Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Autorka powieści "Miłość, kłamstwa i koronki" powraca z drugą częścią serii „Grzeszna Przeszłość”!
Pięć lat po powrocie z Gdyni Martyna wciąż odczuwa skutki przeżytej traumy. Zajada stres, ucieka w pracę, której nie znosi, oddala się od bliskich.
Jeden wieczór może jednak zmienić wszystko. Podczas spontanicznego wyjścia na imprezę Martyna poznaje Konrada – przystojnego pasjonata podróży i sportowych samochodów, mężczyznę o szorstkim, ale magnetycznym usposobieniu. Relacja rozwija się szybko. Konrad sprawia, że Martyna, od lat wyśmiewana z powodu swojego wyglądu, w końcu czuje się piękna.
Od samego początku coś jest jednak nie tak…
Zauroczona kobieta zdaje się nie dostrzegać szemranego towarzystwa, w jakim obraca się Konrad, i ignoruje niepokojące zachowania mężczyzny.
Co się stanie, gdy Konrad zacznie zabierać ją na swoje weekendowe wyjazdy po Polsce? Co, jeśli podczas jednego z nich dojdzie do tragedii?
Przekonaj się, jak potoczą się losy Martyny – kobiety, która musiała uwolnić się od strachu.
"Nie każda prawda wyzwala. Nie każdy zasługuje na przebaczenie"
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 270
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Po raz pierwszy od dawna wróciłam do domu w wyśmienitym humorze. Być może to za sprawą czterech papierowych toreb, które niosłam jedną ręką. Kryły się w nich upolowane na wiosennych wyprzedażach skarby. W drugiej ręce trzymałam telefon, więc drzwi do sypialni musiałam zamknąć nogą. W słuchawce rozbrzmiewał głos Iwony:
– Ja właśnie przymierzyłam te zamszowe botki i powiem ci, kochana, że miałaś nosa, są zupełnie w moim stylu!
– Mówiłam, że do ciebie pasują. Prawdziwa perełka. – Uśmiechnęłam się i rzuciłam torby z zakupami obok łóżka.
– A ty? Wiesz już, do czego będziesz nosić tę fioletową sukienkę?
– Zaraz ją przymierzę, dopiero weszłam do pokoju, jeszcze musiałam zajrzeć do Oleńki. – Przełączyłam Iwonę na głośnomówiący i wyłowiłam z jednej z toreb fioletową sukienkę z kaszmiru. Była przepiękna, ale w sklepie głowiłyśmy się z Iwoną, co takiego można by do niej założyć, fiolet miał bardzo intensywny odcień.
– Co u małej? – zapytała przybrana „ciocia”.
– Dobrze, w szkole radzi sobie rewelacyjnie – powiedziałam, jak zawsze dumna z córki. – Potrzebuje dużo mniej mojej pomocy w lekcjach, w końcu to już pannica, dziewięciolatka! – mówiłam, zrzucając z siebie ubrania i naciągając na ciało fioletowy kaszmir.
Ola rzeczywiście niesamowicie wydoroślała. W szkole wszyscy nauczyciele zawsze ją chwalili, a inne dzieci chętnie się z nią bawiły. Od roku miała też swój własny pokój – po naszej kochanej Danusi, która zmarła cztery lata temu, zupełnie nagle, niedługo po moim powrocie z pamiętnych wakacji w Trójmieście. Wszyscy bardzo to przeżyliśmy. Pomimo wieku była przecież okazem zdrowia! Zawsze z ciętym językiem i gotowa, by wyrazić swoje zdanie, nasza pełna energii Danusia odeszła nagle, przez wylew. Pamiętam, jak bardzo podcięło mi to skrzydła. Z Gdyni wróciłam pełna nadziei i zmotywowana, a tu nagle życie przypomniało mi, że nie zawsze jest kolorowe. Potem doszły inne problemy, walka z traumą i z samotnością… i tak minęło kilka lat.
Stanęłam przed lustrem.
Coś tu było zdecydowanie nie tak.
Kaszmirowa sukienka powinna była lekko spływać po ciele. A ja wyglądałam w niej, jakbym wcisnęła się w skarpetę. Opinała mnie dosłownie wszędzie. Fałdki na brzuchu widać było jak na dłoni. Byłam pewna, że kupiłam właściwy rozmiar.
– Tak się kończy zajadanie stresu – mruknęłam na głos.
