Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Wstęp do zamku Ardnoch mają tylko nieliczni. Robyn właśnie wyważyła jego bramy.
Była policjantka kontra gburowaty eks-gwiazdor Hollywood. Robyn Penhaligon przyjeżdża do Szkocji, by skonfrontować się z ojcem, ale zamiast spokoju odnajduje śmiertelne zagrożenie. Gdy jej bliscy stają się celem stalkera, Robyn musi połączyć siły z Lachlanem Adairem – mężczyzną, który jest równie fascynujący, co nieznośny.
W murach tajemniczej posiadłości rozpoczyna się gra o wysoką stawkę, w której serce może okazać się najsłabszym ogniwem. Czy zawodowy instynkt wystarczy, by ochronić rodzinę i nie ulec urokowi szkockiego dziedzica?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 588
Tytuł oryginału: Here With Me
Producent: Purple Book Sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki handlowy@purplebook.com.pl
Dane kontaktowe: Purple Book Wydawnictwo ul. Hankiewicza 2 02-103 Warszawa facebook.com/purplebookwydawnictwo instagram.com/purple_book_wydawnictwo www.purplebook.com.pl
Dyrektor Zarządzająca: Iga Rembiszewska Wydawca: Ewdokia Cydejko Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Trochonowicz (tel. 506 626 661)
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska, Kaja Gucio Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska Korekta: Marzena Kłos, Malwina Łozińska Projekt okładki i stron tytułowych: Kamil Pruszyński
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, czytam.pl, ksiazki.pl
Dystrybutor: Dressler Dublin Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki
ISBN 978-83-8310-958-9
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Pracę nad Jutro będziesz mój zaczęłam kilka lat temu. Rodzeństwo Adairów wymyśliłam wkrótce po skończeniu serii On Dublin Street, ale uznałam, że jeszcze nie czas na powołanie ich do życia. Adairowie nie dawali mi jednak spokoju, domagali się, bym przedstawiła ich czytelnikom. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że kiedy wreszcie nadeszła odpowiednia pora, Lachlan Adair i Robyn Penhaligon wciągnęli mnie w swoje fikcyjne życie i nie puścili, póki nie napisałam ostatniego słowa tej powieści. Mieszkanie z nimi w Ardnoch było cudownym wytchnieniem po trudnym roku i mam nadzieję, że takim samym wytchnieniem okaże się również dla moich czytelników.
Pisanie to w głównej mierze samotnicze zajęcie, ale już proces wydawniczy wymaga pomocy innych osób. Gorąco dziękuję mojej wspaniałej redaktorce, Jennifer Sommersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze była przy mnie i pomagała mi się stać lepszą pisarką i gawędziarką.
Podziękowania składam również mojej przyjaciółce i osobistej asystentce, Ashleen Walker, za to, że załatwiała dla mnie różne sprawy i zawsze mnie wspierała. Jestem Ci bardzo wdzięczna i bardzo Cię kocham!
Praca pisarza nie ogranicza się do napisania książki. Dotyczy nie tylko słowa pisanego, lecz także marketingu, reklamy, opracowania graficznego, prowadzenia kont na platformach społecznościowych itd. Otrzymałam ogromną pomoc od osób, które się tym zajmują. Z całego serca dziękuję cudownej Ninie Grinstead z firmy Valentine zajmującej się public relations – za wspólne burze mózgów, słowa zachęty i za to, że robiła dla mnie o wiele więcej, niż było to określone w jej obowiązkach. Jestem Ci za to wszystko niezmiernie wdzięczna.
Dziękuję także wszystkim blogerom, użytkownikom Instagrama i miłośnikom literatury, którzy wspominali w internecie o moich książkach. Niezwykle to doceniam! Gorące podziękowania składam również wszystkim fantastycznym czytelnikom z mojej prywatnej grupy na Facebooku – Sam’s Clan McBookish. Jesteście niezwykli, nie wyobrażam sobie lepszych odbiorców!
Z całego serca dziękuję Hangowi Lee za projekt przepięknej okładki, która idealnie oddaje atmosferę tej książki.
Jak zawsze dziękuję mojej agentce, Lauren Abramo, za to, że dzięki niej ta książka dotarła do czytelników na całym świecie. Jesteś rewelacyjna. Przyjmij, proszę, moje wyrazy wdzięczności za wszystko, co dla mnie robisz.
Jestem niezmiernie wdzięczna mojej rodzinie i przyjaciołom za wsparcie i słowa zachęty. Szczególne podziękowania należą się mojemu tacie. Opisując trudną relację Robyn z jej ojcem, po raz kolejny uświadomiłam sobie, jakie to szczęście, że mój tata zawsze stawia mnie na pierwszym miejscu, zawsze jest przy mnie i należy do najbardziej prawych i godnych zaufania ludzi, jakich znam. Jestem niezwykle wdzięczna za to, że jesteś moim tatą.
I wreszcie dziękuję Tobie, mój czytelniku. Jesteś nieoceniony.
Dla mojego taty
Codziennie czuję ogromne szczęście na myśl o tym, że jestem Twoją córką.
Kocham Cię najbardziej na świecie.
Robyn
Rok wcześniej
Boston, Massachusetts
Deszcz bębnił w dach naszego wozu patrolowego. Piliśmy kawę, czekając na sygnał z radia.
Odgłos kropli deszczu uderzających o metal wprawiał mnie w przyjemne odrętwienie. Nagle moją uwagę przyciągnął jakiś kolorowy kształt za oknem, który wyłonił się z wszechogarniającej szarości.
Chodnikiem szła kobieta w granatowym płaszczu. W jednej ręce trzymała czarny parasol, a w drugiej – smycz. Pies, który stąd wyglądał na labradora, miał na sobie jaskrawoczerwony kubraczek. Zatrzymał się gwałtownie i usiadł na chodniku, jakby chciał powiedzieć: „Mam już tego dosyć. Powiedz deszczowi, żeby przestał padać”.
Zaśmiałam się cicho, kiedy kobieta w niemej odpowiedzi z desperacją uniosła ręce: „Do jasnej cholery, niby jak mam to zrobić?!”.
Ten widok – kobieta z rozłożonymi rękoma pochylona nad patrzącym na nią psem – aż prosił się o to, żeby go sfotografować. Żałowałam, że nie mam przy sobie aparatu. Użyłabym szerokiej przesłony i obiektywu o ogniskowej sto pięćdziesiąt milimetrów, żeby rozmyć ruch na szarym tle, i nastawiłabym ostrość na kobietę i jej upartego psa.
– Jaz uważa, że powinnaś zerwać z Markiem. – Ze świata fotografii wyrwał mnie głos Autry’ego Davisa, mojego partnera.
Uśmiechnęłam się z ironią, próbując zignorować lekki niepokój, który wywołała we mnie ta uwaga.
– Co ty powiesz? Jaz tak uważa?
Jasmine „Jaz” Davis zawsze była szczera, ale to Autry już na samym początku jasno dał mi do zrozumienia, że nie lubi mojego chłopaka Marka.
– Tak jest. – Autry spojrzał przez okno na mijające nas samochody. Zatrzymaliśmy się we wschodnim Bostonie, na Maverick Square, nieopodal naszej ulubionej piekarni. Mieli tam dobrą kawę. I pączki z kremem. Staraliśmy się nie potwierdzać stereotypów dotyczących policjantów, więc na pączki pozwalaliśmy sobie tylko raz w tygodniu. To była nasza uczta. – Jaz uważa, że dla Marka jego praca jest ważniejsza od twojej i że on nigdy nie stawia cię na pierwszym miejscu.
Jaz rzeczywiście mogła się tak wyrazić.
Mark był wziętym prokuratorem. Jego sukcesy mnie podniecały, bo zawsze kręcili mnie pracowici mężczyźni. Ostatnio zaczął mnie namawiać, żebym coś zmieniła w swoim życiu. Uważał, że powinnam piąć się w górę, postarać się o awans na sierżanta, a potem na porucznika.
Nie rozumiał, że mnie na tym nie zależy. Był najambitniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałam. Tak jak powiedziałam, wydawało mi się to seksowne, dopóki nie spróbował zmieniać mnie w kogoś, kim nie byłam.
– No to przekaż Jaz, że z nim zrywam.
Autry nieudolnie próbował ukryć zadowolenie.
– Tak?
– Tak. Przy nim za bardzo muszę się starać.
– Nie próbuję wybić ci tego z głowy, ale chyba wiesz, że każdy związek wymaga pracy?
– Łatwo ci powiedzieć. Uwielbiasz swoją żonę i dzieci.
– Ale to nie znaczy, że nie włożyłem w nasz związek żadnego wysiłku.
– Wiem. Ale tego trzeba chcieć, a mnie się nie chce pracować nad związkiem z Markiem. W zeszły weekend zrobił mi awanturę, bo kupiłam obiektyw krótkoogniskowy. Powiedział, że z moimi marnymi dochodami nie stać mnie na tak drogie „hobby” i że zamierza mnie rozpieszczać. – Na samą myśl o tamtej rozmowie aż zrobiło mi się gorąco ze złości.
Od tamtej pory przestałam się do niego odzywać i odcięłam się od niego emocjonalnie.
– Poważnie? – Autry zmarszczył brwi. – Powinnaś kopnąć go w dupę, i to szybko. Cholera, wyobrażasz sobie, co by Jaz zrobiła, gdybym potraktował ją tak protekcjonalnie? Facet ma szczęście, że to nie ona jest jego dziewczyną. Nie uszedłby z życiem. I dlatego nie powtórzę jej tego, co mi teraz powiedziałaś. Penhaligon, do jasnej cholery! Życie jest za krótkie na takie idiotyczne związki.
– Ale za to Mark jest dobry w łóżku – powiedziałam, głównie dla żartu.
Nawet dla najwspanialszego seksu nie warto tkwić przy facecie, przez którego czujesz się tak, jakbyś nic nie znaczyła.
Autry rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
– Ani słowa więcej.
Zaśmiałam się cicho i upiłam łyk kawy.
Kiedy jako dwudziestojednolatka skończyłam szkołę policyjną, poznałam Autry’ego Davisa, który został moim partnerem. Był wysoki, przystojny, dowcipny, siedem lat starszy ode mnie i miał w sobie ciepło, które potrafiło ogrzać nawet najzimniejsze serce. Szybko się w nim zadurzyłam, co jednak wkrótce przemieniło się w przyjaźń i zaufanie. Tym bardziej że poznałam jego żonę, Jaz, i ich dwie córki, Asię i Jadę. Od sześciu lat właściwie należałam do ich rodziny. Teraz Autry był dla mnie jak starszy brat. I, jak na brata przystało, nie chciał słuchać o życiu seksualnym siostry.
A ja, jak każda młodsza siostra, ignorowałam błagania, żebym przestała go torturować tymi szczegółami.
