Zbrodnia i inne kłopoty - Ewa Majkusiak - ebook

Zbrodnia i inne kłopoty ebook

Majkusiak Ewa

0,0

Opis

Pachnąca wiśniową konfiturą historia o zbrodni… i miłości…

Magiczny uzdrowiciel, który zawsze dbał o wszystkich wokół, teraz sam potrzebuje pomocy. 

Ale nie potrafi jej przyjąć…

Na jego szczęście, Sara tak łatwo nie odpuszcza. Choć ledwo zdążyła rozwiązać międzynarodową aferę magiczną, od razu rusza do walki o swoich przyjaciół. 

W międzyczasie musi zorganizować wymarzone wesele dla babci Filomeny, nakarmić puszystą kocią pupkę, zaopiekować się serduszkiem pewnego magdetektywa… I przy okazji nie zwariować.

Czy zielarka wagi piórkowej poradzi sobie z ratowaniem (po raz kolejny) swojego małego świata? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 199

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



www.ewamajkusiak.pl

Redaktor prowadzący: Kajetan Dziuda

Korekta językowa: Dorota ŁakomiakProjekt okładki, skład i łamanie: Agnieszka Terczyńska, Studio Grafpa, www.grafpa.pl

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONERadom 2026Wydanie I

ISBN papier: 978-83-964699-7-7ISBN e-book: 978-83-964699-6-0

Dodatkowe informacje dostępne pod adresem:

[email protected]

Rozdział1

– Ziemia do Sary. – Dorian pomachał jej słodkością przed nosem. – Słyszałaś w ogóle, co mówiłem?

– Umiarkowanie. Możesz powtórzyć? – Ziewnęła i złapała orzechowe ciasteczko, którym ją kusił. Siedziała na stołku przy ladzie w zielarni i straciła kontakt z rzeczywistością. Nie spała najlepiej od zbyt wielu dni, żeby odmawiać sobie słodyczy. Przeczesała palcami włosy i spróbowała skupić wzrok na Dorianie.

– Gdy rano byłaś u Kornela, dzwonił pan Franciszek. Chcą wpaść do nas wieczorem razem z Filomeną. Podobno mają jakiś plan awaryjny dla Bena. I mimo że bardzo się cieszę z ich planu, to czy muszą przychodzić oboje? – Zrobił tak błagalną minę, że Sara nie mogła się nie zaśmiać.

Filomena zawsze była ciężkostrawna, ale odkąd planowała wesele, stała się wręcz nie do zniesienia – szczególnie że chciała we wszystko angażować Sarę. Dorian obrywał rykoszetem, bo gdzie Sara, tam i on. A gdy wypaplał, że wie, czym się różni beżowy od kremowego, został oficjalnie przyjęty do grona organizatorek wesela.

– Nie marudź! Potrzebujemy pana Franciszka bardziej niż kiedykolwiek, a dobrze wiesz, że szczęśliwa babcia to ­szczęśliwy narzeczony. Chociaż ja już nie mam więcej pomysłów, jak możemy pomóc Benowi. Kornel i tata też nie. – Sara oparła brodę na dłoni i wpatrywała się w ekspres do kawy.

– Pamiętaj, że Franciszek jest prawnikiem od prawie pół wieku. Może mieć kilka asów w rękawie.

Usłyszał jedynie półprzytomne mruknięcie.

– Jeśli chcesz kawę, to mogłaś powiedzieć.

Tym razem Sara tylko prychnęła w odpowiedzi.

Podczas gdy Dorian robił jej podwójne espresso, telefon Sary zabrzęczał, obwieszczając nadejście wiadomości od Kornela. Usłużnie przemilczane zostało, że magdetektyw dostał swój specjalny dzwonek. Sara oczywiście utrzymywała, że to dla dobra sprawy, ale wszyscy widzieli, że z każdym dniem jej relacja z Kornelem się zacieśniała.

– Czy twój mundurowy nie może wytrzymać bez ciebie nawet kilku godzin? – spytał Dorian, stawiając przed dziewczyną zieloną filiżankę ze słusznie minionej epoki.

Nikt nie rozumiał, skąd w Sarze ta bezgraniczna miłość do estetyki PRL­-u, ale każdy przyjmował to z łagodną pobłażliwością. Nie warto zadzierać z zielarką, która ma dostęp do twojego jedzenia – to prosta, ale kluczowa zasada przetrwania.

– Może wytrzymać beze mnie kilka godzin, ale przypomnij sobie, baranku, jak często pisałeś do mnie z Londynu. Już taki mój urok, mężczyźni nie mogą się beze mnie obejść – upiła łyk gorącej kawy, krzywiąc się, bo jak zwykle nie mogła poczekać, aż napój ostygnie – ale Kornel w dalszym ciągu nie ma żadnych dobrych wiadomości. Wyznaczono termin kolejnej rozprawy, co oznacza, że za chwilę zostanie całkowicie odsunięty od pracy.

