Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Sprawiedliwość jest szlachetną cnotą, ale to egzekucja kary stanowi o jej wartości.
Kiedy Michael Wood spotyka w nowojorskiej strzelnicy bojowej dziewczynę z Tybetu, której uroda oraz celność strzałów nie muszą obawiać się żadnej konkurencji, to jeszcze nie wie, że los rozpoczął właśnie ich wspólną przygodę – pośród okrucieństwa oraz chciwości członków gabinetu władzy na dalekich Filipinach.
Delegowany do Manili w celu wyjaśnienia technicznych kłopotów w wytwórni wodoru Michael ponownie spotyka piękną Tybetankę, ale tym razem już w roli profesor prestiżowego instytutu KIST w Seulu.
Profesor Lasya Kang oraz Michael, pod auspicjami ambasady USA, brną w meandry zleconego zadania. Ich odkrycia drażnią rządzącą ekipę i kiedy w tajemniczy sposób ginie kandydat na prezydenta republiki oraz pojawia się najmniej spodziewany przeciwnik… Lasya i Michael już nie mogą uniknąć ostatecznej konfrontacji.
Powieść z gatunku prozy Toma Clancy’ego oraz Nelsona DeMille’a. Z sensacyjną akcją, z niepospolitymi bohaterami oraz z błyskotliwymi dialogami. Warto przeczytać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 653
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Strzelnica bojowa, w przeciwieństwie do mnogości pospolitych siłowni, nie jest miejscem przypadkowym, w którym przerost mięśni przyćmiewa zalety umysłu. Jej dostępność zarezerwowana jest głównie dla służb mundurowych, armijnych instruktorów oraz klientów skorych zapłacić niemałą kwotę za godzinną zabawę w żołnierza. Żeńska klientela bywa tutaj raczej obca, i może właśnie z tego powodu, kiedy oglądając w gronie starszych kolegów relację z zawodów w taekwondo, usłyszałem nad swym uchem niepozbawiony tonu rozkazu głos majora: „Rusz się, Michael, pojawiła się skośnooka, chyba takie właśnie lubisz…”, to nie zaprzeczyłem i, nie kryjąc zaciekawienia, podniosłem się z ćwiczebnej maty, aby spojrzeć na oczekującą w recepcji kobietę.
Była młoda, w wieku około trzydziestu lat, ubrana w obcisłe jeansy skinny oraz zielony T-shirt, swoją sylwetką wywoływała zarówno uczucie podziwu, jak i zazdrości, przy czym drugi wariant dotyczył głównie kobiet. Jej ruchy były swobodne, ale niepozbawione swoistej dostojności, której kulminację stanowiło wyczekujące spojrzenie lekko przymrużonych oczu. Była kobietą Dalekiego Wschodu, o czym bezspornie świadczyły: etniczna uroda, kruczoczarne włosy oraz nazwisko Kang. W obowiązkowo wypełnionej ankiecie jej imię Lasya wprowadzało więcej zamętu, gdyż w przeciwieństwie do nazwiska nie było ono typowe dla mieszkanki Seulu.
– Proszę mi powiedzieć, co jest celem tej wizyty i jaką broń mam przygotować? – spytałem, zastanawiając się, co może być przyczyną, aby tak atrakcyjna kobieta preferowała smród strzeleckiego prochu od orzeźwiającej bryzy na plaży.
– Wiem, że obecnie amerykańska armia posługuje się nowym pistoletem sig sauer, a skoro jestem na Long Island, to chciałabym się przekonać, czy rzeczywiście był to właściwy wybór. – Patrzyła mi w oczy i dziwne było to, że nie widziałem nawet krzty przekory w jej wzroku.
– Panno Kang… – zrobiłem, oczywistą domysłem, przerwę, gdyż w jej przypadku bycie panną mogło oznaczać albo nieprzejednany upór własny, albo było obrazą dla otaczających ją mężczyzn.
– Tak, nadal… panno – uśmiechnęła się – panie Wood…
– Zgadza się, Michael Wood. – Odwzajemniłem uśmiech i zaraz dodałem: – Tym razem w roli instruktora.
Misternie uknuta zachęta do bliższej znajomości z panną Kang jednak nie wywołała spodziewanego zainteresowania z jej strony, co do innych moich ról, i droga podziemnym korytarzem do strzelniczych stanowisk minęła nam w kompletnej ciszy. Po przybyciu na miejsce panna Kang wysłuchała mojej krótkiej prezentacji odnośnie do wybranej przez niej broni, po czym, spytawszy, czy to wszystko, co miałem do przekazania, nałożyła słuchawki ochronne, przeładowała pistolet i złożyła się do strzału.
Stała na lekko rozstawionych nogach, a wyprostowane ręce w mocnym uchwycie obu dłoni trzymały pistolet sig sauer M18 – najnowszy standard broni noszonej z boku i przeznaczony do użytku dla żołnierzy Korpusu Marines. Naprzeciwko, w głębi hali, umieszczona była armijna tarcza B-22, standard do strzałów z odległości 25 jardów.
Patrzyłem na Koreankę Kang, starając się skupić na trzymanej przez nią broni, ale wzrok nieustępliwie robił swoje, krążąc po jej całej sylwetce, co pokrętnie tłumaczyłem sobie, iż rola instruktora wymaga podzielnej uwagi. Dopiero trzy następujące po sobie strzały kazały mi spojrzeć na tarczę. Wynik nie oszołamiał, ale nie można było nie uznać, że wszystkie trzy naboje nie odnalazły okręgu o numerze cztery, tego najbardziej oddalonego od środka. Dziwnym zbiegiem okoliczności było tylko to, że każdy z pocisków dokładnie trafił w linie cyfr równomiernie dzielących okrąg tarczy na trzy równe części.
– Zupełnie nieźle, panno Kang, tarcza została trafiona. – Postanowiłem dodać jej otuchy, widząc jej pytający wzrok.
– Postaram się poprawić – odwzajemniła się uśmiechem i, nie dając mi szans na kontynuację rozmowy, oddała kolejne sześć krótkich strzałów.
Spojrzałem na tarczę i jeżeli chwilę wcześniej miałem coś do powiedzenia, to tym razem mogłem tylko starać się nie zrobić głupiej miny. Wokół każdej czwórki planszy znajdowały się kolejne dwa otwory i to w odległości wykluczającej jakikolwiek zbieg okoliczności. Panna Kang nie była nowicjuszką w niełatwej sztuce trafnego strzelania, znacznie lepiej pasowała do roli snajpera ukrywającego się na, nieuzasadnionym opuszczenie jednostki, urlopie. Zamierzałem dobrać odpowiednią formułkę zasłużonej pochwały, kiedy niespodziewanie rozległa się kanonada pozostałych w magazynku dziesięciu naboi, które utworzyły w tarczy wyrwę niewykraczającą poza czarny obrys jej środka.
– A teraz jak było? – spytała, odkładając pistolet i ściągając słuchawki.
– Sądzę, że dokonany przez armię wybór pistoletu był właściwy – odrzekłem, rezygnując z jakiejkolwiek pochwały, dodając jedynie: – Tylko kwestia sposobu doboru jego użytkowników pozostaje do uściślenia.
– Tak, jest niezły, podoba się mi też ten brązowy jego kolor. – Przekręciła szelmowsko głowę, wskazując, abym zapiął nową tarczę.
Przy czwartym magazynku przekonanie panny Kang co do słuszności wyboru amerykańskiej armii było już bezsporne, gdyż odłożywszy pistolet, orzekła:
– Wyjątkowo udana broń. Sprawiła mi ogromną przyjemność. – Z nieskrywanym zachwytem pogłaskała sig sauera. – Dziękuję również za pańską opiekę – dodała, ale ton jej głosu już nie był tak ciepły jak na początku wypowiedzi.
Są okazje, których nie należy zaprzepaszczać.
– Czy mogę o coś zapytać Lasya-sshi? – użyłem koreańskiego sposobu uprzejmego odnoszenia się do towarzyszących nam osób.
– Jeszcze coś więcej jest panu znane z koreańskich zwrotów? – Spojrzała na mnie jakby z większym zaciekawieniem.
– Właściwie to nie, ale końcówka -sshi, jak niewiele innych sformułowań Korei, dodaje szczególnej autentyczności.
– No, dobrze. To jak brzmi pytanie?
– Czy posiadana maestria strzelania to skutek zawodowych obowiązków?
– Nie, to ulubione hobby, na co dzień pracuję w KIST w Seulu.
– To coś takiego jak MIT w Bostonie? – spytałem dość nonszalanckim tonem.
– Praktycznie to chyba tak – odrzekła, nieco zaskoczona i coraz bardziej wnikliwie się mi przyglądając – chociaż nasz Koreański Instytut Nauki oraz Technologii jest o ponad sto lat młodszy.
Młodszy to wcale nie oznacza, że pozbawiony szacunku oraz niezasługujący na czołowe miejsce w światowym rankingu nauki i technologii, o czym wielokrotnie przekonałem się, rozwijając własne inżynieryjne zainteresowania właśnie dzięki opracowaniom tamtejszych naukowców. Kang Lasya odkryła atutową kartę i jeżeli nawet nie zamierzała brnąć w kierunku wygranej, to swoją osobą musiała wzbudzać niezwyczajną uwagę.
– To skoro już tyle wiem, to zapytam jeszcze, dlaczego Lasya, a nie na przykład Jiwon czy Yejin?