– Na pewno mógłby się postarać jeszcze bardziej, ale jest zdecydowanie lepszy od Axela. – Axel, mój poprzedni chłopak, był narcystycznym muzykiem, egoistą i w łóżku, i poza nim.
Kiedyś, gdy byłam mocno przeziębiona, nie zaproponował, że do mnie zajrzy albo zrobi mi zakupy, żebym mogła zostać w łóżku. Nie. Powiedział, że odezwie się, kiedy już wyzdrowieję, i po prostu się ulotnił. Wtedy zajęli się mną Jaz i Autry. Kiedy wyzdrowiałam, Axel już nie wrócił, bo tego nie chciałam. Szczerze mówiąc, Mark w łóżku też nie dbał zbytnio o moje potrzeby, ale potrafił chociaż doprowadzić mnie do orgazmu.
– Nie słyszę cię. – Autry ze zmarszczonymi brwiami wyglądał przez okno. – Nie ma mnie tu. Jestem w jakimś innym miejscu, w którym panują dobro i sprawiedliwość, a Celtics zdobywają puchar.
– Czyli w bajce?
– Proszę mi tu nie obrażać Celtics.
Zachichotałam i już otwierałam usta, żeby znowu zażartować, kiedy nasze radio zatrzeszczało.
– Awantura domowa. Lexington Street, mieszkanie 302B. Zadzwoniła sąsiadka.
Axel wyciągnął rękę do radia.
– Gold 1-67. Będziemy za trzy minuty.
– Przyjąłem.
Uruchomiłam silnik i włączyłam się do ruchu drogowego.
– Jak myślisz, co będzie tym razem?
– Zdrada.
– Zawsze mówisz to samo.
– I prawie zawsze mam rację.
– Ostatnio się myliłeś.
– A co było ostatnio?
– Oj, Davis, starzejesz się – zażartowałam. – Dziewczyna odkryła, że chłopak przegrał wszystkie jej oszczędności. Spuściła mu niezły łomot.
– A rzeczywiście. Paskudna sprawa. Po tym, co mu zrobiła, ten gość już nigdy nie będzie mógł mieć dzieci.
Niestety była to prawda. Skrzywiłam się na myśl o tamtym wezwaniu.
Kilka minut później zaparkowaliśmy pod domem na rogu Lexington. Wyglądał tak samo jak wszystkie budynki w tej części Bostonu – wąski i pokryty sidingiem z drewnianych gontów. Dawno temu pomalowano go na biało i teraz potrzebował pilnego remontu. Miał dwa wejścia: jedno prowadziło do mieszkania na dole, a drugie – na piętro. Przed wejściem do lokalu na piętrze stała kobieta w jaskrawożółtej piżamie i dopasowanej kolorystycznie bandanie na włosach. Podeszła do nas, kiedy wysiedliśmy z wozu.
– Od pół godziny tamci na górze się wydzierają. Był też taki huk, jakby ktoś przewracał meble, a wtedy ta kobieta zaczęła krzyczeć i płakać. – Sąsiadka wyglądała na poruszoną. – Ten gość jest nieźle porąbany. Chyba bierze prochy. Pomyślałam, że lepiej wezwać policję.
Uśmiechnęłam się do niej uspokajająco i już miałam się odezwać, kiedy z góry dobiegł nas pełen strachu krzyk. Autry pobiegł do drzwi. Odwróciłam się do sąsiadki i powiedziałam:
– Proszę wrócić do swojego mieszkania.
Zrobiła, co kazałam. Autry zaczął walić w drzwi.
– Policja, proszę otworzyć!
Mężczyzna zaczął głośno przeklinać. Ryknął: „Pieprzona suka!”, po czym rozległ się głośny płacz zagłuszany niezrozumiałymi wrzaskami.
Autry spojrzał na mnie z poważną miną. Położyłam dłoń na kaburze pistoletu.
Kiwnęłam głową.
Nacisnął klamkę i otworzył drzwi.
Poszliśmy ciasnym korytarzem do stromych schodów prowadzących na górę. Trzymałam się z tyłu. Wyjęłam broń. Przez te krzyki lokatorzy na pewno nas nie słyszeli. Po chwili zorientowałam się, że w tej awanturze chodzi o narkotyki. Wyglądało na to, że mężczyzna podejrzewał, że kobieta oddaje mu za mało pieniędzy za sprzedawane działki. Jednak nie była to zwykła awantura domowa.
Przygotowałam się na ostrą akcję.
Schody prowadziły do przedpokoju z dwojgiem drzwi naprzeciwko siebie. Ostrożnie zajrzeliśmy do jednego pokoju. Była to sypialnia, pusta. Przeszliśmy do drugiego pomieszczenia, w którym znajdował się salon połączony z małą kuchnią. To było istne pobojowisko. Stół leżał na boku, telewizor był roztrzaskany, zdjęcia powypadały z połamanych ramek, a podłogę zapełniało szkło. Stołek przy barku śniadaniowym był przewrócony.
Na podłodze siedziała skulona młoda kobieta z twarzą umazaną tuszem do rzęs. Ze strachem w zapłakanych oczach patrzyła na wysokiego, chudego mężczyznę, który mierzył z pistoletu w jej głowę.
Unieśliśmy broń.
– Policja. Proszę to odłożyć – powiedział Autry.
Mężczyzna spojrzał na nas, ale nie wykonał żadnego ruchu, tylko warknął:
– Kurwa, co wy tu robicie? To nie wasza sprawa. Wezwała was ta wścibska suka z dołu?
Miał rozszerzone źrenice, mówił bełkotliwie.
Był naćpany.
Robiło się coraz ciekawiej.
Powtórzyłam:
– Proszę to odłożyć.
– Bo co?
– Jeżeli nie odłoży pan broni, uznam to za groźbę i strzelę do pana – ostrzegł go Autry.
– Co ty pieprzysz? – Pistolet niebezpiecznie zakołysał się w dłoni mężczyzny.
– Davis – mruknęłam i lekko odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na partnera.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch. Poczułam przypływ adrenaliny, kiedy do pokoju wpadł drugi mężczyzna, wycelował pistolet w plecy Autry’ego i położył palec na spuście.
Nie miałam ani chwili do stracenia. Musiałam stanąć przed partnerem.
Osłonić go.
Obaj mężczyźni grozili nam bronią. Nie miałam wyboru. Strzeliłam do tego drugiego. Rozległy się dwa wystrzały, głośniejsze od uderzenia pioruna. Huk odbił się echem w mojej głowie i niemal w tej samej chwili poczułam ostry, palący ból w klatce piersiowej.
Kolejny wystrzał. I znowu ból. I jeszcze raz.
Przewróciłam się do tyłu, prosto na Autry’ego. Nad moją głową rozległy się kolejne wystrzały.
Słyszałam hałas. Jęki. Krzyki.
Spokojny głos Autry’ego, który mówił, że wszystko będzie dobrze.
– Trzy osoby z ranami postrzałowymi, w tym jedna policjantka, wielokrotnie postrzelona. Przyślijcie ambulans na 302B Lexington Street.
Miałam wrażenie, że ból promieniuje z ran na całe moje ciało.
– O cholera, Robyn, o cholera – szeptał mi do ucha Autry. – Dlaczego? Dlaczego?
Wiedziałam, o co pytał.
Chciałam odpowiedzieć, ale nie mogłam poruszać ustami. Coś złego działo się też z moim wzrokiem. Jakieś czarne cienie zmniejszały pole widzenia, coraz szybsze i coraz bardziej gęste.
– Robbie, zostań ze mną. Zostań.
Chciałam.
Bardzo.
Chciałam wyciągnąć rękę, mocno go złapać i nie puścić.
Ale mój umysł odłączył się od ciała i odpływał coraz dalej i dalej.
Robyn
Teraz
Ardnoch, Sutherland
Szkocja
Jak nigdy nawet nie pomyślałam o swoim aparacie fotograficznym, scenerii czy idealnym ujęciu. To naprawdę zdumiewające, bo znajdowałam się w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałam.
Trudno mi było jednak skupić się na podziwianiu krajobrazu, kiedy dosłownie minuty dzieliły mnie od spotkania z ojcem.
Którego nie widziałam od czternastego roku życia.
Niektórzy, kiedy są czymś podekscytowani, mówią, że mają motylki w brzuchu. W tej chwili na pewno się tak nie czułam. Motylki w brzuchu to podenerwowanie połączone z przyjemnym oczekiwaniem, natomiast ja czułam się wręcz chora. Kolana dosłownie uginały się pode mną.
I wkurzało mnie, że mój ojciec, Mac Galbraith, ma nade mną taką władzę.
Wysiadłam z wypożyczonego samochodu, wyprostowałam się, głęboko zaczerpnęłam powietrza i ruszyłam przez wysypany żwirem podjazd ku ogromnej bramie między dwiema ceglanymi kolumnami, które płynnie przechodziły w wysoki mur. Po drugiej stronie bramy podjazd ciągnął się dalej i znikał w mroku lasu na obrzeżach posiadłości.
Stanęłam pod bramą i zaczęłam szukać dzwonka albo kamery. Bez skutku. Próbowałam potrząsnąć bramą, ale była z kutego żelaza i ani drgnęła. Zmrużyłam oczy, usiłując sięgnąć wzrokiem poza drzewa. Nasłuchiwałam ćwierkania ptaków i wiatru szeleszczącego w liściach.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch po lewej stronie i dostrzegłam światło odbijające się od przesuwającego się obiektywu kamery. Wyciągnęłam głowę, żeby lepiej mu się przyjrzeć, i zobaczyłam kamerę ukrytą na drzewie.
Zasalutowałam, przykładając dwa palce do głowy, żeby dać znać obserwującej mnie osobie, że widzę kamerę.
Teraz pozostawało mi tylko czekać.
Jakbym nie była wystarczająco zdenerwowana.
Odwróciłam się, oparłam o bramę, skrzyżowałam ręce na piersi i nogi w kostkach, przyjmując pozę, która mówiła: „Nie ruszę się stąd, dopóki ktoś nie przyjdzie”.
Nie minęło nawet parę minut, kiedy usłyszałam dźwięk silnika i chrzęst kół na żwirze. Odwróciłam się i zobaczyłam, że z drugiej strony pod bramę podjeżdża czarny Range Rover z przyciemnionymi szybami.
Nerwy miałam napięte jak postronki.
Dlaczego akurat mój ojciec musiał być szefem ochrony w jednym z najbardziej prestiżowych zamkniętych klubów na świecie?
Aha, no tak.
Z powodu Lachlana Adaira.
Poczułam zazdrość i urazę, za które wstydziłam się przed samą sobą. Próbując je zignorować, znowu splotłam ręce na piersi, aby wyglądać nonszalancko. Samochód stanął, drzwi od strony kierowcy się otworzyły i do bramy podszedł mężczyzna w czarnych spodniach, czarnej koszuli i skórzanej kurtce.
