Jutro będziesz mój - Samantha Young - ebook + książka

Jutro będziesz mój ebook

Samantha Young

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wstęp do zamku Ardnoch mają tylko nieliczni. Robyn właśnie wyważyła jego bramy.

Była policjantka kontra gburowaty eks-gwiazdor Hollywood. Robyn Penhaligon przyjeżdża do Szkocji, by skonfrontować się z ojcem, ale zamiast spokoju odnajduje śmiertelne zagrożenie. Gdy jej bliscy stają się celem stalkera, Robyn musi połączyć siły z Lachlanem Adairem – mężczyzną, który jest równie fascynujący, co nieznośny.

W murach tajemniczej posiadłości rozpoczyna się gra o wysoką stawkę, w której serce może okazać się najsłabszym ogniwem. Czy zawodowy instynkt wystarczy, by ochronić rodzinę i nie ulec urokowi szkockiego dziedzica?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 588

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Here With Me

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Tłu­ma­cze­nie: Aldona Moż­dżyń­ska, Kaja Gucio Redak­cja: Olga Gor­czyca-Popław­ska Korekta: Marzena Kłos, Mal­wina Łoziń­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Kamil Pru­szyń­ski

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-958-9

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Podziękowania

Pracę nad Jutro będziesz mój zaczę­łam kilka lat temu. Rodzeń­stwo Ada­irów wymy­śli­łam wkrótce po skoń­cze­niu serii On Dublin Street, ale uzna­łam, że jesz­cze nie czas na powo­ła­nie ich do życia. Ada­iro­wie nie dawali mi jed­nak spo­koju, doma­gali się, bym przed­sta­wiła ich czy­tel­ni­kom. Z ręką na sercu mogę powie­dzieć, że kiedy wresz­cie nade­szła odpo­wied­nia pora, Lachlan Adair i Robyn Pen­ha­li­gon wcią­gnęli mnie w swoje fik­cyjne życie i nie puścili, póki nie napi­sa­łam ostat­niego słowa tej powie­ści. Miesz­ka­nie z nimi w Ard­noch było cudow­nym wytchnie­niem po trud­nym roku i mam nadzieję, że takim samym wytchnie­niem okaże się rów­nież dla moich czy­tel­ni­ków.

Pisa­nie to w głów­nej mie­rze samot­ni­cze zaję­cie, ale już pro­ces wydaw­ni­czy wymaga pomocy innych osób. Gorąco dzię­kuję mojej wspa­nia­łej redak­torce, Jen­ni­fer Som­mersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze była przy mnie i poma­gała mi się stać lep­szą pisarką i gawę­dziarką.

Podzię­ko­wa­nia skła­dam rów­nież mojej przy­ja­ciółce i oso­bi­stej asy­stentce, Ash­leen Wal­ker, za to, że zała­twiała dla mnie różne sprawy i zawsze mnie wspie­rała. Jestem Ci bar­dzo wdzięczna i bar­dzo Cię kocham!

Praca pisa­rza nie ogra­ni­cza się do napi­sa­nia książki. Doty­czy nie tylko słowa pisa­nego, lecz także mar­ke­tingu, reklamy, opra­co­wa­nia gra­ficz­nego, pro­wa­dze­nia kont na plat­for­mach spo­łecz­no­ścio­wych itd. Otrzy­ma­łam ogromną pomoc od osób, które się tym zaj­mują. Z całego serca dzię­kuję cudow­nej Ninie Grin­stead z firmy Valen­tine zaj­mującej się public rela­tions – za wspólne burze mózgów, słowa zachęty i za to, że robiła dla mnie o wiele wię­cej, niż było to okre­ślone w jej obo­wiąz­kach. Jestem Ci za to wszystko nie­zmier­nie wdzięczna.

Dzię­kuję także wszyst­kim blo­ge­rom, użyt­kow­ni­kom Insta­grama i miło­śni­kom lite­ra­tury, któ­rzy wspo­mi­nali w inter­ne­cie o moich książ­kach. Nie­zwy­kle to doce­niam! Gorące podzię­ko­wa­nia skła­dam rów­nież wszyst­kim fan­ta­stycz­nym czy­tel­ni­kom z mojej pry­wat­nej grupy na Face­bo­oku – Sam’s Clan McBo­okish. Jeste­ście nie­zwy­kli, nie wyobra­żam sobie lep­szych odbior­ców!

Z całego serca dzię­kuję Han­gowi Lee za pro­jekt prze­pięk­nej okładki, która ide­al­nie oddaje atmos­ferę tej książki.

Jak zawsze dzię­kuję mojej agentce, Lau­ren Abramo, za to, że dzięki niej ta książka dotarła do czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Jesteś rewe­la­cyjna. Przyj­mij, pro­szę, moje wyrazy wdzięcz­no­ści za wszystko, co dla mnie robisz.

Jestem nie­zmier­nie wdzięczna mojej rodzi­nie i przy­ja­cio­łom za wspar­cie i słowa zachęty. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia należą się mojemu tacie. Opi­su­jąc trudną rela­cję Robyn z jej ojcem, po raz kolejny uświa­do­mi­łam sobie, jakie to szczę­ście, że mój tata zawsze sta­wia mnie na pierw­szym miej­scu, zawsze jest przy mnie i należy do naj­bar­dziej pra­wych i god­nych zaufa­nia ludzi, jakich znam. Jestem nie­zwy­kle wdzięczna za to, że jesteś moim tatą.

I wresz­cie dzię­kuję Tobie, mój czy­tel­niku. Jesteś nie­oce­niony.

Dedykacja

Dla mojego taty

Codzien­nie czuję ogromne szczę­ście na myśl o tym, że jestem Twoją córką.

Kocham Cię naj­bar­dziej na świe­cie.

Prolog

Robyn

Rok wcze­śniej

Boston, Mas­sa­chu­setts

Deszcz bęb­nił w dach naszego wozu patro­lo­wego. Pili­śmy kawę, cze­ka­jąc na sygnał z radia.

Odgłos kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o metal wpra­wiał mnie w przy­jemne odrę­twie­nie. Nagle moją uwagę przy­cią­gnął jakiś kolo­rowy kształt za oknem, który wyło­nił się z wszech­ogar­nia­ją­cej sza­ro­ści.

Chod­ni­kiem szła kobieta w gra­na­to­wym płasz­czu. W jed­nej ręce trzy­mała czarny para­sol, a w dru­giej – smycz. Pies, który stąd wyglą­dał na labra­dora, miał na sobie jaskra­wo­czer­wony kubra­czek. Zatrzy­mał się gwał­tow­nie i usiadł na chod­niku, jakby chciał powie­dzieć: „Mam już tego dosyć. Powiedz desz­czowi, żeby prze­stał padać”.

Zaśmia­łam się cicho, kiedy kobieta w nie­mej odpo­wie­dzi z despe­ra­cją unio­sła ręce: „Do jasnej cho­lery, niby jak mam to zro­bić?!”.

Ten widok – kobieta z roz­ło­żo­nymi rękoma pochy­lona nad patrzą­cym na nią psem – aż pro­sił się o to, żeby go sfo­to­gra­fo­wać. Żało­wa­łam, że nie mam przy sobie apa­ratu. Uży­ła­bym sze­ro­kiej prze­słony i obiek­tywu o ogni­sko­wej sto pięć­dzie­siąt mili­me­trów, żeby roz­myć ruch na sza­rym tle, i nasta­wi­ła­bym ostrość na kobietę i jej upar­tego psa.

– Jaz uważa, że powin­naś zerwać z Mar­kiem. – Ze świata foto­gra­fii wyrwał mnie głos Autry’ego Davisa, mojego part­nera.

Uśmiech­nę­łam się z iro­nią, pró­bu­jąc zigno­ro­wać lekki nie­po­kój, który wywo­łała we mnie ta uwaga.

– Co ty powiesz? Jaz tak uważa?

Jasmine „Jaz” Davis zawsze była szczera, ale to Autry już na samym początku jasno dał mi do zro­zu­mie­nia, że nie lubi mojego chło­paka Marka.

– Tak jest. – Autry spoj­rzał przez okno na mija­jące nas samo­chody. Zatrzy­ma­li­śmy się we wschod­nim Bosto­nie, na Mave­rick Squ­are, nie­opo­dal naszej ulu­bio­nej pie­karni. Mieli tam dobrą kawę. I pączki z kre­mem. Sta­ra­li­śmy się nie potwier­dzać ste­reo­ty­pów doty­czą­cych poli­cjan­tów, więc na pączki pozwa­la­li­śmy sobie tylko raz w tygo­dniu. To była nasza uczta. – Jaz uważa, że dla Marka jego praca jest waż­niej­sza od two­jej i że on ni­gdy nie sta­wia cię na pierw­szym miej­scu.

Jaz rze­czy­wi­ście mogła się tak wyra­zić.

Mark był wzię­tym pro­ku­ra­to­rem. Jego suk­cesy mnie pod­nie­cały, bo zawsze krę­cili mnie pra­co­wici męż­czyźni. Ostat­nio zaczął mnie nama­wiać, żebym coś zmie­niła w swoim życiu. Uwa­żał, że powin­nam piąć się w górę, posta­rać się o awans na sier­żanta, a potem na porucz­nika.

Nie rozu­miał, że mnie na tym nie zależy. Był najam­bit­niej­szym czło­wie­kiem, jakiego kie­dy­kol­wiek zna­łam. Tak jak powie­dzia­łam, wyda­wało mi się to sek­sowne, dopóki nie spró­bo­wał zmie­niać mnie w kogoś, kim nie byłam.

– No to prze­każ Jaz, że z nim zry­wam.

Autry nie­udol­nie pró­bo­wał ukryć zado­wo­le­nie.

– Tak?

– Tak. Przy nim za bar­dzo muszę się sta­rać.

– Nie pró­buję wybić ci tego z głowy, ale chyba wiesz, że każdy zwią­zek wymaga pracy?

– Łatwo ci powie­dzieć. Uwiel­biasz swoją żonę i dzieci.

– Ale to nie zna­czy, że nie wło­ży­łem w nasz zwią­zek żad­nego wysiłku.

– Wiem. Ale tego trzeba chcieć, a mnie się nie chce pra­co­wać nad związ­kiem z Mar­kiem. W zeszły week­end zro­bił mi awan­turę, bo kupi­łam obiek­tyw krót­ko­ogni­skowy. Powie­dział, że z moimi mar­nymi docho­dami nie stać mnie na tak dro­gie „hobby” i że zamie­rza mnie roz­piesz­czać. – Na samą myśl o tam­tej roz­mo­wie aż zro­biło mi się gorąco ze zło­ści.

Od tam­tej pory prze­sta­łam się do niego odzy­wać i odcię­łam się od niego emo­cjo­nal­nie.

– Poważ­nie? – Autry zmarsz­czył brwi. – Powin­naś kop­nąć go w dupę, i to szybko. Cho­lera, wyobra­żasz sobie, co by Jaz zro­biła, gdy­bym potrak­to­wał ją tak pro­tek­cjo­nal­nie? Facet ma szczę­ście, że to nie ona jest jego dziew­czyną. Nie uszedłby z życiem. I dla­tego nie powtó­rzę jej tego, co mi teraz powie­dzia­łaś. Pen­ha­li­gon, do jasnej cho­lery! Życie jest za krót­kie na takie idio­tyczne związki.

– Ale za to Mark jest dobry w łóżku – powie­dzia­łam, głów­nie dla żartu.

Nawet dla naj­wspa­nial­szego seksu nie warto tkwić przy face­cie, przez któ­rego czu­jesz się tak, jak­byś nic nie zna­czyła.

Autry rzu­cił mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

– Ani słowa wię­cej.

Zaśmia­łam się cicho i upi­łam łyk kawy.

Kiedy jako dwu­dzie­sto­jed­no­latka skoń­czy­łam szkołę poli­cyjną, pozna­łam Autry’ego Davisa, który został moim part­ne­rem. Był wysoki, przy­stojny, dow­cipny, sie­dem lat star­szy ode mnie i miał w sobie cie­pło, które potra­fiło ogrzać nawet naj­zim­niej­sze serce. Szybko się w nim zadu­rzy­łam, co jed­nak wkrótce prze­mie­niło się w przy­jaźń i zaufa­nie. Tym bar­dziej że pozna­łam jego żonę, Jaz, i ich dwie córki, Asię i Jadę. Od sze­ściu lat wła­ści­wie nale­ża­łam do ich rodziny. Teraz Autry był dla mnie jak star­szy brat. I, jak na brata przy­stało, nie chciał słu­chać o życiu sek­su­al­nym sio­stry.

A ja, jak każda młod­sza sio­stra, igno­ro­wa­łam bła­ga­nia, żebym prze­stała go tor­tu­ro­wać tymi szcze­gó­łami.

– Na pewno mógłby się posta­rać jesz­cze bar­dziej, ale jest zde­cy­do­wa­nie lep­szy od Axela. – Axel, mój poprzedni chło­pak, był nar­cy­stycz­nym muzy­kiem, ego­istą i w łóżku, i poza nim.

