Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rewanż za przysługę to obowiązek, ale wdzięczność to zdradliwa sprawa.
Chiński wywiad nie szczędzi wysiłków, aby wyeliminować z malezyjskiej cieśniny Malakka niemieckiego konkurenta. Nowa farma wiatrowa ma produkować wodór z wody morskiej, a udział firmy Durand Ltd. w tym projekcie jest znaczący. Nel Durand ma jednak własne priorytety.
Intrygująca urodą oraz intelektem Qian Ting z Szanghaju przyciąga Nela umową biznesową i umiejętnością podejmowania niezwykłych decyzji, natomiast właścicielka stacji telewizyjnej z Kuala Lumpur, Joyah Chang, równie atrakcyjna co zdeterminowana, wciąga go do prywatnej wendety przeciwko bezwzględnemu lobbyście oraz dewiantowi Aqilowi Megatowi.
Katastrofa turbiny wiatrowej na morskiej farmie, w której uczestniczą Nel oraz Malezyjka Chang, nadaje nowy wymiar walce konkurentów. Ambasada Niemiec w Kuala Lumpur oraz rząd Królestwa Malezji nie mogą pozostać obojętne.
Nel Durand również…
Nowa powieść z Nelem Durandem swoim autentyzmem, zwrotami akcji, dialogami oraz sarkastycznym humorem bohaterów wpisuje się w konwencję najlepszych powieści sensacyjnych uznanych w świecie autorów gatunku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 657
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Plaża w Carcavelos obszerną łatą białego piasku sięga do Fortu São Julião da Barra i stanowi najbardziej wysuniętą na południe część wybrzeża. W miejscu tym rozciągająca się w pobliżu Lizbona żegna wody rzeki Tag przy jej ujściu do Atlantyku. Położenie plaży szczególnie upodobali sobie amatorzy ujarzmiania morskich fal i to właściwie oni zawładnęli lokalnymi darami natury, pieczętując swój prymat: sklepem z deskami, szkołą oraz kawiarnią, w każdym przypadku nie zapominając dopełnić ich nazw słowem surf.
Windsurf Café była najbardziej reprezentatywna, co chociażby już tylko połączeniem oferowanych drinków, graną muzyką oraz plażową swobodą okupującego ją towarzystwa nie mogło dziwić.
Siedziałem przy ostatnim stoliku, wsparty o balustradę tarasu, i przyglądałem się, jak zachodni wiatr unosił drobne ziarenka piasku, po czym gnał je wzdłuż spienionych fal, których długie grzebienie rozpływały się szerokimi zakolami po wynurzającym się z oceanu lądzie. Plaża zawsze była dla mnie czarownym miejscem i każda jej dotychczas nieznana mi odsłona utwierdzała mnie w przekonaniu, iż jest ona esencją naszych witalnych potrzeb. Morze, piasek i powietrze, wszystko to wokół przypomina nam, skąd wzięliśmy się na tej planecie i gdzie z niej znikniemy. W perspektywie mniej odległej i w bardziej sprecyzowanym odniesieniu plaża to przede wszystkim radość oraz wypoczynek, tylko czasami stanowi zaczątek zdarzeń niezwykłych, którym los pozwolił wymknąć się ze swoich tajemnych rewirów.
Obserwacja plaży, wbrew opinii o monotonii krajobrazu, nie jest czynnością nużącą, przeciwnie, stanowi jeden z tych rzadkich przypadków, gdy uporczywe przyglądanie się istotom pozbawionym różnic w anatomicznej budowie może być interesujące, zwłaszcza kiedy dotyczy to skromnie odzianego rodzaju ludzkiego lub raczej jego połowy.
Z mojej pozycji, przy kawiarnianej balustradzie, punkt widzenia był wyjątkowo rozległy, gdyż szeroką perspektywę plaży uzupełniał widokiem znajdującego się poniżej powierzchni tarasu kamiennego muru, okupowanego przez plażowiczów mających specjalne mniemanie o swojej prezencji.
Obserwacja wspomagana podsłuchem stanowi bardziej zaawansowany poziom wytężenia uwagi na bliskie nam otoczenie i chociaż nie świadczy zbyt dobrze o naszym szacunku dla cudzej prywatności, to zaspokaja ciekawość, a niekiedy wręcz przynosi niespodziewaną korzyść dla samego podmiotu zainteresowania. Dobiegający z przyległego do tarasu murku odgłos chińskiej mowy z charakterystycznym szanghajskim dialektem dla wielu mógł stanowić co najwyżej nieumiejętną próbę naśladowania szumu dobijającej do brzegu fali, ale dla tych, którym nie był to język obcy, chińskie słowa były całkiem ciekawym przekazem.
Młoda Chinka z widocznym przekonaniem, że w jej przypadku otoczenie, w którym się znajduje, nie wywołuje potrzeby ukrywania tematu rozmowy, z nieskrywaną zaciekłością używanych tonów oświadczała komuś, że właśnie skończyła się roztaczana nad nią dominacja i że będzie zdecydowanie lepiej, jeżeli narzucana jej opiekuńcza miłość skierowana zostanie ku bardziej wymagającej tego osobie, a najlepiej jak będzie to mężczyzna, który okaże się na tyle śmiały, aby przedrzeć się przez wiecznie zaciśnięte kolana.
Już samo sformułowanie „zaciśnięte kolana” może budzić ciekawość, opatrzone przysłówkiem „wiecznie” tylko ją potęguje. Wychyliłem się bardziej poza poręcz balustrady i uważniej wsłuchałem się w prowadzoną rozmowę. Młoda, a właściwie to nadal nastoletnia Chinka nie zamierzała tracić rezonu i już prawie krzycząc, kontynuowała:
– Nie, nie powiem ci, gdzie jestem… I przestań ciągle mi przypominać, że jesteś moją siostrą, to w końcu nic takiego ekstra. Nawet nie chcę myśleć, co to byłoby, gdybyśmy były bliźniaczkami. Na szczęście, kurwa, nie jesteśmy… – Przerwała rozmowę i zdecydowanym ruchem wrzuciła smartfon do zawieszonej na ramieniu plażowej torby.
Spojrzałem bardziej wnikliwie na zadziorną małolatę. Jej próby przypalenia papierosa na plażowym wietrze czyniły ją jeszcze mniej dojrzałą, chociaż na pewno niepozbawioną azjatyckiego uroku. Kiedy trzecia zapałka również nie wykonała swojego zadania, obok niej pojawił się mocno opalony młody mężczyzna, który, robiąc prowizoryczny parawan z plażowego ręcznika, przesłonił przed wiatrem ich głowy. Smuga białego dymu opuszczająca zasłonę świadczyła, że tym razem próba się powiodła. Młody chłopak ułożył ręcznik na murku i całkiem poprawnym angielskim spytał:
– To może teraz coś do picia?
– Zawsze jesteś tak pomocny? – odpowiedziała płynnym angielskim, wpatrując się uporczywym wzrokiem w nieznajomego.
– Tylko wówczas, kiedy ktoś mi się podoba – powiedział, równie bezczelnie lustrując postać dziewczyny.
– To idź i przynieś piwo – odrzekła, siadając na rozłożonym ręczniku.
– I to jest właściwy wybór – roześmiał się – nikogo tutaj nie wpuszczaj. – Ściągnął plażową torbę z ramienia Chinki i układając ją na rozłożonym ręczniku, szybkim, niemalże niepostrzeżonym ruchem sięgnął do jej wnętrza.
Patrzyłem na jego wyczyny i musiałem przyznać, że był dobry w swoim zawodzie plażowego złodziejaszka. Chłopak zwinnie się przekręcił i przesłaniając biodrami kąt widzenia Chinki, wysunął rękę z torby. Znajdujący się w jego dłoni portfel równie szybko zniknął w tylnej kieszeni jego szortów.
– Zaraz wracam – dodał i wcale niespiesznie odszedł w kierunku kawiarnianego baru.
Podniosłem się ze swego miejsca i ruszyłem za nim. Przy barze wziął dwie butelki heinekena i zaczepiwszy krawędzie zamykających kapsli, sprawnie nimi pstryknął. Podniósł z podłogi jeden kapsel i ponownie założył go na szyjkę butelki, z drugiej upił spory łyk i następnie już znacznie szybszym krokiem podszedł do znajdującej się w pobliżu plażowej przebieralni. Upewniwszy się, że jest sam, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
Podbiegłem do tylnego wejścia przebieralni i wszedłem do pierwszej kabiny. Przez szczelinę niedomkniętych drzwi zacząłem obserwować, co robi. Niewątpliwie potrafił liczyć pieniądze, gdyż wynik dodawania całkiem pokaźnego pliku banknotów z portfela Chinki skwitował satysfakcjonującym uśmiechem. Następnie wyciągnął z kieszeni małą saszetkę, rozerwał ją zębami, ściągnął kapsel z butelki i wsypał jej zawartość do piwa, ponownie założył kapsel, po czym umieścił butelkę w tylnej kieszeni szortów. Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić z portfelem, ale ostatecznie postanowił zatrzymać i ten łup, chowając go do kieszeni. Odwrócił się, aby zniknąć tylnym wyjściem, gdy nagłe otwarcie drzwi mojej kabiny huknęło go w głowę i zatrzymało w miejscu.
– Hey… – zdołał wykrzyknąć, inkasując ostrego kopniaka z mojej wyprostowanej prawej nogi w opadłą ze zdziwienia szczękę.
– Hey to niezbyt eleganckie słowo jak na zawarcie znajomości – syknąłem mu do ucha i chwyciwszy go za włosy, walnąłem tyłem jego głowy o drewnianą ścianę.
Osunął się na podłogę, jego oczy, mimo iż zamglone nagłym uderzeniem, ciągle nie mogły wytracić wyrazu zdumienia.
– Dlaczego to robisz i kim jesteś? – zdołał wycharczeć i zrobił to nadal poprawnym angielskim.
– Czasami bawię się w anioła stróża – odpowiedziałem. – A teraz pokaż, co tam masz. – Sięgnąłem po portfel oraz gotówkę.
– Możemy się podzielić… – Podjął próbę negocjacji, jednocześnie starając się chwycić wypadłą z ręki butelkę z piwem.
Kopnąłem go w ramię i wyrżnąłem łokciem w nos. Ponownie zamroczonego usadowiłem pod ścianą. Wyciągnąłem z jego tylnej kieszeni drugą butelkę z piwem i ocuciwszy go uderzeniem z liścia w oba policzki, spytałem:
– Chyba chciałbyś się napić jakiegoś drinka, co nie?
Świadomość w swoim powrocie jest przeważnie wolniejsza aniżeli w momencie zaniku, ale tym razem jeden rzut oka złodziejaszka na zrywany przeze mnie kapsel z butelki wywołał zdecydowaną reakcję:
– Nie będę, kurwa, niczego pił.