Zauważyłam maleńką słuchawkę w jego uchu.
Pracował w ochronie.
Ale to nie był mój ojciec.
– To teren prywatny – powiedział ze szkockim akcentem, takim samym, z jakim mówił mój ojciec.
– Wiem. – Popatrzyłam ponad jego ramieniem. – Przyjechałam, żeby spotkać się z ojcem.
– Niestety, na teren posiadłości mają wstęp tylko członkowie i pracownicy klubu. Muszę panią poprosić o odjechanie.
Miałam gdzieś to, że zamek Ardnoch gościł aktorów oraz potentatów telewizyjnych i kinowych, którzy co rok płacili fortunę tylko po to, by móc się pochwalić, że należą do klubu.
– Nazywam się Robyn Penhaligon. Moim ojcem jest Mac Galbraith. Może mu pan przekazać, że przyjechałam?
Ochroniarz był bardzo profesjonalny – na jego twarzy nie pojawił się nawet cień zaskoczenia.
– Czy ma pani jakiś dowód tożsamości?
Wiedząc, że tego zażądają, wcześniej włożyłam prawo jazdy do tylnej kieszeni dżinsów. Wyjęłam je i podałam ochroniarzowi.
– Proszę chwilę poczekać. – Wrócił do samochodu i otworzył drzwi od strony kierowcy.
Wsiadł, ale ich nie zamknął, więc słyszałam jego głos.
Podczas tej rozmowy poszłam do swojego auta po sweter, który zostawiłam na tylnym siedzeniu. Kiedy wychodziłam z hotelu, ze zdenerwowania było mi gorąco, ale teraz zaczęłam marznąć na chłodnym wiosennym powietrzu.
Parę minut później ochroniarz wrócił pod bramę.
– Poproszę o przekazanie mi wszelkich urządzeń do nagrywania, w tym smartfonów.
– Słucham?
– Osobom, które nie są członkami klubu, nie wolno wchodzić na teren posiadłości z jakimkolwiek sprzętem do nagrywania. Chronimy prywatność naszych gości.
– Jasne. – Oznaczało to, że mój kochany tatuś nie zamierza odprawić mnie z kwitkiem.
Cholera.
W głębi serca tego żałowałam.
Wyjęłam telefon z samochodu. Dobrze, że aparat fotograficzny zostawiłam w hotelu. Nikomu bym nie powierzyła swojego skarbu.
– To wszystko?
– Tak.
– Proszę wrócić do samochodu. Brama za chwilę się otworzy. Proszę jechać za mną.
Kiwnęłam głową i wsiadłam do wypożyczonego SUV-a. Ten wóz z napędem na cztery koła wydawał mi się najbardziej odpowiednim środkiem transportu po Pogórzu Szkockim, a do tego cena nie była zbyt wysoka. Decyzja o tym, żeby przylecieć do Szkocji bez rezerwowania biletu powrotnego, narażała moje konto na spore ryzyko. Tutaj koniecznie powinnam ograniczać wydatki.
Ochroniarz już mnie nie widział, więc odetchnęłam głęboko w oczekiwaniu, aż zostanę wpuszczona. On w tym czasie zawrócił swojego Range Rovera i odjechał kawałek od bramy, która otworzyła się parę chwil później. Wjechałam na teren posiadłości.
Podjazd prowadził przez zalesiony obszar, który zdawał się nie mieć końca, ale nareszcie ustąpił miejsca rozległym trawnikom, za którymi widniało ogromne zamczysko. Na wielkim terenie widziałam porozstawiane chorągiewki – było to pole golfowe. W oddali majaczyły malutkie figurki graczy.
Przeniosłam wzrok z powrotem na zamek Ardnoch i znowu głęboko odetchnęłam.
Jeszcze nigdy nie czułam się aż tak bardzo nie na miejscu.
Podobne wrażenie miałam w obecności Maca.
Nigdy nie należałam do jego świata.
Bo nigdy mnie do niego nie wpuścił.
Przed sobą miałam dwustuletni, sześciopiętrowy, rozległy dwór w stylu zamkowym. Z mojego researchu wynikało, że mieści się w nim główna siedziba klubu, ale na terenie tej pięciohektarowej posiadłości znajdowały się także inne budynki, w tym stałe rezydencje, które członkowie klubu kupili za bajońskie sumy. W internecie wyczytałam, że posiadłość leży na wybrzeżu i należą do niej lasy sosnowe (co teraz już mogłam potwierdzić), rozległe równiny (je też już widziałam), wrzosowiska (bardzo chciałam je zobaczyć) i złote plaże (bardzo, ale to bardzo chciałam się po nich przejść). Nie byłam pewna, czy ta wizyta się uda, ale miałam nadzieję, że pójdzie na tyle dobrze, żebym mogła przynajmniej zwiedzić ten teren.
Chociaż czułam się tu jak ryba wyrzucona na brzeg.
Jadąc za Range Roverem, rozmyślałam o tutejszej ochronie. Co prawda posiadłość była otoczona wysokim murem, w którym znajdowała się solidna brama, ale jak na pięciu hektarach udawało się zapewnić członkom klubu prywatność?
Muszę o to spytać tatę, jeżeli w ogóle będzie chciał ze mną rozmawiać po tym, jak zadam mu pytanie: „Dlaczego nie kochałeś mnie na tyle, żeby pozostać w moim życiu? Dlaczego mnie zostawiłeś? Przez ciebie mam potężny lęk przed odrzuceniem, który w dramatyczny sposób wpłynął na moje życie”.
Mój żołądek znowu się odezwał, poczułam mdłości jak na statku podczas sztormu.
– Jezus Maria… – szepnęłam, otwierając drzwi samochodu.
Zamek wyglądał jak Downton Abbey na sterydach. Nad nim górowały wieżyczki, a na jednym z gzymsów wisiała flaga Szkocji z krzyżem Świętego Andrzeja. Na kolumnach wspierał się dach zwieńczony małymi blankami, a w kunsztownie skonstruowanym portyku znajdowały się dwuskrzydłowe żelazne drzwi.
Kiedy wysiadłam, wiatr smagnął mnie w twarz włosami, które spięłam w kucyk, i przeniknął przez sweter. Tutaj, bez osłony drzew, było o wiele zimniej. Jak na końcówkę marca powietrze okazało się zaskakująco ostre. Unosił się w nim zapach słonej wody, chociaż zamek dzieliły od morza prawie cztery kilometry.
Uwielbiałam tutejsze powietrze. Takie rześkie i świeże. Dodawało mi energii.
Kiedy zadarłam głowę, żeby przyjrzeć się fladze, usłyszałam szczęk otwieranych drzwi. Wyłonił się zza nich mężczyzna w tradycyjnym stroju kamerdynera, włącznie z białymi rękawiczkami.
Zamierzał podejść, żeby mnie przywitać, ale znieruchomiał, kiedy pojawił się inny mężczyzna.
Głęboko zaczerpnęłam powietrza, wyszłam zza drzwi auta i je zamknęłam. Zmusiłam się do tego, żeby podnieść wzrok i spojrzeć na bardzo wysokiego, barczystego mężczyznę, który szedł w moją stronę.
Kiedy go rozpoznałam, zalała mnie fala mieszanych emocji. Miał na sobie uszyty na miarę szary garnitur, w którym jednak nie wyglądał jak elegancik. Gęste, szpakowate włosy wywijały mu się na karku i wymagały przystrzyżenia. Był nieogolony.
Wyglądał na trzydzieści parę lat, ale ja wiedziałam, że ma czterdzieści cztery.
Z neutralnym wyrazem twarzy szedł do mnie zdecydowanym krokiem. Kiedy się zbliżył, przekonałam się, jak bardzo jestem podobna do ojca. Jego włosy były ciemniejsze, ale odziedziczyłam po nim oczy i kształt twarzy.
Tak, oczy mieliśmy identyczne. Taka sama jasnobrązowa obwódka wokół źrenicy i takie same szaro-zielone promyczki, które odchodziły od brzegów tęczówki i wtapiały się w jej brąz.
Mama często powtarzała, że chociaż tyle dobrego od niego dostałam.
Mac Galbraith patrzył na mnie kamiennym wzrokiem, ale po chwili jego obojętność zniknęła. Z trudem przełknął ślinę.
– Robyn?
– Mac. – Podałam mu rękę.
Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie do końca wiedział, co powinien zrobić.
W końcu dobre wychowanie wzięło górę i uścisnął mi dłoń. A kiedy już to zrobił, puścił ją niechętnie. To powitanie wywołało we mnie złożoną reakcję, której się nie spodziewałam. Łzy stanęły mi w oczach, więc odwróciłam wzrok, niby od niechcenia. Popatrzyłam na zamek i powiedziałam z udawaną obojętnością:
– Fajny masz domek.
– Nie mój – odparł. – Należy do Lachlana. Do rodziny Adairów.
Jakbym nie wiedziała. Wrócił palący żal. Zmusiłam się, żeby znowu spojrzeć na ojca.
– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego przyjechałam.
– Zgadza się. Chociaż oczywiście to miła niespodzianka.
Czyżby?
Popatrzyłam na niego zmrużonymi oczami, próbując oszacować, ile prawdy było w tych słowach.
– Przyjechałam w sprawie, o której wolałabym nie rozmawiać na podjeździe, z obcym facetem za plecami. – Miałam na myśli ochroniarza, który nadal stał za mną.
– Przykro mi. Takie mamy procedury.
Pokiwałam głową. Dobrze to znałam.
– Na pewno dobrze to znasz – powiedział, jakby czytał mi w myślach. – Słyszałem, że pracujesz w policji.
Wyglądał na zadowolonego. Jakby to tworzyło między nami pewną więź. Wcale mi się to nie podobało. Mac kiedyś był policjantem, zresztą tak samo jak mój ojczym, Seth Penhaligon.
– Rodzinna tradycja – powiedziałam. – Zawsze chciałam być taka jak mój ojciec, Seth.
Kiedy miałam szesnaście lat, postanowiłam oficjalnie zmienić nazwisko z Galbraith na Penhaligon. Biologiczny ojciec wtedy od dwóch lat się ze mną nie kontaktował, więc zamierzałam na dobre zerwać z nim wszelkie więzi i zacząć nosić nazwisko rodziców.
Mac doskonale potrafił ukrywać emocje, jednak zauważyłam w jego oczach mignięcie czegoś, co kazało mi się domyślać, że trafiłam w czuły punkt.
Hmm.
– Już nie pracuję w policji.
– Nie?
– Tak jak mówiłam, wolałabym nie ucinać sobie pogawędki tutaj. Wiem, że do tego zamku nie wpuszcza się byle kogo, więc może się przejdziemy?
Mac zmarszczył brwi.
