Zatruty kielich - Robert Jackson Bennett - ebook + książka

Zatruty kielich ebook

Robert Jackson Bennett

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Osobliwa zbrodnia. Genialna śledcza. Zagadka na epicką skalę. W wytwornej rezydencji na obrzeżach Imperium leży martwy funkcjonariusz imperialny – uśmiercony nagłym wyrośnięciem drzewa z ciała. Nawet tutaj, gdzie szerzą się skażenia, a krew lewiatanów powoduje dziwaczne przemiany, jest to śmierć zarówno przerażająca, jak i niepojęta. Do rozwiązania sprawy zostaje wezwana Ana Dolabra – śledcza, której geniuszowi dorównuje jedynie jej ekscentryczność. U jej boku stoi nowy asystent, Dinios Kol, mnemorytownik zmodyfikowany tak, by posiadał pamięć doskonałą. Wkrótce śledztwo naprowadza ich na spisek, który zagraża bezpieczeństwu całego Imperium. Dla Any to smakowicie zagmatwana łamigłówka, wreszcie coś, co jest godne jej uwagi. A Din? Jemu pozostaje mocno się trzymać, żeby przetrwać tę szaloną przygodę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 467

Oceny
4,7 (36 ocen)
25
10
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
huma22

Nie oderwiesz się od lektury

Połaczenie kryminału i biopanku, tajemnica goni tajemnice, a im dalej w las tym bardziej ciekawość narasta. Mnie zachwyciła i połknęlam w tempie błyskawicznym.
10
halka59

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka.Polecam
00
wysockaizabela

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna! Będzie jedna z moich ulubionych książek!
00
Piotr0703

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobry kryminał rozgrywajacy się w innym świecie z innymi podziałami społecznymi ,z innymi zagrożeniami . Autor bez zbędnych wyjaśnień w prosty sposób pozwala nam się w tym świecie odnaleźć a winny morderstwa wszędzie musi ponieść karę . Świetnie się czyta . Polecam
00
ranger75th1985

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonale zbudowany i przemyślany świat, bardzo nietypowe fantasy, polecam!
00



Tytuł ory­gi­nału: The Tain­ted Cup

Copy­ri­ght © 2024 by Robert Jack­son Ben­nett Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2025 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Dorota Pacyń­ska, Jadwiga Mik Korekta: Ali­cja Laskow­ska, Mag­da­lena Gór­nicka, Elwira Wyszyń­ska Ilu­stra­cja na okładce: Tom Roberts Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Mapa: David Lin­droth Inc

ISBN 978-83-68591-45-3 Numer: wyda­nie IV/D0

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Stopnie wojskowe Świętego Imperium Khanum

Mapa

Dedykacja

Dla Mamy i Babci, które wpro­wa­dziły mnie w świat kry­mi­na­łów

Część pierwsza. Człowiek w drzewie

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Czło­wiek w drze­wie

Rozdział pierwszy

Z poran­nej mgły wyło­niło się przede mną ogro­dze­nie posia­dło­ści: dłu­gie, ciemne i obłe niczym bok jakie­goś mor­skiego stwo­rze­nia wyrzu­co­nego na brzeg. Sze­dłem wzdłuż murów, usi­łu­jąc zigno­ro­wać łomot serca i spły­wa­jące po karku strużki potu. Przede mną, gdzieś we mgle, migo­tało bla­do­nie­bie­skie świa­tło, które z każ­dym kro­kiem nabie­rało kształtu, aż stało się latar­nią mai umiesz­czoną nad przej­ściem dla służby. Obok, oparty o ścianę, tkwił umun­du­ro­wany męż­czy­zna w lśnią­cym, sta­lo­wym heł­mie. Cze­kał na mnie.

Prin­ceps obser­wo­wał, jak nad­cho­dzę, a im bli­żej byłem, tym wyżej uno­sił brwi. Gdy się przed nim zatrzy­ma­łem, nie­malże wpeł­zły mu we włosy. Chrząk­ną­łem w spo­sób, który, jak mia­łem nadzieję, brzmiał auto­ry­ta­tyw­nie.

– Signum Dinios Kol, asy­stent śled­czej. Przy­sze­dłem w spra­wie zwłok.

Prin­ceps zamru­gał i zmie­rzył mnie spoj­rze­niem od stóp do głów, co zajęło mu chwilę, bo byłem od niego wyż­szy o głowę.

– Rozu­miem, panie. – Ukło­nił się krótko – była to jedna czwarta peł­nego ukłonu, może jedna trze­cia – ale nie ruszył z miej­sca.

– Bo macie te zwłoki, tak? – upew­ni­łem się.

– Ow­szem, panie, mamy – zgo­dził się nie­śpiesz­nie i spoj­rzał ponad moim ramie­niem w głąb zasnu­tej mgłą alejki.

– Zatem w czym pro­blem?

– No cóż… hm… – Znów zer­k­nął w uliczkę za mną. – Pro­szę wyba­czyć, ale gdzie jest ta druga osoba?

– Słu­cham? – spy­ta­łem. – Jaka druga osoba?

– No ta śled­cza? Kiedy się zjawi?

Stłu­mi­łem ukłu­cie nie­po­koju. Nie­raz już odpo­wia­da­łem na to pyta­nie, gdy zaj­mo­wa­łem się innymi spra­wami dla mojej zwierzch­niczki, jed­nak teraz, ponie­waż sytu­acja doty­czyła mar­twego czło­wieka, sprawa wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

– Śled­cza nie może przy­być – powie­dzia­łem. – Mam obej­rzeć miej­sce zda­rze­nia, prze­słu­chać per­so­nel i ewen­tu­al­nych świad­ków, a potem zdać jej raport.

– Śled­cza zamie­rza pro­wa­dzić docho­dze­nie… nie bio­rąc w nim udziału oso­bi­ście? Czy mogę zapy­tać dla­czego?

Zlu­stro­wa­łem mojego roz­mówcę. Jego krótka kol­czuga lśniła w sła­bym świe­tle, a każde jej kółeczko poły­ski­wało od skro­plo­nej wil­goci. Wyglą­dał bar­dzo ele­gancko. Nad klamrę ozdob­nego pasa funk­cjo­na­riu­sza wysta­wał nieco miękki brzuch – kon­se­kwen­cja wcze­snego wieku śred­niego. Efek­tem tego samego były pasma siwi­zny w jego bro­dzie. Czarne buty męż­czy­zny lśniły, a ich cho­lewki wykoń­czono skórą bar­wioną wodo­ro­stami. Do stan­dar­do­wego wypo­sa­że­nia nale­żały jedy­nie długi miecz w pochwie oraz ciem­no­czer­wony płaszcz, oznaka jaletu – był apo­te­ka­rzem, funk­cjo­na­riu­szem odpo­wie­dzial­nym za zarzą­dza­nie licz­nymi orga­nicz­nymi mody­fi­ka­cjami impe­rial­nymi. Resztę ekwi­punku musiał kupić sobie sam, praw­do­po­dob­nie za iście bajoń­ską sumę.

Wszystko to wska­zy­wało, że cho­ciaż jako signum prze­wyż­sza­łem go rangą, sto­jący przede mną czło­wiek góro­wał nade mną nie tylko wie­kiem i bogac­twem, ale i praw­do­po­dob­nie widział pod­czas swo­jej kariery wię­cej, niż potra­fi­łem sobie wyobra­zić. Nic dziw­nego, że ktoś taki wyra­ził zdzi­wie­nie fak­tem, że śled­cza wysłała na miej­sce zda­rze­nia dwu­dzie­sto­let­niego chło­paka w dziu­ra­wych butach.

– Śled­cza zazwy­czaj nie bie­rze oso­bi­ście udziału w docho­dze­niu, prin­cep­sie – wyja­śni­łem. – Wysyła mnie, bym oce­nił sytu­ację, i na pod­sta­wie mojego raportu wyciąga sto­sowne wnio­ski.

– Sto­sowne wnio­ski – powtó­rzył prin­ceps.

– Wła­śnie – potwier­dzi­łem.

Cze­ka­łem, aż pozwoli mi wejść do środka, ale on na­dal stał w miej­scu. Zaczą­łem się oba­wiać, że będę musiał wydać mu roz­kaz. Ni­gdy wcze­śniej nie wyda­wa­łem bez­po­śred­niego roz­kazu urzęd­ni­kowi innej insty­tu­cji cesar­stwa i nie­zbyt wie­dzia­łem, jak to się robi.

– Tak jest – rzekł w końcu ku mojej uldze i wyjął z kie­szeni mały, brą­zowy krą­żek z osa­dzoną pośrodku szklaną fiolką, z któ­rej sączył się czarny płyn. – Musisz się, panie, trzy­mać bli­sko mnie. Ta brama jest stara. Bywa kapry­śna.

Odwró­cił się w stronę wej­ścia dla służby, zaokrą­glo­nego otworu w gład­kiej, czar­nej powierzchni ogro­dze­nia. Drugą stronę przej­ścia prze­sła­niała kur­tyna z poro­śnię­tych wło­skami, żółto-zie­lo­nych pną­czy. Gdy prin­ceps się do nich zbli­żył, zadrżały dziw­nie, nie­po­ko­jąco, a potem się roz­su­nęły, żeby umoż­li­wić nam przej­ście.

Trzy­ma­łem się bli­sko funk­cjo­na­riu­sza, pochy­la­jąc głowę, by nie szo­ro­wać nią o skle­pie­nie bramy. Pną­cza łasko­tały mnie w kark. Wydzie­lały mdlący, słod­kawy zapach. Praw­do­po­dob­nie zostały zmo­dy­fi­ko­wane, by łak­nąć mięsa, i gdyby prin­ceps nie miał przy sobie swo­jego „klu­cza”, czyli fiolki z reagen­tem, roślina spa­ra­li­żo­wa­łaby nas albo nawet gorzej.

Wyszli­śmy na wewnętrzny dzie­dzi­niec, gdzie pół­mrok świtu roz­pra­szało migo­tliwe świa­tło dzie­sią­tek latarni mai zwi­sa­ją­cych ze stro­mego dachu wiel­kiego domu posa­do­wio­nego wysoko na wzgó­rzu. Budowlę opa­sy­wała weranda, a paję­czyna poro­śnię­tych ozdob­nym mchem sznu­rów osła­niała okna posia­dło­ści przed poran­nym słoń­cem. Sze­ro­kie, drew­niane deski pod­łogi były lśniące i gład­kie, a na wschod­nim krańcu znaj­do­wała się wydzie­lona część, coś w rodzaju minia­tu­ro­wego pawi­lonu her­ba­cia­nego wypo­sa­żo­nego w mięk­kie podu­chy, tyle że za sto­lik słu­żyła tu masywna czaszka zwie­rzę­cia, przy­cięta tak, by jej szczyt two­rzył równy blat. Dość upiorna ozdoba dla tak pięk­nego miej­sca – a było to piękne miej­sce, z pew­no­ścią naj­pięk­niej­szy dom, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łem.

Spoj­rza­łem na prin­cepsa, który zauwa­żył moje zdu­mie­nie i uśmie­chał się pod nosem. Popra­wi­łem za mały w ramio­nach płaszcz Jurysu. Nagle poczu­łem się głu­pio, wci­śnięty w to błę­kitne okry­cie, nie­do­pa­so­wane do mojej syl­wetki, ponie­waż nie zna­leźli odpo­wied­niego dla mnie roz­miaru.

– Jak się nazy­wasz, prin­cep­sie? – zapy­ta­łem.

– Prze­pra­szam, panie, zapo­mnia­łem się przed­sta­wić. Oti­rios.

– Czy ziden­ty­fi­ko­wano osta­tecz­nie ciało zmar­łego, Oti­rio­sie? Bo zro­zu­mia­łem, że był z tym pewien pro­blem.

– Tak sądzimy. Przy­pusz­czamy, że to pre­fekt Taqtasa Blas z Inży­nie­rii.

– Sądzi­cie? – powtó­rzy­łem. – Przy­pusz­cza­cie? A zatem nie jeste­ście pewni?

– Myśla­łem, że zosta­li­ście poin­for­mo­wani, że jego śmierć nastą­piła w wyniku mody­fi­ka­cji. – Mówiąc to, mój roz­mówca uciekł wzro­kiem w bok.