Kie­dyś, gdy byłam mocno prze­zię­biona, nie zapro­po­no­wał, że do mnie zaj­rzy albo zrobi mi zakupy, żebym mogła zostać w łóżku. Nie. Powie­dział, że ode­zwie się, kiedy już wyzdro­wieję, i po pro­stu się ulot­nił. Wtedy zajęli się mną Jaz i Autry. Kiedy wyzdro­wia­łam, Axel już nie wró­cił, bo tego nie chcia­łam. Szcze­rze mówiąc, Mark w łóżku też nie dbał zbyt­nio o moje potrzeby, ale potra­fił cho­ciaż dopro­wa­dzić mnie do orga­zmu.

– Nie sły­szę cię. – Autry ze zmarsz­czo­nymi brwiami wyglą­dał przez okno. – Nie ma mnie tu. Jestem w jakimś innym miej­scu, w któ­rym panują dobro i spra­wie­dli­wość, a Cel­tics zdo­by­wają puchar.

– Czyli w bajce?

– Pro­szę mi tu nie obra­żać Cel­tics.

Zachi­cho­ta­łam i już otwie­ra­łam usta, żeby znowu zażar­to­wać, kiedy nasze radio zatrzesz­czało.

– Awan­tura domowa. Lexing­ton Street, miesz­ka­nie 302B. Zadzwo­niła sąsiadka.

Axel wycią­gnął rękę do radia.

– Gold 1-67. Będziemy za trzy minuty.

– Przy­ją­łem.

Uru­cho­mi­łam sil­nik i włą­czy­łam się do ruchu dro­go­wego.

– Jak myślisz, co będzie tym razem?

– Zdrada.

– Zawsze mówisz to samo.

– I pra­wie zawsze mam rację.

– Ostat­nio się myli­łeś.

– A co było ostat­nio?

– Oj, Davis, sta­rze­jesz się – zażar­to­wa­łam. – Dziew­czyna odkryła, że chło­pak prze­grał wszyst­kie jej oszczęd­no­ści. Spu­ściła mu nie­zły łomot.

– A rze­czy­wi­ście. Paskudna sprawa. Po tym, co mu zro­biła, ten gość już ni­gdy nie będzie mógł mieć dzieci.

Nie­stety była to prawda. Skrzy­wi­łam się na myśl o tam­tym wezwa­niu.

Kilka minut póź­niej zapar­ko­wa­li­śmy pod domem na rogu Lexing­ton. Wyglą­dał tak samo jak wszyst­kie budynki w tej czę­ści Bostonu – wąski i pokryty sidin­giem z drew­nia­nych gon­tów. Dawno temu poma­lo­wano go na biało i teraz potrze­bo­wał pil­nego remontu. Miał dwa wej­ścia: jedno pro­wa­dziło do miesz­ka­nia na dole, a dru­gie – na pię­tro. Przed wej­ściem do lokalu na pię­trze stała kobieta w jaskra­wo­żół­tej piża­mie i dopa­so­wa­nej kolo­ry­stycz­nie ban­da­nie na wło­sach. Pode­szła do nas, kiedy wysie­dli­śmy z wozu.

– Od pół godziny tamci na górze się wydzie­rają. Był też taki huk, jakby ktoś prze­wra­cał meble, a wtedy ta kobieta zaczęła krzy­czeć i pła­kać. – Sąsiadka wyglą­dała na poru­szoną. – Ten gość jest nie­źle porą­bany. Chyba bie­rze pro­chy. Pomy­śla­łam, że lepiej wezwać poli­cję.

Uśmiech­nę­łam się do niej uspo­ka­ja­jąco i już mia­łam się ode­zwać, kiedy z góry dobiegł nas pełen stra­chu krzyk. Autry pobiegł do drzwi. Odwró­ci­łam się do sąsiadki i powie­dzia­łam:

– Pro­szę wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia.

Zro­biła, co kaza­łam. Autry zaczął walić w drzwi.

– Poli­cja, pro­szę otwo­rzyć!

Męż­czy­zna zaczął gło­śno prze­kli­nać. Ryk­nął: „Pie­przona suka!”, po czym roz­legł się gło­śny płacz zagłu­szany nie­zro­zu­mia­łymi wrza­skami.

Autry spoj­rzał na mnie z poważną miną. Poło­ży­łam dłoń na kabu­rze pisto­letu.

Kiw­nę­łam głową.

Naci­snął klamkę i otwo­rzył drzwi.

Poszli­śmy cia­snym kory­ta­rzem do stro­mych scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę. Trzy­ma­łam się z tyłu. Wyję­łam broń. Przez te krzyki loka­to­rzy na pewno nas nie sły­szeli. Po chwili zorien­to­wa­łam się, że w tej awan­tu­rze cho­dzi o nar­ko­tyki. Wyglą­dało na to, że męż­czy­zna podej­rze­wał, że kobieta oddaje mu za mało pie­nię­dzy za sprze­da­wane działki. Jed­nak nie była to zwy­kła awan­tura domowa.

Przy­go­to­wa­łam się na ostrą akcję.

Schody pro­wa­dziły do przed­po­koju z dwoj­giem drzwi naprze­ciwko sie­bie. Ostroż­nie zaj­rze­li­śmy do jed­nego pokoju. Była to sypial­nia, pusta. Prze­szli­śmy do dru­giego pomiesz­cze­nia, w któ­rym znaj­do­wał się salon połą­czony z małą kuch­nią. To było istne pobo­jo­wi­sko. Stół leżał na boku, tele­wi­zor był roz­trza­skany, zdję­cia powy­pa­dały z poła­ma­nych ramek, a pod­łogę zapeł­niało szkło. Sto­łek przy barku śnia­da­nio­wym był prze­wró­cony.

Na pod­ło­dze sie­działa sku­lona młoda kobieta z twa­rzą uma­zaną tuszem do rzęs. Ze stra­chem w zapła­ka­nych oczach patrzyła na wyso­kiego, chu­dego męż­czy­znę, który mie­rzył z pisto­letu w jej głowę.

Unie­śli­śmy broń.

– Poli­cja. Pro­szę to odło­żyć – powie­dział Autry.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nas, ale nie wyko­nał żad­nego ruchu, tylko wark­nął:

– Kurwa, co wy tu robi­cie? To nie wasza sprawa. Wezwała was ta wścib­ska suka z dołu?

Miał roz­sze­rzone źre­nice, mówił beł­ko­tli­wie.

Był naćpany.

Robiło się coraz cie­ka­wiej.

Powtó­rzy­łam:

– Pro­szę to odło­żyć.

– Bo co?

– Jeżeli nie odłoży pan broni, uznam to za groźbę i strzelę do pana – ostrzegł go Autry.

– Co ty pie­przysz? – Pisto­let nie­bez­piecz­nie zako­ły­sał się w dłoni męż­czy­zny.

– Davis – mruk­nę­łam i lekko odwró­ci­łam głowę, żeby spoj­rzeć na part­nera.

Kątem oka zauwa­ży­łam jakiś ruch. Poczu­łam przy­pływ adre­na­liny, kiedy do pokoju wpadł drugi męż­czy­zna, wyce­lo­wał pisto­let w plecy Autry’ego i poło­żył palec na spu­ście.

Nie mia­łam ani chwili do stra­ce­nia. Musia­łam sta­nąć przed part­ne­rem.

Osło­nić go.

Obaj męż­czyźni gro­zili nam bro­nią. Nie mia­łam wyboru. Strze­li­łam do tego dru­giego. Roz­le­gły się dwa wystrzały, gło­śniej­sze od ude­rze­nia pio­runa. Huk odbił się echem w mojej gło­wie i nie­mal w tej samej chwili poczu­łam ostry, palący ból w klatce pier­sio­wej.

Kolejny wystrzał. I znowu ból. I jesz­cze raz.

Prze­wró­ci­łam się do tyłu, pro­sto na Autry’ego. Nad moją głową roz­le­gły się kolejne wystrzały.

Sły­sza­łam hałas. Jęki. Krzyki.

Spo­kojny głos Autry’ego, który mówił, że wszystko będzie dobrze.

– Trzy osoby z ranami postrza­ło­wymi, w tym jedna poli­cjantka, wie­lo­krot­nie postrze­lona. Przy­ślij­cie ambu­lans na 302B Lexing­ton Street.

Mia­łam wra­że­nie, że ból pro­mie­niuje z ran na całe moje ciało.

– O cho­lera, Robyn, o cho­lera – szep­tał mi do ucha Autry. – Dla­czego? Dla­czego?

Wie­dzia­łam, o co pytał.

Chcia­łam odpo­wie­dzieć, ale nie mogłam poru­szać ustami. Coś złego działo się też z moim wzro­kiem. Jakieś czarne cie­nie zmniej­szały pole widze­nia, coraz szyb­sze i coraz bar­dziej gęste.

– Rob­bie, zostań ze mną. Zostań.

Chcia­łam.

Bar­dzo.

Chcia­łam wycią­gnąć rękę, mocno go zła­pać i nie puścić.

Ale mój umysł odłą­czył się od ciała i odpły­wał coraz dalej i dalej.

1

Robyn

Teraz

Ard­noch, Suther­land

Szko­cja

Jak ni­gdy nawet nie pomy­śla­łam o swoim apa­ra­cie foto­gra­ficz­nym, sce­ne­rii czy ide­al­nym uję­ciu. To naprawdę zdu­mie­wa­jące, bo znaj­do­wa­łam się w jed­nym z naj­pięk­niej­szych miejsc, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

Trudno mi było jed­nak sku­pić się na podzi­wia­niu kra­jo­brazu, kiedy dosłow­nie minuty dzie­liły mnie od spo­tka­nia z ojcem.

Któ­rego nie widzia­łam od czter­na­stego roku życia.

Nie­któ­rzy, kiedy są czymś pod­eks­cy­to­wani, mówią, że mają motylki w brzu­chu. W tej chwili na pewno się tak nie czu­łam. Motylki w brzu­chu to pode­ner­wo­wa­nie połą­czone z przy­jem­nym ocze­ki­wa­niem, nato­miast ja czu­łam się wręcz chora. Kolana dosłow­nie ugi­nały się pode mną.

I wku­rzało mnie, że mój ojciec, Mac Gal­bra­ith, ma nade mną taką wła­dzę.

Wysia­dłam z wypo­ży­czo­nego samo­chodu, wypro­sto­wa­łam się, głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza i ruszy­łam przez wysy­pany żwi­rem pod­jazd ku ogrom­nej bra­mie mię­dzy dwiema cegla­nymi kolum­nami, które płyn­nie prze­cho­dziły w wysoki mur. Po dru­giej stro­nie bramy pod­jazd cią­gnął się dalej i zni­kał w mroku lasu na obrze­żach posia­dło­ści.

Sta­nę­łam pod bramą i zaczę­łam szu­kać dzwonka albo kamery. Bez skutku. Pró­bo­wa­łam potrzą­snąć bramą, ale była z kutego żelaza i ani drgnęła. Zmru­ży­łam oczy, usi­łu­jąc się­gnąć wzro­kiem poza drzewa. Nasłu­chi­wa­łam ćwier­ka­nia pta­ków i wia­tru sze­lesz­czą­cego w liściach.

Kątem oka zauwa­ży­łam jakiś ruch po lewej stro­nie i dostrze­głam świa­tło odbi­ja­jące się od prze­su­wa­ją­cego się obiek­tywu kamery. Wycią­gnę­łam głowę, żeby lepiej mu się przyj­rzeć, i zoba­czy­łam kamerę ukrytą na drze­wie.

Zasa­lu­to­wa­łam, przy­kła­da­jąc dwa palce do głowy, żeby dać znać obser­wu­ją­cej mnie oso­bie, że widzę kamerę.

Teraz pozo­sta­wało mi tylko cze­kać.

Jak­bym nie była wystar­cza­jąco zde­ner­wo­wana.

Odwró­ci­łam się, opar­łam o bramę, skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi i nogi w kost­kach, przyj­mu­jąc pozę, która mówiła: „Nie ruszę się stąd, dopóki ktoś nie przyj­dzie”.

Nie minęło nawet parę minut, kiedy usły­sza­łam dźwięk sil­nika i chrzęst kół na żwi­rze. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam, że z dru­giej strony pod bramę pod­jeż­dża czarny Range Rover z przy­ciem­nio­nymi szy­bami.

Nerwy mia­łam napięte jak postronki.

Dla­czego aku­rat mój ojciec musiał być sze­fem ochrony w jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych zamknię­tych klu­bów na świe­cie?

Aha, no tak.

Z powodu Lachlana Ada­ira.

Poczu­łam zazdrość i urazę, za które wsty­dzi­łam się przed samą sobą. Pró­bu­jąc je zigno­ro­wać, znowu splo­tłam ręce na piersi, aby wyglą­dać non­sza­lancko. Samo­chód sta­nął, drzwi od strony kie­rowcy się otwo­rzyły i do bramy pod­szedł męż­czy­zna w czar­nych spodniach, czar­nej koszuli i skó­rza­nej kurtce.

Zauwa­ży­łam maleńką słu­chawkę w jego uchu.

Pra­co­wał w ochro­nie.

Ale to nie był mój ojciec.

– To teren pry­watny – powie­dział ze szkoc­kim akcen­tem, takim samym, z jakim mówił mój ojciec.

