Zgadnij, kim jestem - Kamila Cudnik - ebook
BESTSELLER

Zgadnij, kim jestem ebook

Kamila Cudnik

4,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Robert to policjant, mężczyzna z przeszłością. Pewnej nocy wraca ze spotkania z informatorem. Na moście dostrzega coś, co każe mu się zatrzymać. Młoda kobieta wchodzi na barierkę. Robert działa błyskawicznie. Ściąga ją na ziemię i zabiera na komisariat. Kobieta oznajmia, że właśnie tak świętowała swoje urodziny. Robert odwozi ją do domu. Od tej chwili nie może przestać o niej myśleć i szuka okazji do spotkań. Iza, artystyczna dusza, fascynuje go. Dlaczego mieszka sama w starym dużym domu? Czego mu nie mówi?

Krótko po tym przyjaciółka znajduje Izę pobitą do nieprzytomności. Pojawia się wiele znaków zapytania…

Zgadnij, kim jestem jest kolejną, po Historiach miłosnych, powieścią Kamili Cudnik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Kamila Cudnik Zgadnij, kim jestem ISBN Copyright © by Kamila Cudnik, 2020All rights reserved Projekt okładki i stron tytułowych Anna M. Damasiewicz Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Mojemu Mężowi

„Tak tak — tam w lustrze To niestety ja”.

Fragment piosenki Tak… tak… to ja Grzegorza Ciechowskiego, który zaczynał swoją działalność artystyczną w toruńskim klubie studenckim „Od Nowa” w 1980 roku.

Rozdział 1

21 marca 2018 r.

Jedenaście lat temu ułożył sobie życie, a teraz je zniszczył. Stał na toruńskim moście w środku nocy i patrzył w dół na spokojnie płynącą wodę. Gdy podniósł głowę, zobaczył przepiękne toruńskie stare miasto. Zaczynała się wiosna.

Ostatnie miesiące spędził w Szczytnie. Iza nie powiedziała ani słowa, kiedy oznajmił, że jedzie na szkolenie. Nigdy nic nie mówiła, nie robiła awantur, akceptowała jego pomysły. Tym razem też tak było. Spakował się i wyjechał na kilka miesięcy, zostawiając jej dom i dziecko na głowie.

Walnął pięścią w metalową barierkę, bo nie tak miało być. Miał czterdzieści jeden lat, żonę i dziecko. W październiku dostał propozycję awansu, a potem wszystko się posypało.

*

Październik 2017 r.

Takie miasta jak Szczytno przygnębiają. Szkolenia policyjne robią to w dwójnasób. Jest na to tylko jedno lekarstwo, zawsze można się upić. Niektórzy jeszcze korzystają z seksualnych uciech, ale on tego unikał, przynajmniej do czasu.

Robert zakrył głowę poduszką, żeby nie słyszeć uginającego się rytmicznie łóżka w pokoju obok. Przed chwilą rozmawiał z Izą przez telefon i te dwie rzeczy kompletnie mu się nie zgrywały. Od czasu, kiedy się z nią związał, był jej wierny, właściwie od momentu, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.

*

— Cześć, mogę się przysiąść?

— Proszę. — Mężczyzna przy stoliku obok przesunął się, robiąc miejsce atrakcyjnej kobiecie, która usiadła naprzeciwko niego, i dalej siorbał zupę, nie podnosząc wzroku. Robert wiedział, że to tylko poza, bo ten sam facet rżnął ją poprzedniej nocy, nie dając mu spać. Przez cienkie ściany można doskonale zorientować się w życiu sąsiadów, zwłaszcza gdy zachowują się bardzo głośno.

Facet miał głowę ogoloną na jeża, policyjny granatowy sweter z pagonami i twarz zdradzającą twardy charakter. Zgodnie z wrażeniem, jakie robił na postronnych obserwatorach, dokończył w milczeniu posiłek, po czym wstał, odniósł talerz i wyszedł ze stołówki, nie zaszczycając kobiety nawet jednym spojrzeniem.

— Sukinsyn — mruknął Robert, kończąc swoją porcję zupy.

— Przecież to jej wybór. — Antek wzruszył ramionami, przerywając na moment jedzenie.

— Masz rację, młody, ale i tak mi jej żal.

Więcej się do siebie nie odezwali. Żaden z nich nie był wylewny, ale i tak świetnie się rozumieli, może właśnie dlatego, że niewiele gadali, skupiając się raczej na ważniejszych rzeczach.

W środku nocy ponownie obudził ich hałas. Tym razem nie skrzypiało nadmiernie eksploatowane łóżko, tylko ktoś usiłował się dostać do jednego z pokoi, ale nie bardzo mu się udawało. Robert wyjrzał na korytarz.

Kobieta była pijana, trzymała w rękach buty i waliła pięścią w drzwi obok.

— Czego się gapisz?! — wrzasnęła na niego, odrzucając z twarzy ciemne włosy.

Nie odpowiedział. Podszedł do niej, delikatnie objął ramionami i zaprowadził do swojego pokoju. Młody podniósł się na łóżku, kiedy zobaczył, kogo wprowadza.

— Robert, coś ty — mruknął.

— Cicho, śpij. Ochłonie, to ją odprowadzę.

W efekcie przespał noc u boku pijanej kobiety i nie było mu to niemiłe. Przeciwnie, przyjemnie i ciepło, mimo że spała w ubraniu i prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, że znajduje się w innym łóżku niż to, w którym pragnęła się znaleźć.

Rano obudził się, jak tylko kobieta obok otworzyła oczy. Najwyraźniej zupełnie nie rozumiała, co się stało.

— Co ja tu, kurwa, robię? — spytała ochrypłym głosem.

Nie odpowiedział. Od tamtej chwili spędziła z nim wiele nocy.

*

Wrzesień 2007 r.

Wracał ze spotkania z informatorem, była noc, latarnie odbijały swoje światła od asfaltu, a na ulicy nie spotkał żywej duszy. Podgórz pod tym względem bardzo się różnił od prawobrzeżnej części Torunia. Po chwili znalazł się na moście. Teraz widział miasto w całej okazałości. Średniowieczne mury obronne podświetlały od dołu specjalne reflektory. Od zawsze był policjantem i nie bardzo znał się na historycznych ruinach, ale podobało mu się to miasto.

Zatrzymał się niemal natychmiast. Dreszcz przebiegł mu po plecach w przeczuciu niebezpieczeństwa. Zaniepokojony patrzył na postać przy balustradzie. Miała na sobie krótki czarny płaszcz. Nie rzucała się w oczy. Odgarnęła z niecierpliwością ciemne włosy, z którymi wiatr wyczyniał cuda. Zwrócona w kierunku oświetlonego miasta, mogła być tylko spóźnioną spacerowiczką, ale jemu instynkt podpowiadał coś innego. Czekał w samochodzie z zapalonymi światłami na dalszą część spektaklu. Nie pomylił się.

Schyliła się, zdjęła buty i wspięła się lekko na balustradę. Prostowała się powoli, rozsuwając ręce. Zamarł. Niemal nie oddychał, gdy wysunęła do przodu stopę i przeniosła na nią ciężar ciała. Potem znowu przesunęła nogę po wąskim metalowym drążku i znalazła się o kilka centymetrów dalej. Powinien coś zrobić, zdjąć ją stamtąd, a nie mógł się poruszyć, sparaliżowany strachem. Mogła w każdej chwili spaść. Dwa samochody minęły go, nie zatrzymując się. Wysiadł.

Postawiła kolejny krok, dotykając metalu najpierw palcami, a potem ostrożnie stawiając całą stopę. Patrzyła przed siebie. Ruszała się jak baletnica. Przez chwilę wbrew sobie był tym nawet zafascynowany. Posuwała się powoli, krok za krokiem. Przeszedł niemal bezszelestnie na chodnik. Była tak niedaleko, ale albo nie wyczuwała jego obecności, albo po prostu nie zwracała na niego uwagi. Podszedł bliżej. Stanął tuż za nią. Miał przed oczami szczupłe nogi w czarnych rajstopach. Chciał ją chwycić, zanim zorientuje się, że ktoś za nią stoi. Odezwała się tak nagle, że zamarł z wrażenia.

— Czego pan chce? — Głos miała spokojny, jakby rozmawiali przy kawiarnianym stoliku. Zaczęła odwracać się w jego stronę, a jemu zbrakło tchu. Stanęła plecami do rzeki. Nagły podmuch wiatru zasłonił jej twarz włosami, a ona znowu je odgarnęła. Wydawało się, że utrzymanie równowagi nie stanowi dla niej żadnego problemu, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że najmniejszy przypadkowy ruch może spowodować katastrofę. Szybko wyciągnął ręce, chwycił ją w pasie i postawił na chodniku. Miał ściśnięty ze strachu żołądek, oddychał płytko i szybko, jak po niespodziewanym biegu. Mimowolnie spojrzał na płynącą w dole wodę i poczuł dreszcz na plecach.

— Zwariowałaś?! — W końcu wydobył z siebie głos. Był bardziej zdenerwowany, niż przypuszczał.

— To nie pańska sprawa. Muszę już iść. — Rozejrzała się za butami i ruszyła w ich stronę.

Poszedł za nią. Sięgnęła po buty, wsunęła w nie stopy i zaczęła sznurować. Miał czas na zebranie myśli. Kiedy się podnosiła, wyczuł woń perfum, pachniała pomarańczą i czymś jeszcze, czymś egzotycznym.

— Naprawdę muszę już iść. I proszę nie wyobrażać sobie, że uratował mi pan życie, nie miałam zamiaru utopić się w Wiśle.

— Nie? A jaki miałaś zamiar?

Zmrużyła oczy i patrzyła na niego uważnie przez kilka sekund. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po chwili wzruszyła ramionami i spokojnie odpowiedziała:

— Świętowałam urodziny. — Po czym odwróciła się i chciała odejść. Nie zrobiła nawet kroku, gdy to on się odezwał.

— Zapraszam — powiedział tonem, do którego przywykł na patrolach, i ruszył w stronę białego forda, pewien, że dziewczyna pójdzie za nim. Kiedy wyczuł, że tak się nie stało, odwrócił się. Stała wciąż w tym samym miejscu, niewzruszona, i przyglądała mu się z ciekawością. Zmarszczył brwi.

— Na co czekasz? — spytał.

— Chyba nie liczy pan, że wsiądę do samochodu z obcym mężczyzną? — odpowiedziała pytaniem.

— Rozumiem. — Sięgnął do kieszeni na piersi i machnął służbową legitymacją. — Aspirant Robert Bukowski. Komenda Miejska.