– Moja córka nie jest byle kim. Chodź do środka. Porozmawiamy, a potem cię oprowadzę.
Wskazałam kciukiem przez ramię.
– A ten gość będzie nas cały czas niańczył?
Mac zerknął na współpracownika.
– Jock, odstaw samochód do garażu i wróć do swoich obowiązków, okej?
– Tak jest.
– Zapraszam. – Mac zwrócił się do mnie, wskazując na wejście do zamku.
– Może dla mnie bardziej stosowne byłoby wejście dla służby?
– Jest osobne wejście dla dostawców, ale oni zawsze zapowiadają swój przyjazd. – Rzucił mi ironiczne spojrzenie i ruszył do drzwi.
– A co z moim samochodem?
– Niech tu zostanie. W razie potrzeby możemy go potem przestawić.
Idąc za biologicznym ojcem, wpatrywałam się w tył jego głowy. Musiał mieć nieco ponad metr dziewięćdziesiąt i był w świetnej kondycji fizycznej. Wyglądał wręcz onieśmielająco. Miał czterdzieści cztery lata i formę mężczyzny młodszego o połowę. Świetnie się trzymał. Był przystojny, ale nie wymuskany. Dobrze mu się powodziło. Nie wyglądał na tyle staro, żeby być moim ojcem. Kiedy miał zaledwie szesnaście lat, zrobił dziecko swojej starszej dziewczynie, ale potem udało mu się ułożyć sobie życie.
No, ale tak to pewnie bywa, kiedy ktoś dla sukcesu jest gotów poświęcić związek i dziecko.
Tak się pogrążyłam w rozmyślaniach, że dopiero po dłuższej chwili zwróciłam uwagę na wnętrze.
O rany.
Kiedy stanęłam za progiem i zaczęłam się rozglądać, szczęka mi opadła.
Tak, zdecydowanie czułam się tutaj nie na miejscu.
– Wakefield, to moja córka Robyn. – Mac podszedł do faceta w uniformie. – Robyn, to jest Wakefield, kamerdyner.
Kamerdyner. Ależ oczywiście.
– Bardzo mi miło. – Mężczyzna ukłonił mi się ze stoickim wyrazem twarzy. – Witam na zamku Ardnoch.
Z roztargnieniem skinęłam głową i znowu zaczęłam się rozglądać.
– Robi wrażenie, co? – Na widok mojej miny Mac szeroko się uśmiechnął.
Hol był przeogromny.
Lakierowany drewniany parkiet jeszcze bardziej potęgował to wrażenie. Wystrój wnętrza utrzymano w szkockim stylu, bogactwo aż z niego biło. Przede mną znajdowały się najwspanialsze schody, jakie kiedykolwiek widziałam. Były wyłożone wełnianym chodnikiem w czerwono-szarą kratkę i prowadziły na półpiętro zalane światłem wpadającym przez trzy witrażowe okna od podłogi do sufitu. Tam rozchodziły się na obie strony na pierwsze piętro, częściowo widoczne z krużganków po obu stronach holu. Na ogromnym kominku pod ścianą przy wejściu, naprzeciwko schodów, palił się ogień. Zapach drewna jeszcze bardziej podkreślał wrażenie przytulności, jakie udało się stworzyć projektantowi pomimo ciemnej boazerii na ścianach i suficie. Lampy od Tiffany’ego na niskich stolikach zalewały wnętrze ciepłym światłem.
Przed kominkiem stały dwie identyczne kanapy z zamszu i materiału, ozdobione guzikami i rozdzielone niską ławą. Więcej światła wlewało się do holu przez ogromne przejścia wiodące do innych pomieszczeń na parterze. Słyszałam dobiegające z oddali odgłosy rozmów.
W jednym z przejść stanął mężczyzna tak samo wysoki jak mój ojciec. Zatrzymał się na nasz widok, po czym ruszył przez olbrzymi hol w naszą stronę.
Kiedy się zbliżył, rozpoznałam go.
Jego twarz znały miliony ludzi na całym świecie.
Miał na sobie dopasowany, czarny, kaszmirowy sweter, który podkreślał jego muskulaturę, i czarne spodnie od garnituru. Jego styl był elegancki, ale jednocześnie nonszalancki. Miał dokładnie takie ciało i taki sposób chodzenia, jakie magazyny modowe uwielbiały w hollywoodzkich aktorach.
Kiedyś był jednym z nich.
Należał do ścisłej czołówki.
Lachlan Adair.
Każda inna kobieta oniemiałaby z zachwytu na widok jego włosów o odcieniu ciemnego blondu, pięknych niebieskich oczu, seksownych ust i krótkiej ciemnobrązowej brody. Ewidentnie był przystojny, ale jego uroda nie była nieskazitelna, przez co stawał się jeszcze bardziej pociągający. W oczach miał charakterystyczny dla siebie złośliwy błysk. Z tego, co wiedziałam, był też całkiem niezłym aktorem, chociaż obsadzano go głównie w filmach akcji.
W każdym razie ja nie oniemiałam.
Byłam zestresowana, ale nie z powodu jego charyzmy czy sławy.
Pod pozorami obojętności kryły się we mnie duże pokłady urazy. Nie była to jego wina. Absolutnie. Ale był to mężczyzna, dla którego porzucił mnie ojciec.
Kiedy dwudziestojednoletni Lachlan Adair został gwiazdą Hollywood po tym, jak wystąpił w filmie akcji, który stał się wielkim hitem, zatrudnił mojego ojca do ochrony. Wybrał go może dlatego, że obaj byli Szkotami, nie wiem. Wiem tylko, że stali się sobie bliscy. Tak bliscy, że Mac wszędzie towarzyszył Lachlanowi, przez co zniknął na cały ten okres, kiedy byłam nastolatką. Nie przyjeżdżał na moje urodziny. Nie pojawił się na uroczystości ukończenia liceum. A potem, gdy Lachlan zrezygnował z kariery, obaj pojechali do Szkocji, gdzie były aktor stworzył w swojej rodzinnej posiadłości ten ekskluzywny zamknięty klub.
Mac był szefem ochrony i mieszkał poza terenem posiadłości.
– Słyszałem, że masz gościa – powiedział Lachlan. Spojrzał ponad moją głową i zwrócił się do kamerdynera: – Wakefield, w Apartamencie Księżnej jest problem z jednym z gości. Mógłbyś się tym zająć?
Kamerdyner nas wyminął.
– Oczywiście, proszę pana. – Ruszył po ogromnych schodach.
Szedł szybko, ale jednocześnie nie wyglądał tak, jakby się spieszył.
Adair spojrzał na mnie kamiennym wzrokiem, ale powiedział do mojego ojca:
– Mac, chyba powinieneś nas sobie przedstawić.
– Lachlan, to moja córka Robyn. Robyn, to Lachlan Adair.
Żadne z nas nie wyciągnęło ręki na powitanie. Między nami pojawiło się niezręczne napięcie.
Nie wiedziałam, o co mogło mu chodzić.
Przecież to nie ja ukradłam mu ojca.
– Wiem, kto to jest – powiedziałam obojętnym tonem.
Lachlan lekko zmrużył oczy.
– Dużo o tobie słyszałem. To dziwne, że przez prawie dwadzieścia lat istniałaś w życiu Maca, a poznaję cię dopiero teraz.
– Tak to bywa, kiedy ojciec porzuca dziecko, żeby włóczyć się po świecie z aktorem. – Nie odważyłam się spojrzeć na Maca.
Pomimo naszej trudnej relacji nie przyjechałam tu po to, żeby go atakować. W głębi serca rozumiałam, dlaczego ojciec zniknął z mojego życia.
– Słucham? – W cichym głosie Adaira zabrzmiała niebezpieczna nuta.
Zignorowałam go i zwróciłam się do ojca:
– Możemy porozmawiać na osobności?
– Oczywiście – odparł Adair. – Przepraszam, że przeszkodziłem. – Rzucił Macowi zaniepokojone spojrzenie. – Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Mac kiwnął głową. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
– Jeśli wolisz, możemy porozmawiać poza posiadłością.
– Nie wygłupiaj się. – Adair zrobił krok do tyłu. – Oprowadź pannę Penhaligon.
Czy mi się wydawało, czy rzeczywiście wypowiedział moje nazwisko z naciskiem?
Mac mocno zacisnął wargi i rzucił Adairowi ostrzegawcze spojrzenie. Właściciel zamku podniósł ręce w geście kapitulacji, po czym, już nawet na mnie nie spoglądając, odwrócił się i odszedł.
Ogólnie rzecz biorąc, zachował się wobec mnie równie arogancko jak ja wobec niego.
Moja arogancja miała podstawy, chociaż nie powinnam go winić za postępowanie ojca.
Ale czym ja się naraziłam Lachlanowi Adairowi?
Robyn
Kilka minut później znalazłam się w pokoju w głębi korytarza na pierwszym piętrze – w gabinecie Maca, urządzonym o wiele prościej niż ta część zamku, którą do tej pory zobaczyłam.
Przez płytko osadzone okno za biurkiem było widać zaledwie niewielki fragment posiadłości. Pokój okazał się ciemny i szary, a przed wrażeniem posępności chroniły go liczne lampy, wygodne zabytkowe meble i zaskakująco duży księgozbiór.
Przed biurkiem stały dwa fotele. Mac poprosił, żebym usiadła.
– Napijesz się kawy albo herbaty?
Nagle poczułam o wiele większe zdenerwowanie niż wtedy, gdy podszedł do mnie na samym początku. Kiwnęłam głową i wymamrotałam:
– Tak, dziękuję, poproszę kawę.
Usiadłam w nadziei, że nie widać, jak lekko trzęsą mi się kolana.
Mac podniósł słuchawkę telefonu i wcisnął guzik. Po paru chwilach powiedział:
– Stephen, czy mógłbyś przysłać do mojego gabinetu kawę i jakieś przekąski? Dla dwóch osób.
Ze słuchawki popłynął cichy głos.
– Dziękuję. – Mac rozłączył się i usiadł na brzegu biurka.
W końcu zostałam z nim sama, ale kiedy spojrzeliśmy sobie prosto w oczy, poczułam obezwładniający ból w piersi. Zapadło milczenie. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność.
Przynajmniej ja miałam takie wrażenie.
– Czyli… – Mac w końcu przerwał tę męczącą ciszę. – Rozumiem, że przyjechałaś do mnie z jakiegoś konkretnego powodu?
Wszystko, co chodziło mi po głowie od paru miesięcy, czyli odkąd moja psychoterapeutka zasugerowała, że powinnam spotkać się z Makiem, teraz zupełnie mnie przytłoczyło. Gdybym powiedziała temu mężczyźnie, temu prawie obcemu człowiekowi, o wszystkim, co czułam, otworzyłabym się przed kimś, kto już wcześniej wyrządził mi niewypowiedzianie wielką krzywdę. Uświadomiłam to sobie dopiero, kiedy spojrzałam mu prosto w oczy i poczułam bolesną tęsknotę za ojcem, którego ledwie znałam.
