Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że moim nowym sąsiadem jest Callan Keen, jeden z najsłynniejszych i najprzystojniejszych piłkarzy w Szkocji. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że ten ponurak wciąż żywi do mnie urazę za coś, co wydarzyło się lata temu. Zwłaszcza że właściwie nie wydarzyło… Och, to takie skomplikowane!
Kiedy pojawiła się szansa na duży kontrakt, musiałam poprosić Callana o pomoc. Ja potrzebowałam sfingowanej randki, a on spotkania z moim ojcem, rekinem w branży nieruchomości. Umowa teoretycznie była dość prosta. Szkopuł w tym, że od pierwszego spotkania iskrzyło między nami jak diabli. Próżno było temu zaprzeczać, a tym bardziej z tym walczyć, i tak – chcąc nie chcąc – wpadliśmy w wir sześciotygodniowego, niezobowiązującego romansu.
Przysięgałam, że już nigdy nie zakocham się w Callanie, ale im więcej czasu spędzaliśmy razem, tym bardziej przypominał mi chłopaka, dla którego kiedyś straciłam głowę. A może nigdy nie przestałam go kochać? Sama już nie wiem. Jak mu pokazać, że jesteśmy warci ryzyka, zwłaszcza że przeszłość powraca i nadal nas dręczy? Czy my mamy w ogóle szansę na wspólną przyszłość? My, Callan i ja???
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 449
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 49 min
Lektor: Anna Matusiak
Tytuł oryginału: On Loverose Lane
Copyright © by Samantha Young, 2025 Copyright © for the Polish Edition by Purple Book Wydawnictwo, Warszawa 2026 Copyright © for the Translation by Aleksandra Gietka-Ostrowska, 2026
Producent: Purple Book Sp. z o.o.ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki handlowy@purplebook.com.pl Dane kontaktowe: Purple Book Wydawnictwo ul. Hankiewicza 2 02-103 Warszawa facebook.com/purplebookwydawnictwo instagram.com/purple_book_wydawnictwo www.purplebook.com.pl
Dyrektor Zarządzająca: Iga Rembiszewska Wydawca: Ewdokia Cydejko Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Trochonowicz (tel. 506 626 661)
Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała Korekta: Jolanta Kucharska, Ewdokia Cydejko Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Szymanowicz/Strefa oczu
Księgarnie internetowe:swiatksiazki.pl, czytam.pl, ksiazki.pl
Dystrybutor: Dressler Dublin Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki
ISBN 978-83-8310-946-6
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Catherine Cowles
Bez Twojego wsparcia nie napisałabymhistorii Beth i Callana. Dzięki, że we mnie wierzysz.Cudownie mieć taką przyjaciółkę!
Droga Czytelniczko! Ze względu na prawa autorskie nie mogłam opisać w książce prawdziwych szkockich drużyn i turniejów ani też postaci ze świata futbolu. Dlatego wszystkie moje drużyny i zawody są fikcyjne, starałam się jednak oddać ducha brytyjskiego sportu. Podobieństwa do prawdziwych drużyn, wydarzeń czy osób są całkowicie przypadkowe. Niech się miło czyta!
Sam
1
BETH
Edynburg, Szkocja
Byłam głodna, spocona i mocno spóźniona. Tymczasem drogę do mieszkania blokowało mi trzech wyjątkowo przystojnych facetów z najbrzydszą kanapą świata.
– Jeszcze raz powiesz „obróćcie”, a wykończę cię od ręki – rzucił koleś odwrócony do mnie plecami. Miał szerokie ramiona, wąską talię i fryzurę na samuraja.
– Staram się rozładować napięcie odrobiną humoru – odgryzł się wciśnięty między ścianę a oparcie kanapy gość z wyraźnym amerykańskim akcentem.
Zaprzątnięta własnymi sprawami przeoczyłam lśniącego czarnego Land Rovera, obok którego zostawiłam samochód na prywatnym parkingu przy Loverose Lane. Nie zwróciłam też uwagi na stojącą przed wejściem do budynku furgonetkę firmy przeprowadzkowej, bo czytałam akurat wiadomość od Cary, która dla jednego z naszych autorów kazała mi na powrót zatrudnić zwolnioną niedawno influencerkę.
Odpisałam jej, przeciągnęłam przez czytnik przy wielkich szklanych drzwiach kartę wejściową i zaczekałam, aż się rozsuną. Rodzice chętnie pomogli mi opłacić depozyt właśnie dlatego, że było tu tak bezpiecznie. Wejście tylko na kartę i kamery w hallu, a wszystko to raptem dziesięć minut spacerkiem od ich domu przy Dublin Street, w którym się wychowałam.
W budynkach ekskluzywnego osiedla na rogu Loverose Lane i Dundas Street przewidziano oczywiście windy, ja jednak wracałam z siłowni i chciałam podtrzymać przyjemne pulsowanie krwi, postanowiłam więc wejść schodami. Żeby dotrzeć do swojego dwupokojowego mieszkania (bo tylko na takie było mnie stać w samym sercu Edynburga), musiałam pokonać cztery kondygnacje. Po drodze dobiegały mnie podniesione męskie głosy, odbijające się echem w klatce schodowej. Faceci ewidentnie się kłócili. Wyszedłszy zza rogu, odkryłam dlaczego.
Trzech gości utknęło między drugim a trzecim piętrem z wielką, trzyosobową granatową kanapą w żółte kwiaty.
Zerknęłam na komórkę. W banku żywności w Leith, w którym w piątkowe popołudnia pracowałam jako wolontariuszka, miałam być za godzinę. Zostało mi niewiele czasu na lunch i prysznic. Bank zbierał żywność od prywatnych darczyńców i przekazywał ją potrzebującym. Jego szefowa bardzo pilnowała, żeby wolontariusze przestrzegali godzin dyżurów.
– Podnieśmy kanapę nad głowę. Może wtedy uda nam się skręcić?
Wkurzona spojrzałam na faceta stojącego przodem do mnie przy końcu feralnego mebla. Światło wpadające przez długie prostokątne okno za jego plecami otoczyło miękką poświatą jego ciemnowłosą głowę, więc chwilę trwało, nim dostrzegłam rysy twarzy.
Rozpoznałam go. Serce fiknęło mi koziołka.
Callan Keen.
Kapitan i czołowy pomocnik Caledonia United, jednej z edynburskich drużyn Szkockiej Ligi Zawodowej Piłki Nożnej. W meczach, w których grał, nawet zawodnicy najlepszych drużyn, takich jak Dalmarnock Thistle czy Kingston United, musieli się nieźle nabiegać. Zastanawiacie się pewnie, skąd ktoś, kto niespecjalnie lubi futbol, tyle wie o Callanie Keenie.
Nie, nie chodzi o to, że jest diablo przystojny i wziął udział chyba we wszystkich dobrych reklamach w Szkocji. Ani że grał w drużynie narodowej w zeszłorocznym turnieju.
Nie, nic z tych rzeczy.
Znałam go od lat. Był synem faceta, który wbił mojemu ojcu nóż w plecy.
I co właśnie robił? Wnosił obrzydliwą kanapę po schodach budynku, w którym mieszkałam.
Zrobiło mi się zimno ze strachu.
Apartament nade mną został wystawiony na sprzedaż. Stał pusty od dwóch tygodni. A to oznaczało jedno: kupił go Callan albo któryś z jego kumpli od wnoszenia kanapy. Ci dwaj też pewnie grali w futbol. Bez wahania postawiłabym na to swojego ukochanego elektrycznego Mini Coopera.
Do naszego budynku wprowadzi się piłkarz. Super. Tylko tego brakowało.
Wkurzona na maksa wizją hucznych imprez i wygłupów, które z pewnością zakłócą spokój mego wymarzonego gniazdka, skrzyżowałam ręce na piersiach.
– Powiecie mi, po jakie licho targacie kanapę schodami, skoro w budynku jest duża winda? – warknęłam.
– O w mordę! – sapnął Samuraj. Zaskoczony za szybko obrócił głowę, stracił równowagę i opadł ciężko na sofę.
Pozostali krzyknęli, próbując utrzymać rozchwiany mebel. Pan Samuraj poprawił chwyt, po czym ponownie obrócił głowę i przez ramię zmierzył mnie taksującym spojrzeniem. Trzeba przyznać, że był niemal równie atrakcyjny jak Callan. Miał ciepłe brązowe oczy i oliwkową cerę. Kiedy skończył mnie taksować, wykrzywił usta w przymilnym uśmiechu.
– Hejka – rzucił.
– No i co teraz? – burknęłam, wzruszając ramionami. Nie spojrzawszy nawet na Samuraja, utkwiłam oskarżycielski wzrok w Callanie. Zauważyłam, w którym momencie mnie rozpoznał, bo jego zielone oczy zwęziły się niebezpiecznie.
– To ty? – wypluł z siebie, jakby natknął się na wyjątkowo obrzydliwe nemezis.
Usta mi zadrżały, ale powstrzymałam uśmiech, w porę przypominając sobie, jak bardzo ci trzej mnie irytują.
– To co? – Położyłam ręce na biodrach i wskazałam głową kanapę. – Może jednak winda?
– Chwila… – Samuraj zerknął na Callana. – Kto to jest? Znacie się?
– Zaczekajmy z prezentacją, aż zatargamy to cholerstwo do mieszkania Keena – jęknął koleś przyciśnięty kanapą do ściany.
Mieszkanie Keena. Oczywiście. Moim nowym sąsiadem będzie Callan.
– Cóż, panno Mądralińska… – Callan wykrzywił się w sarkastycznym uśmiechu. – Kanapa nie zmieściła się do windy. Musieliśmy wybrać schody.
– Grasz w piłkę od lat. Nie stać cię na tragarzy?
– W przeciwieństwie do niektórych nie zakładam, że kasa załatwi wszystko.
Przewróciłam oczami, wiedząc, że pije do mnie i moich rodziców.
– Wyobraź sobie, kapitanie – syknęłam – że tarasujesz wejście do mojego mieszkania, a mnie się dzisiaj spieszy.
– Serio nazwała cię kapitanem?! – prychnął Samuraj.
– Przecież jest kapitanem waszej drużyny. – Spojrzałam na niego zimno. – A jako kapitan z pewnością znajdzie sposób, żeby usunąć mi z drogi to kwieciste obrzydlistwo. Jak mówiłam, spieszę się.
– Bardzo mi przykro, nic z tego. – Callan bynajmniej nie wyglądał na skruszonego. – Nie krępuj się. Zadzwoń do kosmetyczki. Nałoży ci maseczkę w innym terminie. Albo wiesz co… skorzystaj z windy.
Skinął na kumpli, unosząc swój koniec kanapy.
– W górę ją, panowie.