Teoretycznie w ogóle nie powinien dostawać tej sprawy, ale łódzki komendant pozostawał pod urokiem narzeczonej Filomeny. Sara nie była pewna, czy to świadczyło o tej dwójce dobrze czy niekoniecznie, ale nie mogła narzekać. Dzięki temu miała bezpośredni dostęp do informacji o sytuacji swojego przyjaciela. W końcu nic tak nie poprawia dziewczynie humoru jak wtyka w policji.

– Nic nie da się zrobić?

– Nie. Pamiętasz, że oboje zeznajemy na korzyść Kornela, prawda?

– Tak, słoneczko. Nawet jeśli na początku naszej nienachalnej przyjaźni opracowałem tuzin sposobów na wyeliminowanie Kornela.

– To zróbmy podsumowanie, żebyśmy czegoś nie pomylili. – Spojrzała na niego znacząco. – Benjamin siedzi w areszcie już trzynaście dni. Gdyby ktoś mnie pytał, to o trzynaście za długo.

– A co gorsza, funkcjonariusze najchętniej zostawiliby go tam dożywotnio. Mimo że absolutnie nikt, łącznie z Kornelem i panem Franciszkiem, nie wierzy, że to mógł być on.

– Tak, tylko ten kretyn sobie nie pomaga! Gdyby tylko chciał współpracować! – Potrząsnęła głową. – Albo przynajmniej coś powiedzieć, ale on uparcie milczy. Jak mamy mu pomóc w takiej sytuacji?!

– Dobrze, że udało ci się przekonać babcię, żeby Franciszek się zaangażował. Sam słyszałem, jak przysięgał, że już nigdy, przenigdy nie przerwie emerytury.

Sara wbiła spojrzenie w sufit i parsknęła:

– Po coś babcia za niego wychodzi. Cała rodzina musi mieć jakiś pożytek z pana młodego, inaczej ślub się totalnie nie opłaca.

– Tylko co nam po tym, skoro on nie chce zeznawać? – Dorian patrzył, jak cała jej sylwetka opada, a twarz wygina się w smutnym grymasie. – W końcu sekcja zwłok mówi jedno: Kinga zginęła od uderzenia tępym narzędziem albo niefortunnego upadku.

– A uczynne sąsiadki urządziły pielgrzymkę na komendę, aby przysiąc, że wielokrotnie słyszały dochodzące z mieszkania krzyki i awantury. Dlaczego nie zgłosiły tego wcześniej? Bo to nie był ich problem, oczywiście. W dodatku teraz opowiadają bzdury, jaka to miła była sąsiadka z żony Bena, a jak jego się obawiały!

– Bądźmy poważni, to do niego przychodziły z każdym bólem korzonków i kolką wnucząt. Doprawdy, postrach dzielnicy. Chyba że ich celem było złożenie tych niewinnych dzieci w ofierze szatanowi, to wtedy historia by się kleiła.

– No dokładnie – zakończyła smutno i dopiła zimną kawę.

Dorian poszedł obsłużyć młodą matkę, której spojrzenie zdradzało, że potrzebuje kofeiny jak ryba wody. Stojący obok głęboki wózek w kolorze najbardziej różowego różu wydawał niepokojące kwilenia, ale wystarczyło, że się uśmiechnął i zagruchał. Sara czasem chciałaby mieć ten dar zjednywania sobie ludzi, nawet jeśli tylko jednej płci. Pokręciła głową, aż białe włosy rozsypały się na jej ramionach, i zeskoczyła z krzesełka. Pomachała Dorianowi, który ukradkiem dolał jedno espresso więcej do latte zaspanej klientki, i wyszła na rozgrzaną Piotrkowską. Żałowała, że rano założyła czarną sukienkę i tenisówki, a nie coś, co choć minimalnie odbijało promienie słoneczne.

Od momentu wplątania się w sprawę zamordowanej aktywistki była stałą bywalczynią komendy i również teraz tam się skierowała. Przez chwilę biła się z myślami, czy więcej cierpienia zafunduje sobie, jadąc rozgrzanym Mini Cooperem, czy po prostu idąc, ale zwizualizowała sobie odparzenia od gumowych elementów butów i ruszyła na parking. Uśmiechnęła się do pana, który pilnował, żeby nikt niepożądany nie parkował na wydeptanym placu, i odpaliła swoje ukochane autko. Musiała jednak przyznać, że w dni takie jak ten – gdy lód w kostkarce zdawał się topić – jej uczucia do tych czterech kółek stawały się mocno ambiwalentne. Z jednej strony wszystko było lepsze niż sugestywne ocieranie się o innych w tramwaju, a z drugiej – to wciąż była blaszana puszeczka, która w kontakcie z lipcowym słońcem stawała się wysokiej klasy piekarnikiem.

