Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Osobliwa zbrodnia. Genialna śledcza. Zagadka na epicką skalę. W wytwornej rezydencji na obrzeżach Imperium leży martwy funkcjonariusz imperialny – uśmiercony nagłym wyrośnięciem drzewa z ciała. Nawet tutaj, gdzie szerzą się skażenia, a krew lewiatanów powoduje dziwaczne przemiany, jest to śmierć zarówno przerażająca, jak i niepojęta. Do rozwiązania sprawy zostaje wezwana Ana Dolabra – śledcza, której geniuszowi dorównuje jedynie jej ekscentryczność. U jej boku stoi nowy asystent, Dinios Kol, mnemorytownik zmodyfikowany tak, by posiadał pamięć doskonałą. Wkrótce śledztwo naprowadza ich na spisek, który zagraża bezpieczeństwu całego Imperium. Dla Any to smakowicie zagmatwana łamigłówka, wreszcie coś, co jest godne jej uwagi. A Din? Jemu pozostaje mocno się trzymać, żeby przetrwać tę szaloną przygodę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 467
Tytuł oryginału: The Tainted Cup
Copyright © 2024 by Robert Jackson Bennett Copyright for the Polish translation © 2025 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Dorota Pacyńska, Jadwiga Mik Korekta: Alicja Laskowska, Magdalena Górnicka, Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Tom Roberts Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Mapa: David Lindroth Inc
ISBN 978-83-68591-45-3 Numer: wydanie IV/D0
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Mamy i Babci, które wprowadziły mnie w świat kryminałów
CZĘŚĆ PIERWSZA
Człowiek w drzewie
Z porannej mgły wyłoniło się przede mną ogrodzenie posiadłości: długie, ciemne i obłe niczym bok jakiegoś morskiego stworzenia wyrzuconego na brzeg. Szedłem wzdłuż murów, usiłując zignorować łomot serca i spływające po karku strużki potu. Przede mną, gdzieś we mgle, migotało bladoniebieskie światło, które z każdym krokiem nabierało kształtu, aż stało się latarnią mai umieszczoną nad przejściem dla służby. Obok, oparty o ścianę, tkwił umundurowany mężczyzna w lśniącym, stalowym hełmie. Czekał na mnie.
Princeps obserwował, jak nadchodzę, a im bliżej byłem, tym wyżej unosił brwi. Gdy się przed nim zatrzymałem, niemalże wpełzły mu we włosy. Chrząknąłem w sposób, który, jak miałem nadzieję, brzmiał autorytatywnie.
– Signum Dinios Kol, asystent śledczej. Przyszedłem w sprawie zwłok.
Princeps zamrugał i zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów, co zajęło mu chwilę, bo byłem od niego wyższy o głowę.
– Rozumiem, panie. – Ukłonił się krótko – była to jedna czwarta pełnego ukłonu, może jedna trzecia – ale nie ruszył z miejsca.
– Bo macie te zwłoki, tak? – upewniłem się.
– Owszem, panie, mamy – zgodził się nieśpiesznie i spojrzał ponad moim ramieniem w głąb zasnutej mgłą alejki.
– Zatem w czym problem?
– No cóż… hm… – Znów zerknął w uliczkę za mną. – Proszę wybaczyć, ale gdzie jest ta druga osoba?
– Słucham? – spytałem. – Jaka druga osoba?
– No ta śledcza? Kiedy się zjawi?
Stłumiłem ukłucie niepokoju. Nieraz już odpowiadałem na to pytanie, gdy zajmowałem się innymi sprawami dla mojej zwierzchniczki, jednak teraz, ponieważ sytuacja dotyczyła martwego człowieka, sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
– Śledcza nie może przybyć – powiedziałem. – Mam obejrzeć miejsce zdarzenia, przesłuchać personel i ewentualnych świadków, a potem zdać jej raport.
– Śledcza zamierza prowadzić dochodzenie… nie biorąc w nim udziału osobiście? Czy mogę zapytać dlaczego?
Zlustrowałem mojego rozmówcę. Jego krótka kolczuga lśniła w słabym świetle, a każde jej kółeczko połyskiwało od skroplonej wilgoci. Wyglądał bardzo elegancko. Nad klamrę ozdobnego pasa funkcjonariusza wystawał nieco miękki brzuch – konsekwencja wczesnego wieku średniego. Efektem tego samego były pasma siwizny w jego brodzie. Czarne buty mężczyzny lśniły, a ich cholewki wykończono skórą barwioną wodorostami. Do standardowego wyposażenia należały jedynie długi miecz w pochwie oraz ciemnoczerwony płaszcz, oznaka jaletu – był apotekarzem, funkcjonariuszem odpowiedzialnym za zarządzanie licznymi organicznymi modyfikacjami imperialnymi. Resztę ekwipunku musiał kupić sobie sam, prawdopodobnie za iście bajońską sumę.
Wszystko to wskazywało, że chociaż jako signum przewyższałem go rangą, stojący przede mną człowiek górował nade mną nie tylko wiekiem i bogactwem, ale i prawdopodobnie widział podczas swojej kariery więcej, niż potrafiłem sobie wyobrazić. Nic dziwnego, że ktoś taki wyraził zdziwienie faktem, że śledcza wysłała na miejsce zdarzenia dwudziestoletniego chłopaka w dziurawych butach.
– Śledcza zazwyczaj nie bierze osobiście udziału w dochodzeniu, princepsie – wyjaśniłem. – Wysyła mnie, bym ocenił sytuację, i na podstawie mojego raportu wyciąga stosowne wnioski.
– Stosowne wnioski – powtórzył princeps.
– Właśnie – potwierdziłem.
Czekałem, aż pozwoli mi wejść do środka, ale on nadal stał w miejscu. Zacząłem się obawiać, że będę musiał wydać mu rozkaz. Nigdy wcześniej nie wydawałem bezpośredniego rozkazu urzędnikowi innej instytucji cesarstwa i niezbyt wiedziałem, jak to się robi.
– Tak jest – rzekł w końcu ku mojej uldze i wyjął z kieszeni mały, brązowy krążek z osadzoną pośrodku szklaną fiolką, z której sączył się czarny płyn. – Musisz się, panie, trzymać blisko mnie. Ta brama jest stara. Bywa kapryśna.
Odwrócił się w stronę wejścia dla służby, zaokrąglonego otworu w gładkiej, czarnej powierzchni ogrodzenia. Drugą stronę przejścia przesłaniała kurtyna z porośniętych włoskami, żółto-zielonych pnączy. Gdy princeps się do nich zbliżył, zadrżały dziwnie, niepokojąco, a potem się rozsunęły, żeby umożliwić nam przejście.
Trzymałem się blisko funkcjonariusza, pochylając głowę, by nie szorować nią o sklepienie bramy. Pnącza łaskotały mnie w kark. Wydzielały mdlący, słodkawy zapach. Prawdopodobnie zostały zmodyfikowane, by łaknąć mięsa, i gdyby princeps nie miał przy sobie swojego „klucza”, czyli fiolki z reagentem, roślina sparaliżowałaby nas albo nawet gorzej.
Wyszliśmy na wewnętrzny dziedziniec, gdzie półmrok świtu rozpraszało migotliwe światło dziesiątek latarni mai zwisających ze stromego dachu wielkiego domu posadowionego wysoko na wzgórzu. Budowlę opasywała weranda, a pajęczyna porośniętych ozdobnym mchem sznurów osłaniała okna posiadłości przed porannym słońcem. Szerokie, drewniane deski podłogi były lśniące i gładkie, a na wschodnim krańcu znajdowała się wydzielona część, coś w rodzaju miniaturowego pawilonu herbacianego wyposażonego w miękkie poduchy, tyle że za stolik służyła tu masywna czaszka zwierzęcia, przycięta tak, by jej szczyt tworzył równy blat. Dość upiorna ozdoba dla tak pięknego miejsca – a było to piękne miejsce, z pewnością najpiękniejszy dom, jaki kiedykolwiek widziałem.
Spojrzałem na princepsa, który zauważył moje zdumienie i uśmiechał się pod nosem. Poprawiłem za mały w ramionach płaszcz Jurysu. Nagle poczułem się głupio, wciśnięty w to błękitne okrycie, niedopasowane do mojej sylwetki, ponieważ nie znaleźli odpowiedniego dla mnie rozmiaru.
– Jak się nazywasz, princepsie? – zapytałem.
– Przepraszam, panie, zapomniałem się przedstawić. Otirios.
– Czy zidentyfikowano ostatecznie ciało zmarłego, Otiriosie? Bo zrozumiałem, że był z tym pewien problem.
– Tak sądzimy. Przypuszczamy, że to prefekt Taqtasa Blas z Inżynierii.
– Sądzicie? – powtórzyłem. – Przypuszczacie? A zatem nie jesteście pewni?
– Myślałem, że zostaliście poinformowani, że jego śmierć nastąpiła w wyniku modyfikacji. – Mówiąc to, mój rozmówca uciekł wzrokiem w bok.
– Owszem.
– No cóż, modyfikacje mogą utrudnić rozpoznanie ciała. – Ruszyliśmy przez drewniany mostek przerzucony nad strumykiem. – A nawet – dodał – uniemożliwić stwierdzenie, czy to jedno ciało. Właśnie po to jesteśmy tu my, apotekarze.
Wskazał na rozciągającą się przed nami mgłę, z której wyłuskałem wzrokiem postaci wędrujące po ogrodach. Były odziane w ciemnoczerwone płaszcze i peleryny, a w rękach trzymały coś na kształt klatek na ptaki, ale zamiast zwierząt umieszczono w nich delikatne paprocie.
– Sprawdzamy, czy nie doszło do skażenia – wyjaśnił Otirios. – Ale jak dotąd nie znaleźliśmy nic niepokojącego. Żadna roślina nie zbrązowiała ani nie uschła. Na terenie posiadłości brak śladów kontaminacji.
Apotekarz zaprowadził mnie do drzwi z papieru paprociowego. Kiedy się zbliżyliśmy, wydało mi się, że z głębi rezydencji dobiegł mnie przeciągły dźwięk. Krzyk, pojąłem.
– Co to? – zdziwiłem się.
– Prawdopodobnie służące. To one, cóż, dotarły tu pierwsze. Wciąż są dość poruszone, jak łatwo się domyślić.
– Czy to nie stało się już dobrych parę godzin temu?
– Tak, ale nadal są wzburzone. Zrozumiesz dlaczego, kiedy zobaczysz ciało.
Wsłuchując się w oszalałe, histeryczne zawodzenia, starałem się zachować kamienną twarz.
Nakazałem sobie panowanie nad emocjami. Jako funkcjonariusz Jurysu, imperialnego korpusu zarządzającego trybunałami i odpowiedzialnego za wymierzanie sprawiedliwości w całym cesarstwie, miałem obowiązek wejść do tego pięknego domu, nawet jeśli wypełniały go niepokojące odgłosy.