– Instruktorze Wood, twoja dociekliwość zaczyna być zastanawiająca, mam tylko nadzieję, że również z niej korzystasz w innych przypadkach. Ale ponieważ proste pytania nie powinny nas zbyt angażować, to odpowiem. To imię z Tybetu. Co oznacza, że ta koreańska autentyczność to taka znów nie do końca… – Ponownie skręciła głową, mrużąc oczy.
– Przecież prosto można temu zaradzić…
– Na przykład jak? – przerwała mi.
– Wystarczy zacząć mówić oppa. – Posłużyłem się nazwą popularnego sposobu zwracania się koreańskich kobiet do sobie bliskich partnerów.
– Chin-cha-yo? – odpowiedziała koreańskim słowem znaczącym „naprawdę”. I chociaż znaczenie tej frazy dosłownie wyraża zdziwienie potwierdzające zaistniały fakt, jego koreańska nuta kobiecego flirtu jest nie do odtworzenia przez całą resztę kobiet świata.
– Lepiej być nie może. – Skinąłem głową w nieskrywanym zachwycie.
– Dziękuję za miłą godzinę, instruktorze Wood. – Roześmiała się i, machając ręką w pożegnalnym geście, pobiegła do wyjścia.
Patrzyłem za nią, jak znika z mojego pola widzenia, nie mogąc się wyzbyć uczucia żalu z utraconej znajomości, kiedy ponownie usłyszałem szorstki głos majora.
– Dobre strzały, Michael. – Przyglądał się składanym przeze mnie zużytym tarczom.
– To nie moje, to tej Azjatki.
– Skośna i tak potrafi strzelać, niemożliwe… – Na powrót zaczął oglądać wszystkie tarcze. – Trzeba było ją zatrzymać, mogłaby być wzorem i to nawet dla instruktorów.
– Co to, majorze, już nie pamiętasz Pearl Harbour… – uderzyłem w jego czuły punkt, zresztą ten sam, który on zawsze mi wytykał, kiedy wybierałem się w kolejną podróż na Daleki Wschód.
– Zawsze będę pamiętał, ale ostatecznie to oni dostali po dupie, a skośną trzeba było zatrzymać. – Wyraźnie się żachnął nad moim brakiem subordynacji.
Major Wood, emerytowany oficer amerykańskiej armii, w swojej firmie Bezpieczeństwo Stosowane, której dość enigmatyczna nazwa odnosiła się do szkoleń cywilów w niełatwej sztuce przetrwania w nagłych i nieoczekiwanych sytuacjach, cenił sobie dwie umiejętności: właściwą ocenę zaistniałego niebezpieczeństwa oraz sprawność w posługiwaniu się bronią. Swoich instruktorów – byłych żołnierzy – utrzymywał w żądanym rygorze, nie kryjąc zasady: im bardziej się przykładasz do tego, czego wymagam, tym bardziej masz przyzwoitą zapłatę plus okazjonalne bonusy. Odnośnie do klientów posługiwał się zasadą zgoła o odmiennym brzmieniu: im większym jesteś fajtłapą i cywilnym tchórzem, tym więcej będzie cię to kosztowało.
Major Wood był moim ojcem.
Nasze wzajemne relacje kształtowały się różnie. We wczesnym stadium młodości, kiedy kończyłem szkołę średnią, jako młody chłopak często odwiedzałem miejsce pracy ojca. Brałem udział w kursach samoobrony, boksu, dużo ćwiczyłem na siłowni, obozy przetrwania były moją ulubioną rozrywką. Wszystko to pozwalało mi utrzymywać prym współzawodnictwa wśród moich kolegów, było też zdrową przeciwwagą moich zainteresowań naukami ścisłymi, głównie matematyką. Uzyskiwane wyniki fizycznych zmagań oraz niekwestionowane poważanie wśród rówieśników dodawały pewności siebie i umacniały w wierze, że ewentualne związanie się z firmą ojca po zakończeniu szkoły to jedyny właściwy wybór. Ojciec również nie ukrywał, że wiąże ze mną pewne nadzieje wspólnego prowadzenia firmy w niedalekiej przyszłości. Po ukończeniu szkoły, mimo wskazań nauczycieli, że moje wyniki z przedmiotów ścisłych, głównie z matematyki, predysponują mnie do dalszych studiów na uniwersytecie, postanowiłem nie robić przykrości majorowi i zostałem pracownikiem firmy Bezpieczeństwo Stosowane Sp. z o.o. Ojciec był dumny z mojego wyboru i rzeczywiście dokładał wszelkich starań, żebym nie tylko dalej kontynuował swoje sprawności, włączając w to znajomość broni oraz swobodne się nią posługiwanie, ale również, abym zaczął się zaznajamiać z zasadami prowadzenia tego biznesu.
Przełom nastąpił pod koniec mojego pierwszego roku pracy, kiedy to pewnego dnia Brian, siostrzeniec mojej ciotki, zaprosił mnie do swojej uczelni. Wizyta w kampusie Uniwersytetu Princeton otworzyła mi oczy na inny sposób życia. Powaga Nassau Hall, nowoczesne budynki różnych laboratoriów oraz setki młodych ludzi swobodnie poruszających się po labiryncie małych uliczek, siedzących na trawnikach, czytających na ławkach, wszystko to zdecydowanie różniło się od huków wystrzałów w strzelnicy oraz przepoconych mat sali ćwiczebnej firmy mojego ojca. Brian opowiadał mi ponadto o interesujących wykładach, o charyzmatycznych wykładowcach, a także o historiach związanych z ciekawymi i sławnymi ludźmi, którzy tam studiowali. Gdy piliśmy piwo na zakończenie wizyty, zadał mi konkretne i proste pytanie: „Dlaczego cię tu nie ma?”.
Czasami w życiu podejmuje się zasadnicze decyzje na skutek nagłego oczarowania oraz przemożnej wiary, że może być inaczej. Pytanie Briana nie mogło trafić na bardziej podatny grunt. I chociaż impulsywne działania nie zawsze prowadzą do osiągnięcia stanu satysfakcji, o czym może najdobitniej świadczyć przykład podjęcia zobowiązania wspólnej drogi życia, mimo iż jest ono obarczone dużym prawdopodobieństwem, że nie jest to wybór właściwy, to moja decyzja była nieodwołalna i ostateczna.
Postanowiłem opuścić firmę ojca.
Reakcja ojca była równie natychmiastowa, co jednoznaczna i praktycznie sprowadzała się do jednego zdania: „Jesteś już dorosły, więc radź sobie sam”, co oznaczało mniej więcej: nie licz na jakąkolwiek kasę.
Kiedy po skończeniu Princeton osiedliłem się na stałe w San Francisco, gdzie było moje miejsce pracy, i dwa lata później na kalifornijskim Uniwersytecie Stanforda ukończyłem doktorat z inżynierii chemicznej, major Wood, uznawszy, że widocznie poza armią są jeszcze inne zawody, zaczął okazjonalnie zapraszać mnie na Long Island. Z początku twierdził, że najwyższy czas, abym sobie przypomniał, co musi umieć prawdziwy mężczyzna, i wrócił do ćwiczeń ze strzelania oraz utrzymywania właściwej formy fizycznej. Generalnie miał rację i moje wizyty na „starych śmieciach” sprawiały mi przyjemność i pozwalały na emocje rywalizacji z dobrze mi znanymi instruktorami. Major armijnym sprytem od czasu do czasu potrafił mnie przymusić do wygłoszenia okazjonalnego odczytu o bezpieczeństwie w przemyśle chemicznym, którego zarządzające kadry nierzadko korzystały z usług firmy Bezpieczeństwo Stosowane.
Nasza powracająca więź rodzinna doznała pewnego wstrząsu, kiedy to powodowany przyjacielskim gestem zaproponowałem dopiero co poznanemu inżynierowi z Polski, Tomkowi Starskiemu, urlop w otoczeniu majora. Starskiego wówczas jeszcze tak dobrze nie znałem, ale wiedziałem, że w dyscyplinie upór i pewność siebie lepszego nie spotkałem. Major Wood musiał mieć podobne odczucia, bo po zakończeniu urlopu jego stosunek do Starskiego przebijał najskrzętniej skrywane uczucia rodzicielskiej troski. Sympatia była obopólna i jeżeli ktoś mógł przekonać majora do czegoś odmiennego od jego punktu widzenia lub jego oceny, to mógł to zrobić tylko Starski. Major w jego osobie widział armijnego idola i kiedy rozszerzał działalność o survivalowe obozy dla kobiet, Starski w wojskowym cammies* stanowił główne tło werbującego ochotniczki plakatu. Pomysł miał swoją rację uzasadnienia i musiałem przyznać, że i w moim odczuciu budził uczucie sympatii oraz respektu, w oczach kobiet przypuszczalnie nie tylko to. Kiedy pokazałem go Lucy Parker, mojej asystentce, i również osobie, której Starski nie był obojętny, usłyszałem:
– No, pięknie, kurwa, niech sobie jeszcze zrobi plakat w Universal Studio, to już te cipy zupełnie go zeżrą.