Z rękami założonymi na piersi patrzyłam drwiąco, jak szarpią się z granatowo-żółtym monstrum. Po kilku minutach wypełnionych posapywaniem i pełnymi irytacji warknięciami podnieśli wreszcie kanapę na wyprostowanych ramionach. Muszę przyznać, że widok napiętych mięśni pod gładką skórą poprawił mi nieco humor. I żeby popatrzeć dłużej, postanowiłam odpuścić windę. Przeżyłam nawet chwilę niepokoju, kiedy środkowy koleś za oparciem omal nie wyleciał razem z kanapą przez okno, na które z impetem wpadł, zakręcając.
– To jak, powiesz mi wreszcie, coś za jedna? – sapnął Samuraj, kiedy znaleźliśmy się w końcu w korytarzu.
Szłam tuż za nimi i pewnie powinnam była się skierować do windy, ale żal mi było widoków. Poza tym po cichu liczyłam, że to wszystko jest tylko ponurym żartem. Callan ściemnia i wcale nie wprowadza się do budynku, w którym mieszkam.
Nie widziałam go od lat – nie licząc oczywiście wywiadów w telewizji albo reklam, w których występował, więc mimowolnie śledziłam wzrokiem, jak taszczy na górę gigantyczną zwyciężczynię konkursu na najbrzydszą kanapę świata. Powróciły wspomnienia, gasząc na chwilę irytację. Niemal widziałam, jak pochyla ku mnie w klasie ciemną czuprynę, rzucając pod nosem zabawne uwagi, po których nie umiałam opanować śmiechu. W czasach szkoły wystarczyło, że zechciał na mnie spojrzeć, a już promieniałam.
– No i? – naciskał Samuraj.
Drgnęłam, otrząsając się ze wspomnień.
– Jestem Beth. Ciekawa ta wasza kanapa.
– Nie zaczynaj – sarknął Callan.
– Też mu dałem popalić – wyszczerzył się Środkowy. – Tylko dureń kupiłby takie paskudztwo.
– Szlag by to – zaklął Callan. Jego głowa zniknęła nagle znad boku kanapy, a granatowy potwór przechylił się niebezpiecznie w stronę Samuraja.
Podbiegłam i oparłam się ramieniem o bok mebla, podtrzymując go.
– Przepraszam – wystękał Callan. – Potknąłem się.
– Dzięki. – Samuraj popatrzył na mnie z aprobatą.
– Drobiazg – odparłam, choć czułam, jak drżą mi napięte pod ciężarem mięśnie. Zniosłam dzielnie ból, czekając, aż Callan poprawi chwyt i uniesie kanapę.
Podniósł głowę. Kiedy zauważył, co robię, zmarszczył groźnie brwi.
– Co ty wyprawiasz?
– Pomaga – wyręczył mnie Samuraj, krzywiąc się z niedowierzaniem. – Przeszkadza ci seksowna sąsiadka?
– Dzięki. – Rozpromieniłam się na komplement. – Też jesteś niczego sobie.
– Wiem. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Ale doceniam.
– Nic z tego. – Callan przytrzymał oparcie jedną ręką, wymierzając w nas oskarżycielsko palec drugiej. – Zapomnij. Nie jesteście przyjaciółmi.
– No nie wiem… – Wzruszyłam ramionami. – Czuję, że mamy wiele wspólnego.
– Zdecydowanie – potwierdził Samuraj. – A przy okazji, jestem Baird. Bramkarz Caley.
Nic dziwnego, biorąc pod uwagę jego wzrost i gabaryty, pomyślałam, robiąc przy tym mądrą minę, jakbym o piłce nożnej wiedziała wszystko.
– A ja John. Nie żeby ktoś pytał. – Środkowy posłał mi krzywy uśmieszek.
Z bliska odkryłam, że jesteśmy do siebie zaskakująco podobni w kolorycie. Mieliśmy takie same ciemnoblond włosy, jasne, niebieskie oczy i oliwkową skórę. Moglibyśmy uchodzić za rodzeństwo. Chyba dostrzegł moje zaskoczenie, bo uśmiechnął się szeroko, jakby wiedział, o czym pomyślałam, i podzielał moją opinię.
– Gram w środku pola.
Nie miałam pojęcia, co to oznacza, ale na wszelki wypadek pokiwałam głową.
– I jesteś Amerykaninem albo Kanadyjczykiem?
– Brawo. Większość ludzi ma mnie za Jankesa, a ja pochodzę z Toronto. – W nazwie miasta ominął drugie t.
– A ty jesteś Beth i… – Baird zawiesił głos, czekając, aż coś dorzucę.
– I ręce mnie bolą jak diabli – warknął Callan. – Beth chyba wspomniała, że się spieszy do kosmetyczki.
– Nic takiego nie mówiłam.
– Mówiłaś.
– Powiedziałam, że się spieszę. Kosmetyczkę i maseczkę sam dodałeś.
– Maseczka, paznokcie, co za różnica? Grunt, żebyśmy wreszcie dotargali na górę tę cholerną kanapę.
– Wow… Nie mówi się tak do przyjaciół.
– Ty i ja się nie przyjaźnimy – warknął.
Niby nie powinno mnie to obchodzić, a jednak zakłuło boleśnie. Zdobyłam się na wymuszony uśmiech.
– Miałam na myśli Bairda i Johna.
– Na górę! – Callan pociągnął kanapę z taką siłą, że musieliśmy ruszyć za nim.
Niedługo później dotarliśmy na moje piętro. Im zostało jeszcze jedno.
– Daj mi chwilę, ręce mi zdrętwiały. – John z rozmachem postawił kanapę.
Skorzystaliśmy z okazji, odsuwając się od niej o krok.
Callan i ja stanęliśmy oko w oko po raz pierwszy od ośmiu lat. Miał na sobie T-shirt, niby luźny, ale ciasno opinający jego potężne ramiona i bicepsy, do tego dżinsy i przetarte czarne tenisówki. Wiedziałam, że to buty od Diora, bo mój brat Luke miał świra na punkcie ciuchów tego projektanta. Wszystko to jednak i tak się nie liczyło. Callan Keen nawet owinięty w worek na śmieci wyglądałby jak milion dolarów. Przestałam się dziwić, że zgarniał tyle reklam. Ponad metr osiemdziesiąt, atletyczna budowa ciała, każdy garnitur leżał na nim jak ulał. I do tego twarz…
Ta jego cholerna gęba.
Właśnie dlatego w czasach szkolnych tak rozpaczliwie się w nim bujałam. Był moją pierwszą miłością.
Wyglądał niemal jak kiedyś… Niemal. Bo dziś miał kilkudniowy zarost, który sprawiał, że wydawał się jeszcze bardziej męski. Zielone oczy, kiedyś pełne humoru i radości, teraz się zwęziły, gdy przyglądał mi się czujnie. Skrzyżował ręce na piersi. Sapnęłam cicho, udając, że nie patrzę na napinające się przy tym mięśnie jego ramion. Nie musiał wiedzieć, że nadal mi się podoba.
– Serio tutaj mieszkasz?
– Serio zapłaciłeś za to coś? – Machnęłam lekceważąco w stronę kanapy.
Baird parsknął śmiechem, ale gdy Callan popatrzył na niego oskarżycielsko, udał, że kaszle.
– Wszędzie pełno kurzu – wyjaśnił, poklepując dramatycznie szeroką pierś.
Usta same złożyły mi się do uśmiechu. Cóż, chyba polubiłam tego gościa. Callan przewrócił oczami i wrócił spojrzeniem do mnie.
– Ta kanapa jest wyjątkowo wygodna. W przeciwieństwie do niektórych nie kupuję rzeczy tylko dlatego, że są drogie albo budzą czyjś zachwyt.
– I mówi to facet w butach od Diora – prychnęłam.
– Już ją lubię – stwierdził John, mrugając do Bairda, a ten pokiwał głową z aprobatą.
Uśmiechnęłam się zachwycona nieoczekiwanym wsparciem.
– Stop! – Callan zamachał nam przed nosem rękami. – Nie jesteście przyjaciółmi. A ty… – zwrócił się do mnie. – Ty już idź, bo się spóźnisz do kosmetyczki.
W sumie miał rację, tyle że czekali na mnie w banku żywności.
– Na takiej kanapie raczej nie licz na numerek – rzuciłam zjadliwie.
– To samo mu powiedziałem. – Baird uniósł rękę, żebyśmy przybili piątkę.
Skwapliwie skorzystałam z okazji, wiedząc, jak bardzo moja zażyłość z kumplami działa mu na nerwy.
Callan popatrzył na mnie z wyższością.
– Nawet gdybym wytarzał się w kociej kuwecie, i tak znalazłbym chętną na numerek – oznajmił, unosząc brew, jakby czekał na odpowiedź.
– Fuj. – Uniwersalne.
– Ma trochę racji – odezwał się John. – Choć jego gust mnie ostatnio niepokoi.
– Niektóre laski lecą na piłkarzy, a reszta nie ma znaczenia – dorzucił swoje trzy grosze Baird.
– O gustach się nie dyskutuje – ucięłam. – Ale żeby kocia kuweta? Serio cię to kręci?
Callan tylko wzruszył ramionami.
– Mam nadzieję, że się mylisz, bo wolałabym nadal wierzyć w ludzkość. – Spojrzałam na niego z politowaniem. – A teraz poważnie. Na twoim miejscu pomyślałabym o zmianie tapicerki. Nawet moja przyszywana babcia ma ładniejszą.
– Brednie.
– Jak to przyszywana babcia? – Baird uniósł pytająco brwi.
– Babcia Elodie. Nie jesteśmy spokrewnione, ale traktuje mnie jak wnuczkę, więc odpłacam jej tym samym.
– Nie masz prawdziwej babci?
Pokręciłam głową. Rodzice mamy zmarli, kiedy była jeszcze nastolatką, tak jak jej młodsza siostra, po której dostałam imię. Dziadek ze strony ojca odszedł, zanim się urodziłam, babcia nie interesowała się naszym życiem. Podobno – co wiem od ojca – zmarła kilka lat temu. Dlatego przyrodnia siostra ojca, ciocia Ellie, jej matka Elodie i ojczym Clark byli moją najbliższą rodziną. Przynajmniej się starali. Choć oczywiście wiedziałam, że nie płynie we mnie krew żadnego z nich.
– Przykre. – Baird westchnął teatralnie, ale w jego oczach dostrzegłam szczere współczucie.
– Też tak myślę.
– Moja babcia byłaby tobą zachwycona. Chętnie cię z nią poznam. A poza tym… – zwrócił się do Callana – …jej kanapa też jest ładniejsza od twojej.
– Widzisz? – zapytałam, robiąc przy tym minę pod tytułem: a nie mówiłam?
Callan patrzył na nas przez chwilę z tępym wyrazem twarzy.
