Zdrajca - Anthony Ryan - ebook + audiobook

Zdrajca ebook i audiobook

Anthony Ryan

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Władza potrafi odmienić człowieka. Wiara złamać. A lojalność może kosztować więcej niż życie.

Alwyn Skryba przeszedł drogę od wyrzutka do rycerza, od banity do doradcy kobiety, którą sam wyniósł na piedestał. Pod sztandarem Lady Evadine zdobył chwałę, walczył w imię sprawiedliwości i przelewał krew dla królestwa.

Lecz wiara Evadine zamienia się w żar fanatyzmu, a jej proroctwa w narzędzie strachu. W obliczu nadchodzącej wojny Alwyn staje przed wyborem, którego nie da się uniknąć: serce czy sumienie, lojalność czy prawda.

Gdy ostatnia bitwa zbliża się nieuchronnie, każdy sojusz okaże się kruchy, a każdy czyn naznaczony krwią. Bo nawet bohater, który sięgnął po wielkość, musi w końcu odpowiedzieć na jedno pytanie: kim się stał, walcząc o to, w co wierzył?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 723

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 23 godz. 15 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Trylogia Przymierza Stali

Wiadomość do Rady Luminarzy Zreformowanego Przymierza Męczenników na Ziemiach Wschodnich

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

CZĘŚĆ 2

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

CZĘŚĆ 3

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Dramatis personae

Mapa Albermine

O autorze

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści

Meritum publikacji

Podziękowania

Prawa autorskie

 

 

Dedykowane pamięci Davida Gemmella, od którego nauczyłem się, że podróż bohatera jest zawsze bardziej tragedią niż triumfem.

Uwaga archiwisty: tylko fragment. Data i autor nieznane, jednakowoż uważa się, że wiadomość skreślono kilka lat po fragmencie odkrytym wcześniej.

W poprzednich wiadomościach zwracałem się do was jako do Błogosławionych Braci Rady – ale więcej tego czynił nie będę. Teraz jest dla mnie jasne, że nie jesteście błogosławieni, a przeklęci. To prawda, którą poznałem studiując Testament Alwyna Skryby. Prawda, która skłoniła Was do wysłania mym śladem zabójców. Teraz jestem tułającym się nędzarzem, bez dachu nad głową, zasobnym jedynie w tę niechcianą prawdę. Jako że jest to jedyna broń, jaka mi pozostała, będę nią władał. Poprzednio opisałem, jak Alwyn Skryba, sierota z burdelu, zdołał się wybić i zostać zaufanym porucznikiem Zmartwychwstałej Męczennicy Evadine Courlain. Była to długa droga naznaczona zdradą, okrucieństwem, pełna bólu, przemocy i tajemnic – dwie z nich miały ogromne znaczenie i wagę: po pierwsze, król Tomas Algathinet był bękarcim synem swojego czempiona sir Elberta Bauldry’ego, a zatem nie miał prawa zasiadać na tronie Albermaine. Po drugie, rzekomo boskie zmartwychwstanie Evadine Courlain nie było w rzeczywistości dziełem Serafilów, lecz dokonało się za sprawą tajemnej mocy Kaerytki, znanej jako Jutowa Wiedźma. Opisałem też, jak Zmartwychwstała Męczennica został porwana i postawiona przed fałszywym sądem przez sojusz kleryków Przymierza i szlachty Albermaine. Uratowała ją dopiero interwencja Alwyna Skryby i jego pojedynek z sir Althusem Levalle’em, po którym nastąpił atak lojalnych wobec Evadine żołnierzy z Kompanii Przymierza i tłumu pobożnej biedoty. Żołnierze Evadine, wraz ze swą przywódczynią zbiegli do Kniei Shavine, unosząc ze sobą ciężko rannego Alwyna.

Powrót Alwyna do zdrowia trwał długo. Rany odniesione z rąk sir Althusa pozostawiły Skrybę na łasce nawracających, dokuczliwych bólów głowy. Nadto we snach dręczył go dawny towarzysz, Erchel, banita o duszy wypaczonej perwersją i okrucieństwem, który słusznie został pozbawiony życia. Upiór ten przynosił Alwynowi dziwnie dokładne wizje, opisujące przyszłe nieszczęścia i klęski. Ten krótki okres leśnego życia zakończyło przybycie ojca Evadine, lorda Alteryka Courlaina, z zaproszeniem na pertraktacje od króla Tomasa. Alwyn miał wątpliwości, jednak poradził Namaszczonej Pani, by się zgodziła, i tak Kompania Przymierza wyruszyła do katedralnego miasta Athiltor. W mieście zgromadziły się tłumy pobożnych spragnionych widoku Zmartwychwstałej Męczennicy. Wielu wstąpiło pod sztandar Evadine, znacznie więcej niż podczas całego jej pobytu w Kniei Shavine. Wynik spotkania w Athiltorze jest dobrze udokumentowany i dlatego podsumuję go jedynie kilkoma słowy: Evadine została formalnie uznana za Zmartwychwstałą Męczennicę. Nie wcześniej jednak niż po złożeniu królowi Tomasowi przysięgi wierności. Związana przysięgą wobec Korony, Evadine musiała przyjąć rozkaz króla Tomasa i ruszyć na niespokojne ziemie księstwa Alundii. Tam miała zająć ruiny zamku Walvern i tym samym utrwalić w księstwie władzę króla oraz Przymierza. Gdy Alwyn szukał informacji o Alundii w Bibliotece Przymierza, po raz kolejny natknął się na ascendanta Arnabusa, kapłana, który przewodził ukartowanemu procesowi Zmartwychwstałej Męczennicy. Alwyn stał się jeszcze bardziej podejrzliwy wobec kleryka, kiedy tamten zaczął czynić aluzje pod adresem Jutowej Wiedźmy, Skryba próbował wycisnąć z kapłana więcej informacji, ale przerwała mu księżniczka Leannor, siostra króla Tomasa. Rozmowa z księżniczką upewniła Alwyna, że to Leannor, dzięki swojej sieci szpiegów, zdołała utrzymać brata na tronie przez minione pięć lat.

Podczas podróży do Alundii Alwyn nadal był nawiedzany we śnie przez Erchela. Obudzony ostrzeżeniem złowieszczego ducha, Alwyn zdążył ocalić siebie i Evadine przed atakiem wynajętych zabójców, ale tożsamość ich zleceniodawcy pozostawała tajemnicą. Po przekroczeniu granicy Alundii, Evadine i Alwyn spotkali księżnę Celynne Cohlsair, żonę księcia Oberharta, oraz lorda Roulgarta Cohlsaira, brata księcia i dowódcę jego wojsk, spotkanie przebiegało w bardzo napiętej atmosferze. Stało się jasne, że wysłannicy króla nie byli mile widziani w tej krainie. Evadine niezrażona poprowadziła Kompanię Przymierza do zamku Walvern, który zastała w opłakanym stanie. Mimo to Evadine nakazała odbudowę twierdzy i rozpoczęła patrolowanie okolicznych terenów. Alwyn i Wilhum Dornmahl, były szlachcic i przyjaciel Evadine z dzieciństwa, obecnie dowódca jej gwardii konnej, odkryli spaloną świątynię i ciała pielgrzymów pomordowanych przez fanatycznych alundzkich heretyków. Polując na złoczyńców, schwytali część z nich i zabili pozostałych, uwalniając jedyną ocalałą z masakry pielgrzymów, niejaką panią Juhlinę, później nazywaną przez Alwyna po prostu Wdową.