Od momentu aresztowania Benjamina Sara spędzała znacznie mniej czasu w zielarni, ponieważ nie czuła się na siłach, żeby napełniać magią zioła, które miały zapewniać miłość i pomyślność. Miała w sobie za dużo lęku i obaw, żeby była w stanie zagwarantować prawidłowe działanie takich mieszanek. Co, jeśli zamiast pomyślności, ktoś dostałby doskonałej jakości środek powodujący uporczywe swędzenie? To byłoby bardzo niekorzystne dla jej ego, a przy okazji też fatalne marketingowo.

Udało jej się sprawnie dojechać do komendy i nawet znaleźć miejsce do parkowania. Wchodząc do budynku, pomachała recepcjoniście i od razu poszła na piętro, do gabinetu Kornela. Drzwi były uchylone, ale nie słyszała żadnych głosów. Prawdopodobnie powinna zapukać, ale ponieważ była sobą, weszła od razu.

– Dzień dobry, zakało mojego życia – przywitał ją uprzejmie, pocierając oczy.

– Ciesz się, że cię lubię, sztywniaku. – Postawiła na biurku pudełko z ciastem orzechowym i opadła z nieprzesadną gracją na krzesło dla interesantów.

– Każdego dnia jestem za to wdzięczny. Bardzo. – Uśmiechnął się szeroko, częściowo na widok Sary, a częściowo na ilość masła orzechowego zgrabnie ułożonego na czekoladowym biszkopcie. Wyglądał (Kornel, nie biszkopt), jakby był niewyspany co najmniej tak jak Sara. Ciemne obwódki wokół oczu i kilka nowych zmarszczek sugerowały nadmiar stresu w ostatnim czasie.

– Przyszłaś po coś konkretnego czy przechodziłaś tędy zupełnym przypadkiem? – zapytał, zanurzając plastikową łyżeczkę w czekoladowej polewie. Doskonale wiedział, że spędzała z nim tyle czasu głównie przez Benjamina, ale jakaś miękka część chciała wierzyć, że odrobinkę martwi się również i o niego.

– Och, doprawdy! Nie kryguj się tak, przyjacielu. Wysłałeś mi rozpaczliwego SMS­-a, że za kilka dni masz rozprawę.

– Nie był rozpaczliwy!

– Nic nie brzmi tak rozpaczliwie w ustach macho jak suche fakty.

Zmarszczył czoło, ale w duchu musiał przyznać Sarze rację. Nie pamiętał, kiedy mógł oddychać swobodnie, pił zdecydowanie za dużo kawy, zapominał jeść, a gdy tylko próbował zasnąć, układał w głowie wszystkie możliwe scenariusze. Każdy był tak samo czarny, różniły się tylko detale.

– Ale chciałam ci też powiedzieć, że wieczorem przychodzi moja babcia z legalnym absztyfikantem, który podobno ma jakiś wybitny plan ewakuacyjny dla Benjamina. Biorąc pod uwagę, że przez te dwa tygodnie wyczerpaliśmy wszystkie oficjalne i nieoficjalne opcje, nie żywię zbyt wielkich nadziei, ale może świat mnie zaskoczy.

Zamyślony magdetektyw pokiwał głową. Z jego punktu widzenia pan Franciszek jawił się jako ktoś pomiędzy cudotwórcą a wariatem. Już samo to, że udało mu się oświadczyć Filomenie i nie zginąć, zakrawało na cud. A fakt, że odsunął od Kornela widmo natychmiastowego wyrzucenia z pracy i wielu lat więzienia, dopełniło obrazu. Nie znał drugiego takiego prawnika.

I tylko taki człowiek mógł ich teraz uratować. Choć Kornel osobiście wierzył Benjaminowi, to nie mieli nawet pół argumentu, żeby udowodnić to przed sądem.

Gdy tylko policja zgarnęła go z progu mieszkania Sary, wszyscy wiedzieli, że nie będzie łatwo. Ciało jego żony znaleziono w ich domu, a jego kłamstwa zaczęły wychodzić na światło dzienne. W dodatku nie miał alibi, sąsiedzi potwierdzili liczne awantury, o których żadne z przyjaciół nie miało pojęcia. W mieszkaniu nie było odcisków nikogo innego. Nawet kochanek Kingi, jeśli u niej bywał, to z całą pewnością nie w gabinecie Bena. Jego odciski technicy znaleźli tylko w sypialni i kuchni. Policja i magdetektywi cały czas szukali narzędzia zbrodni, ale liczba bibelotów oraz figurek poustawianych na biurku i wszystkich możliwych płaskich powierzchniach nie pomagała. W tym chaosie było bardzo trudno stwierdzić, czy czegoś brakowało. Sara i Dorian przez chwilę mieli nadzieję, że okaże się, iż Kinga zginęła gdzieś indziej, ale śledczy wykluczyli to na samym początku.