– Ow­szem.

– No cóż, mody­fi­ka­cje mogą utrud­nić roz­po­zna­nie ciała. – Ruszy­li­śmy przez drew­niany mostek prze­rzu­cony nad stru­my­kiem. – A nawet – dodał – unie­moż­li­wić stwier­dze­nie, czy to jedno ciało. Wła­śnie po to jeste­śmy tu my, apo­te­ka­rze.

Wska­zał na roz­cią­ga­jącą się przed nami mgłę, z któ­rej wyłu­ska­łem wzro­kiem postaci wędru­jące po ogro­dach. Były odziane w ciem­no­czer­wone płasz­cze i pele­ryny, a w rękach trzy­mały coś na kształt kla­tek na ptaki, ale zamiast zwie­rząt umiesz­czono w nich deli­katne papro­cie.

– Spraw­dzamy, czy nie doszło do ska­że­nia – wyja­śnił Oti­rios. – Ale jak dotąd nie zna­leź­li­śmy nic nie­po­ko­ją­cego. Żadna roślina nie zbrą­zo­wiała ani nie uschła. Na tere­nie posia­dło­ści brak śla­dów kon­ta­mi­na­cji.

Apo­te­karz zapro­wa­dził mnie do drzwi z papieru papro­cio­wego. Kiedy się zbli­ży­li­śmy, wydało mi się, że z głębi rezy­den­cji dobiegł mnie prze­cią­gły dźwięk. Krzyk, poją­łem.

– Co to? – zdzi­wi­łem się.

– Praw­do­po­dob­nie słu­żące. To one, cóż, dotarły tu pierw­sze. Wciąż są dość poru­szone, jak łatwo się domy­ślić.

– Czy to nie stało się już dobrych parę godzin temu?

– Tak, ale na­dal są wzbu­rzone. Zro­zu­miesz dla­czego, kiedy zoba­czysz ciało.

Wsłu­chu­jąc się w osza­lałe, histe­ryczne zawo­dze­nia, sta­ra­łem się zacho­wać kamienną twarz.

Naka­za­łem sobie pano­wa­nie nad emo­cjami. Jako funk­cjo­na­riusz Jurysu, impe­rial­nego kor­pusu zarzą­dza­ją­cego try­bu­na­łami i odpo­wie­dzial­nego za wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści w całym cesar­stwie, mia­łem obo­wią­zek wejść do tego pięk­nego domu, nawet jeśli wypeł­niały go nie­po­ko­jące odgłosy.

Oti­rios otwo­rzył drzwi. Krzyki stały się gło­śniej­sze.

Pomy­śla­łem, że god­ność mojego urzędu wymaga, by moje siki pozo­stały w ciele, jed­nak oba­wia­łem się, że jeśli ten raban nie usta­nie, może się to oka­zać nie­moż­liwe.

Prin­ceps wpro­wa­dził mnie do środka.

* * *

Pierw­szym, co ude­rzyło mnie w tym miej­scu, była panu­jąca wszę­dzie czy­stość. Nie cho­dziło o sam brak brudu, smug czy zacie­ków, ale o ste­ryl­ność wszyst­kiego, na czym spo­czął mój wzrok. Leżanki były zbyt gład­kie i nie­ska­zi­telne, jakby nie­uży­wane, a utkane z jedwa­biu kwa­dra­towe maty na pod­ło­dze wyglą­dały na nie­tknięte stopą. Całe wnę­trze domu robiło wra­że­nie tak przy­tul­nego i wygod­nego jak skal­pel chi­rurga.

Nie zna­czy to, że nie pano­wał w nim prze­pych. Z sufitu zwi­sały minia­tu­rowe drzewka mai, któ­rych korony peł­niły rolę żyran­doli. Ni­gdy nie widzia­łem cze­goś podob­nego. Ich zmo­dy­fi­ko­wane owoce, wypeł­nione robacz­kami mai, jarzyły się błę­kit­nym świa­tłem, zale­wa­jąc pomiesz­cze­nia migo­tli­wym bla­skiem. Prze­mknęło mi przez głowę, że w tym domu kosz­towne musiało być nawet powie­trze, i zaraz prze­ko­na­łem się, że tra­fi­łem w sedno – w róg każ­dego pomiesz­cze­nia wbu­do­wano wiel­kie kir­pisy, wyso­kie, czarne grzyby fil­tru­jące. Ich grzyb­nie zasy­sały, a potem wyda­lały oczysz­czone i schło­dzone powie­trze.

W głębi domu znów roz­le­gły się wrza­ski. Zadrża­łem lekko. Nie miało to nic wspól­nego z tem­pe­ra­turą panu­jącą w rezy­den­cji.

– Zgod­nie z pole­ce­niem śled­czej zatrzy­ma­li­śmy w domu cały per­so­nel oraz świad­ków – powie­dział Oti­rios. – Wnio­skuję, że będziesz chciał ich prze­słu­chać, panie.

– Dzię­kuję, prin­cep­sie. Ilu ich jest?

– Łącz­nie sied­mioro: cztery słu­żące, kucharka, ogrod­nik i gospo­dyni.

– Kto jest wła­ści­cie­lem posia­dło­ści? Zakła­dam, że nie pre­fekt Blas?

– Nie, panie. Ten dom należy do klanu Hazów. Nie zauwa­ży­łeś insy­gniów? – Wska­zał na mały sym­bol nad drzwiami wej­ścio­wymi, pióro pomię­dzy dwoma drze­wami.

Dało mi to do myśle­nia. Hazo­wie, jeden z naj­bo­gat­szych rodów Impe­rium, posia­dali roz­le­głe tery­to­ria w wewnętrz­nych pier­ście­niach. Osza­ła­mia­jący luk­sus tego miej­sca nabrał sensu, jed­nak reszta stała się jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miała.

– Hazo­wie i posia­dłość w Dare­ta­nie? – zapy­ta­łem, szcze­rze zdez­o­rien­to­wany.

– Nie wiem, panie. – Oti­rios wzru­szył ramio­nami. – Może gdzie indziej zabra­kło im już domów do kupie­nia.

– Czy prze­bywa tu obec­nie któ­ryś z człon­ków klanu?

– Jeśli tak, to cho­ler­nie dobrze się ukrywa. Gospo­dyni powinna wie­dzieć coś wię­cej.

Podą­ży­li­śmy dłu­gim kory­ta­rzem aż do czar­nych drzwi z kamien­nego drewna.

W ich pobliżu uno­sił się słaby zapach słod­ka­wej stę­chli­zny dopra­wio­nej nutą zjeł­cze­nia.

Poczu­łem szarp­nię­cie w żołądku i musia­łem napo­mnieć się w duchu, że mam trzy­mać wysoko głowę i zacho­wać sto­icki wyraz twa­rzy jak praw­dziwy asy­stent śled­czego. A potem znów zga­ni­łem się w myślach, bo prze­cież, do cho­lery, ja byłem praw­dziwym asy­stentem śled­czego.

– Pra­co­wa­łeś wcze­śniej nad spra­wami doty­czą­cymi czy­jejś śmierci, panie? – zapy­tał Oti­rios.

– A co?

– Nic, po pro­stu jestem cie­kaw, bio­rąc pod uwagę naturę tej sprawy.

– Nie, dotych­czas zaj­mo­wa­li­śmy się ze śled­czą głów­nie oszu­stwami finan­so­wymi funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie.

– To nie wy byli­ście odpo­wie­dzialni za to mor­der­stwo w zeszłym roku? Pijany war­tow­nik, który zaata­ko­wał kogoś na rogat­kach?

Poczu­łem, jak napina mi się skóra na policzku.

– Urząd śled­czego Jurysu został utwo­rzony zale­d­wie cztery mie­siące temu.

– Ach tak. A w poprzed­nim miej­scu pra­co­wa­li­ście ze śled­czą nad spra­wami śmierci?

Mię­sień na moim policzku naprę­żył się jesz­cze moc­niej.

– Po przy­by­ciu śled­czej zosta­łem wybrany spo­śród tutej­szych sub­li­mów na sta­no­wi­sko jej asy­stenta. A więc nie.

Krok Oti­riosa na mgnie­nie zmie­nił rytm.

– Och? A więc pra­cu­jesz dla śled­czej Jurysu dopiero od czte­rech mie­sięcy?

– O co ci cho­dzi, prin­cep­sie? – ziry­to­wa­łem się.

I znów ujrza­łem igra­jący na war­gach Oti­riosa uśmie­szek.

– No cóż, panie, ja oso­bi­ście nie chciał­bym, żeby wła­śnie ten przy­pa­dek śmierci był moim pierw­szym – oświad­czył i otwo­rzył drzwi.

* * *

Sypial­nia dorów­ny­wała prze­stron­no­ścią i wspa­nia­ło­ścią resz­cie pomiesz­czeń w rezy­den­cji. Kró­lo­wało w niej sze­ro­kie łoże z mięk­kiego mchu, a za prze­pie­rze­niem z papieru papro­cio­wego znaj­do­wała się, jak się domy­śla­łem, prze­strzeń łaziebna. Ni­gdy nie widzia­łem niszy kąpie­lo­wej wewnątrz budynku, ale sły­sza­łem o nich. W jed­nym rogu pokoju wisiała latar­nia mai, a w dru­gim, naprze­ciwko, stał kir­pis. Obok dostrze­głem dwa kufry oraz skó­rzaną torbę, zapewne zawie­ra­jące doby­tek pre­fekta Blasa.

Jed­nakże to kępa liścia­stych drzew pośrodku sta­no­wiła naj­nie­zwy­klej­szy ele­ment w tym pomiesz­cze­niu. Naj­nie­zwy­klej­szy, ponie­waż wyra­stała z czło­wieka.

A raczej prze­ra­stała przez jego ciało.

Zwłoki tkwiły zawie­szone pośrodku kom­naty, prze­szyte smu­kłymi pniami, ale zgod­nie z zapo­wie­dzią Oti­riosa począt­kowo trudno było dostrzec w nich ludz­kie ciało. Widoczne w gęstwi­nie frag­menty tuło­wia oraz lewej nogi zda­wały się nale­żeć do męż­czy­zny w śred­nim wieku, ubra­nego w pur­pu­rowe barwy Impe­rial­nego Jaletu Inży­nie­ryj­nego. Bra­ko­wało mu pra­wego ramie­nia, a prawą nogę pochło­nęło kłę­bo­wi­sko korzeni wgry­za­ją­cych się w posadzkę z kamien­nego drewna.

Po chwili wpa­try­wa­nia się w skoł­tu­nioną masę zaczęło mi się wyda­wać, że dostrze­gam w niej różo­wawy guzek kości udo­wej.

Spoj­rza­łem w dół. Na pod­ło­dze wokół drzewa roz­lała się ogromna kałuża krwi, gładka i poły­skliwa jak lustro z czar­nego szkła.

Poczu­łem podrygi w żołądku, zupeł­nie jakby ożył w nim węgorz, który usi­ło­wał się wydo­stać na zewnątrz.

Zmu­si­łem się do sku­pie­nia i wzię­cia odde­chu. Pozo­sta­nia powścią­gli­wym i opa­no­wa­nym. To teraz była moja praca, zapew­nia­jąca mi utrzy­ma­nie.

– Można bez­piecz­nie podejść, panie – zachę­cił mnie Oti­rios tro­chę nazbyt rado­śnie. – Spraw­dzi­li­śmy całe pomiesz­cze­nie. Bez obaw.

Zbli­ży­łem się do zaro­śli, które oka­zały się nie sku­pi­skiem cien­kich drze­wek, a kępą trawy o dłu­gich, ela­stycz­nych łody­gach, podob­nej do strze­li­słomki, pustej, zdrew­nia­łej rośliny, z któ­rej robiono rury i rusz­to­wa­nia. Wyglą­dało na to, że łodygi wyło­niały się spo­mię­dzy barku i szyi Blasa. Dostrze­gł­szy zaplą­tane w nie kręgi, musia­łem stłu­mić kolejną falę mdło­ści.