Lucy bywa impulsywna, jest też szalenie atrakcyjną blondynką, która gdyby nie przedkładała swoich zawodowych zainteresowań absolwentki inżynierii chemicznej nad własną powierzchowność, mogłaby bez problemu przystąpić do konkursu Miss Kalifornia, i to w jego ostatnim etapie. Jej związek ze Starskim stanowił współczesną ilustrację kreskówki Tom i Jerry, przy czym okazywany przez Jerry’ego spryt nie tak znów do końca brał górę nad reakcją postawy Toma.
Lucy Parker jako bliska mi osoba nie mogła oczywiście nie znać majora. Na początku jego obcesowe zachowanie podczas telefonicznych rozmów budziło w niej niechęć oraz chęć rewanżu, ale wiedząc, że jest on moim ojcem, z biegiem czasu przywykała do jego szorstkiego stylu i ku własnej uciesze zaczęła mu odpowiadać w armijnym stylu, posługując się takimi zwrotami jak: yes, sir!, roger that** lub copy***.
Major traktował ją jako moją adiutantkę i wielokrotnie stosowane przeze mnie wyjaśnienia, że nie jest ona adiutantką, tylko asystentką, nie dawały żadnego rezultatu oprócz stwierdzenia: że mam nie uczyć starszego stopniem, skoro zarówno adiutantka, jak i asystentka pod spódnicą mają to samo.
Moje obecne spotkania w firmie majora bardziej były następstwem tygodniowego pobytu na Uniwersytecie Columbia aniżeli planowanego cyklu poprawy własnej sprawności. Na uniwersytecie prowadziłem cykl wykładów z zakresu edytowania algorytmów oraz programów bilansujących procesy inżynierii chemicznej, zagadnienia ważnego, szczególnie przy uwzględnieniu zmian parametrów procesu w czasie rzeczywistym. Słuchaczami byli głównie studenci podyplomowi, którzy zamierzali wiedzieć więcej, a nie tylko szczycić się posiadaniem dyplomu, bluszczem pokrytej, uczelni. Przeważali oczywiście Azjaci, i tym razem była to reprezentacja głównie męska, co chyba również miało niemały wpływ na popołudniowe odwiedziny firmy majora.
Zdarzenia losowe, bardziej niż te planowe, swoją nieprzewidywalnością wywołują w nas odruch zwiększonego zainteresowania, panna Kang o tybetańskim imieniu Lasya była tego dobrym przykładem, ale nie była przykładem jedynym. Kiedy wysiadałem z taksówki na lotnisku JFK, ekran mojego smartfonu rozświetlił tekst panny Lucy Parker, który brzmiał następująco:
„Nie potrafiłam powiedzieć ci tego wprost przed twoim wyjazdem do NY, ale postanowiłam wyjść za mąż. Lucy”.
*cammies (ang.) – mundur polowy.
**roger that (ang.) – w armijnym słownictwie: zgadzam się, potwierdzenie otrzymanej instrukcji.
***copy (ang.) – w armijnym słownictwie: potwierdzenie otrzymanej informacji.
Świt z nieustępliwością nadchodzącego dnia różowił wschodnią część horyzontu, przesuwający się w dole sfałdowany krajobraz gór nabierał ostrości, brązowe krawędzie szczytów cieniem kryły przylegające rozległe szczeliny, boeing 737, lot z Frankfurtu do Karaczi, schodził do lądowania na Jinnah International Airport.
Liczba zajętych miejsc w kabinie samolotu świadczyła, że wyprawy do Pakistanu szczytom popularności w światowej turystyce były raczej obce, a podróże służbowe w niczym nie poprawiały tego stanu rzeczy. Klasa biznes z dwoma pasażerami na pokładzie niewiele w tym względzie zmieniała. Z prawej strony kabiny, możliwie daleko od okna, siedział starszy mężczyzna o nobliwym wyglądzie. Ciemna karnacja, twarz pokryta gęstą siwiejącą brodą, szara tunika niestroniąca od mnogości guzików wskazywały, że wracał w swoje strony.
Drugie miejsce, po lewej stronie kabiny, na jej końcu, przy oknie również zajmował mężczyzna. Był młody, w wieku około trzydziestu dwóch lat, jego sylwetka przesłonięta luźnym podkoszulkiem nie stanowiłaby ujmy dla mistrza gimnastyki, natomiast niezwykle intrygująca męską urodą twarz zawstydzała ranking hollywoodzkich przystojniaków, przywołując klasę Alaina Delona. To, co ją odróżniało od sławnego Francuza, to nieustający stan szelmowskiego spojrzenia oraz niczym niezachwiana pewność siebie.
Na rozłożonym przed nim stoliku leżały: ostatnie wydanie „AIChE Journal” – flagowego miesięcznika z dziedziny inżynierii chemicznej – oraz stos zapisanych ołówkiem kartek, którym angielski alfabet był zupełnie obcy, w przeciwieństwie do transkrypcji skomplikowanych kombinacji greckich liter oraz matematycznych operatorów. Ilość notatek wskazywała, że ponaddwunastogodzinne bujanie w przestworzach może być spożytkowane inaczej aniżeli na ogłupiającym mitrężeniu czasu komputerowymi grami, chociaż akurat w przypadku poczynionych notatek to nie czas, ale posiadanie szczegółowej wiedzy było koniecznością niezbędną.
Tomek Starski spiął klipsem luźne kartki i wraz z amerykańskim miesięcznikiem wsunął je do podręcznej torby. Spojrzał na zegarek, lot miał półgodzinne spóźnienie, co nie było bez znaczenia, zważywszy, że Karaczi nie było ostatecznym celem podróży. Na przesiadkę zostało zaledwie niecałe czterdzieści minut, lecz mknące po pasie lotniska koła samolotu oraz ostry szum rewersów silników dawały szansę na planowe dotarcie do celu. Opuszczając kabinę, Starski mimowolnie skinął głową stojącemu u wyjścia stewardowi w nadziei, że właśnie udało się mu wyczerpać brak przychylności losu w doborze rodzaju podniebnej obsługi.
W hali transferu tłoku nie było i wczesna pora wcale nie była tego powodem, kilka stanowisk lokalnych przewoźników, kiosk z gazetami oraz odgrodzone miejsce z przeznaczeniem dla tych, którym przyszło czekać dłużej, spełniało funkcję użyteczności, co do oczekiwań bardziej wybrednych klientów ocena była mniej pozytywna.
Z nielicznych bramek wyjść do samolotów tylko nad jedną pulsował napis: Charter flight to Dhaka– Last call*. Przy znajdującym się obok biurku młody pracownik obsługi lotniska odbierał karty pokładowe i sprawdzał bilety. Swoje zajęcie traktował poważnie i niespiesznie, słowo international w nazwie lotniska w niczym go nie przybliżało do obsługi z singapurskiego Changi czy koreańskiego Incheon. Stojącym w kolejce pasażerom również w niczym to nie przeszkadzało, ze spokojem oraz zadumą rannego skupienia oczekiwali kolejnego skinięcia stojącego w bramce mężczyzny. Ich powłóczyste i sięgające stóp stroje mogłyby nawet przywoływać wrażenie obecności kobiet, jednak obowiązkowy gęsty porost twarzy każdego z nich był tego jawnym zaprzeczeniem.
Po odczekaniu na swoją kolej Starski podszedł do stanowiska i podał kartę pokładową oraz bilet.
– Proszę o paszport – usłyszał chwilę później.
Nie wdając się w przyczyny wzmożonej ciekawości, bez słowa wręczył dokument.
– Polska, to w Europie? – zapytał mężczyzna.
– Tak. – Starski potwierdził jego znajomość geografii.
– Jest duża?
– Prawie jak Niemcy.
– Ludzie też tacy agresywni?
– Nie, raczej skupieni na samych sobie.
– To chyba dobrze… – Mężczyzna się uśmiechnął.
– Nie zawsze, czasami można nie dostrzec racji innych.
Pakistańczyk nie zamierzał już tego komentować, ale nie tracąc uśmiechu, oddał papiery, mówiąc:
– Proszę, panie Starski, i życzę przyjemnego lotu.
Wejście do samolotu pozbawione było elegancji oraz wygody dokującego rękawa, umieszczone na płycie lotniska schody na kółkach musiały wystarczyć, chociaż trudno byłoby im odmówić spełnienia oczekiwanej od nich funkcji. Stojąca u wejścia do kabiny stewardesa była miłym zaskoczeniem, ubrana w czerwono-zielonym sari, o ciemnej cerze, kruczoczarnych włosach i wyraźnie zaznaczonej linii nosa stanowiła wizytówkę kobiet Indii. Brak czerwonego bindi na czole mógł oznaczać zamiłowanie do swobody lub brak męskiej opieki. Migdałowego kształtu oczy z rutynową obojętnością przyglądały się wchodzącym, starając się nikogo nie opuścić w arytmetyce dodawania liczby sztuk. Dopiero angielskie „dzień dobry” Starskiego musiało zachwiać stosowaną procedurą, gdyż odwzajemnionemu pozdrowieniu towarzyszył uśmiech karminowych ust oraz zwężone oczy zdające się pytać: „Czy ty aby nie pomyliłeś samolotów?”.
Starski usiadł przy oknie na miejscu wskazanym w bilecie. Samolot nie wydawał się szczególnie wypełniony, pomimo ostatniego wołania ciągle połowa miejsc była pusta, dając szansę na możliwe wygodne skorzystanie z przyległego fotela. Nadzieja bywa jednak złudna i w momencie, kiedy zdawało się, że boarding został zakończony, do kabiny weszło dziesięciu mężczyzn, wszyscy ubrani w białe powłóczyste luźne tuniki, spod których wystawały związane w kostkach szarawary, na głowach mieli brązowe czapki przypominające usztywnione berety, i jak na komendę zajęli przylegające do siebie dwa sześciomiejscowe rzędy kabiny, przy czym zajęte miejsce przy oknie wcale im nie przeszkadzało.