Otirios otworzył drzwi. Krzyki stały się głośniejsze.
Pomyślałem, że godność mojego urzędu wymaga, by moje siki pozostały w ciele, jednak obawiałem się, że jeśli ten raban nie ustanie, może się to okazać niemożliwe.
Princeps wprowadził mnie do środka.
Pierwszym, co uderzyło mnie w tym miejscu, była panująca wszędzie czystość. Nie chodziło o sam brak brudu, smug czy zacieków, ale o sterylność wszystkiego, na czym spoczął mój wzrok. Leżanki były zbyt gładkie i nieskazitelne, jakby nieużywane, a utkane z jedwabiu kwadratowe maty na podłodze wyglądały na nietknięte stopą. Całe wnętrze domu robiło wrażenie tak przytulnego i wygodnego jak skalpel chirurga.
Nie znaczy to, że nie panował w nim przepych. Z sufitu zwisały miniaturowe drzewka mai, których korony pełniły rolę żyrandoli. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Ich zmodyfikowane owoce, wypełnione robaczkami mai, jarzyły się błękitnym światłem, zalewając pomieszczenia migotliwym blaskiem. Przemknęło mi przez głowę, że w tym domu kosztowne musiało być nawet powietrze, i zaraz przekonałem się, że trafiłem w sedno – w róg każdego pomieszczenia wbudowano wielkie kirpisy, wysokie, czarne grzyby filtrujące. Ich grzybnie zasysały, a potem wydalały oczyszczone i schłodzone powietrze.
W głębi domu znów rozległy się wrzaski. Zadrżałem lekko. Nie miało to nic wspólnego z temperaturą panującą w rezydencji.
– Zgodnie z poleceniem śledczej zatrzymaliśmy w domu cały personel oraz świadków – powiedział Otirios. – Wnioskuję, że będziesz chciał ich przesłuchać, panie.
– Dziękuję, princepsie. Ilu ich jest?
– Łącznie siedmioro: cztery służące, kucharka, ogrodnik i gospodyni.
– Kto jest właścicielem posiadłości? Zakładam, że nie prefekt Blas?
– Nie, panie. Ten dom należy do klanu Hazów. Nie zauważyłeś insygniów? – Wskazał na mały symbol nad drzwiami wejściowymi, pióro pomiędzy dwoma drzewami.
Dało mi to do myślenia. Hazowie, jeden z najbogatszych rodów Imperium, posiadali rozległe terytoria w wewnętrznych pierścieniach. Oszałamiający luksus tego miejsca nabrał sensu, jednak reszta stała się jeszcze bardziej niezrozumiała.
– Hazowie i posiadłość w Daretanie? – zapytałem, szczerze zdezorientowany.
– Nie wiem, panie. – Otirios wzruszył ramionami. – Może gdzie indziej zabrakło im już domów do kupienia.
– Czy przebywa tu obecnie któryś z członków klanu?
– Jeśli tak, to cholernie dobrze się ukrywa. Gospodyni powinna wiedzieć coś więcej.
Podążyliśmy długim korytarzem aż do czarnych drzwi z kamiennego drewna.
W ich pobliżu unosił się słaby zapach słodkawej stęchlizny doprawionej nutą zjełczenia.
Poczułem szarpnięcie w żołądku i musiałem napomnieć się w duchu, że mam trzymać wysoko głowę i zachować stoicki wyraz twarzy jak prawdziwy asystent śledczego. A potem znów zganiłem się w myślach, bo przecież, do cholery, ja byłem prawdziwym asystentem śledczego.
– Pracowałeś wcześniej nad sprawami dotyczącymi czyjejś śmierci, panie? – zapytał Otirios.
– A co?
– Nic, po prostu jestem ciekaw, biorąc pod uwagę naturę tej sprawy.
– Nie, dotychczas zajmowaliśmy się ze śledczą głównie oszustwami finansowymi funkcjonariuszy w Daretanie.
– To nie wy byliście odpowiedzialni za to morderstwo w zeszłym roku? Pijany wartownik, który zaatakował kogoś na rogatkach?
Poczułem, jak napina mi się skóra na policzku.
– Urząd śledczego Jurysu został utworzony zaledwie cztery miesiące temu.
– Ach tak. A w poprzednim miejscu pracowaliście ze śledczą nad sprawami śmierci?
Mięsień na moim policzku naprężył się jeszcze mocniej.
– Po przybyciu śledczej zostałem wybrany spośród tutejszych sublimów na stanowisko jej asystenta. A więc nie.
Krok Otiriosa na mgnienie zmienił rytm.
– Och? A więc pracujesz dla śledczej Jurysu dopiero od czterech miesięcy?
– O co ci chodzi, princepsie? – zirytowałem się.
I znów ujrzałem igrający na wargach Otiriosa uśmieszek.
– No cóż, panie, ja osobiście nie chciałbym, żeby właśnie ten przypadek śmierci był moim pierwszym – oświadczył i otworzył drzwi.
Sypialnia dorównywała przestronnością i wspaniałością reszcie pomieszczeń w rezydencji. Królowało w niej szerokie łoże z miękkiego mchu, a za przepierzeniem z papieru paprociowego znajdowała się, jak się domyślałem, przestrzeń łaziebna. Nigdy nie widziałem niszy kąpielowej wewnątrz budynku, ale słyszałem o nich. W jednym rogu pokoju wisiała latarnia mai, a w drugim, naprzeciwko, stał kirpis. Obok dostrzegłem dwa kufry oraz skórzaną torbę, zapewne zawierające dobytek prefekta Blasa.
Jednakże to kępa liściastych drzew pośrodku stanowiła najniezwyklejszy element w tym pomieszczeniu. Najniezwyklejszy, ponieważ wyrastała z człowieka.
A raczej przerastała przez jego ciało.
Zwłoki tkwiły zawieszone pośrodku komnaty, przeszyte smukłymi pniami, ale zgodnie z zapowiedzią Otiriosa początkowo trudno było dostrzec w nich ludzkie ciało. Widoczne w gęstwinie fragmenty tułowia oraz lewej nogi zdawały się należeć do mężczyzny w średnim wieku, ubranego w purpurowe barwy Imperialnego Jaletu Inżynieryjnego. Brakowało mu prawego ramienia, a prawą nogę pochłonęło kłębowisko korzeni wgryzających się w posadzkę z kamiennego drewna.
Po chwili wpatrywania się w skołtunioną masę zaczęło mi się wydawać, że dostrzegam w niej różowawy guzek kości udowej.
Spojrzałem w dół. Na podłodze wokół drzewa rozlała się ogromna kałuża krwi, gładka i połyskliwa jak lustro z czarnego szkła.
Poczułem podrygi w żołądku, zupełnie jakby ożył w nim węgorz, który usiłował się wydostać na zewnątrz.
Zmusiłem się do skupienia i wzięcia oddechu. Pozostania powściągliwym i opanowanym. To teraz była moja praca, zapewniająca mi utrzymanie.
– Można bezpiecznie podejść, panie – zachęcił mnie Otirios trochę nazbyt radośnie. – Sprawdziliśmy całe pomieszczenie. Bez obaw.
Zbliżyłem się do zarośli, które okazały się nie skupiskiem cienkich drzewek, a kępą trawy o długich, elastycznych łodygach, podobnej do strzelisłomki, pustej, zdrewniałej rośliny, z której robiono rury i rusztowania. Wyglądało na to, że łodygi wyłoniały się spomiędzy barku i szyi Blasa. Dostrzegłszy zaplątane w nie kręgi, musiałem stłumić kolejną falę mdłości.
Najbardziej niezwykła była twarz prefekta. Zdawało się, że gdy pędy przebiły tors, rozgałęziły się, a jedna z odrośli przeszyła czaszkę, co przekrzywiło głowę Blasa pod upiornym kątem. Następnie roślina owinęła się powyżej jego górnej szczęki, pożerając twarz, nos i uszy. Z głowy zmarłego pozostała tylko obwisła w niemym krzyku żuchwa, a ponad nią z pofałdowanej kory wyłaniał się łuk zębów i podniebienia.
Przypatrzyłem się podbródkowi zmarłego. Znaczyły go cień szarawego zarostu i ledwie widoczna blizna po jakimś wypadku lub bójce. Spojrzałem na pozostałe części ciała. Lewą rękę porastały jasnobrązowe włoski, a skóra na palcach była pokryta odciskami i spękana od ciężkiej pracy. Spodnie tak mocno przesiąkły krwią, że zebrała się ona w bucie, wypełniając go niczym opiwino kielich.
Poczułem, że na włosy spadła mi jakaś kropla, i zadarłem głowę. Pędy przebiły dach domu, a mgła powoli wpływała do środka.
– Łodygi wystają jakieś dziesięć spanów ponad dach, jeśli chciałbyś wiedzieć, panie – poinformował mnie Otirios. – Przebiły się przez grube na cztery spany pokrycie jak przez rybi tłuszcz. Niezła siła wzrostu. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
– Jak długo to trwało? – zapytałem ochryple.
– Niecałe pięć minut. Tak twierdzi służba. Dom tak się trząsł, że myśleli, że to trzęsienie ziemi.
– Czy apotekarze dysponują czymś, co mogłoby spowodować coś takiego?
– Nie, panie. Owszem, Jalet Apotekarski posiada wszczepy i nasycenia modyfikujące wzrost roślin, które mogą na przykład skrócić dojrzewanie zboża do jednej czwartej cyklu rozwojowego bądź wpłynąć na plony, zwiększając trzy- lub czterokrotnie gabaryty owoców. Nigdy jednak nie stworzyliśmy substancji, która umożliwiłaby osiągnięcie pełnej dojrzałości rośliny w kilka minut. Nie mówiąc o takiej, która pobudziłaby jej wzrost we wnętrzu człowieka.
– Czy mamy powód przypuszczać, że śmierć Blasa jest wynikiem celowego działania?
– Trudno powiedzieć. Ale inżynier dużo podróżował, więc może przypadkowo coś połknął albo uległ skażeniu. Nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić.
– Czy odwiedzał jeszcze kogoś? Albo zetknął się z innym zainfekowanym urzędnikiem lub funkcjonariuszem cesarskim?
– Nic na to nie wskazuje. Z tego, co wiemy, przybył tu prosto z sąsiedniego kantonu, nie spotkawszy się z nikim po drodze.
– Czy kiedykolwiek odnotowano podobne skażenie?
Otirios wydął pogardliwie wargi.
– Cóż, kontaminacje występują w całym cesarstwie. Dziczejące wszczepy, wypaczone nasycenia, samoistne modyfikacje… Każdy przypadek jest inny. Musiałbym to sprawdzić.
– Jednak jeśli to skażenie, to powinno się rozprzestrzeniać, czyż nie?
– Taka jest natura skażeń, panie.
– A więc jak to możliwe, że dotknęło tylko jednego człowieka i nikogo więcej?