– Przecież sam doprawiłeś do smaku, nie jesteś ciekawy efektu? Pij!! – Przyłożyłem mu otwór butelki do zaciśniętych ust. – W przeciwnym razie wybiję ci obie górne jedynki, a potem i tak będziesz zmuszony wypić to piwo.
Mocniej stuknąłem szyjką butelki w jego zęby, po czym bez zbędnych ceregieli wcisnąłem mu butelkę do ust.
– Pij, sukinsynie, albo zaraz połkniesz własne zęby. – Docisnąłem butelkę głębiej do jego gardła.
Perswazja manualna potrafi skutecznie osiągnąć zakładany cel. Plażowy zbir, krztusząc się, zaczął przełykać przyprawionego heinekena. Dopilnowałem, aby zrobił to dokładnie i do ostatniego łyku, po czym dla pewności oczekiwanego rezultatu zamknąłem mu szczękę krótkim i mocnym sierpowym. Wrzuciłem go do kabiny i przekręcając informację na drzwiach do pozycji „zajęte”, wyszedłem na zewnątrz.
Wracając do oczekującej Chinki, na powrót wsadziłem gotówkę do jej portfela i z chińskiego dowodu dowiedziałem się, że nazywa się Qian Niu, ma osiemnaście lat, a jej adres stałego zameldowania jest w Szanghaju. W portfelu znajdowała się również hotelowa karta wejścia, która wskazywała, że w Lizbonie siostry Qian wybrały hotel Sheraton.
– Zbieraj się, Niu, zawiozę cię do siostry. – Stanąłem przed młodą Chinką i odezwałem się w jej rodzinnym języku.
– Ja chyba, kurwa, śnię, kazała mnie śledzić… – Zerwała się na równe nogi, nie wierząc w to, co słyszy.
– Z tym snem to nawet byłaś całkiem blisko. Nie możesz być tak łatwowierna, za to powinnaś być znacznie bardziej ostrożna. To chyba należy do ciebie. – Podałem jej portfel. – Chciał cię okraść, a w zamówionym piwie miałaś już dosypaną porcję randkowego usypiacza. Na twoje szczęście tym razem to on udał się w krainę lubieżnych snów.
Niu odebrała portfel i spojrzała do środka.
– Wygląda, że nic nie zginęło – odpowiedziała, bacznie się mi przyglądając. – Skąd znasz tak dobrze chiński? Bardziej pasujesz do miejscowych. Ting kazała mnie śledzić, tak?
– Staram się unikać rozkazów, ale twój przypadek może przywoływać wyjątki.
– Bo tak ci się podobam?
– Bo zasługujesz na solidnego klapsa i lekcję rozwagi.
– A ten klaps to tutaj… – Wypięła pośladki.
– Dokładnie tak. – Trzepnąłem dłonią w jej tylną część szortów.
– No, kurwa, nie wierzę… Zrobiłeś to. – Roześmiała się.
– Lekcja rozwagi czeka cię od Ting. – Ująłem ją pod ramię i wskazałem na wyjście z plaży.
Z Carcavelos do Lizbony daleko nie jest. Trasa kolei biegnie wzdłuż wybrzeża, a w niektórych fragmentach wprost po nabrzeżnym piasku, co niewątpliwie stanowi atrakcję w dotarciu do celu. W drodze powrotnej zdecydowałem się jednak na taksówkę, zapewniała szybsze dotarcie do hotelu oraz chroniła swym wnętrzem przed publicznymi ekscesami niesfornej Chinki.
– Gdzie cię znalazła? Młodego, przystojnego i tak władającego chińskim. – Qian Niu, siedząc obok na tylnej kanapie taksówki, nie spuszczała ze mnie wzroku. – Ostatecznie faceci to nie jest jej szczególna dziedzina zainteresowań.
– Zamiast tracić czas na niewłaściwą dociekliwość, powinnaś zwracać większą uwagę na samą siebie. Masz ledwie osiemnaście lat i nie warto niszczyć tego wszystkiego, co przed tobą. Jesteś ładna, zamożna i pewna siebie.
– To chyba dobrze, co nie?
– Na pewno nieźle, ale tylko wówczas, kiedy ma się również umiejętność oceny sytuacji oraz właściwego do niej przystosowania. A z tym u ciebie jest niezbyt dobrze.
– Kim jesteś, że możesz tak o mnie mówić? – żachnęła się.
– Byłaś o krok nie tylko od utraty sporej gotówki, ale mogłaś być właśnie gwałcona przez miejscowych łachmytów. Co byłoby z twoim życiem, gdyby właśnie tak się stało? Zastanów się nad tym, los ma ograniczoną zdolność udzielania kredytu.
– Gadasz jak pieprzony kaznodzieja, jeszcze gorzej od Ting. Ona przynajmniej ma w głowie tylko moją szkołę, bezpieczeństwo oraz społeczny szacunek.
– I ma rację. Czy widziałaś na plaży jeszcze jakąś Chinkę? Byłaś sama jak łatwy, egzotyczny łup, i to dla byle miejscowego fiuta.
– Nie będę z tobą rozmawiać. Zrobiłeś swoje i się zamknij. – Odwróciła głowę do szyby, aby ukryć zalewający jej twarz rumieniec.
Wdzięczność jest uczuciem o dość ograniczonym stosowaniu i nie jest to tylko kwestia odwzajemnienia się należnym zobowiązaniem, to przede wszystkim świadomość własnej przegranej. Prezentacja tej świadomości bywa różna, w przypadku Qian Niu była ona mocno ostentacyjna, ale również niepozbawiona uroku rozwydrzonej nastolatki.
Po wyjściu z taksówki, przed wejściem do hotelu, Qian Niu, będąc nadal w bojowym nastroju, oznajmiła:
– Po zapłatę zgłoś się do Ting, a teraz żegnam. – Odwróciła się, starając się uniknąć mojego wzroku i skierowała się do wejścia.
– Już ci mówiłem, że staram się unikać rozkazów. Ponadto mam ograniczone zaufanie co do twojej wiarygodności. – Ująłem ją mocno pod ramię i przeprowadziłem przez hol do windy. – A teraz prowadź do pokoju.
Na dwudziestym czwartym piętrze winda zatrzymała się i stanęliśmy przed numerem 2405, opisanym nazwą Premium Deluxe. Niu wyrwała się z mojego uścisku i otworzywszy drzwi plastikową kartą, natychmiast zaczęła swój popis.
– W końcu dopięłaś swego i kazałaś mnie śledzić… – Rozejrzała się wkoło i nie widząc siostry, bardziej podniesionym głosem dodała: – Gdzie jesteś, Ting?
Apartamenty hotelowe swoją wyjątkowość głównie odnoszą do ceny, do oferowanej powierzchni już mniej. Ewentualne możliwości ukrycia się Ting były znikome, a półotwarte drzwi do wydzielonej sypialni wskazywały, że i tam nikogo nie było.
– Musisz tak wrzeszczeć i to jeszcze takie bzdury… – Drzwi łazienki otworzyły się z impetem i owinięta we frotowy szlafrok postać z zawiązanym na głowie ręcznikiem stanęła jak wryta, aby po chwili oprzytomnienia spytać po angielsku: – A pan to kto? – Przyglądała się mi uważnie, mocniej zaciskając pasek szlafroka.
– Przynajmniej nie graj teraz idiotki. – Qian Niu zbliżyła się do siostry. – Sama go zatrudniłaś i nie wysilaj się na angielski, potrafi mówić tak samo jak my, jak nie lepiej.
Qian Ting zdawała się nie słyszeć tego, co mówi jej młodsza siostra, jej wzrok nadal nie opuszczał mojej sylwetki i nie byłem pewien, czy uzyskana ocena kwalifikowała mnie do dalszej rozmowy. Z mojej strony sprawa była całkowicie klarowna, siostra zadziornej Niu była kobietą młodą, której kształtnej figury nawet powiększony rozmiar szlafroka nie mógł w niczym zdeprecjonować. Jej twarz, mimo iż bez makijażu i pozbawiona naturalnej ozdoby włosów ukrytych w zawiązanym na głowie ręczniku, również nie mogła przywoływać jakichkolwiek określeń negatywnych.
Qian Ting była ładna i bardzo atrakcyjna.
– Jak mogłaś sprowadzić do pokoju obcego mężczyznę? Czy ty w ogóle nie masz wstydu… – Tym razem Ting mówiła już w ojczystym języku.
– No proszę, przestań. Chyba masz już rozdwojenie jaźni… Weź mu zapłać i niech stąd znika. – Wzrok Niu z przewagą własnej racji również skierowany był w moją stronę. – I wcale go nie przyprowadziłam, sam się do mnie przyczepił.
– To może i ja coś powiem. – Zdecydowałem dołączyć do dyskusji. – Prawda jest taka, że powodowany zasłyszaną rozmową telefoniczną w raczej obcym tu języku chińskim zwróciłem uwagę na Niu oraz chwilę później na podrywającego ją lokalnego plażowego rzezimieszka. Kiedy zauważyłem, że wyciąga portfel z jej torby, postanowiłem odwrócić jego szczęście i w sposób zdecydowany, a nawet trochę bolesny, odebrać mu zdobyty łup. Łajdak jak najbardziej na to zasługiwał, tym bardziej że w jego planach było dalsze towarzystwo Niu, i to po zaaplikowaniu jej środka odurzającego. Zwróciłem Niu portfel i przestrzegłem przed takimi okazjami. Mam nadzieję, że przynajmniej się zastanowi, co może się wydarzyć, kiedy następnym razem pozwoli sobie zapalić papierosa w towarzystwie nieznanego podrywacza. I to właściwie tyle.
– Tak było, Niu? – Qian Ting widocznie zaskoczona wolała się upewnić.
– A co, nie wynajęłaś go… – W głosie Niu pewność siebie już tak znacząca nie była.
– Nikogo nie wynajmowałam. I jeżeli jest tak, jak właśnie usłyszałam, to powinnaś natychmiast przeprosić i wyjść do pokoju obok, aby nie robić mi jeszcze większego wstydu.
– Naprawdę? Było tak… To czemu nic nie powiedziałeś? – Niu wyraźnie spuściła z tonu. – A w ogóle to masz jakieś imię? – zwróciła się do mnie.
– Jest mi szalenie przykro. – Starsza siostra starała się złagodzić sytuację. – Mogę tylko przeprosić za tak niegodziwe zachowanie młodszej siostry. Serdecznie dziękuję, panie…
– Nel Durand. – Podszedłem ku niej z wyciągniętą dłonią.
– Qian Ting – odpowiedziała, odwdzięczając ucisk. Na jej twarzy zagościł okazjonalny uśmiech i moja ocena jej atrakcyjności podniosła się o stopień wyżej.
– Durand to chyba francuskie nazwisko, więc skąd taka znajomość chińskiego? – Niu nie zamierzała opuszczać naszego towarzystwa.
– Jestem również obywatelem Hongkongu.