Po osiągnięciu pułapu przelotu, będące dotychczas w skupieniu, bractwo wyraźnie się ożywiło. Siedzący obok Starskiego i, sądząc po siwiźnie brody, najstarszy z kompanii, wyciągnął z zakamarków otulającej go szaty skórzany bukłak i napełniwszy plastikowy kubek mętnym białym płynem, podał go swojemu towarzyszowi. Dyfuzja zapachów do otaczającej atmosfery jest procesem powolnym, ale nieuniknionym, rozciągający się smród znad krążącego wśród foteli kubka przywoływał stado capów po ich wizycie w zagrodzie kóz. Starski przywarł do okna, ale w samolocie nie jest to sposób na zaczerpnięcie świeżego powietrza, pozbawiony jest również możliwości izolacji od pozostałych pasażerów. Podsunięty pod nos kubek po brzegi wypełniany mętnym białym płynem nie pozostawiał wątpliwości co do życzliwości miejscowych pasterzy, a ponaglający ruch głowy ich lidera wymuszał jednoznaczne zachowanie. Starski nieśmiało ujął oferowany mu kubek i spojrzał na stojącą w przejściu stewardesę, potwierdzający słuszność jego zachowania skłon jej głowy był swoistą zachętą.
Starski zaczerpnął powietrza i przyłożył usta do krawędzi kubka, po czym jednym haustem wypił jego zawartość. Uprzedzenie, jak rzadko które uczucie, bywa często nieuzasadnione, zawartość skórzanego bukłaka swym melanżem słono-słodkiego smaku była rzadkością, ale odrzucając względy higieny podania, nie wykluczała akceptacji z kolejnego rozlania. Pomruk aprobaty pasterskiej braci mógł nawet sprawiać dodatkową przyjemność, o uśmiechu asystentki lotu nie wspominając.
Do Dhaki było prawie sześć godzin trwania w zaprzyjaźnionej kompanii i jeżeli czas ten miał być pożytecznie spędzony, to pozostawała jedynie opcja snu. Ćwiczenia z inżynierii chemicznej należało odłożyć na bardziej sprzyjający czas; gwar nieokreślonego narzecza urdu nie nastrajał do myślenia, a czynienie notatek mogłoby być powodem wykluczenia z dopiero co zawartego przymierza. Tomek Starski ponownie przylgnął do ściany kabiny i zamknął powieki.
Starski z zawodu oraz z zamiłowania był inżynierem, pracował w amerykańskiej firmie zajmującej się projektowaniem oraz realizacją inwestycji w przemyśle chemicznym, jej główna siedziba mieściła się w San Francisco, a dwa lokalne oddziały znajdowały się odpowiednio: w Huston w Teksasie oraz w Katowicach, w Polsce. Amerykańska ekspansja nastąpiła, kiedy Starski już od kilku lat pracował w katowickim biurze projektów przemysłu chemicznego, gdzie prezentowane przez niego żywiołowe oddanie inżynierii chemicznej zostało dostrzeżone przez Zbigniewa Korskiego, jego szefa oraz mentora. To dzięki niemu i jego zachęcie do kontynuowania naukowych aspiracji Starski skończył studia doktoranckie z rezultatem, którego nie przeoczyły amerykańskie wydawnictwa publikujące znaczące osiągnięcia w matematyce stosowanej oraz w inżynierii chemicznej.
Przejęcie przez Amerykanów katowickiego biura trudno byłoby przypisać Starskiemu, ale późniejszy czas pokazał, że młody inżynier z Katowic przestał być osobą anonimową i w otoczeniu właściciela firmy oraz szefostwa centrali w San Francisco cieszył się niebywałą przychylnością oraz zaufaniem. Swoim bezprzykładnym zaangażowaniem w powierzane mu obowiązki oraz umiejętnościami rozwiązywania nietypowych problemów zwrócił uwagę Barry’ego Taylora, jednego z dyrektorów firmy oraz swojego bezpośredniego szefa: Michaela Wooda. Obaj byli jego zagorzałymi poplecznikami, co nie było szczególnie dobrze widziane przez pozostałych pracowników firmy, a co w odbiorze Starskiego przywoływało pytanie: o co, kurwa, tym amerykańskim debilom chodzi? Jego bliskie stosunki, nie wykluczając intymnego znaczenia tego słowa, z Lucy Parker, asystentką Michaela Wooda, dziewczyną urodą przyćmiewającą Miss Kalifornii, a umysłem zdecydowaną większość męskiego otoczenia, nie pomagały w poprawie posiadanego wizerunku wśród reszty załogi.
Starski lubił podróże, towarzyszyły mu przy każdym projekcie, od jego wstępnego stadium aż do chwili uruchomienia instalacji. Jako koordynator projektów miał ku temu wiele okazji i przeważnie z żadnej nie rezygnował. Miał również zasadę, iż z każdej podróży zawsze starał się wracać najpierw do Katowic, które traktował jako miejsce swojego stałego pobytu. Taki wybór nie ułatwił mu współpracy w katowickim oddziale, gdzie był traktowany jako szara eminencja, nasłana z centrali w San Francisco. Z kolei jego nieobecność za wielką wodą poprawiała nastroje współpracowników w Ameryce, przy czym nie dotyczyło to Lucy Parker. Permanentny brak Starskiego w jej otoczeniu był głównym powodem ich niekończących się zwad oraz kłótni. Panna Parker nie była w stanie zrozumieć, w czym jakieś tam z końca świata Katowice mogą być lepsze od San Francisco, tym bardziej, kiedy ona tam była. Starski nie wdawał się w dowody, w chwilach kulminacji dyskursu wychodził do biblioteki, swojego ulubionego miejsca w mieście nad cieśniną Golden Gate.
W ostatnich miesiącach Starski podróżował znacznie mniej, poza kilkoma dniami spędzonymi we Francji oraz w Anglii, głównie przesiadywał w Katowicach, skąd zajmował się koordynacją dużego projektu w Bangladeszu. Zadanie było rozległe i wiązało wiele branż, dotyczyło budowy dużego kompleksu wykorzystującego kopolimeryzację emulsyjną butadienu i styrenu do produkcji sztucznego kauczuku, nazywanego również gumą SBR. Produkt ten używany jest w procesie wytwarzania opon i jakkolwiek Bangladesz w produkcji samochodów nie odgrywa kluczowej roli, to jeżdżąca po jego drogach i ulicach liczba rowerów, skuterów oraz trójkołowych tuk-tuków tworzy popyt na dostawę milinów opon rocznie.
Określenie potrzeby to połowa sukcesu, druga połowa to wystarczająca ilość gotówki. Rafi Aktar, syn spadkobiercy prestiżu oraz majątku rodu Aktar, będącego od wieków kolebką radżów wschodniego Bengalu, zawsze był wierny własnej intuicji, a brak pieniędzy był mu uczuciem nieznanym. Podpatrzony w Ameryce nowoczesny sposób wytwarzania opon zwrócił uwagę na potrzeby lokalnej społeczności i Rafi Aktar postanowił wdrożyć pomysł na terenie swojego kraju. Jako miejsce inwestycji wybrał miasto Khulna w południowej części kraju, a projekt i wykonawstwo instalacji zlecił firmie z San Francisco.
Tomek Starski po otrzymaniu nowego tematu swoim zwyczajem skupił się głównie na niezawodności źródeł zasilania realizowanej inwestycji. To, co było w kontraktowej dostawie, zależało w dużej mierze od niego i tutaj poprawności działania mógł być pewien, co innego, kiedy właściwa praca instalacji uzależniona była od niezawodnej dostawy medium zewnętrznego. W przypadku wytwarzania gumy SBR istotną sprawą było zabezpieczenie procesu w wystarczającą ilość zimna, niezbędną do operacji kondensacji. Zimno w delcie Gangesu oraz Brahmaputry jest raczej towarem reglamentowanym, a w przypadku kiedy charakteryzująca go temperatura poprzedzona jest znakiem „minus”, praktycznie nieosiągalnym. Zapewnienie kupującego, że posiada odpowiednią instalację amoniakalną, będącą w stanie zabezpieczyć wymagany pobór, mogło być informacją rzetelną, ale równie dobrze nią nie być. Podróż do Khulny miała Starskiemu dostarczyć właściwą odpowiedź.
Słońce już chowało się za ogon boeinga, kiedy Starski otworzył oczy i rozejrzał się wkoło. Wypita mikstura, jeżeli nawet nie figurowała na liście znieczulaczy anestezjologów, to w przywoływaniu snu miała swoje zalety, o czym dobitnie świadczył senny pomruk towarzyszy pasterzy, na których twarzach niczym niezakłócony spokój wskazywał na przyjęcie co najmniej podwójnej dawki. Pierwsze oznaki szumu w uszach oznajmiały, że lot zbliża się ku końcowi i dwadzieścia parę minut później ostry pisk opon na betonowym pasie potwierdził powrót na ziemską planetę. Wychodząc z samolotu, Starski przystanął przy stewardesie i, konfidencjonalnie nachylając się do jej ucha, powiedział:
– To w kubku nawet nie było takie złe, niemniej dziękuję za wsparcie.