– Wiem. – Popa­trzy­łam ponad jego ramie­niem. – Przy­je­cha­łam, żeby spo­tkać się z ojcem.

– Nie­stety, na teren posia­dło­ści mają wstęp tylko człon­ko­wie i pra­cow­nicy klubu. Muszę panią popro­sić o odje­cha­nie.

Mia­łam gdzieś to, że zamek Ard­noch gościł akto­rów oraz poten­ta­tów tele­wi­zyj­nych i kino­wych, któ­rzy co rok pła­cili for­tunę tylko po to, by móc się pochwa­lić, że należą do klubu.

– Nazy­wam się Robyn Pen­ha­li­gon. Moim ojcem jest Mac Gal­bra­ith. Może mu pan prze­ka­zać, że przy­je­cha­łam?

Ochro­niarz był bar­dzo pro­fe­sjo­nalny – na jego twa­rzy nie poja­wił się nawet cień zasko­cze­nia.

– Czy ma pani jakiś dowód toż­sa­mo­ści?

Wie­dząc, że tego zażą­dają, wcze­śniej wło­ży­łam prawo jazdy do tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Wyję­łam je i poda­łam ochro­nia­rzowi.

– Pro­szę chwilę pocze­kać. – Wró­cił do samo­chodu i otwo­rzył drzwi od strony kie­rowcy.

Wsiadł, ale ich nie zamknął, więc sły­sza­łam jego głos.

Pod­czas tej roz­mowy poszłam do swo­jego auta po swe­ter, który zosta­wi­łam na tyl­nym sie­dze­niu. Kiedy wycho­dzi­łam z hotelu, ze zde­ner­wo­wa­nia było mi gorąco, ale teraz zaczę­łam mar­z­nąć na chłod­nym wio­sen­nym powie­trzu.

Parę minut póź­niej ochro­niarz wró­cił pod bramę.

– Popro­szę o prze­ka­za­nie mi wszel­kich urzą­dzeń do nagry­wa­nia, w tym smart­fo­nów.

– Słu­cham?

– Oso­bom, które nie są człon­kami klubu, nie wolno wcho­dzić na teren posia­dło­ści z jakim­kol­wiek sprzę­tem do nagry­wa­nia. Chro­nimy pry­wat­ność naszych gości.

– Jasne. – Ozna­czało to, że mój kochany tatuś nie zamie­rza odpra­wić mnie z kwit­kiem.

Cho­lera.

W głębi serca tego żało­wa­łam.

Wyję­łam tele­fon z samo­chodu. Dobrze, że apa­rat foto­gra­ficzny zosta­wi­łam w hotelu. Nikomu bym nie powie­rzyła swo­jego skarbu.

– To wszystko?

– Tak.

– Pro­szę wró­cić do samo­chodu. Brama za chwilę się otwo­rzy. Pro­szę jechać za mną.

Kiw­nę­łam głową i wsia­dłam do wypo­ży­czo­nego SUV-a. Ten wóz z napę­dem na cztery koła wyda­wał mi się naj­bar­dziej odpo­wied­nim środ­kiem trans­portu po Pogó­rzu Szkoc­kim, a do tego cena nie była zbyt wysoka. Decy­zja o tym, żeby przy­le­cieć do Szko­cji bez rezer­wo­wa­nia biletu powrot­nego, nara­żała moje konto na spore ryzyko. Tutaj koniecz­nie powin­nam ogra­ni­czać wydatki.

Ochro­niarz już mnie nie widział, więc ode­tchnę­łam głę­boko w ocze­ki­wa­niu, aż zostanę wpusz­czona. On w tym cza­sie zawró­cił swo­jego Range Rovera i odje­chał kawa­łek od bramy, która otwo­rzyła się parę chwil póź­niej. Wje­cha­łam na teren posia­dło­ści.

Pod­jazd pro­wa­dził przez zale­siony obszar, który zda­wał się nie mieć końca, ale naresz­cie ustą­pił miej­sca roz­le­głym traw­ni­kom, za któ­rymi wid­niało ogromne zamczy­sko. Na wiel­kim tere­nie widzia­łam poroz­sta­wiane cho­rą­giewki – było to pole gol­fowe. W oddali maja­czyły malut­kie figurki gra­czy.

Prze­nio­słam wzrok z powro­tem na zamek Ard­noch i znowu głę­boko ode­tchnę­łam.

Jesz­cze ni­gdy nie czu­łam się aż tak bar­dzo nie na miej­scu.

Podobne wra­że­nie mia­łam w obec­no­ści Maca.

Ni­gdy nie nale­ża­łam do jego świata.

Bo ni­gdy mnie do niego nie wpu­ścił.

Przed sobą mia­łam dwu­stu­letni, sze­ścio­pię­trowy, roz­le­gły dwór w stylu zam­ko­wym. Z mojego rese­ar­chu wyni­kało, że mie­ści się w nim główna sie­dziba klubu, ale na tere­nie tej pię­cio­hek­ta­ro­wej posia­dło­ści znaj­do­wały się także inne budynki, w tym stałe rezy­den­cje, które człon­ko­wie klubu kupili za bajoń­skie sumy. W inter­ne­cie wyczy­ta­łam, że posia­dłość leży na wybrzeżu i należą do niej lasy sosnowe (co teraz już mogłam potwier­dzić), roz­le­głe rów­niny (je też już widzia­łam), wrzo­so­wi­ska (bar­dzo chcia­łam je zoba­czyć) i złote plaże (bar­dzo, ale to bar­dzo chcia­łam się po nich przejść). Nie byłam pewna, czy ta wizyta się uda, ale mia­łam nadzieję, że pój­dzie na tyle dobrze, żebym mogła przy­naj­mniej zwie­dzić ten teren.

Cho­ciaż czu­łam się tu jak ryba wyrzu­cona na brzeg.

Jadąc za Range Rove­rem, roz­my­śla­łam o tutej­szej ochro­nie. Co prawda posia­dłość była oto­czona wyso­kim murem, w któ­rym znaj­do­wała się solidna brama, ale jak na pię­ciu hek­ta­rach uda­wało się zapew­nić człon­kom klubu pry­wat­ność?

Muszę o to spy­tać tatę, jeżeli w ogóle będzie chciał ze mną roz­ma­wiać po tym, jak zadam mu pyta­nie: „Dla­czego nie kocha­łeś mnie na tyle, żeby pozo­stać w moim życiu? Dla­czego mnie zosta­wi­łeś? Przez cie­bie mam potężny lęk przed odrzu­ce­niem, który w dra­ma­tyczny spo­sób wpły­nął na moje życie”.

Mój żołą­dek znowu się ode­zwał, poczu­łam mdło­ści jak na statku pod­czas sztormu.

– Jezus Maria… – szep­nę­łam, otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu.

Zamek wyglą­dał jak Down­ton Abbey na ste­ry­dach. Nad nim góro­wały wie­życzki, a na jed­nym z gzym­sów wisiała flaga Szko­cji z krzy­żem Świę­tego Andrzeja. Na kolum­nach wspie­rał się dach zwień­czony małymi blan­kami, a w kunsz­tow­nie skon­stru­owa­nym por­tyku znaj­do­wały się dwu­skrzy­dłowe żela­zne drzwi.

Kiedy wysia­dłam, wiatr sma­gnął mnie w twarz wło­sami, które spię­łam w kucyk, i prze­nik­nął przez swe­ter. Tutaj, bez osłony drzew, było o wiele zim­niej. Jak na koń­cówkę marca powie­trze oka­zało się zaska­ku­jąco ostre. Uno­sił się w nim zapach sło­nej wody, cho­ciaż zamek dzie­liły od morza pra­wie cztery kilo­me­try.

Uwiel­bia­łam tutej­sze powie­trze. Takie rześ­kie i świeże. Doda­wało mi ener­gii.

Kiedy zadar­łam głowę, żeby przyj­rzeć się fla­dze, usły­sza­łam szczęk otwie­ra­nych drzwi. Wyło­nił się zza nich męż­czy­zna w tra­dy­cyj­nym stroju kamer­dy­nera, włącz­nie z bia­łymi ręka­wicz­kami.

Zamie­rzał podejść, żeby mnie przy­wi­tać, ale znie­ru­cho­miał, kiedy poja­wił się inny męż­czy­zna.

Głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza, wyszłam zza drzwi auta i je zamknę­łam. Zmu­si­łam się do tego, żeby pod­nieść wzrok i spoj­rzeć na bar­dzo wyso­kiego, bar­czy­stego męż­czy­znę, który szedł w moją stronę.

Kiedy go roz­po­zna­łam, zalała mnie fala mie­sza­nych emo­cji. Miał na sobie uszyty na miarę szary gar­ni­tur, w któ­rym jed­nak nie wyglą­dał jak ele­gan­cik. Gęste, szpa­ko­wate włosy wywi­jały mu się na karku i wyma­gały przy­strzy­że­nia. Był nie­ogo­lony.

Wyglą­dał na trzy­dzie­ści parę lat, ale ja wie­dzia­łam, że ma czter­dzie­ści cztery.

Z neu­tral­nym wyra­zem twa­rzy szedł do mnie zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Kiedy się zbli­żył, prze­ko­na­łam się, jak bar­dzo jestem podobna do ojca. Jego włosy były ciem­niej­sze, ale odzie­dzi­czy­łam po nim oczy i kształt twa­rzy.

Tak, oczy mie­li­śmy iden­tyczne. Taka sama jasno­brą­zowa obwódka wokół źre­nicy i takie same szaro-zie­lone pro­myczki, które odcho­dziły od brze­gów tęczówki i wta­piały się w jej brąz.

Mama czę­sto powta­rzała, że cho­ciaż tyle dobrego od niego dosta­łam.

Mac Gal­bra­ith patrzył na mnie kamien­nym wzro­kiem, ale po chwili jego obo­jęt­ność znik­nęła. Z tru­dem prze­łknął ślinę.

– Robyn?

– Mac. – Poda­łam mu rękę.

Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie do końca wie­dział, co powi­nien zro­bić.

W końcu dobre wycho­wa­nie wzięło górę i uści­snął mi dłoń. A kiedy już to zro­bił, puścił ją nie­chęt­nie. To powi­ta­nie wywo­łało we mnie zło­żoną reak­cję, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam. Łzy sta­nęły mi w oczach, więc odwró­ci­łam wzrok, niby od nie­chce­nia. Popa­trzy­łam na zamek i powie­dzia­łam z uda­waną obo­jęt­no­ścią:

– Fajny masz domek.

– Nie mój – odparł. – Należy do Lachlana. Do rodziny Ada­irów.

Jak­bym nie wie­działa. Wró­cił palący żal. Zmu­si­łam się, żeby znowu spoj­rzeć na ojca.

– Pew­nie się zasta­na­wiasz, dla­czego przy­je­cha­łam.

– Zga­dza się. Cho­ciaż oczy­wi­ście to miła nie­spo­dzianka.

Czyżby?

Popa­trzy­łam na niego zmru­żo­nymi oczami, pró­bu­jąc osza­co­wać, ile prawdy było w tych sło­wach.

– Przy­je­cha­łam w spra­wie, o któ­rej wola­ła­bym nie roz­ma­wiać na pod­jeź­dzie, z obcym face­tem za ple­cami. – Mia­łam na myśli ochro­nia­rza, który na­dal stał za mną.

– Przy­kro mi. Takie mamy pro­ce­dury.

Poki­wa­łam głową. Dobrze to zna­łam.

– Na pewno dobrze to znasz – powie­dział, jakby czy­tał mi w myślach. – Sły­sza­łem, że pra­cu­jesz w poli­cji.

Wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Jakby to two­rzyło mię­dzy nami pewną więź. Wcale mi się to nie podo­bało. Mac kie­dyś był poli­cjan­tem, zresztą tak samo jak mój ojczym, Seth Pen­ha­li­gon.

– Rodzinna tra­dy­cja – powie­dzia­łam. – Zawsze chcia­łam być taka jak mój ojciec, Seth.

Kiedy mia­łam szes­na­ście lat, posta­no­wi­łam ofi­cjal­nie zmie­nić nazwi­sko z Gal­bra­ith na Pen­ha­li­gon. Bio­lo­giczny ojciec wtedy od dwóch lat się ze mną nie kon­tak­to­wał, więc zamie­rza­łam na dobre zerwać z nim wszel­kie więzi i zacząć nosić nazwi­sko rodzi­ców.

Mac dosko­nale potra­fił ukry­wać emo­cje, jed­nak zauwa­ży­łam w jego oczach mignię­cie cze­goś, co kazało mi się domy­ślać, że tra­fi­łam w czuły punkt.

Hmm.

– Już nie pra­cuję w poli­cji.

– Nie?

– Tak jak mówi­łam, wola­ła­bym nie uci­nać sobie poga­wędki tutaj. Wiem, że do tego zamku nie wpusz­cza się byle kogo, więc może się przej­dziemy?

Mac zmarsz­czył brwi.

– Moja córka nie jest byle kim. Chodź do środka. Poroz­ma­wiamy, a potem cię opro­wa­dzę.

Wska­za­łam kciu­kiem przez ramię.

– A ten gość będzie nas cały czas niań­czył?

Mac zer­k­nął na współ­pra­cow­nika.