Wkrótce potem przybył lord Roulgart z pokaźną armią, domagając się oddania jeńców pod jego opiekę. Alwyn jasno pokazuje, że późniejsze działania Zmartwychwstałej Męczennicy były podyktowane chęcią zażegnania tlącego się kryzysu w Alundii: pozwoliła mściwej Wdowie na egzekucję jeńców, wieszając ich na murach zamku i tym samym nie pozostawiła lordowi Roulgartowi innego wyjścia, jak tylko rozpoczęcie oblężenia twierdzy lub poddanie się władzy Korony. Alwyn przedstawia późniejsze zmagania o panowanie nad zamkiem Walvern jako wyczerpującą i przeciągającą się walkę. Obrońcy wytrwali jedynie dzięki nadziei, że król Tomas spełni swoją obietnicę i przyjdzie z pomocą Zmartwychwstałej Męczennicy, gdy ta znajdzie się w opałach. Dopiero po przybyciu samego księcia Oberharta, wraz z całą alundzką armią, Armia Korony raczyła się pojawić, prowadzona osobiście przez księżniczkę Leannor. Evadine powaliła księcia w walce, a siły Alundów, wyczerpane oblężeniem, zostały szybko rozgromione.

Cała Alundia znajdowała się teraz na łasce Algathinetów, z wyjątkiem portowego miasta Haisal, gdzie władzę wciąż sprawowała księżna Celynne. Zrozpaczona i podobno szalona księżna odrzuciła wszelkie oferty pertraktacji, zmuszając tym samym Leannor do zarządzenia ataku na miasto. Alwyn opisuje, jak wzmocnił swoją reputację żołnierza i stratega, organizując atak przez wyłom w murach. Poprowadził niewielką grupę uderzeniową do książęcej twierdzy. Tam, ku swemu przerażeniu odkrył, że Celynne oraz cały jej dwór i wszyscy krewni woleli zażyć truciznę, niż wpaść w ręce przeciwników. Jedyną ocalałą osobą było kilkuletnia lady Dulcinda Cohlsair, Alwyn, zawiózł ją do uzdrowiciela Kompanii Przymierza, suplikanta Delryka. Po upadku Haisal lady Dulcinda została przewieziona na dwór króla Tomasa, gdzie miała zostać zaręczona z synem księżniczki Leannor, Alfrykiem. Księżniczka Leannor rozkazała Alwynowi i sir Elbertowi Bauldry’emu wytropić lorda Roulgarta, który przewodził teraz malejącej grupie alundzkich rebeliantów. Wykorzystując swoje umiejętności banity, Alwyn odszukał buntownika, pogrążonego w poczuciu winy nieszczęśnika, który zgodził się poprowadzić ich do Roulgarta w zamian za obiecane bogactwo. Prowadzeni przez zdrajcę, ścigali Roulgarta i jego bratanka Meryka Albrisenda w górach graniczących z ziemiami Kaerytów.

Alwyn wspomina swoją konfrontację z aroganckim Roulgartem, zanim jednak zdążył zadać cios, zdrajca-przewodnik, najwyraźniej oszalały z powodu popełnionej niegodziwości, krzyknął z taką mocą, że strącił z góry ogromną płytę śniegu i lodu. Lawina porwała Alwyna i poniosła na terytorium Kaerytów, poturbowanego, ale jakimś cudem wciąż żywego. Pogrzebany bez przytomności pod stertą śniegu, został ponownie odwiedzony przez ducha Erchela. Tym razem to złowrogie widmo przedstawiło wizję rychłej śmierci króla Tomasa. Znaleziony przez niechętnych obcym Kaerytów, Alwyn uratował się przed natychmiastową egzekucją, powołując się na przyjaźń z Jutową Wiedźmą, znaną Kaerytom pod imieniem Doenlisch; była ona najwyraźniej osobą o dużym znaczeniu, wzbudzającą niekwestionowany szacunek. Kaeryci pojmali również Roulgarta i Meryka, którzy zostali oszczędzeni dzięki wstawiennictwu Alwyna. Podczas pobytu wśród Kaerytów Alwyn zaprzyjaźnił się z łowczynią o imieniu Lilat, która pokazała mu starożytne ruiny niegdyś potężnej cywilizacji. Pogrążony w rozpaczy i pragnieniu zemsty Roulgart wykorzystał okazję i dotkliwie pobił Alwyna, jednak Skryba przekonał go, by ten nauczył go władać mieczem, argumentując, że to okazja, by Roulgart mógł codziennie wymierzać mu karę.

Czas spędzony przez Alwyna wśród Kaerytów dobiegł końca wraz z przybyciem mistyka znanego jako Eithlisch, o imponującej fizycznie postaci, który wydawał się budzić respekt tylko nieznacznie mniejszy niż Doenlisch. Eithlisch zmusił Alwyna, by ten podążył za nim do serca pobliskiej góry, jaskini pełnej starożytnych kości. Tutaj narracja Alwyna sprawia najwięcej trudności pobożnemu uczonemu, ponieważ opisuje on wydarzenie, które jest tak nienaturalne, że można przypisać je działaniu magii. Alwyn twierdzi, że po dotknięciu palcem starożytnej czaszki wrony, jego umysł został w jakiś sposób przeniesiony do minionej epoki. Skryba znalazł się w wieży pokazanej mu uprzednio przez Lilat, w komnacie z widokiem na pobliskie miasto, jeszcze nietknięte zniszczeniem, gdzie rozmawiał z mężczyzną, który nazywał siebie historykiem. Dla Alwyna było oczywiste, że spotkali się już wcześniej, choć on sam tego nie pamiętał. Zrozumiał, że to jego przyszłe ja rozmawiało z historykiem, który okazał się autorem kaeryckiej księgi, powierzonej Alwynowi przez Jutową Wiedźmę. Zanim ta zagadkowa wizyta dobiegła końca, Alwyn był świadkiem zniszczenia miasta przez jego mieszkańców, uznając to za początek wydarzenia, które nazywamy Zatratą.

Po przebudzeniu Alwyn znalazł się sam na sam z Lilat w górach. Ta poinformowała go, że został odesłany do swojego ludu, a ona ma iść z nim, by odnaleźć Doenlisch. Roulgartowi i Merykowi pozwolono pozostać wśród Kaerytów, a alundzki władca został nazwany przez Eithlischa Vahlischem, czyli Mistrzem Miecza. Razem, Alwyn i Lilat udali się do zamku Walvern, przemierzając krainę spustoszoną przez wojnę i przez okrucieństwa popełnione w imię Zmartwychwstałej Męczennicy. Awansowany na dowódcę Kompanii Zwiadowczej Evadine, Alwyn faktycznie stał się szpiegiem Zmartwychwstałej Męczennicy, do której to roli doskonale się nadawał. Wkrótce po powrocie Alwyna królewski posłaniec przyniósł wieści o odrodzeniu się rewolty Pretendenta. Magnis Lochlain, fałszywy pretendent do tronu Albermaine, pojawił się ponownie, tym razem zawiązawszy sojusz z księciem Altienen, ojcem zmarłej księżnej Celynne. Książę Guhlton Pendroke złamał przysięgę wierności Algathinetom, zdecydowany pomścić śmierć córki i odzyskać wnuczkę.