– O nie! – sapnął w końcu. – Ty nie poznasz jego babci, a ja nie oddam kanapy do tapicera. Nie zaryzykuję, że będzie potem mniej wygodna. Dość gadania, łapcie się za to cholerstwo. A ty… – Wycelował we mnie paluchem. – Ty spadaj.
– Wierzysz w tę gadkę o kuwecie? – spytałam, pogardliwie wydymając usta. – Bo coś mi się zdaje, że fajna babka nie tknęłaby cię nawet, gdybyś się kąpał w Nutelli.
– Nutella i Callan. – John zachichotał. – Dobre.
– Ja bym ją zlizywał nawet z własnych jajek – zadeklarował Baird.
Zapadła cisza. Potrzebowaliśmy chwili, żeby to sobie wyobrazić. A potem jak na komendę wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Wycierając z oczu łzy, z trudem złapałam oddech. Callan znów wskazał na mnie paluchem.
– Koniec z tym! – warknął. – Żadnych żartów z moimi kumplami.
– Dzieciak z ciebie. – Starłam spod oka rozmazany tusz. – W dodatku dzieciak z obrzydliwą kanapą.
– A to mi dołożyłaś. – W teatralnym geście chwycił się za serce i zatoczył w tył. – Nie wiem, jak się teraz pozbieram.
– Powiedzcie nam wreszcie – wtrącił się John – skąd się znacie.
– I dlaczego tak się nie znosicie. – Baird mrugnął porozumiewawczo do kumpla. – Laska jest ekstra. Sympatyczna i do zawieszenia oka.
– Pozory mylą. Szybko to zrozumiesz. Gdybyście nie grali w piłkę, pewnie nawet by na was nie spojrzała.
Zabolało. Opadły mnie wyrzuty sumienia. Wiedziałam, dlaczego Callan tak myśli, nawet jeśli nijak się to miało do prawdy.
Baird nie wyglądał na przekonanego.
– Co fakt, to fakt. – Spojrzałam wyzywająco na Callana, żeby ukryć rumieniec wstydu. – Na ciebie też patrzę tylko dlatego, że się tarzasz po boisku.
– Oczywiście. – Pokiwał głową.
– Wała z ciebie robi – zauważył Baird. – Naucz się wreszcie rozpoznawać zjadliwy ton.
– Rusz się i pomóż mi z kanapą.
– Nie ma sprawy, ale jeśli coś sobie naciągnę, to ty będziesz się tłumaczył trenerowi.
Nie wiedzieć czemu, straciłam nagle ochotę do żartów. Odwróciłam się i pomaszerowałam do drzwi swojego mieszkania.
– Hej, Beth! – zawołał za mną Baird.
Obejrzałam się przez ramię.
– Tak?
– Dzięki, o boska. – Mrugnął porozumiewawczo. Rozbroił mnie tym trochę. Niechęć do Callana przygasła.
– Nie ma sprawy. Dla ciebie wszystko. O ile w pobliżu nie będzie amatora kuwet.
John i Baird wybuchnęli śmiechem, a Callan burczał coś pod nosem nawet, gdy wchodzili już na schody.
Nie zaszczyciłam go ani jednym spojrzeniem, zajęta myślami o tym, co mnie czeka. Wygląda na to, że będziemy na siebie często wpadać. Minęło osiem lat. Byliśmy wtedy dzieciakami. Przez chwilę jednak miałam wrażenie, że widzieliśmy się wczoraj. W jego przypadku czas nie zaleczył ran. Otwarta wrogość, jaką mi okazywał, niezbicie tego dowodziła.
2
CALLAN
Nacisnąłem przycisk pilota, żeby podnieść żaluzje. Wystarczył jeden klik i wszystkie ruszyły w górę. Pomaszerowałem do garderoby.
– Myślałam, że piłkarze lubią sobie pospać.
Zerknąłem w prawo na babkę, która właśnie wychynęła z łazienki – wyglądała o niebo lepiej niż w chwili, gdy w niej znikała. Zostawiła mi na poduszce ślady tuszu, których pewnie trudno się będzie pozbyć, bo jak zauważyłem, maskara schodzi z tkanin znacznie oporniej niż z rzęs właścicielki.
Mruknąłem coś w odpowiedzi, wskakując w dżinsy i naciągając koszulkę. Torba treningowa stała spakowana przy drzwiach. Spieszyłem się, bo kiedy półtorej godziny temu zadzwonił budzik, moja przygoda na jedną noc tylko coś wymamrotała i odmówiła wyjścia z łóżka.
Ładna brunetka zmierzyła mnie wzrokiem, gdy usiadłem na tapicerowanej ławeczce na środku garderoby, żeby włożyć sportowe buty. Miałem ich mnóstwo. Nigdy nawet nie marzyłem, że facet taki jak ja, który modlił się po nocach, żeby jego jedyne tenisówki dotrwały do końca roku, teraz będzie miał półki pełne sportowych butów.
– Uuu. – Zagwizdała z podziwem. – Ciuchów na tony. Ale po co ci tyle sportowych butów?
Omiotłem spojrzeniem wielki stojak na obuwie. Zdecydowałem się na kupno mieszkania głównie ze względu na dużą garderobę. Ktoś, kto jak ja zaczynał od zera i sam się dorabiał wszystkiego, odczuwa zadziwiającą potrzebę dbania o własne przedmioty.
– Nie przesadzaj. Mam raptem kilka par. – Wstałem i sięgnąłem do szuflady po okulary przeciwsłoneczne. Ruszyłem do drzwi.
Babka się przesunęła, żeby mnie przepuścić.
– Rozmowny to ty nie jesteś.
– Spieszę się na trening.
– Jasne. – Pochyliła się, by podnieść z podłogi zrzucone wczoraj w pośpiechu szpilki. – Widziałeś gdzieś moją torebkę?
– Przy wejściu. – Skinąłem głową, żeby poszła za mną.
Minęliśmy drzwi do dużej łazienki i dwóch pokojów gościnnych. Znaleźliśmy się w dużym salonie.
Światło wpadające przez ogromne, sięgające od podłogi po sufit okna było zdecydowanie jednym z największych atutów penthouse’u. Balkon wzdłuż dwóch narożnych ścian mieszkania wychodził na niewielki park za Loverose Lane oraz na rozciągające się za nim budynki New Town. W okolicy było mnóstwo zabytkowych kamienic, mnie jednak marzył się nowoczesny apartament. Szybciej i taniej dostałbym pewnie coś w okolicach boiska w Carrick Knowe, ale podobnie jak John i Baird wolałem się trzymać centrum miasta. To jednak oznaczało, że musiałem wyjeżdżać godzinę wcześniej, żeby zdążyć na trening, bo choć w założeniu droga zajmowała dwadzieścia minut, korki o tej porze dnia robiły swoje.
– Wczoraj nie zdążyłam się przyjrzeć, ale mieszkasz ekstra – rzuciła brunetka, gdy holowałem ją dyskretnie do drzwi. – Tylko ta kanapa… Po dziadkach?
– Nie. – Skrzywiłem się. – Kupiłem ją, bo jest wygodna.
Babka pochyliła się po torebkę, po czym jeszcze raz zerknęła z powątpiewaniem w głąb salonu. Przypomniałem sobie, co Beth mówiła o kwiecistej kanapie. Postanowiłem sprawdzić, czy miała rację.
– Czy gdybyś zauważyła ją wcześniej, zanim się bzyknęliśmy, to i tak byśmy się bzyknęli?
– Jasne. – Parsknęła śmiechem. – Tyle że nie na kanapie babuni.
Zerknąłem przez ramię na zwalisty mebel w kwiatki. Nie miałem pojęcia, o co tyle szumu – wcale nie wydawał mi się brzydki. Usiadłem na nim w sklepie po tym, jak wypróbowałem setki innych kanap. Zapadłem się wygodnie w poduszki i tylko to się dla mnie liczyło. Chociaż fakt, granatowo-żółte obicie gryzło się trochę ze skórzanymi rozkładanymi fotelami i z fikuśnymi nowoczesnymi meblami, które pomogła mi wybrać siostra Bairda. Ale co z tego? Kanapa była najwygodniejsza na świecie. Kropka. Koniec dyskusji.
– Chyba mam wszystko. – Głos brunetki wyrwał mnie z zamyślenia. Stała przy drzwiach, grzebiąc w torebce.
– Ekstra – rzuciłem, łapiąc po drodze do wyjścia torbę na trening.
– Zobaczymy się jeszcze?
– Słuchaj… Georgia? Zgadza się?
– Pewnie powinnam się cieszyć, że zapamiętałeś. – Skrzywiła się w ironicznym uśmiechu.
– Byłem wczoraj trzeźwy, więc co cię tak dziwi?
– Coś mi się zdaje, że zgadywałeś.
– Nie mam głowy do imion. – Kłamałem, rzecz jasna. Kiedy ocknąłem się rano i zobaczyłem ją w łóżku, przeżyłem moment paniki. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć, kto zacz. Dlaczego? Gdy wieczorem wróciłem do mieszkania, byłem zalany w perełkę. Sezon wkrótce się zaczynał, a kiedy graliśmy, nawet nie wąchałem alkoholu. Tak samo zresztą jak kumple z drużyny. Georgia wyglądała jak wszystkie laski, które wyrywałem na jednorazowe dymanko. Co prawda ją jako pierwszą przyprowadziłem do nowego mieszkania dwa tygodnie po przeprowadzce, co jednak wcale nie znaczyło, że przez ten czas żyłem w celibacie.
Szczerze? Przez całą karierę piłkarską zaliczałem tylko pojedyncze numerki. Po ośmiu latach byłem tym już trochę znużony.
Seks zrobił się nudny. Może dlatego, że omijałem grę wstępną i etap żartobliwego przekomarzania się na drodze do randki z łóżkiem? O nic nie musiałem się starać. Przy wymianie złośliwości z Beth Carmichael powiedziałem prawdę. Wokół nie brakowało lasek, które chciały zaliczyć piłkarza. Podchodziły i stawiały sprawę jasno: nie liczyły na romans, a jedynie na bliższą znajomość z moim kumplem spod rozporka. Apka randkowa, z której korzystałem, przypominała długą listę oczekujących na wizytę do lekarza. Okej, może i mówiąc w ten sposób, wychodziłem na dupka, ale po co owijać w bawełnę? Seks nie powinien być nudny. Dobrze by było, gdyby wzbudzał jakiekolwiek emocje. Chociaż… Pewnie nie powinienem narzekać, bo większość facetów zazdrościła mi takiego życia.
Zapewne to ze mną coś było grubo nie tak.
– To na razie – rzuciła Georgia, idąc do windy.
Skręciłem na schody.
– Serio?
– Jedź windą. Nie obrażę się. – Wzruszyłem ramionami.
– Nieee… Zejdę z tobą. – Podreptała ku mnie na dziesięciocentymetrowych obcasach, w których jej nogi wyglądały nieziemsko.