– Jock, odstaw samo­chód do garażu i wróć do swo­ich obo­wiąz­ków, okej?

– Tak jest.

– Zapra­szam. – Mac zwró­cił się do mnie, wska­zu­jąc na wej­ście do zamku.

– Może dla mnie bar­dziej sto­sowne byłoby wej­ście dla służby?

– Jest osobne wej­ście dla dostaw­ców, ale oni zawsze zapo­wia­dają swój przy­jazd. – Rzu­cił mi iro­niczne spoj­rze­nie i ruszył do drzwi.

– A co z moim samo­cho­dem?

– Niech tu zosta­nie. W razie potrzeby możemy go potem prze­sta­wić.

Idąc za bio­lo­gicz­nym ojcem, wpa­try­wa­łam się w tył jego głowy. Musiał mieć nieco ponad metr dzie­więć­dzie­siąt i był w świet­nej kon­dy­cji fizycz­nej. Wyglą­dał wręcz onie­śmie­la­jąco. Miał czter­dzie­ści cztery lata i formę męż­czy­zny młod­szego o połowę. Świet­nie się trzy­mał. Był przy­stojny, ale nie wymu­skany. Dobrze mu się powo­dziło. Nie wyglą­dał na tyle staro, żeby być moim ojcem. Kiedy miał zale­d­wie szes­na­ście lat, zro­bił dziecko swo­jej star­szej dziew­czy­nie, ale potem udało mu się uło­żyć sobie życie.

No, ale tak to pew­nie bywa, kiedy ktoś dla suk­cesu jest gotów poświę­cić zwią­zek i dziecko.

Tak się pogrą­ży­łam w roz­my­śla­niach, że dopiero po dłuż­szej chwili zwró­ci­łam uwagę na wnę­trze.

O rany.

Kiedy sta­nę­łam za pro­giem i zaczę­łam się roz­glą­dać, szczęka mi opa­dła.

Tak, zde­cy­do­wa­nie czu­łam się tutaj nie na miej­scu.

– Wake­field, to moja córka Robyn. – Mac pod­szedł do faceta w uni­for­mie. – Robyn, to jest Wake­field, kamer­dy­ner.

Kamer­dy­ner. Ależ oczy­wi­ście.

– Bar­dzo mi miło. – Męż­czy­zna ukło­nił mi się ze sto­ic­kim wyra­zem twa­rzy. – Witam na zamku Ard­noch.

Z roz­tar­gnie­niem ski­nę­łam głową i znowu zaczę­łam się roz­glą­dać.

– Robi wra­że­nie, co? – Na widok mojej miny Mac sze­roko się uśmiech­nął.

Hol był prze­ogromny.

Lakie­ro­wany drew­niany par­kiet jesz­cze bar­dziej potę­go­wał to wra­że­nie. Wystrój wnę­trza utrzy­mano w szkoc­kim stylu, bogac­two aż z niego biło. Przede mną znaj­do­wały się naj­wspa­nial­sze schody, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Były wyło­żone weł­nia­nym chod­ni­kiem w czer­wono-szarą kratkę i pro­wa­dziły na pół­pię­tro zalane świa­tłem wpa­da­ją­cym przez trzy witra­żowe okna od pod­łogi do sufitu. Tam roz­cho­dziły się na obie strony na pierw­sze pię­tro, czę­ściowo widoczne z kruż­gan­ków po obu stro­nach holu. Na ogrom­nym kominku pod ścianą przy wej­ściu, naprze­ciwko scho­dów, palił się ogień. Zapach drewna jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślał wra­że­nie przy­tul­no­ści, jakie udało się stwo­rzyć pro­jek­tan­towi pomimo ciem­nej boaze­rii na ścia­nach i sufi­cie. Lampy od Tif­fany’ego na niskich sto­li­kach zale­wały wnę­trze cie­płym świa­tłem.

Przed komin­kiem stały dwie iden­tyczne kanapy z zamszu i mate­riału, ozdo­bione guzi­kami i roz­dzie­lone niską ławą. Wię­cej świa­tła wle­wało się do holu przez ogromne przej­ścia wio­dące do innych pomiesz­czeń na par­te­rze. Sły­sza­łam dobie­ga­jące z oddali odgłosy roz­mów.

W jed­nym z przejść sta­nął męż­czy­zna tak samo wysoki jak mój ojciec. Zatrzy­mał się na nasz widok, po czym ruszył przez olbrzymi hol w naszą stronę.

Kiedy się zbli­żył, roz­po­zna­łam go.

Jego twarz znały miliony ludzi na całym świe­cie.

Miał na sobie dopa­so­wany, czarny, kasz­mi­rowy swe­ter, który pod­kre­ślał jego musku­la­turę, i czarne spodnie od gar­ni­turu. Jego styl był ele­gancki, ale jed­no­cze­śnie non­sza­lancki. Miał dokład­nie takie ciało i taki spo­sób cho­dze­nia, jakie maga­zyny modowe uwiel­biały w hol­ly­wo­odz­kich akto­rach.

Kie­dyś był jed­nym z nich.

Nale­żał do ści­słej czo­łówki.

Lachlan Adair.

Każda inna kobieta onie­mia­łaby z zachwytu na widok jego wło­sów o odcie­niu ciem­nego blondu, pięk­nych nie­bie­skich oczu, sek­sow­nych ust i krót­kiej ciem­no­brą­zo­wej brody. Ewi­dent­nie był przy­stojny, ale jego uroda nie była nie­ska­zi­telna, przez co sta­wał się jesz­cze bar­dziej pocią­ga­jący. W oczach miał cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie zło­śliwy błysk. Z tego, co wie­dzia­łam, był też cał­kiem nie­złym akto­rem, cho­ciaż obsa­dzano go głów­nie w fil­mach akcji.

W każ­dym razie ja nie onie­mia­łam.

Byłam zestre­so­wana, ale nie z powodu jego cha­ry­zmy czy sławy.

Pod pozo­rami obo­jęt­no­ści kryły się we mnie duże pokłady urazy. Nie była to jego wina. Abso­lut­nie. Ale był to męż­czy­zna, dla któ­rego porzu­cił mnie ojciec.

Kiedy dwu­dzie­sto­jed­no­letni Lachlan Adair został gwiazdą Hol­ly­wood po tym, jak wystą­pił w fil­mie akcji, który stał się wiel­kim hitem, zatrud­nił mojego ojca do ochrony. Wybrał go może dla­tego, że obaj byli Szko­tami, nie wiem. Wiem tylko, że stali się sobie bli­scy. Tak bli­scy, że Mac wszę­dzie towa­rzy­szył Lachla­nowi, przez co znik­nął na cały ten okres, kiedy byłam nasto­latką. Nie przy­jeż­dżał na moje uro­dziny. Nie poja­wił się na uro­czy­sto­ści ukoń­cze­nia liceum. A potem, gdy Lachlan zre­zy­gno­wał z kariery, obaj poje­chali do Szko­cji, gdzie były aktor stwo­rzył w swo­jej rodzin­nej posia­dło­ści ten eks­klu­zywny zamknięty klub.

Mac był sze­fem ochrony i miesz­kał poza tere­nem posia­dło­ści.

– Sły­sza­łem, że masz gościa – powie­dział Lachlan. Spoj­rzał ponad moją głową i zwró­cił się do kamer­dy­nera: – Wake­field, w Apar­ta­men­cie Księż­nej jest pro­blem z jed­nym z gości. Mógł­byś się tym zająć?

Kamer­dy­ner nas wymi­nął.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana. – Ruszył po ogrom­nych scho­dach.

Szedł szybko, ale jed­no­cze­śnie nie wyglą­dał tak, jakby się spie­szył.

Adair spoj­rzał na mnie kamien­nym wzro­kiem, ale powie­dział do mojego ojca:

– Mac, chyba powi­nie­neś nas sobie przed­sta­wić.

– Lachlan, to moja córka Robyn. Robyn, to Lachlan Adair.

Żadne z nas nie wycią­gnęło ręki na powi­ta­nie. Mię­dzy nami poja­wiło się nie­zręczne napię­cie.

Nie wie­dzia­łam, o co mogło mu cho­dzić.

Prze­cież to nie ja ukra­dłam mu ojca.

– Wiem, kto to jest – powie­dzia­łam obo­jęt­nym tonem.

Lachlan lekko zmru­żył oczy.

– Dużo o tobie sły­sza­łem. To dziwne, że przez pra­wie dwa­dzie­ścia lat ist­nia­łaś w życiu Maca, a poznaję cię dopiero teraz.

– Tak to bywa, kiedy ojciec porzuca dziecko, żeby włó­czyć się po świe­cie z akto­rem. – Nie odwa­ży­łam się spoj­rzeć na Maca.

Pomimo naszej trud­nej rela­cji nie przy­je­cha­łam tu po to, żeby go ata­ko­wać. W głębi serca rozu­mia­łam, dla­czego ojciec znik­nął z mojego życia.

– Słu­cham? – W cichym gło­sie Ada­ira zabrzmiała nie­bez­pieczna nuta.

Zigno­ro­wa­łam go i zwró­ci­łam się do ojca:

– Możemy poroz­ma­wiać na osob­no­ści?

– Oczy­wi­ście – odparł Adair. – Prze­pra­szam, że prze­szko­dzi­łem. – Rzu­cił Macowi zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie. – Chcia­łem tylko spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

Mac kiw­nął głową. Na jego twa­rzy nie drgnął ani jeden mię­sień.

– Jeśli wolisz, możemy poroz­ma­wiać poza posia­dło­ścią.

– Nie wygłu­piaj się. – Adair zro­bił krok do tyłu. – Opro­wadź pannę Pen­ha­li­gon.

Czy mi się wyda­wało, czy rze­czy­wi­ście wypo­wie­dział moje nazwi­sko z naci­skiem?

Mac mocno zaci­snął wargi i rzu­cił Ada­irowi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Wła­ści­ciel zamku pod­niósł ręce w geście kapi­tu­la­cji, po czym, już nawet na mnie nie spo­glą­da­jąc, odwró­cił się i odszedł.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, zacho­wał się wobec mnie rów­nie aro­gancko jak ja wobec niego.

Moja aro­gan­cja miała pod­stawy, cho­ciaż nie powin­nam go winić za postę­po­wa­nie ojca.

Ale czym ja się nara­zi­łam Lachla­nowi Ada­irowi?

2

Robyn

Kilka minut póź­niej zna­la­złam się w pokoju w głębi kory­ta­rza na pierw­szym pię­trze – w gabi­ne­cie Maca, urzą­dzo­nym o wiele pro­ściej niż ta część zamku, którą do tej pory zoba­czy­łam.

Przez płytko osa­dzone okno za biur­kiem było widać zale­d­wie nie­wielki frag­ment posia­dło­ści. Pokój oka­zał się ciemny i szary, a przed wra­że­niem posęp­no­ści chro­niły go liczne lampy, wygodne zabyt­kowe meble i zaska­ku­jąco duży księ­go­zbiór.

Przed biur­kiem stały dwa fotele. Mac popro­sił, żebym usia­dła.

– Napi­jesz się kawy albo her­baty?

Nagle poczu­łam o wiele więk­sze zde­ner­wo­wa­nie niż wtedy, gdy pod­szedł do mnie na samym początku. Kiw­nę­łam głową i wymam­ro­ta­łam:

– Tak, dzię­kuję, popro­szę kawę.

Usia­dłam w nadziei, że nie widać, jak lekko trzęsą mi się kolana.

Mac pod­niósł słu­chawkę tele­fonu i wci­snął guzik. Po paru chwi­lach powie­dział:

– Ste­phen, czy mógł­byś przy­słać do mojego gabi­netu kawę i jakieś prze­ką­ski? Dla dwóch osób.

Ze słu­chawki popły­nął cichy głos.

– Dzię­kuję. – Mac roz­łą­czył się i usiadł na brzegu biurka.

W końcu zosta­łam z nim sama, ale kiedy spoj­rze­li­śmy sobie pro­sto w oczy, poczu­łam obez­wład­nia­jący ból w piersi. Zapa­dło mil­cze­nie. Każda sekunda cią­gnęła się w nie­skoń­czo­ność.

Przy­naj­mniej ja mia­łam takie wra­że­nie.

– Czyli… – Mac w końcu prze­rwał tę męczącą ciszę. – Rozu­miem, że przy­je­cha­łaś do mnie z jakie­goś kon­kret­nego powodu?

Wszystko, co cho­dziło mi po gło­wie od paru mie­sięcy, czyli odkąd moja psy­cho­te­ra­peutka zasu­ge­ro­wała, że powin­nam spo­tkać się z Makiem, teraz zupeł­nie mnie przy­tło­czyło. Gdy­bym powie­działa temu męż­czyź­nie, temu pra­wie obcemu czło­wie­kowi, o wszyst­kim, co czu­łam, otwo­rzy­ła­bym się przed kimś, kto już wcze­śniej wyrzą­dził mi nie­wy­po­wie­dzia­nie wielką krzywdę. Uświa­do­mi­łam to sobie dopiero, kiedy spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy i poczu­łam bole­sną tęsk­notę za ojcem, któ­rego led­wie zna­łam.