Mac czekał cierpliwie, aż się odezwę, mnie jednak słowa uwięzły w gardle.
Z niepokojem zmarszczył brwi.
– Robyn, czy coś się stało?
– Ja… yyy… odeszłam z pracy.
– Już o tym mówiłaś. Miałaś jakiś konkretny powód?
Z trudem odwróciłam głowę i niewidzącym wzrokiem zaczęłam wpatrywać się w regał z książkami.
– Po prostu stwierdziłam, że to nie dla mnie. – Zacisnęłam zęby, wkurzona na siebie za to, że nie zdobyłam się na szczerość.
– To jedyny powód? – spytał.
– Tak – skłamałam i przeniosłam wzrok z powrotem na niego. – Założyłam firmę fotograficzną. Przeważnie pracuję w atelier, ale zaczęłam też sprzedawać przez internet zdjęcia Bostonu i nieźle mi to idzie. Zawsze chciałam odwiedzić Szkocję, w końcu w połowie jestem Szkotką. Zdjęcia stąd mogłyby zrobić furorę… No i pomyślałam, że przy okazji powinnam się z tobą spotkać, skoro to z twojego powodu płynie we mnie szkocka krew.
Kąciki jego ust lekko drgnęły.
– Cieszę się, że przyjechałaś. I gratuluję firmy. – Jego oczy pojaśniały. – Pierwszy aparat fotograficzny dostałaś ode mnie. Pamiętasz?
Oczy zapiekły mnie od głupich łez. Gwałtownie podniosłam się z fotela.
– Wiesz, chyba jednak nie jestem na to gotowa…
– Robyn… – Mac też wstał.
– Pójdę już.
Mina mu zrzedła.
– Proszę, zostań. Chociaż wypij ze mną kawę.
Nie mogłam. Czułam, że lada chwila wybuchnę płaczem. Było to zatrważające i pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie.
– Później. Teraz muszę już iść.
Szybko podeszłam do drzwi, otworzyłam je szarpnięciem i wymaszerowałam na korytarz. Mało brakowało, a zderzyłabym się z młodym mężczyzną w stroju podobnym do tego, który nosił Wakefield. Niósł tacę z naszą kawą.
– Przepraszam. – Wyminęłam go.
Chciałam czym prędzej uciec od Maca.
– Chryste! – Mac wyrzucił z siebie. – Stephen, przepraszam. Postaw, proszę, tacę na biurku. – Wyszedł za mną na wąski korytarz prowadzący do holu.
– Proszę, zostań. Porozmawiajmy.
– Nie teraz, okej?
– Ale zostaniesz? Zobaczymy się jeszcze, tak?
Kiwnęłam głową. Nie byłam gotowa rzucić tego wszystkiego. Musiałam tylko się pozbierać. Najwyraźniej nasze spotkanie po tak długiej przerwie wstrząsnęło mną bardziej, niż się tego spodziewałam.
– Zostanę w Ardnoch. Wynajęłam pokój w pensjonacie Gloaming.
– To dobrze.
Znowu zapadło między nami milczenie.
– Wiesz, co to znaczy „gloaming”? – spytał w końcu.
– Tak, Gordon, właściciel, wyjaśnił mi, że to „zmierzch”.
– No oczywiście. – Mac uśmiechnął się szeroko. – Gordon pewnie wszystkim to mówi.
– Znasz go?
– To mała miejscowość. Wszyscy się tu znają.
– Jasne. – Zastanawiałam się nad tym przez chwilę, kiedy otworzył i przytrzymał mi drzwi wyjściowe. – Czy z tego powodu łatwiej czy trudniej zapewnić prywatność członkom klubu?
– Wyobraź sobie, że tutaj nikogo nie obchodzi, co robią bogate gwiazdy. Członkowie klubu mogą poruszać się po okolicy i nie martwić, czy później znajdą swoje zdjęcia w internecie. No, chyba że latem zjadą się paparazzi. Tutejsi ludzie rozumieją, że nasi goście chętnie wracają do miejsca, w którym mają zapewnione prywatność i normalne życie. Mieszkańcy miasteczka o wiele chętniej plotkują o sąsiadach niż o członkach klubu.
– Całkiem logiczne. – Mój wypożyczony samochód stał na podjeździe w miejscu, w którym go zostawiłam. Było mi okropnie wstyd z powodu tej nagłej ucieczki, nie miałam śmiałości spojrzeć Macowi prosto w oczy. – Przepraszam za tę scenę. Po prostu… – Wzruszyłam ramionami.
Nie dałam rady dokończyć zdania.
– Proszę pana!
Mac odwrócił się, a ja spojrzałam ponad jego ramieniem i zobaczyłam, że w naszą stronę spiesznym krokiem idzie jakiś mężczyzna ubrany mniej więcej tak samo jak Jock.
– O co chodzi?
– Jest pan pilnie potrzebny przy wejściu dla dostawców. – Mężczyzna patrzył na Maca lekko rozszerzonymi oczami, jakby próbował mu coś w ten sposób przekazać.
Ojciec najwyraźniej to zrozumiał. Zaklął pod nosem i zwrócił się do mnie:
– Muszę iść. Ale może spotkamy się dziś na kolacji w Gloaming?
Tak szybko?
– Może lepiej jutro wieczorem?
Kiwnął głową i podniósł rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale szybko ją opuścił.
– Przyjdę około siódmej.
Kiedy tylko się umówiliśmy, szybkim krokiem podszedł przez żwirowany pojazd do swojego pracownika.
Gdy zniknął w zamku, spojrzałam na dach z blankami i westchnęłam. Przepełniało mnie rozczarowanie. Czego właściwie się spodziewałam, gdy tu przyjechałam? Że w jakiś cudowny sposób znowu powstanie więź między nami? Że będę umiała wylać z siebie wszystkie żale – w nadziei na co? Na to, że uda mi się wypełnić pustkę w moim wnętrzu?
Prychając z niezadowoleniem, zaczęłam otwierać drzwi samochodu.
– Zaczekaj!
Znieruchomiałam. Znałam ten głos.
Słysząc chrzęst żwiru za sobą, wzięłam głęboki wdech. Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Lachlanem Adairem.
W jasnym, naturalnym świetle wydał mi się większy, bardziej onieśmielający. Jego nieprawdopodobnie lazurowe oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo. Nie znalazłam w nich ani śladu tych słynnych złośliwych iskierek.
– W czym mogę pomóc? – spytałam chłodno.
– Właściwie co ty tu robisz?
Zapalił się we mnie gniew niby płomień na zapałce.
– Chyba jeszcze do ciebie nie dotarło, że jestem córką Maca – odparłam ze złością.
Wpatrywał się we mnie nieruchomym wzrokiem.
– Jeżeli przyjechałaś po to, żeby narobić mu kłopotów, to zdecydowanie odradzam. I tak ma wystarczająco dużo spraw na głowie. Nie potrzebuje, żebyś mu próbowała spieprzyć życie.
Co za dupek! Miał nieprawdopodobny tupet.
– Ja mu próbuję spieprzyć życie? To on porzucił mnie, a nie na odwrót.
– O tak, wiem, że twoja matka lubi powtarzać tę historyjkę.
Wściekła, trzasnęłam drzwiami auta i stanęłam twarzą do niego. Poczułam nietypową chęć, żeby na niego nawrzeszczeć, ale jakoś udało mi się odzyskać samokontrolę i odpowiedzieć w miarę spokojnie:
– Jak śmiesz? Nie waż się w ten sposób mówić o mojej matce. Gówno wiesz.
Adair popatrzył na mnie z takim politowaniem, że aż prosił się o to, żeby go walnąć.
– Śmiem twierdzić, że wiem na ten temat więcej niż ty. – Zrobił krok w moją stronę, przypierając mnie do samochodu. W jego oczach pojawił się chłód. – Mac jest dla mnie jak brat. Jak rodzina. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek, nawet ty, próbował zawracać mu głowę, więc grzecznie proponuję, żebyś wzięła dupę w troki, wsiadła do samolotu i stąd spadała.
– Myślisz, że się ciebie przestraszę? – Odsunęłam się od samochodu i teraz to ja zbliżyłam się do Adaira, zmuszając go do zrobienia kroku w tył. – Dawałam sobie radę z większymi i gorszymi problemami niż były aktor, więc niezbyt grzecznie proponuję, żebyś się nie wtrącał do spraw moich i mojego ojca. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że nie byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, że próbujesz stawać między nami.
Mięsień w jego szczęce drgnął. Adair cofnął się jeszcze o krok. Chyba się spodziewał, że dam się zastraszyć.
– Mam nadzieję, że się rozumiemy. – Uśmiechnęłam się z ironią i gwałtownym ruchem otworzyłam drzwi samochodu.
Kiedy jednak wsiadałam do auta, Adair powiedział cichym, złowieszczym głosem:
– Panno Penhaligon, skrzywdziła pani moją rodzinę, a ja dopilnuję, żeby pani za to zapłaciła.
Wciąż słysząc jego poważny głos, przez chwilę patrzyłam za tym draniem, który wielkimi krokami wracał do zamku. Zaklęłam pod nosem, wściekła, że miał w tej rozmowie ostatnie słowo.
Lachlan
Wciąż jeszcze gotując się z wściekłości po rozmowie z tak zwaną córką Maca, doszedłem do wniosku, że nie będę tego dnia najlepszym towarzystwem dla członków klubu. Uznałem, że lepiej będzie, jeśli się zaszyję w swoim prawdziwym, nieoficjalnym gabinecie i poczekam, aż się uspokoję. Słysząc śmiech gości dobiegający z jednego z salonów nieopodal wejścia, szybko minąłem to miejsce i skierowałem się w stronę drzwi prowadzących do pomieszczeń tylko dla pracowników.
Wciąż miałem przed oczami Robyn Penhaligon, pewną siebie, przebiegłą jędzę, która groziła, że naskarży na mnie Macowi. Jakbyśmy mieli po pięć lat i bawili się w piaskownicy.
Mimo wszystko czułem lekki niepokój.
Może jednak przekroczyłem granicę?
Co prawda chciałem chronić Maca przed tą kobietą, która mogła się okazać tak samo mściwa jak jej matka, niemniej to jej ojciec powinien móc zdecydować o tym, czy Robyn ma zostać w Ardnoch.
Z drugiej jednak strony Mac miał tyle problemów. Jak zresztą cała reszta. Tego tylko brakowało, żeby im głowę zawracała urażona córka, której Mac nie widział od lat.
