by jej nie poczuła.

– Prawda, to jej nowy styl. Chciałabyś ją widzieć, jak siada przy biurku Michaela. Sharon Stone jeszcze musi się dużo nauczyć.

Patty Williams się uśmiechnęła, ale jej wzrok opuścił twarz rozmówczyni i skierował się ku drzwiom wejściowym.

– Za to jak ty się odwrócisz, to zobaczysz widok równie niecodzienny.

– O czym mówisz… – Lucy gwałtownie spojrzała za siebie.

Jej szef Michael Wood z roześmianą twarzą szedł z uczepioną przy jego boku Ewą Rolską.

– Znów są razem? – spytała ściszonym głosem Patty.

– Z tego, co wiem, to już stara historia, ale lepszej od niej już mieć nie będzie – odpowiedziała cicho Lucy, po czym zbliżyła się do pary i zagradzając im drogę, spytała: – Zachodzimy w głowę z Patty, czy to jakieś déjà vu, czy raczej zdrowy rozsądek wziął górę.

– Uspokój Patty, jeszcze nie drukujemy zaproszeń, ale ponoć stara miłość nie rdzewieje. – Ewa demonstracyjne przylgnęła do Michaela.

Przed oczyma Lucy błysnęła przystojna twarz Starskiego z nieodłącznym uśmiechem szelmy i przez moment nie była pewna, czy uwaga Ewy dotyczyła powszechnej w firmie wiedzy o jej związku ze Starskim, czy panna Rolska była jednak mniej perfidna i refleksja wiązała się z Michaelem. Co do wspomnianej rdzy, to w jej przypadku równie prawdopodobne było zardzewiałe złoto.

– Wyobrażenia bywają złudne, Lucy, ale towarzystwo panny Rolskiej zawsze jest przyjemnością – odpowiedziałem, przytrzymując Ewę bliżej siebie.

– Racja, Michael, z tymi wyobrażeniami chyba tak jest. Bo co do panny Rolskiej, nie mam żadnych wątpliwości. – Lucy Parker podeszła bliżej i ściskając Ewę, dodała: – Chyba wiesz, że jak cię nie chwalą, to znaczy, że wyglądasz zbyt dobrze.

– A czy ja coś mówię? – Ewa odwzajemniła się pocałunkiem w policzek Lucy i obie parsknęły śmiechem.

Kiedy znaleźliśmy się już w swoich pokojach, Lucy, co było do niej zupełnie niepodobne, dopiero po niespełna pół godzinie pojawiła się przy moim biurku, przynosząc poranną kawę.

– Co tak długo dzisiaj, panno Parker? – spytałem prowokacyjnym tonem.

– A jak myślisz, co mogło mnie tak spowolnić? – odpaliła natychmiast.

– Ciągle się zastanawiasz, czy razem spędziliśmy noc?

– Żebyś wiedział. Chyba nie myślisz, że uwierzę, iż spotkałeś ją przed budynkiem.

– Jak się czegoś nie wie albo nie ma się pewności, najlepiej zapytać.

– No więc?

– Tak, razem spędziliśmy noc.

– No, to wreszcie może zrozumiesz, że lepszej nie znajdziesz. Gratuluję. – Lucy wyraźnie usatysfakcjonowana, że jej przypuszczenia się potwierdziły, z uśmiechem podała mi filiżankę.

– Te gratulacje to niezbyt trafione. Spanie na sofie aż tak wygodne nie jest.

– Przecież masz łóżko.

– Zostało zarekwirowane wraz z rozkazem, żebym spał na sofie.

Lucy przez chwilę nic nie mówiła. O tym, że słucha, świadczyło jedynie powolne kręcenie głową. W końcu powiedziała:

– Tak, debilko, trzeba się uczyć od tych mądrzejszych i bardziej charakternych, a nie wierzyć w odmianę Starskiego. Ma klasę dziewczyna i honor też.