– Ty… – Twarz Niu niemalże przylgnęła do mojej i po szczególnych oględzinach oczu młodsza siostra orzekła: – No, może i masz coś naszego. Chyba ma, co nie, Ting?
– Niu! Zachowuj się przyzwoicie, to nie jest twój szkolny kolega. – Ting starała się odciągnąć siostrę ode mnie.
– Mówisz o przyzwoitym zachowaniu, a wiesz, że mi dał całkiem mocnego klapsa w tyłek?
– Jeżeli nawet, to tak był zbyt słaby…
– Ooo! Bierzesz go w obronę. Podoba ci się? To może następnym razem powinien stanąć w twojej obronie.
– Niu! Dość tego! Wyjdź do drugiego pokoju…
– Okay, mogę wyjść. Ale nie spieprz takiej okazji i umów się z nim na randkę. A tobie, Nel, dziękuję. – Młoda Qian uniosła dumnie głowę i trzasnęła drzwiami do sypialni.
– No cóż – Qian Ting rozłożyła dłonie w geście niemocy – nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie przeprosić.
– To zupełnie niepotrzebne, młody wiek czasami wymaga przymknięcia oka, Niu jest zadziorna, ale wierzę w to, że zrozumiała dzisiejszą lekcję.
– Bardzo bym sobie tego życzyła, okoliczności wszak były niezwykłe. – Qian Ting uśmiechnęła się. – Czuję się zobowiązana i serdecznie dziękuję… Panie Durand. – Ting nieznacznie skłoniła głowę.
– Panno Qian, poczucie zobowiązania często wywołuje w nas zakłopotanie. Takie samo uczucie wywołuje nagłe zaproszenie na kolację przez nieznaną nam osobę. Różnica jednak jest taka, że po kolacji jesteśmy weselsi i najedzeni. Zapraszam do tutejszej restauracji na godzinę dwudziestą.
– Panie Durand, zwięzłe formułowanie własnych zamierzeń często jest przejawem pewności siebie, co może, ale nie musi być uprzykrzające, natomiast wymigiwanie się z własnych zobowiązań zawsze jest niewłaściwe. – Ting szelmowsko się uśmiechnęła. – Tak więc zgoda. Przyjmuję zaproszenie i będę w restauracji… o dwudziestej.
Qian Ting w ocenie uroku mężczyzn była raczej powściągliwa. Postawa ta nie miała szczególnego uzasadnienia w jej osobistych doświadczeniach z męskim gatunkiem, gdyż ten rodzaj empirii nie przywoływał w jej życiu znaczącego zainteresowania. Mając trzydzieści trzy lata, Qian Ting nie miała męskiego partnera przy swoim boku, z którym chciałaby dzielić zarówno swoje troski, jak i puste łóżko. Przelotne spoufalenia zakończone wspólną nocą głównie miały miejsce podczas jej studiów, chociaż i wtedy w rankingu dziewczyn swobodnych nie mogłaby jej zakwalifikować nawet do listy uzupełniającej. Kiedy wróciła z Harvardu z ukończonym doktoratem w dziedzinie ekonomii, a ściślej definiując ze związanym z nią obszarem teorii decyzji, jej ograniczone postrzeganie mężczyzn wcale nie uległo poprawie. Przeciwnie, okazało się, że niewielu wiedziało, o czym mówi, jeszcze mniej podejmowało ryzyko uczestnictwa w poruszanych przez nią zawiłościach probabilistycznej oceny podejmowanego ryzyka.
Qian Ting miała również zalety bardziej widoczne i dla niejednego to właśnie one były powodem podejmowania prób nawiązania bliższego kontaktu. Qian Ting była obdarzona niepospolicie atrakcyjną urodą, była również córką Qian Fenga, prezesa oraz właściciela Industry Commerce Bank – największego banku komercyjnego w Szanghaju. Jej rodowód oraz finansowy status były gwarancją towarzyskiego zainteresowania, czemu, w przeciwieństwie do swojej matki, nie przypisywała żadnego znaczenia. Przekazana jej sukcesja genów zdecydowanie brała stronę ojca, co w dużej mierze przyczyniło się do zakończenia trwania małżeństwa rodziców. Kiedy młoda Ting wchodziła w okres dorastania, ojciec, będąc świadom usposobienia córki, jakże odmiennego od konsumpcyjnego trybu życia jej matki, postanowił przejąć pieczę nad jej dalszą edukacją, a żonie przyłapanej na romansie z kolejnym kochankiem wysłał pozew o rozwód. Nastoletnia Ting została oddana pod opiekę wykształconych guwernantek, które sprawowały opiekę nad jej edukacją: najpierw w Londynie, a później przez pierwsze dwa lata na studiach w Ameryce.
Qian Feng status osoby niezwykle zamożnej zawdzięczał rodzinnemu majątkowi, który w genealogicznym następstwie przypadł mu w udziale, natomiast finansowy sukces prowadzonych interesów był konsekwencją posiadanej intuicji w lokowanie kapitału w przedsięwzięcia rokujące ponadprzeciętne zyski. Jego strategia działania była tyle prosta, co konsekwentna i opierała się na indywidualnym dogmacie, że w biznesie słuszne i prawdziwe są wyłącznie intencje własne.
Założony na początku dwudziestego wieku przez jego dziadka bank w Hongkongu przez osiemdziesiąt lat stanowił bezpieczną przystań dla inwestorów, swoją pozycją i powiązaniami był gwarantem bezpiecznego finansowania dla kilku pokoleń przedsiębiorców. Dla Qian Fenga taki stan rzeczy nie był jednak wystarczający i kiedy Hongkong nadal miał jeszcze prawie dziesięć lat, aby szczycić się brytyjską flagą, to prezes Qian, w atmosferze całkowitego zaskoczenia miejscowego rynku finansów, przeniósł wszelkie aktywa banku do wybudowanego przez siebie wieżowca w Szanghaju. Zasadność decyzji okazała się szczególnie trafna w kilku następnych latach, kiedy lokalny rynek przedsiębiorczości byłej perły brytyjskiej korony, przestraszony nadchodzącym zwierzchnictwem z Pekinu, zaczął w pośpiechu szukać nowych przyczółków dla swojej działalności. Wówczas to Qian Feng, już dobrze zadomowiony w lokalnym establishmencie Szanghaju, stanowił dla nowo przybyłych przedsiębiorców ostoję oraz nadzieję właściwej asymilacji na lokalnym rynku kapitałowym.
Qian Feng pomimo konserwatywnego sposobu zarządzania bankiem, opartego wyłącznie na jednoosobowym zarządzie jego osoby, w strategii kapitałowej dopuszczał stosowanie nowoczesnych metod inżynierii finansów. Całkowicie był również przekonany do współczesnych narzędzi codziennie wykonywanej pracy, era komputerów oraz odpowiedniego oprogramowania nie miała już alternatywy, chociaż w jego gabinecie znajdujące się na biurku starochińskie liczydło suanpan nadal przykuwało uwagę odwiedzających go osób.
Kiedy Qian Ting wróciła ze Stanów w glorii doktoratu z ekonomii uzyskanego na Harvardzie, stary bankier z przekonaniem o słuszności swojej decyzji dotyczącej sukcesji banku coraz częściej zaczął konsultować z nią swoje decyzje i równie często aprobować zgłaszane przez nią poprawki. Tłumaczone mu przez córkę zawiłości teorii decyzji były dla niego całkowicie niezrozumiałe, ale ugruntowane przez Ting zaufanie do jej osoby oraz posiadanej wiedzy dawały mu poczucie pewności działania oraz nieskrywanej dumy ze swego ojcostwa. Czasami, w chwili zadumy nad meandrami swojego życia, jego myśli powracały do intrygujących i zawsze nieprzewidywalnych odsłon losu. Starsza córka, Ting, której matka oprócz urody i niczym nieposkromionego wydawania pieniędzy nie mogła się poszczycić nawet chęcią sięgnięcia po książkę, była wzorem rozwagi oraz nieustającej pogoni za wiedzą. Ceniła sobie towarzystwo ludzi swojego pokroju, przy czym czyniła to bez szczególnego nacisku na obecność rodzaju męskiego. Jego młodsza córka, Niu, której matka była całkowitym przeciwieństwem pierwszej żony będącej skupioną wyłącznie na domu oraz własnym mężu, była wulkanem nieposłuszeństwa, często okazującym nadmierną niezależność oraz chęć dominacji nad rówieśnikami. Nastoletnia Niu niewątpliwie była rozwydrzona finansową swobodą oraz rzucającą się w oczy urodą, niemniej była również niepozbawiona zadziornej inteligencji oraz upodobania do literatury. Bankier Qian odpowiednio do wieku, posiadanego charakteru oraz wiedzy starał się w swoim zachowaniu stosownie traktować córki, jednak żadnej z nich nie szczędził ojcowskiej miłości.
Qian Ting również nie odżegnywała się od familijnych więzi oraz uczuć, ale w stosunku do młodszej siostry wykazywała zdecydowanie mniej pobłażliwą postawę. Obserwując zachowanie dorastającej Niu, postanowiła reagować bardziej stanowczo na każdy jej wybryk, w czym mogła liczyć zarówno na pełne poparcie macochy, jak i na wskazanie swej racji przez ojca. Wspólna wyprawa do Europy, pierwsza tak odległa podróż w życiorysie Niu, była co prawda z inicjatywy ojca, ale Ting z umiarkowaną zgodą uznała ją za praktyczny sposób poszerzenia wiedzy siostry oraz za okazję do poprawienia relacji w ich wzajemnej zażyłości.
Przygoda Niu na portugalskiej plaży nie była powodem ich pierwszej sprzeczki, gdyż nowe otoczenie zwiedzanych miejsc co raz wywoływało niespodziewane zachowanie Niu. Jednak tym razem do sprawy wmieszał się mężczyzna i zrobił to w taki sposób, że Qian Ting nie potrafiła odmówić kolejnego z nim spotkania.
Nel Durand swoim zewnętrznym wizerunkiem, swobodą zachowania oraz sposobem mówienia, i to w jej ojczystym języku, zwracał uwagę, ale to internetowe zapisy wskazujące, kim jest i co prezentuje jego firma na rynku przemysłu chemicznego, nadawały mu blask oraz czyniły go obiektem szczególnego zainteresowania.
Młody, trzydziestoparoletni prezes Durand, szef i jedyny właściciel liczącej się w przemyśle chemicznym firmy Durand Ltd., mieszczącej się w Tulonie, na południu Francji, ale mającej również okazałą filię w Hongkongu, zdawał się, zgodnie z refleksją Churchilla, zarówno nie eksponować posiadanych zalet, jak i nie unikać prezentacji własnych wad. Obdarzony nieprzeciętnym urokiem, z wysportowaną sylwetką oraz zacięciem do nauki eksponowanym zdobytym doktoratem na MIT, robił ekscytujące wrażenie i budził przyjazny uśmiech na twarzy Qian Ting.