– Co jest? – odezwała się od razu Iwona. – Za mała?
– Bardziej na ciebie niż na mnie – odpowiedziałam, myśląc o kościstej przyjaciółce.
– To oddasz ją i tyle, i tak ten fiolet do niczego nie pasował – próbowała mnie pocieszyć, chociaż słyszałam po głosie, że nie wiedziała, co powiedzieć.
Przez te kilka lat przytyłam. I to sporo. Nigdy nie byłam kruszynką, od dziecka miałam nadwagę, ale to, co przeżyłam kilka lat temu, gdy pracowałam w urzędzie pod okiem Zosi, a także cała ta historia z Krzyśkiem i Jankiem, spowodowały u mnie ogromną traumę, z której wychodziłam przez lata. Potem jeszcze śmierć Danusi i powrót do pracy etatowej… Dużo więcej jadłam, zwykle słodyczy, by poprawić sobie humor. Miałam też serdecznie dość facetów, więc każdemu mówiłam stanowcze „do widzenia”, gdy tylko się pojawił, ale przez to mniej o siebie dbałam.
Westchnęłam głęboko. Iwona albo to usłyszała, albo natychmiast wyczuła mój nastrój.
– No co ty, Martyśka, weź mnie nie osłabiaj, przecież nawet pomimo większej wagi wyglądasz ekstra!
– No nie wiem… Trochę się pozmieniało.
– Oj weź już daj spokój! Dobierzesz coś do tej sukienki, zawsze potrafisz wyczarować coś z niczego, a jak nie, to ją oddasz i tyle – paplała Iwona.
Ja patrzyłam wciąż w lustro. Już nie tylko na sukienkę, ale i na twarz, poważniejszą niż kilka lat temu, miałam wrażenie, że nadal skrywającą wiele stresu i emocji.
– Nie masz wrażenia, że trochę za szybko zaczęłyśmy się starzeć? – powiedziałam nagle. Odpowiedziała mi cisza.
Iwona też nie miała za sobą przeszłości usłanej różami. Nikt by w to kiedyś nie uwierzył, ale jej romans z Czarkiem okazał się prawdziwą i gorącą miłością. Zakochali się do tego stopnia, że Iwona rzuciła dla niego Michała, świetną partię i mężczyznę, który był w stanie ustawić ją na całe życie. Przetrwali nawet poronienie. Czarek bardzo wspierał Iwonę, kiedy ta przechodziła przez stratę dziecka. Byli parą jak z obrazka. Tylko z jednym problemem. Iwona była bardzo rodzinna, kochała swoich rodziców i liczne rodzeństwo, wciąż chciała się z nimi widywać, a oni nie byli w stanie zaakceptować Czarka. Mieli swoje wymagania. Michał odpowiadał im ze względu na status i kasę, a Czarek? Czarek wydawał się tylko jakimś kaprysem i przygodą. Nie lubili go do tego stopnia, że docinali mu, gdy tylko mieli okazję. Aż biedak nie wytrzymał. Któregoś dnia, po kolejnej serii niemiłych komentarzy od matki i siostry Iwony, powiedział jej, że musi wybrać – on albo rodzina. I Iwona wybrała. Chociaż moim zdaniem nie to, co powinna, ale to nie moja sprawa. Ja wiem tylko, że rozstali się ponad pół roku temu, a ona nadal płacze w poduszkę.
– Może trochę… – Usłyszałam w słuchawce zamyślony głos przyjaciółki. – Ani tobie, ani mnie nie było łatwo.
– Ale nie jesteśmy przecież jeszcze stare, trzeba wziąć się w garść!
– Wiesz, ja… Ja myślę, że mogłabym już zacząć coś nowego.
– Mówisz o facetach? – zapytałam zdziwiona, bo jeszcze kilka dni temu wysłuchiwałam, jak to tęskni za swoim Czarusiem. W międzyczasie ściągnęłam z siebie tę przeklętą kaszmirową kieckę. Oddam ją przy najbliższej okazji. Zamiast tego zaczęłam przymierzać kolejny z dzisiejszych zakupów, czyli boską spódnicę w kwiaty. Od razu skoczyłam do szafy, by znaleźć pasującą do niej bluzkę.
– Tak. Może byłoby mi łatwiej zapomnieć.
– Ty wiesz najlepiej, czego potrzebujesz.
– A ty?
– Co ja?
– Kiedy w końcu na kogoś zapolujesz?