– Trudno w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie – przyznał Otirios. – Obecnie sprawdzamy poczynania Blasa. Wiemy, że przeprowadzał lustrację zewnętrznych kantonów, w tym murów morskich, dokonując oględzin konstrukcji. – Princeps zawahał się i urwał. – Niedługo pora deszczowa.
Skinąłem z kamienną twarzą. Nadciągająca pora deszczowa ciążyła nad zewnętrznymi kantonami, tak nieuchronna, że usiłowanie zignorowania tego byłoby równie skuteczne, jak próba zapomnienia o istnieniu słońca.
– I nikt nie przebywał w tym pomieszczeniu, zanim nie wszedł do niego Blas? – zapytałem. – Nikt nic nie dotykał?
– Naturalnie wchodziła tu służba. Musimy polegać na jej zeznaniach.
– Żadnych oznak wskazujących na próbę włamania do posiadłości?
– Nie, panie. To miejsce posiada więcej zabezpieczeń niż samo Cesarskie Sanktuarium. Nawet żeby się tu zbliżyć, trzeba posiadać klucze reagentowe.
Zastanowiłem się nad tym, przypominając sobie liczbę okien i drzwi w domu.
– Byłoby dobrze, gdyby udało ci się to wyjaśnić – odezwał się Otirios.
– Słucham?
– Doskonała sprawa, żeby wypłynąć. – Jego kolejny uśmieszek miał odcień okrucieństwa. – Bo przecież tego pragniesz? Awansu. To chyba cel każdego funkcjonariusza?
– Moim celem jest należyte wypełnianie obowiązków – odparłem.
– Ależ oczywiście.
Popatrzyłem na niego przeciągle.
– Zostaw mnie na chwilę samego, princepsie – poprosiłem. – Muszę wyryć to miejsce w pamięci.
Otirios zostawił mnie przy zmasakrowanych przez drzewo zwłokach i zamknął za sobą drzwi. Otworzyłem torbę mnemorytownika, którą zawsze nosiłem przy sobie. Wewnątrz znajdowały się rzędy zakorkowanych buteleczek zawierających po kilka kropel różnorakich płynów; niektóre były bladopomarańczowe, inne jasnozielone. Wydobyłem jedną, odkorkowałem ją i przyłożywszy do nosa, zaciągnąłem się mocno jej zawartością.
Ostry zapach ługu wypełnił moje nozdrza i wycisnął mi łzy z oczu. Wciągnąłem woń jeszcze raz, by pozostała wyraźna w mojej głowie. Potem zamknąłem oczy i zaczerpnąłem tchu.
Poczułem za oczami trzepot czy łaskotanie, jakby moją czaszkę wypełniła woda, w której kotłowały się małe rybki. Przywołałem wspomnienie. W uszach zaszemrał mi głos mojej zwierzchniczki:
– Kiedy dotrzesz na miejsce zdarzenia, Din, dokładnie je obejrzyj. Sprawdź wyjścia i wejścia. Przypatrz się wszystkiemu, czego mógł dotykać nieboszczyk. Myśl o zakamarkach, miejscach łatwych do przeoczenia, do pominięcia, o których wyczyszczeniu służba mogła nie pomyśleć.
Otworzyłem oczy, potoczyłem spojrzeniem po pomieszczeniu i skoncentrowałem się pilnie. Woń ługu nadal kłębiła mi się w czaszce. Studiowałem ściany, podłogę, ustawienie każdego mebla, układ każdego przedmiotu, linię każdego cienia, fałdę każdego koca – a dzięki skupieniu uwagi wszystkie te obrazy wryły mi się w pamięć.
Niebiańskie Cesarstwo Khanum dawno temu udoskonaliło sztukę kształtowania życia, formowania korzenia i gałęzi, ciała i kości. Tak jak grzyb kirpis został zmodyfikowany, by oczyszczać i chłodzić powietrze, tak ja jako cesarski mnemorytownik zostałem ukształtowany, by na zawsze pamiętać wszystko, czego doświadczałem w każdej chwili.
Patrzyłem i patrzyłem, od czasu do czasu wąchając trzymaną w dłoni fiolkę. Rytownicy zapamiętywali każdy widok, ale późniejsze przywoływanie tych wspomnień stanowiło zupełnie inną kwestię. Zapach wykorzystywano jako wskazówkę: podobnie jak zwyczajni ludzie rytownicy kojarzyli wspomnienia z wonią, więc później, kiedy szedłem z raportem do zwierzchniczki, otwierałem tę samą fiolkę, wypełniałem czaszkę tymi samymi oparami i używałem zapachu jako bramy wiodącej do zbioru przeżyć. Dlatego też niektórzy nazywali rytowników „wąchaczami szkła”.
Kiedy skończyłem z pokojem, podszedłem do kępy i przyjrzałem się pędom, mrużąc oczy. Obszedłem roślinę. Na jednej z łodyg zauważyłem biały kwiat – samotny, delikatny, ale jednak kwiat.
Zbliżyłem się do niego, uważając, żeby nie wdepnąć w kałużę krwi, i obejrzałem go uważnie. Wydzielał mdły zapach, który kojarzył mi się z wymiocinami po nadużyciu opiwina. Na błyszczących fioletem wewnętrznych płatkach żółciły się plamki, a ciemne pręciki były skręcone. Mały, paskudny kwiatek.
Następnie wydobyłem z bagaży wszystkie rzeczy Blasa i ułożyłem je przed sobą: sakiewkę z talintami, mały nóż, kilka koszul, kaftanów i spodni oraz pas. Do tego pochwę z mieczem imperialnym o ozdobnym jelcu, lekką kolczugę, zabraną przez prefekta prawdopodobnie na wypadek jakiejś nieprzewidzianej sytuacji – w końcu zbroję bojową trudno byłoby dźwigać w bagażu – a na koniec mały słoiczek z olejkiem.
Powąchałem jego zawartość. Aromat przebił panujący w tym miejscu smród. Przyprawy korzenne, liście oranżu, grzane wino, może kadzidło. Przymknąłem powieki, szukając w pamięci podobnego zapachu – i go odnalazłem.
Było to ponad rok temu. Leonie, moja przyjaciółka, podsunęła mi pod nos mały słoiczek.
– Olejki terapeutyczne. Do masażu i innych rzeczy. Żadna taniocha! – powiedziała wtedy.
Jednak naczynie Blasa było o wiele bardziej wyszukane niż tamto. Obróciłem je w dłoni, a potem wsunąłem z powrotem do torby. Robiąc to, zauważyłem coś, co wcześniej przeoczyłem: mały notes.
Serce mi zamarło. Wyjąłem książeczkę i ją przewertowałem. Kartki pokrywało drobne pismo, które byłoby ledwo czytelne dla większości ludzi. Drobne literki tańczyły i podrygiwały mi przed oczyma. Wiedziałem, że będę miał ogromne trudności z ich odczytaniem.
Spojrzałem przez ramię na zamknięte drzwi. Słyszałem głos Otiriosa w korytarzu. Skrzywiłem się i schowałem notes do kieszeni. Zabieranie dowodów z miejsca zdarzenia to poważne naruszenie zasad, ale ja miałem własny sposób na czytanie. Nie mogłem go wykorzystać tutaj.
Zajmę się tym później, powiedziałem sobie. A potem odłożymy notes na miejsce.
Następnie sprawdziłem pomieszczenie łaziebne.
Był to niewielki pokój, w którym znajdowała się balia z kamiennego drewna. Nad nią umieszczone było okienko, zbyt małe, aby ktokolwiek mógł przez nie wejść. Mimo to zanotowałem w duchu, żeby później zbadać trawę pod nim.
Spojrzałem na wiszące na ścianie lustro z polerowanego brązu i postukałem w nie, by się upewnić, że przylega do ściany. Przyjrzałem się rurom z łodyg strzelisłomki, po czym odsunąłem się, a potem powiodłem wzrokiem po ścianach i suficie, rozmyślając, w jaki sposób rury doprowadzają do balii gorącą wodę z odległego zbiornika. Uznałem, że to prawdziwy cud, epokowy wynalazek.
Zerknąłem przelotnie przez ramię, a potem odwróciłem się, żeby sprawdzić, czy dobrze widzę. Wzdłuż górnej krawędzi papierowego przepierzenia tu i ówdzie ciemniły się małe, czarne plamki – wykwity pleśni.
Nigdy nie widziałem, żeby na ściankach z papieru paprociowego pojawiła się pleśń. A już na pewno nie spodziewałem się znaleźć jej tutaj, na tak czystych i świetnie zakonserwowanych białych ścianach. Mieszkańcy obrzeży cesarstwa powszechnie stosowali ten papier jako budulec właśnie ze względu na jego odporność na pleśń i grzyb, a także lekkość, ponieważ kiedy ściany waliły się podczas trzęsień ziemi, lepiej było, żeby były z papieru niż z kamienia.
Przyjrzałem się uważnie pleśni i ponownie powąchałem fiolkę z ługiem, by łatwo przypomnieć sobie ten widok. Jeszcze raz spojrzałem na trupa, półczłowieka zastygłego w agonalnym krzyku. Kropla wody spadła przez dziurę w dachu na krawędź buta Blasa, a po cholewce spłynęła czerwona strużka, która powiększyła nieco jeziorko krwi na posadzce.
Mój żołądek znów boleśnie dał o sobie znać. Obróciłem głowę i spojrzałem w brązowe zwierciadło. Zamarłem. Z gładkiej tafli wpatrywało się we mnie oblicze.
Twarz w lustrze należała do bardzo młodego mężczyzny. Spod gęstej, czarnej czupryny wyglądały zatroskane, ciemne oczy okolone skórą o lekko szarawym odcieniu, typowym dla osoby poddanej znaczącym modyfikacjom. Delikatnie zarysowany podbródek, długi nos – regularne rysy, ani męskie, ani surowe, ani przystojne. Po prostu ładne, co wyglądało nieco dziwnie u osoby słusznych gabarytów.
Twarz ta nie pasowała do asystenta śledczego Jurysu. Nie pasowała do kogoś, kto miał prawo stać w tym miejscu, co najwyżej do chłopca bawiącego się w przebieranki i besztającego przedstawiciela władzy. Chłopca, któremu nigdy nawet się nie śniło, że będzie rozstawiać po kątach kogoś takiego.
Co stałoby się temu młodemu mężczyźnie, gdyby ktoś odkrył, jak dokładnie udało mu się dostać obecne stanowisko?
Mój żołądek skręcał się, podskakiwał, tańczył. Podbiegłem do okienka w pomieszczeniu łaziebnym, wychyliłem się i zwymiotowałem na trawę poniżej.
– Niech to szlag! – usłyszałem i sapiąc po wysiłku, spojrzałem w dół.
Dwóch funkcjonariuszy Apoteki stało w ogrodzie. Gapili się na mnie z nieskrywanym oburzeniem.
– Niech to… – stęknął jeden z nich.
– Cholera – warknąłem. Cofnąłem się do środka i zatrzasnąłem okno.