– Widocznie tym razem dolali zbyt mało koziego moczu – odpowiedziała, nie mogąc powstrzymać śmiechu – następnym razem wskażę miejsce bliżej siebie.
– Im bliżej, tym lepiej. – Starski odwzajemnił uśmiech i, nie zapominając o muśnięciu ustami płatka jej ucha, przewiesił przez ramię torbę, po czym ruszył do wyjścia.
W hali przylotów czekał na niego młody Bengalczyk, całkiem sporych rozmiarów kawałek tektury z napisem „Mr. Starski” trzymany nad jego głową nie budził wątpliwości, kto tworzy powitalny komitet.
– Nazywam się Starski. – Podszedł do Bengalczyka. – Czekasz na mnie?
– Oczywiście, mister, oczywiście, mister. Ja nazywam się Anik, jestem twój bondhu**. Pracuję jako kierowca w amerykańskiej ambasadzie i mam cię zawieźć do hotelu. Proszę, mister – wskazał na wyjściowe drzwi – proszę, tędy. – Chwycił za bagaż Starskiego i pobiegł do stojącej przed wejściem toyoty land cruiser.
Trasa do hotelu wiodła przez tereny gęsto zaludnione i w kategorii porównań na przykład dojazdu z lotniska Changi do centrum Singapuru w najmniej uwłaszczający sobie sposób przywoływała określenie „inna”. Brak zachwytu mijaną okolicą jednak w niczym nie uchybiał pojęciu ekscytacji w dotarciu do celu. Bengalczyk Anik, jeżeli nawet miał prawo jazdy dokumentujące jego znajomość przepisów ruchu drogowego, to w praktyce z jazdy samochodem korzystał tylko z wysuniętej przez okno prawej ręki oraz sygnału dźwiękowego. Prawa ręka informowała o zamiarze skrętu w prawo, sygnał dźwiękowy oznajmiał o pierwszeństwie w poruszaniu się do przodu, pozostałe manewry widocznie swą oczywistością nie wymagały uwierzytelniających ich sygnałów. Poruszające się obok toyoty setki skuterów, nierzadko przewożące pięcioosobowe rodziny, piesze riksze z towarem umieszczonym do wysokości pierwszego piętra, autobusy bez ograniczeń jazdy na schodach oraz dachu, wszystko to zmierzało ku swoim celom, nie znając pojęć uliczny karambol lub drogowa kolizja.
Przy mocno zacienionej drzewami ulicy toyota zatrzymała się przed kilkupiętrowym budynkiem. Anik wyskoczył na zewnątrz i, otwierając drzwi Starskiemu, oznajmił:
– To twój hotel, mister. Dobry hotel, bardzo dobry. A teraz twój bondhu zaniesie ci bagaż. Proszę za mną, mister. – Skierował się do drzwi hotelu.
Wewnątrz recepcjonista zeskanował paszport Starskiego, wymienił kilka zdań w rodzimym języku z krajanem i, wręczając klucz, wskazał na windę:
– Pokażę pokój, mister. – Anik, ponownie chwytając za bagaż, podszedł do windy. – Jutro zaraz z rana czeka nas długa podróż do Khulny. Będę tutaj o szóstej rano razem z panem Clarkiem. To pracownik ambasady.
– Nie lepiej pociągiem, to niecałe trzysta kilometrów. – Starski zdziwił się określeniem „długa”.
– Nie, nie, samochodem będzie szybciej. – Anik nie zamierzał wdawać się w szczegóły.
– O ile szybciej?
– O jakieś sześć godzin, dlatego tylko samochodem. Ale to jutro, teraz proszę, to ten pokój. – Anik wskazał na numer dwieście dwanaście. – Duży pokój, ładny, prawda? – Wstawił bagaż na stojący w rogu stelaż.
– Jest okay, dzięki, Anik. – Starski wyciągnął z portfela dwa dziesięciodolarowe banknoty i wsunął je w kieszeń chłopaka.
Bengalczyk złożył dłonie w dziękczynnym geście, ale jego nieruchoma postać nie wykazywała zamiaru opuszczenia pokoju. Wzrok miał skupiony na oknie. Starski odwrócił się i spostrzegł, jak na parapecie wygrzewa się około czterdziestocentymetrowy jaszczur.
Anik skoczył do przodu i, chwyciwszy gada za jego przednią część, otworzył uchylone skrzydło okna i bez chwili wahania wyrzucił stwora w korony ulicznych drzew, po czym przymknął okno i dokładnie przekręcił klamkę.
– Co to było? – spytał Starski, dokładnie lustrując najbliższe otoczenie parapetu.
– To jaszczurka, mister, musiała wejść przez uchylone okno. Ale teraz już jej nie ma, wszystko dobrze.
– Są niebezpieczne?
– Maybe yes…, maybe no…*** – Anik jakby zawahał się w swojej odpowiedzi, ale zaraz ponownie złożył dłonie i czym prędzej wyszedł z pokoju.
*Charter flight to Dhaka– Last call (ang.) – lot czarterowy do Dhaki – ostatnie wołanie.
**bondhu (bengalski) – przyjaciel.
***Maybe yes…, maybe no… (ang.) – może jest…, a może nie…
William Clark miał o sobie wysokie mniemanie, ukończył college i był pracownikiem Ambasady Stanów Zjednoczonych. Fakty, że college znajdował się w Nebrasce, uczył ekonomii oraz ochoczo nadawał swoim kursantom żenujące urojonym znaczeniem tytuły MBA, ambasada mieściła się w Bangladeszu, a jego pozycja była zaledwie na najniższym szczeblu zawodowej drabiny, nie miały dla niego znaczenia. Liczył się czarny kolor dyplomatycznego paszportu oraz możliwie często eksponowana karta wizytowa. Na jego zachowanie decydujący wpływ miało samo miejsce pracy. Na terenie ambasady obowiązywała zasada całowania w dupę wszystkich, którzy ją posiadali, ewentualne zlizanie ekskrementów nie stanowiło żadnej przeszkody. Na zewnątrz ambasady Clark dumnie unosił głowę, co wizualnie miało poprawiać miarę jego wzrostu oraz podkreślać wyższość nad innymi.
Powierzone mu zadanie towarzyszenia delegatowi amerykańskiej firmy w wyjeździe do Khulny traktował jako okazję do zaznaczenia prestiżu własnej osoby. Jego ego co prawda odczuwało zawód braku tytułu CEO w zawodowym statusie jakiegoś tam Starskiego, jednak ostatecznie uznał to za powód do zwierzchniego traktowania przeznaczonego mu do opieki gościa.
Starski już stał przed hotelem, kiedy land cruiser zaparkował na podjeździe i Anik wyskoczył zza kierownicy, aby swoim zwyczajem sięgnąć po jego podróżną torbę.
– Dzień dobry, mister. Noc była spokojna? A może lepiej, jakby była niespokojna, prawda, mister? – Roześmiał się, wskazując kciukiem na wchodzącą do hotelu młodą dziewczynę w czerwonym sari. – Możemy już iść, mister. W samochodzie czeka William Clark. – Z jego twarzy zniknął uśmiech.
Starski wystarczająco często zawierał nowe znajomości, aby pierwsze wrażenie zwracało jego szczególną uwagę. Ze swojej strony stosował jedną z powszechnie uznanych form zapoznawczych uzupełnioną nazwiskiem oraz posiadanym zawodem. Widząc, że siedzący na tylnym siedzeniu toyoty otyły i mocno łysiejący mężczyzna nie zamierza wyjść na zewnątrz, usiadł obok kierowcy, krótko oznajmiając:
– Dzień dobry, nazywam się Tomek Starski i jestem inżynierem z firmy Encochem w San Francisco.
– Dzień dobry, attaché ekonomiczno-techniczny ambasady amerykańskiej, William Clark. – Padła odpowiedź z jednoczesnym podaniem imiennej karty wizytowej ambasady.
Starski przelotnie spojrzał na kartonik, wsunął go do kieszeni i podał własną wizytówkę. Clark z uwagą przyglądał się karcie i, nie kryjąc zdziwienia, zapytał:
– Panie Starski, czy to oznacza, że jest pan pracownikiem oddziału w Katowicach i ma obywatelstwo polskie?
– Nie mniej jak to, że pan jest obywatelem Ameryki.
– W tej sytuacji muszę poinformować, że nasza ambasada nie zamierza ponosić jakiejkolwiek odpowiedzialności za pański pobyt w Bangladeszu.
– Nie spodziewam się szczególnego przyjęcia i nie wymagam jakiejkolwiek opieki. To ambasada amerykańska zgłosiła chęć towarzyszenia mojemu tutaj pobytowi i mogę chyba przypuszczać, że miała ku temu jakiś określony powód. Jeżeli pańskie zdanie jest odmienne, to przy najbliższej okazji upewnię się, czy jest ono właściwe, a teraz wystarczy sobie powiedzieć do widzenia lub po prostu się rozstać. – Starski otworzył drzwi toyoty.
– Mister, proszę, nie wychodź. Muszę cię zawieźć do Khulny. – Anik w desperacji chwycił za rękę Starskiego.
– To prawda, panie Starski, reakcje przesadne są nie na miejscu. – Clark starał się utrzymać nadrzędny ton głosu.