Naj­bar­dziej nie­zwy­kła była twarz pre­fekta. Zda­wało się, że gdy pędy prze­biły tors, roz­ga­łę­ziły się, a jedna z odro­śli prze­szyła czaszkę, co prze­krzy­wiło głowę Blasa pod upior­nym kątem. Następ­nie roślina owi­nęła się powy­żej jego gór­nej szczęki, poże­ra­jąc twarz, nos i uszy. Z głowy zmar­łego pozo­stała tylko obwi­sła w nie­mym krzyku żuchwa, a ponad nią z pofał­do­wa­nej kory wyła­niał się łuk zębów i pod­nie­bie­nia.

Przy­pa­trzy­łem się pod­bród­kowi zmar­łego. Zna­czyły go cień sza­ra­wego zaro­stu i led­wie widoczna bli­zna po jakimś wypadku lub bójce. Spoj­rza­łem na pozo­stałe czę­ści ciała. Lewą rękę pora­stały jasno­brą­zowe wło­ski, a skóra na pal­cach była pokryta odci­skami i spę­kana od cięż­kiej pracy. Spodnie tak mocno prze­sią­kły krwią, że zebrała się ona w bucie, wypeł­nia­jąc go niczym opi­wino kie­lich.

Poczu­łem, że na włosy spa­dła mi jakaś kro­pla, i zadar­łem głowę. Pędy prze­biły dach domu, a mgła powoli wpły­wała do środka.

– Łodygi wystają jakieś dzie­sięć spa­nów ponad dach, jeśli chciał­byś wie­dzieć, panie – poin­for­mo­wał mnie Oti­rios. – Prze­biły się przez grube na cztery spany pokry­cie jak przez rybi tłuszcz. Nie­zła siła wzro­stu. Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem.

– Jak długo to trwało? – zapy­ta­łem ochry­ple.

– Nie­całe pięć minut. Tak twier­dzi służba. Dom tak się trząsł, że myśleli, że to trzę­sie­nie ziemi.

– Czy apo­te­ka­rze dys­po­nują czymś, co mogłoby spo­wo­do­wać coś takiego?

– Nie, panie. Ow­szem, Jalet Apo­te­kar­ski posiada wsz­czepy i nasy­ce­nia mody­fi­ku­jące wzrost roślin, które mogą na przy­kład skró­cić doj­rze­wa­nie zboża do jed­nej czwar­tej cyklu roz­wo­jo­wego bądź wpły­nąć na plony, zwięk­sza­jąc trzy- lub czte­ro­krot­nie gaba­ryty owo­ców. Ni­gdy jed­nak nie stwo­rzy­li­śmy sub­stan­cji, która umoż­li­wi­łaby osią­gnię­cie peł­nej doj­rza­ło­ści rośliny w kilka minut. Nie mówiąc o takiej, która pobu­dzi­łaby jej wzrost we wnę­trzu czło­wieka.

– Czy mamy powód przy­pusz­czać, że śmierć Blasa jest wyni­kiem celo­wego dzia­ła­nia?

– Trudno powie­dzieć. Ale inży­nier dużo podró­żo­wał, więc może przy­pad­kowo coś połknął albo uległ ska­że­niu. Nie jeste­śmy w sta­nie tego stwier­dzić.

– Czy odwie­dzał jesz­cze kogoś? Albo zetknął się z innym zain­fe­ko­wa­nym urzęd­ni­kiem lub funk­cjo­na­riu­szem cesar­skim?

– Nic na to nie wska­zuje. Z tego, co wiemy, przy­był tu pro­sto z sąsied­niego kan­tonu, nie spo­tkaw­szy się z nikim po dro­dze.

– Czy kie­dy­kol­wiek odno­to­wano podobne ska­że­nie?

Oti­rios wydął pogar­dli­wie wargi.

– Cóż, kon­ta­mi­na­cje wystę­pują w całym cesar­stwie. Dzi­cze­jące wsz­czepy, wypa­czone nasy­ce­nia, samo­istne mody­fi­ka­cje… Każdy przy­pa­dek jest inny. Musiał­bym to spraw­dzić.

– Jed­nak jeśli to ska­że­nie, to powinno się roz­prze­strze­niać, czyż nie?

– Taka jest natura ska­żeń, panie.

– A więc jak to moż­liwe, że dotknęło tylko jed­nego czło­wieka i nikogo wię­cej?

– Trudno w tej chwili odpo­wie­dzieć na to pyta­nie – przy­znał Oti­rios. – Obec­nie spraw­dzamy poczy­na­nia Blasa. Wiemy, że prze­pro­wa­dzał lustra­cję zewnętrz­nych kan­to­nów, w tym murów mor­skich, doko­nu­jąc oglę­dzin kon­struk­cji. – Prin­ceps zawa­hał się i urwał. – Nie­długo pora desz­czowa.

Ski­ną­łem z kamienną twa­rzą. Nad­cią­ga­jąca pora desz­czowa cią­żyła nad zewnętrz­nymi kan­to­nami, tak nie­uchronna, że usi­ło­wa­nie zigno­ro­wa­nia tego byłoby rów­nie sku­teczne, jak próba zapo­mnie­nia o ist­nie­niu słońca.

– I nikt nie prze­by­wał w tym pomiesz­cze­niu, zanim nie wszedł do niego Blas? – zapy­ta­łem. – Nikt nic nie doty­kał?

– Natu­ral­nie wcho­dziła tu służba. Musimy pole­gać na jej zezna­niach.

– Żad­nych oznak wska­zu­ją­cych na próbę wła­ma­nia do posia­dło­ści?

– Nie, panie. To miej­sce posiada wię­cej zabez­pie­czeń niż samo Cesar­skie Sank­tu­arium. Nawet żeby się tu zbli­żyć, trzeba posia­dać klu­cze reagen­towe.

Zasta­no­wi­łem się nad tym, przy­po­mi­na­jąc sobie liczbę okien i drzwi w domu.

– Byłoby dobrze, gdyby udało ci się to wyja­śnić – ode­zwał się Oti­rios.

– Słu­cham?

– Dosko­nała sprawa, żeby wypły­nąć. – Jego kolejny uśmie­szek miał odcień okru­cień­stwa. – Bo prze­cież tego pra­gniesz? Awansu. To chyba cel każ­dego funk­cjo­na­riu­sza?

– Moim celem jest nale­żyte wypeł­nia­nie obo­wiąz­ków – odpar­łem.

– Ależ oczy­wi­ście.

Popa­trzy­łem na niego prze­cią­gle.

– Zostaw mnie na chwilę samego, prin­cep­sie – popro­si­łem. – Muszę wyryć to miej­sce w pamięci.

* * *

Oti­rios zosta­wił mnie przy zma­sa­kro­wa­nych przez drzewo zwło­kach i zamknął za sobą drzwi. Otwo­rzy­łem torbę mne­mo­ry­tow­nika, którą zawsze nosi­łem przy sobie. Wewnątrz znaj­do­wały się rzędy zakor­ko­wa­nych bute­le­czek zawie­ra­ją­cych po kilka kro­pel róż­no­ra­kich pły­nów; nie­które były bla­do­po­ma­rań­czowe, inne jasno­zie­lone. Wydo­by­łem jedną, odkor­ko­wa­łem ją i przy­ło­żyw­szy do nosa, zacią­gną­łem się mocno jej zawar­to­ścią.

Ostry zapach ługu wypeł­nił moje noz­drza i wyci­snął mi łzy z oczu. Wcią­gną­łem woń jesz­cze raz, by pozo­stała wyraźna w mojej gło­wie. Potem zamkną­łem oczy i zaczerp­ną­łem tchu.

Poczu­łem za oczami trze­pot czy łasko­ta­nie, jakby moją czaszkę wypeł­niła woda, w któ­rej kotło­wały się małe rybki. Przy­wo­ła­łem wspo­mnie­nie. W uszach zaszem­rał mi głos mojej zwierzch­niczki:

– Kiedy dotrzesz na miej­sce zda­rze­nia, Din, dokład­nie je obej­rzyj. Sprawdź wyj­ścia i wej­ścia. Przy­patrz się wszyst­kiemu, czego mógł doty­kać nie­bosz­czyk. Myśl o zaka­mar­kach, miej­scach łatwych do prze­ocze­nia, do pomi­nię­cia, o któ­rych wyczysz­cze­niu służba mogła nie pomy­śleć.

Otwo­rzy­łem oczy, poto­czy­łem spoj­rze­niem po pomiesz­cze­niu i skon­cen­tro­wa­łem się pil­nie. Woń ługu na­dal kłę­biła mi się w czaszce. Stu­dio­wa­łem ściany, pod­łogę, usta­wie­nie każ­dego mebla, układ każ­dego przed­miotu, linię każ­dego cie­nia, fałdę każ­dego koca – a dzięki sku­pie­niu uwagi wszyst­kie te obrazy wryły mi się w pamięć.

Nie­biań­skie Cesar­stwo Kha­num dawno temu udo­sko­na­liło sztukę kształ­to­wa­nia życia, for­mo­wa­nia korze­nia i gałęzi, ciała i kości. Tak jak grzyb kir­pis został zmo­dy­fi­ko­wany, by oczysz­czać i chło­dzić powie­trze, tak ja jako cesar­ski mne­mo­ry­tow­nik zosta­łem ukształ­to­wany, by na zawsze pamię­tać wszystko, czego doświad­cza­łem w każ­dej chwili.

Patrzy­łem i patrzy­łem, od czasu do czasu wącha­jąc trzy­maną w dłoni fiolkę. Rytow­nicy zapa­mię­ty­wali każdy widok, ale póź­niej­sze przy­wo­ły­wa­nie tych wspo­mnień sta­no­wiło zupeł­nie inną kwe­stię. Zapach wyko­rzy­sty­wano jako wska­zówkę: podob­nie jak zwy­czajni ludzie rytow­nicy koja­rzyli wspo­mnie­nia z wonią, więc póź­niej, kiedy sze­dłem z rapor­tem do zwierzch­niczki, otwie­ra­łem tę samą fiolkę, wypeł­nia­łem czaszkę tymi samymi opa­rami i uży­wa­łem zapa­chu jako bramy wio­dą­cej do zbioru prze­żyć. Dla­tego też nie­któ­rzy nazy­wali rytow­ni­ków „wącha­czami szkła”.

Kiedy skoń­czy­łem z poko­jem, pod­sze­dłem do kępy i przyj­rza­łem się pędom, mru­żąc oczy. Obsze­dłem roślinę. Na jed­nej z łodyg zauwa­ży­łem biały kwiat – samotny, deli­katny, ale jed­nak kwiat.

Zbli­ży­łem się do niego, uwa­ża­jąc, żeby nie wdep­nąć w kałużę krwi, i obej­rza­łem go uważ­nie. Wydzie­lał mdły zapach, który koja­rzył mi się z wymio­ci­nami po nad­uży­ciu opi­wina. Na błysz­czą­cych fio­le­tem wewnętrz­nych płat­kach żół­ciły się plamki, a ciemne prę­ciki były skrę­cone. Mały, paskudny kwia­tek.

Następ­nie wydo­by­łem z bagaży wszyst­kie rze­czy Blasa i uło­ży­łem je przed sobą: sakiewkę z talin­tami, mały nóż, kilka koszul, kafta­nów i spodni oraz pas. Do tego pochwę z mie­czem impe­rial­nym o ozdob­nym jelcu, lekką kol­czugę, zabraną przez pre­fekta praw­do­po­dob­nie na wypa­dek jakiejś nie­prze­wi­dzia­nej sytu­acji – w końcu zbroję bojową trudno byłoby dźwi­gać w bagażu – a na koniec mały sło­iczek z olej­kiem.

Pową­cha­łem jego zawar­tość. Aro­mat prze­bił panu­jący w tym miej­scu smród. Przy­prawy korzenne, liście oranżu, grzane wino, może kadzi­dło. Przy­mkną­łem powieki, szu­ka­jąc w pamięci podob­nego zapa­chu – i go odna­la­złem.

Było to ponad rok temu. Leonie, moja przy­ja­ciółka, pod­su­nęła mi pod nos mały sło­iczek.

– Olejki tera­peu­tyczne. Do masażu i innych rze­czy. Żadna tanio­cha! – powie­działa wtedy.