Dziewczyna odwróciła się w stronę Kępy Bazarowej i najwyraźniej zamierzała odejść.

— Nie radzę — powiedział.

— Słucham? — Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę.

— Wolałbym, żebyś mnie posłuchała i wsiadła dobrowolnie do radiowozu.

Podeszła bliżej.

— Z jakiego powodu?

— Jakiegokolwiek, ja nie żartuję. — Chwycił ją za łokieć i przytrzymał mocno. Popatrzyła najpierw na jego dłoń zaciśniętą na swojej ręce, potem spojrzała mu w oczy.

Nie puścił jej. Otworzył tylne drzwi i wsadził do środka. Nie opierała się. Patrzyła w okno, kiedy jechali w stronę starówki. Co jakiś czas zerkał we wsteczne lusterko. Jej twarz nie zdradzała emocji. Wyglądała, jakby liczyła po drodze mijane samochody określonej marki albo ludzi w kapeluszach.

Komisariat był pusty. Rząd krzeseł pod ścianą wyglądał nędznie w ponurym sztucznym świetle. Kazał jej usiąść. Zrobiła to, a potem udawała, że z zaciekawieniem ogląda plakaty powieszone nad pustą w tej chwili recepcją. Po drugiej stronie dyżurny za szklaną ścianą przyglądał im się uważnie. Robert podszedł do drzwi, wstukał kod i po chwili stał obok niego.

— Cześć, Piotruś. — Wyciągnął dłoń na powitanie.

— Coś ty znowu przyprowadził? — Dyżurny podniósł głowę znad książki wydarzeń. — Co mam wpisać?

— Na razie nic. Wlazła na barierkę mostu, to zdjąłem. — Wzruszył ramionami i oparł się o stojącą z tyłu ławę. — Zabiorę ją, a potem zobaczymy.

— Dobrze, że w nocy. Znowu byłby korek na całe miasto. Mówiła coś?

— Świętowała urodziny.

Piotr pokiwał głową. Nawet nie chciało mu się komentować, w ciągu dwudziestu lat służby napatrzył się i swoje wiedział. Ludzie tylko z pozoru wydają się normalni.

Szła za mężczyzną, który kilka chwil wcześniej chwycił ją w pasie i ściągnął z barierki mostu, i przeklinała własną głupotę. Nie powinna się tak zachowywać. Sama nie wiedziała, co ją podkusiło, żeby tam wejść, równie dobrze mogła sobie pospacerować po krawężniku. Może nie byłoby tak pięknie, ale nie wpakowałaby się w kłopoty.

Policjant stawiał duże szybkie kroki, ledwie za nim nadążała. W końcu otworzył ostatnie drzwi w korytarzu i wpuścił ją do środka.

Zanim weszła, rozejrzała się po pomieszczeniu. Było wyjątkowo brzydkie. Pod ścianami stały dwa biurka, dwie brązowe szafy pancerne i jeden stary komputer na kulawym stoliku. Robert pewnym ruchem przysunął sobie krzesło i rozsiadł się wygodnie za biurkiem.

— Zapraszam. — Wskazał krzesło stojące naprzeciwko. — I poproszę dowód osobisty.

Zawahała się. Stała przez chwilę z rękami w kieszeniach płaszcza, jakby podejmowała decyzję. W końcu wyjęła dłoń, w której trzymała etui na dokumenty. Podała mu je i usiadła, zakładając nogę na nogę.

Wziął dokumenty i zaczął przeglądać. Po dłuższej chwili podniósł wzrok, odłożył dokumenty na biurko, odchylił się na krześle, rozprostował nogi i splótł ręce na karku.

— Kończysz dzisiaj dwadzieścia trzy lata. Z tego powodu postanowiłaś się zabić?

— Nie — odpowiedziała.

Podniósł się, przysunął do biurka i oparł ramiona na blacie.

— To po co w takim razie weszłaś na tę barierkę?

Nie umiała odpowiedzieć, więc zamilkła. Była sama na świecie. Z kim miała świętować? Z jedyną przyjaciółką, która dla odmiany miała schorowaną zaborczą matkę i musiała się nią prawie non stop opiekować?

— Czekam na odpowiedź. — Usłyszała po dłuższej chwili, więc wróciła myślami do ponurego pokoju i dziwaka siedzącego przed nią. Miał może trzydzieści lat i coś drapieżnego w wyrazie twarzy. Wolała go nie drażnić.

— Nie miałam zamiaru skakać, naprawdę — powiedziała.

— Narażanie własnego życia też jest karalne. Mogło być tak — potarł palcami brodę — ktoś mógł wezwać policję, widząc cię na barierce mostu. Najpierw przyjechałby jeden patrol, potem kolejny, wstrzymaliby ruch na moście i sparaliżowali całe miasto. Potem pojawiłby się negocjator, komendanci i straż pożarna. Zrobiłoby się niezłe zamieszanie.

— Na szczęście się nie zrobiło. Mogę iść do domu?

— Nie — burknął. Uruchomił komputer. Odczekał chwilę, wstukał hasło i zapalił papierosa. Trzymając go w ustach, wstał i wyjął białą papierową teczkę z szafy pancernej. Potem spokojnie usiadł za biurkiem i zaczął pisać.

Iza siedziała zniecierpliwiona w niewygodnej pozycji. Zdążyła obejrzeć dyskretnie każdy detal pokoju, łącznie z brudnym sufitem. Uparty mężczyzna był pogrążony w pracy. Odwróciła głowę po raz dziesiąty w stronę nędznej firanki i aż podskoczyła, gdy się odezwał:

— Mam zaległości, jak widzisz. Zdążysz chyba przemyśleć, co ci powiedziałem, zanim skończę?

Nie podniósł wzroku znad kartki. Ręka cały czas wodziła po papierze.

— Mogę iść do domu? — spytała po raz kolejny.

— Nie. Narażenie życia, pamiętasz?

— Przecież to moje życie. Mogę z nim zrobić, co chcę. Prawda? — zdenerwowała się.

— Raczej byłoby to marnotrawstwo — odpowiedział zniecierpliwiony.

— Ta rozmowa robi się groteskowa — prychnęła.

— Ja jestem śmiertelnie poważny. Do rana zdecyduję, co z tobą zrobić, więc lepiej bądź grzeczna.

Nawet na nią nie spojrzał. Z papierosem w ustach przeglądał dokumenty, coś zapisywał, czasami pisał również w komputerze. Krzesło było bardzo niewygodne, pęcherz powoli zaczął ją uwierać, a oczy kleiły się ze zmęczenia. Raz po raz wodziła wzrokiem po ponurym pokoju i snuła wizję zemsty na nadgorliwym policjancie. Z każdą kolejną minutą żałowała, że weszła na ten cholerny most. Może mówił prawdę i niewiele brakowało, a narobiłaby niezłego zamieszania.

Przebudziła się, ścierpnięta do granic możliwości. Otworzyła na chwilę oczy, przypomniała sobie, gdzie jest, i zamknęła je ponownie, kompletnie zniechęcona. Zaczęła się zastanawiać, jak będzie się czuła po takiej nocy.

Kolejne przebudzenie. Nadal było ciemno. Przy biurku paliła się lampka, ale policjant zniknął. Pomimo koszmarnego bólu karku myślała coraz jaśniej. Wyprostowała się i zmieniła pozycję, przesuwając jednocześnie ręką po obolałej szyi.

— Dochodzi szósta.

Obróciła się gwałtownie na dźwięk jego głosu. Trzy metry dalej w kącie pod oknem siedział na wysłużonym fotelu z drewnianymi podłokietnikami. Zerwała się z miejsca. Mężczyzna podniósł się z fotela bez pośpiechu.

— Mam nadzieję, że się wyspałaś.

— Proszę ze mnie nie kpić — odburknęła, jeszcze niezupełnie przytomnie. W tej chwili myślała tylko o tym, żeby się umyć i spokojnie wyspać w swoim łóżku. Szum w uszach stawał się nie do zniesienia.

Policjant zebrał dokumenty, włożył do szafy, zamknął ją i zaplombował plasteliną. Nie chciała o nic pytać, chociaż zabawa plasteliną w wykonaniu dorosłego mężczyzny wydawała jej się głupia. Wyszli. Bez słowa puścił ją przed siebie. Znów szła tym samym długim korytarzem, oświetlonym jarzeniówkami.

— Tu jest łazienka — powiedział, mijając kolejne drzwi. — Poczekam.

— Nie będzie mnie pan pilnował jak na filmach? — spytała bezmyślnie.

— A chciałabyś? — Uśmiechnął się, a ona niemal wrosła w ziemię. Ponury wyraz twarzy zniknął momentalnie. Nagle wydał jej się bardzo normalny i bardzo zmęczony, ale wrażenie trwało zaledwie chwilę. Szybko zniknęła w toalecie.

Przeszklone drzwi budynku zamknęły się z lekkim trzaskiem, a przeraźliwie zimno natychmiast przeniknęło przez ubranie. Nieliczne drzewa uginały się przed silnym wiatrem.

— Chyba testują na was, ile można wytrzymać bez snu — odezwała się, wsiadając do starego volkswagena, którego jej wskazał. Policjant zignorował jej słowa. Wyjechał z parkingu, skręcił w prawo, minął Cinema City i przejechał na drugą stronę mostu. Zatrzymał się na nierównym chodniku prawie naprzeciwko kościoła Franciszkanów.

— Ktoś jest w domu? — spytał, zaciągając ręczny hamulec.

— Mieszkam sama — odpowiedziała.

Poczekał, aż zniknęła w środku. To był duży dom za zniszczonym ogrodzeniem z zielonej siatki. Z budynku odpadały całe płaty brudnego tynku, a ogród już od dawna był tylko zachwaszczonym kawałkiem ziemi. Zawrócił i wjechał na jezdnię.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2

Iza przekręciła klucz w zamku i weszła do domu. Było zimno jak w psiarni. Wspomnienie ostatniej nocy uwierało ją jak za ciasny but. Zamknęła drzwi i oparła się o nie. Przymknęła oczy, powtarzając w myślach, że za chwilę napali w piecu i znowu wszystko będzie w porządku. Policzyła do dziesięciu i osunęła się na podłogę. Fala bezradności znów atakowała umysł. To wina zmęczenia, powtarzała w myślach, próbując się skoncentrować na jakiejkolwiek czynności. Najważniejszy był zawsze początek, pierwszy krok, malutki kroczek, a potem już jakoś się kulało. Objawy depresji atakowały ją coraz częściej. Zaczęły się od śmierci ojca rok temu, ale powracały w coraz krótszych odstępach czasu.