– Okay, bondhu. – Starski zamknął drzwi i poklepał po ramieniu kierowcę. – Jedziemy.
Atmosferę spotkania w dużej mierze kształtuje rozmowa, lepiej to czyni tylko jej brak. Zalegająca podczas jazdy cisza z powodzeniem mogła zastąpić chłodny powiew klimatyzacji. Ciepło dało znać o sobie dwie godziny później, kiedy toyota wjechała na pokład promu, gdzie obowiązywał nakaz opuszczenia pojazdów.
Bangladesz z uwagi na zawiłość historii, niełatwy klimat czy ogrom populacji w rubryce „brak” niewiele ma miejsca, to, czego ma w nadmiarze, to woda. Gigantyczna delta Gangesu oraz Brahmaputry jest tego makroprzykładem, ilustracją mniej globalną, ale stanowiącą niezapomniane wrażenie dla każdego obcokrajowca jest przeprawa promowa na drugą stronę rzeki Padma.
Promowy terminal Paturia znajduje się u ujścia Brahmaputry do wpadającej do zatoki bengalskiej rzeki Padamy i swoją skromnością oraz jakością wyposażenia zdaje się najmniej odpowiednim miejscem do przekroczenia ponad trzykilometrowej wodnej przeszkody. Obsługujące przeprawę promy swoją historią mogłyby sięgnąć starych czasów angielskiego kolonializmu, dawało im to co prawda niezaprzeczalną przewagę w znajomości trasy i umiejętności jej pokonywania, niemniej mogło nastręczać obawą kilkakrotnie przekroczonym terminem używalności, który w każdej chwili mógł zaznaczyć swoją datę definitywnego końca danej jednostki i to bez uprzedniego sprawdzenia, w którym aktualnie znajduje się ona miejscu przeprawy.
Starski z inżynierską ciekawością i wzrokiem niepozbawionym niedowierzania w to, co obserwował, stał oparty o reling promu, starając się uchronić od chmary komarów unoszących się nad jego głową. Prom swoją konstrukcją otwartego pokładu oraz ulokowaną po prawej stronie małą blaszaną przybudówką mógł nawet przypominać lotniskowiec, chociaż umieszczenie na jego burcie nazwy Ronald Reagan byłoby widoczną przesadą. Na promie nie obowiązywało szczególnie restrykcyjne egzekwowanie zasad żeglugi śródlądowej, oprócz jednego wyjątku, jakim był stopień zapełnienia pokładu. Czas odpływu promu wyznaczała możliwość upakowania ostatniego pasażera mogącego znaleźć miejsce dla swego roweru.
Od momentu, gdy pojawili się na promie, minęła już prawie godzina i nic nie wskazywało, że pozostający skrawek wolnego miejsca zostanie zapełniony i pozwoli na odbicie od przystani. Nikogo to specjalnie nie irytowało, jedynie Clark nie potrafił opanować swej dezaprobaty, odpalając jednego papierosa od drugiego.
– Anik, możesz się spytać, dlaczego, do cholery, jeszcze nie odbijamy?! – Uspokajające działanie nikotyny w przypadku Clarka nie miało zastosowania.
– Po co pytać, sir, skoro wiadomo. Czekamy, aż się zapełni pokład.
Starski uśmiechał się pod nosem, odpowiedzi młodego Bengalczyka oczywistością racji oraz przebijającym się podtekstem co do niepojętności spraw prostych przez białego człowieka były zabawne.
– Przecież tutaj jest już mniej miejsca jak w dupie komara… – Clark przerwał swoje utyskiwania, gdyż nagły przechył promu zmusił go do uchwycenia się relingu.
Wyładowany pasażerami autobus lokował się na ostatnim skrawku pokładu, jego tylna część nadal była poza pokładem, ale opuszczający go pasażerowie zaczęli upychać parkowane pojazdy oraz bagaże, co ostatecznie pozwoliło domknąć tylny pomost promu. Chwilę później ostry gwizd syreny oraz ryk zwiększającego obroty diesla oznajmiły rozpoczęcie przeprawy. Prom z ewidentnie przeciążoną prawą burtą majestatycznie wykręcił w kierunku przymglonego szarobrązowego bezkresu rzeki, z wolna wbijając się dziobem w jej wartki nurt.
– Panie Starski, czy pan, mieszkając w Polsce, również spotyka się z podobnym sposobem przepraw przez rzeki? – Clark przypalił sobie kolejnego papierosa.
– W moim kraju nie ma takich atrakcji, ale skoro jesteśmy przy temacie, to przeprawa przez deltę Missisipi oprócz szerokości niczym specjalnym nie ustępuje miejscowemu kolorytowi. No, może tylko obsługa jest tam mniej sprawna, co wynika ze stopnia odżywienia oraz niespełnionych oczekiwań w stosunku do mającego władzę białego człowieka.
– Nie można porównywać Ameryki do Bangladeszu czy Polski? – Clark wyraźnie się oburzył.
– A są ku temu jakieś powody?
– Nie powinieneś się dziwić, bo chyba wiesz najlepiej, skoro pracujesz w firmie amerykańskiej, a nie polskiej.
– Pracuję w firmie, którą kupili Amerykanie, widząc w tym okazję do poprawy swego prestiżu, również twoja obecność tutaj, Clark, wynika z chęci współpracy strony amerykańskiej. Dziwne jedynie jest to, że przysłali kogoś, kto nie odrobił lekcji z podstaw dyplomacji. Chociaż akurat teraz nadarza się okazja, abyś poćwiczył i wystosował odpowiednią notę dotyczącą oprotestowania obowiązujących na promie zwyczajów. Dyrekcja jest nieopodal. – Starski wskazał na blaszaną przybudówkę.
– Nie pouczaj mnie, Starski, jesteś ostatnią osobą, którą mógłbym o cokolwiek poprosić. – Clark demonstracyjnie odwrócił głowę w kierunku kłębiących się wirów rzeki.
– To dobrze, Clark, bo skory do tej pomocy raczej bym nie był.
Ktokolwiek zarządzał w lokalnej dyrekcji, robił to dobrze i po czterdziestu minutach nurzania się w mętnej wodzie prom przybił do siostrzanej przystani drugiego brzegu, i niewątpliwie z obu sióstr była ona tą gorszą. Do głównego traktu prowadziła szutrowa droga licznie oblężona kucającymi kobietami oferującymi podróżną przekąskę oraz wodę, której przypuszczalnie źródło było tuż za ich plecami. Pluskanie się w Gangesie oraz popijanie brahmaputranki może i oczyszcza odpowiednio duszę i wnętrze człowieka, ze zdecydowanie większą pewnością drugiego przypadku, jednak pytające spojrzenie Anika spotkało się wyłącznie z ponaglającym do szybszej jazdy rozkazem Clarka. Starski tym razem musiał być podobnego zdania, gdyż poklepując po ramieniu swego bondhu, wskazał mu, aby ten jechał dalej.
Przeprawa przez rzekę była główną przeszkodą, a może i jedyną atrakcją w drodze do Khulny. Dalsza podróż minęła nużąco, nie licząc czasu poszukiwania handlarza benzyną, kiedy przydrożna stacja paliw otoczona żółtą taśmą informowała o swoim zamknięciu do odwołania. U Anika oparta o zero wskazówka ilości paliwa w baku nie wywoływała objawów popłochu, zjechał na kolejnym skrzyżowaniu prosto w przyległą do drogi dżunglę i po kilkunastu kilometrach telepania się na koleinach szutrowej drogi zatrzymał się przed skleconym z falistej blachy punktem zaopatrzenia. Miejsce, mimo że nieoznaczone charakterystycznym logo z muszlą, znało swoje przeznaczenie, a w kwestii obsługi nawet wyróżniało się podstawową zaletą, gdyż zdecydowanie wykluczało opcję samoobsługi. Było również stacją nadawczą miejscowych wydarzeń, o czym świadczyła zatroskana mina Anika.
– Czego się dowiedziałeś, bondhu? – Starski postanowił zdjąć mu ciężar z serca.
– Och, mister, bardzo zła wiadomość, bardzo zła. Rano tygrys z wiszącej nad drogą gałęzi drzewa skoczył na przechodzące kobiety: młodą synową wraz z teściową. Bardzo źle, mister, bardzo źle. Wybrał niestety młodą, a teściowa zdołała uciec. – Bengalczyk kiwał z politowaniem głową.
W tonie Anika nie było niczego, co można by skojarzyć z czarnym humorem, i Starski nasuwającą się refleksję, że tygrys lubi świeże mięso, postanowił zostawić dla siebie.
Po ośmiu godzinach od wyjazdu z Dhaki Anik zaparkował toyotę przy niedużym budynku administracyjnym stojącym przed ogrodzoną wysokim płotem instalacją chemiczną.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmił, nie skrywając zadowolenia z powierzonego mu zadania. – W bardzo dobrym czasie, w bardzo dobrym. Proszę, można wyjść. – Uśmiechał się, składając ręce w dziękczynnym skłonie.
Stojący obok budynku mały cywilny helikopter musiał należeć do kogoś, komu pokonywanie trzystukilometrowej trasy w osiem godzin zbytnio się dłużyło, mógł też świadczyć o tym, że Rafi Aktar był już na miejscu.
– Wiliamie Clark – Starski odwrócił głowę w kierunku swego współtowarzysza – nadeszła ta pora. Co tam mamy w naszej agendzie?