Dotrzymując przysięgi złożonej królowi Tomasowi, Evadine odrzuciła radę Alwyna, by pozwoliła konfliktowi trwać i zawarła pokój ze zwycięzcą. Kompania Przymierza pomaszerowała do stolicy, zbierając po drodze ochotników. Późniejsza podróż jest dobrze znana tym, którzy studiowali życie i dokonania Zmartwychwstałej Męczennicy, a epizod ten zyskał miano Marszu Poświęcenia ze względu na liczbę biedaków, którzy zmarli z wyczerpania lub niedostatku, wędrując za oddziałami Namaszczonej Pani. Jednak wielka rzesza pobożnych chałupników, niezrażonych losem towarzyszy, dołączyła do królewskiej armii pod dowództwem księżniczki Leannor. W tym momencie Pretendent wysłał posłańca, lady Desmenę Leville, z wiadomością, że król Tomas został pojmany w potyczce, co Alwyn uznał za kłamstwo, dzięki koszmarnej wizji, jaką otrzymał od Erchela. Wiedząc, że przyszłe bezpieczeństwo Evadine zależy od szybkiego zakończenia tego kryzysu, Alwyn zasugerował księżniczce Leannor spotkanie z Pretendentem. Miałoby się odbyć pod pozorem wysłuchania warunków uwolnienia jego królewskiej mości, ale w rzeczywistości stanowiłoby okazję, aby Alwyn wykorzystał swój dar dostrzegania kłamstw.

Dwie armie spotkały się w płytkiej dolinie na północ od stolicy, Couravel. Ku zaskoczeniu Alwyna, okazało się, że król Tomas zginął nie z ręki Pretendenta, ale księcia Gultona. Rozwścieczona tą rewelacją księżniczka Leannor wyciągnęła sztylet i zabiła księcia, co dało początek bitwie. Dzięki starannemu rozmieszczeniu Kompanii Przymierza, czego Alwyn dopilnował osobiście, Pretendent został schwytany podczas walki, a jego horda ostatecznie pokonana. Bitwa w Dolinie oznaczała ostateczny koniec Wojny Pretendenta. Pojmany Pretendent poprosił Alwyna o spisanie jego testamentu przed egzekucją. Z rozmów Alwyn dowiedział się, że Magnis Lochlain naprawdę był bękartem Arthina Algathineta, brata króla Tomasa, który zmarł jeszcze przed objęciem tronu. Alwyn zmusił się, by być świadkiem makabrycznego końca Lochlaina po czym, jak sam opisuje, pogrążył się w pełnym goryczy pijaństwie, któremu kres położyły dopiero wieści od jego szpiegów, sugerujące, że Rada Luminarzy zbiera własną Kompanię Przymierza i spiskuje przeciwko Zmartwychwstałej Męczennicy.

Evadine niechętnie udzieliła Alwynowi pozwolenia na zbadanie podejrzanej lokalizacji, jakim była Straszliwa Twierdza w Kniei Shavine. Po przybyciu na miejsce Alwyn został natychmiast schwytany wraz z Wdową, Drwalem i Dacharzem. Podczas uwięzienia w częściowo zrujnowanej warowni Alwyn ponownie spotkał niejakiego Danicka Thessila, przywódcę banitów, którego uważał za poległego podczas masakry w Omszałym Młynie, Thessil pełnił teraz rolę dowódcy rosnącej armii Rady Luminarzy. W tym momencie pojawili się również tajemniczy ascendant Arnabus wraz z Luminarzem Durelem Vaeristem. Razem próbowali zmusić Alwyna do wyznania prawdziwej historii zmartwychwstania Męczennicy. Po pierwszej serii tortur Arnabus przyszedł do celi Alwyna w pojedynkę i zdradził Skrybie swą prawdziwą tożsamość. Okazał się starożytną istotą, obdarzoną mocą tajemną i byłym współpracownikiem Jutowej Wiedźmy. Przez wiele lat próbował odzyskać jej utraconą przychylność. Wreszcie pozostawiony bez nadzoru, Alwyn został uwolniony z więzów przez Lilat. Odesłał ją przed bitwą w Dolinie, ale Kaerytka podążyła jego śladem, wykorzystując swój niezwykły dar do znajdowania drogi, aby uwolnić Skrybę. Razem uratowali Wdowę i innych i podjęli próbę ucieczki z warowni.

Znajdując się w potrzasku, towarzysze Alwyna rzucili się w wir walki, w której zginął Drwal. Uratowało ich przybycie Evadine i Wilhuma na czele Gwardii Konnej, którzy szybko rozpędzili żołnierzy Rady. Alwyn ruszył w las w pogoni za Arnabusem, ale zamiast niego znalazł Luminarza Durela. Z trudem stłumił mściwy gniew i wstrzymał swą dłoń. Evadine nie była jednak tak powściągliwa. W tym tkwi to, co wy, Przeklęci Bracia, nazwalibyście ostatecznym bluźnierstwem. Krótko mówiąc, Alwyn Skryba twierdzi, że wbrew doktrynie Reformowanego Przymierza Luminarz Durel nie zginął z własnej ręki. Nie, został zamordowany i to dłoń Zmartwychwstałej Męczennicy dzierżyła nóż. Co więcej, Alwyn potęguje własne potępienie, opisując, jak on i Evadine Courlain leżeli w pożądliwym związku, wciąż skąpani we krwi zabitego kleryka. Jak wie nawet najbardziej leniwy student historii, wszystko, co nastąpiło później, można uznać za wynik tego grzesznego wydarzenia. Oczywiście mam więcej do powiedzenia, więcej prawd do rzucenia na wasze fałszywe Przymierze. Mam gorącą nadzieję, że prawdy te przyczynią się do waszego upadku, Przeklęci Bracia, ponieważ z pewnością zasłużyliście na to w sposób, który z przyjemnością opiszę w całości...

 

 

Nazywacie siebie Siostrzanymi Królowymi, ale to tylko tytuł bez znaczenia. Sami Serafilowie wyjawili mi bowiem, że wasza władza opiera się na oszustwie. Wasze okrutne rządy mają za podstawę jedynie puste legendy, które nazywacie bogami, i są podtrzymywane przez nieuczciwy ucisk. Nazywam was kłamczyniami, nazywam was złodziejkami, nazywam was morderczyniami, nazywam was fałszywymi królowymi, podczas gdy ja, dzięki boskiemu pośrednictwu Błogosławionego Przymierza Męczenników, jestem jedynym prawdziwym monarchą w świecie tyranów. Chciałyście mojej odpowiedzi, przeklęte siostry. Teraz ją macie.

Fragment Listu Męczennicy Evadine do Sióstr Królowych Askarlii.