Mac cze­kał cier­pli­wie, aż się ode­zwę, mnie jed­nak słowa uwię­zły w gar­dle.

Z nie­po­ko­jem zmarsz­czył brwi.

– Robyn, czy coś się stało?

– Ja… yyy… ode­szłam z pracy.

– Już o tym mówi­łaś. Mia­łaś jakiś kon­kretny powód?

Z tru­dem odwró­ci­łam głowę i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem zaczę­łam wpa­try­wać się w regał z książ­kami.

– Po pro­stu stwier­dzi­łam, że to nie dla mnie. – Zaci­snę­łam zęby, wku­rzona na sie­bie za to, że nie zdo­by­łam się na szcze­rość.

– To jedyny powód? – spy­tał.

– Tak – skła­ma­łam i prze­nio­słam wzrok z powro­tem na niego. – Zało­ży­łam firmę foto­gra­ficzną. Prze­waż­nie pra­cuję w ate­lier, ale zaczę­łam też sprze­da­wać przez inter­net zdję­cia Bostonu i nie­źle mi to idzie. Zawsze chcia­łam odwie­dzić Szko­cję, w końcu w poło­wie jestem Szkotką. Zdję­cia stąd mogłyby zro­bić furorę… No i pomy­śla­łam, że przy oka­zji powin­nam się z tobą spo­tkać, skoro to z two­jego powodu pły­nie we mnie szkocka krew.

Kąciki jego ust lekko drgnęły.

– Cie­szę się, że przy­je­cha­łaś. I gra­tu­luję firmy. – Jego oczy poja­śniały. – Pierw­szy apa­rat foto­gra­ficzny dosta­łaś ode mnie. Pamię­tasz?

Oczy zapie­kły mnie od głu­pich łez. Gwał­tow­nie pod­nio­słam się z fotela.

– Wiesz, chyba jed­nak nie jestem na to gotowa…

– Robyn… – Mac też wstał.

– Pójdę już.

Mina mu zrze­dła.

– Pro­szę, zostań. Cho­ciaż wypij ze mną kawę.

Nie mogłam. Czu­łam, że lada chwila wybuchnę pła­czem. Było to zatrwa­ża­jące i poja­wiło się zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie.

– Póź­niej. Teraz muszę już iść.

Szybko pode­szłam do drzwi, otwo­rzy­łam je szarp­nię­ciem i wyma­sze­ro­wa­łam na kory­tarz. Mało bra­ko­wało, a zde­rzy­ła­bym się z mło­dym męż­czy­zną w stroju podob­nym do tego, który nosił Wake­field. Niósł tacę z naszą kawą.

– Prze­pra­szam. – Wymi­nę­łam go.

Chcia­łam czym prę­dzej uciec od Maca.

– Chry­ste! – Mac wyrzu­cił z sie­bie. – Ste­phen, prze­pra­szam. Postaw, pro­szę, tacę na biurku. – Wyszedł za mną na wąski kory­tarz pro­wa­dzący do holu.

– Pro­szę, zostań. Poroz­ma­wiajmy.

– Nie teraz, okej?

– Ale zosta­niesz? Zoba­czymy się jesz­cze, tak?

Kiw­nę­łam głową. Nie byłam gotowa rzu­cić tego wszyst­kiego. Musia­łam tylko się pozbie­rać. Naj­wy­raź­niej nasze spo­tka­nie po tak dłu­giej prze­rwie wstrzą­snęło mną bar­dziej, niż się tego spo­dzie­wa­łam.

– Zostanę w Ard­noch. Wyna­ję­łam pokój w pen­sjo­na­cie Glo­aming.

– To dobrze.

Znowu zapa­dło mię­dzy nami mil­cze­nie.

– Wiesz, co to zna­czy „glo­aming”? – spy­tał w końcu.

– Tak, Gor­don, wła­ści­ciel, wyja­śnił mi, że to „zmierzch”.

– No oczy­wi­ście. – Mac uśmiech­nął się sze­roko. – Gor­don pew­nie wszyst­kim to mówi.

– Znasz go?

– To mała miej­sco­wość. Wszy­scy się tu znają.

– Jasne. – Zasta­na­wia­łam się nad tym przez chwilę, kiedy otwo­rzył i przy­trzy­mał mi drzwi wyj­ściowe. – Czy z tego powodu łatwiej czy trud­niej zapew­nić pry­wat­ność człon­kom klubu?

– Wyobraź sobie, że tutaj nikogo nie obcho­dzi, co robią bogate gwiazdy. Człon­ko­wie klubu mogą poru­szać się po oko­licy i nie mar­twić, czy póź­niej znajdą swoje zdję­cia w inter­ne­cie. No, chyba że latem zjadą się papa­razzi. Tutejsi ludzie rozu­mieją, że nasi goście chęt­nie wra­cają do miej­sca, w któ­rym mają zapew­nione pry­wat­ność i nor­malne życie. Miesz­kańcy mia­steczka o wiele chęt­niej plot­kują o sąsia­dach niż o człon­kach klubu.

– Cał­kiem logiczne. – Mój wypo­ży­czony samo­chód stał na pod­jeź­dzie w miej­scu, w któ­rym go zosta­wi­łam. Było mi okrop­nie wstyd z powodu tej nagłej ucieczki, nie mia­łam śmia­ło­ści spoj­rzeć Macowi pro­sto w oczy. – Prze­pra­szam za tę scenę. Po pro­stu… – Wzru­szy­łam ramio­nami.

Nie dałam rady dokoń­czyć zda­nia.

– Pro­szę pana!

Mac odwró­cił się, a ja spoj­rza­łam ponad jego ramie­niem i zoba­czy­łam, że w naszą stronę spiesz­nym kro­kiem idzie jakiś męż­czy­zna ubrany mniej wię­cej tak samo jak Jock.

– O co cho­dzi?

– Jest pan pil­nie potrzebny przy wej­ściu dla dostaw­ców. – Męż­czy­zna patrzył na Maca lekko roz­sze­rzo­nymi oczami, jakby pró­bo­wał mu coś w ten spo­sób prze­ka­zać.

Ojciec naj­wy­raź­niej to zro­zu­miał. Zaklął pod nosem i zwró­cił się do mnie:

– Muszę iść. Ale może spo­tkamy się dziś na kola­cji w Glo­aming?

Tak szybko?

– Może lepiej jutro wie­czo­rem?

Kiw­nął głową i pod­niósł rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale szybko ją opu­ścił.

– Przyjdę około siód­mej.

Kiedy tylko się umó­wi­li­śmy, szyb­kim kro­kiem pod­szedł przez żwi­ro­wany pojazd do swo­jego pra­cow­nika.

Gdy znik­nął w zamku, spoj­rza­łam na dach z blan­kami i wes­tchnę­łam. Prze­peł­niało mnie roz­cza­ro­wa­nie. Czego wła­ści­wie się spo­dzie­wa­łam, gdy tu przy­je­cha­łam? Że w jakiś cudowny spo­sób znowu powsta­nie więź mię­dzy nami? Że będę umiała wylać z sie­bie wszyst­kie żale – w nadziei na co? Na to, że uda mi się wypeł­nić pustkę w moim wnę­trzu?

Pry­cha­jąc z nie­za­do­wo­le­niem, zaczę­łam otwie­rać drzwi samo­chodu.

– Zacze­kaj!

Znie­ru­cho­mia­łam. Zna­łam ten głos.

Sły­sząc chrzęst żwiru za sobą, wzię­łam głę­boki wdech. Odwró­ci­łam się i sta­nę­łam twa­rzą w twarz z Lachla­nem Ada­irem.

W jasnym, natu­ral­nym świe­tle wydał mi się więk­szy, bar­dziej onie­śmie­la­jący. Jego nie­praw­do­po­dob­nie lazu­rowe oczy wpa­try­wały się we mnie nie­ru­chomo. Nie zna­la­złam w nich ani śladu tych słyn­nych zło­śli­wych iskie­rek.

– W czym mogę pomóc? – spy­ta­łam chłodno.

– Wła­ści­wie co ty tu robisz?

Zapa­lił się we mnie gniew niby pło­mień na zapałce.

– Chyba jesz­cze do cie­bie nie dotarło, że jestem córką Maca – odpar­łam ze zło­ścią.

Wpa­try­wał się we mnie nie­ru­cho­mym wzro­kiem.

– Jeżeli przy­je­cha­łaś po to, żeby naro­bić mu kło­po­tów, to zde­cy­do­wa­nie odra­dzam. I tak ma wystar­cza­jąco dużo spraw na gło­wie. Nie potrze­buje, żebyś mu pró­bo­wała spie­przyć życie.

Co za dupek! Miał nie­praw­do­po­dobny tupet.

– Ja mu pró­buję spie­przyć życie? To on porzu­cił mnie, a nie na odwrót.

– O tak, wiem, że twoja matka lubi powta­rzać tę histo­ryjkę.

Wście­kła, trza­snę­łam drzwiami auta i sta­nę­łam twa­rzą do niego. Poczu­łam nie­ty­pową chęć, żeby na niego nawrzesz­czeć, ale jakoś udało mi się odzy­skać samo­kon­trolę i odpo­wie­dzieć w miarę spo­koj­nie:

– Jak śmiesz? Nie waż się w ten spo­sób mówić o mojej matce. Gówno wiesz.

Adair popa­trzył na mnie z takim poli­to­wa­niem, że aż pro­sił się o to, żeby go wal­nąć.

– Śmiem twier­dzić, że wiem na ten temat wię­cej niż ty. – Zro­bił krok w moją stronę, przy­pie­ra­jąc mnie do samo­chodu. W jego oczach poja­wił się chłód. – Mac jest dla mnie jak brat. Jak rodzina. Nie pozwolę, żeby kto­kol­wiek, nawet ty, pró­bo­wał zawra­cać mu głowę, więc grzecz­nie pro­po­nuję, żebyś wzięła dupę w troki, wsia­dła do samo­lotu i stąd spa­dała.

– Myślisz, że się cie­bie prze­stra­szę? – Odsu­nę­łam się od samo­chodu i teraz to ja zbli­ży­łam się do Ada­ira, zmu­sza­jąc go do zro­bie­nia kroku w tył. – Dawa­łam sobie radę z więk­szymi i gor­szymi pro­ble­mami niż były aktor, więc nie­zbyt grzecz­nie pro­po­nuję, żebyś się nie wtrą­cał do spraw moich i mojego ojca. Myślę, że można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że nie byłby zachwy­cony, gdyby się dowie­dział, że pró­bu­jesz sta­wać mię­dzy nami.

Mię­sień w jego szczęce drgnął. Adair cof­nął się jesz­cze o krok. Chyba się spo­dzie­wał, że dam się zastra­szyć.

– Mam nadzieję, że się rozu­miemy. – Uśmiech­nę­łam się z iro­nią i gwał­tow­nym ruchem otwo­rzy­łam drzwi samo­chodu.

Kiedy jed­nak wsia­da­łam do auta, Adair powie­dział cichym, zło­wiesz­czym gło­sem:

– Panno Pen­ha­li­gon, skrzyw­dziła pani moją rodzinę, a ja dopil­nuję, żeby pani za to zapła­ciła.

Wciąż sły­sząc jego poważny głos, przez chwilę patrzy­łam za tym dra­niem, który wiel­kimi kro­kami wra­cał do zamku. Zaklę­łam pod nosem, wście­kła, że miał w tej roz­mo­wie ostat­nie słowo.

3

Lachlan

Wciąż jesz­cze gotu­jąc się z wście­kło­ści po roz­mo­wie z tak zwaną córką Maca, dosze­dłem do wnio­sku, że nie będę tego dnia naj­lep­szym towa­rzy­stwem dla człon­ków klubu. Uzna­łem, że lepiej będzie, jeśli się zaszyję w swoim praw­dzi­wym, nie­ofi­cjal­nym gabi­ne­cie i pocze­kam, aż się uspo­koję. Sły­sząc śmiech gości dobie­ga­jący z jed­nego z salo­nów nie­opo­dal wej­ścia, szybko miną­łem to miej­sce i skie­ro­wa­łem się w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych do pomiesz­czeń tylko dla pra­cow­ni­ków.

Wciąż mia­łem przed oczami Robyn Pen­ha­li­gon, pewną sie­bie, prze­bie­głą jędzę, która gro­ziła, że naskarży na mnie Macowi. Jak­by­śmy mieli po pięć lat i bawili się w pia­skow­nicy.

Mimo wszystko czu­łem lekki nie­po­kój.

Może jed­nak prze­kro­czy­łem gra­nicę?

Co prawda chcia­łem chro­nić Maca przed tą kobietą, która mogła się oka­zać tak samo mściwa jak jej matka, nie­mniej to jej ojciec powi­nien móc zde­cy­do­wać o tym, czy Robyn ma zostać w Ard­noch.

Z dru­giej jed­nak strony Mac miał tyle pro­ble­mów. Jak zresztą cała reszta. Tego tylko bra­ko­wało, żeby im głowę zawra­cała ura­żona córka, któ­rej Mac nie widział od lat.