W końcu wzięła wiadro, zeszła do piwnicy i z wprawą napełniła je węglem. Przytarganie tego ciężaru do salonu było sporym wyczynem, choć już do tego przywykła. Przykucnęła obok brązowego pieca kaflowego, który sięgał prawie do sufitu. Odgarnęła popiół, wrzuciła kilka drobnych kawałków węgla, podpaliła starą gazetę z leżącego obok stosu i wrzuciła do pieca. Kiedy się rozpaliło, dołożyła czarnych bryłek i z ulgą zamknęła drzwiczki. Usiadła na kanapie i czekała, aż ciepło rozejdzie się po wnętrzu. Oparła się o wezgłowie kanapy. Powieki powoli zaczęły opadać ze zmęczenia…

*

Rozejrzała się zdumiona, usiadła i opuściła stopy na podłogę. Najwyraźniej zasnęła w ubraniu, bo cały czas miała na sobie płaszcz i buty. Wspomnienie wracało powoli, skrzywiła się na myśl o wczorajszej przygodzie. W końcu poszła do łazienki, uporała się ze spóźnioną toaletą, zrobiła sobie śniadanie i zabrała je do pracowni, żeby nie tracić czasu.

Postawiła talerz na okrągłym drewnianym stoliku na jednej nodze, wtuliła się w pluszowy fotel w kolorze gorzkiej czekolady i wzięła kanapkę z ogórkiem. Dopiero teraz poczuła się nieco spokojniejsza. Chleb był mięciutki, rozpływał się w ustach, a ogórek pachniał wiosną. Włożyła ostatni kęs do ust, strzepnęła okruszki nad talerzykiem i sięgnęła po szkicownik. Pierwsze pociągnięcia ołówkiem uświadomiły jej, że nie zapomni tej twarzy zbyt szybko. Po kilku chwilach patrzył na nią z kartki mężczyzna około trzydziestki o drapieżnych rysach, a jednocześnie bardzo pociągający. Miał zmrużone oczy, lekki zarost i zmarszczki mimiczne wokół oczu. Niezbyt szerokie usta zaciskały się w grymasie ironii połączonej z pewnością siebie.

W końcu odłożyła szkicownik na stolik i zabrała się do prawdziwej pracy, niedokończonego obrazu, który stał na sztalugach.

Dźwięk telefonu wytrącił ją z równowagi. Podskoczyła z wrażenia, ręka na moment zastygła bez ruchu, odłożyła pędzel i podeszła do aparatu. Podniosła słuchawkę. Po raz kolejny usłyszała ciszę, nawet nie czyjś oddech, tylko ciszę, jakby tam, po drugiej stronie, nie było nikogo. Ktoś dzwonił i się nie odzywał, tak było już od roku, ale tym razem coś się musiało zmienić, bo nagle usłyszała:

— Lilly?

Rzuciła słuchawką. To był męski głos. Tak nazywała ją tylko mama, a ona nie żyła od dawna. I od dawna Iza nie słyszała tego zdrobnienia. Zaczerpnęła duży haust powietrza, aż zabolały ją płuca. Najwidoczniej przez chwilę nie pamiętała o oddychaniu. Potem podeszła szybko do drzwi wejściowych i nacisnęła klamkę. Ustąpiły, więc szybko je zatrzasnęła i przekręciła zamek. Oparła się o nie. Musi pamiętać, że trzeba je zamykać. Łzy szczypały ją pod powiekami. Przymknęła oczy i po chwili otworzyła. Już było normalnie. Podeszła do telefonu i odłożyła słuchawkę na widełki. Trzeba będzie zmienić numer i go zastrzec.

Odwróciła się, żeby wrócić do pracowni, gdy telefon zadzwonił ponownie. Przez moment słuchała natarczywego dźwięku, aż w końcu ostrożnie podniosła słuchawkę. Przez chwilę znowu trwała cisza, a potem odezwał się ten sam głos:

— Lilly? Nie chciałbym, żebyś gziła się z jakimś gliną. Pamiętaj o tym. — Słyszała, jak odłożył słuchawkę. Przez moment odrętwiała wsłuchiwała się w przerywany sygnał.

*

O dwudziestej pierwszej pracę przerwała jej Marzena, przyjaciółka mieszkająca w sąsiedniej kamienicy, którą znała od dzieciństwa. Marzena miała zwyczaj pojawiać się u Izy właśnie wieczorami, kiedy jej schorowana apodyktyczna matka zastygała przed telewizorem, zbyt zmęczona, żeby dalej tyranizować córkę. Zazwyczaj zasypiała w ciągu godziny, a Marzena zyskiwała kilka bezcennych chwil tylko dla siebie.

Iza podniosła głowę, gdy usłyszała ciche kroki na korytarzu, i uśmiechnęła się. Marzena miała klucz i nie zawracała sobie głowy dzwonieniem do drzwi, bo doskonale wiedziała, że szalone artystki czasami zapominają o całym świecie i w życiu nie przyjdzie im do głowy, że właśnie ktoś przyszedł je odwiedzić i wali w drzwi. Pomyślą, że to im się wydaje. Dawniej, gdy jeszcze żył pan Zaniewski, to on wpuszczał Marzenę do domu, robił przepraszającą minę i informował, że córka jest w pracowni.

Iza spojrzała na przyjaciółkę. W eleganckim kostiumie w kratkę, w krótkiej spódniczce, szytej ze skosu, wyglądała niezwykle pociągająco. Powinna mieć mnóstwo adoratorów, a tymczasem od zawsze była sama.

— Nie ruszaj się — powiedziała Iza, tknięta nagłym impulsem. Szybko wyszła do przedpokoju i sięgnęła po aparat fotograficzny, który zawsze leżał pod ręką. Wróciła i przyklękła, zniżając się do poziomu modelki.

— Jesteś wyjątkowo piękna, nie zmieniaj pozycji — powiedziała.

— A ty wyjątkowo stuknięta. — Marzena wzruszyła ramionami. Wytrzymała chwilę i klapnęła na fotel. — Wystarczy, że matka mi rozkazuje, ciebie nie będę słuchać, nawet jeśli jestem według ciebie najpiękniejsza na świecie.

Iza się uśmiechnęła i zerknęła na wyświetlacz aparatu cyfrowego. To były dobre zdjęcia.

— I nie myśl, że znowu będę ci pozować. Nie mam na to czasu.

— Wiem, dlatego robię zdjęcia. Wystarczy, że posiedzisz trochę, resztę namaluję z fotografii. Co u mamy?

— To, co zwykle. Dzisiaj ma akurat migrenę. Nie chcesz wiedzieć, co miała wczoraj i przedwczoraj.

— A co będzie miała jutro?

— Ogólne osłabienie. Zapowiadają silny wiatr, a ona zawsze tak reaguje na zmianę pogody. — Marzena komicznie przewróciła oczami. — Nieważne. Co u ciebie?

— Spędziłam noc w komisariacie.

Marzena zastygła, patrząc na przyjaciółkę, która w tym czasie kręciła się wokół stołu, zupełnie nie zauważywszy, jakie zrobiła wrażenie.

— A co tam robiłaś?

— Głównie siedziałam na krześle i cierpłam. Jakiś stary policjant uparł się, że mnie nie puści, bo się zabiję.

— Możesz jaśniej?

— Czy ja wiem? — Iza zawahała się. Sama nie wiedziała do końca, jak to się stało. — Kiedy poszłaś do domu, to ja dla odmiany wyszłam na spacer. Było mi zbyt samotnie, urodziny są tylko raz w roku, a moje były do tego bardzo smutne. Właściwie bardziej logiczne byłoby pójść spać albo się upić, żeby o tym smutku zapomnieć, ale jakoś tak inaczej się potoczyło. Poszłam na most, żeby popatrzeć na toruńskie stare miasto nocą, i nagle pomyślałam sobie, że fajnie byłoby poczuć, jak to jest, gdy stoi się wysoko nad głęboką wodą. Weszłam na barierkę i przeszłam kilka metrów. Pech chciał, że przejeżdżał tamtędy policjant, który zatrzymał się i zabrał mnie do komisariatu, a potem nie chciał wypuścić aż do rana. Wyobraź sobie, że odwiózł mnie do domu.

— Stary ten policjant? Co się tak przejął?

— Tak koło trzydziestki. Mogę ci nawet pokazać, bo zanim przyszłaś, naszkicowałam go sobie.

Marzena spojrzała na kartki z portretem policjanta.

— Może i koło trzydziestki, ale bardzo staro nie wygląda.

— No nie wiem. — Iza znowu się zawahała. — Jakiś taki marudny. Daj dokumenty, nigdzie nie pójdziesz i takie tam. I jeszcze: dlaczego chciałaś się zabić. A guzik, wcale nie chciałam. Jak taki mógłby zrozumieć, że zrobiło mi się smutno, że jestem sama? Trzy miesiące temu obroniłam dyplom i nawet nie mogłam się nikomu pochwalić, bo komu? — Wzruszyła ramionami. — Miałam pójść z tym papierem na cmentarz i zaprezentować nad grobem?

— Powiedziałaś mu to?

— Po co? Ma pewnie ojca, matkę, siostrę albo brata i jeszcze kilka ciotek. I jest ode mnie starszy o kupę lat. A ja co? Mam dwadzieścia trzy lata i jestem sama jak palec.

— Masz brata — powiedziała cicho Marzena.

— Jasne. Mam przyrodniego brata, który od dawna mieszka we Francji, jest żonaty i ma własne życie.

— Ja mam tylko matkę.

— Wiem. — Podeszła i objęła przyjaciółkę. — Przepraszam, że się tak nad sobą użalam. Za dużo mi się przytrafiło i jeszcze te głuche telefony. Dzisiaj po raz pierwszy się odezwał, wiesz? Jak usłyszałam, że zapytał Lilly?, o mało nie padłam trupem. Moja mama nie żyje od dawna, a tylko ona tak mnie nazywała.

— Żartujesz, prawda? — Marzena odsunęła ją na długość ramienia i lustrowała jej twarz badawczym wzrokiem, jakby nie mogła się zdecydować, na co patrzeć: na oczy, usta, nos czy jeszcze jakiś inny punkt.

— Przestań! Oszaleję od twojego rozbieganego wzroku. I wcale nie żartuję. Musiałabym mieć niezłą wyobraźnię, żeby coś takiego wymyślić.

— No właśnie. Co jeszcze? Mów!

— Skąd wiesz, że jest coś jeszcze?

— Znam cię.

— Czasami wydaje mi się, że zamknęłam drzwi, a one potem są otwarte.