– Iwona… Czy ciebie głowa boli?
– Ale dlaczego? Już cztery lata jesteś sama, od całych tych perypetii z rycerzami w lśniącej zbroi, co zapładniają każdą damę po kolei, psychopatami i podopiecznymi…
– Bardzo śmieszne – przerwałam jej czym prędzej, ale ona i tak śmiała się w głos po drugiej stronie słuchawki. – Przecież wiesz, ile mnie to ostatecznie kosztowało.
– I teraz mówisz, że się za szybko zestarzałyśmy, bo jesteśmy brzydkie, smutne i samotne.
– Nie powiedziałam tak!
– Ale to miałaś na myśli.
Gadałyśmy jeszcze chwilę o wszystkim i o niczym, a potem Iwona się rozłączyła, życząc mi udanego wieczoru. Nie wracałyśmy już do tematów związanych z przeszłością, chociaż we mnie wciąż to wszystko siedziało. Poczułam, że muszę odreagować, więc kontynuowałam przymierzanie ciuchów. Z wyjątkiem tej fioletowej sukienki wszystkie okazały się strzałem w dziesiątkę! Miałam do nich odpowiednie buty i dodatki, więc natychmiast zaczęłam wkładać na siebie kolejne stylizacje, żeby popodziwiać te skarby w lustrze.
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
– Proszę!
Pojawiła się mama. Jej wzrok natychmiast spoczął na torbach postawionych przy łóżku, a potem przeniósł się na mnie.
– Przyszłam zapytać, czy w weekend będziesz potrzebowała pomocy z Olą. Ja i tata dostaliśmy zaproszenie od starych znajomych, chcą, żebyśmy wpadli do nich na działeczkę. Tacie dobrze by zrobił taki wyjazd – powiedziała.
– Jedźcie, oczywiście! Oby pogoda dopisała, bo może być jeszcze chłodno wieczorami. – Zbliżał się koniec maja, w tym roku było jednak wyjątkowo ciepło, prawie jak w lecie. Pogoda potrafi jednak być zdradliwa.
Mama pokiwała głową, ale nie wychodziła z pokoju. Nadal patrzyła na mnie dziwnie.
– To wszystko nowe rzeczy? – zapytała.
– Tak, ale nie martw się – powiedziałam, rozumiejąc, że chodzi jej o pieniądze. – Trafiłyśmy z Iwoną na fenomenalne wyprzedaże, nie uwierzysz, ile zapłaciłam za to cudo – wytłumaczyłam, pokazując jej białą jedwabną bluzeczkę z falbanką przy dekolcie. Mama ledwo rzuciła na nią okiem.
– Nie rozumiem, po co ci tego tyle. Przecież to zupełnie niepraktyczne, nie przyda ci się do pracy – stwierdziła.
– Wiesz, że lubię ubrania. Lubię je łączyć i dobierać kolory…
– Powinnaś trochę mocniej stąpać po ziemi, Martynko. – Głos mamy był chłodny, zupełnie jak jej spojrzenie.
– Przecież dajemy sobie z Olą radę. To nie jest tak, że kupiłam sobie ubrania, a dziecko nie ma w czym chodzić. Pracuję na nas – odpowiedziałam, nagle zirytowana. Mamie nigdy nie podobało się moje zainteresowanie modą.
– I na pracy właśnie powinnaś się skupić, jak dorosła i odpowiedzialna kobieta. Marzeniami nie nakarmisz córki, powinnaś być wdzięczna, że znalazłaś ten etat i chcieli cię przyjąć, bo po tej aferze z urzędem wszystko się skomplikowało. – Mama jak zwykle zaczęła wyciągać brudy z przeszłości. – I dobrze, że te głupoty o własnym biznesie wyparowały ci z głowy, bo by dopiero były kłopoty…
– A kto powiedział, że wyparowały? – odrzekłam, coraz bardziej poruszona.
– Nawet mnie nie denerwuj, nie chcę tego słuchać. Dobrego wieczoru – ucięła rozmowę i zamknęła za sobą drzwi mojej sypialni.