– Chcesz, żebym też przyjechał? Nie wiem, czy na coś się przydam, ale odrobina racjonalizmu wam nie zaszkodzi.

– Przyjeżdżaj. Nawet jeśli czuję się urażona tą insynuacją o braku racjonalizmu, to będziesz buforem między Dorianem a babcią. Szczególnie że teraz jest chyba na etapie dobierania serwetek do koloru podwiązki i wymaga licznych konsultacji, a z jakiegoś powodu upatrzyła sobie Doriana.

– Nie brzmi to zachęcająco… ale dobra, przyjadę. Chcę poznać szczegóły tego genialnego planu.

Sara ściskała Kornela na pożegnanie kilka sekund dłużej, niż wypadało, i wróciła do domu. Po drodze zahaczyła o ulubioną piekarnię, gdzie udało jej się dostać kawałek jeszcze ciepłej tarty, którą zjadła od razu, brudząc sobie palce ­oliwą i ostrym sosem. Potrzebowała kalorii, bo ostatnio o wiele za często zapominała o czymś tak trywialnym jak posiłki. Wstąpiła jeszcze do delikatesów, bo jeśli miała być gotowa na odwiedziny babci, potrzebowała dodatkowego arsenału, a była pewna, że ich lodówka świeci pustkami. Zwykle to Dorian odpowiadał za zakupy, ale ostatnio rzadko bywał w domu.

Późne popołudnie powoli przechodziło w wieczór, co oznaczało, że niedługo przyjdą Dorian i babcia. Naszykowała chleb, ser i oliwki. Ostatnio większość poważnych rozmów wymagała wina, a nic tak dobrze nie pasowało do niego jak ser. Puszysta kocia kulka ocierała się o nogi właścicielki, nachalnie domagając się swojej porcji mięska.

– Dlaczego nie zamykasz drzwi, moja panno? Ja wiem, że gdyby ktoś cię ukradł, to jeszcze by dopłacił, żeby zabrać cię z powrotem, ale stwarzaj choć pozory rozsądku! – Filomena zrzędziła już od progu. Zrzuciła pantofle i podeszła do dzbanka z parzonymi na zimno ziółkami na uspokojenie. – Znowu testujesz na nas jakieś nowomodne techniki? – Przyjrzała się podejrzliwie zawartości.

– To cold brew, babciu, a nie żadne nowomodne techniki. – Wrzuciła lód do kryształowego kieliszka i napełniła go winem, bo zaparzone ziółka były za słabe na wizytę Filomeny. Przywitała się z Franciszkiem, który uśmiechnął się tylko łagodnie spod zakręconego wąsa.

Tworzyli wyjątkowo oryginalną parę. Filomena właśnie poprawiała wiśniowy kok; na jej dłoni mienił się diamentowy pierścionek, a czerwony lakier na paznokciach aż lśnił. Lniana czarna sukienka w rozmiarze S spływała po ciele, ale była odpowiednio dociążona bursztynami, które miały sprowadzić na noszącą mądrość przodków. Franciszek dzielnie znosił lipcowe upały w garniturze w kolorową kratę. Nie zrezygnował nawet z czerwonej muchy, na widok której Sarze robiło się duszno.

– Zaraz dołączą Kornel i Dorian. Może wstrzymajmy się chwilę z omawianiem rozwiązań? Nie chcę, żeby coś ich ominęło.

– Nie ma pośpiechu, moja droga. Została nam tylko jedna opcja, której jeszcze nie sprawdziliśmy. Naprawdę wszystkim byłoby łatwiej, gdyby ten uparty chłopak się odezwał. – Franciszek szarpnął wąs z frustracją.

Miał rację: Benjamin nie tylko odmówił składania zeznań, on po prostu zrezygnował z wydawania z siebie dźwięków. W jego sytuacji to niespecjalnie pomagało. Sara przepłakała dwa dni po tym, jak Kornel jej powiedział, że Ben kategorycznie odmówił widzenia z nią.

– Patrzcie, kogo spotkałem po drodze! – Okrzyk Doriana wywołał tik irytacji na twarzy Kornela, który szedł pół kroku za nim.