— Matko. Dzwoń do ślusarza.

— Marzena, zmiłuj się. Nie dzisiaj. Jest późno.

— A jeśli to jakiś szaleniec? Zabije cię dzisiaj i co wtedy?

— Bajki opowiadasz.

*

Rano znalazła numer w internecie. Ślusarz przyjechał w niecałą godzinę, a kolejne dwa kwadranse później Iza trzymała komplet nowych kluczy.

— Proszę — powiedziała, odczepiając jeden i podając Marzenie, która czekała z niecierpliwością na finał wymiany zamka, ponieważ spieszyła się do pracy, a z drugiej strony nie chciała zostawić Izy samej z obcym mężczyzną.

— Może lepiej zatrzymaj wszystkie. — Marzena zawahała się.

— Nie wygłupiaj się. — Iza spojrzała zaskoczona reakcją koleżanki. — Musisz mieć. A jak mi się coś stanie?

— Przestań. — Dziewczyna wyraźnie zadrżała i wyciągnęła rękę po mały metalowy przedmiot. Zamknęła go w dłoni.

*

Marzena przyszła do niej zaraz po pracy. Często tak robiła, jeśli udało jej się przyjechać wcześniejszym autobusem, miała wtedy dodatkowe dwanaście minut wolności przed powrotem do domu. Jak zwykle wyszła pięć po piątej.

Wieczorem Iza postanowiła zrobić obchód parteru. Zaglądała po kolei do wszystkich pomieszczeń ogromnego domu, który dawnej tętnił życiem, a teraz stał się jej mauzoleum, przynajmniej tak się czuła, jak mumia zasuszona w wielkim budynku pełnym wspomnień. Z ulicy wpadały od czasu do czasu smugi światła przejeżdżających samochodów, poza tym było ciemno i cicho. Na chwilę usiadła w salonie na kanapie, podciągnęła nogi pod brodę i wsłuchiwała się w nocną ciszę, wypełnioną dźwiękami, które giną w dziennym zgiełku. Zegar wiszący w przedpokoju tykał miarowo. Kiedy kładła się do łóżka, było już po drugiej.

Przewracała się w pościeli, nasłuchując każdego szmeru, próbowała skierować myśli na ostatnie dni. Przywołała w pamięci noc spędzoną na niewygodnym krześle w komisariacie. Coś było w tym policjancie, co ją poruszało. Dotknęła ciała w miejscach, gdzie chwycił ją, by ściągnąć z barierki. Jego ręce były silne, ale wyczuwała w nim jakąś delikatność. A może po prostu do obłędu łaknęła czyjejś bliskości. Westchnęła, takie myśli na pewno nie pozwolą jej zasnąć, za dużo było w nich niepokoju. W końcu zniecierpliwiona wstała i weszła na piętro, cicho jak kot skradając się po drewnianych schodach z kutą balustradą. Były piękne, jednak nie lubiła tu przychodzić. Stała przez chwilę niezdecydowana. W tym domu brakowało życia, był jak martwy. Zbudowany z myślą o licznej rodzinie, nie spełniał już swojej roli.

W końcu zbiegła po schodach i wpadła do pracowni. Zdyszana przesiedziała dłuższą chwilę na starym fotelu, a potem zziębnięta poszła z powrotem do sypialni i przewracała się niespokojnie w łóżku aż do rana.

*

Kolejny dzień spędziła samotnie, tak jak poprzednie. Kiedy jeszcze studiowała, musiała przynajmniej wychodzić z domu na zajęcia. Poza tym wtedy miała jeszcze ojca. Studenci jej nie interesowali, do innych mężczyzna nie miała głowy, no i czasu. Niekiedy miała wrażenie, że coś jej umyka, ucieka, ale malowanie było ważniejsze niż te wszystkie imprezy i pozy.

W tym dniu oprócz samotności było jeszcze coś irytującego. Kobieta w średnim wieku upierała się, że prawo nie przewiduje przedawnienia w przypadku kary dodatkowej nakładanej za brak biletu parkingowego. Iza tłumaczyła jej, że od czasu, gdy zaparkowała samochód ojca na starym mieście i kupiła bilet w parkometrze, ale przez nieuwagę położyła go za szybą odwrotnie, minęło prawie pięć lat. Rozumiała, że kontroler nie mógł odczytać kwitka za szybą, bo ten leżał zadrukowaną stroną w dół, ale kwestii braku przedawnienia już nie. Tłumaczyła, że wszystko ulega przedawnieniu, na przykład podatki po pięciu latach, mandaty po dwóch, więc opłata dodatkowa również, nawet jeśli prawo nie określa tego wprost. Wówczas należy się odwołać do przepisu, który reguluje podobny stan faktyczny.

— Ale to się nie przedawnia — upierała się urzędniczka.

— Jak to się nie przedawnia?

— Ani kodeks cywilny, ani żadna ustawa tego nie przewidują.

— Sprytnie. Wiedziałam, że nie przedawniają się zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne, ale o opłatach za parkowanie nie słyszałam.

Wyszła wściekła. To był jedyny raz, gdy prowadziła samochód. Nie był jej potrzebny, a kłopoty z parkowaniem skutecznie ją odstraszały.

Po sprzeczce w urzędzie, która ją zirytowała, ale i nieco rozbawiła, wsiadła do autobusu i wróciła na stare miasto. Zapatrzona w szarość za oknem, o mało nie zapomniała, żeby wysiąść na placu Teatralnym. Jesień wokół sprawiała, że w powietrzu unosił się szczególny smutek. Było ciepło i wilgotno. Iza minęła Stary Rynek, przeszła obok salonu Ery, księgarni diecezjalnej i poczty głównej. Zawahała się przy bramie kościoła Najświętszej Marii Panny. Nie było mszy. Nieliczni turyści kręcili się po wnętrzu. Weszła i przeżegnała się.

Przeszła główną nawą i skręciła w prawo, żeby znaleźć się w miejscu, gdzie stały stare konfesjonały. Ta część kościoła zachwycała ją najbardziej. Wrócił dobry nastrój. Usiadła na drewnianej ławce, oparła głowę o ścianę i miała wielką ochotę zostać tu na wieki. Nareszcie umysł odpoczywał, a emocje się wyciszyły. Lubiła sobie wyobrażać, jak przechodzą tędy ludzie z różnych epok, klękają w konfesjonałach, siadają w ławkach, modlą się. Czasami malowała takie właśnie sceny.

Ktoś wszedł. Wróciła do rzeczywistości. Miarowe kroki rozlegały się w wysokiej świątyni. Otworzyła oczy wprost na kolorowe witraże z żywotami świętych. Niechętnie przeniosła wzrok niżej i utkwiła spojrzenie w mężczyźnie, który zatrzymał się dwa metry od niej.

— Czyżbym znajdowała się w zainteresowaniu policji, czy też tylko pana? — spytała, marszcząc brwi.

— Po co tu przyszłaś? — Głos miał spokojny, stonowany, jakby mówił do dziecka. Wydawał się zaciekawiony.

— To moja obsesja, kocham kościoły. — Wzruszyła ramionami. — A pan?

— Na pewno ich nie kocham — odpowiedział. Rozglądał się bardzo uważnie, jakby lustrował pomieszczenie przed akcją. Przyjrzała mu się, zupełnie nie pasował do tego miejsca.

— Nie podoba się panu? — spytała. Wstała i podeszła bliżej niego. Dość wysoki, szczupły, o pociągłej twarzy, wydawał się wulkanem testosteronu, a jednak czuła przy nim dziwny spokój. Przyglądał się jej bez cienia uśmiechu.

— Aż ciarki przechodzą, prawda? — Dotknęła rzeźbionego drewna starej ławki. — Fascynują mnie, chociaż zupełnie nie wiem dlaczego. Jest w tym jakiś mistycyzm, jak w sztuce. — Odwróciła głowę, żeby znów zapatrzyć się w jakiś szczególny punkt. Podążył za jej wzrokiem, ale nic wyjątkowego nie zauważył.

— W prezbiterium jest grobowiec Anny Wazówny, bardzo ładny. Mogę panu pokazać. — Po chwili milczenia odezwała się znowu i ruszyła w stronę głównej nawy. Szedł o krok za nią. Zatrzymali się przed odgrodzoną sznurami częścią kościoła, w której znajdował się ołtarz. — Czarny marmur, piękny. Powinniśmy podejść bliżej.

Skinął głową, jakby chciał potwierdzić jej myśli, bo co mógł powiedzieć. W rzeczywistości patrzył na twarz dziewczyny o wyrazistych rysach i zupełnie nie miał głowy do marmurów, nawet czarnych. W końcu dotarło do niego, co zamierzała.

— Raczej nie powinniśmy — powiedział.

— Dlaczego nie? Nikogo tam nie ma. Kościół też jest pusty, proszę zobaczyć. — Powiodła dłonią, wskazując przestrzeń w tylnej części sakralnej budowli.

Dziewczyna uniosła sznur i zanim zdążył ją powstrzymać, podeszła szybko do wmurowanego w ścianę grobowca, znajdującego się po lewej stronie. Ledwie spojrzała na złote napisy, gdy dookoła jej głowy rozległ się donośny miarowy męski głos.

— Proszę opuścić prezbiterium! Proszę opuścić prezbiterium!

Drgnęła przerażona, odwróciła się i natychmiast wróciła do bezpiecznej strefy za sznurem.

Robert stał z założonymi na piersiach rękami i rozbawioną miną. Była przestraszona jak dziecko, które wymyśliło psotę i wpadło przez nieostrożność.

— Jezu, co to było? — jęknęła. — Chodźmy stąd. Kto im pozwolił tak straszyć ludzi?

Może właśnie w tamtej chwili stracił dla niej głowę. Rozśmieszyła go. Wydawała się zbyt poważna jak na swój młody wiek, mimo że na jego oczach przeszła po barierce mostu, narażając się bardziej, niż mógł sobie wyobrazić. Jeszcze teraz przeszywał go dreszcz na wspomnienie chwili, gdy chwycił ją w pasie i ściągnął na ziemię. Mógł nie zdążyć.

Po wyjściu z kościoła znaleźli się na niewielkim dziedzińcu, otoczonym murami, z którego boczną bramą można było wyjść na ulicę. Kiedy stanęli w cieniu arkad, oparł się o filar i z rękami w kieszeniach przyglądał jej się z zaciekawieniem.

— Skąd pan się tu wziął? Szedł pan za mną? — spytała.

— Nie.