Co wiesz o Malecytach, Alwynie?” Słowa nadpłynęły do mnie poprzez mgłę dezorientacji, która spowiła mi umysł po walce. Moja klatka piersiowa, lepka od potu, obklejona fragmentami ściółki, unosiła się i opadała wraz z nagą Męczennicą, równie spoconą i brudną. Evadine jęknęła lekko, gdy się poruszyłem, a jej ciemne włosy musnęły mi oczy, które z rosnącym niepokojem chłonęły otaczającą mnie scenę. Kilkanaście kroków dalej, pośród korzeni wiekowego dębu, leżały zwłoki Luminarza Durela Vaerista. Jego na wpół przymknięte oczy były matowe i ślepe, a z głębokiej rany na gardle nie płynęła już krew. Cięcie Evadine, przypomniałem sobie. Morderstwo dokonane przez Zmartwychwstałą Męczennicę. Albo pierwsza sprawiedliwa egzekucja dokonana przez samozwańczą Królową Ascendantkę. „Co wiesz o Malecytach, Alwynie?” Pytanie rozbrzmiało ponownie, wypowiedziane tonem, którego przed laty używała Sylda, tonem, stanowiącym wstęp do lekcji, a nie do sprawdzianu mojej wiedzy, lecz by ją przywoływać. Pamiętam dzień, w którym o to mnie spytała, gdyż było to na początku mojej służby w kopalniach. Jej lekcje jeszcze wtedy nie były regularne, moje próby kopiowania liter, które demonstrowała, były niezręcznymi bazgrołami, a liczne pytania Syldy ujawniały haniebną ignorancję młodzieńca, który wyobrażał sobie, że jest światowcem. Zdobyła mnie jednak. Obietnica tego, co oferowała, była zbyt kusząca, bym umiał ją odrzucić, więc kiedy zapytała o Malecytów, odpowiedziałem sumiennie i bez zwłoki. „Są źródłem zła na świecie”, wygłosiłem prawdę znaną wszystkim wychowanym w obrębie lub, w moim przypadku, na skraju Przymierza.

„Tak mówią Pisma”. Sylda pokiwała głową, zgadzając się, ale jak zawsze jej lekcja nigdy nie kończyła się na jednym pytaniu i jednej odpowiedzi. „Ale czy kiedykolwiek widziałeś Malecytów? Albo słyszałeś ich głos?” Oczywiście, że nie. Nikt nie widział. Nawet obłąkany fanatyk Fornal, najbardziej pobożny z banitów, nie miał żadnych osobistych doświadczeń z Malecytami, choć z irytującą stałością opowiadał o ich perfidii. „Oni tak nie działają”, odpowiedziałem. „Nie objawiają się ludziom, oni...”, moje wciąż ledwo wykształcone młodsze ja szukało odpowiednich słów: „Wpływają, w jakiś sposób dostają się do ludzkich dusz”. „Dostają się?”, zapytała Sylda, a lekkie skrzywienie jej ust i uniesione brwi zdradziły mi, że dotarliśmy do sedna lekcji. „A może zostają zaproszeni?”

Evadine jęknęła ponownie, a ten jęk zabrzmiał teraz pytająco. Wyprężyła się i zesztywniała, a jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy spojrzały w moje. Przez sekundę wydawało się, że dostrzegam w nich oskarżenie, że widzę zmarszczenie brwi i zaciśnięcie ust, które mogły nawet oznaczać wyrzut. Ale to szybko zniknęło, zastąpione leniwym uśmiechem, zanim oparła policzek na mojej klatce piersiowej. Dotyk jej skóry, ciepłej, miękkiej i cudownej, przyniósł świeżą falę pożądania, podobnie jak widok jej szczupłego, umięśnionego ciała, z przylepionymi liśćmi. Jak długo przetaczaliśmy się razem po ziemi? Próbując przeanalizować szczegóły tego wydarzenia, odkryłem, że minęło ono w podobnym do snu wybuchu tłumionego pożądania i dezorientacji. Chciałbym przypisać ten akt parzenia się na podobieństwo zwierząt tuż obok zamordowanego kleryka, którego krew wciąż plamiła moją skórę, jakiejś formie wpływu lub chwilowego szaleństwa. Do tej pory jednak, szanowny czytelniku, wiesz, że nigdy nie obraziłem cię kłamstwami. Brzydka, a zarazem niepodważalna prawda jest taka, że Zmartwychwstała Męczennica Evadine Courlain i ja zespoliliśmy się w dobrowolnym, choć splamionym krwią związku i nie będę uchylać się od ciężaru tego, co nastąpiło później, udając, że jest inaczej.

– Powinniśmy się odziać – powiedziałem, chociaż wcale tego nie chciałem, albowiem jej dotyk zawładnął mną mocniej niż jakikolwiek narkotyk.

– Powinniśmy – zgodziła się, układając głowę wygodniej, tak aby dotknąć palcami mojej twarzy. – Powinniśmy...

„Malecyci”, kolejny głos i kolejne pytanie, tym razem niewypowiedziane.

Głos, którego słuchać nie chciałem, wmawiając sobie, że wygłasza podłe i oczywiste kłamstwa. Przypomniałem sobie, jak na początku śmiałem się z tych słów, a potem ochłonąłem, na widok powagi malującej się na twarzy mego rozmówcy. Właśnie zakończyłem opowieść, której pragnął, relację z mojego życia do momentu naszego tajemniczego spotkania, kończąc ją gorącym pragnieniem powrotu do boku Evadine. „Mimo wszystko?”, zapytał mnie, z twarzą wykrzywioną zarówno potępieniem, jak i zakłopotaniem. „Mimo że wiesz, kim jest?” „Jej misja to kręta i trudna ścieżka, to prawda”, zacząłem, ale on tylko potrząsnął głową ze zniecierpliwieniem. „Nie to”, pochylił się w moją stronę i szeroko otworzył oczy, przyglądając się mojej twarzy. „Jeszcze nie wiesz”, stwierdził. „Oczywiście”. „Czego nie wiem?”, zapytałem gwałtownie. Odgłosy wściekłości i szaleństwa na zewnątrz zbliżały się coraz bardziej, przypominając nam, że nie mamy zbyt wiele czasu. „Tego, co mi powiedziałeś”, odparł, po czym westchnął, zamykając oczy. „Tego, co mi powiesz o Evadine i jej prawdziwej naturze”. Wpatrywałem się w niego zaskoczony, ale i przerażony, nie chciałem bardziej naciskać. Powiedział mi jednak i bez nacisków: „Ona służy Malecytom”.

Dźwięk rogów sprawił, że w końcu się ruszyła, zirytowanym mruknięciem kwitując odległe, ale wyraźne zawodzenie. Zdałem sobie sprawę, że to gra róg myśliwski. Ale kto na kogo polował?

– Zastanawiam się, gdzie się podział Ulstan – westchnęła Evadine i rozejrzała się, szukając swojego konia. Dostrzegłszy, że ogier skubie krzak jałowca kilkanaście kroków dalej, podniosła się, otrzepując liście i ziemię z nagich boków.

Widok jej ciała, bladego, ale gdzieniegdzie zarumienionego, zrodził kolejny nawrót nierozsądnego pożądania i odwróciłem wzrok. Niestety, natychmiast przyciągnęła go bezkrwista, obwisła twarz Luminarza Durela.

Najważniejszy kleryk królestwa. Najgłośniejszy głos w Radzie Luminarzy, zamordowany przez Zmartwychwstałą Męczennicę z legendą zbudowaną na kłamstwie...