– Mam nadzieję, Starski, że nie zrobisz wstydu ambasadzie USA swoim zachowaniem, wystarczy, że będziesz czynił, co ci wskażę, i zachowasz się uprzejmie w stosunku do naszego gospodarza, pana Rafiego Aktar.
– No cóż, bondhu, wygląda na to, że skorzystam z twojej pomocy przy wejściu na teren budynku. – Starski ujął pod ramię Bengalczyka, wskazując na budynek.
– Starski, proszę za mną, a ty, Anik, zostajesz tutaj i czekasz. – Clark wysforował się do przodu, możliwie wysoko unosząc głowę.
– Opuść trochę głowę, Billy, bo się potkniesz. – Starski klepnął Clarka po ramieniu i zrównał się z nim krokiem.
Rafi Aktar przyjął ich z należną uprzejmością. Był młody, w wieku Starskiego, swoim przystojnym wyglądem tylko poprawiał wywoływane pierwsze wrażenie, Bollywood nie powiedziałoby mu „nie”, gdyby tylko uznał, że taneczne pląsy sprawiają mu więcej przyjemności i pozwalają na osiągnięcie większych dochodów niż zarządzanie rodzinnym imperium. W rozmowie był konkretny, wiedział, o czym mówi i czego oczekuje od drugiej strony.
Zadaniem Starskiego było sprawdzenie możliwości dostawy wystarczającej ilości zimna, niezbędnej do operacji kondensacji jednego z głównych półproduktów procesu produkcji sztucznego kauczuku, nazywanego również gumą SBR. Zgodnie z uprzednią deklaracją kupującego był on w stanie właśnie taką ilość zimna bezpiecznie dostarczyć. W swojej deklaracji jednak nie zwrócił on uwagi na fakt, że ilość w tym przypadku musi również odnosić się do wymaganej jakości, inaczej mówiąc, że zimna musi być odpowiednio dużo i w odpowiednio niskiej temperaturze.
Rafi Aktar zaprezentował lokalnie posiadane możliwości i okazało się, że zimno, jakkolwiek wystarczające w wymiarze posiadanej energii, nie zapewnia wymaganej temperatury minus dwunastu stopni Celsjusza. Starski po dokładnym zapoznaniu się z przedstawionymi mu arkuszami bilansów wyciągnął z kieszeni kilka pustych kartek i, korzystając z kalkulatora iPhone’a, swoim zwyczajem, nic nie mówiąc, zajął się obliczeniami.
– Panie Starski – odezwał się Clark – czas naszego gospodarza zapewne jest bardzo cenny, więc byłoby lepiej, gdyby tym, co pan właśnie teraz robi, zajął się w odpowiedniejszej porze. Oczekujemy konkretnych wypowiedzi.
Starski zdawał się nie słyszeć tego, co mówi Clark, jego wzrok przelotnie skierował się na Rafiego Aktara i odnotowawszy jego skupioną, ale i niepozbawioną półuśmieszku minę, ponownie sprawdził swoje obliczenia, aby ostatecznie przemówić.
– Panie Aktar, zanim skupimy się na technicznych szczegółach, pozwoli pan, że najpierw krótko odpowiem obecnemu tutaj Wiliamowi Clarkowi. – Starski odwrócił głowę. – Clark, zabieranie głosu w dyskusji wywołuje de facto dwa stany: świadczy o mądrości przemawiającego lub o jego głupocie. W twoim przypadku należy jeszcze przywołać nieporadność braku taktu, i powodowany chociażby tylko tym faktem radzę ci, abyś się po prostu zamknął. – Starski, nie oczekując na reakcję Clarka, uśmiechnął się i ponownie zwrócił się do swojego zleceniodawcy. – Panie Aktar, problem polega na tym, że do procesu kondensacji potrzebny jest czynnik, którego temperatura nie może być wyższa niż minus dwanaście stopni. Z tego, co pan przedstawił, oferowany do kondensacji wodny roztwór chlorku wapnia, popularnie zwany solanką, ma temperaturę na poziomie minus sześciu stopni i mimo że możemy go mieć wystarczająco dużo, to nadal nie potrafimy zrealizować naszego procesu.
– To co pan proponuje w takim przypadku? – W głosie Rafiego Aktara nie było słychać rozczarowania.
– Możliwości są dwie. Pierwsza wymaga zwiększenia wydajności chłodniczej kompresorów amoniaku używanego do chłodzenia roztworu chlorku wapnia, tak aby móc osiągnąć jego temperaturę na poziomie minus dwunastu stopni Celsjusza. Wiąże się to z zakupem dwóch dodatkowych kompresorów wraz ze skraplaczami oraz dwóch dużych wyparek amoniaku. W tym przypadku należy również stworzyć oddzielną trasę rurociągu dostarczającego zimny roztwór do nowo budowanej instalacji kauczuku. Należy się również liczyć z niemałym wzrostem poboru mocy wynikającym z zasilania pomp przetłaczających wspomniany roztwór. Możliwość druga rezygnuje z zewnętrznego zasilania na rzecz wyposażenia instalacji kauczuku we własne źródło zimna oparte na bezpośrednim wykorzystaniu ciepła parowania amoniaku, bez potrzeby korzystania z czynnika pośredniego, jakim jest wodny roztwór chlorku wapnia. W tym przypadku zarówno koszt inwestycyjny, jak i wydatki eksploatacyjne są zdecydowanie bardziej korzystne. Drugie rozwiązanie ponadto uniezależnia od czynników zewnętrznych i jest je łatwiej zaimplementować do wspólnego systemu nadzoru oraz sterowania.
– Może pan przybliżyć orientacyjny koszt tej opcji? – Aktar cenił sobie również informacje mniej techniczne.
– Sądzę, że kwota półtora miliona dolarów powinna być wystarczająca.
– Propozycja jest ciekawa i jeżeli jeszcze całkowicie będzie objęta zakresem gwarancji procesu… – Rafi Aktar dokładnie przyglądał się swemu rozmówcy, po czym zdecydowanym głosem dodał: – To proszę przysłać rozszerzenie zakresu dostawy. A ponadto, skoro już tutaj pan jest, to zapraszam na wizję istniejącego źródła zimna, może skorzystam jeszcze z jakiejś kolejnej rady. – Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń dla uwiarygodnienia właśnie zawartego porozumienia.
Chwilę później pojawił się główny inżynier eksploatowanej instalacji i w gronie czterech osób ruszyli na wizję lokalną.
Wizja lokalna oczywistością nazwy nie wprowadza zaskoczenia w swoim przeznaczeniu, natomiast w trakcie jej przebiegu mogą wystąpić całkiem zaskakujące wydarzenia.
W istniejącej instalacji zimno dostarczane było poprzez krążącą w zamkniętym obiegu solankę, której wymaganą temperaturę uzyskiwano poprzez odparowanie amoniaku. Proces ten może być realizowany w kompaktowych szczelnie zamkniętych wyparkach lub w basenach, w których zanurzone wężownice z odparowującym amoniakiem chłodzą solankowy roztwór. Drugie rozwiązanie jest bardziej tradycyjne oraz prymitywne i może dlatego nadal dość często stosowane.
Prezentowany obiekt również nie urągał tradycji, jego sporych rozmiarów basen częściowo został odkryty, pozwalając z biegnącej nad nim kładki przyjrzeć się umieszczonej w jego wnętrzu plątaninie amoniakalnych rur. Ciekawość, jako bodziec do poznania czegoś nowego i rozszerzenia własnej wiedzy, jest ze wszech miar zalecana, ciekawość udawana, mająca na celu głównie zaznaczenie własnej obecności, może okazać się wręcz zabójcza.
Kiedy idący po kładce William Clark doszedł do odkrytej części basenu, postanowił zaznaczyć swoją obecność i zadając pytanie, co tam jest w środku, zbyt mocno wychylił się poza drewnianą poręcz, która w reakcji na superpozycję swego wieku oraz wagi Clarka pękła z trzaskiem. Clark w panicznym odruchu, będąc wychylonym poza obrys kładki, zdołał uchwycić się stojącego obok niego Rafi Aktara i chwilę później obaj znaleźli się w basenie.
Nagłe zanurzenie się w cieczy o temperaturze minus sześć stopni nie jest przyjazne dla ludzkiego organizmu i kiedy nie ma natychmiastowej pomocy, prowadzi do nieuniknionego zakończenia ziemskiej egzystencji.
– Przynieś drabinę! – Starski krzyknął do zdębiałego inżyniera.
– Drabinę… – Mężczyzna cudem zdołał się utrzymać na wąskiej kładce. – Nie mam drabiny. Drabina jest w środku na ścianie. – Pokazał w rozpaczliwym geście na przymocowaną do ściany drabinę na drugim końcu basenu.
Basen nie był głęboki, poziom roztworu sięgał nie wyżej jak dwóch metrów, i przy odrobinie zimnej krwi (o co w tym miejscu nie było zbyt trudno) oraz braku paniki dotarcie do odległej o pięć metrów drabiny nie było problemem, tym bardziej że zanurzone rury mogły służyć za swoiste ułatwienie utrzymywania się na powierzchni.