Prawdę mówiąc, miałem paskudny nastrój od samego rana, jeszcze zanim Robyn zrobiła ojcu niespodziankę. Telefonowała do mnie Gwen, rzeczniczka prasowa, która reprezentowała również mojego starszego brata. Wysłała mi link do amerykańskiego portalu plotkarskiego, na którym poprzedniej nocy pojawiły się zdjęcia Brodana, który po pijanemu szarpał się z bramkarzami przed nocnym klubem w Los Angeles.
Sam już nie wiedziałem, co mam z nim zrobić. Jakiś czas temu zagroziłem, że przyjadę do niego do Hollywood, ale zrezygnowałem, gdy Brodan obiecał, że sam sobie poradzi z presją i złą sławą.
Niestety, jego ostatnie wybryki świadczyły o tym, że sobie jednak nie poradził.
Miałem wrażenie, że nie stanął na wysokości zadania. Najprawdopodobniej to właśnie uczucie bezsilności wpłynęło na moje zachowanie wobec Robyn Penhaligon. To i arogancja, z jaką unosiła brodę, wystarczyły, żebym wybuchł.
Zadzwonił telefon, który trzymałem w tylnej kieszeni spodni. Kiedy go wyjąłem, zobaczyłem na ekranie nazwisko Maca. Chryste, czyżby Robyn już spełniła swą pogróżkę?
– Tak? – Odebrałem, przystając w wąskim korytarzu prowadzącym do biur.
– Przyjdź do wejścia dla dostawców. Natychmiast.
Ogarnęło mnie przerażenie.
– Jeszcze jeden?
– Po prostu przyjdź – odparł Mac i się rozłączył.
„Dobry przykład – pomyślałem – właśnie tak powinienem postępować ze swoim bratem”.
Mocno zacisnąłem zęby, po czym szybko poszedłem korytarzem prowadzącym przez kuchnię, za którą znajdowało się wejście dla dostawców. Pracownicy stali w drzwiach i coś między sobą szeptali. Panowała atmosfera napięcia i niepokoju.
– Nie macie nic do roboty? – rzuciłem w ich stronę. Popatrzyli na mnie ze zmieszaniem. – No?
– Słyszeliście, co powiedział pan Adair! – odezwała się Raffaela, zastępczyni szefa kuchni, mówiąca z silnym włoskim akcentem. Wszyscy natychmiast odeszli od drzwi. – Wracajcie do pracy!
Wyszedłem z kuchni do holu, w którym owionął mnie chłodny podmuch powietrza z otwartych na oścież drzwi.
Na zewnątrz stał Mac z ochroniarzami: Pete’em i Jockiem. Kiedy ruszyłem do nich wolnym krokiem, mój szef ochrony podniósł wzrok i spojrzał na mnie.
– Przygotuj się. Nie będzie to przyjemny widok.
Najpierw poczułem smród. Z trudem przełknąłem ślinę, próbując powstrzymać mdłości.
– O kurwa… – mruknąłem, spojrzawszy na ziemię.
Przy wejściu zobaczyłem piękną niegdyś małą sarenkę. Była zarżnięta. Jej wnętrzności wylewały się na żwir. Obok leżał pęk czerwonych róż. Podniosłem wzrok na Maca, który trzymał w wyciągniętej dłoni jakąś białą karteczkę. Zauważyłem, że włożył rękawiczki, żeby nie dotknąć liściku gołą ręką, więc i ja jej nie wziąłem.
Przeczytałem jednak, a wtedy mój niepokój wzrósł jeszcze bardziej.
Niegdyś wielki skarb. Teraz zimny trup XOXO
– Tak samo jak poprzednie nie jest zaadresowany.
Mac westchnął.
– Wychodzimy z założenia, że jest przeznaczony dla ciebie.
– O siebie się nie boję. – Wściekłym wzrokiem patrzyłem na liścik. – Ale zależy mi na bezpieczeństwie pracowników i członków klubu. Już ostatni incydent pokazał, że zaczyna się robić groźnie, ale teraz… Myślę, że powinniśmy zadzwonić na policję.
Mac rzucił szybkie spojrzenie swoim ludziom, po czym zwrócił się do mnie:
– Daj nam jeszcze trochę czasu. Pójdziemy na policję, kiedy znajdziemy winnego. Dzięki temu, kiedy ta wiadomość trafi do mediów, członkowie klubu będą się czuli bezpiecznie.
– Nie powinniśmy tego przed nimi ukrywać. Już zaczynają się domyślać, że coś się dzieje. A Lucy wie na sto procent. – „Ale obiecała, że nikomu nie powie”, dodałem w duchu. – Poza tym nie mamy gwarancji, że któryś z pracowników się nie wygada.
– Pracownik, który rozmawia z członkiem klubu albo osobą z zewnątrz o czymkolwiek, co dzieje się na terenie posiadłości, łamie warunki umowy. – Mac wspomniał o tym, z czego i tak doskonale zdawałem sobie sprawę. – Nikt nie piśnie słowem, jeśli nie chce, żeby go ciągać po sądach.
Skrzywiłem się z niezadowoleniem. Te umowy zostały sporządzone z myślą o ewentualnych plotkach i skandalach obyczajowych. Nikt nie przewidział, że ktoś zacznie zostawiać takie chore wiadomości.
– Daj mi jeszcze trochę czasu – poprosił Mac. – Nie chcę z tego powodu stracić wszystkiego. Ja i moi ludzie poradzimy z tym sobie.
– Oczywiście – odezwali się jednocześnie Jock i Pete.
Nie byłem przekonany.
– Jak mogło do tego dojść? – Wskazałem na sarnę, a potem podniosłem głowę i spojrzałem na kamerę nad drzwiami. Monitoring był zainstalowany przy każdym wejściu. – Widać sprawcę na nagraniu?
Zdenerwowanie Maca było wręcz namacalne, więc jeszcze zanim się odezwał, domyśliłem się odpowiedzi.
Mój szef ochrony rzucił okiem na Jocka i Pete’a i spytał:
– Panowie, możecie zostawić nas samych?
Skinęli głowami, odwrócili się i odeszli.
– Wróćcie za parę minut i zanieście tę uroczą sarenkę McCullochowi. Może zrobi z niej jakiś użytek, żeby jej śmierć nie poszła na marne.
– McCullochowi? – Uniosłem brew.
Rodzina Colluma McCullocha od pokoleń uprawiała ziemię na północ od Ardnoch. Collum miał jakiś zatarg z moim ojcem i przeniósł swą urazę również na mnie i ogólnie młodsze pokolenie Adairów.
– Najwyżej będę mu winny jakąś przysługę. – Mac popatrzył ze smutkiem na sarnę, po czym dał mi znać ruchem ręki, żebyśmy weszli z powrotem do zamku.
– Nic się nie nagrało? – spytałem, kiedy znaleźliśmy się na osobności.
– Nie. To musi być ktoś stąd. Dowody są niepodważalne.
– A więc to nie stalker?
– To ewidentnie sposób działania stalkera.
– Który tu mieszka?
– Nie ma innej możliwości.
Nieraz już zdarzało mi się dostawać listy od stalkerów, ale nigdy w takim stylu. Poza tym nigdy wcześniej sprawca nigdy nie pochodził z kręgu moich znajomych.
– Mac, daję wam dwa tygodnie na rozwiązanie tej sprawy. Potem będę musiał pójść na policję. – Dosłownie zagotowałem się ze złości. Już wcześniej dostawaliśmy listy z pogróżkami, ale pierwszy raz ucierpiało żywe stworzenie. – Sprawca posuwa się coraz dalej. Teraz naprawdę zaczynam się martwić.
Mac się ze mną zrównał.
– Wiem, ja też. Ale spróbujmy skupić się na rozwiązaniu problemu. Poproszę Tracey, żeby zdjęła odciski palców z tej kartki.
Mój szef ochrony miał kontakty z technikami kryminalistycznymi, którzy zdejmowali odciski palców z każdego śladu, jaki do tej pory zostawiał stalker z Ardnoch. Na razie nie przyniosło to większych rezultatów, ale warto było próbować dalej.
– Na domiar złego akurat dzisiaj musiała przyjechać twoja córka.
– Nie ująłbym tego w ten sposób – obruszył się Mac. – Oczywiście zupełnie mnie zaskoczyła, ale nie mogę powiedzieć, żebym się nie ucieszył.
Prychnąłem.
– To moja córka. – W głosie Maca zabrzmiała ostrzegawcza nuta. – Którą skrzywdziłem.
– Ale chciałeś to naprawić. Tak naprawdę zawiniła jej matka.
– Powinienem był bardziej się postarać. – Mac zmarszczył brwi. – Podejrzewam, że mogło jej się stać coś złego.
– Na przykład co?
– Nie jestem pewien. Jest taka… – Wzruszył ramionami.
Znowu ogarnął mnie niepokój, który czułem wcześniej.
– Powiedziałem jej coś, czego chyba nie powinienem był mówić.
– Kiedy? Co?
– Zanim odjechała, powiedziałem, żeby wracała do domu. Do Stanów.
Mac zatrzymał się gwałtownie. Widząc gniew na jego twarzy, ciężko westchnąłem w myślach.
– Co takiego!?
Przepraszająco podniosłem ręce.
– Źle zrobiłem. Przepraszam. Po prostu się o ciebie martwię. Ale nie powinienem był się tak zachować. Chociaż nie wyglądało na to, żeby się przestraszyła.
Pomimo irytacji Mac poczuł dumę.
– Nie dziwię się. Ta dziewczyna jest do mnie podobna bardziej, niż jej się wydaje.
– Kobieta – skorygowałem go natychmiast. – Kobieta, Mac. To już nie jest dziewczyna. Ma dwadzieścia osiem lat. I nie zapominaj, że przyjechała tu w celu, który może ci się nie spodobać.
– To moja sprawa. Doceniam twoją lojalność, ale… – Mac zrobił krok w moją stronę. – My dwaj jesteśmy jak rodzina, ale ona też należy do rodziny i jeżeli wygonisz ją stąd, nim zdążymy porozmawiać, tak szybko ci tego nie wybaczę.
Skinąłem głową.
– Zrozumiałem.
– A teraz… – Mac odsunął się i spojrzał na mnie poważnie, bez cienia uśmiechu. – Przepraszam, ale muszę zająć się tym stalkerem.
Mocno zacisnąłem szczęki.
– Muszę jeszcze raz się zastanowić, czy w ciągu ostatnich lat nie naraziłem się któremuś z pracowników albo członków klubu.
– Trochę ci na tym zejdzie.
Zanim zdążyłem zareagować, Mac, ten bezczelny skurczybyk, już sobie poszedł.
Robyn
Ardnoch, podobnie jak Boston, szczyciło się swoją historią, ale w wypadku tego szkockiego miasteczka była ona o wiele dłuższa.
Poza tym nie znałam drugiego takiego miejsca.
Przede wszystkim Ardnoch było malutkie.