Prawdę mówiąc, mia­łem paskudny nastrój od samego rana, jesz­cze zanim Robyn zro­biła ojcu nie­spo­dziankę. Tele­fo­no­wała do mnie Gwen, rzecz­niczka pra­sowa, która repre­zen­to­wała rów­nież mojego star­szego brata. Wysłała mi link do ame­ry­kań­skiego por­talu plot­kar­skiego, na któ­rym poprzed­niej nocy poja­wiły się zdję­cia Bro­dana, który po pija­nemu szar­pał się z bram­ka­rzami przed noc­nym klu­bem w Los Ange­les.

Sam już nie wie­dzia­łem, co mam z nim zro­bić. Jakiś czas temu zagro­zi­łem, że przy­jadę do niego do Hol­ly­wood, ale zre­zy­gno­wa­łem, gdy Bro­dan obie­cał, że sam sobie pora­dzi z pre­sją i złą sławą.

Nie­stety, jego ostat­nie wybryki świad­czyły o tym, że sobie jed­nak nie pora­dził.

Mia­łem wra­że­nie, że nie sta­nął na wyso­ko­ści zada­nia. Naj­praw­do­po­dob­niej to wła­śnie uczu­cie bez­sil­no­ści wpły­nęło na moje zacho­wa­nie wobec Robyn Pen­ha­li­gon. To i aro­gan­cja, z jaką uno­siła brodę, wystar­czyły, żebym wybuchł.

Zadzwo­nił tele­fon, który trzy­ma­łem w tyl­nej kie­szeni spodni. Kiedy go wyją­łem, zoba­czy­łem na ekra­nie nazwi­sko Maca. Chry­ste, czyżby Robyn już speł­niła swą pogróżkę?

– Tak? – Ode­bra­łem, przy­sta­jąc w wąskim kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do biur.

– Przyjdź do wej­ścia dla dostaw­ców. Natych­miast.

Ogar­nęło mnie prze­ra­że­nie.

– Jesz­cze jeden?

– Po pro­stu przyjdź – odparł Mac i się roz­łą­czył.

„Dobry przy­kład – pomy­śla­łem – wła­śnie tak powi­nie­nem postę­po­wać ze swoim bra­tem”.

Mocno zaci­sną­łem zęby, po czym szybko posze­dłem kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym przez kuch­nię, za którą znaj­do­wało się wej­ście dla dostaw­ców. Pra­cow­nicy stali w drzwiach i coś mię­dzy sobą szep­tali. Pano­wała atmos­fera napię­cia i nie­po­koju.

– Nie macie nic do roboty? – rzu­ci­łem w ich stronę. Popa­trzyli na mnie ze zmie­sza­niem. – No?

– Sły­sze­li­ście, co powie­dział pan Adair! – ode­zwała się Raf­fa­ela, zastęp­czyni szefa kuchni, mówiąca z sil­nym wło­skim akcen­tem. Wszy­scy natych­miast ode­szli od drzwi. – Wra­caj­cie do pracy!

Wysze­dłem z kuchni do holu, w któ­rym owio­nął mnie chłodny podmuch powie­trza z otwar­tych na oścież drzwi.

Na zewnątrz stał Mac z ochro­nia­rzami: Pete’em i Joc­kiem. Kiedy ruszy­łem do nich wol­nym kro­kiem, mój szef ochrony pod­niósł wzrok i spoj­rzał na mnie.

– Przy­go­tuj się. Nie będzie to przy­jemny widok.

Naj­pierw poczu­łem smród. Z tru­dem prze­łkną­łem ślinę, pró­bu­jąc powstrzy­mać mdło­ści.

– O kurwa… – mruk­ną­łem, spoj­rzaw­szy na zie­mię.

Przy wej­ściu zoba­czy­łem piękną nie­gdyś małą sarenkę. Była zarżnięta. Jej wnętrz­no­ści wyle­wały się na żwir. Obok leżał pęk czer­wo­nych róż. Pod­nio­słem wzrok na Maca, który trzy­mał w wycią­gnię­tej dłoni jakąś białą kar­teczkę. Zauwa­ży­łem, że wło­żył ręka­wiczki, żeby nie dotknąć liściku gołą ręką, więc i ja jej nie wzią­łem.

Prze­czy­ta­łem jed­nak, a wtedy mój nie­po­kój wzrósł jesz­cze bar­dziej.

Nie­gdyś wielki skarb. Teraz zimny trup XOXO

– Tak samo jak poprzed­nie nie jest zaadre­so­wany.

Mac wes­tchnął.

– Wycho­dzimy z zało­że­nia, że jest prze­zna­czony dla cie­bie.

– O sie­bie się nie boję. – Wście­kłym wzro­kiem patrzy­łem na liścik. – Ale zależy mi na bez­pie­czeń­stwie pra­cow­ni­ków i człon­ków klubu. Już ostatni incy­dent poka­zał, że zaczyna się robić groź­nie, ale teraz… Myślę, że powin­ni­śmy zadzwo­nić na poli­cję.

Mac rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie swoim ludziom, po czym zwró­cił się do mnie:

– Daj nam jesz­cze tro­chę czasu. Pój­dziemy na poli­cję, kiedy znaj­dziemy win­nego. Dzięki temu, kiedy ta wia­do­mość trafi do mediów, człon­ko­wie klubu będą się czuli bez­piecz­nie.

– Nie powin­ni­śmy tego przed nimi ukry­wać. Już zaczy­nają się domy­ślać, że coś się dzieje. A Lucy wie na sto pro­cent. – „Ale obie­cała, że nikomu nie powie”, doda­łem w duchu. – Poza tym nie mamy gwa­ran­cji, że któ­ryś z pra­cow­ni­ków się nie wygada.

– Pra­cow­nik, który roz­ma­wia z człon­kiem klubu albo osobą z zewnątrz o czym­kol­wiek, co dzieje się na tere­nie posia­dło­ści, łamie warunki umowy. – Mac wspo­mniał o tym, z czego i tak dosko­nale zda­wa­łem sobie sprawę. – Nikt nie piśnie sło­wem, jeśli nie chce, żeby go cią­gać po sądach.

Skrzy­wi­łem się z nie­za­do­wo­le­niem. Te umowy zostały spo­rzą­dzone z myślą o ewen­tu­al­nych plot­kach i skan­da­lach oby­cza­jo­wych. Nikt nie prze­wi­dział, że ktoś zacznie zosta­wiać takie chore wia­do­mo­ści.

– Daj mi jesz­cze tro­chę czasu – popro­sił Mac. – Nie chcę z tego powodu stra­cić wszyst­kiego. Ja i moi ludzie pora­dzimy z tym sobie.

– Oczy­wi­ście – ode­zwali się jed­no­cze­śnie Jock i Pete.

Nie byłem prze­ko­nany.

– Jak mogło do tego dojść? – Wska­za­łem na sarnę, a potem pod­nio­słem głowę i spoj­rza­łem na kamerę nad drzwiami. Moni­to­ring był zain­sta­lo­wany przy każ­dym wej­ściu. – Widać sprawcę na nagra­niu?

Zde­ner­wo­wa­nie Maca było wręcz nama­calne, więc jesz­cze zanim się ode­zwał, domy­śli­łem się odpo­wie­dzi.

Mój szef ochrony rzu­cił okiem na Jocka i Pete’a i spy­tał:

– Pano­wie, może­cie zosta­wić nas samych?

Ski­nęli gło­wami, odwró­cili się i ode­szli.

– Wróć­cie za parę minut i zanie­ście tę uro­czą sarenkę McCul­lo­chowi. Może zrobi z niej jakiś uży­tek, żeby jej śmierć nie poszła na marne.

– McCul­lo­chowi? – Unio­słem brew.

Rodzina Col­luma McCul­lo­cha od poko­leń upra­wiała zie­mię na pół­noc od Ard­noch. Col­lum miał jakiś zatarg z moim ojcem i prze­niósł swą urazę rów­nież na mnie i ogól­nie młod­sze poko­le­nie Ada­irów.

– Naj­wy­żej będę mu winny jakąś przy­sługę. – Mac popa­trzył ze smut­kiem na sarnę, po czym dał mi znać ruchem ręki, żeby­śmy weszli z powro­tem do zamku.

– Nic się nie nagrało? – spy­ta­łem, kiedy zna­leź­li­śmy się na osob­no­ści.

– Nie. To musi być ktoś stąd. Dowody są nie­pod­wa­żalne.

– A więc to nie stal­ker?

– To ewi­dent­nie spo­sób dzia­ła­nia stal­kera.

– Który tu mieszka?

– Nie ma innej moż­li­wo­ści.

Nie­raz już zda­rzało mi się dosta­wać listy od stal­ke­rów, ale ni­gdy w takim stylu. Poza tym ni­gdy wcze­śniej sprawca ni­gdy nie pocho­dził z kręgu moich zna­jo­mych.

– Mac, daję wam dwa tygo­dnie na roz­wią­za­nie tej sprawy. Potem będę musiał pójść na poli­cję. – Dosłow­nie zago­to­wa­łem się ze zło­ści. Już wcze­śniej dosta­wa­li­śmy listy z pogróż­kami, ale pierw­szy raz ucier­piało żywe stwo­rze­nie. – Sprawca posuwa się coraz dalej. Teraz naprawdę zaczy­nam się mar­twić.

Mac się ze mną zrów­nał.

– Wiem, ja też. Ale spró­bujmy sku­pić się na roz­wią­za­niu pro­blemu. Popro­szę Tra­cey, żeby zdjęła odci­ski pal­ców z tej kartki.

Mój szef ochrony miał kon­takty z tech­ni­kami kry­mi­na­li­stycz­nymi, któ­rzy zdej­mo­wali odci­ski pal­ców z każ­dego śladu, jaki do tej pory zosta­wiał stal­ker z Ard­noch. Na razie nie przy­nio­sło to więk­szych rezul­ta­tów, ale warto było pró­bo­wać dalej.

– Na domiar złego aku­rat dzi­siaj musiała przy­je­chać twoja córka.

– Nie ujął­bym tego w ten spo­sób – obru­szył się Mac. – Oczy­wi­ście zupeł­nie mnie zasko­czyła, ale nie mogę powie­dzieć, żebym się nie ucie­szył.

Prych­ną­łem.

– To moja córka. – W gło­sie Maca zabrzmiała ostrze­gaw­cza nuta. – Którą skrzyw­dzi­łem.

– Ale chcia­łeś to napra­wić. Tak naprawdę zawi­niła jej matka.

– Powi­nie­nem był bar­dziej się posta­rać. – Mac zmarsz­czył brwi. – Podej­rze­wam, że mogło jej się stać coś złego.

– Na przy­kład co?

– Nie jestem pewien. Jest taka… – Wzru­szył ramio­nami.

Znowu ogar­nął mnie nie­po­kój, który czu­łem wcze­śniej.

– Powie­dzia­łem jej coś, czego chyba nie powi­nie­nem był mówić.

– Kiedy? Co?

– Zanim odje­chała, powie­dzia­łem, żeby wra­cała do domu. Do Sta­nów.

Mac zatrzy­mał się gwał­tow­nie. Widząc gniew na jego twa­rzy, ciężko wes­tchną­łem w myślach.

– Co takiego!?

Prze­pra­sza­jąco pod­nio­słem ręce.

– Źle zro­bi­łem. Prze­pra­szam. Po pro­stu się o cie­bie mar­twię. Ale nie powi­nie­nem był się tak zacho­wać. Cho­ciaż nie wyglą­dało na to, żeby się prze­stra­szyła.

Pomimo iry­ta­cji Mac poczuł dumę.

– Nie dzi­wię się. Ta dziew­czyna jest do mnie podobna bar­dziej, niż jej się wydaje.

– Kobieta – sko­ry­go­wa­łem go natych­miast. – Kobieta, Mac. To już nie jest dziew­czyna. Ma dwa­dzie­ścia osiem lat. I nie zapo­mi­naj, że przy­je­chała tu w celu, który może ci się nie spodo­bać.

– To moja sprawa. Doce­niam twoją lojal­ność, ale… – Mac zro­bił krok w moją stronę. – My dwaj jeste­śmy jak rodzina, ale ona też należy do rodziny i jeżeli wygo­nisz ją stąd, nim zdą­żymy poroz­ma­wiać, tak szybko ci tego nie wyba­czę.

Ski­ną­łem głową.

– Zro­zu­mia­łem.

– A teraz… – Mac odsu­nął się i spoj­rzał na mnie poważ­nie, bez cie­nia uśmie­chu. – Prze­pra­szam, ale muszę zająć się tym stal­ke­rem.

Mocno zaci­sną­łem szczęki.

– Muszę jesz­cze raz się zasta­no­wić, czy w ciągu ostat­nich lat nie nara­zi­łem się któ­re­muś z pra­cow­ni­ków albo człon­ków klubu.

– Tro­chę ci na tym zej­dzie.

Zanim zdą­ży­łem zare­ago­wać, Mac, ten bez­czelny skur­czy­byk, już sobie poszedł.

4

Robyn

Ard­noch, podob­nie jak Boston, szczy­ciło się swoją histo­rią, ale w wypadku tego szkoc­kiego mia­steczka była ona o wiele dłuż­sza.

Poza tym nie zna­łam dru­giego takiego miej­sca.

Przede wszyst­kim Ard­noch było malut­kie.