– Nikt nie mógł tego przewidzieć, skoro przyszliśmy na tę samą godzinę. Nikt – mruknął magdetektyw, ale kącik ust niebezpiecznie mu się uniósł.

Sara rozdała kryształowe talerzyki z serem i oliwkami, a Dorian nalał wszystkim po niewielkiej ilości białego wina, które uzupełnił lodem i wodą gazowaną.

– Dlaczego bezcześcisz dobre wino lodem? – Filomena upiła łyk, ale bez przekonania.

– Upał ewidentnie ci nie służy, babciu, robisz się marudna – odparła lekko Sara. – Poza tym, nie nazywałabym tego wina dobrym, sprzedają je w pięciolitrowych kartonach.

– Jak w najlepszym toskańskim miasteczku – dodał usłużnie Dorian.

– Widzę, że wszyscy świetnie się bawicie, ale ja naprawdę wolałbym przejść do konkretów – wtrącił Kornel.

– Skoro jesteśmy już w komplecie, to pozwólcie, że przedstawię wam plan, na który wpadłem rano podczas… – zaczął Franciszek. Filomena chrząknęła, przerywając narzeczonemu w pół myśli. Ten nie zmieszał się przesadnie, ale posłusznie zmienił wątek:

– W każdym razie, udało mi się skontaktować z przeuroczą młodą damą, której kiedyś pomogłem podczas rozwodu. To nigdy nie była moja specjalność, a ona nie jest zielarką, ale bardzo jej zależało na pokojowym zakończeniu tej… pomyłki. Przyjaźniłem się kiedyś z jej wujem i wyświadczyłem tę drobną przysługę. Obiecała mi w zamian, że jeśli kiedykolwiek potrzebowałbym jej pomocy, postara się przyjechać. Skontaktowałem się z nią i zgodziła się wziąć tę sprawę. A jak sami wiecie, Benjamin to trudny przypadek. – Zebrani zgodnie skinęli głowami. – Tola jest empatką, w dodatku wyjątkowo silną. Przyjedzie do Łodzi jutro i byłbym bardzo wdzięczny, gdyby żadne z was jej nie uraziło.

Kornel zaklął, Sara z zaskoczenia aż zachłysnęła się winem, a Dorian spojrzał na nich zaskoczony i zapytał:

– Kim jest? Tak konkretnie.

– Bogowie, stary! Mógłbyś kiedyś odbyć szkolenie, bo to są totalne podstawy. – Kornel przewrócił oczami. – Empaci bezbłędnie wyczuwają emocje. Mogą odczytać wszystkie twoje myśli, określić nastrój w pomieszczeniu, a niektórzy potrafią nawet wyczuć resztki emocji na przedmiotach. To jeden z najrzadszych sposobów emanacji magii, wymagający nieustannej kontroli. Wielu empatów nie radzi sobie z taką ilością emocji i kończą jako szaleńcy. Jeśli komuś uda się ustawić odpowiednio silne bariery, i tak trzyma się na uboczu. Raczej nie są lubiani w towarzystwie.

– Trąci słabym filmem o superbohaterach, ale nie do końca rozumiem, jak to ma nam pomóc? – Dorian zmarszczył czoło.

– Empaci współpracują z policją, choć bardzo rzadko i dość niechętnie. Są żywymi wykrywaczami kłamstw, ich opinii nie da się podważyć – poinformował spokojnie Franciszek.

W odpowiedzi Kornel westchnął cierpiętniczo i się skrzywił.

– I właśnie przypadek Bena jest tym bardzo rzadkim i niechętnym?

– Nie. Empaci są wzywani w bardzo kontrowersyjnych śledztwach. Gdy nic nie jest jasne, sprawca jest poważnie zaburzony albo wyjątkowo zmanipulowany. Ale Tola ma u mnie dług wdzięczności, a ten jest u empaty wyjątkowo cenny, dlatego… Dorian, nie podrywaj jej, bo gwarantuję, że jest poza twoim zasięgiem. A ty, Kornel, bądź dla niej miły. Miły jak normalny człowiek, a nie klaun z horroru.

– Empaci to szarlatani. Albo yeti! – prychnął, opadając ciężej na oparcie krzesła. – Wszyscy o nich słyszeli, nikt nie widział. A jak już ktoś twierdzi, że widział, to zwykle brzmi, jakby opisywał spotkanie z duchem po trzech nieprzespanych nocach. – Machnął ręką w stronę salonu, jakby empata mógł czaić się za kanapą. – Na komendzie żaden z detektywów nie chciał z nimi pracować. Żaden! I trudno się dziwić. To źle robi człowiekowi na psychikę. Wchodzi taki do pokoju, nie mówi „Dzień dobry”, nie mówi „Miło pana poznać”, tylko patrzy. Na jednego, na drugiego… – Zaczął liczyć na palcach. – I już wiesz, że on wie. – Przechylił głowę, marszcząc nos. – Co myślisz. Co ukrywasz. I pewnie też to, że trzy dni temu zjadłeś resztkę pizzy na śniadanie i do tej pory masz z tego powodu moralnego kaca. To jak przesłuchanie, tylko bez protokołu i bez możliwości kłamania. Koszmar. Absolutny koszmar.