Z braku chusteczki otarłem usta podszewką płaszcza. Potem powąchałem plamę i przełknąłem trzy, cztery, pięć razy, usiłując zatrzymać w sobie kwaśny posmak i zapach. Ominąwszy ostrożnie kałużę krwi, podszedłem do drzwi sypialni i je otworzyłem, żeby wyjść. Przystanąłem jednak w progu.
Dobiegł mnie głos Otiriosa rozmawiającego z innym funkcjonariuszem Apoteki:
– …mikry, nadęty kutas, ledwo co pozbył się mleka spod nosa – mówił princeps. – To chyba o nim słyszałem od innych sublimów. Ponoć najgłupszy z nich, już ze sto razy omal nie wyleciał. Nie mogę uwierzyć, że pracuje dla śled…
Ruszyłem w stronę głosów.
– Princepsie.
Gdy wyłoniłem się zza zakrętu, Otirios niezgrabnie stanął na baczność.
– T-tak, panie?
– Zanim porozmawiam ze świadkami, zamierzam obejrzeć dom i teren wokół niego – oznajmiłem. – W tym czasie proszę umieścić świadków w osobnych pomieszczeniach i dopilnować, żeby nie mogli się porozumiewać. Niech wasi funkcjonariusze pilnują również wszystkich wyjść, na wypadek gdyby ktoś jednak posiadał niezarejestrowany klucz reagentowy i usiłował dostać się do posiadłości lub ją opuścić.
Otirios zbladł, wyraźnie niezadowolony z perspektywy zarządzania liczną grupą przez tak długi czas. Otworzył usta, by zaprotestować, po czym zamknął je niechętnie.
– I jeszcze jedno, princepsie. – Uśmiechnąłem się do niego szeroko. – Niezmiernie doceniam pańskie wsparcie.
Odchodząc, nie przestawałem się szczerzyć. Nigdy dotąd nie wydałem podobnego rozkazu, ale bardzo mi się to spodobało. Nie mogłem co prawda zganić Otiriosa, gdyż należał do innego jaletu, osobnej jednostki administracyjnej, ale mogłem przydzielić mu gówniane zadanie, przy którym utknie na dłuższy czas.
Wędrowałem po rezydencji, od czasu do czasu wąchając fiolkę. Sprawdzałem każdy korytarz i każde pomieszczenie. Niezmiennie natykałem się na insygnia rodu Hazów – pióro pomiędzy drzewami.
Hazów z pewnością stać było na kirpisy w każdym większym pomieszczeniu, jednak ten przy kuchni w zachodnim końcu budynku zwiądł i usechł. Zanotowałem ów fakt, po czym ruszyłem dalej, starannie sprawdzając okna i drzwi. Zauważyłem, że większość z nich wykonano z papieru paprociowego. Wszystkie były śnieżnobiałe i prawdopodobnie warte więcej niż moja miesięczna pensja.
Przeszedłem przez kuchnię i wtedy zauważyłem coś pod piecem: plamkę krwi. Dotknąłem jej delikatnie. Wciąż była wilgotna i ciemna. Oczywiście krew w kuchni to nic nadzwyczajnego, ale wyryłem sobie ten obrazek w pamięci. Następnie wyszedłem na zewnątrz.
Ogrody urządzono z pietyzmem i smakiem. Zaprojektowano je tak, by ich teren przecinały strumyki, nad którymi w malowniczych miejscach przerzucono urokliwe mostki. Widoki jak z bajek o wróżkach dla dzieci, a mimo to, wędrując ścieżkami i kiwając głową wciąż szukającym skażenia apotekarzom, nie znalazłem nic ciekawego.
W końcu dotarłem do miejsca, gdzie zwymiotowałem przez okno, i sprawdziłem, czy w trawie nie kryją się ślady drabiny lub czegoś podobnego. Również i tu nic nie znalazłem.
Na koniec zostawiłem sobie domek dozorcy. Uroczy jak wszystko wokół, został zbudowany z paneli paprociowych. Na półkach zieleniły się maleńkie roślinki, które dozorca najwyraźniej rozmnażał. Do tego kolorowe kwiatki – niektóre świeże, inne już więdnące. W chatce znajdował się całkiem spory gliniany piec. Zajrzałem do środka i na jego dnie zauważyłem popiół, a gdy dotknąłem cegły, odkryłem, że jest jeszcze lekko ciepła, jakby węgle tliły się przez noc.
Ponownie obszedłem ogrody, aby sprawdzić, czy zobaczyłem wszystko, co było do zobaczenia. Następnie rozejrzałem się i upewniłem, że jestem sam. Potem wyciągnąłem z kieszeni notes Blasa.
Otworzyłem go, przymrużyłem oczy, wpatrując się w roztańczone słowa, i zacząłem czytać na głos.
– S-segment muru… 3C – mamrotałem. – D-data inspekcji: czwarty egina… d-dwie t-tony piasku, dwie tony gliny…
Czytałem mozolnie, zacinając się na drobnych literkach i słuchając własnego głosu. Miałem duże problemy z lekturą i zapamiętywaniem tekstu, ale jeśli odczytywałem go na głos i słuchałem słów, mogłem je zapisać w pamięci, podobnie jak wszystko inne, co słyszałem.
Zapoznałem się z wszystkim tak szybko, jak zdołałem. Był to głównie zapis z inspekcji prefekta z wpisami takimi jak: „ck. 6 do 8 egina, mosty Paytasız w północnej części kantonu Tala – wszystkie przejezdne” itd. Najwyraźniej w miesiącu egin, ponad cztery tygodnie temu, Blas był bardzo zajęty. Nie miałem pojęcia, czy w zapiskach znajdowało się coś istotnego, ale jako mnemorytownik miałem obowiązek wyryć wszystko w pamięci.
Skończywszy zapamiętywać notes, ruszyłem w stronę domu, po drodze pokonując kolejne mostki. Nigdy wcześniej nie przesłuchiwałem świadków w sprawie czyjejś śmierci, a już na pewno nie służbę szlacheckiego rodu. Zastanawiałem się, jak zacząć.
W jednym ze strumieni wychwyciłem swoje odbicie, poszarpane i rozmyte przez nurt. Przystanąłem na mostku.
Nie spieprzmy tego, dobra? – przykazałem swojej falującej twarzy.
Pokonawszy ostatnią kładkę, wróciłem do domu.
Jako pierwsze przycisnąłem dziewki służebne, ponieważ to one miały dostęp do pokoju Blasa. Zacząłem od rozhisteryzowanej chudzinki o wąskich ramionach i cienkich nadgarstkach. Trudno mi było sobie wyobrazić, jak ktoś o tak nikłej posturze nosił góry naczyń po tych długich korytarzach. To ona przybiegła, usłyszawszy krzyki Blasa. Powiedziała, że jego wołania o pomoc rozległy się o ósmej rano, tuż przed śniadaniem.
– Wołał o pomoc? – upewniłem się.
Skinęła, a łza, która spłynęła jej po policzku, zawisła niepewnie w zagłębieniu przy skrzydełku nosa.
– Mówił, że… że boli go za mostkiem. Że ciężko mu złapać oddech. Schodził na śniadanie, ale zawrócił z drogi do pokoju. Weszłam tam; chciałam, żeby się położył na podłodze, a wtedy… wtedy…
Pochyliła głowę, a niezdecydowana łza spłynęła jej po wardze. Potem rozpłakała się na dobre.
– Prze-przepraszam. – Łkała, bezskutecznie starając się opanować. – Z-zapomniałam zapytać. Napije się p-pan h-herbaty?
– Ach, nie, bardzo dziękuję.
Nie wiem dlaczego, ale moja odmowa wywołała w niej kolejną falę szlochów. Odczekałem, aż się uspokoi, a ponieważ nie przestawała płakać, pozwoliłem jej odejść.
Zawołałem następną osobę, starszą służącą. Ephinas usiadła powoli. Poruszała się ostrożnie, z namysłem, jak ktoś nawykły do tego, że jest stale obserwowany. Potwierdziła wersję pierwszej służącej. Blas przybył późnym wieczorem, wziął kąpiel i poszedł spać. Wszystko wydawało się zupełnie normalne aż do rana, kiedy zaczął wołać o pomoc. To nie Ephinas do niego poszła, więc nie wiedziała nic więcej. Ożywiła się jednak, gdy zapytałem, czy Blas zatrzymywał się tu wcześniej.
– Tak. – Pokiwała głową. – Państwo często pozwalali mu tu nocować. Dobrze się znali.
– Czy ten pobyt różnił się od poprzednich? – zapytałem. – O ile się różnił.
– No tak – przytaknęła po chwili wahania.
– W jaki sposób?
Znów wahanie.
– Tym razem zostawił nas w spokoju – wyznała cicho. – Może po prostu nie zdążył nic zrobić.
Kaszlnąłem i zaciągnąłem się wonią z fiolki, licząc, że nie zauważy, jak się rumienię.
– Powiedz mi o tym coś więcej, proszę.
Powiedziała. Z jej słów wynikało, że Blas był wstrętnym sukinsynem, który dobierał się do służących, gdy tylko udało mu się je zdybać na osobności. Ephinas nie wiedziała na pewno, czy któraś z dziewcząt odwzajemniła jego zainteresowanie, ale w to wątpiła, choć wszystkie traktował tak samo.
– Co było powodem jego wizyty tutaj? – zapytałem.
Spuściła wzrok.
– Jest przyjacielem państwa Hazów.
– Przyjacielem… I to wszystko? To jedyny powód, dla którego tu przyjechał?
– Tak.
– Czy to nie dziwne, że gość nocuje w domu podczas nieobecności gospodarzy?
Zerknęła na mnie lekceważąco, a potem zmierzyła wzrokiem moje ciało, zatrzymując się dłużej na tanich butach i przyciasnym płaszczu.
– Wśród arystokracji to nic niezwykłego.
Najwyraźniej nawet służący uważali się za bardziej światowych ode mnie. No cóż, pewnie mieli rację.
Zadałem jej jeszcze kilka pytań, ale im dłużej ją wypytywałem, tym oszczędniejszych udzielała odpowiedzi, coraz bardziej zamykając się w sobie. Zanotowałem to w myślach i kontynuowałem przesłuchania następnych służących.
Zapytałem pozostałe dziewczęta o awanse Blasa. Wszystkie potwierdziły, że je napastował, ale powiedziały także, że jedyny kontakt z nim miały podczas tych nieprzyjemnych chwil. Żadna nie miała do dodania nic więcej.
– Nie słyszałam ani nie widziałam nic szczególnego przed jego śmiercią – stwierdziła ostatnia kategorycznie. Była odważniejsza, głośniejsza i gniewniejsza od pozostałych. Zdecydowanie mniej skora znosić w milczeniu przykrości, jakie bywają udziałem służby. – Na pewno nie w nocy.
– Jesteś pewna?
– Na pewno – potwierdziła. – Prawie nie spałam tej nocy.
– O? Dlaczego?