Jed­nak naczy­nie Blasa było o wiele bar­dziej wyszu­kane niż tamto. Obró­ci­łem je w dłoni, a potem wsu­ną­łem z powro­tem do torby. Robiąc to, zauwa­ży­łem coś, co wcze­śniej prze­oczy­łem: mały notes.

Serce mi zamarło. Wyją­łem ksią­żeczkę i ją prze­wer­to­wa­łem. Kartki pokry­wało drobne pismo, które byłoby ledwo czy­telne dla więk­szo­ści ludzi. Drobne literki tań­czyły i podry­gi­wały mi przed oczyma. Wie­dzia­łem, że będę miał ogromne trud­no­ści z ich odczy­ta­niem.

Spoj­rza­łem przez ramię na zamknięte drzwi. Sły­sza­łem głos Oti­riosa w kory­ta­rzu. Skrzy­wi­łem się i scho­wa­łem notes do kie­szeni. Zabie­ra­nie dowo­dów z miej­sca zda­rze­nia to poważne naru­sze­nie zasad, ale ja mia­łem wła­sny spo­sób na czy­ta­nie. Nie mogłem go wyko­rzy­stać tutaj.

Zajmę się tym póź­niej, powie­dzia­łem sobie. A potem odło­żymy notes na miej­sce.

Następ­nie spraw­dzi­łem pomiesz­cze­nie łaziebne.

Był to nie­wielki pokój, w któ­rym znaj­do­wała się balia z kamien­nego drewna. Nad nią umiesz­czone było okienko, zbyt małe, aby kto­kol­wiek mógł przez nie wejść. Mimo to zano­to­wa­łem w duchu, żeby póź­niej zba­dać trawę pod nim.

Spoj­rza­łem na wiszące na ścia­nie lustro z pole­ro­wa­nego brązu i postu­ka­łem w nie, by się upew­nić, że przy­lega do ściany. Przyj­rza­łem się rurom z łodyg strze­li­słomki, po czym odsu­ną­łem się, a potem powio­dłem wzro­kiem po ścia­nach i sufi­cie, roz­my­śla­jąc, w jaki spo­sób rury dopro­wa­dzają do balii gorącą wodę z odle­głego zbior­nika. Uzna­łem, że to praw­dziwy cud, epo­kowy wyna­la­zek.

Zer­k­ną­łem prze­lot­nie przez ramię, a potem odwró­ci­łem się, żeby spraw­dzić, czy dobrze widzę. Wzdłuż gór­nej kra­wę­dzi papie­ro­wego prze­pie­rze­nia tu i ówdzie ciem­niły się małe, czarne plamki – wykwity ple­śni.

Ni­gdy nie widzia­łem, żeby na ścian­kach z papieru papro­cio­wego poja­wiła się pleśń. A już na pewno nie spo­dzie­wa­łem się zna­leźć jej tutaj, na tak czy­stych i świet­nie zakon­ser­wo­wa­nych bia­łych ścia­nach. Miesz­kańcy obrzeży cesar­stwa powszech­nie sto­so­wali ten papier jako budu­lec wła­śnie ze względu na jego odpor­ność na pleśń i grzyb, a także lek­kość, ponie­waż kiedy ściany waliły się pod­czas trzę­sień ziemi, lepiej było, żeby były z papieru niż z kamie­nia.

Przyj­rza­łem się uważ­nie ple­śni i ponow­nie pową­cha­łem fiolkę z ługiem, by łatwo przy­po­mnieć sobie ten widok. Jesz­cze raz spoj­rza­łem na trupa, pół­czło­wieka zasty­głego w ago­nal­nym krzyku. Kro­pla wody spa­dła przez dziurę w dachu na kra­wędź buta Blasa, a po cho­lewce spły­nęła czer­wona strużka, która powięk­szyła nieco jeziorko krwi na posadzce.

Mój żołą­dek znów bole­śnie dał o sobie znać. Obró­ci­łem głowę i spoj­rza­łem w brą­zowe zwier­cia­dło. Zamar­łem. Z gład­kiej tafli wpa­try­wało się we mnie obli­cze.

Twarz w lustrze nale­żała do bar­dzo mło­dego męż­czy­zny. Spod gęstej, czar­nej czu­pryny wyglą­dały zatro­skane, ciemne oczy oko­lone skórą o lekko sza­ra­wym odcie­niu, typo­wym dla osoby pod­da­nej zna­czą­cym mody­fi­ka­cjom. Deli­kat­nie zary­so­wany pod­bró­dek, długi nos – regu­larne rysy, ani męskie, ani surowe, ani przy­stojne. Po pro­stu ładne, co wyglą­dało nieco dziw­nie u osoby słusz­nych gaba­ry­tów.

Twarz ta nie paso­wała do asy­stenta śled­czego Jurysu. Nie paso­wała do kogoś, kto miał prawo stać w tym miej­scu, co naj­wy­żej do chłopca bawią­cego się w prze­bie­ranki i besz­ta­ją­cego przed­sta­wi­ciela wła­dzy. Chłopca, któ­remu ni­gdy nawet się nie śniło, że będzie roz­sta­wiać po kątach kogoś takiego.

Co sta­łoby się temu mło­demu męż­czyź­nie, gdyby ktoś odkrył, jak dokład­nie udało mu się dostać obecne sta­no­wi­sko?

Mój żołą­dek skrę­cał się, pod­ska­ki­wał, tań­czył. Pod­bie­głem do okienka w pomiesz­cze­niu łazieb­nym, wychy­li­łem się i zwy­mio­to­wa­łem na trawę poni­żej.

– Niech to szlag! – usły­sza­łem i sapiąc po wysiłku, spoj­rza­łem w dół.

Dwóch funk­cjo­na­riu­szy Apo­teki stało w ogro­dzie. Gapili się na mnie z nie­skry­wa­nym obu­rze­niem.

– Niech to… – stęk­nął jeden z nich.

– Cho­lera – wark­ną­łem. Cof­ną­łem się do środka i zatrza­sną­łem okno.

* * *

Z braku chu­s­teczki otar­łem usta pod­szewką płasz­cza. Potem pową­cha­łem plamę i prze­łkną­łem trzy, cztery, pięć razy, usi­łu­jąc zatrzy­mać w sobie kwa­śny posmak i zapach. Omi­nąw­szy ostroż­nie kałużę krwi, pod­sze­dłem do drzwi sypialni i je otwo­rzy­łem, żeby wyjść. Przy­sta­ną­łem jed­nak w progu.

Dobiegł mnie głos Oti­riosa roz­ma­wia­ją­cego z innym funk­cjo­na­riu­szem Apo­teki:

– …mikry, nadęty kutas, ledwo co pozbył się mleka spod nosa – mówił prin­ceps. – To chyba o nim sły­sza­łem od innych sub­li­mów. Ponoć naj­głup­szy z nich, już ze sto razy omal nie wyle­ciał. Nie mogę uwie­rzyć, że pra­cuje dla śled…

Ruszy­łem w stronę gło­sów.

– Prin­cep­sie.

Gdy wyło­ni­łem się zza zakrętu, Oti­rios nie­zgrab­nie sta­nął na bacz­ność.

– T-tak, panie?

– Zanim poroz­ma­wiam ze świad­kami, zamie­rzam obej­rzeć dom i teren wokół niego – oznaj­mi­łem. – W tym cza­sie pro­szę umie­ścić świad­ków w osob­nych pomiesz­cze­niach i dopil­no­wać, żeby nie mogli się poro­zu­mie­wać. Niech wasi funk­cjo­na­riu­sze pil­nują rów­nież wszyst­kich wyjść, na wypa­dek gdyby ktoś jed­nak posia­dał nie­za­re­je­stro­wany klucz reagen­towy i usi­ło­wał dostać się do posia­dło­ści lub ją opu­ścić.

Oti­rios zbladł, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony z per­spek­tywy zarzą­dza­nia liczną grupą przez tak długi czas. Otwo­rzył usta, by zapro­te­sto­wać, po czym zamknął je nie­chęt­nie.

– I jesz­cze jedno, prin­cep­sie. – Uśmiech­ną­łem się do niego sze­roko. – Nie­zmier­nie doce­niam pań­skie wspar­cie.

Odcho­dząc, nie prze­sta­wa­łem się szcze­rzyć. Ni­gdy dotąd nie wyda­łem podob­nego roz­kazu, ale bar­dzo mi się to spodo­bało. Nie mogłem co prawda zga­nić Oti­riosa, gdyż nale­żał do innego jaletu, osob­nej jed­nostki admi­ni­stra­cyj­nej, ale mogłem przy­dzie­lić mu gów­niane zada­nie, przy któ­rym utknie na dłuż­szy czas.

Wędro­wa­łem po rezy­den­cji, od czasu do czasu wącha­jąc fiolkę. Spraw­dza­łem każdy kory­tarz i każde pomiesz­cze­nie. Nie­zmien­nie naty­ka­łem się na insy­gnia rodu Hazów – pióro pomię­dzy drze­wami.

Hazów z pew­no­ścią stać było na kir­pisy w każ­dym więk­szym pomiesz­cze­niu, jed­nak ten przy kuchni w zachod­nim końcu budynku zwiądł i usechł. Zano­to­wa­łem ów fakt, po czym ruszy­łem dalej, sta­ran­nie spraw­dza­jąc okna i drzwi. Zauwa­ży­łem, że więk­szość z nich wyko­nano z papieru papro­cio­wego. Wszyst­kie były śnież­no­białe i praw­do­po­dob­nie warte wię­cej niż moja mie­sięczna pen­sja.

Prze­sze­dłem przez kuch­nię i wtedy zauwa­ży­łem coś pod pie­cem: plamkę krwi. Dotkną­łem jej deli­kat­nie. Wciąż była wil­gotna i ciemna. Oczy­wi­ście krew w kuchni to nic nad­zwy­czaj­nego, ale wyry­łem sobie ten obra­zek w pamięci. Następ­nie wysze­dłem na zewnątrz.

Ogrody urzą­dzono z pie­ty­zmem i sma­kiem. Zapro­jek­to­wano je tak, by ich teren prze­ci­nały stru­myki, nad któ­rymi w malow­ni­czych miej­scach prze­rzu­cono uro­kliwe mostki. Widoki jak z bajek o wróż­kach dla dzieci, a mimo to, wędru­jąc ścież­kami i kiwa­jąc głową wciąż szu­ka­ją­cym ska­że­nia apo­te­ka­rzom, nie zna­la­złem nic cie­ka­wego.

W końcu dotar­łem do miej­sca, gdzie zwy­mio­to­wa­łem przez okno, i spraw­dzi­łem, czy w tra­wie nie kryją się ślady dra­biny lub cze­goś podob­nego. Rów­nież i tu nic nie zna­la­złem.

Na koniec zosta­wi­łem sobie domek dozorcy. Uro­czy jak wszystko wokół, został zbu­do­wany z paneli papro­cio­wych. Na pół­kach zie­le­niły się maleń­kie roślinki, które dozorca naj­wy­raź­niej roz­mna­żał. Do tego kolo­rowe kwiatki – nie­które świeże, inne już więd­nące. W chatce znaj­do­wał się cał­kiem spory gli­niany piec. Zaj­rza­łem do środka i na jego dnie zauwa­ży­łem popiół, a gdy dotkną­łem cegły, odkry­łem, że jest jesz­cze lekko cie­pła, jakby węgle tliły się przez noc.

Ponow­nie obsze­dłem ogrody, aby spraw­dzić, czy zoba­czy­łem wszystko, co było do zoba­cze­nia. Następ­nie rozej­rza­łem się i upew­ni­łem, że jestem sam. Potem wycią­gną­łem z kie­szeni notes Blasa.

Otwo­rzy­łem go, przy­mru­ży­łem oczy, wpa­tru­jąc się w roz­tań­czone słowa, i zaczą­łem czy­tać na głos.

– S-seg­ment muru… 3C – mam­ro­ta­łem. – D-data inspek­cji: czwarty egina… d-dwie t-tony pia­sku, dwie tony gliny…

Czy­ta­łem mozol­nie, zaci­na­jąc się na drob­nych liter­kach i słu­cha­jąc wła­snego głosu. Mia­łem duże pro­blemy z lek­turą i zapa­mię­ty­wa­niem tek­stu, ale jeśli odczy­ty­wa­łem go na głos i słu­cha­łem słów, mogłem je zapi­sać w pamięci, podob­nie jak wszystko inne, co sły­sza­łem.