– Nieźle, naprawdę nieźle, prezesie Durand. I chyba nie jest to tylko moje zdanie. – Ting, uśmiechając się, przesuwała na ekranie laptopa kolejne zdjęcia Duranda, wcale nierzadko w towarzystwie urokliwych kobiet.
– Naprawdę, dziwię się mu, że chce iść z tobą na kolację. – Niu patrzyła znad ramienia siostry na ekran laptopa. – Skoro taki z niego mądrala, to czemu mnie tego nie zaproponował?
– Widocznie nie interesują go przeboje K-popu i pozujące na dorosłość małolaty. – Ting zdecydowanym ruchem zamknęła pokrywę laptopa.
– Za to gderanie o teorii decyzji i prawdopodobieństwo zdarzeń są jego wymarzoną rozrywką. Chociaż w tym drugim przypadku jak spojrzy na zaciśnięte kolana, to przynajmniej długo się nie będzie musiał zastanawiać.
– Powtarzanie bez przerwy tego samego świadczy jedynie o uporze, z mądrością za to nie ma nic wspólnego.
– Bo nie musi. Wystarczy, że tylko skłoni do myślenia… Ciebie skłoni do myślenia. – Niu szyderczy uśmiech zakończyła wyciągniętym językiem. – Przynajmniej ubierz się odpowiednio, najlepiej w krótką spódnicę, wtedy trudniej ukryć to, co akurat masz ładne.
– A na górę co proponujesz? – Ting nie kryła sarkazmu.
– Tutaj jest już gorzej, ale koku, kurwa, nie rób. Wystarczy, że cię widział z ręcznikiem na głowie.
– W tym akurat największa jest twoja zasługa i przestań bez przerwy przeklinać.
– Jak na razie to ja oberwałam w tyłek, chociaż trudno powiedzieć, jak to się skończy w twoim przypadku. Pozwolisz mu również na takie ekscesy? Może to jakiś pieprzony masochista…
– Czy ty nie mogłabyś zająć się jakąś książką?
– Żebyś wiedziała, że to zrobię, ale musisz również wiedzieć, że jak nie wrócisz do północy, to melduję twoje zaginięcie. Pamiętasz Kopciucha, co nie?
– No tak, ona rzeczywiście miała gorzej… Dwie siostry i jeszcze ta okropna macocha, ale na końcu aż tak źle na tym nie wyszła. – Ting z pobłażaniem pokiwała głową i odwzajemniła się wyciągniętym językiem.
***
Lea Delon lubiła nosić się na wysokich obcasach i robiła to z niekwestionowaną gracją. Czuła się wówczas pewnie i zawsze towarzyszące jej męskie spojrzenia tylko ją w tym przekonaniu upewniały. Szpilki miały jednak tę wadę, że niezbyt sprawdzały się w biegu, śliska powierzchnia mokrego chodnika również wówczas nie pomagała. Lea spieszyła się do biura i coraz bardziej nasilająca się mżawka niesiona wzmagającą się od morza bryzą nakazywała na szczególne skupienie na uniknięciu katastrofy złamania obcasa lub, co gorsze, zwichnięcia łydki.
Lea Delon była szefową sekretariatu w Durand Limited, uznanej w świecie firmy przemysłu chemicznego mającej główną siedzibę w Tulonie, tuż obok Riwiery Francuskiej. W jej zwyczaju nie było miejsca na spóźnianie się do pracy, był to wręcz święty obowiązek, którego bezwzględne wypełnianie traktowała z całą stanowczością. Tym razem jednak znalazła się w sytuacji tak rzadkiej i miłej sobie, że mimo tężejącego deszczu na jej twarzy nadal błąkał się uśmiech zadowolenia. Powodem tego był właśnie zakończony lunch z Ling Mang, w jej mniemaniu zabójczo piękną, najelegantszą oraz najrozumniejszą kobietą, na jaką los pozwolił się jej natknąć.
Ling Mang była Chinką, która po tragicznej śmierci swojej siostry Jii oraz jej męża Paula Duranda, będąc ledwie dwudziestosiedmioletnią dziewczyną, potrafiła przejąć zarząd nad firmą Durand i wynieść ją na poziom światowego potentata w swojej branży. Ling Mang w tym samym czasie z matczyną czułością wychowywała osieroconego kilkunastoletniego syna siostry Nela, któremu po osiągnięciu przez niego należytego wykształcenia przekazała rodzinną firmę.
Dwie godziny wcześniej Ling Mang zupełnie niespodziewanie pojawiła się w sekretariacie, pytając o swojego siostrzeńca. Jej wizyta wywołała oprócz oczywistej przyjemności ogromne zdziwienie Lei, gdyż mimo iż Ling Mang na stałe mieszkała w Monako, to od momentu przekazania firmy nigdy nie pojawiła się w miejscu swojej byłej pracy. Ling Mang po usłyszeniu, że siostrzeniec jest nieobecny, z wrodzonym wdziękiem oznajmiła, że niezapowiadane najścia, szczególnie kobiet, nie zawsze muszą spełniać swe zamierzenia. Oznajmiła również, że skoro już jest, to zaprasza Leę na lunch, gdyż już dawno nie miały okazji poplotkować. Lea poczuła się jak w siódmym niebie, chociaż w doborze metafor przebywanie na chmurze numer dziewięć byłby chyba właściwszym określeniem.
Było piętnaście minut po porze lunchu, kiedy Lea Delon, otrzepując z włosów krople deszczu, pojawiła się w swoim pokoju sekretariatu firmy.
– Już myślałam, że nastąpił jakiś pomór lub… – Usłyszała głos siedzącej przy jej biurku Colette.
Colette Bergeron pracowała w firmie jako inżynier procesów ze szczególnym upodobaniem do technologii odsalania wody morskiej, z tematu tego w niedawnym czasie obroniła pracę doktorską, dołączając tym samym do grona tych kobiet, których zniewalający wygląd nie był jedynym atutem.
W ocenie Lei panna Bergeron była atrakcyjną oraz zgrabną paryżanką, której zawodowa wiedza mogła tylko dodawać blasku. Nie zazdrościła jej posiadanego poważania, a nawet niekwestionowanej urody. To, co ją denerwowało, to przerośnięte do niewyobrażalnych rozmiarów ego, którego główną mantrą było: „Najpierw to, co jest ważne dla mnie, a później cała reszta”. Colette Bergeron była niezmiernie apodyktyczna, nieuznająca kompromisów i nade wszystko pozbawiona wszelkich obaw w ferowaniu swoich wyroków, które w przeważającej mierze były słuszne, co tym bardziej nie wywoływało w niej chęci do zmiany sposobu zachowania. Colette Bergeron miała również zwyczaj niezapowiadanymi wtargnięciami do sekretariatu wymuszać na Lei dopuszczenie jej do, jak niezmiennie twierdziła, ważnych i pilnych spotkań z prezesem Durandem. Prowadziło to do kategorycznego sprzeciwu Lei, każdorazowo wywołującego w zadziornej Colette działania zaczepne.
– Nawet jeżeli byłby to pomór, to nadal nie upoważnia cię to do takiej samowoli. Czy kiedyś usiadłam za twoim biurkiem? – Lea zdecydowanym gestem dłoni wskazała Colette, co ma zrobić.
– Po co tyle piany… Czy ktoś widział Leę Delon spóźnioną w pracy? Nie. – Colette wymownie spojrzała na wiszący nad drzwiami zegar. – Pomyślałam więc, że może zrezygnowałaś z wykonywanego zawodu… lub skoro również nie ma prezesa Duranda, to może jakaś wspólna wyprawa…
– Colette! Nie znoszę takich insynuacji, wiesz o tym.
– I co z tego, że nie znosisz. Nel Durand spędza sen z oczu ogromnej większości z nas. A kto jest najbliżej niego w firmie? No, kto?
– Dyrektor Fabian Martin.
– No więc jeżeli myślisz, że którakolwiek, marząc o Nelu Durandzie przed zaśnięciem, zazdrości dyrektorowi Martinowi, to jesteś w błędzie.
– Mam nadzieję, że ty tak nie myślisz.
– Masz nawet rację, ale również tylko dlatego, że bliżej cię poznałam, i razem z jego chińską sekretarką z Hongkongu Lo Shan jesteś w grupie nietykalnych, bo zbyt blisko z nim współpracujecie. – Colette swoim zwyczajem zaczęła majstrować przy ekspresie do kawy.
– Zarówno Lo Shan, jak i ja nigdy byśmy się nie zgodziły, aby być w takim układzie, oprócz tego są jeszcze zasady, których mądrzy szefowie nigdy nie łamią.
– Nie bądź taka pryncypialna, złotko, chociaż co do Lo Shan, myślę, że najładniejszej dziewczyny Hongkongu, to upór prezesa nie ma żadnego uzasadnienia. – Colette prowokacyjnie zmierzyła wzrokiem sylwetkę koleżanki. – Oczywiście nie traktuj tego jak złośliwości, ty również mówisz nieźle po chińsku, a i włosy masz z jej ligi…
– Niczym nie jesteś w stanie mnie poruszyć, ponieważ właśnie byłam na lunchu z Ling Mang. – Lea wyciągnęła z szuflady ręcznik, aby wysuszyć resztki deszczu z rozpuszczonych kruczoczarnych włosów, po czym dodała: – A kawę zrób też dla mnie.
– No proszę, to ciocia Mang również szukała prezesa.
– Była przejazdem, więc wstąpiła…
– To gdzie się podziewa Nel Durand?
– Prezes Durand – Lea piorunującym wzrokiem przeszyła Colette – jest na sympozjum i wraca pojutrze.
– Na jakim sympozjum?
– Cóż to, nie powiedział ci? – spytała drwiącym głosem własnej przewagi.
– Jesteś jednak żmiją, Delon. Chcesz cukru? – Colette postawiła filiżankę z kawą na biurku.
– A ty chcesz? – Lea uniosła brew i obie się roześmiały.
Rozległo się krótkie i zdecydowanie pukanie do drzwi, po którym bez zapraszającego odzewu do pokoju weszła kobieta. Była dość wysoka, zdecydowanie już nie młoda, ale nadal z atrakcyjną twarzą otoczoną gęstą czupryną krótkich blond włosów à la młoda Meg Ryan. Ubrana w dopasowany zielonego koloru kostium, którego krótka spódnica podkreślała szczupłą i właściwą kobiecie figurę, wyglądała elegancko oraz seksownie.
– Dzień dobry – odezwała się zdecydowanym tonem w języku angielskim i rzuciwszy spojrzeniem na obie przyglądające się jej kobiety, zwróciła się do Lei Delon: – Chciałabym porozmawiać z prezesem Durandem, nazywam się Agnes Wolf. – Położyła wizytówkę na biurku Lei.
– Agnes Wolf attaché kulturalny przy Konsulacie Generalnym Federalnej Republiki Niemiec w Hongkongu. – Lea odczytała na głos i uważniej przyjrzała się odwiedzającej.