– Było mi gorąco. Strasznie gorąco.
Zastanowiło mnie to.
– Śpisz w pobliżu kuchni?
– Tak, a co?
– Ponieważ tamtejszy kirpis więdnie. Może dlatego było tak gorąco?
– Kolejny zamiera? – Zdawała się zaskoczona.
– A to nie pierwszy?
– Są bardzo wrażliwe na nadmiar wody. Jak mają zbyt mokro, więdną i zdychają.
– Mokro? W jakim sensie?
– W każdym. Za dużo deszczu, za duża wilgoć… Wystarczy zostawić w pobliżu grzyba otwarte okno czy drzwi i od razu zaczyna chorować. Szczególnie teraz, gdy zbliża się pora deszczowa. Kirpisy są kapryśne jak cholera.
Odchyliłem się na oparcie i skupiłem mocno. Poczułem trzepotanie na obrzeżach świadomości, po czym przywołałem obrazy z przeszukania domu. Każde pomieszczenie pojawiało się w mojej pamięci jasno i wyraźnie niczym mucha uwięziona w kropli miodu. Nie widziałem żadnych otwartych okien ani drzwi. Co więc mogło spowodować więdnięcie kirpisów?
– Czy ty albo ktoś inny zamykał jakieś okno lub drzwi po śmierci Blasa?
Spojrzała na mnie niepewnie.
– Po tym, co zobaczyliśmy, panie, ledwie mogliśmy ustać na nogach, o pracy nie wspominając.
Uznałem to za zaprzeczenie, czyli że nie, nie zamykali żadnych drzwi ani okien, a potem kontynuowałem przepytywanie.
Gdy skończyłem ze służącymi, zabrałem się ostro za przesłuchiwanie kucharki. Pytanie o ślady krwi w kuchni nie wywarło na niej żadnego wrażenia.
– A jak myślisz, panie, skąd mogła się wziąć krew w kuchni? – zripostowała.
– Zraniłaś się?
– Nie, oczywiście, że nie. Jestem na to za stara i zbyt doświadczona. I zbyt dobra. Jeśli była tam jakaś krew, to pewnie z tego lardacza, co mu go robiłam na śniadanie. Tego, którego nie zjadł.
– Ryba? Na śniadanie? – Skrzywiłem się z niesmakiem.
– Lubił lardacze – odparła. – Podobno trudno o nie tam, gdzie pracował, przy murach. – Nachyliła się w moją stronę. – Jak dla mnie to ten cały Blas przywlókł coś stamtąd, spod murów morskich. Jakiegoś pasożyta albo inne świństwo. Jak sobie pomyślę, co za tałatajstwo tam żyje… No przecież po coś te mury postawili. Sanktuarium jedno wie, jakie dziwactwa można stamtąd przywlec!
– Nic się tu nie przedostanie. Od tego są właśnie te mury.
– Tak? Ale kilka lat temu zrobił się wyłom – powiedziała zachwycona, że może podzielić się taką okropnością. – Jeden z tych potworów się przedostał i zdążył zniszczyć miasto na południe stąd, zanim Legion go zabił. Teraz drzewa, które tam rosną, zaczęły kwitnąć, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiły. Bo te drzewa po prostu nie kwitną.
– Jeśli można, chciałbym wrócić do wydarzeń z zeszłej nocy…
– Wydarzeń! – Prychnęła drwiąco. – Gość się skaził i tyle. O czym tu więcej mówić?
Przycisnąłem ją mocniej, ale nie powiedziała mi już nic ciekawego, więc pozwoliłem jej odejść.
Potem wziąłem w krzyżowy ogień pytań ogrodnika Uxosa. Okazało się, że nie tylko dozoruje posiadłość, ale wykonuje też różne dziwne prace przy domu, naprawia ściany i drzwi z papieru paprociowego. Był bardzo zahukany i chyba za stary na dozorcę. Wydawał się przerażony na samą myśl o naprawach zniszczeń dokonanych przez roślinę w sypialni.
– Nie wiem nawet, co to za drzewo – poskarżył się. – W życiu czegoś takiego nie widziałem.
– Zakwitło – powiedziałem. – Wypuściło mały, biały kwiatek. – Opisałem fioletowo-żółte wewnętrzne płatki i mdlący, słodkawy zapach. Pokręcił głową.
– Nie, nie kojarzę takiego kwiatka. Ani drzewa. Nic o nim nie wiem.
Gdy zapytałem go o kirpis, powtórzył to, co mówiła służąca: że takie rośliny więdną od nadmiaru wody. Nie wiedział, w jaki dokładnie sposób stało się to w tym wypadku.
– Może ktoś go przelał? – zasugerował. – Albo wylał do niego napitek? To kosztowne grzyby, ale czasem tak się zdarza. Są bardzo wymagające w pielęgnacji. Chłodzenie powietrza to skomplikowany proces. Do tego na korzeniach rosną im takie czarne owoce, które trzeba wybierać…
W końcu zadałem mu też pytanie o piec w chatce i popiół na ruszcie.
– Oczyszczam narzędzia ogniem – wyjaśnił. – Niektóre rośliny są bardzo delikatne i łatwo zarażają się grzybami jedna od drugiej. Dlatego wkładam sprzęt w ogień, żeby go oczyścić.
– Nie ma do tego specjalnych płynów? Jakiegoś mydła czy czegoś innego do oczyszczania narzędzi?
– To kosztowne. Ogień jest tani.
– Hazowie chyba nie dbają za bardzo o wydatki?
– Patrzą na pieniądze, oj, patrzą. Jak człowiek dużo kosztuje, to go zwalniają. A ja bardzo się staram być tani. Nie chcę odchodzić.
Zauważyłem troskę w jego oczach. Wiedział, że jest już stary, za stary na dozorcę. Przycisnąłem go jeszcze, ale nie miał już nic więcej do powiedzenia, pozwoliłem mu odejść.
Na koniec zostawiłem sobie ochmistrzynię, panią Gennadios, która ponoć trzęsła rezydencją pod nieobecność właścicieli. Starsza kobieta, o pomarszczonej, mocno wymalowanej twarzy miała na sobie kosztowną, jasnozieloną szatę z miękkiej, lśniącej tkaniny – sazyjskiego jedwabiu, który wyrabiano w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa. Po wejściu zatrzymała się tuż za progiem i otaksowała mnie chłodnym, przenikliwym wzrokiem. Dopiero potem usiadła sztywno, ze złączonymi kolanami, nogami pod kątem, dłońmi na podołku, ściągniętymi ramionami i spojrzeniem wbitym w róg pomieszczenia.
– Coś nie tak, pani? – zapytałem.
– Chłopiec – wypuściła słowo tonem suchym i napiętym niczym cięciwa. – Przysłali nam chłopca.
– Nie bardzo rozumiem?
Znowu oszacowała mnie kątem oka.
– I ktoś taki uwięził nas we własnym domu, w domu moich państwa, i nie pozwolił ruszyć tego przeklętego trupa. Wielki, przerośnięty dzieciak.
Zamilkła na długą, lodowatą chwilę.
– Ktoś w tym domu zginął, pani. Potencjalnie z powodu skażenia. Czegoś, co mogło zabić również i was. Nie chcesz, byśmy to zbadali?
– To gdzie wobec tego jest śledczy, który powinien zbadać tę sprawę?
– Śledcza nie mogła przybyć osobiście. Przysłała mnie, abym zebrał informację i złożył jej szczegółowy raport z wizji miejsca zdarzenia.
Obdarzyła mnie spojrzeniem przypominającym to, którym węgorz kontempluje rybę przepływającą przed jego jaskinią.
– No to zadaj mi te swoje pytania, panie – ponagliła mnie. – Mam dużo pracy, muszę załatać tę przeklętą dziurę w dachu. No dalej.
Zaciągnąłem się zapachem z fiolki i zapytałem o charakter pobytu Blasa. Zareagowała wzruszeniem ramion, najdrobniejszym i najmniej szczerym, jakie w życiu widziałem.
– Jest przyjacielem państwa Hazów.
– Jedna ze służących powiedziała to samo – zauważyłem.
– Bo to prawda.
– Tymi samymi słowami.
– Bo to prawda.
– Wasi państwo często zezwalają przyjaciołom nocować w swoich domach?
– Państwo Hazowie mają wielu przyjaciół i wiele domów. Czasami ich przyjaciele się tu zatrzymują.
– I nikt z rodziny nie zamierzał się tu z nim spotkać?
– Moi państwo – rzekła z wyższością – wolą przebywać w bardziej cywilizowanych okolicach niż ten kanton.
Odpuściłem i przeszedłem do kolejnych pytań, tym razem o to, gdzie są przechowywane należące do służby klucze reagentowe.
– Wszystkie zamykamy na noc. Jedynie ja i Uxos posiadamy przy sobie komplet na wypadek nieprzewidzianych okoliczności.
Wypytałem ją o zapasowe klucze, o ich ewentualne dorabianie i tak dalej, ale odrzuciła moje sugestie jako coś niemożliwego.
– A modyfikacje? Czy ktoś ze służby posiada wszczepy imperialne?
– Oczywiście. Poprawiające odporność i przeciwpasożytnicze. Ostatecznie mieszkamy na Obrzeżach.
– Nic bardziej zaawansowanego?
Pokręciła głową. Zrobiło mi się nieprzyjemnie gorąco. Nie podobało mi się to, jak mało się ruszała, i fakt, że cały czas siedziała wyprostowana, jakby kij połknęła. Głowę przekrzywiała tylko tyle, żeby zerknąć na mnie przelotnie kątem oka jak jakieś cholerne ptaszysko.
– To może powiesz mi przynajmniej, pani, jakie relacje łączą prefekta z rodziną Hazów?
– Przyjaźnili się – powtórzyła dobitnie.
– Od jak dawna?
– Nie znam charakteru każdej znajomości moich państwa, nie mnie to osądzać.
– A wielu mają przyjaciół w Daretanie?
– Owszem. W różnych jaletach, jeśli o to chodzi. – Łypnęła na mnie złowrogo. – Wielu na wyższych stanowiskach niż twoje.
Uśmiechnąłem się uprzejmie, choć groźba w jej głosie wybrzmiała wyraźnie. Ponieważ nie zdołałem z niej wydobyć nic więcej, zakończyłem przesłuchanie.
I to by było na tyle – świadkowie przesłuchani, ruchy służby prześledzone, godziny wejść i wyjść ustalone. Jedynym, który przybył do posiadłości w ciągu minionego dnia, był prefekt Taqtasa Blas, który zawitał w progi tego domu tuż po jedenastej w nocy dwudziestego dziewiątego dnia miesiąca skalasi. Zaraz po przyjeździe wziął kąpiel i położył się spać. Obudził się nazajutrz, trzydziestego skalasiego, wyszedł z pokoju, aby udać się na śniadanie, ale zawrócił i umarł w niewyobrażalnie koszmarny sposób. Chociaż uważałem, że wykonałem całkiem niezłą robotę – może poza rozmową z ochmistrzynią – nie potrafiłem wyciągnąć żadnych wniosków na temat tego, co tu zaszło. Nie wiedziałem, czy Blas zastał zamordowany, a nawet czy okoliczności jego śmierci były w ogóle podejrzane.