Dzie­więt­na­sto­wieczny hotel z restau­ra­cją, w któ­rym się zatrzy­ma­łam, znaj­do­wał się na placu, nie­opo­dal ogrom­nego par­kingu dla tury­stów. Poprzed­niego dnia spa­ce­ro­wa­łam po uro­czych ulicz­kach, przy któ­rych stały sklepy, restau­ra­cje i pen­sjo­naty.

Tutej­sza zabyt­kowa archi­tek­tura i plan mia­sta były prze­piękne. Wszyst­kie budynki pocho­dziły z pierw­szej połowy dzie­więt­na­stego wieku, a nad nimi góro­wała poło­żona nie­da­leko od mojego pen­sjo­natu śre­dnio­wieczna kate­dra. Zro­bi­łam z milion zdjęć i przez cały wie­czór prze­no­si­łam je na dysk lap­topa, żeby lekko obro­bić przed wrzu­ce­niem na Insta­gram. Po powro­cie do Bostonu zamie­rza­łam je wydru­ko­wać i spró­bo­wać sprze­dać.

Był to kolejny powód, dla któ­rego nie mogłam zbyt długo zostać w Ard­noch. Ku mojej rado­ści w ciągu dzie­wię­ciu mie­sięcy, czyli odkąd moje prace zaczęły poja­wiać się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, zdo­by­łam ponad pięć­dzie­siąt tysięcy sub­skryp­cji. Była to świetna reklama dla mojego sklepu inter­ne­to­wego, ale wie­dzia­łam, że kiedy opu­bli­kuję zdję­cia z Ard­noch, moi klienci będą nie­za­do­wo­leni, jeżeli wkrótce nie poja­wią się w sprze­daży.

Zamie­rza­jąc spę­dzić parę godzin z apa­ra­tem na plaży, sko­rzy­sta­łam z rady Gor­dona i poszłam na zachód Castle Street, główną ulicą pro­wa­dzącą od placu w prawo ku zam­kowi i posia­dło­ści Ard­noch. Stały przy niej nie­mal iden­tyczne dzie­więt­na­sto­wieczne domy sze­re­gowe z oknami man­sar­do­wymi. Więk­szość z tych budyn­ków została prze­ro­biona na butiki, kafejki i gospody. Wśród nich znaj­do­wał się skle­pik spo­żyw­czy Morag’s. Gor­don mówił, że Morag, jego wła­ści­cielka, pro­wa­dzi tam barek, w któ­rym sprze­daje pyszne, świeże kanapki domo­wej roboty.

Zawsze byłam ran­nym ptasz­kiem, więc weszłam do sklepu tuż po otwar­ciu. Na wysta­wie znaj­do­wały się pro­dukty na plażę, wia­derka i łopatki dla dzieci. Z przodu na rega­łach stały rów­niutko uło­żone pro­dukty spo­żyw­cze, a w głębi znaj­do­wały się lada chłod­ni­cza z nabia­łem i zamra­żarka z róż­nymi rodza­jami mro­żo­nek.

Za ladą w głębi sklepu stała kobieta w śred­nim wieku, o pro­mien­nej twa­rzy i z wło­sami ufar­bo­wa­nymi różową płu­kanką. W ladzie chłod­ni­czej znaj­do­wały się gotowe kanapki i skład­niki, z któ­rych można było skom­po­no­wać sobie wła­sne.

– Dzień dobry! – zawo­łała do mnie.

– Dzień dobry – odpo­wie­dzia­łam z uśmie­chem, idąc do lodówki po butelkę wody. Potem pode­szłam do lady i wes­tchnę­łam: – O rany, jak ape­tycz­nie wyglą­dają!

– Dzię­kuję. Mamy… – Zaczęła wymie­niać roz­ma­ite skład­niki.

Mogła­bym jej słu­chać cały dzień. Zauwa­ży­łam, że miesz­kańcy Ard­noch mówią z nieco bar­dziej angiel­skim akcen­tem niż Mac, który uro­dził się w Glas­gow. Ich akcent był bar­dziej śpiewny, jak u Ada­ira.

Kiedy skoń­czyła, powie­dzia­łam:

– Popro­szę jedną. Tylko z tuń­czy­kiem, majo­ne­zem i czer­woną cebulą.

– Pro­szę bar­dzo. – Zabrała się do robie­nia kanapki. – Ma pani na dziś jakieś plany? Mogła­bym dora­dzić, co warto tu obej­rzeć.

– Wła­śnie idę na plażę.

– Och, na pla­żową pogodę trzeba pocze­kać jesz­cze z mie­siąc albo i dwa – ostrze­gła mnie. – A woda jest tu zimna nawet latem.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko i poki­wa­łam głową.

– Gor­don już mnie uprze­dził.

– Zatrzy­mała się pani w Glo­aming? Jak miło. Na długo?

– Raczej nie.

Spoj­rzała na mnie, nieco spe­szona moją zwię­złą odpo­wie­dzią.

– W każ­dym razie witamy w Ard­noch. Jestem Morag Suther­land.

– Tak jak to hrab­stwo? – Ard­noch znaj­do­wało się w hrab­stwie Suther­land.

– Tak. Moja rodzina mieszka tu od bar­dzo dawna. Jej korze­nie się­gają aż dwu­na­stego wieku. Jestem daleką krewną obec­nego hra­biego Suther­landa. Daleką, ale jed­nak… – Uśmiech­nęła się z dumą.

– Ale faj­nie! – Naprawdę zro­biło to na mnie wra­że­nie. – To nie­sa­mo­wite: znać pocho­dze­nie swo­jej rodziny od dwu­na­stego wieku. Ja znam histo­rię swo­jej tylko w dwu­dzie­stym wieku.

– Powin­naś się tym zain­te­re­so­wać. To fascy­nu­jące: dowie­dzieć się, skąd czło­wiek pocho­dzi i z kim jest spo­krew­niony.

Drzwi sklepu się otwo­rzyły i Morag spoj­rzała ponad moim ramie­niem. Zmarsz­czyła nos, jakby nie ucie­szył jej widok osoby, która wła­śnie weszła. Kiedy usły­sza­łam odgłos cięż­kich kro­ków, obej­rza­łam się przez ramię. Obok mnie sta­nął męż­czy­zna nie­mal tak samo potęż­nie zbu­do­wany jak Mac, w zno­szo­nym swe­trze zro­bio­nym na dru­tach, rów­nie pod­nisz­czo­nych dżin­sach i ubło­co­nych butach. Wokół niego uno­siła się woń… hmm… zwie­rząt. Rów­nież ich odcho­dów.

Miał zmierz­wioną siwą brodę i głę­bo­kie zmarszczki wokół oczu. Wło­sów nie widzia­łam, bo były scho­wane pod weł­nianą czapką, ale oce­ni­łam, że jest dużo star­szy od Maca.

Po zapa­chu domy­śli­łam się, że jest rol­ni­kiem.

– To co zwy­kle, Morag – rzu­cił szorstko ochry­płym gło­sem.

Kobieta z tru­dem się uśmiech­nęła.

– Col­lum, woło­wina w puszce nie przy­szła. Chcesz coś innego? – Wska­zała na ladę z kanap­kami.

Przy­bysz spoj­rzał na nią z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem, a potem prze­niósł wzrok na ladę.

– To daj z szynką.

– Dodatki te co zawsze?

W odpo­wie­dzi tylko mruk­nął.

Morag potrak­to­wała to jako potwier­dze­nie i popa­trzyła na mnie prze­pra­sza­jąco.

– Spie­szysz się? Pan McCul­loch jest naszym sta­łym klien­tem. Zazwy­czaj mam dla niego już gotową kanapkę, więc tylko ją odbiera.

– Mogę pocze­kać.

Odsta­wiła tuń­czyka i majo­nez i zabrała się do robie­nia kanapki dla rol­nika.

Oboje patrzy­li­śmy na nią w krę­pu­ją­cej ciszy.

Dopóki coś nie kazało mi odwró­cić głowy w lewo.

Rol­nik bez żenady gapił się na mnie.

Unio­słam brew.

Jesz­cze przez chwilę wpa­try­wał się we mnie obo­jęt­nie, po czym prze­niósł wzrok na Morag.

– Jesz­cze jedna?

Kobieta zmarsz­czyła brwi, ale kiedy zer­k­nęła na mnie, jej twarz poja­śniała.

– Raczej nie. To tylko turystka.

– Robyn. – Przed­sta­wi­łam się. – Mam na imię Robyn. – Pod­nio­słam głowę i spy­ta­łam wprost: – Co miało ozna­czać to „jesz­cze jedna”?

Nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały.

– Tak zwana aktorka z tego prze­klę­tego klubu.

Zro­zu­miaw­szy, że mówi o człon­kach klubu Ard­noch, pokrę­ci­łam głową.

– Nie, nie należę do klubu. Jestem poli­cjantką. A raczej byłam poli­cjantką. – Powin­nam już prze­stać przed­sta­wiać się jako poli­cjantka.

Weszło mi to w nawyk.

Rol­nik przyj­rzał mi się uważ­nie.

– Rze­czy­wi­ście. Nie wyglą­dasz tak, jak­byś wpusz­czała sobie tru­ci­znę w twarz.

– Słu­cham!? – Par­sk­nę­łam, zasko­czona.

Wes­tchnął ciężko, jakby się dener­wo­wał, że nasza roz­mowa trwa już tak długo.

– Moja wnuczka Sarah mówi, że oni wszy­scy wpusz­czają sobie tru­ci­znę w twarz, żeby usu­nąć zmarszczki. I w usta, żeby je powięk­szyć. – Znowu łyp­nął na mnie okiem. – Ale tobie to nie­po­trzebne.

– Nie, ja nie wstrzy­kuję sobie botoksu.

Ścią­gnął brwi.

– Tak się nazywa ta tru­ci­zna. Botoks – wyja­śni­łam.

– Fascy­nu­jące.

Nie mogłam się powstrzy­mać i znowu par­sk­nę­łam śmie­chem, roz­ba­wiona jego sar­ka­zmem.

– Col­lum, jak słowo daję. – Morag zacmo­kała z nie­za­do­wo­le­niem. – Mógł­byś zacho­wy­wać się nieco uprzej­miej wobec naszych tury­stów.

– Dla­czego?

Zaru­mie­niła się.

– No bo… tak naka­zuje zwy­kła przy­zwo­itość. Trzeba być przy­ja­znym wobec innych.

– Bzdura – mruk­nął pod nosem. – Wszy­scy tak robią tylko dla pie­nię­dzy. Ale nie… – rzu­cił mi iro­niczne spoj­rze­nie – …nie nasza Morag. Ona naprawdę lubi ludzi.

Nie­do­wie­rza­nie w jego gło­sie spra­wiło, że zaśmia­łam się jesz­cze gło­śniej, a w jego oczach poja­wiły się wesołe iskierki.

– Ech, ty. – Eks­pe­dientka znowu zacmo­kała, ale z uśmie­chem na ustach. Zawi­nęła jego kanapkę w papier, Col­lum zapła­cił i wziął od niej paczuszkę. – Powiedz Sarze, że o nią pyta­łam.

Znowu chrząk­nął i odwró­cił się do wyj­ścia.

– Miło mi było pana poznać.

Popa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem, po czym prze­niósł wzrok na Morag. Lekko pokrę­cił głową, ale w odpo­wie­dzi mach­nął do mnie ręką, w któ­rej trzy­mał kanapkę, i wyszedł.

Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, Morag powie­działa z zasko­cze­niem:

– Chyba cię polu­bił.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko.

– Raczej nie jest duszą towa­rzy­stwa, co?

– Nie. Wycią­gnę­łaś z niego wię­cej niż ja przez dzie­sięć lat. – Zacmo­kała.

– Polu­bi­łam go.

– Lubisz sta­rych zrzę­dów?

– Lubię szcze­rych ludzi.

Morag uśmiech­nęła się i wró­ciła do robie­nia mojej kanapki. Kiedy skoń­czyła, podała mi ją, przy­jęła pie­nią­dze i powie­działa:

– Życzę miłego dnia na plaży.

Ze sklepu poszłam w stronę par­kingu na placu naprze­ciw Glo­aming, gdzie zosta­wi­łam samo­chód. Pla­no­wa­łam poje­chać parę minut na wschód, gdzie znaj­do­wały się piękne, zło­ci­ste plaże Ard­noch. Dzień nie był szcze­gól­nie sło­neczny. Powie­trze wyda­wało się dość rześ­kie, ale chmury nie wisiały ciężko na nie­bie, więc nic nie zapo­wia­dało desz­czu.

Idąc cichą uliczką w stronę placu, zauwa­ży­łam mija­ją­cego mnie Range Rovera, który wje­chał na par­king i zatrzy­mał się bli­sko mojego wypo­ży­czo­nego auta. Kiedy pode­szłam do samo­chodu, drzwi Rovera otwo­rzyły się i wysia­dło z niego dwoje ludzi. Pode­szli do sie­bie i wzięli się za ręce. Zasko­czyli mnie tym i – muszę przy­znać – lekko zacie­ka­wili.