Agnes Wolf była świadoma wywoływanej przez siebie atencji, w przypadku mężczyzn sprawiało jej to przyjemność, w otoczeniu kobiet pozwalało na niczym nieskrępowaną prezentację swojej ulubionej cechy, jaką była wyniosłość.
– Panna Lea Delon, prawda? – Spojrzała na znajdujący się na biurku identyfikator. – Proszę poinformować szefa, że właśnie przyszła do niego Agnes Wolf.
– Pani Wolf – Lea wstała z krzesła i zbliżyła się do Agnes – prezes Durand nie ma w zwyczaju przyjmować osób wcześniej niezapowiedzianych, obawiam się więc, że pani sugestia co do natychmiastowego spotkania się z panem prezesem Durandem jest przedwczesna. Ponadto obecnie prezes Durand jest poza firmą.
– Byłam przekonana, że w firmie Durand Ltd. kolor włosów ma decydujące znaczenie przy aplikacji o pracę w sekretariacie, ale to chyba jednak kwestia utrzymania ochrony prywatności szefa spełnia to zadanie. – Agnes szelmowsko się uśmiechnęła, sięgnęła po komórkę i wybrawszy odpowiedni numer, przyłożyła ją do ucha.
– Jak zawsze miło cię słyszeć, Nel – odezwała się po chwili, nie spuszczając wzroku z Lei Delon. – Oczywiście, że tak. – Roześmiała się. – Myślałam, że będzie to możliwe nawet dzisiaj, dlatego jestem w twoim sekretariacie w Tulonie… Tak, wiem. Panna Delon właśnie uroczo mnie o tym poinformowała… Rozumiem, i proszę, nie traktuj tego jako zupełnie straconej okazji. – Roześmiała się. – Będę jeszcze tydzień w Europie, proszę, zadzwoń zaraz po powrocie… Oczywiście, że mogę być w Lizbonie, ale nie będę ci zmieniać planów wieczoru… Uważaj na siebie i do zobaczenia.
Agnes Wolf schowała telefon i zwracając wzrok na Leę, powiedziała:
– Panno Delon, to prawda, że w naszej codzienności zwyczajność chwili jest dominująca, zdarzają się jednak wyjątki, kiedy warto odstąpić od przyzwyczajeń, nawet tych najbardziej słusznych. A teraz życzę paniom przyjemnego popołudnia. – Agnes odwróciła się z pełnym szykiem, prezentując swoją tylną część, i wyszła z pokoju.
– Żmija to jest ona… – Lea szepnęła z sykiem.
– Ale myślisz, że mówi do niej Frau? – spytała Colette.
Agnes Wolf znałem od kilku lat i nasze kontakty były sporadyczne, jeżeli nie wręcz przypadkowe. Przypadkowość spotkań, zarówno w aspekcie miejsca, jak i czasu, mogłaby stanowić dowód nieprzewidywalności tego pojęcia, natomiast sporadyczność odnosiła się głównie do inwencji Agnes, kiedy to ona uznawała, że należy się ze mną spotkać. Rodzaj konsekwencji spotkań drugiego przypadku zwykle niewiele się różnił swoim prawdopodobieństwem od zdarzeń przypadku pierwszego, jeżeli nie był jeszcze bardziej unikalny.
Agnes pracowała w dyplomacji jako attaché kulturalny przy Konsulacie Generalnym Federalnej Republiki Niemiec w Hongkongu, przypisane jej stanowiskiem obowiązki służbowe wskazywały na sferę kultury oraz sztuki i musiałem przyznać, że nie były to dla niej obce obszary; poruszała się po nich ze swobodą posiadanej wiedzy oraz urokiem własnej osobowości, nie odżegnując się przy tym od wyszukanych, ale za to niezbyt precyzyjnych dyplomatycznych sformułowań. Moja osoba musiała wywoływać w niej mniej szlachetne skojarzenia, gdyż całkowicie nie skrywając swoich intymnych przyzwyczajeń w obcowaniu z mężczyznami, proponowała mi uczestnictwo w tematach kontrowersyjnych i niemających nic wspólnego z kulturą jakkolwiek rozumianą, niemniej zdecydowanie bardziej interesujących. Wówczas i jej sposób komunikowania się raczej dyplomatycznego bełkotu nie przypominał, co zawsze skłaniało mnie do bliższego zaznajomienia się z jej odmianą dyplomacji stosowanej. Agnes Wolf była konkretna i to tym bardziej, im interesujący ją temat był bliższy technologicznego szpiegostwa. Jej ostatnia próba kontaktu ze mną zapewne miała swoje uzasadnienie i musiało być ono na tyle ważne, że przyjechała do Tulonu i osobiście stawiła się w moim biurze. Podczas rozmowy telefonicznej w jej głosie wyczułem wyraźny zawód, wyczułem również ton sarkazmu, gdy wspomniała o uroczym zachowaniu Lei Delon. Agnes Wolf, pracując w służbie dyplomatycznej, wcale nie miała zwyczaju w kontaktach prywatnych prezentować jakiejkolwiek służebności, co najwyżej czasami starała się, aby jej asertywność zbyt widocznie nie przybierała znamion apodyktyczności. W odniesieniu do mężczyzn prezentowaną argumentację umiejętnie doprawiała posiadanym seksapilem, w otoczeniu kobiet posługiwała się głównie tonem oznajmującym.
Będąc w sekretariacie, Agnes Wolf musiała być zawiedziona moją nieobecnością, a oficjalna postawa Lei Delon wymusiła na niej zachowanie twarzy. Postanowiła więc pokazać swoją wyższość i zadzwoniła w jej obecności na mój prywatny numer. Jeżeli moje przypuszczenia był słuszne, oznaczało to, że Agnes była podwójnie rozczarowana, jeżeli wręcz nie zawiedziona. Nie dość, że nie wypełniła swojej misji, to jeszcze była zmuszona do aktorskich popisów. Znałem ją i oboje byliśmy od siebie czasami współzależni, nie wypadało mi bardziej ją pogrążać, ponadto ciekawość pospolita występuje zawsze i u wszystkich.
Sięgnąłem po telefon i stuknąłem w konspiracyjne AW. Po trzecim sygnale usłyszałem stłumiony śmiech.
– Czekałam na twój telefon i nie myliłam się. Chyba powinnam zagrać w jakiejś loterii, z takim darem przewidywania nie mogłabym przegrać.
– Przegrana nie jest twoją słabością, to fakt. Dyplomacja wszystko potrafi przedstawić w odpowiednim świetle i, co ważniejsze, rzadko kiedy ponosi tego należne konsekwencje.
– Zawsze cenię sobie twoją bezpośredniość, czasami nawet ci tego zazdroszczę, ale taki to już zawód. Na szczęście, Nel, można jeszcze spotkać takich jak ty.
– To jaki był powód tej wizyty? – Postanowiłem dać jej szansę odstąpienia od kamuflażu.
– A kiedy byłeś ostatni raz w Niemczech? – spytała, ponownie stawiając na własne przyzwyczajenia.
– Dość dawno i nawet chyba już nie wiem w jakim celu.
– No tak. Nie mówiłam ci, że mam dom w Monachium – roześmiała się – ale może kiedyś przefarbuję włosy na czarno i podam ci adres.
– Dobrze wiesz, że w Hongkongu to blondynki odwracają męskie głowy.
– Jakoś nie zauważyłam, żebyś się za mną uganiał, a przecież Hongkong to twój drugi dom.
– Sama twierdzisz, że dobry vintage jest nie dla każdego.
– Zapewne, chociaż ostatnio jakbym była mniej zasadnicza, ale o tym może przy innej okazji. Teraz skup się na tym, co powiem. – W jej głosie pojawił się ton powagi i mogłem być pewien, że flirciarskie dokazywania mamy za sobą. Agnes kontynuowała: – Generalny Konsulat Federalnej Republiki Niemiec w Szanghaju zwrócił uwagę naszego Federalnego Ministerstwa Gospodarki i Ochrony Klimatu na nowatorski pomysł realizowany przez konsorcjum chińskich armatorów, pomysł dotyczący budowy elektrowni morskich produkujących wodór… – Agnes zawiesiła na chwilę głos i nie było to spowodowane nagłym zanikiem pamięci, wręcz przeciwnie, było dowodem posiadanej wiedzy – wodór. Nie mylę się, prawda, Nel?
– Nawet nie starasz się być dyplomatycznie tajemnicza, mów dalej.
– Ministerstwo jest zainteresowane wymianą doświadczeń w tej dziedzinie z firmami, które dzięki swojemu wkładowi i wiedzy mogłyby stanowić potencjał do wspólnych realizacji nowych technologii pozyskiwania energii.
– I uznało, że jeżeli zwabić Duranda, to tylko może to zrobić attaché Wolf. Mam rację, Agnes?
– Zaprzeczanie faktom oczywistym nie jest obce dyplomacji, ale nie mniej ważna jest możliwość tworzenia nowych kontaktów oraz znaczących porozumień. A ponadto skoro pojawia się pretekst do wzajemnego spotkania, to dlaczego miałabym go unikać. No, w końcu kto wie… – Agnes wróciła do tonu mniej formalnego.
– W twojej ofercie są jeszcze jakieś szczegóły? – spytałem, wiedząc, że attaché Wolf nie ma w zwyczaju być nieprzygotowana na pytania dodatkowe.
– Spotkanie mogłoby się odbyć na drugi tydzień w Bonn, w gabinecie wiceministra Lukasa Brunnera. Jeżeli taki termin ci odpowiada, to proszę, podaj konkretny dzień.
– Jutro wracam do Tulonu, na następny tydzień mam przewidziany lot do Hongkongu, ale sprawdzę, co da się zrobić, oddzwonię pojutrze.
– Dziękuję, Nel. I jeszcze jedno, gdyby twoja sekretarka, panna Lea Delon, nie wykazywała oznak szczególnej afirmacji moją osobą, to muszę przyznać, że na jej miejscu postąpiłabym podobnie. – Agnes nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu. – Tak więc do zobaczenia i uważaj na siebie.
Ostatnia uwaga Agnes dawała nadzieję na czekającą mnie dygresję Lei, na której myśl również nie mogłem się nie uśmiechnąć.
Rozmowa z Agnes przerwała moje medytacje ogólne w miejscu ku temu szczególnym, to jest na kamiennych schodach, tuż przy Praça do Comércio. Kiedy schowałem telefon, mój wzrok powrócił do obserwacji skrzeczących mew w ich nieustającej bitwie o zajęcie szczytów kolumn starej przystani, kultowego miejsca przy nabrzeżu rzeki Tag w obleganej przez turystów dzielnicy Baixa. Kiedyś było to miejsce, do którego portugalscy żeglarze i kupcy wracali z kolonialnych wypraw, witani wiwatującym na ich cześć tłumem mieszkańców. Współcześnie pozostałości przystani były już tylko atrakcją turystyczną, chociaż nadal niepozbawioną wielojęzykowego gwaru odwiedzających turystów i grających dla nich ulicznych zespołów oraz śpiewaków.