– Świetnie się bawiłem. – Kolejne kłamstwo, ale niech się babka lepiej czuje. Przecież i tak ją spławiałem.
– Ja też. Może to powtórzymy? – Jej obcasy stukały głośno o betonowe stopnie.
– Eee…
Fuknęła z niezadowoleniem. Skrzywiłem się. Niepotrzebnie starałem się być miły. Skorzystaliśmy z apki i oboje wiedzieliśmy, do czego to prowadzi.
– Nadal nie wierzę, że zrywasz się o świcie. – Georgia pospiesznie zmieniła temat.
– Jest siódma. Nie idziesz do pracy?
– Zaczynamy o dziewiątej. Pracuję w biurze rachunkowym. Kończę o siedemnastej trzydzieści.
Nie do końca wiedziałem, po co mi to mówi, więc na wszelki wypadek tylko mruknąłem w odpowiedzi. Niezręczną ciszę przerwało pojawienie się Beth Carmichael, która akurat wyszła z mieszkania. Puls mi przyspieszył. Z irytacji, rzecz jasna.
Baird gadał o Beth niemal bez przerwy od dnia, gdy wpadliśmy na siebie w czasie przeprowadzki. Nie miałem pojęcia, czy się zadurzył jak małolat, czy tylko próbował mnie wysondować.
Nadal nie ogarniałem, że mieszkamy z Beth w tym samym budynku. Kiedyś się przyjaźniliśmy. Wycięła mi paskudny numer, po którym długo zbierałem się do kupy. Pozostała blizna. Niestety. Nie znosiłem faktu, że aż tak wpłynęła na moje życie.
Jej skośne oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, gdy zauważyła nas na schodach.
– Aaaa… – Chwila wahania. – Dzień dobry.
Georgia pomachała palcami w geście powitania. Rzuciłem jej ponure spojrzenie, po cichu żałując, że jednak nie wsiadła do windy. Chwilę później poziom mojej irytacji podskoczył gwałtownie, bo Beth ruszyła w naszą stronę w swojej kretyńsko kusej kiecce. Czułem, że pali mnie skóra. Nie dziw się tak, chłopie, upomniałem się w duchu. Jest środek lipca, lato gorące jak diabli i wszystkie laski noszą mini. Omiotłem Beth spojrzeniem, czując, że im jest bliżej, tym szybciej wszystkie myśli ulatują mi z głowy.
Miała na sobie króciutką sukienkę trzymającą się tylko na cienkich paskach. Całą w kwiaty – więc pewnie znikłaby na mojej kanapie, oczywiście, gdyby się teraz na niej znalazła. Przysunąłem się do Georgii, żeby przepuścić ją na schodach, a potem starałem się, ile sił, żeby się nie gapić na jej długie nogi, gdy zbiegała lekko w dół.
Beth zawsze była wysoka i gibka. Nawet jako piętnastolatka przyciągała spojrzenia burzą jasnych włosów i kocimi oczami w kolorze jasnego błękitu. Teraz zaokrągliła się przyjemnie dla oka w okolicach biustu i bioder.
– Ekstra kiecka! – zawołała za nią Georgia.
Beth obejrzała się przez ramię i posłała jej promienny uśmiech. Poczułem, że ściska mnie w żołądku jak przed ważnym meczem.
– Dzięki – rzuciła, omiatając Georgię uważnym spojrzeniem. – Twoja też mi się podoba. A ta torebka… mega.
– Super, co? Znalazłam ją za psie pieniądze w apce, przez którą ludzie sprzedają używane ciuchy i dodatki od projektantów. Babka wyszła z nią może parę razy.
– Poważnie? – Beth zatrzymała się na półpiętrze, czekając, aż Georgia do niej dołączy. – Jak się nazywa ta apka?
Georgia wymieniła nazwę, po czym chwyciła Beth za nadgarstek.
– O rany! Od Tiffany’ego?
Wyciągnąłem szyję, żeby zobaczyć, o co jej chodzi. No tak. Bransoletka. Delikatna. Srebrna, złożona z kilku okrągłych koralików i zawieszki w kształcie małego różowego serduszka.
– Tak. Prezent od rodziców na dwudzieste pierwsze urodziny.
– Śliczna. Marzy mi się coś od Tiffany’ego, ale takie drobiazgi powinno się dostawać z okazji.
– Spraw sobie prezent sama. Nic prostszego. – Beth szturchnęła Georgię porozumiewawczo, jakby znały się do lat. – Każdy od czasu do czasu zasługuje na coś ładnego.
– Tak myślisz?
– Jasne. Popatrz na to. – Beth założyła za ucho pasmo włosów i wskazała na kolczyk złożony z większej diamentowej kulki i dwóch mniejszych srebrnych. Zerknąłem i trochę za głośno przełknąłem ślinę, bo odsłoniła przy tym długą, smukłą szyję. – Kupiłam je, kiedy moja firma zaczęła wreszcie przynosić zyski.
– Masz własną firmę? – pisnęła Georgia z zachwytem. – Czym się zajmujesz?
– Prowadzę firmę zarządzającą mediami społecznościowymi. Social Queens. Sama jestem sobie szefową.
– Super. Jesteś jeszcze młoda. Podziwiam. Też chciałam mieć coś własnego.
Beth zaczęła paplać o urokach samozatrudnienia i chwilę później z Georgią u boku zniknęła za drzwiami do budynku. Obie kompletnie zapomniały o moim istnieniu.
3
CALLAN
Nie mam pojęcia, jak Beth i Georgia to zrobiły, ale zanim do nich doszedłem, stały już przy Mini Cooperze Beth. Wiedziałem, że to jej auto, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni kilkakrotnie na siebie wpadliśmy. Kiedy do mnie dotarło, że wychodzimy mniej więcej o tej samej porze, zacząłem się wymykać na trening nieco wcześniej.
Dziś przez Georgię nie zdążyłem uniknąć spotkania.
Poirytowany pomaszerowałem dziarsko do swojego Land Rovera, nie spuszczając wzroku z dziewczyn, które gawędziły swobodnie, gestykulując i co chwila wybuchając śmiechem. Co tu się, do cholery, odwalało?
Ku mojemu przerażeniu wyciągnęły komórki i wymieniły się numerami!
Wyciągając Georgię z łóżka, obiecałem, że po drodze na trening podrzucę ją do jej mieszkania. Czekałem więc niecierpliwie, znacząco spoglądając na zegarek. Georgia roześmiała się na coś, co powiedziała Beth, po czym się wychyliła, żeby ją uścisnąć. Co jest? Najpierw Baird, a teraz moja jednorazowa przygoda. Co takiego miała w sobie Beth, że ludzie lgnęli do niej jak muchy do miodu?
Georgia ruszyła w moją stronę, a Beth wyjechała z parkingu lśniącym nowością autkiem, za które z pewnością zapłacili mama i tata Carmichaelowie. Choć może tym razem źle ją oceniłem i sama sobie sprawiła bryczkę z dochodów firmy, którą tak się chwaliła? Szczerze mówiąc, niewiele teraz o niej wiedziałem. Przed laty bardzo jasno dała mi do zrozumienia, że nie życzy sobie mieć ze mną nic wspólnego.
Trudno. Grunt, że utarłem jej nosa. Bo kto mieszkał w penthousie? Kto występował w reklamach i reprezentował kraj w pucharach świata?
Tak. Ja. I Beth Carmichael nie ma prawa patrzeć na mnie z góry.
Wkurzony na maksa wspiąłem się na siedzenie Land Rovera w tym samym czasie, co Georgia.
– Super ta twoja sąsiadka – zaszczebiotała. – Umówiłyśmy się na kawę w przyszłym tygodniu. Mam pomysł na własny biznes. Beth obiecała, że wyjaśni mi to i owo. Pomoże mi zacząć. Wyobrażasz sobie?
Burknąłem coś pod nosem.
– Ponoć nazywa się Carmichael – ciągnęła niezrażona. – Myślisz, że ma coś wspólnego z tymi Carmichaelami?
Nie odpowiedziałem, wykorzystując fakt, że właśnie wyjeżdżaliśmy z parkingu.
– Dokąd cię podrzucić?
– Na Comely Bank. Może i Beth należy do tej dzianej rodziny? – podjęła. – Wygląda na kogoś, kto sypiał w złotej kołysce. Szkoda, że głupio mi było o to zapytać. Nadrobię to przy następnym spotkaniu. Byłoby super. O Jocelyn Carmichael słyszeli chyba wszyscy, odkąd na podstawie jej książek powstało parę filmów. Gruba ryba. A Braden Carmichael jest królem rynku nieruchomości w Edynburgu.
Tak. Jocelyn i Braden Carmichaelowie byli rodzicami Beth i znanymi postaciami w mieście. I owszem, uważano ich za „grube ryby”, a Beth dobrze o tym wiedziała. Dlatego nie miała ochoty się przyjaźnić z byle kim, kto trafił do jej szkoły nieco przypadkiem. Miałem wtedy szesnaście lat. Dostałem stypendium sportowe. Przeniesiono mnie do lepszej placówki. Spędziłem tam tylko rok, bo szybko ściągnięto mnie do drużyny juniorskiej Caledonia United. Potem awansowałem do zespołu i tak Caley stała się moją rodziną.
Byłem rok starszy od Beth, ale chodziliśmy razem na dwoje zajęć, bo tak to działało w ostatniej klasie. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Z czasem przyjaźń przerodziła się w coś głębszego. Choć tylko dla mnie, Beth bowiem błyskawicznie przecięła wszystkie łączące nas więzi.
Zwierzałem jej się z najskrytszych tajemnic, a ona nagle, tuż po swoich szesnastych urodzinach, kilka miesięcy przed moim wyjazdem do Caley, z dnia na dzień przestała się do mnie odzywać. Unikała mnie na korytarzach, w klasie siadała jak najdalej ode mnie i zaczęła randkować z synem milionera, nawiasem mówiąc, totalnym palantem. A kiedy wreszcie zebrałem się na odwagę, żeby zapytać wprost, co jest grane, odparła, że „za bardzo się od siebie różnimy”.
Zrozumiałem to dokładnie tak, jak chciała.
Nie byłem dość dobry, żeby bzykać Carmichaelównę.
Mocniej zacisnąłem ręce na skórzanej kierownicy Land Rovera. Tak… Przynajmniej jej pokazałem. Udowodniłem wszystkim, na co mnie stać.
– Wszystko okej? – zapytała cicho Georgia.
– Tak. Gdzie się zatrzymać?
Podała mi numer budynku. Stanąłem przy krawężniku.
– To co?… Do zobaczenia?
Pokiwałem głową, rzucając jej zdawkowy uśmiech.
– Dzięki za tę noc.