Usiadłam sfrustrowana na łóżku. Odkąd tylko po powrocie z Gdyni opowiedziałam rodzicom o pomyśle założenia własnego sklepu z ubraniami, odciągali mnie od tego ze wszystkich sił. Gadaniu nie było końca. A to, że po co mi taka odpowiedzialność; a to, że stabilność jest najważniejsza: a to, że przecież nic nie wiem o prowadzeniu biznesu. Najpierw spokojnie, ale potem, jak nadal o tym wspominałam, zrobili się naprawdę nieprzyjemni. W międzyczasie pojawiło się miejsce pracy w pobliskim żłobku. Chciałam odłożyć sobie trochę na start firmy, a że w naszym miasteczku nie było innych perspektyw, to zatrudniłam się tam jako opiekunka. Lubiłam dzieci, ale to nie była praca marzeń. Często męcząca, ciągle w hałasie, a maluchy potrafiły dać w kość. Nie zarabiałam też kokosów, więc i z tymi oszczędnościami było różnie, bo zależało mi na tym, żeby mnie i Oli niczego nie brakowało, więc większość wydawałam. I tak mijały lata, zostałam na etacie. O firmie wciąż myślałam, to akurat prawda, ale coraz rzadziej i z coraz większymi obawami. Rodzice tylko ciągle powtarzali mi, że powinnam cieszyć się z tego, co mam, i nie wymyślać.
Kiedy tak siedziałam sama w pokoju, drzwi otworzyły się i do środka wparowało moje największe szczęście. Oleńka wskoczyła obok mnie na łóżko i się przytuliła. Cieszyłam się z każdej takiej chwili, bo wiedziałam, że robi się coraz starsza, i te lata, kiedy najbardziej mnie potrzebowała, mamy już za sobą. Teraz na pierwszym planie były szkoła i koleżanki.
Pogładziłam jej włosy, które na szczęście z wiekiem pociemniały i przypominały bardziej moje niż jej ojca. Janka widać w niej było jedynie w drobnych gestach, pewnie niezauważalnych dla innych. Ja je widziałam, bo znałam prawdę, więc wiedziałam, czego szukać. Cieszyłam się, że nie jest do niego podobna. Przez te kilka lat oczywiście Janek pojawiał się w moich myślach, ale już nie z tęsknotą. Większość ciepłych uczuć do tego człowieka rozmyła się w czasie. Rozumiałam, że tak miało się to wszystko potoczyć, ale niestety okazało się, że trudno mi ruszyć z miejsca zupełniej samej.
Miałam na sobie bordową bieliznę z koronką, która przypominała mi kwiaty i pędy roślin. Oplatała moje piersi i biodra, podkreślając krągłości w wyjątkowo kuszący sposób.
Nagle poczułam na sobie jego palce. Sunął nimi po seksownej bieliźnie, jakby również chciał doświadczyć miękkości materiału. Kreślił koła i zygzaki na moich piersiach, wodząc dokładnie po kształcie koronki. Przymknęłam oczy. Jak to możliwe, by tak delikatny dotyk sprawiał, że moje piersi natychmiast twardnieją, domagając się więcej?
On jednak nie poprzestał na piersiach. Chyba postanowił odtworzyć ruchem swoich dłoni cały kwiatowy motyw wyszyty na bieliźnie, bo ze stanika przeszedł na koronkowe majtki. Robił to tak spokojnie i powoli, że doprowadzał mnie tym do szału. Byłam już gotowa na więcej. Pragnęłam więcej. On tymczasem drażnił delikatnym dotykiem moje pośladki. Potem przeniósł się do przodu.
Jęknęłam. Ile jeszcze będzie się tak bawił?
I wtedy jego ręka wsunęła się pod majtki, a jego palce zaczęły robić dokładnie to, czego pragnęłam od dobrych kilku minut.
– O Boże, cudownie… – Westchnęłam, gdy bawił się moją łechtaczką.
W odpowiedzi jedynie przycisnął moje plecy do swojej nagiej piersi i nie przestając masować mnie na dole, zaczął pieścić językiem moją szyję.
Próbowałam odwrócić głowę, by go pocałować, ale trzymał mnie mocno i nie pozwalał się ruszyć.
Nagle pchnął mnie do przodu. Opadłam na ścianę, przytrzymując się jej rękoma. Stałam teraz wypięta do niego pupą, a on nie marnował czasu. Zsunął ze mnie majtki, których koronkowy motyw zwiedził wcześniej aż za dobrze.
Wiedziałam, co zaraz nastąpi, a jednak gdy wszedł we mnie głęboko, wydałam z siebie pełen rozkoszy okrzyk. Jego twardy penis zaczął się poruszać. Ruchy były silne, pełne zaangażowania. Wcześniej, gdy podziwiał moją bieliznę, nie spieszył się wcale, teraz natomiast stał się dziki i spragniony. Narzucił tempo, które sprawiło, że doszłam prawie natychmiast.