– Alwynie. – Spojrzałem na Evadine, przyglądała mi się z wyrazem stłumionej irytacji. – Ubieraj się – dodała, wciągając przez głowę czarną bawełnianą koszulę.

Róg myśliwski odezwał się ponownie, teraz bliżej, a ja spędziłem kilka następnych chwil gorączkowo szukając odzienia. Na szczęście nie trwało to długo, ponieważ po niedawnej niewoli i ucieczce ze Straszliwej Twierdzy pozostały mi tylko spodnie, koszula, buty, a także pas z mieczem i skradziona broń. Evadine zdecydowała się przybyć tu w pełnej zbroi i musiałem pomóc jej zapinać sprzączki, zanim tętent koni poniósł się echem po lesie. Zaciągając ostatnią, myślałem o tym, że zdejmowanie tej zbroi wcale nie zajęło mi dużo czasu. Dobyłem mojego zdobycznego bułata, gdy za drzewami mignął mi pierwszy jeździec. W twierdzy było siedemdziesięciu, a może i więcej żołnierzy należących do Armii Rady i kilku z nich umknęło szarży Evadine. Jednak znajomy błysk błękitnej, emaliowanej zbroi sprawił, że opuściłem broń.

– Wil! – zawołała Evadine, unosząc dłoń na powitanie.

W odpowiedzi kapitan Konnej Gwardii Armii Przymierza spiął wierzchowca i ruszył ku nam kłusem, a sześciu jeźdźców podążyło za nim. Gdy się zbliżyli, moje spojrzenie ponownie powędrowało w stronę zamordowanego Luminarza.

– Łamacz praw – stwierdziła Evadine, odwróciłem się i zobaczyłem, że patrzy na mnie z poważną pewnością. – Praw ustanowionych zarówno przez Przymierze, jak i Koronę. Zasłużył na śmierć.

– Wiem – odparłem cicho, bo Wilhum zatrzymał się obok i zsiadł z konia. – Ale mimo to błagam cię, pozwól swojemu skrybie snuć tę opowieść. Prawda nam nie pomoże.

Zmarszczyła brwi w grymasie irytacji, jak osoba pewna swoich przekonań, a przy tym zmuszona do oszustwa. To był moment i minął zaraz, myślę, że było to ostatnie prawdziwe ustępstwo Evadine Courlain na rzecz rozsądku. Wkrótce Królowa Ascendantka nie będzie już musiała ustępować i ukrywać swoich zbrodni, bo dla niej nie były one wcale zbrodniami.

– Dobrze zatem – mruknęła. – Snuj, mój ukochany.

– Evie. – Wilhum ściągnął hełm. Oddychał ciężko i niespokojnym spojrzeniem wodził po brudnej twarzy i zbroi przyjaciółki. – Jesteś ranna?

– Nawet niedraśnięta.

– Też jestem cały – oświadczyłem – aczkolwiek draśnięć mam sporo.

Wilhum skrzywił się rozbawiony i otaksował mnie wzrokiem, potrząsając głową.

– Mówiłem jej, że na pewno wydostaniesz się z każdej pułapki bez naszej pomocy. – Spoważniał nagle, gdy zobaczył ciało Luminarza. Pomimo czasu spędzonego u boku Evadine, nigdy nie był szczególnie pobożny, ale nawet on zbladł na ten widok. – Czy to... Czy to jest...?

– Luminarz Durel – dokończyłem. – Wraz ze mną był więźniem Straszliwej Twierdzy. Został tam zwabiony przez ascendanta Arnabusa, tego nikczemnika, który przewodził procesowi w zamku Ambris. Najwyraźniej Arnabus od wielu lat knuł, jak przejąć kontrolę nad Przymierzem. – Westchnąłem z żalem i przykucnąłem obok zwłok Durela. – Opowiedział mi, jak Arnabus sączył mu do ucha kłamstwa o zagrożeniu ze strony Zmartwychwstałej Męczennicy i przekonał Radę do zwerbowania własnej armii. Dopiero pojmany, ten biedny stary drań, zrozumiał swój błąd. Kiedy uciekliśmy, kazałem mu ukryć się w lesie, obiecując, że znajdę go później. Wygląda na to, że Arnabus lub Danick Thessil znaleźli go pierwsi.

– Danick Thessil? – zapytała Evadine.

– Dowódca Armii Rady. Żołnierz, który stał się banitą i jak sądziłem, zginął w Omszałym Młynie, choć śmiem twierdzić, że obecnie zwie się inaczej.

– Banita będzie znał wiele kryjówek w tych lasach – wtrącił Wilhum.

– Nie będzie się ukrywał – zaoponowałem. – On i Arnabus pośpieszą do Athiltoru, w nadziei, że uda im się zebrać siły. Powinniśmy spodziewać się jakiegoś edyktu Rady potępiającego Namaszczoną Panią jako heretyczkę. – Podniosłem się i zmarszczyłem brwi w przepraszającym grymasie. – Wiem, że chciałaś tego uniknąć, ale Przymierze Męczenników się rozpadnie. Czeka nas schizma.

– Namaszczona Pani cieszy się miłością i oddaniem pospólstwa i wiernych – odparł Wilhum.

– Nie wszystkich. Przymierze trwa w obecnej formie od wieków. Ludzie od pokoleń czerpią pokrzepienie z tej trwałości. To nie zmieni się z dnia na dzień. – Przeniosłem wzrok na Evadine, mówiąc teraz z całkowitą szczerością: – Nie popełnij błędu, pani. Czeka nas kolejna wojna.

– Oż kuuu! – Dacharz zacisnął zęby, gdy Ayin przebiła igłą brzegi jego najgłębszej rany. Pociągła twarz szpiega skurczyła się w grymasie wysiłku, jakiego przysparzało mu znoszenie bólu i powstrzymywanie się od przekleństw. Reputacja Ayin była dobrze znana wśród weteranów Przymierza i większość z nich była na tyle mądra, by powściągać język w obecności dziewczyny.

– Przestań piszczeć, prosiaczku – zganiła go, z wyćwiczoną wprawą przeciągając nić przez ranę.

– Miałeś szczęście – poinformowałem Dacharza, przyjrzawszy się jego ranie, długiej na cztery cale i biegnącej ukosem od szczęki do szyi. – Trochę niżej i dołączyłbyś do nich. – Ruchem głowy wskazałem stos martwych, w większości żołnierzy Armii Rady, wyjątek stanowiło dwóch jeźdźców Wilhuma, którzy zginęli w walce, i jednym barczystym piechurem, pozbawionym zbroi.

Wdowa przykucnęła przy zwłokach, przygotowując Liama Drwala do grobu, obmyła mu twarz i dłonie, po czym złożyła je mu na piersi. Nie postrzegałem ich jako przyjaciół, z tego, co pamiętałem, zamieniła z Drwalem ledwie kilka słów. Ale zawsze była dziwną kobietą i czasem zrozumienie jej czynów przychodziło mi z trudem.

– Zmarli zadbają o zmarłych. – Dacharz przytoczył znane powiedzenie banitów.