– Nie ma sprawy – odpowiedziała, uśmiechając się z przymusem. Zeskoczyła na chodnik. – Palant – usłyszałem jeszcze, jak mruknęła, nim z hukiem zatrzasnęła drzwi.
Szczerze? Nie miałem pojęcia, czym zasłużyłem na te fochy.
Do klubu dotarłem na czas. Bez pośpiechu zaparkowałem niedaleko boiska i stadionu w południowej części Carrick Knowe. Za każdą minutę spóźnienia trener naliczał grzywnę – dziesięć funtów.
Odetchnąłem. Napięcie, które towarzyszyło mi od rana, wreszcie zaczęło odpuszczać. Przyjeżdżając tu, miałem wrażenie, że wracam do domu. Ochroniarz Danny wpuścił mnie bez słowa. Zapytałem, co u jego żony, która niedawno urodziła córeczkę. Odpowiedział krótko, bo wiedział o systemie kar i nie chciał narażać mnie na koszty. Pomachałem Janice z recepcji i kilku kręcącym się w pobliżu pracownikom klubu. Ruszyłem korytarzem do szatni.
– Hej! – powitał mnie Baird, kiedy wszedłem. – Ciężka noc?
Nieważne, jak często tu sprzątano i jak bardzo nasz menadżer dbał o to pomieszczenie, w powietrzu i tak unosił się specyficzny zapach antyperspirantów zmieszanych ze smrodkiem przepoconych skarpet.
Chłopaki wybuchnęli śmiechem. Posypały się niewybredne żarty.
– Błagam, powiedz chociaż, że zaliczyłeś Beth. – Baird wychylił się zza drzwi szafki i mrugnął do mnie znacząco.
– Wal się. Nie tknąłbym jej nawet kijem.
Baird zrobił urażoną minę, jakby poczuł się dotknięty w imieniu Beth.
– A to, stary, znaczy, że coś z tobą nie tak.
– Nawet nie myśl o tym, żeby się z nią kumplować. – Dźgnąłem go paluchem w pierś.
– Zgoda, ale pod jednym warunkiem. Powiesz mi, za co jej tak nie znosisz.
– Też chętnie posłucham. – John wychynął zza szafki po mojej drugiej stronie.
– O czym?! – krzyknął z drugiego końca szatni Kaito Tanaka, jeden ze środkowych obrońców. Japoniec miał zdecydowanie za dobry słuch. Był jednym z trzech Azjatów grających w klubie. Brytyjskie drużyny coraz chętniej rekrutowały jego rodaków, odkąd Japonia znalazła się w pierwszej dwudziestce rankingu Międzynarodowego Stowarzyszenia Piłki Nożnej. Caley nie należała do wyjątków.
– O niczym.
– Za bardzo im zależy jak na nic. – Kaito odwrócił się do swojego kumpla z Japonii, Botana, i zaczął paplać w ojczystym języku, co jakiś czas na mnie wskazując.
Botan wyglądał na zaskoczonego.
– Problem z dziewczyną? – zapytał w końcu. – Ty? – A później dorzucił coś po japońsku.
– Mówi – pospieszył z pomocą Kaito – że jeśli ty masz problem, to wszyscy tu mamy przerąbane.
– Nie przejmuj się. Ty jesteś na to za ładny. – Wyszczerzyłem się w uśmiechu, mrugając do Botana. Liczyłem, że zamaskuję tym rosnącą irytację.
Botan radził sobie z angielskim znacznie gorzej niż Kaito, ale komplement zrozumiał w lot i odpowiedział aroganckim uśmieszkiem.
– Nic z tego. – Baird naciągnął kamizelkę z czujnikami zapisującymi parametry podczas treningu. – Nie dam ci uciec od tematu. Gadamy o Beth. Mów, co jest grane.
– Co ci tak zależy? – Machnąłem głową w jego stronę. – Chcesz ją zerżnąć, to śmiało. – Ledwie to powiedziałem, już miałem ochotę wepchnąć sobie słowa z powrotem do gardła.
– Może tak zrobię? – Baird zmierzył mnie spojrzeniem zmrużonych oczu.
Palant.
– Wszyscy już są? – Do szatni wpadł trener z nieodłącznym menadżerem Svenem u boku.
Brian O’Kelly prowadził drużynę od dwóch lat. Dzięki niemu pierwszy raz od długiego czasu trafiliśmy na drugie miejsce w tabeli Szkockiej Ligi. Pewnie właśnie dlatego wyłamał się z tradycji dwuletnich kadencji trenerów i pozostał w klubie, mimo że wcześniej Caley, jak większość drużyn, zmieniała selekcjonerów z podziwu godną regularnością.
– Upiekło ci się… – mruknął Baird. – Ale jeszcze cię przycisnę.
– Jesteś gorszy niż wścibska ciotka – odszepnąłem. – I lepiej uważaj, bo przez najbliższe sześć godzin każdą piłką będę celował w twoje jaja.
– Panowie! – zawołał Brian.
Spojrzeliśmy na niego jak na komendę.
– Macie ochotę nam coś opowiedzieć?
– Obiecywałem Bairdowi, że przyłożę się do treningu.
– Gdzieś mamy babki, które posuwa! – krzyknął z końca szatni nasz lewy skrzydłowy Szwajcar Eric Baumann.
– Nie bądź zazdrosny, Baumann. – Wyszczerzyłem się do niego w uśmiechu. – Dla ciebie też znajdę trochę czasu.
– Nie wejdę w drogę bestii. – Wskazał podbródkiem Bairda. – Wielkie dzięki.
– Zamknij się, mendo – rzucił od niechcenia Baird. – I przestań nazywać mnie bestią. Za fajny jestem.
Nie do końca przekonani, po co była ta wymiana zdań, wybuchnęliśmy śmiechem.
– Dość tego – uciął Brian. – Zaczynamy od siłowni. I nie obijać się. Za dwa tygodnie gramy pierwszy mecz z Dingwall Drovers. Zwycięstwo mi nie wystarczy. Macie ich zetrzeć na proch. Czy to jasne?
– Tak jest, trenerze! – odkrzyknęliśmy chórem.
– McMillan? – Brian popatrzył na Bairda. – Po co ci ta kamizelka? Zaczynamy od przedtreningu. Ściągaj cholerstwo.
– Koleś nie rusza się bez stanika – prychnął Etienne, nasz francuski obrońca.
– Pyta cię obchodzi. – Baird ściągnął koszulkę przez głowę. Pochodził z Falkirk. Wyglądał jak model i przez lata spędzone w drużynie nauczył się panować nad akcentem i gwarą, bywało jednak, że się zapominał. – Przeszkadza ci mój stanik?
Kumple zachichotali, a Etienne zrobił głupią minę. Jako jeden z niewielu w ogóle nie łapał dowcipów Bairda i nie rozumiał jego powiedzonek.
Klepnąłem ręcznikiem w tyłek Bairda, wykorzystując fakt, że ręce miał zajęte kamizelką. Jak wszyscy sięgnąłem po wodę i wymaszerowałem za Brianem z szatni.
W korytarzu Baird nachylił mi się do ucha. Zacisnąłem zęby, pewny, że za chwilę doprowadzi mnie do furii kolejną wzmianką o Beth, miał jednak inne plany.
– Chris odezwał się w sprawie zamku – szepnął.
– I co? – Rozejrzałem się, czy nikt nie podsłuchuje. Chris był naszym radcą prawnym.
– Należy do Bradena Carmichaela.
Niech to szlag jasny trafi.
Obaj mieliśmy z Bairdem sporo oleju w głowie i myśleliśmy o przyszłości. Szukaliśmy czegoś, co da nam utrzymanie, kiedy skończy się nasza kariera na boisku. W przypadku piłkarzy oznaczało to zwykle trzydziesty któryś rok życia. Na sporcie zarabialiśmy krocie, do tego dochodziły spore zyski z reklam i promocji, ale i tak daleko nam było do Davida Beckhama. Dlatego powoli, lecz konsekwentnie inwestowaliśmy w nieruchomości w środkowej Szkocji. Beth działała mi na nerwy jak sam diabeł, ale jej ojca szczerze podziwiałem. Braden był potentatem na rynku nieruchomości. Georgia się nie myliła, mówiąc, że traktowano go w naszym mieście niczym księcia. Dla mnie i Bairda był wzorem. Obaj marzyliśmy, żeby mu kiedyś dorównać. Kiedy wystawiono na sprzedaż stojący na wybrzeżu między Edynburgiem a North Berwick zamek Blantyre, natychmiast złożyliśmy ofertę.
Uznaliśmy, że jest hojna, zważywszy, że zamek trzeba jeszcze wyremontować, nim będzie się nadawał na hotel i spa, o jakich marzyliśmy. Tydzień temu z niedowierzaniem przyjęliśmy więc wiadomość, że sprzedający ją odrzucił.
Tak. Teraz wszystko układało się w całość. To Braden nie miał ochoty wchodzić z nami w interesy.
Dlaczego?
– Niech Chris umówi nam spotkanie z Carmichaelem.
– A co, jeśli odmówi? – Baird wzruszył ramionami.
Przed oczami mignęła mi śliczna buzia Beth.
– Coś wymyślimy – obiecałem.
4
BETH
Droga Pani Carmichael!
Jestem osobistą asystentką Sheery Green, dyrektorki Aura Beauty. Wie Pani zapewne, że to jedna z najszybciej rozwijających się na rynku firm z branży kosmetycznej. Poszukujemy firmy gotowej zająć się jej promocją w mediach społecznościowych. Liczymy, że pomoże nam to osiągnąć jeszcze wyższy poziom. Rozmawialiśmy już z kilkoma potencjalnymi zleceniobiorcami, mamy jednak nadzieję, że zechce się Pani spotkać z Sheerą w piątek o dziesiątej w Hotelu Balmoral. Prosimy o potwierdzenie do końca dnia.
Z poważaniemTellie SuttonOsobista asystentka Sheery Green
Podniosłam głowę znad komórki, czując w trzewiach przyjemny ucisk radości. Przymknęłam oczy, wystawiając twarz na promienie słońca wpadające przez okno łazienki. Byłam wykończona. Nie spodziewałam się dobrych wiadomości, a tu takie zaskoczenie…
Rano przyszło dwadzieścia parę maili, a ja jeszcze nie przejrzałam wszystkich, które nagromadziły się w skrzynce przez ostatnie dni. Na szczycie priorytetów wylądowała teraz jednak fantastyczna wiadomość od Aura Beauty. Jasne, że ich kojarzyłam! Uwielbiałam ich wegański tusz do rzęs. Taka okazja trafiała się raz na stulecie. Może i miałam na głowie mnóstwo spraw, ale dla Sheery Green zawsze znajdę czas, choćby to oznaczało trzy dni bez snu. Z Aura Beauty w portfolio klientów awansujemy w branży o co najmniej jedno oczko!