Kiedy mój orgazm się skończył, odwrócił mnie, całą drżącą. Silnym ruchem dłoni sprawił, że upadłam na kolana tuż przed jego sterczącym członkiem.
Wtedy spojrzałam w górę i zobaczyłam jego pełną pożądania twarz.
Janek?
Obudziłam się.
Oddech miałam przyspieszony, serce kołatało się w piersi. Rozemocjonowana usiadłam na łóżku.
Co, u diabła, pokazał mi właśnie mój umysł? Dłuższą chwilę siedziałam w skotłowanej pościeli, próbując dojść do siebie po śnie, którego wcale się nie spodziewałam. Owszem, miewałam sny erotyczne, jak każdy, ale minęło dobrych kilka lat, odkąd pojawił się w nich ostatnio ten mężczyzna.
Mężczyzna, z którym postanowiłam nie mieć już nic wspólnego.
Potarłam twarz dłońmi, nadal nie mogąc opanować swoich emocji. Przecież nawet za nim nie tęskniłam! Byłam zadowolona z tego, że nie był już częścią mojego życia. Dlaczego więc ten nagły sen tak mocno mną poruszył? Westchnęłam z bezsilności i spojrzałam na zegarek. Było przed szóstą. Zwykle wstawałam o szóstej trzydzieści, żeby na spokojnie wybrać się do pracy i odprowadzić Olę do szkoły. Miałam więc ponad pół godziny, ale wiedziałam, że nie było już mowy o zaśnięciu.
Przyszło mi do głowy, że może moje ciało i mózg dają mi w ten sposób sygnał: „Martyśka, dość już tego celibatu, potrzebujesz faceta!”. To akurat był fakt. Od dawna nie czułam na sobie męskiego dotyku i brakowało mi seksu. Czas się otrząsnąć, tylko jak tu zaufać komuś nowemu po takich przeżyciach…
O samym śnie, pomimo że, musiałam przyznać, był przyjemny, wolałam zapomnieć. Wyrzucić go ze swoich myśli. Było w nim jednak coś, co warto utrwalić.
Sięgnęłam do szafki nocnej i wyjęłam z niej szkicownik. Kiedyś tworzyłam swoje projekty w notatniku, który równocześnie był pamiętnikiem, ale porzuciłam tamten pomysł. Nawet nie wiedziałam, gdzie się teraz podziewał ten stary zeszyt ze spisanym romansem z Jankiem. Szczerze to wcale mnie to nie obchodziło, całą tę historię chciałam wykasować z pamięci. Dlatego z projektowaniem przerzuciłam się do innego szkicownika, który trzymałam pod ręką, w szafce przy łóżku razem z kolorowymi ołówkami.
W środku była już masa projektów. Suknie, spódnice, buty, kombinezony… Pomysły zbierane latami. Bielizny jednak nigdy wcześniej nie naszkicowałam. Czułam się z tym dziwnie, niezręcznie, zbyt intymnie, jakby nie do końca mi wypadało.
Coś jednak pchnęło mnie do tego, by naszkicować model, który sobie wyśniłam. Przepiękna koronka, jak ogród kwiatowy, w kilka minut pojawiła się na papierze. Nie miałam ołówka w tak głębokim kolorze bordo, więc tylko podpisałam, że ma być bordowa. Z zachwytem pomyślałam, jak bosko wyglądałby do tego seksowny szlafroczek. Wow! Jak zauroczona wpatrywałam się w projekt, który powstał na kartce. Bielizna była elegancka, a równocześnie kojarzyła się z namiętną, upojną nocą z ukochanym.
Na fali weny zaczęłam szkicować dalej. Może coś bardziej drapieżnego? Tuż obok zaczęłam projektować zdecydowanie bardziej kusy model. Stringi i prawie prześwitujący stanik. Do tego może pończochy? Widziałam to wszystko w jasnych kolorach, może bieli lub beżu… Drugi projekt wręcz ociekał seksem, i to takim bez trzymanki. Jak w transie tworzyłam go i dopracowywałam, aż nagle usłyszałam krzyk i płacz Oli.
Zerwałam się na równe nogi i kilkanaście sekund później byłam już na korytarzu.
– Oleńka?!