Za moimi plecami rozległ się charakterystyczny gitarowy riff i chwilę później kultowy przebój Pink Floyd przebił się przez nieustającą wrzawę.
Money
Get away
Odwróciłem głowę, aby sprawdzić, kto sobie tak dobrze radzi z wcale niełatwym utworem, i to, co zobaczyłem, kazało mi wstać i podejść bliżej.
Dwóch młodych gitarzystów z kolegą przy keyboardzie w rytmicznym rozkołysaniu zaczynało kultowy przebój. Obok nich stała młoda dziewczyna ubrana w obcisłe jeansy oraz luźny T-shirt. Jej strój uzupełniały dwa skórzane rzemyki: czerwony wiązał długie czarne włosy, brązowy z aluminiowym zaczepem podtrzymywał zawieszony na szyi saksofon tenorowy. Jej stopy z wolna dołączały do granego rytmu, a uśmiechnięta, ale i skupiona twarz zwrócona była ku coraz liczniej gromadzącej się publiczności. Dziewczyna odczekała do momentu, kiedy pierwszy gitarzysta odśpiewał połowę treści o mamonie, i widząc, że nadszedł jej czas, zacisnęła usta na bambusowym stroiku, aby rozpoczął solówkę.
Ci, którzy potrafią go używać, uważają, że saksofon nie jest trudnym instrumentem, widocznie dla grającej dziewczyny leciwa fajka musiała nie mieć żadnych tajemnic, gdyż wydobywające się z niej dźwięki mogły świadczyć nie tylko o umiejętności jazzowej aranżacji, lecz także były dowodem, że posiadane zdolności, uzupełnione wytrwałą pracą, wszędzie i zawsze są dostrzegane. Dziewczyna grała brawurowo, czyniąc to z pełną swobodą wirtuoza instrumentu, David Gilmour by jej nie przeoczył. Moja ocena, zapewne mniej profesjonalna, bliska była stwierdzenia „mistrzostwo świata” i fakt, że dotyczyła młodej dziewczyny, wcale nie był bez znaczenia. Zwykle to niedouczone i rozwydrzone markami designerskich ciuchów anoreksyjne modelki na wybiegach drążą marzenia nastoletnich dziewczyn, ale to te, które naprawdę coś potrafią, począwszy od umiejętności przyciskania klawiszy instrumentów, a skończywszy na pisaniu na tablicy nowych tez mechaniki kwantowej, są godne podziwu.
Dziewczyna skończyła perfekcyjną solówkę i z roześmianą twarzą dołączyła biodrami do wiodącego rytmu gitary basowej. Wokalista ponownie wrócił do tekstu:
Money it’s a crime
Share it fairly, but don’t take a slice of my pie
Sięgnąłem do portfela i położyłem dwieście euro do saksofonowego futerału, dziewczyna spojrzała na banknot, później chwilę się mi przyglądała i uniósłszy rękę, przerwała grę kolegów, następnie głęboko się kłaniając, powiedziała:
– Obrigado*, Mister.
Ponownie ujęła instrument i w krótkim solo Happy Birthday powtórnie mi podziękowała. Skłoniłem się równie spontanicznie i odszedłem w kierunku centrum placu, żałując, że nie miałem przy sobie drugiej dwusetki.
Ulice Lizbony zaczęły szarzeć w nadchodzącym zmierzchu, do Sheratonu GPS telefonu wskazywał około trzech kilometrów, co oznaczało czterdziestominutowy spacer. Przyspieszyłem kroku, nie wypadało spóźnić się na umówione spotkanie. Tym bardziej że trudno byłoby znaleźć lepsze zakończenie pobytu w Lizbonie aniżeli kolacja z Qian Ting.
Mój pobyt w Lizbonie dobiegał końca, organizowane przez Światową Radę Inżynierii Chemicznej sympozjum trwało dwa dni i po okazjonalnym koktajlu wczorajszego wieczoru nazajutrz czekał mnie powrót do Tulonu. Pomimo wykonywanego zawodu inżyniera nigdy nie darzyłem specjalnym uznaniem uczestnictwa w branżowych zgromadzeniach, gdyż niewiele jest tam prezentowanych technicznych detali, dumnie przywoływanych globalnych wyzwań, a głównie dominuje chęć pokazania się i zaznaczenia własnej ważności. Inżynieria chemiczna tak jak pozostałe gałęzie nauki niestety nie ustrzegła się bufonady, jej rosnąca popularność oraz nieodzowność w rozwiązywaniu egzystencjonalnych problemów tworzyła coraz bardziej sprzyjające okoliczności dla tych, którzy populistycznym wizerunkiem kształtowali swoją karierę.
Mój brak entuzjazmu w uczestniczeniu w tego rodzaju zgromadzeniach głównie kontrowany jest uwagą wyjątkowo cenionej przeze mnie porucznik Korpusu Marines, Jane Bell, która zwykła mówić: „Jeśli myślisz, Durand, że siedząc w ciemnym kącie, zostaniesz zauważony, to się kurewsko mylisz. I wiesz dlaczego? Ci, którzy coś znaczą, lubią światła reflektorów. To chyba jasne, co nie?”.
Z przemyśleniami Jane jest trudno dyskutować i w przypadku zakończonego sympozjum musiałem uznać, że poświęcony tym razem czas nie był zmarnowany. Zasadniczym tematem była kwestia zrównoważonego energetycznie podejścia do zasobów wodnych. W ostatnich czasach inżynierowie, naukowcy oraz szerząca się świadomość społeczeństw zwróciły uwagę na ogromny potencjał generowania energii, jakim dysponuje pospolicie występująca woda. W kolejnym etapie rozważań wyłaniał się horyzont działania obejmujący procesy oraz ich techniczne wyposażenie pozwalające na wytwarzanie energii z dostępnych zasobów wody. Zagadnienie to również nie umknęło uwadze w planach firmy Durand, która szczególnie żywo była zainteresowana inicjatywą stworzenia morskich czy nawet oceanicznych baz produkcji wodoru, który następnie byłby wykorzystywany jako paliwo dla statków. Bazy te, wykorzystujące energię wiatru, produkowałyby z morskiej wody wodór. Stanowiłyby więc coś w rodzaju oceanicznych stacji paliwowych i to wcale nieoznaczonych logiem z muszelką.
Moje wystąpienie na jednym z paneli sympozjum odnosiło się do prezentacji początkowego stadium realizacji konceptu morskich stacji paliwowych, których rozmieszczenie planowane było na Morzu Wschodniochińskim. Wywołało ono niepozbawioną emocji dyskusję; jedni byli zdania, że jakkolwiek produkcja wodoru za pomocą procesu hydrolizy jest dobrze opanowana, to wykorzystywanie wody morskiej do tego celu jest ogromnie skomplikowane i zasadniczo podnosi koszty ze względu na konieczność usunięcia soli, inni wprost nazywali pomysł utopijnym, którego żaden ekonomista nie będzie traktował poważnie. Ci pierwsi mieli rację, drudzy głównie szczycili się tytułami MBA na kartach wizytowych. To, co łączyło jednych i drugich, to obawa przed utratą zainwestowanych środków.
W firmie Durand Ltd., której byłem właścicielem, pewnością osiągnięcia sukcesu zawsze była rzetelna wiedza zespołu inżynierów i moje osobiste przeświadczenie, iż ryzyko słusznie podjęte nie tylko prowadzi do sukcesu, ale dostarcza stałej przyjemności podążania wybraną drogą. Samodzielne podejmowanie decyzji może czasami powodować, że droga ta staje się wyboista, ale to właśnie bardziej motywuje do osiągnięcia założonego celu.
Morskie stacje błękitnego paliwa w planowanej lokalizacji Morza Wschodniochińskiego były nowatorskim rozwiązaniem, którego głównym celem było zapewnienie intensywnej żeglugi w całym akwenie, pozwalającym na zbliżenie Szanghaju z portami Korei Południowej, a nawet i południa Japonii. Idea ta, zaproponowana przez konsorcjum armatorów z Szanghaju, spotkała się z moim zainteresowaniem i Durand Ltd. przystąpił do realizacji zasadniczej części tego zadania, to jest do wyposażania pływających elektrowni wiatrowych w instalacje do produkcji wodoru. Oczywiście nie wszystko było całkowicie ustalone, nadal należało rozwiązać wiele problemów natury procesowo-technicznej przyjętych założeń, nie bez znaczenia było również zapewnienie stałego finansowania tak rozległego oraz nowatorskiego przedsięwzięcia. Moja wizyta w Lizbonie była głównie związana z rozpoznaniem możliwości pozyskania zainteresowanych, ale i odważnych inwestorów. W dotychczas prowadzonych rozmowach niezwykłość pomysłu co prawda budziła duże zainteresowanie, jednak na etapie oceny kosztów zainteresowanie to wyraźnie traciło na swojej spontaniczności.
*Obrigado (pt.) – Dziękuję.
Zegar w holu hotelu Sheraton wskazywał na za pięć ósma, gdy podchodząc ku schodom wiodącym do restauracji, starałem się niezbyt nachalnym spojrzeniem nie przeoczyć żadnej z kobiet z czarnymi włosami. W Lizbonie kryterium to okazuje się jednak niezbyt pomocne, blondynki w miejscowej populacji zdecydowanie są w mniejszości, powoduje to oczywiście, że są bardziej widoczne, co nie oznacza, że w konkurencji globalnej z tego powodu powinny oczekiwać szczególnej przewagi we własnej prezencji. Z kolei w kręgu tych z czarnymi włosami widoczność bezwzględną gwarantuje etniczność – Daleki Wschód nie ma konkurencji.
Qian Ting, wychodząc z windy, również podążała w kierunku restauracji, ubrana w jedwabną, krótką i wąską sukienkę, która znaczącym rozcięciem na lewym udzie oraz orientalnym wzorem dużych ciemnozielonych kwiatów przypominała chińskie qipao, chociaż tym razem obowiązkowa stójka kołnierza zastąpiona była dekoltem, może niezbyt frywolnym, ale niewątpliwie ze stójką w żaden sposób nie można by go porównać.
Zatrzymałem się przy filarze schodów i patrzyłem, jak zbliża się w moim kierunku. Qian Ting robiła wrażenie swoją urodą. Frotowy szlafrok i związane w ręczniku włosy tworzą obraz kobiety pokornej oraz skromnej, panna Qian w jedwabnej sukni z rozpuszczonymi włosami pojęcie skromności co najwyżej mogła odnieść do niewielkiej przewieszonej przez ramię torebki, jej lekko uniesiona głowa oraz pewny krok bezwzględnie wskazywały, że ci, którzy na nią patrzyli, mogli porzucić wszelką nadzieję wzajemnego zbliżenia.