Nie przyszło mu do głowy, żeby dodać coś więcej. Pochłonęło go patrzenie na nią. Nawet się nie wysilił po tamtej nocy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Na moment o niej zapomniał, aż do dzisiaj, gdy zobaczył ją wchodzącą do kościoła.

— Zauważyłem cię na ulicy i wszedłem się przywitać. Zapadłaś mi w pamięć.

Znowu zamilkł, a Iza gorączkowo zastanawiała się, jak uciec. Nie chciała być niegrzeczna, tylko czuła się w tej chwili odrobinę nieswojo, jakby nagle straciła głowę.

— Muszę już iść — powiedziała w końcu, ale nie ruszyła się z miejsca.

— Odprowadzę cię kawałek, mam trochę czasu.

Nie pozbyła się go. Szedł obok w stronę placu Rapackiego i milczał. Odezwał się dopiero w przejściu pod Łukiem Cezara:

— Mówiłaś, że lubisz kościoły. Jesteś nawiedzoną katoliczką?

Niemal się zatrzymała z wrażenia. Co to w ogóle za pytanie?

— Oczywiście, że nie.

— To by się kłóciło z możliwością popełnienia samobójstwa. Tak sądzę.

Rozzłościł ją.

— Ile razy mam powtarzać, że nie chciałam skoczyć z tego mostu? A katoliczką jestem tylko dlatego, że rodzice mnie ochrzcili, jak prawie każdego w naszym kraju, jeszcze w niemowlęctwie, ale tak się składa, że lubię msze, bo są widowiskowe. Cudo. A dzisiaj potrzebowałam ukojenia po spotkaniu z urzędniczą głupotą. Generalnie cisza w kościele, monumentalność chłodnego wnętrza i przepiękna sztuka sakralna tak na mnie działają. I proszę, spotkałam się z następnym przejawem głupoty. Kto to widział tak mnie straszyć? Przez moment myślałam, że to święty Piotr przemówił do mnie z zaświatów. Przepraszam, muszę już iść. — I na jego oczach przebiegła przez pasy na czerwonym świetle.

Nie był szczególnie przewrażliwiony na punkcie niewielkich oznak braku praworządności, ale zagotował się ze złości, widząc, że z powodu przebiegającej przez ulicę dziewczyny musiały zahamować co najmniej trzy samochody. I to dosyć gwałtownie. Zapalił papierosa i poszedł w swoją stronę.

*

Grudzień 2017 r.

— Może spędzimy razem Boże Narodzenie?

— Nie mogę, mam żonę. — To nie była zręczna odpowiedź. Leżąca u jego boku naga Ewa syknęła ze złością. Wyciągnął ramię spod jej głowy i zapalił papierosa.

— Może powinieneś się z nią rozwieść?

— Dla ciebie?

Nie odpowiedziała, odwróciła głowę i patrzyła w ścianę. Nie wiedział, co myśli, bo niby skąd, palił papierosa. Jak skończył, zapalił drugiego. Ewa miała dorastającą córkę, pamiątkę po jednym z kochanków, również policjancie. Mówiono, że dziewczyna jest bardzo podobna do ojca. Ewa była wysoką, długonogą brunetką, bardzo w jego typie, co nie zmieniało faktu, że nie zamierzał się rozwodzić. Widywałby pewnie wtedy córkę raz w tygodniu, a ona miała niecałe dziewięć lat, była mądrzejsza od Einsteina i ładniejsza niż jakakolwiek kobieta na świecie, przynajmniej dla niego. Skrzywił się i zgasił papierosa.

— Ubieraj się — rzucił i wstał. Wciągnął spodnie i poszedł do łazienki. Nie lubił paradować nago przy Ewie, co go dziwiło, bo zupełnie nie miał z tym problemu przy Izie. Nawet lubił, kiedy mu się przyglądała swoim wprawnym okiem artystki. Niestety, dawno już nie miał okazji tego doświadczyć, ponieważ jakoś dziwnie się mijali.

*

Wrzesień 2007 r.

Od kilku dni Iza siedziała w domu zamknięta przed światem i malowała. Takie maratony zdarzały jej się dość często i nikt nie dziwił się specjalnie, że nawet nie odbiera telefonów. Oczywiście tak było kiedyś, teraz dziwiła się co najwyżej Marzena. Dawniej Iza miała ojca, kilka lat wcześniej również babcię, a od kilku miesięcy powoli znikali nieliczni znajomi, którzy razem z nią skończyli studia i rozeszli się każdy w swoją stronę. Czasami dzwonili i chcieli się spotkać, ale zdarzało się to coraz rzadziej.

W chwilach takich jak ta Iza nie usłyszałaby ani telefonu, ani dzwonka do drzwi. Zapominała także, że od wielu godzin nic nie jadła, mieszały jej się ze sobą dzień i noc, więc zapalała po prostu światło, gdy zapadał zmrok, i dalej pracowała. Jedyne, co w takich chwilach przemawiało do jej zmysłów, to kształty i kolory, które przenosiła na płótno. Emocje przybierały konkretną postać.

Jednak zawsze w końcu przychodził moment opamiętania. Tak się stało i tym razem, do rzeczywistości przywróciły Izę stukające o szyby nagie gałęzie lipy. Spojrzała na trzymany w ręku pędzel, odłożyła go z niechęcią i wstała, jakby właśnie przebudziła się ze snu.

Marzena zatrzymała się przed zniszczonym ogrodzeniem. Zziębnięta obserwowała dom, w którym mieszkała jej przyjaciółka. Doskonale wiedziała, że Iza wpadła w jeden z „tych stanów”, gdy traciła kontakt ze światem, i z westchnieniem weszła na posesję ogrodzoną resztkami zielonego płotu. Wsunęła go do zamka i przekręciła. Mijały cenne sekundy. Każda spędzona tutaj odbije się na jej samopoczuciu, bo matka nie wybaczy jej spóźnienia i będzie gderać na ten temat jeszcze przez wiele dni. Ku swojemu zdziwieniu zastała Izę w przedpokoju, szykującą się do wyjścia. Iza również wydawała się zaskoczona.

— Nie powinnaś się spieszyć do domu?

— Powinnam, ale nie odbierałaś telefonu. Kup wreszcie komórkę i zabieraj do pracowni.

— Może po prostu jesteś nadopiekuńcza — odpowiedziała łagodnie Iza. — Nic mi nie jest, jak widzisz. Wiem, że pracowałam szaleńczo przez ponad dobę, ale to nigdy nie trwa wiecznie. Może twoja matka również nie potrzebuje aż tyle opieki, jak ci się wydaje.

— Może i tak, ale ja nie mam siły tego sprawdzać. — Marzena klapnęła na puf stojący obok lustra w złoconej ozdobnej ramie zupełnie zrezygnowana. — Dokąd się wybierasz?

— Po zakupy. — Iza wzruszyła ramionami.

— Jest już po piątej.

— Zdążę. Może wpadniesz do mnie wieczorem?

Marzena pokręciła głową. Nic by z tego nie wyszło, nawet gdyby zaprosiła Izę do siebie. Matka nie tolerowała w domu obcych.

— Lecę.

Iza popatrzyła z żalem na zamykające się drzwi. Niestety, nie miała wpływu na to, co działo się z jej przyjaciółką. Owinęła się obszernym kolorowym szalem i wyszła na ganek. Trochę wiało, ale w powietrzu czuć było jeszcze odrobinę ciepła, jakby zakonserwowanego w atmosferze od lata. Przeszła na drugą stronę ulicy na wysokości Domu Kultury, minęła niewielki parking i weszła do Polo. Nie zauważyła wpatrzonego w nią przenikliwego wzroku, który odprowadził ją do wnętrza sklepu, poczekał cierpliwie, aż zrobi zakupy, i wrócił za nią do domu.

Zatrzasnęła drzwi, przekręciła nowo wstawiony zamek i z radością wniosła wypchane siatki do kuchni urządzonej częściowo meblami z przełomu wieków. Uwielbiała gotować nawet dla siebie samej, a że nie jadła od wczoraj, nie mogła się doczekać, aż posiłek będzie gotowy. Jak zwykle zapomniała zasunąć zasłon i jej sylwetka była doskonale widoczna z ulicy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 3

Co jakiś czas Iza chodziła na cmentarz. Nie lubiła tego robić, nie czuła w tym miejscu obecności zmarłych, ale miała poczucie obowiązku.

Włożyła do torebki aparat fotograficzny, zapakowała kilka zniczy i wyszła z domu. Miała do pokonania około pięciuset metrów, więc po kilku minutach minęła zabytkową kutą furtkę, Chrystusa na krzyżu z klęczącą u jego stóp Marią Magdaleną i kawałek dalej skręciła w prawo.

Marmurowa płyta rodzinnego grobowca została przez nią wyszorowana kilka dni temu. Stały na niej bordowe chryzantemy, teraz dostawiła znicze i przeżegnała się. Nie znosiła tu przychodzić, bo świadomość, że cała jej rodzina leży w grobie, była zbyt okrutna. Może nie cała, Iza miała jeszcze przyrodniego starszego brata, ale on nie odwiedzał grobu rodziców, mieszkał daleko, czasami tylko przysyłał Izie pieniądze na jego utrzymanie, zupełnie jakby były jej potrzebne. Skrzywiła się z niechęcią, cóż warte są pieniądze, kiedy jest się samemu na świecie. Matka była jedynaczką, siostra ojca, sporo od niego starsza, też już nie żyła. Iza została sama. Miała tylko dom, o wiele dla niej za duży, i oszczędności po ojcu.

Rozejrzała się po cmentarzu. Był bardzo ładny, głównie za sprawą drzew, których sporo rosło między zabytkowymi nagrobkami. Wciąż chowano tu zmarłych, ale sama nekropolia była dość wiekowa.

Wzrok Izy przykuła mała dziewczynka w białej kurtce, która przykucnęła i kijkiem przenosiła ogień do niepalących się już zniczy. Była bardzo skupiona, najwyraźniej zajęcie ją fascynowało. Iza wyjęła aparat, ustawiła obiektyw i zrobiła zdjęcie, po czym usiadła na ławce i zamyśliła się. Bordowe kwiaty chwiały się lekko, były wielkie i piękne, bardziej przypominały pełne astry niż chryzantemy. Sięgnęła po słoik, schowany zawsze za krzyżem, i przyniosła wody z pobliskiego kranu, żeby podlać roślinę. Potem znowu usiadła i przyglądała się płonącym zniczom. W końcu spojrzała na zegarek i ruszyła do wyjścia. Znów zobaczyła przed sobą dziewczynkę w białej kurtce. Miała może siedem lat, była więc w wieku, gdy jeszcze się nie rozumie, że bliscy odchodzą i że każdego czeka śmierć. Trzymała rodziców za ręce, podskakując radośnie i ciesząc się beztroską.