– Jest też dość pragmatyczna. Wczoraj wieczorem pojawiła się w El Cerrito w konkretnej sprawie. Chce, abym wybrał się na Hawaje w związku z projektem dotyczącym pozyskiwania energii z prądów morskich. Jest teraz szefową zespołu analiz innowacyjnych procesów i takie tematy ją interesują.

– I może samodzielnie wydawać takie dyspozycje?

– Właśnie jest u Barry’ego w tej sprawie.

– To możesz się pakować. – Lucy, śmiejąc się, nie kryła sarkazmu. – Katowicki gang ma tutaj przebicie, to fakt.

Przypuszczenie Lucy zaczęło nabierać realnych kształtów już po lunchu, kiedy to Florynce Thompson, bez pukania, pojawiła się w drzwiach mego pokoju i seksownym szeptem oznajmiła:

– Barry chciałby z tobą porozmawiać. To chyba coś ważnego, skoro prosił, abym cię osobiście przyprowadziła. – Ujęła mnie pod ramię, ostentacyjnie ignorując obecność Lucy w przechodnim pokoju.

Panna Parker, jakby na przekór, z natarczywym zainteresowaniem obserwowała scenę mego uprowadzenia, a na jej twarzy mieszały się odraza i rozbawienie. W jej głosie pobrzmiewał sarkazm najwyższej próby.

– Nie wiedziałam, że potrzebujesz aż takiej eskorty, Michael. Jak będziesz wracał, to daj znać, wpadnę po ciebie. Powrotna droga mogłaby być już zbyt męcząca dla Florynce.

– Zapewniam cię, Lucy, że się mylisz, ale nawet gdyby tak było, to wspólny odpoczynek przykrości by nam nie zrobił. – Florynce, nie patrząc na przeciwniczkę, zdecydowanym krokiem ruszyła ku drzwiom.

Barry Taylor nie miał zwyczaju wylewnych powitań. Widząc mnie w drzwiach, skinął ręką w kierunku krzesła przy biurku, mówiąc:

– Siadaj, Michael.

– Dzień dobry, szefie – odrzekłem z minimalną uprzejmością.

– Zapewne wiesz, po co cię wezwałem. – Uniósł lewą brew.

– Ewa Rolska w swoim zbiorze cech charakteru umiejętność przekonywania ma szczególnie rozwiniętą.

– Żebyś wiedział – uśmiechnął się – ma też rację w tym, co mówi.

– Lucy twierdzi, że katowicki gang ma tutaj przebicie.

– Masz szczęście, Michael, do inteligentnych i bystrych kobiet. Lucy ponadto jest szczera.

– Jest też trafnie przewidująca, każąc mi się pakować.

– I słusznie. Polecisz na Hawaje. Temat jest nie tylko technicznie ciekawy, ale opcja przejęcia jego realizacji jest dla nas szczególnie ważna. Zapewne zdajesz sobie sprawę, że to właśnie dostawy urządzeń oraz realizacja budowy stanowią o proficie firmy. Samo projektowanie tworzy fundamenty inwestycji, ale to nie one są widoczne dla ogółu. Oczywiście, nie pomniejszam roli projektu, to on przynosi chlubę oraz szacunek firmie, ale jej utrzymanie zapewnia pozyskiwany kapitał z jego praktycznej realizacji. Zwrócenie przez Ewę uwagi na wykorzystywanie energii prądów oceanicznych jest jak najbardziej na czasie zarówno pod względem prestiżu firmy w oczach społeczeństwa, jak i zdobycia referencji przy kolejnych projektach tego typu.

– Zwłaszcza gdy to armia szepnie kilka miłych słów o generalnym wykonawcy.

– Twój ojciec, major Wood, zapewne jest tego samego zdania.

– Major Wood, prócz bałwochwalczej wiary w armię, nadal wspomina Pearl Harbor…

– Już ci mówiłem, Michael, że wielu chciałoby mieć takiego ojca, a to że pamięta chwilę niechlubnej klęski, świadczy jedynie o jego przezorności.