Zajmowaliśmy się promowaniem w mediach społecznościowych prężnych małych firm. Współpracowaliśmy z kilkunastoma pisarzami. Odpowiadaliśmy za kreowanie wizerunku, tworzenie kampanii reklamowych, monitorowanie kluczowych parametrów oglądalności i analizę danych. Zdobywaliśmy obserwujących i subskrybentów. Dbaliśmy o networking, zwiększaliśmy popularność stron, odpowiadaliśmy na komentarze i wiadomości.
W firmie było nas siedmioro. Na początku zatrudniłam tylko dwie przyjaciółki ze studiów Carę i Michaelę, ale w ciągu dwóch ostatnich lat dołączyli do nas jeszcze Janine, Mhairi, Paul i Mace. Cara, Janine i Mhairi zajmowały się tworzeniem treści, wydarzeniami i networkingiem. Wzięły na siebie grafikę, montaż i kontakty z influencerami oraz ze społecznością branżową. Michaela i Mace były specami od spraw technicznych. Analizowały dane, prowadziły kampanie reklamowe w mediach społecznościowych, budowały strony internetowe, pilnowały terminarzy i ustalały odbiorców docelowych.
Ja pozyskiwałam klientów i opracowywałam z nimi strategię, a szczegóły pozostawiałam w rękach Cary i Michaeli. Paul pomagał mi w sprawach biznesowych, dbał o nasze finanse, prowadził księgowość naszą i klientów. Wszyscy mieliśmy mnóstwo roboty. Czułam, że wkrótce będę musiała zatrudnić kogoś nowego. Zwłaszcza jeśli uda mi się namówić na współpracę Aura Beauty.
Działaliśmy w branży od trzech lat, czyli od chwili, gdy skończyłam studia. Mama pomogła mi zacząć – została naszą pierwszą klientką. Prowadziłam jej media społecznościowe od wielu lat, bo nie znosiła się tam udzielać, ale kiedy skończyłam studia – na dwóch kierunkach: biznes i marketing oraz projektowanie i media cyfrowe – uznałam, że pora, by mi za to płaciła. Ha!
Nawet mnie zaskoczyło, że jej koledzy i koleżanki po piórze tak szybko zaczęli szukać ze mną kontaktu. Lista klientów wydłużała się niemal z dnia na dzień. Później do ich grona dołączyli inni, już spoza branży pisarskiej. Rekrutowali się głównie spośród właścicieli małych, za to przynoszących spore dochody firm, gotowych hojnie płacić za nasze usługi. Nim się obejrzałam, musiałam odmawiać zleceń, bo nie radziłam już sobie z nawałem pracy. Nawet w siódemkę mieliśmy pełne ręce roboty.
A jednak obok propozycji Aura Beauty nie mogłam przejść obojętnie. W zeszłym roku zarobiliśmy ponad dwa miliony funtów. Koszty działalności mieliśmy znikome, bo fantastyczny księgowy rodziców zdecydował się na współpracę także ze mną. To oznaczało, że wszyscy siedmioro dostawaliśmy niezłe wypłaty. Zbliżał się koniec lipca, a już wiedzieliśmy, że w tym roku osiągniemy zysk większy niż w poprzednim. Jeśli Aura Beauty dołączy do naszych klientów, kto wie, ile jeszcze uda nam się ugrać? Moglibyśmy zatrudnić kolejne osoby i wreszcie trochę odetchnąć.
Na myśl, że firma mogłaby upaść – a w chwilach zwątpienia zdarzały mi się takie myśli – czułam bolesny ucisk w piersi. Niewiele spałam. Właściwie odkąd skończyłam studia, przestałam się wysypiać. Cierpiałam na chroniczny niedobór snu. Miałam wrażenie, że mój mózg uporczywie odmawia współpracy i nawet w nocy nie chce się wyłączyć. Byłam niczym rozpędzony pociąg, nad którym nie panował maszynista. Martwiłam się byle drobiazgiem. Snułam w głowie czarne scenariusze. Niepokój narastał. Wyobrażałam sobie, że tracimy nagle wszystkich klientów, pracownicy odchodzą jeden po drugim, a ja zostaję sama, bez pensa przy duszy, znienawidzona przez cały świat.
Otworzyłam apteczkę nad umywalką w łazience i wyjęłam buteleczkę leków, o których nikt prócz mnie nie wiedział. Tabletki antydepresyjne, zapisane przez lekarza rodzinnego. Brałam je od dnia osiemnastych urodzin.
Przełknęłam maleńką pastylkę i opryskałam twarz wodą, poklepując się przy tym po policzkach, żeby rozproszyć zmęczenie. Ubierając się, odpowiadałam na esemesy od Cary, Paula i Michaeli. Wysyłałam im wiadomości głosowe, bo dzięki temu miałam wolne ręce i mogłam się zająć czymś innym. Wsuwając stopy w sandałki, dyktowałam odpowiedzi na zalegające w poczcie maile. Pamiętałam przy tym, żeby naśladować amerykański akcent matki, bo ten cholerny program za nic nie łapał mojego, z ojczystej Szkocji.
Jako pierwsza odpowiedź na maila dostała Tellie Sutton. Informowałam w nim, że bardzo chętnie spotkam się z Sheerą w piątek w Hotelu Balmoral. Potem przyszła kolej na pozostałe maile.
– Przykro mi, Saro, że nie podobają ci się grafiki przygotowane przez Carę. Podeślij, proszę, kilka fragmentów ulubionej książki, byśmy wiedzieli, o jaki klimat ci chodzi. Bardzo nam zależy, żebyś była zadowolona. – Wepchnęłam do plecaka strój do ćwiczeń. – Podeślemy nowe projekty i zaczekamy na opinię. Zwróć uwagę, że grafiki w stylu Cary są ostatnio modne w środowisku fanów suspensu. Rozumiem jednak, że mogą być dla ciebie zbyt pikantne. Przyślij fragmenty, a ja zagonię Carę do pracy. Odezwij się. Beth. – Przebiegłam wzrokiem tekst, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku, i wysłałam wiadomość do adresatki.
Wychodząc z mieszkania, otworzyłam kolejny mail. Na schodach piętro wyżej usłyszałam stukot wysokich obcasów.
Kiedy Callan Keen wprowadził się do naszego budynku, wpadaliśmy na siebie niemal codziennie. Po jakimś czasie przestałam go widywać, co oznaczało, że pewnie unikał mnie celowo.
Tydzień temu byłam więc zaskoczona, kiedy natknęłam się na niego z Georgią. Jego widok z ładną brunetką u boku wywołał dziwne, bolesne ukłucie w moim sercu, ale nie miałam czasu o tym rozmyślać, zajęta ukrywaniem wstydliwej bądź co bądź emocji. Trzeba przyznać, że na babkach Callan znał się jak nikt. Georgia była urocza. Spotkałyśmy się wczoraj na kawie. Zgodnie z obietnicą podpowiedziałam jej, jak zacząć własny biznes, bo zamierzała otworzyć biuro rachunkowe. Działałam wprawdzie w innej branży, ale miałam za sobą mnóstwo uprzykrzonych formalności, a Georgia nie wiedziała nawet, od czego zacząć. Przekonana, że powinna mi się jakoś odwdzięczyć, wyznała, że Callan był tylko jednorazową przygodą.
– Choć szkoda – dodała z żalem. – Bo ma w spodniach szatana.
Nie dopytywałam o szczegóły. Nie obchodziły mnie jego łóżkowe wyczyny. Ale… o wilku mowa. Kiedy zamykałam drzwi, na schodach pojawił się Callan – tym razem z inną laską u boku.
Wbrew moim obawom, odkąd się wprowadził, z góry nie dochodziły odgłosy szalonych imprez. Nie widziałam też Johna ani Bairda. Nic dziwnego. W Szkocji rozpoczął się sezon piłkarski, więc pewnie całe dnie spędzali na treningu. Ja zresztą także wiecznie gdzieś goniłam.
Szczerze mówiąc, Georgia i ta najnowsza zdobycz to jedyne babki, jakie się u niego pojawiły. To jednak wystarczyło, żeby przypomnieć mi o jego reputacji playboya.
Na mój widok skrzywił się z niesmakiem. Urocze.
– Dzień dobry. – Pomachałam im na powitanie, dostrzegając mimochodem niebotyczne szpilki metalicznoróżowych sandałów blondynki uwieszonej u ramienia Callana. Nie mogłam się powstrzymać. – Ekstra buty.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała wyjątkowo schludnie jak na kogoś, kto pewnie jeszcze przed chwilą tarzał się w pościeli. – Uwielbiam Jimmy’ego Choo.
– Naprawdę śliczne. – Tym razem przyjrzałam się sandałkom otwarcie. Może Luke miał rację, że tak się fascynował ciuchami od projektantów? – Marzę o takich, ale boję się, że przerastałabym w nich wszystkich o głowę.
To akurat była prawda. Odziedziczyłam wzrost po ojcu. Miałam metr siedemdziesiąt pięć. Gdybym wskoczyła w szpilki, przekroczyłabym metr osiemdziesiąt.
– Żartujesz? – Blondi zrównała się ze mną i szła teraz obok. – Dałabym się pokroić za parę dodatkowych centymetrów. Noś, na co masz ochotę, a inni niech się walą.
– Słusznie. – Już ją polubiłam. Poza tym upomniałam się w myślach, że pora kupić nowe buty.
– Buty od Jimmy’ego Choo są najwygodniejsze na świecie. Polecam. A przy okazji… jestem Hailey.
– Beth. Miło cię poznać.
– Niech to szlag – usłyszałam za plecami mamrotanie Callana.
Ukryłam uśmiech i postanowiłam jeszcze trochę go podręczyć.
– Jesteście parą? – zapytałam niewinnie, kiedy zeszliśmy na parter.
– Uchowaj Boże. – Hailey przewróciła oczami.
Uniosłam pytająco brwi. Kąciki ust drżały mi od tłumionego śmiechu. Callan zmarszczył uroczo nos.
– Nie żebym się nie zgadzał, ale co to miało znaczyć?
– Umówiliśmy się tylko na seks. – Hailey wzruszyła ramionami.
– Jasne.
– Dobry jest? – drążyłam.
Callan zachłysnął się oburzeniem.
– Ujdzie.
Zaskoczona rozdziawiłam usta, choć przyznam, że jej nonszalancja poprawiła mi humor. Callan pierwszy odzyskał głos.
– Słucham!?
Hailey wznów wzruszyła ramionami.
– Cały czas wyglądałeś na znudzonego.
– O ho, ho… – Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Musiałam się zatrzymać i wyśmiać, ocierając palcem łzy zebrane w kącikach oczu.
– To nie jest śmieszne – warknął Callan do rozchichotanej Hailey.
Zgięta wpół wyciągnęłam rękę i ścisnęłam jej przedramię.
– Dzięki, serio – wysapałam. – Marzyłam, żeby to usłyszeć.