Byli to Gabriella Ruiz i Seba­stian Stone. Stone był akto­rem, który trzy­krot­nie został nagro­dzony Osca­rem, a Gabriella robiła karierę jako pio­sen­karka muzyki pop i była jego narze­czoną. Róż­nica wieku mię­dzy nimi wyno­siła dzie­sięć lat – on miał trzy­dzie­ści pięć, ona czter­dzie­ści pięć – ale Gabriella wyglą­dała na jego rówie­śniczkę, a może nawet mło­dziej. Tak samo jak ja, nie dzięki botok­sowi. Zawdzię­czała to dobrym genom i zdro­wemu sty­lowi życia. Ona we wszyst­kich budziła zachwyt, on miał ogromny talent. Jako para byli wiecz­nie oble­gani przez papa­raz­zich.

Po raz kolejny zdu­mia­łam się, jak Ada­irowi udaje się trzy­mać media z dala od Ard­noch.

Gabriella posłała mi olśnie­wa­jący uśmiech. Mój był przy­ja­zny, ale nie pełen zachwytu. Nie byłam typem zago­rza­łej fanki, a poza tym dosko­nale zda­wa­łam sobie sprawę, że człon­ko­wie klubu uwiel­biają Ard­noch, bo mogą się tu czuć w miarę nor­mal­nie.

Gdy otwie­ra­łam drzwi auta, obej­rza­łam się przez ramię. Para szła Castle Street, trzy­ma­jąc się za rękę. Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ci­łam głową. Zawsze wola­łam muzykę roc­kową od popu, więc Gabriella nie zro­biła na mnie aż takiego wra­że­nia, jakie pew­nie zro­biłaby na swo­ich wiel­bi­cie­lach, musia­łam jed­nak przy­znać, że podzi­wiam jej etykę pracy. I zawsze doce­nia­łam aktor­stwo Seba­stiana Stone’a.

A teraz tak po pro­stu natknę­łam się na nich na ulicy.

Jakie to sur­re­ali­styczne.

Kiedy już jecha­łam na plażę, przy­szło mi do głowy, że nie poczu­łam się sur­re­ali­stycz­nie, kiedy pozna­łam Lachlana Ada­ira, cho­ciaż kie­dyś był tak samo znany jak Stone, a i teraz cie­szył się pewną sławą.

Nie, tamto spo­tka­nie nie miało w sobie nic z sur­re­ali­zmu.

Było po pro­stu przy­kre.

A teraz przy­po­mniało mi o kola­cji, na którą na dzi­siaj umó­wi­łam się z ojcem.

Ja i Mac. Sami w Glo­aming.

Mia­łam nadzieję, że po mojej wczo­raj­szej żenu­ją­cej reak­cji, któ­rej bli­sko było do zała­ma­nia ner­wo­wego, dzi­siaj zdo­łam wziąć się w garść.

Cie­szy­łam się, że droga na plażę jest pro­sta, bo ruch lewo­stronny wciąż wpra­wiał mnie w dez­orien­ta­cję. Tutaj wszę­dzie znaj­do­wały się okrą­głe skrzy­żo­wa­nia, które Szkoci nazy­wali ron­dami. Same w sobie nie sta­no­wiły pro­blemu. Pro­ble­mem było to, że znaj­do­wały się po lewej stro­nie!

Kiedy tylko zoba­czy­łam przed sobą plażę, mój nie­po­kój się roz­wiał.

Zapar­ko­wa­łam, zła­pa­łam z tyl­nego sie­dze­nia apa­rat foto­gra­ficzny i poszłam wydep­taną ścieżką na plażę. Zalała mnie fala spo­koju. Zapach mor­skiego powie­trza dzia­łał na mnie kojąco, co jesz­cze bar­dziej potę­go­wały krzyk prze­la­tu­ją­cych mew i szum fal łagod­nie plu­ska­ją­cych o brzeg. Ni­gdy bym nie pomy­ślała, że w Szko­cji są plaże z tak gład­kim, zło­tym pia­skiem.

W wodzie odbi­jał się kolor nieba, przy­ćmiony ciemny błę­kit. Byłam cie­kawa, jak to morze wygląda latem, czy pod czy­stym nie­bem woda w nim jest tak nie­bie­ska jak w Morzu Śród­ziem­nym. Prze­cha­dza­łam się po plaży i robi­łam zdję­cia tra­wia­stym pagór­kom, które wci­nały się w morze albo scho­dziły ku plaży. W pięk­nie tutej­szego kra­jo­brazu ist­niał pewien pier­wotny porzą­dek.

Mój nie­po­kój zwią­zany z dzi­siej­szym wie­czo­rem, te iry­tu­jące motylki w brzu­chu – to wszystko tak po pro­stu znik­nęło, kiedy ukry­łam się za apa­ra­tem i szłam brze­giem morza, sta­ra­jąc się uchwy­cić istotę tego nie­spo­ty­ka­nego spo­koju, choć wie­dzia­łam, że tak do końca ni­gdy mi się to nie uda.

Trzeba zna­leźć się w tym miej­scu, żeby zro­zu­mieć jego magię.

* * *

Wielki sto­jący zegar w kącie restau­ra­cji w pen­sjo­na­cie Glo­aming wska­zy­wał dwa­dzie­ścia po siód­mej.

Mac się spóź­niał.

A ja byłam wście­kła.

Gorzej. Czu­łam się zra­niona i upo­ko­rzona.

Parę godzin poświę­ci­łam na przy­go­to­wa­nia do tej kola­cji. Przy­mie­rzy­łam każdą sztukę gar­de­roby, jaką ze sobą wzię­łam, bo nic nie wyda­wało mi się odpo­wied­nie na pierw­szą doro­słą roz­mowę z ojcem.

Nawet zigno­ro­wa­łam tele­fon od mamy, bo wie­dzia­łam, że ponow­nie oświad­czy, że to spo­tka­nie jest fatal­nym pomy­słem.

Naj­wy­raź­niej miała rację.

Z policz­kami pie­ką­cymi od gorą­cego rumieńca wpa­try­wa­łam się w puste nakry­cia na naszym stole w głębi restau­ra­cji. Popro­si­łam Gor­dona o sto­lik, który zapewni nam nieco pry­wat­no­ści.

Zapie­kły mnie w oczach łzy wście­kło­ści. Ucie­ka­łam wzro­kiem przed innymi gośćmi.

Prze­kli­na­łam sie­bie za cały ten wysi­łek, jaki wło­ży­łam w spo­tka­nie z męż­czy­zną, który naj­wy­raź­niej zupeł­nie o nim zapo­mniał.

Tym razem roz­pu­ści­łam gęste włosy, zamiast ścią­gać je w zwy­kły kucyk. Wło­ży­łam szpilki, spodnie cyga­retki i zie­loną jedwabną koszulę, którą kupi­łam spe­cjal­nie na ten wyjazd. Powta­rzam: wło­ży­łam szpilki.

Ale drań z tego Maca.

Odcze­ka­łam, aż wska­zówki zegara wskażą wpół do ósmej, po czym odsu­nę­łam się od stołu i już zamie­rza­łam wstać, kiedy do restau­ra­cji wpa­dła jakaś zaafe­ro­wana blon­dynka o jasnej cerze. Coś w ledwo powstrzy­my­wa­nej panice, od któ­rej aż się trzę­sła, spra­wiło, że zosta­łam na miej­scu.

Blon­dynka przez chwilę roz­glą­dała się po sali i w końcu nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały.

Zoba­czy­łam, że mnie roz­po­znała, i zdzi­wi­łam się, gdy ruszyła w moją stronę.

Kiedy się do mnie zbli­żyła, sko­ja­rzy­łam ją z rese­ar­chu w inter­ne­cie.

Arro­char Adair. Jedyna sio­stra i naj­młod­sza z rodzeń­stwa Ada­irów.

Co u licha?

– Robyn? – spy­tała zdy­sza­nym gło­sem, sta­jąc przy moim stole.

Zwró­ciła na nas uwagę pozo­sta­łych gości.

Pomimo roz­wa­la­ją­cego się kucyka, za dużego swe­tra, zno­szo­nych, obci­słych dżin­sów i tra­pe­rów Arro­char była ete­ryczną pięk­no­ścią. Jej oczy wyda­wały się o ton jaśniej­sze niż u Lachlana, nie­bie­skie pra­wie jak lód, a teraz pełne nie­po­koju i stra­chu, które mi się udzie­liły.

– Tak?

Z drże­niem wypu­ściła powie­trze z płuc. W jej oczach zabły­sły łzy.

– Jestem Arro­char Adair. – Nie wymó­wiła swo­jego imie­nia tak, jak się tego spo­dzie­wa­łam, lecz bar­dziej jak Arro-kar. – Coś się stało Macowi. Zawie­ziono go do szpi­tala. Wszystko wytłu­ma­czę po dro­dze.

Ogar­nęło mnie prze­ra­że­nie, ale natura poli­cjantki kazała mi natych­miast zabrać się do dzia­ła­nia. Zła­pa­łam ze stołu torebkę i szybko poszłam za Arro­char.

– Panno Pen­ha­li­gon?! – zawo­łał Gor­don, kiedy go minę­łam.

– Wytłu­ma­czę póź­niej. Muszę wyjść.

Na żół­tych liniach przed Glo­aming stał zapar­ko­wany zie­lony Land Rover Defen­der. Arro­char wsko­czyła za kie­row­nicę, a ja obe­szłam samo­chód dookoła i zaję­łam miej­sce obok niej.

– Mów – zażą­da­łam, kiedy popę­dziła przez Castle Street.

Moc­niej zaci­snęła dło­nie na kie­row­nicy. Jej strach był tak nama­calny, że odczu­wa­łam go jak cię­żar na wła­snej klatce pier­sio­wej.

– Ktoś napadł na Maca. Jeden z sąsia­dów widział to i spło­szył napast­nika. Doszło do tego przed głów­nym wej­ściem. Mac został ugo­dzony nożem. Praw­do­po­dob­nie wie­lo­krot­nie. – Głos jej się zała­mał.

Zakrę­ciło mi się w gło­wie.

– Co takiego?

– Robyn, tu się dzieją rze­czy, o któ­rych nie masz poję­cia. – Na sekundę spoj­rzała na mnie oczami peł­nymi stra­chu, po czym znowu prze­nio­sła wzrok na drogę. – Ktoś chce zro­bić krzywdę Lachla­nowi i wygląda na to, że posta­no­wił zwięk­szyć stawkę, likwi­du­jąc naj­pierw jego byłego ochro­nia­rza. – Po jej policz­kach cicho popły­nęły łzy. – O Boże, Mac… – szep­nęła. – Nie wiem, co… nie… musi być dobrze. Na pewno z tego wyj­dzie.

Dopiero wtedy to do mnie dotarło.

Mój ojciec został bru­tal­nie zaata­ko­wany.

Mogę go stra­cić, zanim zdążę go poznać.

– Jak daleko stąd do szpi­tala?

Arro­char szybko otarła łzy.

– Prze­trans­por­to­wali go heli­kop­te­rem do Inver­ness.

– Inver­ness? To chyba daleko?

– Mniej wię­cej godzina jazdy samo­cho­dem.

Cho­lera.

– Jaką pręd­kość roz­wija twój samo­chód?

W odpo­wie­dzi Arro­char tylko wci­snęła pedał gazu.

5

Lachlan

Wbi­jało mi się w plecy opar­cie krze­sła w pocze­kalni.

Nie pierw­szy raz sie­dzia­łem w tym miej­scu i nie pierw­szy raz zasta­na­wia­łem się, dla­czego te krze­sła są tak nie­wy­godne. Może po to, by czło­wiek cały czas był czujny i gotowy, gdy przyj­dzie lekarz z dosko­nałą albo straszną wia­do­mo­ścią?

Nerwy mia­łem w strzę­pach. W końcu zerwa­łem się z krze­sła, nie mogąc już dłu­żej usie­dzieć w bez­ru­chu. Zigno­ro­wa­łem zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie mojego brata Thane’a.

– Lachlan, on z tego wyj­dzie – powie­dział Thane. – Prze­cież to Mac. Poza tym nie pierw­szy raz dostał nożem.

– Wtedy to była zwy­kła bójka w barze. A teraz… zapla­no­wany atak. – Chry­ste, jak długo tu już sie­dzą?

Mia­łem wra­że­nie, że całą wiecz­ność. To nie wró­żyło nic dobrego.

– Lachlan!

Kiedy się odwró­ci­łem, zoba­czy­łem Arro­char, która bie­gła do mnie przez pocze­kal­nię. Strach na jej twa­rzy jesz­cze bar­dziej mnie zanie­po­koił. Ukry­łem to jed­nak i wzią­łem się w garść, kiedy rzu­ciła mi się na szyję. Mocno przy­tu­li­łem młod­szą sio­strę i szep­ną­łem, że jesz­cze nie mają żad­nych wia­do­mo­ści, ale na pewno wszystko będzie dobrze.

Pocie­sza­jąc ją, nie odry­wa­łem wzroku od kobiety, z którą przy­je­chała.

Córka Maca.

Tym razem Robyn wyglą­dała ina­czej. Nie wie­dzia­łem, co mnie zasko­czyło bar­dziej: napię­cie i nie­po­kój na jej twa­rzy czy coś tak zwy­kłego jak roz­pusz­czone włosy.

Pew­nie i to, i to.

Robyn zatrzy­mała się przede mną.