– No doprawdy, nie ma nic gorszego, gdy w pokoju pełnym samców alfa zjawia się ktoś, kto wie, co czujecie. Dramat, rozpacz, niedowierzanie! – Filomena dziko zachichotała.

Sara przewróciła oczami i podniosła rękę, jakby właśnie prowadziła wyjątkowo źle zorganizowane zebranie.

– Dobrze, stop. Zanim ktokolwiek zacznie panikować albo układać plan podrywu, potrzebuję konkretów. – Spojrzała na Franciszka. – Jak to dokładnie działa? Ona wejdzie, popatrzy na Bena i ogłosi: „Ten pan jest niewinny”?

– Gdyby to było takie proste, już dawno wszyscy byśmy mieli po jednym empacie w kieszeni… – Franciszek westchnął. – Nie czyta myśli. Odczuwa emocje. Reaguje na nie. Widzi pęknięcia, napięcia, fałsz, panikę, winę. Albo jej brak.

– Czyli… – Dorian zmarszczył brwi. – Jeśli Ben jest niewinny, to ona to poczuje?

– Jeśli jest niewinny i nie odciął się kompletnie od własnych emocji – poprawił go Franciszek. – Problem w tym, że Benjamin jest… cóż, zamknięty. I to bardzo.

Filomena się skrzywiła.

– On zachowuje się jak ktoś, kto już się pogodził z wyrokiem.

– Albo jak ktoś, kto kogoś kryje – mruknął Kornel, po czym szybko dodał: – Nie mówię, że to robi, tylko że tak to wygląda.

Sara zacisnęła palce na kieliszku.

– A jeśli ona uzna, że kłamie?

Zapadła krótka, nieprzyjemna cisza.

– Wtedy – powiedział spokojnie Franciszek – będzie to dla prokuratury bardzo mocny argument.

– Czyli może nam albo pomóc, albo nas pogrążyć – podsumował Dorian.

– Dlatego pytam. – Sara spojrzała twardo na Franciszka. – Czy ona jest po naszej stronie?

– Ona jest po stronie prawdy. I właśnie dlatego jest wiarygodna.

– To nie jest odpowiedź, która mnie uspokaja.

– Wiem. Ale jest uczciwa.

Sara potarła skroń.

– A skąd mamy pewność, że się nie pomyli? Że nie zinterpretuje czegoś źle?

– Nie mamy – przyznał Franciszek. – Empatia to nie matematyka, lecz narzędzie. Bardzo dobre, ale nadal tylko narzędzie.

– Świetnie – mruknął Kornel. – Kocham narzędzia, które mogą mnie wysłać do więzienia.

– Kornel! – Sara spojrzała na niego z przyganą.

– No co? Mówię tylko, że to trochę jak rozbrajanie bomby z zawiązanymi oczami.

– Tola jest jedną z najlepszych – powiedział Franciszek stanowczo. – Nie pracuje często. Wybiera sprawy. I nie bierze tych, co do których ma złe przeczucia. Jedno jest pewne: ktoś z zewnątrz spojrzy na Benjamina nie jak na podejrzanego, tylko jak na człowieka.

– A on? Ben? – zapytała Sara po dłuższej chwili. – Co, jeśli znowu nie powie ani słowa?

Franciszek rozłożył ręce.

– Wtedy ona spróbuje usłyszeć to, czego on nie chce powiedzieć.

– Brzmi jak rozwiązanie ostateczne. – Dorian westchnął.

– Bo nim jest – przyznał Franciszek, spoglądając na Sarę.

– Drogie dziecko. Tola jest miłą, dobrą dziewczyną. Przeszła swoje w życiu i nie ma wielu przyjaciół. Mieszka pod Łodzią ze szczurem i chodzi po lesie. Ale jest specjalistką w odkrywaniu prawdy. Oczywiście, gdyby ten nicpoń łaskawie zaczął mówić, oszczędziłby nam wszystkim kłopotu. Ale skoro jest tak uparty, to wolę zużyć przysługę, niż mieć go na sumieniu.

Słysząc to, Sara impulsywnie go objęła. Jeśli pan Franciszek całym sobą wierzył w powodzenie tego planu, ona też musiała.