Iza minęła bramę. Rozejrzała się, wokół było pusto. Nagle zza pobliskiego garażu wyszedł chłopak niepozornej postury. Miał na sobie niebieską ortalionową kurtkę, tyle zapamiętała. Podszedł do niej blisko, bardzo blisko. Przystanęła zaciekawiona.

— Ej, chcesz zarobić? — zagadnął śmiało, a jego oczy przewiercały ją na wylot.

— Ale na czym? — Pomyślała o narkotykach, przez ułamek sekundy, choć potem nie była pewna, czy myślała, że chłopak ma narkotyki, czy że jest naćpany.

— Obciągniesz mi. — Zbliżył się jeszcze bardziej. — Dam ci stówę.

— Ale ja nie chcę — powiedziała szybko, cofając się o krok. Odwróciła się, żeby odejść.

— Hej, kolego! Czego chcesz od tej pani?! — Słowa padły gdzieś za jej plecami.

Rozejrzała się w panice. Szybkim krokiem zbliżał się do niej dość wysoki, nieco przygarbiony mężczyzna o wyglądzie typowego inteligenta, może naukowca. Chłopak, który ją zaczepił, zniknął, jakby nigdy nie istniał naprawdę, tylko uchylona żelazna brama od garażu wskazywała kierunek jego ucieczki. A ona nagle zaczęła się głośno śmiać, jakby dopiero teraz dotarła do niej absurdalna propozycja. Ciekawe, czy wyglądała na dziwkę, czy ten niepozorny chłopaczek gustował w takich, co jednak na dziwki nie wyglądają.

— Nic pani nie zrobił? — Mężczyzna odgarnął opadającą na czoło grzywkę charakterystycznym gestem. Mogła się założyć, że robił to często. Wyglądał bardzo sympatycznie, zwłaszcza kiedy się uśmiechał, i dotarło do niej, że był zabójczo, wręcz żurnalowo przystojny.

Zbliżył się. Miał w oczach tyle troski, że rozbawił ją jeszcze bardziej. Przywołała się w myślach do porządku i spoważniała.

— Nie, nic. — Pokręciła głową. — Zaskoczył mnie. Potraktował mnie jak prostytutkę. — Spojrzała w dół na siebie, jakby chciała ocenić swój wygląd. — Chyba nie wyglądam na dziwkę. — Skrzywiła się z niesmakiem.

— Zupełnie nie. — Przyznał jej rację, przyglądając się, jakby oceniał, na kogo wygląda. Po chwili poczuła się nieswojo, ale starała się tego nie okazać.

— Ulżyło mi — powiedziała. — Co za zarozumiały szczyl. Zboczony już w tym wieku albo się naćpał. — Poczuła, że powoli odzyskuje poczucie panowania nad sytuacją. — Co za tupet mają dzisiaj te dzieciaki. Naoglądał się w internecie i myśli, że naprawdę tak można.

— Wiktor. — Nieznajomy wyciągnął rękę.

Podała mu dłoń.

— Izabella.

— Bardzo mi miło. Odprowadzę cię, jeśli pozwolisz.

— Dziękuję. Mieszkam niedaleko. Masz kogoś bliskiego na tym cmentarzu?

— Matkę, niestety.

— Przepraszam. Bardzo mi przykro. Wiem, jak to jest.

— Umarła wiele lat temu. Prawie jej nie pamiętam. Ojciec ożenił się po raz drugi i dziś mam drugą matkę. Kocham ją jak własną.

— W takim razie jesteś szczęściarzem — powiedziała zamyślona.

— Czasami tak — odpowiedział. — Może zamiast samotnego popołudnia wolałabyś obiad ze mną? Zapraszam cię, pod warunkiem, że zaproponujesz jakiś interesujący lokal. Rzadko bywam w Toruniu, więc nie znam knajp. Co prawda wynająłem tutaj niedawno mieszkanie, ale na razie nie miałem okazji za często w nim bywać. Może w przyszłości to się zmieni.

Spojrzała na niego bystro, ponieważ zaskoczyło ją, że wspomniał o samotności. Może zauważył, że była sama na cmentarzu, i wyciągnął stosowne wnioski.

— Bardzo chętnie. — Uśmiechnęła się uprzejmie.

— W takim razie wracamy po samochód.

Robiło się coraz zimniej. Zapadał zmrok, gałęzie drzew tańczyły poruszane wiatrem. Nowa czarna honda z daleka rzucała się w oczy. Oprócz niej na parkingu pod delikatesami stał jeszcze tylko jeden samochód, raczej niepozorny, bo Iza nie zapamiętała nawet, jakiego był koloru. W głębi duszy poczuła podziw, w końcu był dość młody, a takie auto musiało sporo kosztować.

Jechał ostrożnie, z wyczuciem, nie spieszył się, nie szarpał samochodem. Odwróciła głowę, żeby popatrzeć na Wisłę, spienioną od wiatru.

— Piękny widok. — Usłyszała.

— Tak, to prawda. — Spojrzała w stronę nowego znajomego.

— Dokąd mam jechać? — spytał, gdy zjeżdżali już z mostu.

— W prawo, kawałek Bulwarem. Zaraz pokażę ci, gdzie skręcić. — Po chwili dodała: — To tutaj, w lewo, przejedź przez tę bramę i w górę pod Gdaniskiem. Tutaj jest parking. Pokażę ci fajne miejsce.

Wrócili kawałek, żeby przejść wzdłuż nowo otwartego hotelu, wkomponowanego w stare zabudowania zamkowe. Zielone okiennice na tle białych ścian przyciągały wzrok. Stanęła na wybrukowanym mostku.

— Spójrz.

Kaskada wody spływającej po wielkich kamieniach pieniła się wściekle.

— Podoba ci się?

Odgarnęła włosy z twarzy i spojrzała na mężczyznę z roziskrzonymi oczami.

— Jest w tym mieście kilka miejsc, które lubię. To jedno z nich.

Nic nie mówiąc, wyjął telefon i cofnął się o kilka kroków. Uśmiechnęła się niepewnie, kiedy robił zdjęcie. Nie zapytał jej o zdanie. Po chwili schował telefon do kieszeni, jakby zupełnie nic się nie stało.

— Ładnie wyszło? — spytała.

— Bardzo ładnie — odpowiedział.

Nie pokazał jej zdjęcia. Poszli w stronę centrum starego miasta. Zastanawiała się, czemu nie potrafi upomnieć się o skasowanie fotografii, na której zrobienie nie wyraziła zgody. Pomyślała, że zrobi to później, przy obiedzie.

Mijając witryny, przystawała chwilami. Wystawy fascynowały ją niemal na równi z kościołami, choć do sztuki było im daleko. Były kolorowe, modne, czasami kiczowate, a jednak fascynujące. Androgeniczne manekiny przybierały czasami najdziwniejsze pozy, chociaż najczęściej stały prosto wpatrzone w jakiś punkt przed siebie, obleczone w najmodniejsze ubrania, w których zawsze wyglądały świetnie. W kolejnej przeszkolonej wystawie przyjrzała się swojemu towarzyszowi. Miał w sobie coś z przedwojennego amanta, jakiś nieuchwytny czar i wyniosły spokój, a jednak coś ją w nim niepokoiło.

Restauracja, którą wybrała, nie była szczególnie zatłoczona, ale przy większości stolików siedzieli goście. Wiktor wszedł pierwszy, usiedli przy stoliku w kącie sali, który szczęśliwie dla nich ktoś właśnie opuścił. Kiedy pojawił się kelner, Wiktor zamówił butelkę wina, zanim zdążyli złożyć zamówienie.

— Masz samochód. — Spojrzała zdziwiona.

— Nie szkodzi. Może będziesz miała ochotę. Ja wypiję tylko kieliszek. — Uśmiechnął się uspokajająco.

Wyglądało na to, że miał i gest, i pieniądze. Doszła do wniosku, że nie warto się tym zajmować, i wzięła do ręki kartę dań.

— Na co masz ochotę? — spytał.

— Sola z ziemniakami i surówką. — Zdecydowała szybko i odłożyła kartę. — A ty?

Zamówił kaczkę z modrą kapustą, splótł dłonie przed sobą i patrzył, jak Iza unosi powoli kieliszek i popija wino.

— Świetne.

— Cieszę się, że ci smakuje.

— Czym się zajmujesz? — zapytała po chwili niezręcznej ciszy.

— Niczym szczególnym. Przejąłem firmę informatyczną po ojcu, kiedy zaczął chorować i doszedł do wniosku, że czas się wycofać.

— Brzmi nieźle.

— Nie zaczynałem od zera. Smacznego — dodał, spoglądając znacząco na kelnera, który właśnie wniósł ich zamówienie i żonglował talerzami jak zawodowy magik. Pomyślała, że ładnie z jego strony, że podkreślił rolę ojca w założeniu firmy. Przyglądała mu się ukradkiem, jak jadł. Robił to elegancko, jego ruchy były oszczędne i pełne gracji. Od czasu do czasu się do niej uśmiechał. Jednakże cała ta sytuacja wydawała jej się nieco abstrakcyjna.

— A ty czym się zajmujesz?

Czekała na to pytanie. Powinna sama zacząć mówić o swojej pasji, przynajmniej tak pewnie mu się wydawało, na zasadzie ja powiem ci o sobie i ty też się rozgadasz.

— Maluję — powiedziała, wkładając do ust małego okrągłego ziemniaczka.

— Jesteś więc artystką.

— Chciałabym. Brałam udział w kilku wystawach, ale na razie bez spektakularnych sukcesów.

— Przyjdą z czasem, nie martw się. Chciałbym zobaczyć twoje prace.

Zatrzymała się w pół ruchu na ułamek sekundy. Trochę za szybko się to działo. Spotkanie, obiad, za chwilę wylądują w łóżku, przynajmniej jemu się nieco spieszyło.

— W takim razie dam ci znać o kolejnej wystawie. Oczywiście, jeśli dasz mi swój numer.

— Tylko jeśli odwdzięczysz mi się tym samym.

— Nie mam komórki.

— Oczywiście. — Roześmiał się. — Artyści nie dbają o takie rzeczy. — Wziął papierową serwetkę, napisał na niej numer telefonu i swoje imię i podał jej. — Liczę na to, że nie zapomnisz.

— Zapewniam cię, że nie.