Spojrzałem nań i zobaczyłem, jak wbija głodny wzrok w więźniów. Pojmaliśmy ich kilkunastu, teraz mniejszych i wątlejszych, bo pozbawionych już zbroi i broni, wzdrygali się nerwowo pod gniewnymi spojrzeniami strażników.

– Obiecałeś mi, panie – powiedział w sposób, który przypomniał mi, dlaczego tak bardzo go nie lubiłem.

– Obiecałem ci Danicka Thessila – zgodziłem się. – Więc będziesz musiał poczekać, przynajmniej do Athiltoru. – Odwróciłem się do Ayin, która zawiązywała węzeł na starannym rzędzie szwów. – Kiedy skończycie, rozejrzyjcie się po tym miejscu w poszukiwaniu dokumentów. Ciała też przeszukajcie. Chcę mieć każdy skrawek papieru, zapisany lub nie – poleciłem.

Lilat siedziała na zrujnowanej kolumnie, która stanowiła część wychodzącej na zachód bramy twierdzy. Zmarszczyła brwi, obserwując, jak oddział żołnierzy Przymierza kopie grób.

– Wkładacie ich do ziemi – powiedziała po kaerycku, jak to mieliśmy w zwyczaju, gdy byliśmy sami. – Czy robi się to, by wzbogacić glebę?

– To... – zacząłem i zaraz zamilkłem, bo nigdy wcześniej nie zastanawiałem się, dlaczego zwyczajowo grzebaliśmy naszych zmarłych. Wiedziałem, że Kaeryci po prostu wynosili swoich bliskich zmarłych do lasu i tam zostawiali. Poza nielicznymi wybrańcami, których grzebali we wnętrzu góry, przypomniałem sobie, a wspomnienie ułożonych w stos kości wywołało niepożądany dreszcz. – Tak się tu robi – powiedziałem, szukając odpowiedniego słowa, zanim dodałem: – jurihm. Słowo to oznaczało zarówno zwyczaj, jak i tradycję, w zależności od intonacji.

– Jurihm – powtórzyła z nieokreślonym skinieniem głowy.

Zesztywniała, przenosząc wzrok na Evadine, która stała na centralnym dziedzińcu twierdzy. Jeden z więźniów klęczał przed nią, z rękami związanymi za plecami, pochyloną głową i drżąc pod ciężarem spojrzenia Namaszczonej Pani. Zadawała mu pytania, których nie słyszałem, choć jej twarz nie zdradzała spokojnej zachęty, jaką pamiętałem z jej wcześniejszych spotkań z jeńcami. Wiedziałem, że stosunek Evadine do naszych wrogów zmienił się podczas naszej rozłąki, w miesiącach, gdy myślała, że nie żyję, a alundzka rebelia wciąż szalała. W Kompani Przymierza krążyło wiele cichych opowieści o gniewnym potępieniu pojmanych alundzkich buntowników, z których niejeden zatańczył na stryczku, gdy odmawiał odwołania swoich herezji.

– Ległeś z nią – oznajmiła Lilat, po prostu. Stwierdziła ów fakt w języku, którego nie rozumiał nikt w zasięgu słuchu. Mimo to, nie mogłem powstrzymać instynktownego wzdrygnięcia w reakcji na jej szczerość. – Czuję ją na tobie – dodała w ramach wyjaśnienia, nadal spoglądając na mnie beznamiętnie, spod uniesionej brwi.

Patrząc w jej spokojne oczy, nie byłem w stanie dostrzec żadnych emocji związanych z tym stwierdzeniem. Zastanawiałem się, czy nie jest zazdrosna, ale uznałem to za mało prawdopodobne. Być może rozgniewał ją mój brak ostrożności, bo nawet ona zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa związanego z tym, co wydarzyło się w lesie. A jednak mój dar odczytywania twarzy i postawy pozostawał niezmienny.

Dostrzegłem, że Lilat nieznacznie ściąga brwi, oznakę emocji bardziej niepokojącej niż zazdrość czy złość. To było rozczarowanie.

Mogłem tylko w milczeniu odwzajemniać jej spojrzenie, dopóki nie przeniosła wzroku na Evadine.

– Morkleth. Pamiętasz to słowo?

Pamiętałem, ale poczułem się urażony sugestią.

– Ona nie jest przeklęta – zaoponowałem.

– Ma też inne znaczenie. Człowiek, którego nazwałeś kajdannikiem, był Morkleth. Nie tylko przeklęty, ale i wygnany. Nie popełnił czynu, który twoi ludzie uznaliby za zbrodnię, ale mimo to Eithlisch nakazał go unikać i wypędzić. Rolą Eithlischa jest znalezienie tych, którzy pewnego dnia sprowadzą niebezpieczeństwo na Kaerytów. – Skinęła głową w stronę Evadine, która zbliżyła się o krok do kulącego się jeńca, a z jej ust padło pytanie zadane tonem twardym i żądającym odpowiedzi. – Nie pozwoliłby jej żyć wśród nas. Zastanawiam się, dlaczego twoi ludzie pozwalają.

„Evadine służy Malecytom...” Naciągnąłem na ramiona swój zdobyczny płaszcz, by ukryć dreszcz i odsunąłem się, mrucząc:

– Nie rozumiesz ani jej, ani nas. To nie są twoje ziemie.

– Morkleth pachnie tak samo – odpowiedziała, gdy odchodziłem, jej głos był cichy, ale słyszałem wyraźnie: – Nieważne, gdzie.

Zanim dotarłem na dziedziniec, więzień opadł na czworaki i wcisnął twarz w starożytne, popękane płyty chodnikowe, gdy szlochał pod ciężarem pytania Evadine.

– Ilu jest w Athiltorze? – wycedziła, pochylając się, by wykrzyczeć mu to pytanie do ucha. – Ilu, ty niewierny ciuro?!

– Tylko... – wybełkotał przez łzy i smarki. – Jestem zwykłym żołnierzem, pani. Wstąpiłem tylko dlatego, że zapłacili mi całego srebrnika za pierwszy tydzień...

Nie widziałem na nim żadnych śladów tortur, więc osiągnął ten stan absolutnej uległości wyłącznie dzięki przerażeniu.

Gniew Evadine przybrał na sile.

– Sprzedajesz swoją duszę za krążek metalu?

– Mam... dzieci, pani – wybełkotał. – Ich matula zmarła zeszłej zimy, musiałem zostawić je z babką. Muszę dać im jeść.

Ta aluzja do dzieci, które wkrótce miały zostać sierotami, prawdziwych czy wymyślonych pod wpływem śmiertelnego strachu, w niewielkim stopniu wpłynęła na determinację Evadine.

– Ojciec powinien dawać przykład swoim dzieciom – stwierdziła, sięgając po sztylet. – Nawet jeśli może go to kosztować życie.

– Czy mogę prosić o chwilę rozmowy z tym mężczyzną, moja pani? – poprosiłem, podchodząc bliżej.

Rzuciła mi gniewne spojrzenie, ale opanowała się, puściła rękojeść sztyletu. Uśmiechnąłem się i wymownie pochyliłem głowę w stronę skulonego na ziemi mężczyzny. Skinęła mi lekko głową i cofnęła się, pozwalając, abym przykucnął przy więźniu.

– Podnieśmy się, dobrze? – powiedziałem i chwyciłem go za ramiona i delikatnie skłoniłem, by usiadł.