– Czyli utkniemy na całe śledztwo ze świruską, która mieszka ze szczurem i… – Dorian najwyraźniej na powrót zaczął być sobą, ale na szczęście przerwało mu brzęczenie dzwonka do drzwi.

– A tak, zapomniałem wam wspomnieć, że Tola jest już w drodze. Chciała najpierw was poznać, żeby lepiej zrozumieć sytuację. Szczególnie biorąc pod uwagę to, jak barwną grupą jesteście. – Pan Franciszek uśmiechnął się przepraszająco, a Sara natychmiast pobiegła otworzyć. Nie omieszkała jednak rzucić groźnego spojrzenia w kierunku chłopaków.

– Nie jestem świruską bardziej niż inni… ale to tylko opinia. Natomiast Bazyl ma wyższe IQ niż ty, i to jest już fakt – powiedziała Tola, wchodząc do pokoju, jakby to miejsce należało do niej.

– Jak… – Dorian się zawiesił.

Sara przyglądała się temu zaskoczona. Nie wiedziała, czy reakcja przyjaciela to tylko obawa o prywatność swoich myśli, czy może efekt zobaczenia obłędnie zielonych oczu Toli, przykrytych lśniącą fioletową grzywką.

– Masz otwarte okno, a poza tym lubię, jak ładni chłopcy się pocą. To dość satysfakcjonujące.

– Usiądź i nie przejmuj się nimi. Za chwilę się oswoją, wtedy trochę zyskują. Nie jakoś spektakularnie, ale nie musisz wytwarzać syndromu sztokholmskiego, żeby z nimi wytrzymać, a to już coś. Chcesz kawy albo wina? – zaproponowała Sara.

– Jesteś zielarką, i to dość nowoczesną. Sądzę, że najlepiej wiesz, czego potrzebuję. – Uśmiechnęła się i rozpięła motocyklową kurtkę. Miała pod nią jedynie elastyczną koszulkę podkreślającą figurę klepsydry. Była niska, tylko odrobinę wyższa niż Sara. Mimo zaczepnego spojrzenia głos miała gładki niczym mleko z miodem i pachniała jak najlepiej wypieczona chałka. Przyciągała do siebie nawet najeżonego Kornela.

– Zgodziłam się spotkać z waszym przyjacielem, ale najpierw wyjaśnijcie mi kilka kwestii. Dzięki, kochana. – Odebrała od Sary kubek z gorącym naparem. Pachniał słodko i niewinnie, ale każdy kto znał Sarę, dobrze wiedział, że jej herbatki nigdy nie są niewinne. – Dlaczego jesteście przekonani, że on tego nie zrobił? Czy ktoś z was jest z nim spokrewniony?

– Nie. Przyjaźnimy się od kilku lat, babcia zna go najdłużej, chyba od dziecka.

– Czyli nie. Magia krwi jest w waszym przypadku bezużyteczna. Czy kochacie go jak brata, czy to uczucie jest innego rodzaju?

– Kochamy go jak najbliższą rodzinę. – Sara patrzyła zdezorientowana. Benjamin był jej najmilszym i najlepszym przyjacielem, miała do niego morze zaufania, cierpliwości i czułości, a do tego nie wnerwiał jej jak Dorian.

– Czyli nikt z was nie był jego kochankiem? Nawet okazjonalnie? W tym mieszkaniu było wiele seksu. – Spojrzała podejrzliwie na kanapę w salonie.

– Dorian, na bogów wszystkich panteonów, czy ty sprowadzałeś jednonocne panny na moją kanapę?! Umowa była inna! Możesz tu mieszkać, ale horyzontalne tango zawsze u nich! – warknęła Sara.

– Moje dziecko, nie martw się. – Najwyraźniej tylko ­Filomena doceniła komizm sytuacji, bo uśmiechnęła się złośliwie. – Tobie też zorganizuję partnera do tanga, nie musisz krzyczeć na tego biednego chłopca.

Sara jęknęła w odpowiedzi.

– W każdym razie – Tola wróciła do tematu – żadne z was nie ma całkowitej pewności, co dzieje się w jego głowie. Nie możecie niepodważalnie niczego poświadczyć. On milczy. Są obciążające go zeznania i zgłoszenia awantur. To nie wygląda dobrze, ale sami wiecie o tym najlepiej. Franciszek poprosił mnie o pomoc i zrobię co w mojej mocy, żeby prawda zwyciężyła, ale nie gwarantuję, że będziecie zadowoleni. Podczas procesu nie będę kłamać. – Zamieszała napar i spojrzała w oczy każdemu po kolei. Jej przenikliwe spojrzenie mogło budzić niepokój, bo Kornel aż się wzdrygnął. – Nie bój się, słoneczko, twoje sekrety są u mnie bezpieczne. – Uśmiechnęła się łagodnie, ale magdetektyw nie wyglądał na pocieszonego.