– Żaden problem. – Mrugnęła.
– Chcesz podwózkę czy nie? – zapytał ponuro Callan, otwierając przed nami drzwi.
Szczerze? Nie znosiłam go teraz nieco mniej niż zwykle. Zrobiło mi się ciepło na sercu na myśl, że mimo iż babka podała w wątpliwość jego możliwości w sypialni, nadal był gotów odstawić ją do domu. To się nazywa dżentelmen.
– Jedziemy. Trzymaj się… Beth, zgadza się?
– Tak. I jeszcze raz dzięki. Poprawiłaś mi dziś nastrój.
Hailey się roześmiała i minęła Callana. On zawahał się chwilę, a potem spojrzał mi w twarz.
– Wyjaśnijmy coś sobie – rzucił. – Byłem wczoraj zajechany. Trener dał nam popalić.
– Oczywiście, kapitanie – zaszczebiotałam, desperacko starając się zachować powagę. – Byłeś bardzo zmęczony, bo zazwyczaj jesteś w łóżku niczym diabeł tasmański.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, więc szybko dodałam:
– Hailey wspomniała może coś o kanapie?
Zmierzył mnie ponurym spojrzeniem, po czym pierwszy przeszedł przez drzwi, puszczając szklane skrzydło tuż przed moim nosem.
– Zakładam, że to znaczy „tak”! – zawołałam za nim przez szybę.
5
BETH
Na resztę maili postanowiłam odpowiedzieć, gdy tylko znajdę wolną chwilę w księgarni, w której autor poczytnych powieści miał podpisywać swoje książki. Do jazdy przez centrum do Fort Kinnaird włączyłam sobie podcast Lily.
Nosił tytuł Szukajcie, a znajdziecie i dotyczył poszukiwań drugiej połówki. Wpadłam na jego pomysł jeszcze w czasie studiów na Uniwersytecie Edynburskim. Tytuł nawiązywał do motta uczelni, a zainspirował mnie cel, jaki sobie w życiu postawiłam: zamierzałam odnaleźć prawdziwą miłość. Tak, wiem, trąci kiczem. Za nic nie przyznałabym się głośno, że o tym marzę, a słowa „prawdziwa miłość” nie przeszłyby mi nawet przez gardło. Wychowali mnie jednak rodzice, którzy do dziś kochali się do szaleństwa. Ich znajomi żyli w trwałych, pełnych miłości związkach. Trudno się więc dziwić, że i ja takiego pragnęłam.
Mama poznała ojca, kiedy miała dwadzieścia dwa lata, a ja niedawno skończyłam dwadzieścia cztery. Co oznaczało, że już od dwóch lat powinnam mieć u swojego boku rycerza na białym koniu. Niestety, ten wymarzony jedyny jak na razie świetnie się przede mną ukrywał.
W czasach studenckich podcast stanowił dla mnie coś w rodzaju koła ratunkowego. Miałam osiemnaście lat, a już byłam zgorzkniała i pełna lęków. Potrzebowałam czegoś, dzięki czemu będę miała ochotę podnieść się z łóżka.
Przez cztery następne lata Cara, Michaela i ja dokumentowałyśmy w nim swoje przygody miłosne. Z roku na rok zyskiwał na popularności. Słuchali go ludzie w różnych zakątkach świata. Znalazłyśmy sponsorów, zamieszczałyśmy reklamy, byłyśmy hitem mediów społecznościowych. Coś, co zaczęło się jako pasmo utyskiwań na sercowe niepowodzenia, dla wielu ludzi o podobnych problemach stało się lekiem na wewnętrzny niepokój.
Niestety, z czasem zaczęło brakować mi czasu na podcasty. I wtedy pojawiła się Lily Sawyer, córka znajomych rodziców, Nate’a i Olivii. Dołączyła do naszej ekipy, kiedy dostała się na studia. My byłyśmy wtedy na czwartym, ostatnim roku. Zszokowała wszystkich, oznajmiając, że chce współprowadzić program. Dlaczego? Bo otwarta, głośna i szczera była jej siostra January. Lily przypominała lekko spłoszoną oswojoną mysz: była zabawna, ale z dystansem, zawsze trochę w cieniu i pod parasolem ochronnym starszej siostry. Jednakże przed mikrofonem zmieniała się nie do poznania. Być może dlatego, że nikt jej nie widział, nabierała odwagi i stawała się taka, jak January wśród ludzi. Prowadziła program od trzech lat. Dzięki niej nadal był na fali.
– Witacie w Szukajcie, a znajdziecie. – Ciepły głos mojej przyszywanej kuzynki wypełnił wnętrze auta, gdy wjechałam do zatłoczonego centrum. – W dzisiejszym odcinku pogadamy o strzyżeniu. Nie, nie owiec czy piesków. Pogadamy o naszych zapuszczonych boberkach.
Parsknęłam śmiechem i z niedowierzaniem pokręciłam głową. Skąd wytrzasnęła taki temat? Mimo że rok akademicki zaczynał się dopiero za parę tygodni, Lily i jej znajomi kontynuowali podcast, żeby nie zawieść wiernych słuchaczy.
– Dlaczego właśnie o tym? – zapytała, jakby czytała mi w myślach. – Bo mojej współprowadzącej Sarze zdarzyło się usłyszeć zjadliwy komentarz. Tak, dobrze słyszycie. Nowy facet zarzucił jej tydzień temu, że za bardzo się postarała. No bez przesady! A jakie z tego wnioski? Przede wszystkim, jeśli już trafi wam się numerek, darujcie sobie złośliwości. Poza tym, ile to właściwie za mało albo za dużo? Kiedyś myślałam, że wiem wszystko, ale teraz… Cóż, przyjdźcie z pomocą i dzwońcie. Kto dziś zacznie dyskusję, Sierro?
– Dodzwoniła się do nas Kylie. Studiuje na naszym uniwerku. I mam nadzieję, że jest równie oburzona jak ja, że mały gnojek miał czelność komentować mojego boberka. Ostatecznie to mój ogródek i moje krzaczki. I jeśli mam ochotę, o czym mu zresztą powiedziałam, mogę je sobie nawet wykarczować do gołego. A on może sobie zabrać swój żałosny wąż ogrodowy i poszukać innej parceli.
Zachichotałam, czując przypływ nostalgii. Co tydzień słuchałam podcastu i wracałam wspomnieniami do studenckich czasów. Myślałam wtedy, że jestem wykończona, a dziś dałabym wszystko, żeby cofnąć się do tamtych chwil. Ostatnie trzy lata minęły jak z bicza trzasł, ale niewiele użyłam. Dni, godziny i sekundy wypełniała mi praca. A na horyzoncie nie pojawił się żaden książę na białym rumaku.
– Jesteś tam, Kylie? – zapytała Lily.
– Jasne – rzuciła jej rozmówczyni pogodnym tonem, choć z akcentem z wyższych sfer. – Nareszcie udało mi się dodzwonić. Uwielbiam wasze pogaduchy. I wiem, że powinnam opowiedzieć coś o bobrach i krzaczkach… Miałaś rację, Sierro, że pogoniłaś dupka, ale… najpierw zapytam o nowy podcast, który pojawił się na kampusie. Słyszałyście o Kolesiach z Potterrow?
Nastawiłam uszu. Potterrow to był główny ośrodek spraw studenckich naszej uczelni.
– Yyy… Coś kojarzę. – Lily była wyraźnie poirytowana. Nie wspomniała mi o konkurencji. – Zaczęli, zdaje się, późną wiosną.
– Studiują na naszym uniwerku. Czterech anonimowych gości. Ich program jest męską wersją waszego. Coraz więcej ludzi go słucha. Ostatnio jednak częściej was atakują.
Nie usłyszałam odpowiedzi Lily, bo w głośnikach rozległ się dźwięk mojego telefonu. Zerknęłam na wyświetlacz. Mama.
– Cześć, mamuś.
– Dzień dobry, słonko. – Nadal mówiła z wyraźnym amerykańskim akcentem, choć spędziła w Szkocji prawie trzydzieści lat. Kiedyś przedrzeźniałam ją na imprezach. Robiłam furorę. – Dlaczego komórka mi przypomniała, że mam dzisiaj spotkanie na Instagramie?
Lekko schrypnięty głos mamy zazwyczaj kojarzył mi się z rodzinnym ciepłem i bezpieczeństwem, ale dzisiaj działał na nerwy. Zacisnęłam szczęki, tłumiąc irytację.
– Uprzedziłam cię, kiedy umówiłam termin. Za tydzień wychodzi twoja nowa książka. Żeby ją sprzedać, musisz o niej opowiadać.
– Wiesz, że nie znoszę tych durnych wywiadów. – Westchnęła ciężko. – Może ojciec mnie zastąpi? Zna tekst na wyrywki. I wygląda znacznie lepiej ode mnie.
Tym razem udało jej się mnie rozbawić. Protestowała przeciwko wywiadom, gdy tylko udało mi się jakiś załatwić. Ale nie zawsze – spierałyśmy się wyłącznie, kiedy ukazywało się jej nowe dzieło.
– Opowiadałam już o książce w jakimś podcaście – ciągnęła niezrażona. – Serio muszę się jeszcze wygłupiać w mediach społecznościowych?
Ten jej tak zwany podcast był w istocie znanym ogólnokrajowym programem jeszcze bardziej znanego dziennikarza. Udział w nim załatwił mamie jej wydawca Jeff. Wspólnie ustaliliśmy termin, żeby nie kolidował z żadnym z zaplanowanych przeze mnie wydarzeń. Mama miała wielu wiernych fanów, praca dla niej nie wymagała więc ode mnie szczególnego wysiłku. Jej popularność gwałtownie wzrosła dziesięć lat temu, gdy jeden ze słynniejszych cyklów jej powieści osadzonych w Edynburgu został zekranizowany i trafił do streamingu jako miniserial. Później adaptowano jeszcze dwie kolejne książki. To jednak nie oznaczało, że mogłyśmy spocząć na laurach, bo branża zmieniała się niemal z dnia na dzień.
– Influencerzy zachęcają czytelników, żeby kupowali twoje wypociny – rzuciłam. – Chyba warto się postarać.
– Nie bądź złośliwa.
– Nie gadaj bzdur, które aż się proszą o złośliwy komentarz.
– Niech ci będzie. Muszę sobie strzelić make up?
– Gadałam z ciocią Jo. Pomoże ci. Przyjedzie do ciebie wieczorem, około szóstej. Ja wpadnę godzinę później. Upewnię się, że weszłaś na żywo.
– Przecież wiem, jak to zrobić.
– Serio? Jak?
– Trzeba… wejść na Instagram…
– Aha…
– I wybrać opcję „Dołącz do spotkania”.
– Nie. – Pokręciłam głową, choć i tak nie mogła tego zobaczyć. – Nie masz pojęcia, jak to działa.