Zapo­zna­łem się z wszyst­kim tak szybko, jak zdo­ła­łem. Był to głów­nie zapis z inspek­cji pre­fekta z wpi­sami takimi jak: „ck. 6 do 8 egina, mosty Paytasız w pół­noc­nej czę­ści kan­tonu Tala – wszyst­kie prze­jezdne” itd. Naj­wy­raź­niej w mie­siącu egin, ponad cztery tygo­dnie temu, Blas był bar­dzo zajęty. Nie mia­łem poję­cia, czy w zapi­skach znaj­do­wało się coś istot­nego, ale jako mne­mo­ry­tow­nik mia­łem obo­wią­zek wyryć wszystko w pamięci.

Skoń­czyw­szy zapa­mię­ty­wać notes, ruszy­łem w stronę domu, po dro­dze poko­nu­jąc kolejne mostki. Ni­gdy wcze­śniej nie prze­słu­chi­wa­łem świad­ków w spra­wie czy­jejś śmierci, a już na pewno nie służbę szla­chec­kiego rodu. Zasta­na­wia­łem się, jak zacząć.

W jed­nym ze stru­mieni wychwy­ci­łem swoje odbi­cie, poszar­pane i roz­myte przez nurt. Przy­sta­ną­łem na mostku.

Nie spie­przmy tego, dobra? – przy­ka­za­łem swo­jej falu­ją­cej twa­rzy.

Poko­naw­szy ostat­nią kładkę, wró­ci­łem do domu.

* * *

Jako pierw­sze przy­ci­sną­łem dziewki słu­żebne, ponie­waż to one miały dostęp do pokoju Blasa. Zaczą­łem od roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej chu­dzinki o wąskich ramio­nach i cien­kich nad­garst­kach. Trudno mi było sobie wyobra­zić, jak ktoś o tak nikłej postu­rze nosił góry naczyń po tych dłu­gich kory­ta­rzach. To ona przy­bie­gła, usły­szaw­szy krzyki Blasa. Powie­działa, że jego woła­nia o pomoc roz­le­gły się o ósmej rano, tuż przed śnia­da­niem.

– Wołał o pomoc? – upew­ni­łem się.

Ski­nęła, a łza, która spły­nęła jej po policzku, zawi­sła nie­pew­nie w zagłę­bie­niu przy skrzy­dełku nosa.

– Mówił, że… że boli go za most­kiem. Że ciężko mu zła­pać oddech. Scho­dził na śnia­da­nie, ale zawró­cił z drogi do pokoju. Weszłam tam; chcia­łam, żeby się poło­żył na pod­ło­dze, a wtedy… wtedy…

Pochy­liła głowę, a nie­zde­cy­do­wana łza spły­nęła jej po war­dze. Potem roz­pła­kała się na dobre.

– Prze-prze­pra­szam. – Łkała, bez­sku­tecz­nie sta­ra­jąc się opa­no­wać. – Z-zapo­mnia­łam zapy­tać. Napije się p-pan h-her­baty?

– Ach, nie, bar­dzo dzię­kuję.

Nie wiem dla­czego, ale moja odmowa wywo­łała w niej kolejną falę szlo­chów. Odcze­ka­łem, aż się uspo­koi, a ponie­waż nie prze­sta­wała pła­kać, pozwo­li­łem jej odejść.

Zawo­ła­łem następną osobę, star­szą słu­żącą. Ephi­nas usia­dła powoli. Poru­szała się ostroż­nie, z namy­słem, jak ktoś nawy­kły do tego, że jest stale obser­wo­wany. Potwier­dziła wer­sję pierw­szej słu­żą­cej. Blas przy­był póź­nym wie­czo­rem, wziął kąpiel i poszedł spać. Wszystko wyda­wało się zupeł­nie nor­malne aż do rana, kiedy zaczął wołać o pomoc. To nie Ephi­nas do niego poszła, więc nie wie­działa nic wię­cej. Oży­wiła się jed­nak, gdy zapy­ta­łem, czy Blas zatrzy­my­wał się tu wcze­śniej.

– Tak. – Poki­wała głową. – Pań­stwo czę­sto pozwa­lali mu tu noco­wać. Dobrze się znali.

– Czy ten pobyt róż­nił się od poprzed­nich? – zapy­ta­łem. – O ile się róż­nił.

– No tak – przy­tak­nęła po chwili waha­nia.

– W jaki spo­sób?

Znów waha­nie.

– Tym razem zosta­wił nas w spo­koju – wyznała cicho. – Może po pro­stu nie zdą­żył nic zro­bić.

Kaszl­ną­łem i zacią­gną­łem się wonią z fiolki, licząc, że nie zauważy, jak się rumie­nię.

– Powiedz mi o tym coś wię­cej, pro­szę.

Powie­działa. Z jej słów wyni­kało, że Blas był wstręt­nym sukin­sy­nem, który dobie­rał się do słu­żą­cych, gdy tylko udało mu się je zdy­bać na osob­no­ści. Ephi­nas nie wie­działa na pewno, czy któ­raś z dziew­cząt odwza­jem­niła jego zain­te­re­so­wa­nie, ale w to wąt­piła, choć wszyst­kie trak­to­wał tak samo.

– Co było powo­dem jego wizyty tutaj? – zapy­ta­łem.

Spu­ściła wzrok.

– Jest przy­ja­cie­lem pań­stwa Hazów.

– Przy­ja­cie­lem… I to wszystko? To jedyny powód, dla któ­rego tu przy­je­chał?

– Tak.

– Czy to nie dziwne, że gość nocuje w domu pod­czas nie­obec­no­ści gospo­da­rzy?

Zer­k­nęła na mnie lek­ce­wa­żąco, a potem zmie­rzyła wzro­kiem moje ciało, zatrzy­mu­jąc się dłu­żej na tanich butach i przy­cia­snym płasz­czu.

– Wśród ary­sto­kra­cji to nic nie­zwy­kłego.

Naj­wy­raź­niej nawet słu­żący uwa­żali się za bar­dziej świa­to­wych ode mnie. No cóż, pew­nie mieli rację.

Zada­łem jej jesz­cze kilka pytań, ale im dłu­żej ją wypy­ty­wa­łem, tym oszczęd­niej­szych udzie­lała odpo­wie­dzi, coraz bar­dziej zamy­ka­jąc się w sobie. Zano­to­wa­łem to w myślach i kon­ty­nu­owa­łem prze­słu­cha­nia następ­nych słu­żą­cych.

Zapy­ta­łem pozo­stałe dziew­częta o awanse Blasa. Wszyst­kie potwier­dziły, że je napa­sto­wał, ale powie­działy także, że jedyny kon­takt z nim miały pod­czas tych nie­przy­jem­nych chwil. Żadna nie miała do doda­nia nic wię­cej.

– Nie sły­sza­łam ani nie widzia­łam nic szcze­gól­nego przed jego śmier­cią – stwier­dziła ostat­nia kate­go­rycz­nie. Była odważ­niej­sza, gło­śniej­sza i gniew­niej­sza od pozo­sta­łych. Zde­cy­do­wa­nie mniej skora zno­sić w mil­cze­niu przy­kro­ści, jakie bywają udzia­łem służby. – Na pewno nie w nocy.

– Jesteś pewna?

– Na pewno – potwier­dziła. – Pra­wie nie spa­łam tej nocy.

– O? Dla­czego?

– Było mi gorąco. Strasz­nie gorąco.

Zasta­no­wiło mnie to.

– Śpisz w pobliżu kuchni?

– Tak, a co?

– Ponie­waż tam­tej­szy kir­pis więd­nie. Może dla­tego było tak gorąco?

– Kolejny zamiera? – Zda­wała się zasko­czona.

– A to nie pierw­szy?

– Są bar­dzo wraż­liwe na nad­miar wody. Jak mają zbyt mokro, więdną i zdy­chają.

– Mokro? W jakim sen­sie?

– W każ­dym. Za dużo desz­czu, za duża wil­goć… Wystar­czy zosta­wić w pobliżu grzyba otwarte okno czy drzwi i od razu zaczyna cho­ro­wać. Szcze­gól­nie teraz, gdy zbliża się pora desz­czowa. Kir­pisy są kapry­śne jak cho­lera.

Odchy­li­łem się na opar­cie i sku­pi­łem mocno. Poczu­łem trze­po­ta­nie na obrze­żach świa­do­mo­ści, po czym przy­wo­ła­łem obrazy z prze­szu­ka­nia domu. Każde pomiesz­cze­nie poja­wiało się w mojej pamięci jasno i wyraź­nie niczym mucha uwię­ziona w kro­pli miodu. Nie widzia­łem żad­nych otwar­tych okien ani drzwi. Co więc mogło spo­wo­do­wać więd­nię­cie kir­pi­sów?

– Czy ty albo ktoś inny zamy­kał jakieś okno lub drzwi po śmierci Blasa?

Spoj­rzała na mnie nie­pew­nie.

– Po tym, co zoba­czy­li­śmy, panie, led­wie mogli­śmy ustać na nogach, o pracy nie wspo­mi­na­jąc.

Uzna­łem to za zaprze­cze­nie, czyli że nie, nie zamy­kali żad­nych drzwi ani okien, a potem kon­ty­nu­owa­łem prze­py­ty­wa­nie.

* * *

Gdy skoń­czy­łem ze słu­żą­cymi, zabra­łem się ostro za prze­słu­chi­wa­nie kucharki. Pyta­nie o ślady krwi w kuchni nie wywarło na niej żad­nego wra­że­nia.

– A jak myślisz, panie, skąd mogła się wziąć krew w kuchni? – zri­po­sto­wała.

– Zra­ni­łaś się?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Jestem na to za stara i zbyt doświad­czona. I zbyt dobra. Jeśli była tam jakaś krew, to pew­nie z tego lar­da­cza, co mu go robi­łam na śnia­da­nie. Tego, któ­rego nie zjadł.

– Ryba? Na śnia­da­nie? – Skrzy­wi­łem się z nie­sma­kiem.

– Lubił lar­da­cze – odparła. – Podobno trudno o nie tam, gdzie pra­co­wał, przy murach. – Nachy­liła się w moją stronę. – Jak dla mnie to ten cały Blas przy­wlókł coś stam­tąd, spod murów mor­skich. Jakie­goś paso­żyta albo inne świń­stwo. Jak sobie pomy­ślę, co za tała­taj­stwo tam żyje… No prze­cież po coś te mury posta­wili. Sank­tu­arium jedno wie, jakie dzi­wac­twa można stam­tąd przy­wlec!

– Nic się tu nie prze­do­sta­nie. Od tego są wła­śnie te mury.

– Tak? Ale kilka lat temu zro­bił się wyłom – powie­działa zachwy­cona, że może podzie­lić się taką okrop­no­ścią. – Jeden z tych potwo­rów się prze­do­stał i zdą­żył znisz­czyć mia­sto na połu­dnie stąd, zanim Legion go zabił. Teraz drzewa, które tam rosną, zaczęły kwit­nąć, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej tego nie robiły. Bo te drzewa po pro­stu nie kwitną.

– Jeśli można, chciał­bym wró­cić do wyda­rzeń z zeszłej nocy…

– Wyda­rzeń! – Prych­nęła drwiąco. – Gość się ska­ził i tyle. O czym tu wię­cej mówić?

Przy­ci­sną­łem ją moc­niej, ale nie powie­działa mi już nic cie­ka­wego, więc pozwo­li­łem jej odejść.

* * *

Potem wzią­łem w krzy­żowy ogień pytań ogrod­nika Uxosa. Oka­zało się, że nie tylko dozo­ruje posia­dłość, ale wyko­nuje też różne dziwne prace przy domu, napra­wia ściany i drzwi z papieru papro­cio­wego. Był bar­dzo zahu­kany i chyba za stary na dozorcę. Wyda­wał się prze­ra­żony na samą myśl o napra­wach znisz­czeń doko­na­nych przez roślinę w sypialni.

– Nie wiem nawet, co to za drzewo – poskar­żył się. – W życiu cze­goś takiego nie widzia­łem.