Barry Taylor poważną miną nie zachęcał do kontynuacji tego tematu. Jego zachowanie zbliżało go do majora Wooda, a cechą niewątpliwie wspólną było postrzeganie Tomka Starskiego. Dla majora był on doskonałym uosobieniem charakteru żołnierza i instruktora samoobrony, dla Barry’ego zaś stanowił przykład inżyniera doskonałego, jakim był on sam. Inżyniera, który bezbłędnie potrafił łączyć elementy teorii inżynierii chemicznej z jej praktycznym zastosowaniem, posługując się przy tym wyłącznie własną wiedzą, ołówkiem oraz kartką. Major oraz Barry mieli swoje racje, jedynie Starski zdawał się nie dostrzegać posiadanych zalet, co Lucy Parker, nie bez powodu zawiedzionych nadziei, przypisywała kurewskiemu wirusowi z Katowic.

– Jasne, szefie. – Postanowiłem zakończyć ten wątek, świadom, iż utrata posiadanego stopnia uprzywilejowania potrzebuje znacznie mniej czasu niż jego odzyskanie.

– Ewa Rolska jest dobrze wczytana w temat, zwłaszcza w kontekście Hawajów. Opowiadała mi, że zarówno w bazie marines, jak i w bazie marynarki wojennej są zainstalowane urządzenia do odzysku energii z oceanu. W bazie marines, na wschodzie wyspy, zastosowano konwertery energii z fal, natomiast baza Pearl Harbor od lat korzysta z turbin głębinowych odzyskujących energię z przepływającego prądu morskiego.

– Trochę dziwne, że stosują różne systemy, przecież mogliby współpracować – odezwałem się, widząc oczekujące spojrzenie szefa. A gdy nadal milczał, postanowiłem zaprezentować wiedzę zdobytą podczas samotnej nocy na sofie: – Faktem jest, że systemy powierzchniowe, mimo swych wad, takich jak: wysokie koszty budowy oraz eksploatacji, duża zależność od warunków atmosferycznych mogących znacznie obniżyć efektywność odzysku energii, niekorzystny wpływ na morską faunę oraz generowanie znacznego hałasu, niezaprzeczalnie mają do dyspozycji pewne i przyjazne środowisku źródło naturalnie odnawianej energii fal i nie wymagają naziemnej infrastruktury, minimalizując tym samym destrukcję otoczenia. Z kolei głębinowe pozyskiwanie energii z prądów morskich, oparte również na czystym i odnawialnym źródle energii kinetycznej, jaką zapewniają morskie prądy, nie jest obarczone zmiennością warunków. Prądy morskie charakteryzują się bowiem dużą spójnością oraz nieograniczonym potencjałem własnych zasobów, co jest jednoznaczne z zapewnieniem ciągłej i stabilnej pracy systemu. Wadą tego procesu jest niewątpliwie konieczność stosowania zaawansowanych technologii oraz skomplikowanych turbin głębinowych. Eksploatacja już chociażby z powodu lokalizacji urządzeń również łatwa nie jest. Efektem ubocznym podnoszonym przez ekomaniaków jest fakt, że uszczuplenie potencjału energetycznego przepływających prądów może powodować zmiany klimatyczne w odniesieniu do całego globu i mieć zły wpływ na podwodny ekosystem. Generalnie ujmując, to odzyskiwanie energii z fal jest łatwiejsze i bardziej wskazane dla zastosowań brzegowych, podczas gdy głębinowy odzysk energii, niewątpliwie o znacznie większym potencjale energetycznym, w zastosowaniu jest poważnie trudniejszy ze względu na głębokość oraz potrzebę stosowania skomplikowanych technologii.

– To wszystko, o czym wspomniałeś, to ogólny aspekt techniczny. – Barry Taylor nie wydawał się oszołomiony przedstawionym wywodem. Skinął jedynie głową, dodając: – Ale istnieje jeszcze kontekst szczegółowy i jest nim konkretna lokalizacja. Teren bazy marynarki wojennej jest terenem o ograniczonym dostępie, a dla podmiotów zagranicznych jest wręcz niedostępny, dlatego sugestia Ewy, abyśmy sami przejęli realizację projektu, jest słuszna i pozwala uniknąć wprowadzenia ewentualnych zagranicznych subkontraktorów.