Twarz, którą teraz mogłem zobaczyć, należała do mężczyzny mniej więcej trzydziestoletniego. Poznaczoną kilkoma bliznami, starymi i nowymi, to była twarz żołnierza, po akcencie odgadłem, że mężczyzna pochodził z Alberis.

– Daleko od domu zawędrowałeś, co? – Wyjąłem korek z manierki i przysunąłem ją mu do ust. – Ile czasu minęło, odkąd wziąłeś pierwszą monetę?

– Lata, panie – odpowiedział, wziąwszy kilka łapczywych łyków, nie odrywał przy tym spojrzenia od Evadine, która spacerowała w tę i z powrotem po dziedzińcu.

– Jesteś z królewskich, co? – Nigdy nie oszczędzałem na pochlebstwach. – Coś mi na takiego wyglądasz.

– Nie, służyłem w oddziałach książęcych. Próbowałem raz dostać się do królewskich, ale sierżant powiedział, że za wolno robię halabardą. Po prawdzie to chciał łapówkę, a ja nie miałem ni szeląga.

– Sierżanci. – Pokręciłem głową ze zrozumieniem. – Skurczybyki, co do jednego. Jak cię zwą, żołnierzu?

– Turner, panie, Abell Turner.

– Dobrze, Abllu Turnerze, jak żołnierz żołnierzowi, złożę ci uczciwą ofertę. Twoje życie i wolność w zamian za prawdę. Co ty na to?

Ponownie pomknął wzrokiem ku Evadine, gdy jej buty stuknęły o płyty dziedzińca nieopodal. Turner zaryzykował spojrzenie na jej surową twarz, wykrzywioną grymasem zniecierpliwienia. Potem znów skupił się na mnie, a na jego obliczu odmalowała się desperacja tonącego, który chwyta się całkowicie zniszczonej liny. Mimo to udało mu się mnie zaskoczyć kolejnymi słowami.

– Moi ludzie, panie. To tylko biedacy, tacy jak ja. Z niektórymi służyłem już wcześniej, a dołączyłem do nich tylko dlatego... – Zamilkł.

Buty Evadine znów zastukały, tym razem głośniej, jeniec wzdrygnął się ze strachu i pochylił głowę w oczekiwaniu. Po raz pierwszy przekonałem się, że gniew Namaszczonej Pani może być równie potężną siłą, co jej miłość.

– Życie i wolność również dla nich – obiecałem, ignorując ciężkie westchnienie Evadine. – Ale i ty, i oni będziecie musieli przysiąc wierność Zmartwychwstałej Męczennicy i ślubować, że nigdy więcej nie chwycicie za broń przeciwko niej. – Spojrzałem mu głębiej w oczy, postarałem się, żeby w moim głosie nie zadźwięczała żadna nuta zachęty czy nakłaniania i dodałem: – Bo to będzie cię kosztować znacznie więcej niż krew. – Widziałem, że ścisnęło mu się gardło i zdałem sobie sprawę, że walczy z torsjami.

– Przysięgam, mój panie. Moi towarzysze również przysięgną, na duszę.

Skinąłem głową z lekkim uśmiechem.

– Zatem... człowiek, który was prowadzi, nie kapłan, ten, który dowodzi armią rady, jak się każe nazywać?

– Kapitan Sorkin, panie, prawdę powiedziawszy nie pomnę, jak mu na imię.

– A co wiesz o tym Sorkinie?

– Jeśli chodzi o żołnierkę, to zna się na rzeczy, to mu trzeba oddać. Służyłem pod gorszymi swego czasu, choć niewielu tak chętnie sięgało po bat; nie wzdraga się przed chłostą ten Boski Kapitan.

– Boski? – powtórzyła Evadine, a ostrość jej tonu sprawiła, że Abell Turner skulił się jeszcze mocniej.

– Tak go zwą, moja pani, ascendant i inni kapłani. Taką ma rangę w armii Przymierza.

– I stacjonujecie w Athiltorze? – spytałem, chcąc znów skupić uwagę jeńca na sobie.

Pokiwał twierdząco głową.

– Tak, panie, musztrowali nas tam przez sześć czy siedem tygodni, a potem wysłali tutaj.

– Pamiętasz, jak Namaszczona Pani pytała, ilu was jest w Athiltorze. Ja też chcę to wiedzieć.

– Nie kłamałem, gdy mówiłem, że nie wiem. Cały czas werbowali, ludzie przybywali do miasta, tyle się działo, że nie sposób było zgadnąć, ilu naprawdę.

– Zgadnij – rozkazała Evadine.

– Pięć, może sześć tysięcy, ale nie więcej. Przynajmniej tak było, kiedy wymaszerowaliśmy. Jak już mówiłem, ciągle ich przybywało... – Zawahał się, a ja zobaczyłem mgnienie w jego oczach, to było spojrzenie człowieka decydującego, z kim związać swoją przyszłość. – Ale mówiło się też o najemnikach ze wschodu i zza mórz południowych. Kiedy wyruszaliśmy, było tam już kilkudziesięciu tych dzikich łuczników, nie wiem, jak się zwą.

– Vergundowie – mruknąłem, zerkając na Evadine, nasze spojrzenia się zetknęły i przez moment oboje ponuro pomyśleliśmy o morderczych umiejętnościach heretyków, które zaprezentowali nam podczas oblężenia zamku Walvern.

– Tak – Turner znów skinął głową – tak właśnie, panie. Banda obszarpanych rzezimieszków i podrzynaczy gardeł. Aż dziwne, że Przymierze im płaci.

– Wspominałeś o jakichś robotach – zmieniłem temat – opisz je.

– Głównie to było kopanie okopów i wznoszenie umocnień, murów, ale nie takich solidnych, jak ma zamek, w Athiltorze nie znajdziesz zbyt wiele kamienia.

Wypytywałem go przez blisko godzinę, zbierając jak najwięcej szczegółów. Ujawniony obraz wskazywał, że Danick Thessil, tym razem w przebraniu Boskiego Kapitana Sorkina, zdołał zgromadzić w najświętszym mieście Przymierza całkiem niezgorsze siły, które wkrótce miały się powiększyć o licznych najemników i zyskać ochronę świeżo wybudowanych fortyfikacji.

Evadine wtrąciła się kilkakrotnie, ale jej pytania były bardzo konkretne.

– Jakie układy ma wasz kapitan z Koroną? – zapytała z naciskiem. – Jakiego targu dobił Arnabus z Algathinetami?

W odpowiedzi Turner skulił się pod jej groźnym spojrzeniem i zaczął wyjąkiwać jakieś zaprzeczenia.

– N-nigdy nie widziałem żadnego przedstawiciela Korony, gdy tam byłem, moja pani. Jeśli chodzi o ascendanta, to widziałem, jak rozmawiał z kapitanem, ale sam nigdy z nim nie rozmawiałem.

– Jak wstanie słońce – powiedziałem, upewniwszy się, że wydobyłem z niego całą istotną wiedzę – ty i twoi towarzysze złożycie przysięgę i opuścicie to miejsce. – Pochyliłem się niżej, skupiając na sobie jego spojrzenie. – Jeśli wiesz, kim jestem, to wiesz, że słyszę kłamstwo równie wyraźnie, co bicie dzwonu. Jeśli jutro wyłapię choćby najcichszą nutę fałszu...