Mała leżała na schodach z buzią mokrą od łez, a mnie zabrakło tchu.
– Ma-ma-mo, p-przewróciłam się… – wyjąkała, a ja podbiegłam do niej czym prędzej, by sprawdzić, czy nic się nie stało. Na szczęście skończyło się tylko na chwili strachu i drobnym sińcu na kolanie. Ola po prostu potknęła się na schodach i upadła na kolano. Pewnie obudziła się przed budzikiem i szła obudzić również mnie, tylko była zbyt zaspana, by uważać na stopnie.
– Co się stało? – W drzwiach sypialni rodziców pojawiła się mama.
– Oleńka ubiła sobie kolano, mamo, mogłabyś przynieść z mojego pokoju żel na stłuczenia? Posmarujemy na wszelki wypadek – powiedziałam już do Oli, gdy mama zniknęła w poszukiwaniu żelu. Wiedziałam, że smarowanie wcale nie było konieczne, ale dzięki niemu moja córeczka będzie czuła się otoczona opieką i łatwiej będzie mi ją przekonać, że wcale nie musi zostać w domu i opuścić przez to szkoły.
– No już, nic się nie stało. Szybko ci przejdzie – pocieszałam ją i pocałowałam w czubek głowy. – Dobrze, że wstałaś, pora zbierać się do szkoły. Co byś zjadła na śniadanie?
Gdy wspomniałam o śniadaniu, jej buzia od razu się rozpromieniła. Mój mały aniołek uwielbiał jeść i w przeciwieństwie do swojej mamy, wcale nie odbijało się to od razu na wadze. To akurat musiała odziedziczyć po ojcu, który nigdy nie szczędził sobie jedzenia ani używek, a zawsze miał świetną sylwetkę.
– Jajecznicę – oznajmiła.
Mama wróciła z żelem, więc opatrzyłyśmy małą ranną i zeszłyśmy we trzy do kuchni, żeby przygotować śniadanie. Tata był na zewnątrz i pił kawę w ogrodzie pomimo chłodu wiosennego poranka.
– On się kiedyś doigra – mruknęła mama, patrząc na opatulonego kocem męża, który siedział na ławce z filiżanką w ręku.
– Jest koniec maja, poranki robią się cieplejsze – rzuciłam tylko.
– A twój ojciec nie jest już młodzieniaszkiem.
– Oj, mamo… – ucięłam temat i zabrałam się za szykowanie jajecznicy i kanapek do szkoły dla Oli. Sobie również przygotowałam coś do zjedzenia, chociaż wcale nie liczyłam na to, że będę miała czas na obiad w pracy. W żłobku, nawet podczas drzemki dzieci, wciąż coś się działo i naprawdę rzadko mogłam cieszyć się przerwą i chwilą oddechu.
* * *
Weszłam do pracy kilka minut przed ósmą. Pachniało jak zwykle – kremem dla dzieci, praniem i czymś, co dzieciaki będą jadły na drugie śniadanie. Zatrzymałam się na moment w szatni i odetchnęłam głęboko. Serce lekko mi dudniło, chociaż nic się przecież jeszcze nie wydarzyło. Po prostu poranek. Po prostu praca. A jednak szczerze za nią nie przepadałam.
Otworzyłam drzwi i weszłam do głównej sali.
– Dzień dobry – powiedziałam, ściągając kurtkę.
– No dzień dobry, wreszcie jesteś – mruknęła Irena, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Cześć – rzuciła Sylwia i poprawiła włosy w odbiciu szyby.
Skinęłam głową i nic więcej nie powiedziałam. Nigdy wprost się nie pokłóciłyśmy, ale wystarczyło, jak na mnie patrzyły, żebym zrozumiała, że mnie nie lubią. A najczęściej nawet nie patrzyły na mnie – po prostu mnie ignorowały. O Zośce i mojej pracy w urzędzie można było powiedzieć wiele złego, ale relacje miałyśmy tam bliskie, zawsze dało się pogadać.
Weszłam do sali, gdzie już bawiło się kilkoro dzieci. Dwóch chłopców układało klocki, dziewczynki siedziały na dywanie i rozkładały kredki.
– Dzień dobry, kochani! – zawołałam, próbując rozjaśnić głos.
– Ja chcę księżniczkę! – krzyknęła Lena, wymachując pustą kartką.
– A ja traktor! – dodał Filip.