– Zakwi­tło – powie­dzia­łem. – Wypu­ściło mały, biały kwia­tek. – Opi­sa­łem fio­le­towo-żółte wewnętrzne płatki i mdlący, słod­kawy zapach. Pokrę­cił głową.

– Nie, nie koja­rzę takiego kwiatka. Ani drzewa. Nic o nim nie wiem.

Gdy zapy­ta­łem go o kir­pis, powtó­rzył to, co mówiła słu­żąca: że takie rośliny więdną od nad­miaru wody. Nie wie­dział, w jaki dokład­nie spo­sób stało się to w tym wypadku.

– Może ktoś go prze­lał? – zasu­ge­ro­wał. – Albo wylał do niego napi­tek? To kosz­towne grzyby, ale cza­sem tak się zda­rza. Są bar­dzo wyma­ga­jące w pie­lę­gna­cji. Chło­dze­nie powie­trza to skom­pli­ko­wany pro­ces. Do tego na korze­niach rosną im takie czarne owoce, które trzeba wybie­rać…

W końcu zada­łem mu też pyta­nie o piec w chatce i popiół na rusz­cie.

– Oczysz­czam narzę­dzia ogniem – wyja­śnił. – Nie­które rośliny są bar­dzo deli­katne i łatwo zara­żają się grzy­bami jedna od dru­giej. Dla­tego wkła­dam sprzęt w ogień, żeby go oczy­ścić.

– Nie ma do tego spe­cjal­nych pły­nów? Jakie­goś mydła czy cze­goś innego do oczysz­cza­nia narzę­dzi?

– To kosz­towne. Ogień jest tani.

– Hazo­wie chyba nie dbają za bar­dzo o wydatki?

– Patrzą na pie­nią­dze, oj, patrzą. Jak czło­wiek dużo kosz­tuje, to go zwal­niają. A ja bar­dzo się sta­ram być tani. Nie chcę odcho­dzić.

Zauwa­ży­łem tro­skę w jego oczach. Wie­dział, że jest już stary, za stary na dozorcę. Przy­ci­sną­łem go jesz­cze, ale nie miał już nic wię­cej do powie­dze­nia, pozwo­li­łem mu odejść.

* * *

Na koniec zosta­wi­łem sobie och­mi­strzy­nię, panią Gen­na­dios, która ponoć trzę­sła rezy­den­cją pod nie­obec­ność wła­ści­cieli. Star­sza kobieta, o pomarsz­czo­nej, mocno wyma­lo­wa­nej twa­rzy miała na sobie kosz­towną, jasno­zie­loną szatę z mięk­kiej, lśnią­cej tka­niny – sazyj­skiego jedwa­biu, który wyra­biano w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Po wej­ściu zatrzy­mała się tuż za pro­giem i otak­so­wała mnie chłod­nym, prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Dopiero potem usia­dła sztywno, ze złą­czo­nymi kola­nami, nogami pod kątem, dłońmi na podołku, ścią­gnię­tymi ramio­nami i spoj­rze­niem wbi­tym w róg pomiesz­cze­nia.

– Coś nie tak, pani? – zapy­ta­łem.

– Chło­piec – wypu­ściła słowo tonem suchym i napię­tym niczym cię­ciwa. – Przy­słali nam chłopca.

– Nie bar­dzo rozu­miem?

Znowu osza­co­wała mnie kątem oka.

– I ktoś taki uwię­ził nas we wła­snym domu, w domu moich pań­stwa, i nie pozwo­lił ruszyć tego prze­klę­tego trupa. Wielki, prze­ro­śnięty dzie­ciak.

Zamil­kła na długą, lodo­watą chwilę.

– Ktoś w tym domu zgi­nął, pani. Poten­cjal­nie z powodu ska­że­nia. Cze­goś, co mogło zabić rów­nież i was. Nie chcesz, byśmy to zba­dali?

– To gdzie wobec tego jest śled­czy, który powi­nien zba­dać tę sprawę?

– Śled­cza nie mogła przy­być oso­bi­ście. Przy­słała mnie, abym zebrał infor­ma­cję i zło­żył jej szcze­gó­łowy raport z wizji miej­sca zda­rze­nia.

Obda­rzyła mnie spoj­rze­niem przy­po­mi­na­ją­cym to, któ­rym węgorz kon­tem­pluje rybę prze­pły­wa­jącą przed jego jaski­nią.

– No to zadaj mi te swoje pyta­nia, panie – pona­gliła mnie. – Mam dużo pracy, muszę zała­tać tę prze­klętą dziurę w dachu. No dalej.

Zacią­gną­łem się zapa­chem z fiolki i zapy­ta­łem o cha­rak­ter pobytu Blasa. Zare­ago­wała wzru­sze­niem ramion, naj­drob­niej­szym i naj­mniej szcze­rym, jakie w życiu widzia­łem.

– Jest przy­ja­cie­lem pań­stwa Hazów.

– Jedna ze słu­żą­cych powie­działa to samo – zauwa­ży­łem.

– Bo to prawda.

– Tymi samymi sło­wami.

– Bo to prawda.

– Wasi pań­stwo czę­sto zezwa­lają przy­ja­cio­łom noco­wać w swo­ich domach?

– Pań­stwo Hazo­wie mają wielu przy­ja­ciół i wiele domów. Cza­sami ich przy­ja­ciele się tu zatrzy­mują.

– I nikt z rodziny nie zamie­rzał się tu z nim spo­tkać?

– Moi pań­stwo – rze­kła z wyż­szo­ścią – wolą prze­by­wać w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych oko­li­cach niż ten kan­ton.

Odpu­ści­łem i prze­sze­dłem do kolej­nych pytań, tym razem o to, gdzie są prze­cho­wy­wane nale­żące do służby klu­cze reagen­towe.

– Wszyst­kie zamy­kamy na noc. Jedy­nie ja i Uxos posia­damy przy sobie kom­plet na wypa­dek nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści.

Wypy­ta­łem ją o zapa­sowe klu­cze, o ich ewen­tu­alne dora­bia­nie i tak dalej, ale odrzu­ciła moje suge­stie jako coś nie­moż­li­wego.

– A mody­fi­ka­cje? Czy ktoś ze służby posiada wsz­czepy impe­rialne?

– Oczy­wi­ście. Popra­wia­jące odpor­ność i prze­ciw­pa­so­żyt­ni­cze. Osta­tecz­nie miesz­kamy na Obrze­żach.

– Nic bar­dziej zaawan­so­wa­nego?

Pokrę­ciła głową. Zro­biło mi się nie­przy­jem­nie gorąco. Nie podo­bało mi się to, jak mało się ruszała, i fakt, że cały czas sie­działa wypro­sto­wana, jakby kij połknęła. Głowę prze­krzy­wiała tylko tyle, żeby zer­k­nąć na mnie prze­lot­nie kątem oka jak jakieś cho­lerne pta­szy­sko.

– To może powiesz mi przy­naj­mniej, pani, jakie rela­cje łączą pre­fekta z rodziną Hazów?

– Przy­jaź­nili się – powtó­rzyła dobit­nie.

– Od jak dawna?

– Nie znam cha­rak­teru każ­dej zna­jo­mo­ści moich pań­stwa, nie mnie to osą­dzać.

– A wielu mają przy­ja­ciół w Dare­ta­nie?

– Ow­szem. W róż­nych jale­tach, jeśli o to cho­dzi. – Łyp­nęła na mnie zło­wrogo. – Wielu na wyż­szych sta­no­wi­skach niż twoje.

Uśmiech­ną­łem się uprzej­mie, choć groźba w jej gło­sie wybrzmiała wyraź­nie. Ponie­waż nie zdo­ła­łem z niej wydo­być nic wię­cej, zakoń­czy­łem prze­słu­cha­nie.

* * *

I to by było na tyle – świad­ko­wie prze­słu­chani, ruchy służby prze­śle­dzone, godziny wejść i wyjść usta­lone. Jedy­nym, który przy­był do posia­dło­ści w ciągu minio­nego dnia, był pre­fekt Taqtasa Blas, który zawi­tał w progi tego domu tuż po jede­na­stej w nocy dwu­dzie­stego dzie­wią­tego dnia mie­siąca ska­lasi. Zaraz po przy­jeź­dzie wziął kąpiel i poło­żył się spać. Obu­dził się naza­jutrz, trzy­dzie­stego ska­lasiego, wyszedł z pokoju, aby udać się na śnia­da­nie, ale zawró­cił i umarł w nie­wy­obra­żal­nie kosz­marny spo­sób. Cho­ciaż uwa­ża­łem, że wyko­na­łem cał­kiem nie­złą robotę – może poza roz­mową z och­mi­strzy­nią – nie potra­fi­łem wycią­gnąć żad­nych wnio­sków na temat tego, co tu zaszło. Nie wie­dzia­łem, czy Blas zastał zamor­do­wany, a nawet czy oko­licz­no­ści jego śmierci były w ogóle podej­rzane.

Ska­że­nia się przy­tra­fiały, szcze­gól­nie tym, któ­rzy pra­co­wali przy murach mor­skich.

W dro­dze do wyj­ścia zatrzy­ma­łem się jesz­cze w sypialni. Chcia­łem ponow­nie rzu­cić okiem na zwłoki, ale przede wszyst­kim odło­żyć notes Blasa na miej­sce. Czu­łem się dziw­nie, wsu­wa­jąc dzien­nik z powro­tem do torby, jakby zasty­gła w krzyku twarz za mną śle­dziła moje poczy­na­nia. Mimo strasz­nego stanu zwłok ten wyraz bólu był tak wyraźny, jakby nie­bosz­czyk na­dal czuł pędy rośliny, które wiją się wewnątrz niego i roz­ry­wają jego ciało.

Na zewnątrz podzię­ko­wa­łem Oti­rio­sowi, który miał odpro­wa­dzić mnie do bramy dla służby.

– Czy możemy już zabrać ciało do zba­da­nia? – zapy­tał.

– Raczej tak, ale niech wszy­scy świad­ko­wie pozo­staną jesz­cze na tere­nie posia­dło­ści. Po wysłu­cha­niu raportu śled­cza praw­do­po­dob­nie będzie chciała wezwać nie­któ­rych, żeby prze­słu­chać ich oso­bi­ście.

– Świet­nie ci poszło.

– Słu­cham?

– Jeśli mogę zauwa­żyć, to świet­nie sobie pora­dzi­łeś z tym docho­dze­niem, panie. – Uśmiech­nął się do mnie pro­mien­nie jak dumny star­szy brat. Taką fami­liar­ność widy­wa­łem dopiero po czwar­tym dzba­nie opi­wina. – Choć jeśli mogę ci coś dora­dzić, to suge­ruję następ­nym razem nieco więk­szą życz­li­wość w obej­ściu. Widy­wa­łem gra­ba­rzy przy­stęp­niej­szych od cie­bie.

Aż przy­sta­ną­łem i spoj­rza­łem na niego. Po chwili wzno­wi­łem wędrówkę malow­ni­czymi ście­żyn­kami aż do blusz­czo­bramy.

– Cią­gle jed­nak zacho­dzę w głowę… – ode­zwał się Oti­rios już po dru­giej stro­nie muru.

– Tak, prin­cep­sie? Jaką to kolejną świa­tłą radę dla mnie masz?

– Czy nie byłoby łatwiej, gdyby śled­cza przy­była tu oso­bi­ście?

Spoj­rza­łem na niego groź­nie.

– Nie – odrze­kłem bez waha­nia. – Zapew­niam cię, prin­cep­sie, nie byłoby łatwiej, gdyby śled­cza przy­była tu oso­bi­ście. I mówię to z peł­nym prze­ko­na­niem. – A ruszyw­szy z powro­tem w drogę, mruk­ną­łem: – Uwierz mi na słowo, abso­lut­nie nie byłoby łatwiej.