Skażenia się przytrafiały, szczególnie tym, którzy pracowali przy murach morskich.
W drodze do wyjścia zatrzymałem się jeszcze w sypialni. Chciałem ponownie rzucić okiem na zwłoki, ale przede wszystkim odłożyć notes Blasa na miejsce. Czułem się dziwnie, wsuwając dziennik z powrotem do torby, jakby zastygła w krzyku twarz za mną śledziła moje poczynania. Mimo strasznego stanu zwłok ten wyraz bólu był tak wyraźny, jakby nieboszczyk nadal czuł pędy rośliny, które wiją się wewnątrz niego i rozrywają jego ciało.
Na zewnątrz podziękowałem Otiriosowi, który miał odprowadzić mnie do bramy dla służby.
– Czy możemy już zabrać ciało do zbadania? – zapytał.
– Raczej tak, ale niech wszyscy świadkowie pozostaną jeszcze na terenie posiadłości. Po wysłuchaniu raportu śledcza prawdopodobnie będzie chciała wezwać niektórych, żeby przesłuchać ich osobiście.
– Świetnie ci poszło.
– Słucham?
– Jeśli mogę zauważyć, to świetnie sobie poradziłeś z tym dochodzeniem, panie. – Uśmiechnął się do mnie promiennie jak dumny starszy brat. Taką familiarność widywałem dopiero po czwartym dzbanie opiwina. – Choć jeśli mogę ci coś doradzić, to sugeruję następnym razem nieco większą życzliwość w obejściu. Widywałem grabarzy przystępniejszych od ciebie.
Aż przystanąłem i spojrzałem na niego. Po chwili wznowiłem wędrówkę malowniczymi ścieżynkami aż do bluszczobramy.
– Ciągle jednak zachodzę w głowę… – odezwał się Otirios już po drugiej stronie muru.
– Tak, princepsie? Jaką to kolejną światłą radę dla mnie masz?
– Czy nie byłoby łatwiej, gdyby śledcza przybyła tu osobiście?
Spojrzałem na niego groźnie.
– Nie – odrzekłem bez wahania. – Zapewniam cię, princepsie, nie byłoby łatwiej, gdyby śledcza przybyła tu osobiście. I mówię to z pełnym przekonaniem. – A ruszywszy z powrotem w drogę, mruknąłem: – Uwierz mi na słowo, absolutnie nie byłoby łatwiej.
W Daretanie nie było miasta jako takiego, raczej skupisko zabudowań jaletów imperialnych, mieszczące się przy skrzyżowaniu głównych traktów. Obejmowało liczne parcele, magazyny i stodoły, w których trzymano materiały oraz żywiec, nieustannie transportowane pod mury morskie. Tego popołudnia panował tu zwykły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku końskiego cielska. Meandrowałem skrajem miasta na południe, przystając, żeby przepuścić wozy i furmanki, aż ujrzałem znajomy widok – konie o brzuchach umazanych miedziano-brązowym błotem, roje brzęczących much, przepoceni legioniści, inżynierowie i funkcjonariusze innych jaletów wykrzykujący nazwiska oraz rozkazy, nie przejmując się, czy ktokolwiek ich słyszy i czy ich wrzaski przykuwają czyjąkolwiek uwagę. Kłaniałem się, kiwałem głową, znów kłaniałem, znów kiwałem głową, aż w końcu wydostałem się z tej kotłowaniny i zanurzyłem w gęstwinę dżungli.
W lesie było ciemno, a powietrze falowało od gorąca. Słońce minęło już zenit, a łodygi jego bladego światła przebijały się przez zielony baldachim listowia. Odnalazłem wąską ścieżkę prowadzącą do domu mojej zwierzchniczki i podążyłem nią, witany odgłosami ciskożab i chrząszczy. W pewnej chwili skąpane w parze listowie się rozstąpiło, a ja ujrzałem ocienioną kwaterę mieszkalną z formobluszczu.
Zacząłem iść pomiędzy pniakami. Gdy około cztery miesiące temu moja pani przybyła do kantonu objąć stanowisko tutejszej śledczej Jurysu, inżynierowie wycięli drzewa, a potem stworzyli dla niej dom z formobluszczu, specjalnie zmodyfikowanego pnącza, które apotekarze potrafili zmusić do wyrastania w konkretnym kształcie. Pokonywałem tę drogę tak często, że szedłem po własnych śladach. Moja zwierzchniczka nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamieszkała.
Wspiąłem się na schodki frontowe i zobaczyłem leżącą przed wejściem stertę książek obwiązanych sznurkiem. Domyśliłem się, że to przesyłka z poczty daretańskiej. Pochyliłem się i odczytałem kilka tytułów. Jak zwykle litery tańczyły mi przed oczami, utrudniając złożenie ich w słowa, a falujące światło w lesie nie ułatwiało sprawy, jednak udało mi się odczytać Zestawienie transferu dóbr ziemskich kantonu Qabirga w latach 1100–1120 oraz Teorie związane ze wzrostem masy czmychokraba wschodniego od roku 800.
– Co jest? – mruknąłem, a potem zamilkłem, nasłuchując.
Dobiegł mnie rechot ciskożaby, a potem niski zaśpiew mikowronka, ale naraz uświadomiłem sobie, że słyszę jeszcze inny dźwięk, męski pomruk, którego źródło znajdowało się w domu.
Przycisnąłem ucho do drzwi i usłyszałem wyraźniej najpierw głos mojej zwierzchniczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdradzał zaniepokojenie, wręcz zdenerwowanie.
– Niech to szlag – zakląłem. – Wyszła, by złapać kolejnego…
Otworzyłem i wpadłem do środka.
Tym, co zawsze jako pierwsze rzucało się w oczy we wnętrzu formobluszczowego domku, były książki. Cała masa książek – na półkach, w stertach, istne góry tomów na wszelkiego rodzaju enigmatyczne tematy. Moja zwierzchniczka dosłownie żyła na książkach, często używając ich jako biurka czy nocnego stolika. Musiała nawet wydrążyć sobie w nich grotę, żeby postawić łóżko.
Rozejrzałem się po przełęczach tomów i przedarłem na tyły domku, do gabinetu. Już z daleka zauważyłem stopy kogoś siedzącego tam na krześle, obute w lśniące, czarne oficerki. Skrzywiłem się na ten widok, po czym przygładziłem włosy i wszedłem do środka.
Pomieszczenie wyglądało jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia. Spowijała je plątanina pędów roślin doniczkowych, wielu egzotycznych i równie wielu na wpół uschniętych. Do tego wszędzie walały się instrumenty strunowe w różnych stadiach rozkładu. Tego dnia na niewielkim wyściełanym stołku siedział jakiś kapitan inżynierów: chudy, w średnim wieku i śmiertelnie przerażony.
Powód jego lęku był oczywisty, ponieważ uczucie to ogarnia większość ludzi, gdy tylko znajdą się w obecności mojej zwierzchniczki. Immunisa Anagosa Dolabra, śledcza Jurysu kantonu Daretana, siedziała na podłodze tyłem do kapitana, pracując nad jednym ze swoich projektów. Urządzenie składało się z plątaniny drutów i struny. W moich oczach wydawało się pozbawione sensu. Najprawdopodobniej rozmontowała jedną ze swoich harf situr – była zapaloną, choć niedbałą muzyczką – i konstruowała z niej coś w rodzaju krosna.
– Mówiłam ci, Din, i to nie raz – odezwała się. – Zawsze pukaj.
Wyprężyłem się na baczność, splotłem ręce za plecami, ściągnąłem ramiona i wyprostowałem kolana.
– Wydawało mi się, że słyszę głosy, pani. Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
– Och, nie ma się czym martwić. – Spojrzała przez ramię, uśmiechając się szeroko, a pasmo śnieżnobiałych włosów opadło jej na policzek niczym pióropusz egzotycznego ptaka. Stałem wyprostowany, choć nie była w stanie mnie zobaczyć przez szkarłatną przepaskę na oczach. – Prowadzimy z kapitanem niezwykle zajmującą konwersację – stwierdziła.
Funkcjonariusz łypnął na mnie ze zgrozą.
– Ach tak? – skwitowałem.
– Tak! – potwierdziła i znów zajęła się swoją pracą. – Drogi kapitan nadzoruje prace nad siecią rowów nawadniających w Daretanie. Podczas robót jego ekipa odkryła ruiny sprzed wieków, pozostałości po konstrukcjach zbudowanych przez ludzi zamieszkujących te tereny przed przyłączeniem ich do Imperium. Czy nie tak, kapitanie Tischte?
Biedak wbił we mnie przelęknione oczy i poruszył bezgłośnie ustami, które ułożyły się w słowo: „Pomocy!”.
– Co ciekawe – ciągnęła Ana – najwyraźniej część budynków wzniesiono, układając cegły w jodełkę, która to technika wymaga znacznie mniej zaprawy niż zwykle! Czy to nie fascynujące?
Kapitan rozpaczliwie gestykulował, wskazując na wyjście.
– Niezwykle fascynujące, pani – przytaknąłem.
– Szczególnie że – podjęła – dawno już ukułam teorię, że większość Kurminów zamieszkujących obecnie trzeci pierścień cesarstwa wyemigrowało właśnie stąd, zanim te ziemie włączono do Imperium. To znalezisko potwierdza moje przypuszczenia, zważywszy, jak powszechna w kantonie Kurmin jest technika układania cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do wewnątrz – machnęła ręka w kierunku wschodnim – jest zrozumiała… No bo przecież tylko w ten sposób można było postąpić, chcąc przetrwać.
Kapitan przestał wymachiwać rękoma, ponieważ jego wzrok padł na leżącą przy stołku tacę okrytą kawałkiem płótna. Zanim zdążyłem go powstrzymać, uniósł tkaninę i zagapił się ze zgrozą na to, co znajdowało się pod spodem: szklany słoik z zakonserwowanym wróblem jipti, którego Ana złapała kilka tygodni wcześniej, a następnie go zabiła i przeprowadziła jego autopsję. Kapitan wypuścił płótno z drżącej ręki.
Zacząłem gorączkowo zmyślać historyjkę.
– Właściwie to – odchrząknąłem – idąc tu, natknąłem się na paru inżynierów.
– Doprawdy?
– Tak, pani. Mówili, że szukają kapitana Tischte’a, ponoć jest pilnie potrzebny.
Ana przerwała na moment pracę nad ustrojstwem i przekrzywiła głowę na bok.