Uśmiechnęłam się i usiadłam obok nich. Dzieci wiedziały, że lubię i potrafię rysować, więc często zapraszały mnie do wspólnego tworzenia. A prawda była taka, że nie przepadałam za innymi zabawami, wymagającymi biegania za nimi i większych wygłupów. Po kilku miesiącach pracy tam dzieci już same wiedziały, że z panią Martyną można narysować kwiatki albo poczytać książeczkę po obiedzie, ale raczej nie będzie chciała bawić się w berka.
Po chwili podeszła do mnie Zuzia. Miała trzy lata, wiecznie mokry nosek i oczy jak spodki.
– Pani Martynko, narysuje mi pani kotka?
– Jasne, kochanie. Chodź, usiądziemy razem.
Rozejrzałam się po sali. Dziecięce krzesełko przy stoliku wyglądało na w miarę stabilne. Zawahałam się, ale tylko na sekundę. Już wcześniej na nich siadałam – delikatnie, ostrożnie. Nigdy się nic nie stało. Usiadłam więc i posadziłam sobie Zuzię na kolanach.
Zaczęłam rysować kotka – takiego z dużymi oczami, długimi wąsami i zawiniętym ogonem. Zuzi się podobało. Pokazywała palcem, gdzie dorysować łapki. Śmiała się.
I wtedy to się stało.
Trzask.
Krzesełko się ugięło, potem pękło z hukiem. Zanim zdążyłam zareagować, upadłam na podłogę, ciągnąc za sobą Zuzię.
– Ojej! – wykrztusiłam, próbując ją ochronić ręką.
Dziewczynka przestraszyła się i zaczęła płakać. Bardzo szybko ją podniosłam i przytuliłam.
– Już, już, wszystko dobrze. Nic nam się nie stało – powiedziałam, chociaż ręka piekła mnie od uderzenia. Najważniejsze jednak, że dziewczynka wylądowała bezpiecznie na mnie. Już widziałam minę dyrektorki, gdyby dowiedziała się o takiej sytuacji, nie mówiąc już o matce Zuzi…
Dzieci patrzyły na mnie w ciszy. Poczułam, jak twarz mi czerwienieje. Ze wstydu, nie z bólu. Czułam się trochę jak idiotka.
W drzwiach stanęła Irena.
– Co tu się dzieje?
– Krzesełko… ja… usiadłam i się złamało – powiedziałam, w tym samym czasie zbierając połamane kawałki plastiku. – Na szczęście wszyscy cali.
Irena uniosła brew i rzuciła:
– Może trzeba było usiąść na czymś bardziej odpowiednim.
Nie odpowiedziałam. Zuzia nadal chlipała, przytulając się do mojej nogi.
Przez kolejne minuty robiłam wszystko, by nie myśleć o tym, co się wydarzyło. Skupiłam się na dzieciach. Rysowałam, opowiadałam im bajki, chociaż głos mi lekko drżał. Każde spojrzenie innych opiekunek czułam na sobie jak igłę.
W końcu wymknęłam się do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę. W drzwiach usłyszałam ich głosy. Zatrzymałam się.
– …i tak rypnęło, że myślałam, że to trzęsienie ziemi. – Śmiała się Sylwia.
– Te krzesła są dla dzieci, halo – dodała Irena. – A ona tam jakby nic, siada z impetem…
– Ale za to jej mina… Myślałam, że się rozpłacze jak dziecko – kontynuowała Sylwia. – Ale serio, z takimi gabarytami to trzeba się liczyć z tym, że coś trzaśnie.
Stałam tam jak wmurowana. Coś mnie ścisnęło w żołądku. Nie mogłam się ruszyć ani wziąć głębszego tchu.
Przed oczami pojawił mi się obraz siebie w fioletowej kaszmirowej sukience z wyprzedaży. Jeszcze nigdy wcześniej nie poczułam się aż tak źle ze swoją wagą.
Poszłam do łazienki i zamknęłam się w kabinie. Łzy same poleciały.
Nie bolało mnie to krzesełko. Nie bolała ręka, na którą upadłam.
Bolało to, że moje ciało było dla nich żartem.
* * *
Wróciłam do domu później niż zwykle. W klatce piersiowej nadal czułam ciężar tamtego śmiechu. Marzyłam tylko o tym, żeby wejść pod kołdrę i na chwilę zniknąć. Na szczęście Ola została dłużej w szkole na zajęcia dodatkowe z tańca.