Rozdział drugi

W Dare­ta­nie nie było mia­sta jako takiego, raczej sku­pi­sko zabu­do­wań jale­tów impe­rial­nych, miesz­czące się przy skrzy­żo­wa­niu głów­nych trak­tów. Obej­mo­wało liczne par­cele, maga­zyny i sto­doły, w któ­rych trzy­mano mate­riały oraz żywiec, nie­ustan­nie trans­por­to­wane pod mury mor­skie. Tego popo­łu­dnia pano­wał tu zwy­kły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku koń­skiego ciel­ska. Mean­dro­wa­łem skra­jem mia­sta na połu­dnie, przy­sta­jąc, żeby prze­pu­ścić wozy i fur­manki, aż ujrza­łem zna­jomy widok – konie o brzu­chach uma­za­nych mie­dziano-brą­zo­wym bło­tem, roje brzę­czą­cych much, prze­po­ceni legio­ni­ści, inży­nie­ro­wie i funk­cjo­na­riu­sze innych jale­tów wykrzy­ku­jący nazwi­ska oraz roz­kazy, nie przej­mu­jąc się, czy kto­kol­wiek ich sły­szy i czy ich wrza­ski przy­ku­wają czy­ją­kol­wiek uwagę. Kła­nia­łem się, kiwa­łem głową, znów kła­nia­łem, znów kiwa­łem głową, aż w końcu wydo­sta­łem się z tej kotło­wa­niny i zanu­rzy­łem w gęstwinę dżun­gli.

W lesie było ciemno, a powie­trze falo­wało od gorąca. Słońce minęło już zenit, a łodygi jego bla­dego świa­tła prze­bi­jały się przez zie­lony bal­da­chim listo­wia. Odna­la­złem wąską ścieżkę pro­wa­dzącą do domu mojej zwierzch­niczki i podą­ży­łem nią, witany odgło­sami cisko­żab i chrząsz­czy. W pew­nej chwili ską­pane w parze listo­wie się roz­stą­piło, a ja ujrza­łem ocie­nioną kwa­terę miesz­kalną z for­mo­blusz­czu.

Zaczą­łem iść pomię­dzy pnia­kami. Gdy około cztery mie­siące temu moja pani przy­była do kan­tonu objąć sta­no­wi­sko tutej­szej śled­czej Jurysu, inży­nie­ro­wie wycięli drzewa, a potem stwo­rzyli dla niej dom z for­mo­blusz­czu, spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wa­nego pną­cza, które apo­te­ka­rze potra­fili zmu­sić do wyra­sta­nia w kon­kret­nym kształ­cie. Poko­ny­wa­łem tę drogę tak czę­sto, że sze­dłem po wła­snych śla­dach. Moja zwierzch­niczka nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamiesz­kała.

Wspią­łem się na schodki fron­towe i zoba­czy­łem leżącą przed wej­ściem stertę ksią­żek obwią­za­nych sznur­kiem. Domy­śli­łem się, że to prze­syłka z poczty dare­tań­skiej. Pochy­li­łem się i odczy­ta­łem kilka tytu­łów. Jak zwy­kle litery tań­czyły mi przed oczami, utrud­nia­jąc zło­że­nie ich w słowa, a falu­jące świa­tło w lesie nie uła­twiało sprawy, jed­nak udało mi się odczy­tać Zesta­wie­nie trans­feru dóbr ziem­skich kan­tonu Qabirga w latach 1100–1120 oraz Teo­rie zwią­zane ze wzro­stem masy czmy­cho­kraba wschod­niego od roku 800.

– Co jest? – mruk­ną­łem, a potem zamil­kłem, nasłu­chu­jąc.

Dobiegł mnie rechot cisko­żaby, a potem niski zaśpiew mikow­ronka, ale naraz uświa­do­mi­łem sobie, że sły­szę jesz­cze inny dźwięk, męski pomruk, któ­rego źró­dło znaj­do­wało się w domu.

Przy­ci­sną­łem ucho do drzwi i usły­sza­łem wyraź­niej naj­pierw głos mojej zwierzch­niczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdra­dzał zanie­po­ko­je­nie, wręcz zde­ner­wo­wa­nie.

– Niech to szlag – zaklą­łem. – Wyszła, by zła­pać kolej­nego…

Otwo­rzy­łem i wpa­dłem do środka.

* * *

Tym, co zawsze jako pierw­sze rzu­cało się w oczy we wnę­trzu for­mo­blusz­czo­wego domku, były książki. Cała masa ksią­żek – na pół­kach, w ster­tach, istne góry tomów na wszel­kiego rodzaju enig­ma­tyczne tematy. Moja zwierzch­niczka dosłow­nie żyła na książ­kach, czę­sto uży­wa­jąc ich jako biurka czy noc­nego sto­lika. Musiała nawet wydrą­żyć sobie w nich grotę, żeby posta­wić łóżko.

Rozej­rza­łem się po prze­łę­czach tomów i przedar­łem na tyły domku, do gabi­netu. Już z daleka zauwa­ży­łem stopy kogoś sie­dzą­cego tam na krze­śle, obute w lśniące, czarne ofi­cerki. Skrzy­wi­łem się na ten widok, po czym przy­gła­dzi­łem włosy i wsze­dłem do środka.

Pomiesz­cze­nie wyglą­dało jesz­cze gorzej niż poprzed­niego dnia. Spo­wi­jała je plą­ta­nina pędów roślin donicz­ko­wych, wielu egzo­tycz­nych i rów­nie wielu na wpół uschnię­tych. Do tego wszę­dzie walały się instru­menty stru­nowe w róż­nych sta­diach roz­kładu. Tego dnia na nie­wiel­kim wyście­ła­nym stołku sie­dział jakiś kapi­tan inży­nie­rów: chudy, w śred­nim wieku i śmier­tel­nie prze­ra­żony.

Powód jego lęku był oczy­wi­sty, ponie­waż uczu­cie to ogar­nia więk­szość ludzi, gdy tylko znajdą się w obec­no­ści mojej zwierzch­niczki. Immu­nisa Ana­gosa Dola­bra, śled­cza Jurysu kan­tonu Dare­tana, sie­działa na pod­ło­dze tyłem do kapi­tana, pra­cu­jąc nad jed­nym ze swo­ich pro­jek­tów. Urzą­dze­nie skła­dało się z plą­ta­niny dru­tów i struny. W moich oczach wyda­wało się pozba­wione sensu. Naj­praw­do­po­dob­niej roz­mon­to­wała jedną ze swo­ich harf situr – była zapa­loną, choć nie­dbałą muzyczką – i kon­stru­owała z niej coś w rodzaju kro­sna.

– Mówi­łam ci, Din, i to nie raz – ode­zwała się. – Zawsze pukaj.

Wyprę­ży­łem się na bacz­ność, splo­tłem ręce za ple­cami, ścią­gną­łem ramiona i wypro­sto­wa­łem kolana.

– Wyda­wało mi się, że sły­szę głosy, pani. Chcia­łem spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

– Och, nie ma się czym mar­twić. – Spoj­rzała przez ramię, uśmie­cha­jąc się sze­roko, a pasmo śnież­no­bia­łych wło­sów opa­dło jej na poli­czek niczym pió­ro­pusz egzo­tycz­nego ptaka. Sta­łem wypro­sto­wany, choć nie była w sta­nie mnie zoba­czyć przez szkar­łatną prze­pa­skę na oczach. – Pro­wa­dzimy z kapi­ta­nem nie­zwy­kle zaj­mu­jącą kon­wer­sa­cję – stwier­dziła.

Funk­cjo­na­riusz łyp­nął na mnie ze zgrozą.

– Ach tak? – skwi­to­wa­łem.

– Tak! – potwier­dziła i znów zajęła się swoją pracą. – Drogi kapi­tan nad­zo­ruje prace nad sie­cią rowów nawad­nia­ją­cych w Dare­ta­nie. Pod­czas robót jego ekipa odkryła ruiny sprzed wie­ków, pozo­sta­ło­ści po kon­struk­cjach zbu­do­wa­nych przez ludzi zamiesz­ku­ją­cych te tereny przed przy­łą­cze­niem ich do Impe­rium. Czy nie tak, kapi­tanie Tischte?

Bie­dak wbił we mnie prze­lęk­nione oczy i poru­szył bez­gło­śnie ustami, które uło­żyły się w słowo: „Pomocy!”.

– Co cie­kawe – cią­gnęła Ana – naj­wy­raź­niej część budyn­ków wznie­siono, ukła­da­jąc cegły w jodełkę, która to tech­nika wymaga znacz­nie mniej zaprawy niż zwy­kle! Czy to nie fascy­nu­jące?

Kapi­tan roz­pacz­li­wie gesty­ku­lo­wał, wska­zu­jąc na wyj­ście.

– Nie­zwy­kle fascy­nu­jące, pani – przy­tak­ną­łem.

– Szcze­gól­nie że – pod­jęła – dawno już uku­łam teo­rię, że więk­szość Kur­mi­nów zamiesz­ku­ją­cych obec­nie trzeci pier­ścień cesar­stwa wyemi­gro­wało wła­śnie stąd, zanim te zie­mie włą­czono do Impe­rium. To zna­le­zi­sko potwier­dza moje przy­pusz­cze­nia, zwa­żyw­szy, jak powszechna w kan­to­nie Kur­min jest tech­nika ukła­da­nia cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do wewnątrz – mach­nęła ręka w kie­runku wschod­nim – jest zro­zu­miała… No bo prze­cież tylko w ten spo­sób można było postą­pić, chcąc prze­trwać.

Kapi­tan prze­stał wyma­chi­wać rękoma, ponie­waż jego wzrok padł na leżącą przy stołku tacę okrytą kawał­kiem płótna. Zanim zdą­ży­łem go powstrzy­mać, uniósł tka­ninę i zaga­pił się ze zgrozą na to, co znaj­do­wało się pod spodem: szklany słoik z zakon­ser­wo­wa­nym wró­blem jipti, któ­rego Ana zła­pała kilka tygo­dni wcze­śniej, a następ­nie go zabiła i prze­pro­wa­dziła jego autop­sję. Kapi­tan wypu­ścił płótno z drżą­cej ręki.

Zaczą­łem gorącz­kowo zmy­ślać histo­ryjkę.

– Wła­ści­wie to – odchrząk­ną­łem – idąc tu, natkną­łem się na paru inży­nie­rów.

– Doprawdy?

– Tak, pani. Mówili, że szu­kają kapi­tana Tischte’a, ponoć jest pil­nie potrzebny.

Ana prze­rwała na moment pracę nad ustroj­stwem i prze­krzy­wiła głowę na bok.

– Hm. Nie­prawda. To kłam­stwo, Din. Jesteś fatal­nym kłamcą, sły­chać to w twoim gło­sie. Ale! Muszę przy­znać, że poza infor­ma­cją o tech­nice jodeł­ko­wej kapi­tan Tischte nie miał zbyt wiele do powie­dze­nia i zaczął mnie już nudzić. – Odwró­ciła ku niemu twarz strojną w prze­pa­skę oraz sze­roki uśmiech. – Może pan iść, kapi­tanie. Dzię­kuję za dotrzy­ma­nie mi towa­rzy­stwa.

Kapi­tan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jaw­nego zbul­wer­so­wa­nia skło­nił się i wydu­sił „Pani”, po czym czmych­nął w stronę wyj­ścia.

Pobie­głem za nim, zasta­na­wia­jąc się, w jaki spo­sób tym razem napra­wić wyrzą­dzone szkody.

– Pro­szę wyba­czyć, panie – zaczą­łem. – Nie ist­nieje uspra­wie­dli­wie­nie dla…

– Uspra­wie­dli­wie­nie! – zaskrze­czał tuż za pro­giem. – Nic nie jest w sta­nie uspra­wie­dli­wić cze­goś takiego! Wysłała mi list, żebym poja­wił się tu z jaki­miś mapami, a gdy to uczy­ni­łem, uwię­ziła mnie i przez trzy godziny prze­słu­chi­wała, wypy­tu­jąc o każdy naj­mniej­szy szcze­gół z życia! Pytała nawet o kształt moich stóp!

– Naprawdę mi przy­kro. – Ukło­ni­łem się, pod­nio­słem głowę i na widok jego wście­kłej miny pogłę­bi­łem ukłon, nie­omal doty­ka­jąc nosem czubka zno­szo­nego buta. – Prze­rwał­bym to, gdy­bym był na miej­scu, naprawdę bym…

– A na końcu… na końcu miała czel­ność nazwać mnie nud­nym! – wrzesz­czał. – I pomy­śleć, że ta sza­lona kobieta jest śled­czą Jurysu! To… – Nie dokoń­czył, zamiast tego odwró­cił się i rzu­cił bie­giem ścieżką w stronę mia­sta.