– W ogóle czy tylko w tym przypadku?
– Różnie bywa. – Zachichotałam.
– Masz szczęście, że cię kocham.
– Będę o siódmej. Też cię kocham. – Rozłączyłam się szybko, nie dając jej okazji do narzekań na inne spotkania, które już zaklepałam.
Kiedy dojechałam do księgarni w Fort Kinnaird, pisarz Peter Wilkins już na mnie czekał. Była z nim Cara, która miała cykać fotki i wrzucić je później na konta Petera w mediach społecznościowych. Chwilę później dołączyła do nas jego żona i zadręczała mnie pytaniami, kiedy Peter spokojnie podpisywał książkę. Dopytywała, do kogo trafiają opłaty za reklamę i grafiki, oraz niezbyt dyskretnie sugerowała, że „dodatkowe” pieniądze, które liczymy za swoją pomoc, powinny przypaść autorowi. Zniosłam jej tyradę z uśmiechem, z trudem powstrzymując cisnące mi się na usta kąśliwe uwagi, po czym cierpliwie wyjaśniłam jej wszystko po raz enty, starając się wreszcie do niej dotrzeć. Niestety, przez jej skąpstwo straciłam czas, w którym miałam nadzieję odpowiedzieć na zbierające się od rana maile.
– Cóż, faktycznie co miesiąc spływa na nasze konto sporo – przyznała wreszcie niechętnie, kiedy Peter składał podpis w ostatniej książce.
O tak. Zarabiał dużo. A ja dokładnie wiedziałam ile, bo opracowując strategie marketingowe, musiałam mieć w małym palcu informacje o zobowiązaniach i przychodach klientów. Co ciekawe, odkąd zatrudnił naszą firmę, jego dochody wzrosły o co najmniej sześćdziesiąt procent. I byłam tego pewna. A jego żona i tak narzekała.
– Jednak jako stali klienci powinniśmy chyba dostać zniżkę – wycedziła.
Serio?
– Rok to chyba niezbyt długo – rzuciłam, uśmiechając się z przymusem.
– Nie podoba mi się ten ton, młoda damo.
– Nazywam się Carmichael, pani Wilkins. A jeśli nie odpowiadają pani nasze warunki, proszę pomówić z mężem. Choć liczę, że zechce z nami pozostać, bo bardzo go cenimy.
Zdobyłam się na kolejny sztuczny uśmiech i odeszłam do Cary, która przeglądała w komórce gotowe fotki.
– Przypomnij mi, że kocham tę robotę – poprosiłam cicho.
– Oczywiście. Uwielbiasz ją. – Spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi, widząc wyraz mojej twarzy. – Coś nie tak? Wyglądasz na zmordowaną.
– Wszystko okej. – Westchnęłam ciężko i wyciągnęłam telefon. – Mam mnóstwo zaległej roboty.
– Domyślam się. – Poklepała mnie po ramieniu i znów spojrzała w komórkę. – Wiem, jak jest.
– W piątek mam spotkanie z Sheerą Green, właścicielką Aura Beauty.
– Wywiad?
– Nie tym razem. – Zrobiłam tajemniczą minę. – Możliwe, że zleci nam prowadzenie kampanii w mediach społecznościowych.
– Poważnie? – Jej oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
– Jak najbardziej. Jeśli uda nam się nawiązać z nimi stałą współpracę, trzeba będzie znów kogoś zatrudnić. Sami nie damy rady.
– Idź na całość i znajdź od razu ze trzy osoby, a będę zachwycona. Pomóc ci czy sama wszystko załatwisz? – Jej ton świadczył o tym, że święcie wierzy w moje możliwości i pyta tylko przez uprzejmość.
– Poradzę sobie.
– Nie mam cienia wątpliwości. Wiem, ile zrobiłaś dla Petera.
Zerknęłam w jego stronę. Rozmawiał żywo z jednym z czytelników. Tym razem nie musiałam się zmuszać do uśmiechu – pojawił się mimowolnie. Tak. To był jeden z powodów, dla których tak uwielbiałam swoją pracę. Potęga mediów społecznościowych chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać – dzięki nim małe firmy, także moja, wznosiły się na wyżyny, o których kiedyś nie śmiały nawet marzyć.
Tyle że czasami… żałowałam, że praca przestała sprawiać mi frajdę.
Nagle, nie wiedzieć czemu, pomyślałam o Callanie Keenie… Pewnie dlatego, że on wiedział, jak się dobrze bawić. Ja jednak nie miałam ochoty na zabawy w jego stylu. Nie chciałam zmieniać facetów jak rękawiczki. Marzyłam o związku, jaki tworzyli moi rodzice – Joss i Braden Carmichaelowie. Może wtedy odetchnęłabym wreszcie od pracy?
6
CALLAN
Wygraliśmy z Dingwall Drovers dwa do jednego. Pewnie nie o takiej „jatce” marzył trener, ale nowi zawodnicy, którzy dołączyli do drużyny w tym sezonie, szybko się odnaleźli na boisku i w zespole. Godnie zastąpili tych, których wypożyczono do innych klubów. Byłem dumny, bo zdobyłem z podania jednego gola. Drugi raz w okienko trafił John. Ci z Dingwall próbowali odrobić straty, ale Baird spisywał się fantastycznie i nie dał im rozwinąć skrzydeł.
Trener nie był jednak zachwycony. Ponoć zbyt często udawało im się przełamać naszą obronę.
Mecz nie potoczył się po naszej myśli, a Braden Carmichael nadal odmawiał spotkania ze mną i z Bairdem. Poprzedniego wieczoru potrzebowałem więc chwili wytchnienia i czegoś, co rozładowałoby stres.
Następnego dnia mieliśmy trening, wypiłem więc z chłopakami po jednym i grzecznie wróciłem do domu. Tyle że nie sam. Z Jules. Baird ostrzegł mnie przed wyjściem, że laska sypiała z naszym rezerwowym bramkarzem, Michaelem Holmesem, i buchnęła mu komórkę, żeby donieść jego dziewczynie o zdradzie. Puściłem to mimo uszu. Karma, wiadomo. Może i nie wybraliby mnie na faceta roku, ale nie puściłbym kantem dziewczyny, gdybym ją miał. Zbyt dobrze wiedziałem, jak boli, gdy zawodzi ktoś, komu się bezgranicznie ufało.
Seks z Jules był spoko. Po tym jak Hailey opowiedziała cholernej Beth Carmichael, że średnio sobie radzę, tym razem bardziej się przyłożyłem. Laseczce zależało, żeby zaliczyć piłkarza – fakt, ale to nie znaczy, że mogłem leżeć i czekać na trzęsienie ziemi.
Niestety, Baird miał rację. Kiedy wspomniałem Jules, że pora spadać, bo spieszę się na trening, omal nie ogłuchłem od jej wrzasków.
– Niech szlag trafi was, piłkarzy, i wasze wczesne pobudki! – rozdarła się na dzień dobry.
Skrzywiłem się tylko i ugryzłem w język. Lepiej nie zadzierać z kimś, kto robi z igły widły.
Czekając, aż zrobi się na bóstwo, i słuchając, jak wali obcasami w moje wypieszczone drewniane podłogi, żałowałem po cichu, że poświęciłem jej aż tyle uwagi, podczas gdy miła dziewczyna, taka jak Hailey, wyszła ode mnie lekko zawiedziona, bo pokazałem się w łóżku z nienajlepszej strony. Zdecydowanie nie byłem z tego dumny.
Postanowiłem, że zrobię sobie krótką przerwę od jednonocnych przygód. Lepiej już pojechać na ręcznym, niż wysłuchiwać wrzasków i przekleństw napalonej dziuni, która ma mi za złe, że o siódmej rano wyrzucam ją za drzwi.
Wściekły otworzyłem usta, żeby ponaglić Jules, ale nim zdążyłem się odezwać, gwałtownie otworzyła drzwi łazienki. Trzeba przyznać, że wyglądała nieźle. Naprawdę nieźle. Patrząc na nią, nikt by nie zgadł, że taka z niej jędza.
– Gotowe! – warknęła. – Zadowolony?
Pokręciłem głową z niedowierzaniem i powlokłem się do drzwi. Kątem oka zauważyłem leżące na stoliku koperty. Poczułem wyrzuty sumienia. Należałoby je pozbierać i odnieść. Zawahałem się… i chwilę później wyszedłem z mieszkania.
W środę zgarnąłem pocztę ze skrzynki. Idąc na górę po schodach, przeglądałem listy. Zdałem sobie sprawę, że listonosz przez pomyłkę wrzucił do mojej skrytki także te adresowane do Beth. Jakiś chochlik mnie opętał i zamiast wsunąć je pod jej drzwi, zabrałem je do domu. Nie mam pojęcia, po co mi to było, bo teraz od kilku dni, wychodząc, przypominałem sobie, że należałoby je wziąć i wpaść po drodze piętro niżej.
A jednak wciąż tego unikałem. Również dzisiaj.
– Dokąd cię podrzucić? – zapytałem Jules.
– Do pracy – mruknęła. – Do solarium przy George Street.
– Nie ma sprawy.
Kiedy ruszyliśmy schodami w dół, z piętra Beth dobiegło skrzypienie otwieranych drzwi. Tętno mi przyspieszyło. Wiedziałem, że za chwilę się na nią natkniemy. Miała na sobie obcisły strój do ćwiczeń. Próbowałem nie gapić się zbyt otwarcie, żeby nie zlecieć ze stopnia. Przebiegłem w myślach okoliczne siłownie, zastanawiając się, do której chodzi.
– Dzień dobry – zagadnęła radośnie. Co prawda, nigdy nie należała do ludzi mrukliwych, ale ten poziom radości wydawał mi się przesadny. Pewnie chciała mnie wkurzyć.
Nie zaszczyciłem jej odpowiedzią, skinąłem tylko głową. Moja… Jules pogardliwie wydęła usta i pomaszerowała dalej.
Niezrażona Beth ruszyła za nami. Niemal czułem na karku jej spojrzenie.
– Zapowiada się kolejny ładny dzień – zagadnęła przyjaźnie.
Nie odpuszczała, żmija, więc tylko chrząknąłem.
– Gratuluję wygranej.
I tu mnie zaskoczyła. Omal nie spadłem ze schodów.
– Dobrze, że Baird jest świetnym brakarzem.
No i proszę. Wróciła dawna Beth.
– Przekaż mu ode mnie gratulacje. Dobrze, że się wam trafił.
Jules zmierzyła ją niechętnym spojrzeniem.
– A ty coś za jedna, do cholery?
Urocze. Ale Beth nie straciła rezonu.
– Jego sąsiadka. I przyjaciółka Bairda.
– Nie przyjaźnicie się – rzuciłem, nawet się nie odwracając.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