Sukces w dużym stopniu jest pochodną własnych zachowań oraz umiejętności słuchania innych. Kotłującym się w basenie obu mężczyznom zasada ta, jeżeli nawet była znana, to pomocna raczej nie była. Obaj usiłowali utrzymać się na powierzchni, przy czym Clark ograniczał się do uporczywego obejmowania Aktara, a ten, nie mogąc sobie poradzić z zawieszonym na sobie ciężarem, wykonywał dramatyczne ruchy rękoma w poszukiwaniu jakiegoś punktu oparcia. Wszelkie krzyki Starskiego i bengalskie wrzaski jego towarzysza o umieszczonej na ścianie drabinie nie odnosiły jakiegokolwiek skutku.
Starski zrzucił z siebie marynarkę, spodnie oraz buty i, chwytając się podparcia kładki, opuścił się do wnętrza basenu. Zimny roztwór paradoksalnie zdawał się parzyć jego ciało, szybkimi ruchami ramion znalazł się przy obu pechowcach i, nie zważając na ich szamotaninę, zaczął ich popychać w kierunku drabiny. Rafi Aktar instynktownie uchwycił się głównej rury amoniaku i, widząc pomocną dłoń, zaczął zbliżać się do ściany. Clark również, otworzywszy oczy, musiał zrozumieć, o co chodzi, bo w momencie dotarcia do drabiny bez pardonu chwycił za jej szczebel, blokując wszystkim drogę wyjścia.
– Może trochę ogłady, Billy, że nie wspomnę o przyzwoitości, skurwielu. – Starski wymierzył siarczysty policzek Clarkowi i wprost oderwał jego dłoń od szczebla drabiny, jednocześnie wypychając do góry Bengalczyka.
Rafi Aktar uchwycił się szczebli i niemalże wyskoczył na obrzeże basenu. Starski wepchnął Clarka na drabinę i, nie szczędząc sobie przyjemności, okładał pięściami jego plecy, wskazując, co ma robić. Po wyjściu z basenu Starski ponownie wymierzył tęgi policzek Clarkowi.
– To, Billy, dla lepszego krążenia, ale również praktyczna lekcja etyki oraz dyplomacji. I to, kurwa, kończy naszą znajomość. – Starski odepchnął otumanionego Clarka i pobiegł po ubranie.
Dwie godziny później, kiedy oblepiające skórę kryształy soli zostały zmyte z ich ciał, a pierwsza szklaneczka whisky przywróciła poczucie smaku, Rafi Aktar, rozlewając następną kolejkę, oznajmił:
– Panie Starski, każdy z nas na swojej życiowej drodze spotyka różnych ludzi. Jednych więcej nie chcemy widzieć… À propos panaClarka, podziękowałem mu za wizytę i kazałem odwieźć do ambasady. – Uśmiechnął się, mrużąc oko. – Z innymi, przeciwnie, chętnie chcielibyśmy spędzać nasz czas. Są również tacy jak pan, którzy potrafią imponować, ale akurat z nimi nasz kontakt jest ograniczony. Jestem wdzięczny za okazaną mi pomoc i serdecznie dziękuję. Proszę również o przyjęcie zaproszenia na okazjonalną kolację w naszym domu. Ojciec zapewne się ucieszy, a mnie będzie niezmiernie miło przedstawić kogoś, komu zawdzięczam ocalenie. Proszę – podszedł do Starskiego i, wskazując na oczekujący helikopter, dodał – to niecała godzina lotu.
Rezydencje i fortuna w takich miejscach jak Beverly Hills w Los Angeles lub Belgravia w Londynie powszechnością występowania w lokalnym krajobrazie obniżają wartość swojej nadzwyczajności. Posiadłość Rafi Aktara, położona niemalże w centrum Dhaki, otoczona trzymetrowym murem, wewnątrz którego pośrodku ponaddwuhektarowego ogrodu znajdowała się rozłożysta kolonialna willa wraz z przyległym do niej basenem, była niezaprzeczalnym dowodem, że w ocenie wartości konfrontacja ma znaczenie. W tym przypadku wszystko, co znajdowało się po obu stronach muru, było tak różne, że wydzielone wnętrze przywoływało pojęcie bajki, a to, co było wspólne mieszkańcom obu stron ogrodzenia, to przeświadczenie: „Czy to możliwe, że oni tam mogą tak żyć”.
Kolacja odbyła się w gronie rodzinnym i nie było to grono małe. Przy niskim stole, na otaczających go poduszkach, zasiadło sześć osób, nie licząc Starskiego. Honory domu czynił starszy mężczyzna, w czerwonym turbanie prezentował się dostojnie, a siedzące obok niego trzy kobiety, żona oraz jej dwie siostry, swoim usłużnym mu zachowaniem w niczym tej dostojności nie uchybiały. Obie szwagierki, wyraźnie młodsze od żony, przywoływały co prawda sugestię szerszego zakresu swych usług i jeżeli nawet tak było, to należało uznać, że gust gospodarza w niczym nie ustępował jego dostojeństwu. Starski siedział obok Rafiego, mając po drugiej stronie jego siostrę Akhi, studentkę medycyny w Londynie.
Podczas kolacji Starski koncentrował się głównie na odpowiedziach na zadawane mu pytania, jednocześnie starając się nie zbłaźnić w obowiązującym przy stole sposobie jedzenia, polegającym wyłącznie na posługiwaniu się rękoma lub raczej ich palcami. Przy nabieraniu kolejnych partii żółtej mieszaniny ryżu oraz kurczaków z umieszczonej na środku stołu wspólnej misy starał się również unikać spojrzeń na gołe brzuchy kobiet naturalnie eksponowane spod obwijających je sari, przy czym nie dotyczyło to sari siedzącej obok Akhi.
Kiedy misa dania głównego zaczynała odsłaniać swoje dno, gospodarz dał sygnał kobietom, że ich rola została zakończona i w gronie męskim, na tarasie, zaproponował przyjazne zakończenie spotkania przy szklaneczce whisky.
Bangladesz jest krajem o dominującej religii islamu, czego opuszczającym Indie Anglikom już nie udało się zmienić, radża Aktar pozostał jednak przy hinduizmie, a wprowadzone przez kolonizatorów zwyczaje wieczornego drinka również wcale nie były mu obce.
Na zakończenie spotkania senior rodu Aktar ponownie podziękował Starskiemu za jego postawę podczas wizji lokalnej i oznajmił:
– Panie Starski, będzie mi bardzo miło, jeżeli nie odmówi pan noclegu w moim domu. Zasłużył pan na relaksujący odpoczynek i chciałbym, aby ten niefortunny wypadek w naszej firmie zakończył się miłym dla pana wspomnieniem.
– Szanowny panie Aktar, w każdym zawodzie powinna obowiązywać zasada jakości i sprawności w oferowanej usłudze oraz zadowolenia tych, którzy za nią płacą. Jako inżynier skupiam się głównie na wykonywanej usłudze, ale jeżeli w pańskim odczuciu wywołuje ona aż tak mile okazywane zadowolenie, to mogę tylko serdecznie podziękować i przyjąć propozycję.
Miejscem relaksu okazał się przestronny pokój z własnym tarasem, pokaźnych rozmiarów płaskim ekranem telewizyjnym, któremu towarzyszył sprzęt audio spod znaku firmy Bang & Olufsen. Na środku pokoju ustawione było łóżko z baldachimem, z którego spływała obszerna moskitiera. Przy łóżku znajdowały się nocny stolik oraz fotel, na którym siedziała młoda dziewczyna. Jej strój, jeżeli przypominał sari, to był nad wyraz krótki i wykonany z całkowicie przezroczystego materiału.
– Dobry wieczór, mister. – Podniosła się z fotela, składając dłonie w powitalnym geście. – Jestem szczęśliwa, że mogę służyć masażem oraz pomóc w chwili relaksu, proszę ściągnąć ubranie i się położyć. – Odsunęła moskitierę łóżka.
Starski, leżąc na brzuchu, poddając się rytmicznemu ugniataniu swoich pleców, zaczynał się zastanawiać, czy powrót do pozycji na wznak nie będzie wystarczającym sygnałem rozpoczęcia kolejnego etapu relaksu, kiedy nagle poczuł miękki ciężar w okolicach lędźwi.
– Odwróć się, mister, to zobaczysz nie tylko kawałek brzucha. – Akhi Aktar nie potrafiła stłumić śmiechu, wiercąc się pupą na pośladkach Starskiego.
Starski z wolna przewrócił się na wznak, a Akhi zupełnie naga ułożyła się obok niego, przywierając ustami do jego ucha.
– Jak masz na imię, ty, co mi się tak podobasz – szepnęła.
– Tomek…
– Zbyt ładne, aby miała cię inna. – Roześmiała się i jej usta namiętnie przylgnęły do jego warg.
Studentka Akhi z wybranego kierunku studiów szczególnie pilnie musiała przykładać się do anatomii oraz ćwiczeń gimnastycznych. Jej osiągnięcia w obu dziedzinach były znaczące i w przypadku zawiązania się uczelnianego kółka praktykantów Kamasutry nie pozostawiały wątpliwości, kto powinien piastować stanowisko przewodniczącej.
Nad ranem, kiedy panna Aktar niepostrzeżenie postanowiła opuścić wspólne łóżko, telefon Starskiego dał znać o przychodzącej wiadomości, Akhi spojrzała na tekst i, obudziwszy Starskiego, wymknęła się z pokoju.
Tomek spojrzał na ekran, wiadomość była krótka:
„Wychodzę za mąż, Lucy”.