– Spotkania umawiane przeważnie pozbawione są zaskoczenia, co nie wyklucza przypadków specjalnych – odezwałem się, nie kryjąc lustrującego ją spojrzenia, kiedy zbliżyła się do mnie.
– Utartym zwyczajem powitania jest zwrot „Dobry wieczór”, ale ci, którym otoczenie kobiet jest powszechne, widocznie zachowują się inaczej. Ja jednak będę mniej ekstrawagancka i powiem: „Dobry wieczór, panie Durand”. – Podała mi dłoń w geście powitania.
– To prawda, nie ma powodów, aby był nieciekawy, Qian Ting. Proszę, zapraszam. – Ująłem ją za łokieć i poprowadziłem schodami ku drzwiom restauracji.
Jej łokieć w pierwszym momencie wyraźnie się usztywnił, nie był to jednak wstęp do odruchów bardziej zdecydowanych, gdyż chwilę później panna Qian, starając się ukryć uśmiech, ale i rozluźniając podtrzymywane ramię, szepcząc, odpowiedziała:
– Postaram się nie upaść, Nel Durand.
Uroda kobiety zwraca na nią uwagę, ale to błyskotliwość odpowiedzi nie pozwala o niej zapomnieć. Qian Ting obie te cechy nie były obce, a jej przymrużone oczy, kiedy się mi przyglądała, wchodząc do restauracyjnej sali, były zapowiedzią, że nie były to jej jedyne walory.
– Lubię stoliki przy oknie.
Odsunąłem jej krzesło.
– Z powodu obserwacji ulicy czy raczej możliwości prezentacji własnej…
– Czasami bliskość szyby potęguje przyjemność patrzenia na drugą osobę.
– Odbicie zaciera ewentualne niedoskonałości? – Panna Qian uniosła zarówno brew, jak i ton zadanego pytania.
– Przeciwnie, upewnia, że i profil jest równie doskonały.
– Należy przyznać, że podczas przeglądania internetowych newsów na temat firmy Durand jej szef z pewnością wywołuje wrażenie profesjonalisty w zawodzie oraz utalentowanego biznesmena. To, czego brak w sieciowej prezentacji, to jego sposobu odnoszenia się do kobiet lub raczej ich nieustannego komplementowania.
– No więc określenie „nieustanne” w tym odniesieniu jest wyraźnym nadużyciem, chociaż akurat w tej chwili jest jak najbardziej na miejscu. Ładne i mądre kobiety są po prostu widoczne, Qian Ting.
– Zaawansowani podrywacze również.
Zamierzałem stosownie się wybronić, ale do stolika podszedł kelner i otworzywszy przed panną Qian kartę, powtórzył manewr po mojej stronie, aby następnie stanąć za moimi plecami.
– Wczoraj zauważyłam, że podają niezły zestaw ze stekiem, myślę, że dzisiaj to sprawdzę. – Qian Ting skinęła na kelnera i wskazała mu, co ma być w takim zestawie.
– Oprócz obserwacji zewnętrznych warto wiedzieć więcej o przyzwyczajeniach, ale i o smakach też. – Uśmiechnąłem się do towarzyszącej mi Chinki. – Proszę, dla mnie to samo – skinąłem w kierunku kelnera – i jeszcze kartę win oraz serów – dodałem.
– No tak, francuski rodowód ma swoje przyzwyczajenia.
– Preferuje również bliższe związki, masz ładne imię… Ting.
– Co do tych związków, to raczej nazwijmy je mniej formalnymi… Nel.
– Nie sprawdzałem w internecie, co więc przywiodło cię do Lizbony z dalekiego Szanghaju?
– Moją siostrę Niu już poznałeś, skończyła szkołę średnią i ojciec postanowił, że ma zobaczyć Europę. Mnie przypadło doglądanie jej zachowania, ale jak miałeś okazję przekonać się osobiście, nie jest to takie łatwe.
– Może już sama nie pamiętasz, ale zapewne w jej wieku byłaś nie mniej buntownicza.
– To aż tak staro wyglądam i do tego taka spolegliwa…
– Nie… i to w obu przypadkach. Ale szkołę już skończyłaś, prawda? I czym się zajmujesz?
Kelner przyciągnął wózek z winami, uznając, że etykieta butelki zapewnia lepszy i często droższy wybór aniżeli nazwa z karty, co musiało być sprawdzoną metodą, podany klosz z serami spełniał podobną rolę, chociaż cena nie miała tu żadnego znaczenia. Odkorkowując butelkę, kelner miał wyraźnie zadowoloną minę, dokonany wybór skwitował francuskim excellence, przypuszczalnie mając w myślach dziesięcioprocentowy napiwek od rachunku.
– Gładkie i dobre to wino. – Qian Ting utwierdziła mnie we właściwym wyborze, po czym stłumiwszy śmiech przesłonięciem dłoni, kontynuowała: – A twoim zdaniem to ile mam lat i do jakiej szkoły powinnam chodzić?
– Myślę, że oboje nas świat powitał pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, ciebie przypuszczalnie w ich ostatnim momencie, a co do szkoły, to sądząc po akcencie, była to szkoła amerykańska, i to raczej ze wschodniego wybrzeża.
– Oczekujesz równie rozwiniętej odpowiedzi czy zadowoli cię bardziej zwięzła?
– Zwięzła.
– Trzydzieści trzy, Harvard.
– Od teraz pytam krótko. Jaki masz zawód?
– Tak szczerze, to sama nie wiem.
– Ukończywszy taką szkołę…
– Ukończyłam ekonomię, a ściślej mówiąc, specjalizowałam się w teorii decyzji oraz w powiązanym z tym zagadnieniem prawdopodobieństwie zdarzeń. Ciekawi mnie ta problematyka, ale raczej wyłącznie na poziomie akademickim. Czasami pomagam ojcu w prowadzeniu banku, jeżeli tylko mnie o to poprosi. Etatu więc nie mam.
Moje mniemanie o ekonomii jest dość ambiwalentne i dotyczy nie tyle samej dyscypliny, ile cwaniaków identyfikujących swe niecne postępowanie z jej naczelną zasadą praworządności gospodarowania. Giełdowi brokerzy oraz prezesi banków mogą być tego najlepszym przykładem. Ci pierwsi, operujący na powszechnym rynku przekrętów giełd kapitałowych, myślą jedynie o własnej prowizji pobieranej od obu stron dokonujących transakcji, w których osiągany zysk nic nie ma wspólnego z pojęciem pracy. Prezesi banków zaś, zarządzający powierzonym im kapitałem, zainteresowani są głównie pomnażaniem zysku banku, czyli własnych poborów, bez szczególnego dociekania faktycznej potrzeby właściwej dystrybucji udzielanych kredytów. Jest to przede wszystkim następstwem braku zrozumienia argumentów technicznych wskazujących na rzeczywiste trendy gospodarczego rozwoju, co z kolei wynika z powierzchownej wiedzy ogólnotechnicznej tychże prezesów. Przypadek Qian Ting nosił jednak znamiona szczytnego odstępstwa od mojej oceny. Ekonomia z pułapu Harvardu oraz specjalizacja teorii decyzji wskazywały, że panna Qian miała zdolności oraz zainteresowania głęboko osadzone w matematyce stosowanej, doradztwo w prowadzeniu banku już tak nie przeszkadzało, ponadto Qian Ting miała zaletę szczególnie cenną. Była niezwyczajnie ładna.
– I co sprawia ci większą przyjemność? – spytałem.
– Czasami prowadzę zajęcia z teorii decyzji na szanghajskim uniwersytecie i to pozwala mi nie tracić kontaktu z matematyką, ale wcale nie mniejszą satysfakcją jest sukces właściwie podjętej decyzji odnośnie do wspomożenia nietradycyjnej inwestycji w środowisku dużego ryzyka ewentualnej porażki. – Qian Ting opróżniła kieliszek, w połowie uznając przypuszczalnie, że tym razem nie musi rozważać niebezpieczeństw złego wyboru. – A ciebie co sprowadza do Lizbony? – Jej wzrok wyraźnie rozważał możliwość całkowitego opróżnienia kieliszka.
– Uczestniczyłem w sympozjum na temat pozyskiwania energii z mniej tradycyjnych źródeł. Interesuje mnie pomysł produkcji wodoru z morskiej wody, mógłby on stanowić paliwo dla statków oceanicznych.
– I taki projekt jest możliwy do realizacji na dużą skalę?
– Jest już nawet we wstępnej fazie realizacji.
– Według pomysłu firmy Durand?
– Niezupełnie. Agencja Ministerstwa Komunikacji Chińskiej Republiki Ludowej, odpowiedzialna za sprawy morskiego bezpieczeństwa, zaakceptowała ideę konsorcjum armatorów stworzenia czegoś na wzór wodnych stacji paliwowych zapewniających paliwo statkom poruszającym się w akwenie Morza Wschodniochińskiego. Paliwem tym ma być wodór produkowany z morskiej wody.
– A energia do procesu rozkładu wody skąd?
– Z wiatru oczywiście.
– I czym zajmuje się firma w tym projekcie?
– Dostarczamy instalacje do hydrolizy wody.
– Czyli to, co najważniejsze.
– Nie jesteśmy aż tak zadufani w sobie. Potrzebne są również pływające elektrownie wiatrowe, i to wcale nie tak małej mocy.
– Wiatraki morskie to już nic nadzwyczajnego.
– Te, które są potrzebne, do zwyczajnych nie należą.
– I kto za to wszystko płaci? – Tym razem Qian Ting już nie ociągała się z opróżnieniem kieliszka.
Kelner ponownie przyciągnął wózek, tym razem z dwoma wypolerowanymi kloszami oraz korytkiem sztućców. Rozłożył noże i widelce oraz zestaw miseczek z trzema różnymi dipami, następnie, po ustawieniu przykrytych talerzy, teatralnym ruchem ściągnął oba klosze, wypowiadając sakramentalne bon appetit, dopełnił kieliszki winem i elegancko się skłonił. Napiwek był zbyt duży, aby w czymkolwiek uchybić.
– Pytałaś, kto zapłaci. W połowie ministerstwo lub raczej Bank of China w jego imieniu, a w połowie armatorzy oraz firmy uczestniczące w realizacji. Co ma sens, gdyż nie tylko dzieli koszty, ale stymuluje kontraktorów do jakości wykonania gwarantującej wysokie zyski.
– A firma Durand pokrywa w tak rozległej realizacji własne koszty sama?
– Miałaś rację, stek jest wyśmienity. – Skinąłem głową w uznaniu jej wyboru.
– Tak, ty też masz rację, zachowuję się jak jakaś uprzykrzająca się reporterka. – Ting przybrała skruszoną minę, jednak wcale niepozbawioną sarkastycznego uśmiechu, mimo że w jej oczach była powaga, jeżeli nie chłodna kalkulacja.
– Ciekawska może i tak, ale z tym uprzykrzaniem bym nie przesadzał i, co widoczne wkoło, chyba nie jest to tylko moja racja.