Zamknęłam za sobą drzwi i rzuciłam torebkę w kąt… I dopiero potem zauważyłam, że na moim łóżku siedzi mama. W rękach trzymała mój szkicownik.
– Mamo! Wystraszyłaś mnie.
– Zauważyłam to przypadkiem, kiedy przyszłam tutaj rano po żel na stłuczenia dla Oli – powiedziała bez owijania w bawełnę. Zauważyłam, że patrzy na projekty seksownej bielizny, które wykonałam tego ranka. – Co to ma być?
– To moje projekty – powiedziałam cicho, podchodząc bliżej, lekko zarumieniona.
– „Moje projekty”? Martyna, ty jesteś dorosłą kobietą, a nie jakąś nastolatką. Zamiast myśleć o realnym życiu, to nie dość, że od lat bazgrzesz jakieś sukienki, to teraz jeszcze te… te…
Nie dokończyła, nie wiedząc chyba, jak nazwać moje bieliźniane szkice. Zacisnęłam szczękę. Może to i dobrze, że nie znalazła odpowiednich słów, bo pewnie nie byłyby zbyt miłe.
– Lubię to robić.
– Córeczko, ale to nie ma sensu! Po co ci to? Pracujesz w żłobku, masz stabilną robotę. A tu jakieś… wyuzdane pomysły. Przecież to nie wypada!
– Tłumaczyłam to już tobie i tacie tyle razy. Nadal myślę o własnym sklepie. Chciałabym projektować ubrania, w których kobiety poczują się pięknie.
Mama prychnęła.
– A kto cię zatrudni jako stylistkę? Ty nawet nie zmieścisz się w żadne z tych ciuchów, które tu rysujesz. Wszystko na szczupłe dziewczyny. Jak chcesz to komuś sprzedać, skoro sama w to nie wchodzisz?
Zabolało. Jeszcze bardziej niż to złamane krzesełko rano. Oniemiała patrzyłam na mamę, która zawsze była przecież dla mnie wsparciem. Kiedy Darek się nad nami znęcał, kiedy zostałam samotną matką, kiedy przeżywałam trudne emocje podczas historii z morderstwem Macieja M. i potem, gdy znów na lata zostałam sama… Zawsze traktowałam mamę jak swoją przyjaciółkę. Ale najwidoczniej ona traktowała mnie tak tylko wtedy, kiedy robiłam akceptowane przez nią i tatę rzeczy. Nie byłam w stanie nic jej odpowiedzieć, cisza się przedłużała, więc w końcu mama wstała z mojego łóżka, odłożyła szkicownik na stolik nocny i zatrzasnęła go stanowczym ruchem.
– Ty powinnaś zejść na ziemię. Skupić się na pracy i dziecku, a nie na bzdurach.
Westchnęła i odeszła, a ja zostałam sama.
Nie chciało mi się płakać ani rozpaczać, jak wcześniej tego dnia w żłobku. Zamiast tego poczułam złość, bo to, co powiedziała, wydawało mi się niesprawiedliwe. Owszem, ubrania, które projektowałam, zwykle można było kupić tylko w mniejszych rozmiarach. Ale czy to oznacza, że kobiety takie jak ja nie mogą ich pragnąć? Może to właśnie ważne, żeby ktoś je dla nich tworzył.
Z drugiej strony przypomniały mi się dzisiejsze śmiechy koleżanek z pracy. Dla nich moje ciało było po prostu brzydkie, śmieszne i należało je zakryć.
Usiadłam na łóżku i ukryłam twarz w dłoniach. Miałam serdecznie dość tego dnia. Zaczęło się od gorącego snu o mężczyźnie, którego wcale nie chciałam widzieć w takiej sytuacji, a skończyło na kłótni z mamą. Potrzebowałam odreagować.
– Cześć, kochana – powiedziałam, gdy Iwona odebrała telefon już po pierwszym sygnale.
– No co tam słychać?
– Ach, szkoda słów. – Westchnęłam. – Opowiem ci, jak się spotkamy, ale… pomyślałam, że może zrobiłybyśmy coś, żeby się rozerwać.
– Masz ochotę wyskoczyć na drinka?
W naszej małej miejscowości były dwie knajpy, a tam co weekend stali bywalcy, wszyscy znali się nawzajem. I wszyscy się obgadywali. Nie, to nie tego teraz potrzebowałam.
– Mam lepszy pomysł.