Było już ciemno, kiedy wychodzili. Izie lekko szumiało w głowie, chociaż wypiła zaledwie dwa kieliszki wina. Stała na szczycie schodów i patrzyła na pustą ulicę, której mrok rozpraszały jedynie mdłe światła latarń. Zmrużyła oczy nie do końca pewna, czy wzrok jej nie myli. To był on, policjant, który przyczepił się do niej na moście, a potem w kościele. Szedł w jej stronę. Myślała, że to przypadek, że przejdzie obok, ale nie. Zatrzymał się na moment, a potem wszedł na schody i stanął naprzeciwko niej.

— Znowu się spotykamy — powiedział.

Iza spojrzała przez ramię na Wiktora.

— Mam wrażenie, że często jest pan tam, gdzie ja się pojawiam.

— Robert. — Wyciągnął dłoń do Wiktora.

— Wiktor.

— Jadę za most. Mogę ją podrzucić.

Wiktor obrzucił Izę pytającym spojrzeniem.

— Nie jestem przedmiotem, ale dziękuję za propozycję — zwróciła się do policjanta, a potem do Wiktora i dodała: — To mój znajomy. Odwiezie mnie do domu, skoro i tak ma po drodze. Zadzwonię.

Zobaczyła, że odchodzi, i poczuła dziwną ulgę.

— Pójdę już — powiedziała.

— Nic z tego. — Policjant pokręcił głową. Zirytował ją tą swoją butą. Poprzednio zatrzymał ją na całą noc w komisariacie, a teraz znowu miał inne plany co do niej niż ona sama. Spróbowała go wyminąć. — Powiedziałaś przecież, że cię odprowadzę. Czuję się zobowiązany.

— Pojadę taksówką — odpowiedziała pośpiesznie.

— Nie ma mowy.

— Mam zamiar jechać taksówką! — rozzłościła się, czując, że kolana dziwnie jej miękną, a ona coraz bardziej zbliża się do chodnika. Mocny uścisk pozwolił jej wrócić do pionu, chociaż przed oczami wirowały wszystkie światła latarni, które docierały do tego zakątka. Przechodzący w pobliżu mężczyzna przyglądał im się ciekawie.

— Powoli, nie lubię mdlejących dziewic. — Usłyszała cichy głos sączący się jej wprost do ucha.

— Nie jestem dziewicą — wysyczała i od razu powstydziła się swoich słów. Co też jej przyszło do głowy? — I zazwyczaj nie mdleję.

— To bardzo interesujące, naprawdę.

— Nie sądzę.

— Co piłaś? — spytał, gdy szli już w stronę samochodu zaparkowanego w wąskiej brukowanej uliczce. Przytrzymywał ją, bo nagle się okazało, że wcale nie jest jej łatwo iść.

— Wypiłam dwa kieliszki wina. To chyba niezbyt wiele?

— Zależy. — Spojrzał na nią z troską, przynajmniej tak jej się wydawało. — Nie wyglądasz najlepiej.

Policjant uchylił tylne drzwi samochodu. Iza zauważyła, że na miejscu kierowcy już ktoś siedzi.

Robert usiadł po stronie pasażera.

— Nieplanowany kurs na Poznańską — powiedział i samochód sprawnie wycofał się z wąskiej uliczki pomiędzy starymi kamienicami.

Nie odzywali się przez całą drogę. Mijane miejsca zlewały się Izie w jedno i jedyne, na co miała ochotę, to znaleźć się we własnym łóżku. Przymknęła oczy. Wino musiało jej zaszkodzić, bo żołądek zaczął podchodzić do gardła.

— Zatrzymaj się. — Usłyszała i ktoś w samą porę wyciąg­nął ją na chodnik, w przeciwnym razie zwymiotowałaby w samochodzie.

Kiedy już się wyprostowała, okazało się, że tym razem zaopiekował się nią mężczyzna, który prowadził. Tamten pewnie nie zdążyłby wysiąść. Teraz stał dwa metry dalej i palił papierosa, patrząc na nią, jakby chciał prześwidrować ją na wylot. Znowu zrobiło jej się niedobrze i szybko wciągnęła chłodne powietrze.

— Akcja nam się udała. — Roześmiał się jego towarzysz. — Jak nie rzyga, to jest całkiem niezła.

— Tak, ale teraz odwieziemy ją do domu. Nie nadaje się na dalsze imprezowanie.

— Raczej nie — potwierdził jego kolega, mierząc Izę uważnym spojrzeniem.

Zastanawiała się, dlaczego mówią o niej, jakby niczego nie słyszała. Czuła się niezręcznie. Wsiadła z powrotem do auta i sama zamknęła drzwi. Kierowca ruszył dość gwałtownie. Źle się czuła, przymknęła oczy, modląc się, żeby dojechali jak najszybciej. W końcu zasnęła.

— Śpi. Myślisz, że ten facet dosypał jej czegoś do wina? — Robert zerknął na swojego współtowarzysza.

— Raczej nie, nie ma piętnastu lat i nie wygląda na idiotkę.

Iza obudziła się przed własnym domem. Przez moment była zdezorientowana, bo nie bardzo pamiętała, co się z nią działo. Najbardziej zdziwiły ją dwie pary wlepionych w nią męskich oczu i fakt, że siedzi w jakimś samochodzie, ale pamięć wróciła dość szybko.

— Jesteśmy na miejscu. — Usłyszała od tego, którego znała dłużej. — Proponuję, żebyśmy weszli na chwilę. Źle się czujesz?

— Chyba tak, ale dam sobie radę.

Obrzucił ją uważnym spojrzeniem i wyciągnął rękę po klucz, który trzymała w dłoni.

— Daj, otworzę.

Patrzyła, jak otwiera drzwi, i zastanawiała się, czy nie zwariowała. Wpuszczanie do domu dwóch obcych mężczyzn nie było najmądrzejszym pomysłem.

Zostawiła ich w salonie i poszła do kuchni nastawić wodę i poszukać tabletek, które przyniosłyby jej ulgę. Oprócz tego, że wciąż ją mdliło, rozbolała ją głowa.

— Cholera, zimno. — Wymruczała do siebie, szukając wzrokiem wiadra na węgiel, które wyłoniło się nagle z piwnicy, przyczepione do czyjejś ręki. Przeniosła wzrok na ciało, do którego należała ręka, i z radością stwierdziła, że pan aspirant, tyle zapamiętała z pierwszego spotkania, świetnie odnalazł się w jej domu i przyniósł węgiel.

— Zaraz rozpalę. — Schyliła się przy piecu, ale poczuła ciepło, więc ogień już płonął.

— Już to zrobiłem. Trzeba tylko dorzucić.

— Nieźle — pochwaliła, gdy przykucnął obok niej. Popatrzyła na spokojny leniwy półuśmiech i nagle dostrzegła ciepło w zielonych zmrużonych oczach, otoczonych prawie niedostrzegalną siateczką zmarszczek. Poczuła, że komuś na niej zależy. Może tylko przez chwilę, ale i tak świadomość cudzej troski sprawiła jej przyjemność. Poczuła rozczarowanie, gdy odwrócił wzrok i zajął się wrzucaniem węgla do pieca.

Podniosła się. Drugi mężczyzna siedział rozparty na kanapie i z zainteresowaniem czytał „Elle”, którą zostawiła na stoliku. Uniosła brwi ze zdziwienia, w życiu nie podejrzewała, że policjant może czytać babskie gazety, zwłaszcza że ten wyglądał na totalnego macho.

— Zaparzę herbaty — powiedziała i wycofała się do kuchni, chociaż wciąż kręciło się jej w głowie i wolałaby, żeby sobie poszli.

Ledwie zdążyła wyjąć filiżanki, w kuchni pojawił się policjant, który przed chwilą napalił w piecu.

— Zostaw, nie trzeba — powiedział. — Powinnaś się położyć.

— Pewnie tak. — Zastygła w pół ruchu.

— Jak ty masz na imię? — Zmarszczył czoło. — A tak, Izabella. — Przypomniał sobie. — Musimy iść. Cezary, odłóż tę gazetę i chodź! — krzyknął do kolegi, nie odrywając wzroku od Izy.

Ona tymczasem stała jak posąg, trochę przestraszona i zbita z tropu. Kto mu pozwolił ją tak usidlać wzrokiem? Gonił ją jak lis ofiarę, przygważdżał spojrzeniem i patrzył, patrzył tak długo. Poruszyła się.

— Już nikt tak do mnie nie mówi — powiedziała.

— Ładne imię — odpowiedział.

Znowu się speszyła. Cezary podniósł się z kanapy, odłożył gazetę i wstał. Wyszli, zamykając starannie drzwi. Podeszła, żeby przekręcić klucz w zamku, a potem słuchała, jak sprzed domu odjeżdża samochód.

Kiedy drzwi się zamknęły, Robert przystanął. Zastanawiał się, dlaczego powiedziała, że już nikt tak do niej nie mówi. Dotychczas nie sprawdzał jej w bazie, ale teraz go zaciekawiła. Był w niej jakiś smutek, który go wzruszał. Ogarnęła go ochota, żeby wrócić, ale nie zrobił tego, tylko po prostu wsiadł do samochodu, zapiął pas i przetarł dłońmi zmęczone oczy. Zapowiadała się długa noc.

— No i co? — Cezary spojrzał z wyczekiwaniem.

— A czego się spodziewałeś?

— Że zostaniesz u niej przez jakąś godzinkę.

— A ty w tym czasie poczytasz „Elle”?

— Znalazłbym sobie lepsze zajęcie, nie martw się.

— Daj już spokój i jedź.