– Gapią się na Chinkę i tyle. – Ting skrycie się rozejrzała i jej dotychczas chłodne kalkulujące spojrzenie wyraźnie się rozjaśniło. – A to pytanie traktuj jako nie tyle ciekawość, ile zawodowe zainteresowanie.
– W tematach nietypowych nie jest łatwo znaleźć zainteresowanego inwestora, który poświęciłby na taki cel swoje środki, dlatego inwestujemy własny kapitał, co oczywiście nie oznacza, że joint venture z wiarygodnym partnerem nie byłoby możliwe.
– I na czym miałaby polegać ta wiarygodność?
– Oczywiście na posiadanym sporym kapitale oraz, co nie mniej ważne, na randze dotychczas prowadzonych inwestycji, kryterium maksimum zysku nie jest najważniejsze. Wymagana była również pozytywna opinia niezależnego eksperta.
– A oprócz tak podkreślanego braku fobii zysku to co jeszcze miałoby się liczyć?
– Zaangażowanie i priorytet w finansowaniu do zakończenia inwestycji, ale również świadomość nadrzędnej potrzeby ochrony naszego klimatu.
– No to łatwo nie będzie. Idealizm to zanikająca doktryna, a pompatyczność najlepiej się sprawdza podczas wojskowych defilad. – Ting ostatni kęs steka uzupełniła opróżnieniem drugiego kieliszka. – Ale powiem ci, że odważne decyzje zawsze są spektakularne i to często wyłącznie one kształtują nowe trendy w szeroko pojętej technologii czy nawet tylko podnoszą rozwój poszczególnych aktywności. Jako przykład niech posłuży ta oto historia. Równolegle ze mną kończyła Harvard moja przyjaciółka, dziewczyna z Hongkongu. Zbliżyły nas studia doktoranckie, chociaż ona akurat zajmowała się prawem. Pochodziła z zamożnej rodziny, ale mocno konserwatywnej, niemniej potrafiła się rzucić na głęboką wodę i właśnie dlatego odniosła ogromny sukces. Jej firma prawnicza ma obecnie oddziały w Chinach, ale również filie w Japonii, w Londynie oraz w Nowym Jorku. Tan Yu, bo tak się nazywa, jest więc najlepszym wzorem, że właściwie podjęte ryzyko może przynieść nadspodziewane zyski oraz globalny sukces.
Przytoczona przez Qian Ting historia jej przyjaciółki była dla mnie nie lada próbą zachowania obojętności reakcji w sytuacji, kiedy prawdopodobieństwo, zdawać by się mogło zdarzeń niemożliwych, osiąga wartość stu procent. Możliwość zajęcia się w takiej chwili czymś zupełnie trywialnym często jest ostatnią deską ratunku. Podniosłem butelkę z winem i widząc przychylne skinięcie Ting, napełniłem kieliszki.
Tan Yu nie była mi obca, chociaż moja znajomość z nią była stosunkowo krótka, ale wzajemnie niezmiernie korzystna. Ona zawdzięczała mi powrót do żywych podczas niemiłego dla niej incydentu połknięcia pierścionka w samolocie, ja zawsze mogłem liczyć na udostępnienie mi informacji oraz pomoc w sytuacjach oficjalnie uznanych za nie w pełni zdefiniowane. Tan Yu była zarozumiała, wyniosła i nie znała pojęcia „nie mogę tego mieć”. Zgodnie z tym, co powiedziała jej kumpelka Qian Ting, skończyła prawo w Harvard Law School* z oceną pozwalającą umieścić jej zdjęcie w pierwszym rzędzie najlepszych absolwentów, miała trochę ponad trzydzieści lat i była urzekająco ładna. Tan Yu ponadto lubiła być ze mną w łóżku i było to uczucie całkowicie odwzajemnione.
– Tak, to niewątpliwie szczególny przypadek tej twojej przyjaciółki… – Ponownie skorzystałem z triku czynności trywialnych, unosząc kieliszek, podczas gdy w moich myślach trwała selekcja właściwego zachowania. Spontaniczne przyznanie się do znajomości z Tan Yu oznaczało natychmiastowy kontakt obu kobiet i jeżeli w przypadku Ting byłby on jedynie okazją do stwierdzenia: „Nie uwierzysz, kogo poznałam”, to w przypadku Yu mogłem się spodziewać odwrotnego telefonu z przekazem: „Jak pójdziesz z nią do łóżka, to, kurwa, o mnie zapomnij”. Tan Yu była wyczulona na wyłączność posiadania i chociaż była świadoma, że o wielu rzeczach nie wie, to kiedy doszłoby do konfrontacji, w której on byłby jeden, a one dwie, przegrywał on. Co z kolei dla mnie nie było szczególnie wskazane. Pozostawała opcja pozostawienia zasłyszanej historii w kategorii przykładów rzadkiego sukcesu.
– Niejednokrotnie o niej myślę, kiedy tylko mam podjąć trudną decyzję. – Ting weszła mi w zdanie
– I to pomaga czy raczej wolisz zasięgnąć rady bezpośredniej?
– Nie mam w zwyczaju obarczać innych swoimi sprawami, ponadto Yu nie należy do tych, które hołdują zasadzie bezpłatnych porad, nawet w odniesieniu do przyjaciół, bardziej wierzy w udzielanie kredytu.
– Udzielanie kredytu tobie chyba również nie jest zupełnie obce – odrzekłem, mając przed oczyma urokliwą i buńczuczną minę prawniczki Tan Yu przypominającą o spłacie udzielonego mi kredytu, spłacie może niezbyt regularnej, ale wcale przeze mnie nieunikanej.
– Racja, i chyba właśnie to pozwala nam być ciągle w dobrej komitywie oraz cieszyć się brakiem wzajemnych zobowiązań. – Ting roześmiała się, dodając: – Mamy jeszcze jakieś plany po kolacji, prezesie Durand?
– Niu wspominała coś o randce, więc może wyprawa na tańce albo do klubu z fajną muzyką. Muzyka fado to znak firmowy tego miasta.
– Sugestie Niu i jej zachowanie często są impulsywne oraz nieprzemyślane, jednak to moja siostra. – Ting rozłożyła dłonie w teatralnym geście „cóż poradzić”. – To już lepiej ten klub z muzyką fado.
Zastanawiałem się nad jej ewentualną interpretacją określenia „wiecznie zaciśnięte kolana”, które w rzeczywistości dało asumpt do poznania Niu, jednak rezygnacja z opcji „tańce” wskazywała, że spostrzeżenie jej siostry było raczej zasadne.
Pół godziny później siedzieliśmy w małym stłoczonym lokalu na Alfamie, dzielnicy na drugim brzegu rzeki Tag, miejscu, które hotelowy taksówkarz za pięćdziesięciodolarowy napiwek zarekomendował jako godne uwagi tylko prawdziwych fanów gatunku muzyki fado.
Fado w prezentacji własnej wiele nie wymaga, wystarczy dwóch gitarzystów oraz wokalistka, męska odmiana w śpiewie również jest możliwa. Cała trójka musi posługiwać się głównie językiem portugalskim, gitarzyści mieć wrodzony talent do gry na dwunastostrunowej gitarze, wokalistyka śpiewać przejmującym głosem, pełnym smutku, lamentu oraz wszechobecnej tęsknoty za wszystkim, co tylko możliwe. Dobrze, jak jest również ładna.
Nieskrywająca już wcale niemłodego dekoltu, z rozwichrzonymi włosami, ciemnej skóry artystka zakończyła właśnie swój drugi występ, odśpiewując kolejne trzy smętne songi, gdy Qian Ting zerknęła na zegarek i nachylając się do mego ucha, szepnęła:
– Warto było zobaczyć i posłuchać, ale chodźmy już stąd.
– Nie chciałem tego mówić, ale w tym wieku to wolę już Dolly Parton.
– A to dlaczego?
– Ma zdecydowanie mniej pomarszczony dekolt.
– Może dlatego, że taki wypchany.
– To też, i więcej się śmieje.
– No dobrze. Wychodzimy.
Kiedy ponownie byliśmy na moście i przechodziliśmy nad połyskującą cieniami latarni czarną wstęgą rzeki Tag, Qian Ting w refleksyjnym nastroju oznajmiła:
– Wszystko, co nowe, podlega naszej kwalifikacji. Europa dzięki częstym połączeniom z resztą świata już nie jest tak egzotyczna, chociaż nadal stanowi cel godny zwiedzenia i poznania. Lubię Rzym pomimo nieustającego wrzasku jego mieszkańców, lubię też Paryż, mimo że przecież czystością nie grzeszy. Jednak jak wszędzie to ludzie są najciekawsi i tutaj ponownie muszę przyznać, że to Francja zmierza ku prowadzeniu.
– Czyżby i moja skromna osoba miała w tym jakiś udział? – Ująłem ją pod ramię.
– Skromna to ona nie jest, ale jakiś tam udział może mieć.
– Chciałbym ci powiedzieć coś równie miłego, ale wybór jest tak duży, że nie jest to łatwe.
– Możesz zacząć wyliczać, do hotelu jest jeszcze kawałek. – Poczułem, jak jej ramię mocniej lgnie do mej dłoni.
Ling Mang wielokrotnie zwracała mi uwagę, że zbytnie komplementowanie kobiet nie zawsze jest mile widziane, a nawet często jest oznaką obraźliwej nachalności, zaś porucznik Jane Bell twierdzi, że lizusostwo w podrywie to strata czasu, gdyż kobieca decyzja i tak już została podjęta w pierwszym spojrzeniu. Ich uwagi zawsze są dla mnie cenne, tylko szkoda, że czasami zbyt późno zapalają swoje czerwone światełko. Niestety i tym razem mogłem już tylko brnąć dalej.
Zacząłem wymieniać:
– Na pierwszy rzut oka marzenie mężczyzn, po wstępnym poznaniu swym wykształceniem oraz inteligencją bliższa ekstremalnemu wyzwaniu, finansowa niezależność dodaje atutu bezpieczeństwa, wyniosła w obyciu i ogólnie raczej niedostępna. Ponadto w zakresie przyjmowanych pozycji własnego ciała ceni sobie zaciskanie kolan.
– Odniosę się tylko do tych kolan. – Ting wbrew moim oczekiwaniom nie zamierzała uwolnić swojego ramienia. – Określenia mojej siostry obarczone są zbytnią swobodą i wynikają głównie z chęci eksponowania własnej niezależności, niewiele natomiast mają wspólnego z poprawnym zachowaniem. A zaciśnięte kolana niewątpliwie stanowią znacznie bardziej kuszące wyzwanie, z czym chyba się zgodzisz, prawda?
– Zapomniałem dodać: zwodnicza w swej prezencji.
– A niekiedy nawet całkiem szczera – Ting spojrzała na zegarek – pospieszmy się, już niedługo północ. – Przyspieszyła kroku.
– Czytałaś ostatnio Kopciuszka?