– Hm. Nieprawda. To kłamstwo, Din. Jesteś fatalnym kłamcą, słychać to w twoim głosie. Ale! Muszę przyznać, że poza informacją o technice jodełkowej kapitan Tischte nie miał zbyt wiele do powiedzenia i zaczął mnie już nudzić. – Odwróciła ku niemu twarz strojną w przepaskę oraz szeroki uśmiech. – Może pan iść, kapitanie. Dziękuję za dotrzymanie mi towarzystwa.
Kapitan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jawnego zbulwersowania skłonił się i wydusił „Pani”, po czym czmychnął w stronę wyjścia.
Pobiegłem za nim, zastanawiając się, w jaki sposób tym razem naprawić wyrządzone szkody.
– Proszę wybaczyć, panie – zacząłem. – Nie istnieje usprawiedliwienie dla…
– Usprawiedliwienie! – zaskrzeczał tuż za progiem. – Nic nie jest w stanie usprawiedliwić czegoś takiego! Wysłała mi list, żebym pojawił się tu z jakimiś mapami, a gdy to uczyniłem, uwięziła mnie i przez trzy godziny przesłuchiwała, wypytując o każdy najmniejszy szczegół z życia! Pytała nawet o kształt moich stóp!
– Naprawdę mi przykro. – Ukłoniłem się, podniosłem głowę i na widok jego wściekłej miny pogłębiłem ukłon, nieomal dotykając nosem czubka znoszonego buta. – Przerwałbym to, gdybym był na miejscu, naprawdę bym…
– A na końcu… na końcu miała czelność nazwać mnie nudnym! – wrzeszczał. – I pomyśleć, że ta szalona kobieta jest śledczą Jurysu! To… – Nie dokończył, zamiast tego odwrócił się i rzucił biegiem ścieżką w stronę miasta.
– Szlag by to – wymamrotałem, odprowadziwszy go wzrokiem, i wróciłem do domku.
Ana wciąż pochylała się nad swoim ustrojstwem, w zadumie przebierając palcami nad strunami.
– Wiesz, pani… – Przerwałem, by przemyśleć to, co chciałem powiedzieć.
– No dalej, Din – zachęciła mnie, zdejmując przepaskę. – Miałam wrażenie, że zamierzasz mnie zbesztać. To dopiero byłoby ucieszne.
– Cóż, sama wiesz, pani, że… że tak nie można.
– Zwykle nie można – przyznała. – Ale zwykle jesteś tu ty i mnie powstrzymujesz, Din.
– To prawda, dokładnie to robię, ponieważ nie można zaganiać tych biedaków w kozi róg, a potem wyciskać z nich informacji jak sok z aptioty!
– Po prostu robię, co mogę, żeby odnaleźć w tym zapadłym kantonie choć okruch czegoś ciekawego – rzuciła beztrosko i naprężyła strunę w swoim ustrojstwie. – A wymaga to ciężkiej harówki.
– Pani…
– Na przykład, czy wiedziałeś, Din, że wysunięta najdalej na południe studnia w Daretanie jest prawie na pewno zakażona irydą?
– To fascynujące, pani.
– Zaiste. Nikt o tym nie wiedział. A ja wywnioskowałam to po rozmowach z sześćdziesięcioma dwiema osobami, które przeprowadziłam w minionych miesiącach. Dwanaścioro spośród nieświadomie pijących regularnie tamtejszą wodę skarżyło się na lekkie bóle, bezsenność oraz niezwykły zapach moczu, co wskazuje na objawy powszechnie łączone z tą chorobą. Poinformowałam o tym kapitana i zaleciłam oczyszczenie studni. – Znów szarpnęła druty. – Właśnie to zyskuję z tych wszystkich rozmów, Din. Potrzebuję po prostu odpowiedniej ilości informacji, by odgadnąć naturę wzorca.
– I to chęć rozgryzienia wzorca skłoniła cię do zapytania kapitana Legionu o zapach jego sików, pani?
– Och nie, nie. Kierowała mną czysta ciekawość.
Pozwoliłem sobie na nią zerknąć. Była wysoką, szczupłą kobietą dobiegającą czterdziestki lub pięćdziesiątki – trudno to czasem określić w wypadku zmodyfikowanych ludzi – a choć jej skóra miała podobny odcień do mojej, była zdecydowanie jaśniejsza. Głównie dlatego, że Anagosa Dolabra nigdy nie wychodziła na zewnątrz, a w mniejszej części z powodu jej rasy. Sazyjczycy, mieszkający w wewnętrznych pierścieniach Imperium, mieli bledszą cerę, bardziej kanciaste rysy i węższe twarze niż Talowie tacy jak ja. Z tymi śnieżnobiałymi włosami, szerokim uśmiechem i żółtymi oczami często przypominała kota, a raczej obłąkaną kotkę, która ugania się po domu za tą jedyną właściwą plamką słońca, choć przy okazji nie przepuści żadnej przypadkowej myszy.
Ana Dolabra miała na sobie długą, czarną suknię oraz pobrudzony ciemnoniebieski płaszcz Jaletu Jurystycznego z nieregulaminowo przypiętymi dystynkcjami, tego dnia pogrupowanymi w doskonale symetryczne konstelacje wedle koloru, inaczej niż wczoraj, gdy były one ułożone według rozmiaru.
– O! Książki! – wykrzyknęła.
– Słucham?
– Moje książki. Przyszły już?
– A tak, pani. Są na ganku. Zabrałbym je, ale zdekoncentrowała mnie wizja torturowanego kapitana.
– A w odwecie ty torturujesz mnie swoim nieudacznym poczuciem humoru. – Prychnęła. – Jednak gdybyś był tak miły…
Skłoniłem się, podszedłem do drzwi i chwyciłem za klamkę. Spojrzałem jeszcze przez ramię.
– Nie patrzę! – zawołała. Miała twarz zwróconą w stronę kąta pokoju. – Oczy odwrócone!
Upewniwszy się, że nie wyjrzy na zewnątrz, otworzyłem drzwi, chwyciłem książki, wciągnąłem je do domu i zatrzasnąłem przejście. W mgnieniu oka znalazła się przy mnie i natychmiast wsunęła palec pod węzeł, żeby rozerwać sznurek.
– Całe wieki to trwało – skarżyła się. – Uwierzysz? Dwa tygodnie! Dostarczenie ich zajęło dwa pieprzone tygodnie!
– Pewnie ciężko ci było wytrzymać bez porządnej pozycji o krabach, pani.
– Nawet sobie nie wyobrażasz!
Rzuciła się otwierać jedną książkę za drugą. Przymykała przy tym oczy i gładziła stronice. Choć większość jej skóry była szara, opuszki miała różowe dzięki wszczepowi, który, jak sądziłem, musiał je uwrażliwić, umożliwiając Anie odczytywanie dotykiem druku, a czasem nawet pisma odręcznego. Co też czyniła przez większość dnia, z zawiązanymi oczyma przesuwając palcami po kartkach. „Lepiej ograniczać bodźce”, powiedziała mi kiedyś. „I nie wychodzić. Nadmierna stymulacja prowadzi do utraty zmysłów”.
Obserwując, jak przegląda każdą książkę, nie po raz pierwszy zastanawiałem się, jak miałbym stwierdzić utratę zmysłów w jej przypadku. Zakładałem, że dolegliwości Any są związane z modyfikacjami, choć nigdy nie dowiedziałem się, w jaki sposób wzmocniono jej umysł.
– Oooch. – Pieściła książkę o krabach zmysłowymi ruchami. – Tę wydrukowano w kantonie Ratras, rozpoznaję to po rodzaju wypukłości. Ich prasy drukarskie zostały skonstruowane tak, by drukować święte księgi w ich ojczystym języku, więc niektóre litery są pochylone lekko w lewo… Dziękuję ci, Din, że mi je przyniosłeś. Powinnam mieć dzięki nim zajęcie przez dzień czy dwa.
– Dzień? – wyrwało mi się.
– Och, sądzisz, że nie starczy na cały? – Zmartwiła się.
– Trudno rzec, pani.
– Może trzeba było kupić więcej, co, Din?
– Naprawdę trudno rzec.
Chwila pełnego napięcia milczenia.
– Czy to możliwe, Din, że potrafiłbyś złożyć zdanie z więcej niż dziesięciu słów?
Zaryzykowałem zerknięcie w jej jasnożółte oczy i stłumiłem uśmieszek.
– Niewykluczone, pani.
– Ach, jakże podziwiam twoją umiejętność zawarcia takiej dozy nonszalanckiej bęcwałowatości w zaledwie paru sylabach. Cóż za talent! – Podniosła się z westchnieniem i chwiejnie powędrowała z powrotem do gabinetu, gdzie osunęła się na fotel.
Podążyłem za nią, ale zatrzymałem się w progu i stanąłem na baczność. Potoczyła wzrokiem po walających się wokół niedokończonych projektach, a na jej twarz z wolna wpełzł wyraz przygnębienia.
– Jak się tak zastanowię, Din, to całkiem możliwe, że powoli zaczynam tracić tu moje cholerne zdrowe zmysły.
– Przykro mi to słyszeć, pani.
Wzięła małą harfę situr i zaczęła machinalnie trącać jej struny.
– Głównie dlatego – podjęła – że w tym nudnym kantoniku zupełnie nic się nie dzieje. A książki tu przypełzają, a nie przychodzą.
Znałem te jej nastroje. Najpierw podniecenie nowym pomysłem, nowym zagadnieniem, nową zabawką, a potem, po rozpracowaniu tegoż, miażdżąca melancholia. Jedynym, co pomagało, było podsunięcie jej czegoś nowego.
– A co do nudy, pani, dzisiaj rano…
– Niechętnie to przyznaję – przerwała mi – ale gdy jesteś w pobliżu, wszystko staje się znośniejsze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki nudny, Din, że ściągasz mnie skutecznie na ziemię.
– Spróbuję potraktować to jako komplement. Ale dlatego właśnie chciałem powie…
– A twoje stanowisko wobec mojej prośby jest nadal niezmienne?
Spojrzałem na nią surowo.
– A konkretniej, pani?
– Cholernie dobrze wiesz, o co mi chodzi. – Pochyliła się naprzód i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Czy w końcu kupisz mi te przeklęte nastrojniki? Przestałabym dręczyć ludzi, gdybym je miała!
– Funkcjonariuszom jaletów imperialnych surowo zabrania się kupowania i stosowania wszczepów modyfikujących nastrój – wyrecytowałem beznamiętnie. – A ja nie łamię prawa, pani, pragnę bowiem zachować stanowisko.
– Tylko parę psychodelików – przekonywała. – Choć jeden dzień bez tej strasznej nudy.
– A czy imperialny kodeks postępowania dotyczy również wszczepów psychodelicznych? Bo jeśli tak, to znasz moją odpowiedź, pani.
Popatrzyła na mnie, mrużąc oczy, i szarpnęła strunę, wydobywając z situry przenikliwy dźwięk.
Oho, pomyślałem, no to zaraz się zacznie.
– Gdy wykonywałam obowiązki w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa…
No i się zaczęło.
– …moi asystenci zdobywali dla mnie wszelkiego rodzaju materiały oraz substancje! – dokończyła. – Bez szemrania!