Rozdział2

Benjamin zdawał sobie sprawę, że śmierdzi, o czym przypomniał mu strażnik przynoszący jedzenie. Sęk w tym, że zupełnie go to nie obchodziło. W tej sytuacji co za różnica, jak wyglądał, co robił albo co mówił? Jego los był przesądzony. Wiedział o tym od dawna, nigdy się nie łudził, że skończy inaczej. I tak wyrwał kilka lat więcej spokojnego życia, niż się spodziewał. Znalazł przyjaciół, których traktował jak rodzinę. A co dziwniejsze, oni też go tak traktowali, wręcz kochali, był tego świadom. Dlatego czuł teraz jeszcze większe wyrzuty sumienia – jakby jego całe życie nie było jak jeden wielki wyrzut sumienia. Odmawiał wszelkich widzeń, bo nie mógł spojrzeć w oczy ani Sarze, ani Filomenie. Nawet Dorian i Kornel dołączyli do kręgu osób, które zawiódł.

– Masz gościa. – Usłyszał niepewny głos pilnującego go funkcjonariusza.

Poczuł ból w klatce piersiowej, a drżący oddech nie pomagał mu się uspokoić. Zacisnął mocniej powieki, ale poza tym nie zareagował.

– Muszę ją wpuścić. To rozkaz z góry. Ogarnąłbyś się odrobinę. – Młody chłopak spojrzał niechętnie na przepoconą i zabrudzoną koszulę. Przetłuszczone włosy pewnie też ocenił krytycznie.

Benjamin nie miał najmniejszych wątpliwości, kto go odwiedził. Sara musiała jakoś znaleźć sposób, żeby się tu dostać. Kategorycznie odmówił jakichkolwiek widzeń, zeznań i rozmowy z adwokatem – i to były jedyne słowa, które wypowiedział przez ostatnie dwa tygodnie. Cóż, najwyraźniej nawet i to zostało zignorowane.

Westchnął, ale nie zmienił pozycji. Leżał na tapczanie przykrytym kocem i nie zamierzał tego zmieniać. Może jeśli nie spojrzy w ciemne oczy Sary, jakoś sobie poradzi z tym spotkaniem.

Po chwili usłyszał, jak strażnik wprowadza gościa.

– Dzień dobry, Benjaminie. Nazywam się Tola Motus. Przyszłam z tobą porozmawiać. – Gładki głos odbił się echem w pustym pokoju.

Przewrócił oczami, bo wizyta psychologa była do przewidzenia. Rozmowa z psychologiem? Niedoczekanie! To pewnie też załatwiła Sara.

– Nie jestem psycholożką i nie zamierzam przeprowadzać terapii. Przyszłam tu na prośbę twoich przyjaciół. – Usłyszał charakterystyczny odgłos skrobania ołówkiem po papierze. – Swoją drogą, to bardzo oryginalna grupa. Poznałam ich. Może mi wyjaśnisz, jak ich dobierałeś? Mała zielarka z ogromną mocą i runista, który chciałby znaleźć swoją drogę, ich jeszcze zrozumiem. Oboje bardzo cię kochają, chociaż muszę przyznać, że zdziwił mnie platonizm waszej relacji. Ale dlaczego o wstawiennictwo dla ciebie prosiła mistrzyni innego cechu? Kim jesteś, że najlepszy prawnik wśród zielarzy wraca z emerytury, żeby cię ratować? Burmistrz z innego miasta wydzwania po komendach całego kraju. Magdetektyw wplątany w paskudną sprawę o molestowanie w ostatnich dniach przed rozprawą szuka świadków. A ty tu siedzisz, milczysz i pozwalasz się ratować, nie dając nic od siebie. Dlaczego? – mówiła łagodnie, jakby naprawdę ją to interesowało; w jej głosie nie było pretensji czy oskarżenia.

Zrobiło mu się niedobrze. Fala wyrzutów sumienia wręcz go zalała. Dawno temu był z ojcem nad stawem, gdy ten chciał nauczyć go pływać. Podobno każdy prawdziwy mężczyzna musi umieć pływać i prowadzić samochód. Idea sama w sobie była dość pozytywna, sęk w tym, że nikt mu nie powiedział, że samo wrzucenie dziecka do wody nie sprawi, że to od razu nauczy się pływać. Ośmioletni Benjamin przez kilkadziesiąt sekund desperacko próbował dotrzeć do brzegu. Gdy już wypełzł na piasek, ojciec stwierdził, że zachowuje się jak baba i ma wracać do wody.