*

A jednak wtedy wrócił. Gdy skończył służbę o szóstej rano, poszedł na odprawę, zdał broń i wyszedł z komisariatu, wciąż było ciemno. Oświetlone latarniami drzewa stały zupełnie nieruchomo. W oddali mignęła postać kobiety, spieszącej w stronę miasta. Podrzucił w ręku kluczyki, złapał je i wsiadł do auta. Zatrzymał samochód na chodniku przed domem Izabelli Zaniewskiej, teraz już wiedział, że mieszkała sama. Wysiadł i zapalił papierosa. Przeszedł się w jedną stronę, potem wrócił, rozejrzał i zaczął swój spacer od nowa. Wyrzucił niedopałek, wyjął kolejnego papierosa, podpalił, chroniąc ogień przed podmuchem powietrza, i znów zrobił kilka kroków w jednym i w drugim kierunku. Po przeciwnej stronie ulicy był przykościelny parking. Stały na nim dwa samochody. Na parkingu pojawił się ksiądz, nagle się zatrzymał i zaczął bacznie mu się przyglądać. Robert też go zauważył. Ksiądz był stary, choć poruszał się sprawnie, bez charakterystycznej dla późnego wieku opieszałości. Staruszek postał chwilę, jakby o czymś rozmyślał, a potem odszedł w stronę kościoła. Po kilkunastu minutach nieliczni wierni zaczęli się schodzić na mszę o siódmej. Kiedy się nad tym zastanawiał, Iza przebiegła przez ulicę, zupełnie nie zwracając uwagi na nadjeżdżający samochód, i szybko zniknęła wraz z innymi za bramą kościoła. Stał zaskoczony, nie wiedząc, jak zareagować. Miała prawo być wierząca i chodzić na mszę o każdej dowolnej porze, ale nie miała prawa przebiegać przez ulicę tuż przed samochodem. Ciarki przebiegły mu po plecach, bo tak naprawdę była o włos od wypadku, a pisk opon jeszcze teraz świdrował mu w uszach. I zrobiła to po raz drugi na jego oczach. Oparł się o maskę i czekał z założonymi na piersiach rękami, żeby się choć trochę ogrzać. Zmęczenie po nieprzespanej nocy powoli dawało o sobie znać.

Ludzie zaczęli wychodzić z kościoła po czterdziestu minutach. Miał wrażenie, że przez moment się zdrzemnął. W oddali między blokami pokazało się słońce. Zaczynał się ładny dzień.

Iza wyszła prawie na samym końcu. Miała na sobie czarny krótki płaszcz, czarne spodnie i wysokie kozaki. Niezapięty płaszcz przytrzymywała dłonią. Spod spodu widać było cienką ciemnoczerwoną bluzkę na guziki, zbyt strojną na wczesny ranek. Rozpuszczone włosy opadały jej na twarz. Szła powoli. Tym razem się rozejrzała. Nie patrzyła na niego, choć był pewien, że doskonale zdawała sobie sprawę z jego obecności. Poczekała, aż przejadą wszystkie samochody, i podeszła wprost do niego. Przystanęła naprzeciwko i dopiero wtedy podniosła głowę. Popatrzyli sobie w oczy.

— Nabrałaś rozumu? — spytał.

— Zawsze miałam go aż za wiele — odpowiedziała, mrużąc powieki, jakby słońce świeciło jej prosto w twarz, a nie za plecami.

— Czyżby? Ten samochód mógł cię przejechać, wystarczyło, żeby było bardziej ślisko, to by nie wyhamował.

— Co pan tutaj robi? Zauważył mnie pan i zatrzymał się, żeby się przywitać, jak wtedy, gdy weszłam do kościoła Najświętszej Marii Panny? Cóż za zbieg okoliczności — obróciła się i machnęła ręką — teraz też byłam w kościele.

— Wiem. Robert. — Wyciągnął rękę.

— Izabella.

Był ciekaw jej dotyku i nie rozczarował się. Miała ciepłe suche dłonie, a uścisk zdecydowany, choć nie za mocny.

— Kiedyś też przebiegłam przez ulicę tuż przed samochodem, miałam może dziesięć albo jedenaście lat i moja babcia kazała mi za karę przepisać dość obszerny fragment dzieła O wieczności świata Tomasza z Akwinu. Wyobrażasz sobie? — Iza uśmiechnęła się szeroko, rozbawiona wspomnieniem.

— Musiała być bardzo pobożna.

Iza spoważniała i zastanawiała się przez moment, zanim odpowiedziała.

— Nie bardzo. Była artystką o swobodnych i nowoczesnych poglądach, raczej po prostu znalazła coś dostatecznie nudnego dla dziecka, żeby kara była dotkliwa. Niczego nie zrozumiałam, ale jak skończyłam, bolała mnie i ręka, i głowa.

Odsunął się od samochodu, włożył ręce do kieszeni i przyglądał się jej.

— Skąd się tu wziąłeś? — spytała w końcu speszona jego zainteresowaniem.

— Przejeżdżałem tędy.

Nie uwierzyła mu, ale zaprosiła go na śniadanie, na co z chęcią przystał. Był zmęczony i pewnie gdyby wrócił do domu, nie jadłby, tylko położył się spać.

— Pójdę po świeże bułki i zaraz będę — powiedział.

Odsunął ją, łapiąc za ramiona, jakby naprawdę stała mu na przeszkodzie. W rzeczywistości bardzo chciał jej dotknąć. Poszedł, nie odwracając się za siebie. Stała chwilę na chodniku, a potem weszła do domu.

Zdjęła płaszcz, pod którym miała cienką prześwitującą bluzkę z topem na ramiączkach w tym samym kolorze, i zastawiła stół wszystkim, co wydało jej się odpowiednie na śniadanie, począwszy od dżemu truskawkowego, a skończywszy na wędzonych plastrach łososia.

— Nieźle — powiedział, gdy wrócił. — Nie wyglądasz na kogoś, kto lubi dobrze zjeść.

— Uwielbiam — zapewniła go. — Szkoda tylko, że zazwyczaj muszę jadać sama.

— W takim razie chyba dobrze się stało, że przyszedłem.

Nie odpowiedziała. Ułożyła bułki w koszyku, postawiła na środku stołu i usiadła naprzeciwko niego. Promienie jesiennego słońca padały na obrus w drobne niebieskie kwiatki.

— W jednym dzbanku jest kawa, a w drugim herbata. Nie wiedziałam, co będziesz wolał.

— Najpierw łyk kawy, a potem może być herbata.

Wyglądała wyjątkowo ładnie, wręcz elegancko, jakby siedziała w kawiarni, a nie rankiem przy własnym kuchennym stole. On sam, po dwóch nieprzespanych nocach, czuł się brudny i wymięty, nieogolony, w ubraniu przesiąkniętym dymem papierosowym i zapachem niezbyt interesujących miejsc, w których przez ten czas był.

Jedli w milczeniu, a jednak cisza nie była krępująca. Iza przypatrywała się swojemu gościowi z zaciekawieniem. Wyglądał na bardzo zmęczonego i albo miał wyjątkowy apetyt, albo też wszystko smakowało mu bardziej, niż chciałby się przyznać. Odsunęła się nieco od stołu, założyła nogę na nogę i wzięła filiżankę kawy.

— Smakuje ci? — spytała, uśmiechając się ciepło.

Odłożył bułkę na talerz i wypił łyk herbaty.

— Zawsze rano wyglądasz tak dobrze?

Roześmiała się, odrzucając jednocześnie dłonią zabłąkany kosmyk włosów.

— Nie, zazwyczaj o tej porze jestem w kompletnej rozsypce. Wstaję, robię sobie kawę i siadam w fotelu, który stoi w kącie specjalnie na moje poranki. Dopiero potem się rozkręcam. Dzisiaj wyjątkowo poszłam na mszę do księdza Michała. Znasz go?

— Skąd miałbym go znać? — Podniósł do ust napoczętą bułkę.

— No tak. Na pewno nie jesteś stąd.

— Skąd ta pewność?

— Znałbyś naszego proboszcza. — Wzruszyła ramionami.

— Czy to jakiś wyjątkowy facet?

Poruszyła się niespokojnie. Zniknął uśmiech, a pojawiło się zakłopotanie.

— Właściwie tak. Tutaj wszyscy go znają, bo Podgórz jest dość specyficznym miejscem, bardziej kameralnym niż reszta Torunia.

No tak, niewątpliwie Podgórz był jak małe miasteczko, ale nie powiedziała mu wszystkiego, coś ukryła. Na razie wolał w to nie wnikać. Skończył herbatę i sięgnął po dzbanek z kawą.

— Nalać ci jeszcze?

— Nie, dziękuję.

Kiedy wychodził, dochodziła dziewiąta, nad światem wstało piękne słońce, a on co prawda wciąż odczuwał zmęczenie, ale jednocześnie był odprężony i w dobrym humorze.

*

Iza zamknęła drzwi, przekręciła zamek i zamyślona skierowała się do pracowni. Uznała, że sprzątanie po śniadaniu może poczekać. Telefon zadzwonił w momencie, kiedy koło niego przechodziła. Serce podeszło jej do gardła. Bała się, że może znowu usłyszy męski głos pytający Lilly? Miała wrażenie, że dochodzi z zaświatów. W końcu podniosła słuchawkę.

— Słucham? — odezwała się.

— Dzień dobry, pani Izo. — Zabrzmiał stanowczy kobiecy głos. — Malwina Lewicka z tej strony.

— Ach, witam. Cieszę się, że pani dzwoni, bo to pewnie dobra wiadomość. — Odetchnęła z ulgą.

— Robimy wystawę, która być może panią zainteresuje. Ma pani czas jutro z rana, powiedzmy o dziewiątej?

— Tak, oczywiście.

— No to jesteśmy umówione, u nas w galerii, jak zwykle. Będę na panią czekała. Do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Słuchawka powędrowała na swoje miejsce. Tym razem to nie był tamten człowiek. Może powinna o nim komuś powiedzieć oprócz Marzeny. Tylko że on nic więcej nie mówił poza Lilly?, a czasami w ogóle się nie odzywał. Zresztą głuche telefony mogły oznaczać po prostu, że ktoś się nie mógł dodzwonić. To nie musiał być ten mężczyzna.

*

Robert przystanął przed swoją klatką schodową i zawahał się. Może powinien był zostać. Przetarł zmęczone oczy palcami. Zadzwoniła komórka. Niechętnie wyciągnął ją z kieszeni i spojrzał na ekran. Numer zastrzeżony. Mógł się tego spodziewać.

— Tak? — Przycisnął zieloną słuchawkę.

— Cześć. Marek z tej strony. Możesz być w pracy na nocną zmianę?

— Mogę. Prześpię się i przyjdę. Stało się coś?

— Orłowskiemu córka zachorowała. Wylądowała w szpitalu. Chyba coś poważnego. Prosił, żeby go z kimś zamienić.

— W porządku. Będę przed dziesiątą. — Rozłączył się i wszedł do środka. Wbiegł po dwa stopnie, chociaż w bloku była winda. Jakoś nie bardzo lubił nią jeździć.

*

Iza odwróciła się. Jej wzrok padł na czasopismo, które niedawno przeglądał policjant o imieniu Cezary. Uśmiechnęła się sama do siebie na to wspomnienie. Kto by pomyślał, że policjant może interesować się damską modą. Może zastanawiał się, co kupić swojej żonie na Gwiazdkę? Powoli coraz bardziej ogarniała ją senność, niewątpliwy efekt dzisiejszej pośpiesznej pobudki. Podeszła do kanapy, wzięła do ręki „Elle” i usiadła.

*