Dziewiętnastowieczny hotel z restauracją, w którym się zatrzymałam, znajdował się na placu, nieopodal ogromnego parkingu dla turystów. Poprzedniego dnia spacerowałam po uroczych uliczkach, przy których stały sklepy, restauracje i pensjonaty.
Tutejsza zabytkowa architektura i plan miasta były przepiękne. Wszystkie budynki pochodziły z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku, a nad nimi górowała położona niedaleko od mojego pensjonatu średniowieczna katedra. Zrobiłam z milion zdjęć i przez cały wieczór przenosiłam je na dysk laptopa, żeby lekko obrobić przed wrzuceniem na Instagram. Po powrocie do Bostonu zamierzałam je wydrukować i spróbować sprzedać.
Był to kolejny powód, dla którego nie mogłam zbyt długo zostać w Ardnoch. Ku mojej radości w ciągu dziewięciu miesięcy, czyli odkąd moje prace zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych, zdobyłam ponad pięćdziesiąt tysięcy subskrypcji. Była to świetna reklama dla mojego sklepu internetowego, ale wiedziałam, że kiedy opublikuję zdjęcia z Ardnoch, moi klienci będą niezadowoleni, jeżeli wkrótce nie pojawią się w sprzedaży.
Zamierzając spędzić parę godzin z aparatem na plaży, skorzystałam z rady Gordona i poszłam na zachód Castle Street, główną ulicą prowadzącą od placu w prawo ku zamkowi i posiadłości Ardnoch. Stały przy niej niemal identyczne dziewiętnastowieczne domy szeregowe z oknami mansardowymi. Większość z tych budynków została przerobiona na butiki, kafejki i gospody. Wśród nich znajdował się sklepik spożywczy Morag’s. Gordon mówił, że Morag, jego właścicielka, prowadzi tam barek, w którym sprzedaje pyszne, świeże kanapki domowej roboty.
Zawsze byłam rannym ptaszkiem, więc weszłam do sklepu tuż po otwarciu. Na wystawie znajdowały się produkty na plażę, wiaderka i łopatki dla dzieci. Z przodu na regałach stały równiutko ułożone produkty spożywcze, a w głębi znajdowały się lada chłodnicza z nabiałem i zamrażarka z różnymi rodzajami mrożonek.
Za ladą w głębi sklepu stała kobieta w średnim wieku, o promiennej twarzy i z włosami ufarbowanymi różową płukanką. W ladzie chłodniczej znajdowały się gotowe kanapki i składniki, z których można było skomponować sobie własne.
– Dzień dobry! – zawołała do mnie.
– Dzień dobry – odpowiedziałam z uśmiechem, idąc do lodówki po butelkę wody. Potem podeszłam do lady i westchnęłam: – O rany, jak apetycznie wyglądają!
– Dziękuję. Mamy… – Zaczęła wymieniać rozmaite składniki.
Mogłabym jej słuchać cały dzień. Zauważyłam, że mieszkańcy Ardnoch mówią z nieco bardziej angielskim akcentem niż Mac, który urodził się w Glasgow. Ich akcent był bardziej śpiewny, jak u Adaira.
Kiedy skończyła, powiedziałam:
– Poproszę jedną. Tylko z tuńczykiem, majonezem i czerwoną cebulą.
– Proszę bardzo. – Zabrała się do robienia kanapki. – Ma pani na dziś jakieś plany? Mogłabym doradzić, co warto tu obejrzeć.
– Właśnie idę na plażę.
– Och, na plażową pogodę trzeba poczekać jeszcze z miesiąc albo i dwa – ostrzegła mnie. – A woda jest tu zimna nawet latem.
Uśmiechnęłam się szeroko i pokiwałam głową.
– Gordon już mnie uprzedził.
– Zatrzymała się pani w Gloaming? Jak miło. Na długo?
– Raczej nie.
Spojrzała na mnie, nieco speszona moją zwięzłą odpowiedzią.
– W każdym razie witamy w Ardnoch. Jestem Morag Sutherland.
– Tak jak to hrabstwo? – Ardnoch znajdowało się w hrabstwie Sutherland.
– Tak. Moja rodzina mieszka tu od bardzo dawna. Jej korzenie sięgają aż dwunastego wieku. Jestem daleką krewną obecnego hrabiego Sutherlanda. Daleką, ale jednak… – Uśmiechnęła się z dumą.
– Ale fajnie! – Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. – To niesamowite: znać pochodzenie swojej rodziny od dwunastego wieku. Ja znam historię swojej tylko w dwudziestym wieku.
– Powinnaś się tym zainteresować. To fascynujące: dowiedzieć się, skąd człowiek pochodzi i z kim jest spokrewniony.
Drzwi sklepu się otworzyły i Morag spojrzała ponad moim ramieniem. Zmarszczyła nos, jakby nie ucieszył jej widok osoby, która właśnie weszła. Kiedy usłyszałam odgłos ciężkich kroków, obejrzałam się przez ramię. Obok mnie stanął mężczyzna niemal tak samo potężnie zbudowany jak Mac, w znoszonym swetrze zrobionym na drutach, równie podniszczonych dżinsach i ubłoconych butach. Wokół niego unosiła się woń… hmm… zwierząt. Również ich odchodów.
Miał zmierzwioną siwą brodę i głębokie zmarszczki wokół oczu. Włosów nie widziałam, bo były schowane pod wełnianą czapką, ale oceniłam, że jest dużo starszy od Maca.
Po zapachu domyśliłam się, że jest rolnikiem.
– To co zwykle, Morag – rzucił szorstko ochrypłym głosem.
Kobieta z trudem się uśmiechnęła.
– Collum, wołowina w puszce nie przyszła. Chcesz coś innego? – Wskazała na ladę z kanapkami.
Przybysz spojrzał na nią z wyraźnym niezadowoleniem, a potem przeniósł wzrok na ladę.
– To daj z szynką.
– Dodatki te co zawsze?
W odpowiedzi tylko mruknął.
Morag potraktowała to jako potwierdzenie i popatrzyła na mnie przepraszająco.
– Spieszysz się? Pan McCulloch jest naszym stałym klientem. Zazwyczaj mam dla niego już gotową kanapkę, więc tylko ją odbiera.
– Mogę poczekać.
Odstawiła tuńczyka i majonez i zabrała się do robienia kanapki dla rolnika.
Oboje patrzyliśmy na nią w krępującej ciszy.
Dopóki coś nie kazało mi odwrócić głowy w lewo.
Rolnik bez żenady gapił się na mnie.
Uniosłam brew.
Jeszcze przez chwilę wpatrywał się we mnie obojętnie, po czym przeniósł wzrok na Morag.
– Jeszcze jedna?
Kobieta zmarszczyła brwi, ale kiedy zerknęła na mnie, jej twarz pojaśniała.
– Raczej nie. To tylko turystka.
– Robyn. – Przedstawiłam się. – Mam na imię Robyn. – Podniosłam głowę i spytałam wprost: – Co miało oznaczać to „jeszcze jedna”?
Nasze spojrzenia się skrzyżowały.
– Tak zwana aktorka z tego przeklętego klubu.
Zrozumiawszy, że mówi o członkach klubu Ardnoch, pokręciłam głową.
– Nie, nie należę do klubu. Jestem policjantką. A raczej byłam policjantką. – Powinnam już przestać przedstawiać się jako policjantka.
Weszło mi to w nawyk.
Rolnik przyjrzał mi się uważnie.
– Rzeczywiście. Nie wyglądasz tak, jakbyś wpuszczała sobie truciznę w twarz.
– Słucham!? – Parsknęłam, zaskoczona.
Westchnął ciężko, jakby się denerwował, że nasza rozmowa trwa już tak długo.
– Moja wnuczka Sarah mówi, że oni wszyscy wpuszczają sobie truciznę w twarz, żeby usunąć zmarszczki. I w usta, żeby je powiększyć. – Znowu łypnął na mnie okiem. – Ale tobie to niepotrzebne.
– Nie, ja nie wstrzykuję sobie botoksu.
Ściągnął brwi.
– Tak się nazywa ta trucizna. Botoks – wyjaśniłam.
– Fascynujące.
Nie mogłam się powstrzymać i znowu parsknęłam śmiechem, rozbawiona jego sarkazmem.
– Collum, jak słowo daję. – Morag zacmokała z niezadowoleniem. – Mógłbyś zachowywać się nieco uprzejmiej wobec naszych turystów.
– Dlaczego?
Zarumieniła się.
– No bo… tak nakazuje zwykła przyzwoitość. Trzeba być przyjaznym wobec innych.
– Bzdura – mruknął pod nosem. – Wszyscy tak robią tylko dla pieniędzy. Ale nie… – rzucił mi ironiczne spojrzenie – …nie nasza Morag. Ona naprawdę lubi ludzi.
Niedowierzanie w jego głosie sprawiło, że zaśmiałam się jeszcze głośniej, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki.
– Ech, ty. – Ekspedientka znowu zacmokała, ale z uśmiechem na ustach. Zawinęła jego kanapkę w papier, Collum zapłacił i wziął od niej paczuszkę. – Powiedz Sarze, że o nią pytałam.
Znowu chrząknął i odwrócił się do wyjścia.
– Miło mi było pana poznać.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem, po czym przeniósł wzrok na Morag. Lekko pokręcił głową, ale w odpowiedzi machnął do mnie ręką, w której trzymał kanapkę, i wyszedł.
Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, Morag powiedziała z zaskoczeniem:
– Chyba cię polubił.
Uśmiechnęłam się szeroko.
– Raczej nie jest duszą towarzystwa, co?
– Nie. Wyciągnęłaś z niego więcej niż ja przez dziesięć lat. – Zacmokała.
– Polubiłam go.
– Lubisz starych zrzędów?
– Lubię szczerych ludzi.
Morag uśmiechnęła się i wróciła do robienia mojej kanapki. Kiedy skończyła, podała mi ją, przyjęła pieniądze i powiedziała:
– Życzę miłego dnia na plaży.
Ze sklepu poszłam w stronę parkingu na placu naprzeciw Gloaming, gdzie zostawiłam samochód. Planowałam pojechać parę minut na wschód, gdzie znajdowały się piękne, złociste plaże Ardnoch. Dzień nie był szczególnie słoneczny. Powietrze wydawało się dość rześkie, ale chmury nie wisiały ciężko na niebie, więc nic nie zapowiadało deszczu.
Idąc cichą uliczką w stronę placu, zauważyłam mijającego mnie Range Rovera, który wjechał na parking i zatrzymał się blisko mojego wypożyczonego auta. Kiedy podeszłam do samochodu, drzwi Rovera otworzyły się i wysiadło z niego dwoje ludzi. Podeszli do siebie i wzięli się za ręce. Zaskoczyli mnie tym i – muszę przyznać – lekko zaciekawili.