– Tak się nie stanie, wasza lordowska mość. – Docisnął czoło do kamieni dziedzińca. – I dzięki ci, panie. Słynne miłosierdzie Skryby i Namaszczonej Pani z pewnością nie jest kłamstwem.

– Siedem tysięcy wyszkolonych żołnierzy – westchnął Wilhum, wyciągając ręce w stronę ognia. Godzina była późna i Evadine wezwała go, by omówić zdobyte informacje, poza zasięgiem słuchu reszty kompanii. Wilhum, weteran większej liczby bitew niż Evadine czy ja, nie znalazł w tych wieściach wiele otuchy. – Za okopami i umocnieniami. Plus grupa vergundzkich łuczników i Męczennicy wiedzą, ilu jeszcze obcych drani, na nas czeka. – Posłał Evadine przepraszający grymas. – To nie jest dobra perspektywa, Evie. Moja rada: wyślij Alwyna i mnie do Athiltoru na porządny rekonesans, a sama wróć do Couravel, by przypomnieć księżniczce regentce o wartości waszego obecnego sojuszu, i każ lordowi Swainowi zmobilizować zastępy Przymierza do marszu na Athiltor. Możemy być pewni przynajmniej ich lojalności wobec ciebie, niezależnie od tego, co ogłoszą Luminarze. Jeśli połączymy się z Armią Koronną, będziemy mieli wystarczające siły, by zakończyć tę sprawę, choć wolałbym nie organizować kampanii w obliczu zbliżającej się zimy.

– Nie mogę paktować z księżniczką regentką – oświadczyła Evadine – bo nie ma kogoś takiego. To tylko kobieta, która przypadkiem jest siostrą niegodnego bastarda. Rodzina Algathinetów utrzymała się na tronie dzięki podstępom, morderstwom i oszustwom. Nie mam wątpliwości, że mieli też swój udział w łajdactwie, do którego tu doszło, choć starannie zatarli ślady. Już czas, Wilu. Czas zakończyć moją misję.

Twarz Wilhuma zakrzepła w beznamiętnym wyrazie, patrzył na Evadine w milczeniu, po czym spojrzał na mnie, z twarzą wciąż nieruchomą, ale w jego oczach malował się niepokój.

– Alwyn i ja jesteśmy tego samego zdania – oznajmiła Evadine. – Nie mamy innego wyjścia. – Odetchnęła głęboko i wypuściła powietrze z ponurą powolnością. – Aby ocalić wszystkich, muszę zaryzykować wszystko. Muszę zostać królową, Królową Ascendantką. We mnie Korona, lud i Przymierze zostaną zjednoczone, a Druga Zatrata zażegnana. Tylko wtedy to królestwo zazna spokoju.

Spojrzenie Wilhuma zawisło na mnie i wiedziałem, że liczył na słowa powściągliwości, których nie mogłem jednak zaoferować. Byłem teraz takim samym jeńcem Evadine, jak Turner i jego towarzysze. Wiedziałem, jak poważne znaczenie miały jej słowa. Wiedziałem, co zapowiadają, ale spojrzałem Wilhumowi w oczy z wyrazem ponurej zgody. Odwrócił się z powrotem do Evadine, a jego głos był słaby i ledwo słyszalny ponad trzaskiem ogniska.

– Wiesz, że podążę za tobą, tak jak podążałem za każdym twoim krokiem od czasu Pola Zdrajców. Jestem ci winien lojalność, Evie. – Przerwał, by zaczerpnąć tchu i dodał: – Ale musisz wiedzieć, że taki obrót spraw oznacza wojnę zarówno z Koroną, jak i Przymierzem. Nie mam pewności, czy starczy nam sił na którąkolwiek z nich.

– Walka z jednym i drugim naraz to szaleństwo – powiedziałem, kierując swoje słowa do Evadine. – Najpierw zajmiemy się Przymierzem. Zwycięstwo jest najlepszą pożywką dla rebelii, a o to nam chodzi, nie ma tu wątpliwości. Zatriumfujemy w Athiltorze, zanim w ogóle wspomnimy o wyniesieniu na tron Królowej Ascendantki.

– Mówisz, jakby to było coś łatwego – odparł Wilhum. – Czas jest naszym wrogiem tak samo, jak ten cały boski kapitan i jego heretycka armia. Musimy zebrać więcej informacji i siły, jeśli mamy szturmować święte miasto.

– Rano wyślę moich najlepszych zwiadowców do Athiltoru. A Emond pojedzie pośpiesznie do Couravel, by wezwać Armię Przymierza. Napiszę też list do księżniczki Leannor, w którym opowiem, co się tu wydarzyło, i wyjaśnię, że rozwiązanie tego kryzysu to sprawa Przymierza. Wątpię, by chciała wplątać Koronę w taki rozłam wśród wiernych. W rzeczywistości prawdopodobnie ucieszy się z szansy odegrania roli rozjemcy, jeśli walki będą się przedłużać, a nie będą.

– Armia Przymierza nie wystarczy – upierał się Wilhum. – Nawet jeśli dojdą tu na czas.

– Prosty lud Marchii Shavine i Alberis już raz odpowiedział na wezwanie Namaszczonej Pani i zrobi to ponownie.

– Tłumy niewyszkolonych chałupników nie mogą się mierzyć z wyszkolonymi żołnierzami.

– Nie, ale wystarczająco liczni mogą w potrzebie przechylić szalę starcia. A jeśli chodzi o nasze zapotrzebowanie na doświadczonych wojowników, wiem, gdzie możemy znaleźć ich więcej – powiedziałem z żalem, wzruszając ramionami. – Aczkolwiek ostrzegam, moja królowo, że cena za nich nie będzie mała.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

O autorze

Anthony Ryan mieszka w Londynie i jest autorem bestsellerowych serii „Cień kruka” oraz „Draconis Memoria”, wydanych przez New York Times, w Polsce przez Wydawnictwo Mag. Wcześniej pracował na różnych stanowiskach w brytyjskiej administracji rządowej, ale obecnie zajmuje się wyłącznie pisaniem. Interesuje się sztuką, nauką oraz niekończącym się poszukiwaniem idealnego kufla prawdziwego piwa.

 

Aby dowiedzieć się więcej o Anthonym Ryanie i innych autorach wydawnictwa Orbit, zarejestruj się do newslettera Orbit na stronie orbitbooks.net.

 

Podziękowania

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi doprowadzić do końca testament Alwyna Skryby. Szczególne podziękowania należą się mojemu agentowi Paulowi Lucasowi, redaktorom Jamesowi Longowi i Bradleyowi Englertowi oraz mojemu najbardziej entuzjastycznemu krytykowi Paulowi Fieldowi.

Colophon

COPYRIGHT © BY Anthony Ryan, 2023COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

Tytuł oryginału: The Traitor

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-108-5

Kod produktu: 4000619

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

TŁUMACZENIEDominika Repeczko

REDAKCJADorota Pacyńska

KOREKTAMarta Sobiecka

ILUSTRACJA OKŁADKOWAJaimie Jones

PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak

ILUSTRACJERobert Łakuta

MAPAPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]