– Tak, wspominała mi o tym, a także napomknęła, że to Japonia oraz Korea Południowa należą do światowych liderów w technologii turbin podwodnych.

– Ewa również wspomniała, że za kilka dni w Osace będzie organizowane sympozjum promocyjne przez japońską firmę, która właśnie wprowadza na rynek całkowicie nową koncepcję zestawu do odzysku energii z głębin oceanów. To już nie tylko turbina, ale zestaw trzech podwodnych zbiorników stanowiących zespół głębinowej elektrowni. Prospekty promujące oczywiście nie pozostawiają wątpliwości, co jest najlepsze, ale według Ewy warto zapoznać się z taką propozycją.

– I to ona poleci do Japonii?

– Nie, wysyłam tam Tomka Starskiego. Jest teraz w naszym oddziale w Houston, gdzie stara się tym lokalnym fiutom udowodnić, że inżynieria to nie tylko patrzenie w ekran komputera i pisanie emaili.

– I jakie miałoby być jego zadanie na tym japońskim sympozjum?

– Zebrać jak najwięcej informacji o nowym produkcie oraz określić warunki ewentualnej współpracy w przypadku jego instalacji na terenie Stanów.

– Tylko tyle? – spytałem, zdając sobie sprawę, że musiało zabrzmieć to zbyt sarkastycznie.

Barry widocznie uznał, że w przypadku Starskiego to nic nadzwyczajnego, gdyż w tym samym tonie odrzekł:

– Jeżeli uznamy, że gra jest warta świeczki, to poleci na Hawaje, aby z tobą oraz z firmą, która jest zainteresowana modernizacją istniejącego układu na terenie bazy marynarki wojennej, dograć szczegóły ewentualnej realizacji.

– To konkretnie kiedy mam się pakować?

– Załatw najpilniejsze sprawy. Lucy zabukuje ci lot na połowę tygodnia.

Gdy wróciłem do pokoju, Lucy z wirtuozerią zwyciężczyni konkursu pianistycznego i z szybkością uderzeń w klawiaturę przekraczającą możliwość przeciętnego umysłu kojarzenia pojawiającego się na monitorze tekstu porządkowała pocztę.

– I co? – spytała, nie odrywając oczu od ekranu.

– Co ma być? Wiadomo… Aloha.

Lucy przestała pisać, podeszła do ekspresu i nie doczekawszy się z mojej strony sprzeciwu, nacisnęła przycisk „espresso”, po czym dla siebie wcisnęła „cappuccino”.

– Jakby się tak dobrze zastanowić nad naszymi powiązaniami z katowickim gangiem, to to, że nadal tutaj pracujemy, zakrawa na jakiś cud. Co nie? – Podała mi filiżankę.

– Może od czasu do czasu szepną coś dobrego o nas. – Puściłem szelmowskie oko.

– Pewnie, Rolska stawia cię za wzór kandydata na wiernego męża, a Starski nie może się nachwalić wyrozumiałości tej debilki, Parker.

– No może nie aż tak – roześmiałem się – ale chyba jednak coś nam zawdzięczają, a i nam z nimi też nie jest źle.

– Musisz mi to częściej powtarzać, bo aż tak wyrozumiała nie jestem. To kiedy masz lecieć?

– Barry wspominał coś o środku tygodnia, jak tylko uporządkuję bieżące sprawy.

– Na jak długo?

– Tego nie wiem, zależy, kiedy Starski wróci z Japonii.

– Jest w Japonii? – Lucy żachnęła się, ukrywając zaskoczenie oraz brak orientacji co do poczynań Tomka.

– Nie, teraz jest w Houston, ale ma się pojawić tuta, a potem polecieć do Osaki na sympozjum związane z pozyskiwaniem energii z fal morskich.

– I oczywiście w drodze powrotnej zahaczyć o Hawaje.

– No, jest to po drodze, musisz przyznać.

– A czy ty możesz wyznać, co on, kurwa, robi w Houston?