Byli to Gabriella Ruiz i Sebastian Stone. Stone był aktorem, który trzykrotnie został nagrodzony Oscarem, a Gabriella robiła karierę jako piosenkarka muzyki pop i była jego narzeczoną. Różnica wieku między nimi wynosiła dziesięć lat – on miał trzydzieści pięć, ona czterdzieści pięć – ale Gabriella wyglądała na jego rówieśniczkę, a może nawet młodziej. Tak samo jak ja, nie dzięki botoksowi. Zawdzięczała to dobrym genom i zdrowemu stylowi życia. Ona we wszystkich budziła zachwyt, on miał ogromny talent. Jako para byli wiecznie oblegani przez paparazzich.
Po raz kolejny zdumiałam się, jak Adairowi udaje się trzymać media z dala od Ardnoch.
Gabriella posłała mi olśniewający uśmiech. Mój był przyjazny, ale nie pełen zachwytu. Nie byłam typem zagorzałej fanki, a poza tym doskonale zdawałam sobie sprawę, że członkowie klubu uwielbiają Ardnoch, bo mogą się tu czuć w miarę normalnie.
Gdy otwierałam drzwi auta, obejrzałam się przez ramię. Para szła Castle Street, trzymając się za rękę. Uśmiechając się do siebie, z niedowierzaniem pokręciłam głową. Zawsze wolałam muzykę rockową od popu, więc Gabriella nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia, jakie pewnie zrobiłaby na swoich wielbicielach, musiałam jednak przyznać, że podziwiam jej etykę pracy. I zawsze doceniałam aktorstwo Sebastiana Stone’a.
A teraz tak po prostu natknęłam się na nich na ulicy.
Jakie to surrealistyczne.
Kiedy już jechałam na plażę, przyszło mi do głowy, że nie poczułam się surrealistycznie, kiedy poznałam Lachlana Adaira, chociaż kiedyś był tak samo znany jak Stone, a i teraz cieszył się pewną sławą.
Nie, tamto spotkanie nie miało w sobie nic z surrealizmu.
Było po prostu przykre.
A teraz przypomniało mi o kolacji, na którą na dzisiaj umówiłam się z ojcem.
Ja i Mac. Sami w Gloaming.
Miałam nadzieję, że po mojej wczorajszej żenującej reakcji, której blisko było do załamania nerwowego, dzisiaj zdołam wziąć się w garść.
Cieszyłam się, że droga na plażę jest prosta, bo ruch lewostronny wciąż wprawiał mnie w dezorientację. Tutaj wszędzie znajdowały się okrągłe skrzyżowania, które Szkoci nazywali rondami. Same w sobie nie stanowiły problemu. Problemem było to, że znajdowały się po lewej stronie!
Kiedy tylko zobaczyłam przed sobą plażę, mój niepokój się rozwiał.
Zaparkowałam, złapałam z tylnego siedzenia aparat fotograficzny i poszłam wydeptaną ścieżką na plażę. Zalała mnie fala spokoju. Zapach morskiego powietrza działał na mnie kojąco, co jeszcze bardziej potęgowały krzyk przelatujących mew i szum fal łagodnie pluskających o brzeg. Nigdy bym nie pomyślała, że w Szkocji są plaże z tak gładkim, złotym piaskiem.
W wodzie odbijał się kolor nieba, przyćmiony ciemny błękit. Byłam ciekawa, jak to morze wygląda latem, czy pod czystym niebem woda w nim jest tak niebieska jak w Morzu Śródziemnym. Przechadzałam się po plaży i robiłam zdjęcia trawiastym pagórkom, które wcinały się w morze albo schodziły ku plaży. W pięknie tutejszego krajobrazu istniał pewien pierwotny porządek.
Mój niepokój związany z dzisiejszym wieczorem, te irytujące motylki w brzuchu – to wszystko tak po prostu zniknęło, kiedy ukryłam się za aparatem i szłam brzegiem morza, starając się uchwycić istotę tego niespotykanego spokoju, choć wiedziałam, że tak do końca nigdy mi się to nie uda.
Trzeba znaleźć się w tym miejscu, żeby zrozumieć jego magię.
Wielki stojący zegar w kącie restauracji w pensjonacie Gloaming wskazywał dwadzieścia po siódmej.
Mac się spóźniał.
A ja byłam wściekła.
Gorzej. Czułam się zraniona i upokorzona.
Parę godzin poświęciłam na przygotowania do tej kolacji. Przymierzyłam każdą sztukę garderoby, jaką ze sobą wzięłam, bo nic nie wydawało mi się odpowiednie na pierwszą dorosłą rozmowę z ojcem.
Nawet zignorowałam telefon od mamy, bo wiedziałam, że ponownie oświadczy, że to spotkanie jest fatalnym pomysłem.
Najwyraźniej miała rację.
Z policzkami piekącymi od gorącego rumieńca wpatrywałam się w puste nakrycia na naszym stole w głębi restauracji. Poprosiłam Gordona o stolik, który zapewni nam nieco prywatności.
Zapiekły mnie w oczach łzy wściekłości. Uciekałam wzrokiem przed innymi gośćmi.
Przeklinałam siebie za cały ten wysiłek, jaki włożyłam w spotkanie z mężczyzną, który najwyraźniej zupełnie o nim zapomniał.
Tym razem rozpuściłam gęste włosy, zamiast ściągać je w zwykły kucyk. Włożyłam szpilki, spodnie cygaretki i zieloną jedwabną koszulę, którą kupiłam specjalnie na ten wyjazd. Powtarzam: włożyłam szpilki.
Ale drań z tego Maca.
Odczekałam, aż wskazówki zegara wskażą wpół do ósmej, po czym odsunęłam się od stołu i już zamierzałam wstać, kiedy do restauracji wpadła jakaś zaaferowana blondynka o jasnej cerze. Coś w ledwo powstrzymywanej panice, od której aż się trzęsła, sprawiło, że zostałam na miejscu.
Blondynka przez chwilę rozglądała się po sali i w końcu nasze spojrzenia się skrzyżowały.
Zobaczyłam, że mnie rozpoznała, i zdziwiłam się, gdy ruszyła w moją stronę.
Kiedy się do mnie zbliżyła, skojarzyłam ją z researchu w internecie.
Arrochar Adair. Jedyna siostra i najmłodsza z rodzeństwa Adairów.
Co u licha?
– Robyn? – spytała zdyszanym głosem, stając przy moim stole.
Zwróciła na nas uwagę pozostałych gości.
Pomimo rozwalającego się kucyka, za dużego swetra, znoszonych, obcisłych dżinsów i traperów Arrochar była eteryczną pięknością. Jej oczy wydawały się o ton jaśniejsze niż u Lachlana, niebieskie prawie jak lód, a teraz pełne niepokoju i strachu, które mi się udzieliły.
– Tak?
Z drżeniem wypuściła powietrze z płuc. W jej oczach zabłysły łzy.
– Jestem Arrochar Adair. – Nie wymówiła swojego imienia tak, jak się tego spodziewałam, lecz bardziej jak Arro-kar. – Coś się stało Macowi. Zawieziono go do szpitala. Wszystko wytłumaczę po drodze.
Ogarnęło mnie przerażenie, ale natura policjantki kazała mi natychmiast zabrać się do działania. Złapałam ze stołu torebkę i szybko poszłam za Arrochar.
– Panno Penhaligon?! – zawołał Gordon, kiedy go minęłam.
– Wytłumaczę później. Muszę wyjść.
Na żółtych liniach przed Gloaming stał zaparkowany zielony Land Rover Defender. Arrochar wskoczyła za kierownicę, a ja obeszłam samochód dookoła i zajęłam miejsce obok niej.
– Mów – zażądałam, kiedy popędziła przez Castle Street.
Mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy. Jej strach był tak namacalny, że odczuwałam go jak ciężar na własnej klatce piersiowej.
– Ktoś napadł na Maca. Jeden z sąsiadów widział to i spłoszył napastnika. Doszło do tego przed głównym wejściem. Mac został ugodzony nożem. Prawdopodobnie wielokrotnie. – Głos jej się załamał.
Zakręciło mi się w głowie.
– Co takiego?
– Robyn, tu się dzieją rzeczy, o których nie masz pojęcia. – Na sekundę spojrzała na mnie oczami pełnymi strachu, po czym znowu przeniosła wzrok na drogę. – Ktoś chce zrobić krzywdę Lachlanowi i wygląda na to, że postanowił zwiększyć stawkę, likwidując najpierw jego byłego ochroniarza. – Po jej policzkach cicho popłynęły łzy. – O Boże, Mac… – szepnęła. – Nie wiem, co… nie… musi być dobrze. Na pewno z tego wyjdzie.
Dopiero wtedy to do mnie dotarło.
Mój ojciec został brutalnie zaatakowany.
Mogę go stracić, zanim zdążę go poznać.
– Jak daleko stąd do szpitala?
Arrochar szybko otarła łzy.
– Przetransportowali go helikopterem do Inverness.
– Inverness? To chyba daleko?
– Mniej więcej godzina jazdy samochodem.
Cholera.
– Jaką prędkość rozwija twój samochód?
W odpowiedzi Arrochar tylko wcisnęła pedał gazu.
Lachlan
Wbijało mi się w plecy oparcie krzesła w poczekalni.
Nie pierwszy raz siedziałem w tym miejscu i nie pierwszy raz zastanawiałem się, dlaczego te krzesła są tak niewygodne. Może po to, by człowiek cały czas był czujny i gotowy, gdy przyjdzie lekarz z doskonałą albo straszną wiadomością?
Nerwy miałem w strzępach. W końcu zerwałem się z krzesła, nie mogąc już dłużej usiedzieć w bezruchu. Zignorowałem zaniepokojone spojrzenie mojego brata Thane’a.
– Lachlan, on z tego wyjdzie – powiedział Thane. – Przecież to Mac. Poza tym nie pierwszy raz dostał nożem.
– Wtedy to była zwykła bójka w barze. A teraz… zaplanowany atak. – Chryste, jak długo tu już siedzą?
Miałem wrażenie, że całą wieczność. To nie wróżyło nic dobrego.
– Lachlan!
Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem Arrochar, która biegła do mnie przez poczekalnię. Strach na jej twarzy jeszcze bardziej mnie zaniepokoił. Ukryłem to jednak i wziąłem się w garść, kiedy rzuciła mi się na szyję. Mocno przytuliłem młodszą siostrę i szepnąłem, że jeszcze nie mają żadnych wiadomości, ale na pewno wszystko będzie dobrze.
Pocieszając ją, nie odrywałem wzroku od kobiety, z którą przyjechała.
Córka Maca.
Tym razem Robyn wyglądała inaczej. Nie wiedziałem, co mnie zaskoczyło bardziej: napięcie i niepokój na jej twarzy czy coś tak zwykłego jak rozpuszczone włosy.
Pewnie i to, i to.
Robyn zatrzymała się przede mną.