– Jeśli masz ochotę wybrać się do któregoś z handlarzy wszczepami, możesz to uczynić, pani. Nie powtrzymam cię.
Łypnęła na mnie twardo.
– Dobrze wiesz, że to niemożliwe.
– Rozumiem. Zbyt wiele bodźców.
– Właśnie – syknęła przez zęby. – Na tytańską zarazę! Czemu ze wszystkich sublimów dostał mi się ten z kijem w dupie?!
– Hm, w zasadzie sama mnie pani wybrała z całej listy chętnych.
– A więc cię odwybiorę i wezmę kogoś nowego!
– To mało prawdopodobne, pani. Biorąc pod uwagę, że przesłuchałaś sześćdziesięciu dwóch funkcjonariuszy w Daretanie, a większość kantonu uważa cię za szaloną, znalezienie nowego sublima mogłoby być trudne.
Odrzuciła siturę na bok. Instrument gruchnął o podłogę z głuchym brzdękiem.
– Ja pierniczę! Ja pierniczę! Jak ja bym chciała znów być w jakimś cywilizowanym miejscu!
Często się o to kłóciliśmy. Ana utrzymywała, że dotychczas pełniła obowiązki śledczej w najbogatszych pierścieniach w samym sercu Imperium Khanum, a każda z jej placówek była bardziej szalona i zdeprawowana od poprzedniej. Zdumiewała się wielce za każdym razem, gdy tylko się okazywało, że jakiś nielegalny towar czy barbarzyńska aktywność nie były w Daretanie na wyciągnięcie ręki. Uważała, że skoro nie da się ich zdobyć w ciągu godziny, to jest to najzapadlejsza dziura na świecie.
Co oczywiście nasuwało pytanie, z jakiego powodu immunisa Ana Dolabra została przydzielona akurat tutaj, do placówki na Obrzeżach Imperium.
Jedyna rozsądna odpowiedź, do jakiej doszedłem, brzmiała, że to wygnanie. Stanowisko śledczej Jurysu kantonu Daretana jeszcze pięć miesięcy temu w ogóle nie istniało. Musieli je wymyślić w ramach kary dla niej, zapewne dlatego, że łatwiej ją było przenieść niż zwolnić.
Wydawało się to logiczne, bo choć pracowałem dla Any dopiero od czterech miesięcy, wystarczyła mi minuta w jej towarzystwie, aby zorientować się, że moja zwierzchniczka posiada wybitny talent do siania zgorszenia. Z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić jakiegoś wysoko postawionego imperialnego arystokratę, który zmęczony jej wyskokami wykopał ją do odległego kantonu, gdzie przydzielono jej wakat dla jednego asystenta, do wyboru spośród miejscowych sublimów.
To ja zostałem wybrany na jej sublima. Posada asystenta śledczej była jedyną, jaką udało mi się zdobyć. Zamierzałem pełnić służbę pod zwierzchnictwem Any i pobierać uposażenie, dopóki tylko się da. No chyba że Ana zmusi mnie do zrobienia czegoś tak niezgodnego z prawem, że zostanę z miejsca zwolniony.
– Napijesz się herbaty, pani? – zaproponowałem.
– Nie, Din – wymamrotała spod ramienia, którym zakryła oczy. – Aromatyczna czy nie, nie chcę żadnej twojej cholernej herbatki.
– Może wobec tego chciałabyś porozmawiać o sprawie, nad którą pracujemy?
Opuściła ramię i przez moment wpatrywała się we mnie skonsternowana. A potem rozpromieniła się zachwycona.
– Ach! Ten pieprzony trup! Właśnie!
– Właśnie. – Westchnąłem.
– Gdy dostałam wiadomość od immunisa Irtosa, myślałam, że ten kretyn nałykał się jakiegoś trefnego wszczepu czy coś. To by pasowało do tego zadupia. Ale po twojej minie, Din, poznaję, że jednak nie.
– Nie, pani, jednak nie.
– A więc co w tym takiego ciekawego?
– Z denata wyrosła kępa drzew, rozdzierając go od środka. – Aż się wzdrygnąłem. – W życiu… W życiu nie widziałem czegoś tak koszmarnego, pani.
Ana zamarła i po raz pierwszy tego dnia płomień szaleństwa w jej oczach zgasł.
– Na niebiosa, Din – mruknęła. – Słyszałeś to?
– Co takiego, pani?
– Tę emocję.
– Nie rozumiem?
– To była najsilniejsza emocja, jaką dotychczas słyszałam w twoim głosie! To dopiero musi być kapitalna śmierć, skoro przełamała twoją drętwą postawę i wywołała w tobie tak dziką pasję!
Zawiązała oczy i uśmiechnęła się niepokojąco drapieżnie, ukazując zbyt wiele zbyt białych zębów.
– Opowiedz mi wszystko, co wryłeś w tę swoją małą, śliczną czaszeczkę! No, Diniosie Kolu, dawaj!
Wyciągnąłem z torby buteleczkę z ługiem, odkorkowałem ją i zaciągnąłem się zapachem. Potem poczułem łaskotanie za oczami i zacząłem mówić.
Jeśli chodzi o ciało ludzkie, imperialni apotekarze preferowali dwie metody modyfikacji. Pierwszą z nich były wszczepy, które wywoływały pojedyncze zmiany, zapewniając obiektowi krótkotrwałe wzmożenie, na przykład zwiększenie wytrzymałości, poprawienie odporności, wyostrzenie wzroku lub utwardzenie kości. Drugą były nasycenia, bardziej inwazyjny sposób, który jednak, co ważniejsze, wywoływał trwałe zmiany, nieodwracalne i dziedziczne, o ile dane nasycenie nie pozbawiało zdolności prokreacyjnych, a większość z nich miała taki skutek.
Oznaczało to oczywiście, że Imperium posiadało lepszych żołnierzy niż siły wroga. Ale jądro Imperium stanowili sublimowie, kasta ulepszonych ludzi o wzmocnionych umysłach, którzy dzięki swoim umiejętnościom planowali, zarządzali i koordynowali działania licznych jaletów cesarstwa.
Istniały różne rodzaje sublimów: aksjomowie, których umysły zmodyfikowano do wykonywania obliczeń z nieosiągalną dla zwykłych ludzi biegłością; lingwowie, nasyceni tak, by mogli przyswoić niezliczone języki w mowie i piśmie; toposowie, bezbłędni w pojmowaniu przestrzeni, co czyniło ich fenomenalnymi rysownikami i kartografami; oraz parę innych, bardziej nietypowych i rzadziej spotykanych typów.
Nasycenia to nic przyjemnego. Wiele z nich skracało życie o całe lata, jeśli nie dziesięciolecia. Mimo to sublimowie byli niezastąpieni. Przetrwanie tego, co każdej pory deszczowej nadchodziło z mórz na wschodzie, wymagało niewiarygodnej zmyślności i starannego planowania.
Najpotrzebniejsi sublimowie, mnemorytownicy tacy jak ja, byli nasyceni, by pamiętać wszystko, co zobaczą, i służyli za żywe zbiory informacji. To właśnie ulepszenie wykorzystywałem, przekazując Anie informacje zdobyte na miejscu zdarzenia. Relacjonowałem każdy fragment rzeczywistości, który widziałem, powtarzałem każde słowo dokładnie takim tonem, jakim zostało wypowiedziane. Przez niemal cztery godziny przekazywałem zwierzchniczce, co zarejestrowałem podczas mojego pobytu w rezydencji Hazów.
Skończyłem po zachodzie słońca. Umieszczona w rogu latarnia mai zaczęła się jarzyć, gdy przebudzone robaczki w jej wnętrzu rozpoczęły żerowanie na rozsypanych na dnie granulkach, co powodowało reakcję świetlną. W ciszy rozległo się odległe zawodzenie jakiegoś samotnego ptaka.
Ana zaczerpnęła gwałtownie powietrza, jakby przebudziła się z głębokiego snu.
– Dobrze – powiedziała. – Bardzo dobrze. Mam jednak kilka pytań, Din…
Zaczęła mnie wypytywać o dziwne rzeczy. Ile kroków wykonałem, przechodząc od końca do końca budynku? Czy Gennadios była prawo czy leworęczna? Czy Uxos miał jakieś wyraźne blizny na dłoniach? Czy zauważyłem gdzieś pod ogrodzeniem posiadłości świeżo wzruszoną ziemię? A może wilgotny ślad na ściółce poderwanej czyjąś podeszwą?
Przy każdym pytaniu czułem woń ługu, ten specyficzny trzepot za oczami, a odpowiedzi spływały z mojego języka z gracją przyprawiających o mdłości wymiotów: osiemdziesiąt dziewięć kroków; Gennadios trzymała na kolanach dłonie zaplecione w taki sposób, że prawa znajdowała się na lewej, co wskazuje na praworęczność; Uxos miał dwie cienkie, jasne blizny na knykciu prawego kciuka, a choć pozostałe knykcie były poranione, tamte ślady powstały w wyniku pęknięcia zrogowaceń; i nie, nie widziałem wzruszonej ściółki poza skrawkiem podziobanym przez drozda.
Po tym Ana milczała przez chwilę.
– Dziękuję ci, Din – rzekła wreszcie, mnąc w zadumie fałdy sukni. – Ten ród Hazów… Nic o nim nie wiesz.
– Wiem, że są bogaci, pani. Posiadają wiele włości w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa. Ale nic poza tym.
– Uhm. Są ziemianami. To znaczy, posiadają to, co w Imperium najcenniejsze. – Ręka Any wystrzeliła naprzód, a jej palce zgarnęły z mojego buta grudkę ziemi. Immunisa roztarła ją opuszkami na pył. – Ziemię. Uprawa roślin, hodowla zwierząt oraz produkcja reagentów niezbędnych do modyfikacji imperialnych wymagają wiele przestrzeni. To niewyobrażalna wręcz praca rolna, która odbywa się za drugim i trzecim murem. Oznacza to, że uszy cesarstwa są bardziej wyczulone na głosy ziemiaństwa, co sprawia, że ci niekoniecznie czują się zobowiązani do przestrzegania wszystkich naszych praw. To znów może być problematyczne, gdy są uwikłani w takie podejrzane gówno jak to.
– Czyżbym nie spełnił twoich oczekiwań w tej sprawie, pani? – Zaniepokoiłem się nie na żarty.
– Och nie, nie, spisałeś się doskonale, Din. Wiesz, gdybym ja była na twoim miejscu, to wzięłabym kielich do wina tej pierdolonej ochmistrzyni i dosypała do niego naparstek sproszkowanego szkła. Ale jak na pierwsze śledztwo w sprawie morderstwa poradziłeś sobie fenomenalnie. Nie każdy przeprowadziłby tak dobrze przeszukanie posiadłości takich Hazów i przesłuchanie każdego świadka z osobna.
– Dziękuję, pani – powiedziałem uradowany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