– Szlag by to – wymam­ro­ta­łem, odpro­wa­dziw­szy go wzro­kiem, i wró­ci­łem do domku.

Ana wciąż pochy­lała się nad swoim ustroj­stwem, w zadu­mie prze­bie­ra­jąc pal­cami nad stru­nami.

– Wiesz, pani… – Prze­rwa­łem, by prze­my­śleć to, co chcia­łem powie­dzieć.

– No dalej, Din – zachę­ciła mnie, zdej­mu­jąc prze­pa­skę. – Mia­łam wra­że­nie, że zamie­rzasz mnie zbesz­tać. To dopiero byłoby ucieszne.

– Cóż, sama wiesz, pani, że… że tak nie można.

– Zwy­kle nie można – przy­znała. – Ale zwy­kle jesteś tu ty i mnie powstrzy­mu­jesz, Din.

– To prawda, dokład­nie to robię, ponie­waż nie można zaga­niać tych bie­da­ków w kozi róg, a potem wyci­skać z nich infor­ma­cji jak sok z aptioty!

– Po pro­stu robię, co mogę, żeby odna­leźć w tym zapa­dłym kan­to­nie choć okruch cze­goś cie­ka­wego – rzu­ciła bez­tro­sko i naprę­żyła strunę w swoim ustroj­stwie. – A wymaga to cięż­kiej harówki.

– Pani…

– Na przy­kład, czy wie­dzia­łeś, Din, że wysu­nięta naj­da­lej na połu­dnie stud­nia w Dare­ta­nie jest pra­wie na pewno zaka­żona irydą?

– To fascy­nu­jące, pani.

– Zaiste. Nikt o tym nie wie­dział. A ja wywnio­sko­wa­łam to po roz­mo­wach z sześć­dzie­się­cioma dwiema oso­bami, które prze­pro­wa­dzi­łam w minio­nych mie­sią­cach. Dwa­na­ścioro spo­śród nie­świa­do­mie piją­cych regu­lar­nie tam­tej­szą wodę skar­żyło się na lek­kie bóle, bez­sen­ność oraz nie­zwy­kły zapach moczu, co wska­zuje na objawy powszech­nie łączone z tą cho­robą. Poin­for­mo­wa­łam o tym kapi­tana i zale­ci­łam oczysz­cze­nie studni. – Znów szarp­nęła druty. – Wła­śnie to zyskuję z tych wszyst­kich roz­mów, Din. Potrze­buję po pro­stu odpo­wied­niej ilo­ści infor­ma­cji, by odgad­nąć naturę wzorca.

– I to chęć roz­gry­zie­nia wzorca skło­niła cię do zapy­ta­nia kapi­tana Legionu o zapach jego sików, pani?

– Och nie, nie. Kie­ro­wała mną czy­sta cie­ka­wość.

Pozwo­li­łem sobie na nią zer­k­nąć. Była wysoką, szczu­płą kobietą dobie­ga­jącą czter­dziestki lub pięć­dzie­siątki – trudno to cza­sem okre­ślić w wypadku zmo­dy­fi­ko­wa­nych ludzi – a choć jej skóra miała podobny odcień do mojej, była zde­cy­do­wa­nie jaśniej­sza. Głów­nie dla­tego, że Ana­gosa Dola­bra ni­gdy nie wycho­dziła na zewnątrz, a w mniej­szej czę­ści z powodu jej rasy. Sazyj­czycy, miesz­ka­jący w wewnętrz­nych pier­ście­niach Impe­rium, mieli bled­szą cerę, bar­dziej kan­cia­ste rysy i węż­sze twa­rze niż Talo­wie tacy jak ja. Z tymi śnież­no­bia­łymi wło­sami, sze­ro­kim uśmie­chem i żół­tymi oczami czę­sto przy­po­mi­nała kota, a raczej obłą­kaną kotkę, która uga­nia się po domu za tą jedyną wła­ściwą plamką słońca, choć przy oka­zji nie prze­pu­ści żad­nej przy­pad­ko­wej myszy.

Ana Dola­bra miała na sobie długą, czarną suk­nię oraz pobru­dzony ciem­no­nie­bie­ski płaszcz Jaletu Jury­stycz­nego z nie­re­gu­la­mi­nowo przy­pię­tymi dys­tynk­cjami, tego dnia pogru­po­wa­nymi w dosko­nale syme­tryczne kon­ste­la­cje wedle koloru, ina­czej niż wczo­raj, gdy były one uło­żone według roz­miaru.

– O! Książki! – wykrzyk­nęła.

– Słu­cham?

– Moje książki. Przy­szły już?

– A tak, pani. Są na ganku. Zabrał­bym je, ale zde­kon­cen­tro­wała mnie wizja tor­tu­ro­wa­nego kapi­tana.

– A w odwe­cie ty tor­tu­ru­jesz mnie swoim nie­udacz­nym poczu­ciem humoru. – Prych­nęła. – Jed­nak gdy­byś był tak miły…

Skło­ni­łem się, pod­sze­dłem do drzwi i chwy­ci­łem za klamkę. Spoj­rza­łem jesz­cze przez ramię.

– Nie patrzę! – zawo­łała. Miała twarz zwró­coną w stronę kąta pokoju. – Oczy odwró­cone!

Upew­niw­szy się, że nie wyj­rzy na zewnątrz, otwo­rzy­łem drzwi, chwy­ci­łem książki, wcią­gną­łem je do domu i zatrza­sną­łem przej­ście. W mgnie­niu oka zna­la­zła się przy mnie i natych­miast wsu­nęła palec pod węzeł, żeby roze­rwać sznu­rek.

– Całe wieki to trwało – skar­żyła się. – Uwie­rzysz? Dwa tygo­dnie! Dostar­cze­nie ich zajęło dwa pie­przone tygo­dnie!

– Pew­nie ciężko ci było wytrzy­mać bez porząd­nej pozy­cji o kra­bach, pani.

– Nawet sobie nie wyobra­żasz!

Rzu­ciła się otwie­rać jedną książkę za drugą. Przy­my­kała przy tym oczy i gła­dziła stro­nice. Choć więk­szość jej skóry była szara, opuszki miała różowe dzięki wsz­cze­powi, który, jak sądzi­łem, musiał je uwraż­li­wić, umoż­li­wia­jąc Anie odczy­ty­wa­nie doty­kiem druku, a cza­sem nawet pisma odręcz­nego. Co też czy­niła przez więk­szość dnia, z zawią­za­nymi oczyma prze­su­wa­jąc pal­cami po kart­kach. „Lepiej ogra­ni­czać bodźce”, powie­działa mi kie­dyś. „I nie wycho­dzić. Nad­mierna sty­mu­la­cja pro­wa­dzi do utraty zmy­słów”.

Obser­wu­jąc, jak prze­gląda każdą książkę, nie po raz pierw­szy zasta­na­wia­łem się, jak miał­bym stwier­dzić utratę zmy­słów w jej przy­padku. Zakła­da­łem, że dole­gli­wo­ści Any są zwią­zane z mody­fi­ka­cjami, choć ni­gdy nie dowie­dzia­łem się, w jaki spo­sób wzmoc­niono jej umysł.

– Oooch. – Pie­ściła książkę o kra­bach zmy­sło­wymi ruchami. – Tę wydru­ko­wano w kan­to­nie Ratras, roz­po­znaję to po rodzaju wypu­kło­ści. Ich prasy dru­kar­skie zostały skon­stru­owane tak, by dru­ko­wać święte księgi w ich ojczy­stym języku, więc nie­które litery są pochy­lone lekko w lewo… Dzię­kuję ci, Din, że mi je przy­nio­słeś. Powin­nam mieć dzięki nim zaję­cie przez dzień czy dwa.

– Dzień? – wyrwało mi się.

– Och, sądzisz, że nie star­czy na cały? – Zmar­twiła się.

– Trudno rzec, pani.

– Może trzeba było kupić wię­cej, co, Din?

– Naprawdę trudno rzec.

Chwila peł­nego napię­cia mil­cze­nia.

– Czy to moż­liwe, Din, że potra­fił­byś zło­żyć zda­nie z wię­cej niż dzie­się­ciu słów?

Zary­zy­ko­wa­łem zer­k­nię­cie w jej jasno­żółte oczy i stłu­mi­łem uśmie­szek.

– Nie­wy­klu­czone, pani.

– Ach, jakże podzi­wiam twoją umie­jęt­ność zawar­cia takiej dozy non­sza­lanc­kiej bęcwa­ło­wa­to­ści w zale­d­wie paru syla­bach. Cóż za talent! – Pod­nio­sła się z wes­tchnie­niem i chwiej­nie powę­dro­wała z powro­tem do gabi­netu, gdzie osu­nęła się na fotel.

Podą­ży­łem za nią, ale zatrzy­ma­łem się w progu i sta­ną­łem na bacz­ność. Poto­czyła wzro­kiem po wala­ją­cych się wokół nie­do­koń­czo­nych pro­jek­tach, a na jej twarz z wolna wpełzł wyraz przy­gnę­bie­nia.

– Jak się tak zasta­no­wię, Din, to cał­kiem moż­liwe, że powoli zaczy­nam tra­cić tu moje cho­lerne zdrowe zmy­sły.

– Przy­kro mi to sły­szeć, pani.

Wzięła małą harfę situr i zaczęła machi­nal­nie trą­cać jej struny.

– Głów­nie dla­tego – pod­jęła – że w tym nud­nym kan­to­niku zupeł­nie nic się nie dzieje. A książki tu przy­peł­zają, a nie przy­cho­dzą.

Zna­łem te jej nastroje. Naj­pierw pod­nie­ce­nie nowym pomy­słem, nowym zagad­nie­niem, nową zabawką, a potem, po roz­pra­co­wa­niu tegoż, miaż­dżąca melan­cho­lia. Jedy­nym, co poma­gało, było pod­su­nię­cie jej cze­goś nowego.

– A co do nudy, pani, dzi­siaj rano…

– Nie­chęt­nie to przy­znaję – prze­rwała mi – ale gdy jesteś w pobliżu, wszystko staje się zno­śniej­sze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki nudny, Din, że ścią­gasz mnie sku­tecz­nie na zie­mię.

– Spró­buję potrak­to­wać to jako kom­ple­ment. Ale dla­tego wła­śnie chcia­łem powie…

– A twoje sta­no­wi­sko wobec mojej prośby jest na­dal nie­zmienne?

Spoj­rza­łem na nią surowo.

– A kon­kret­niej, pani?

– Cho­ler­nie dobrze wiesz, o co mi cho­dzi. – Pochy­liła się naprzód i wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu. – Czy w końcu kupisz mi te prze­klęte nastroj­niki? Prze­sta­ła­bym drę­czyć ludzi, gdy­bym je miała!

– Funk­cjo­na­riu­szom jale­tów impe­rial­nych surowo zabra­nia się kupo­wa­nia i sto­so­wa­nia wsz­cze­pów mody­fi­ku­ją­cych nastrój – wyre­cy­to­wa­łem bez­na­mięt­nie. – A ja nie łamię prawa, pani, pra­gnę bowiem zacho­wać sta­no­wi­sko.

– Tylko parę psy­cho­de­li­ków – prze­ko­ny­wała. – Choć jeden dzień bez tej strasz­nej nudy.

– A czy impe­rialny kodeks postę­po­wa­nia doty­czy rów­nież wsz­cze­pów psy­cho­de­licz­nych? Bo jeśli tak, to znasz moją odpo­wiedź, pani.

Popa­trzyła na mnie, mru­żąc oczy, i szarp­nęła strunę, wydo­by­wa­jąc z situry prze­ni­kliwy dźwięk.

Oho, pomy­śla­łem, no to zaraz się zacznie.

– Gdy wyko­ny­wa­łam obo­wiązki w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa…

No i się zaczęło.

– …moi asy­stenci zdo­by­wali dla mnie wszel­kiego rodzaju mate­riały oraz sub­stan­cje! – dokoń­czyła. – Bez szem­ra­nia!

– Jeśli masz ochotę wybrać się do któ­re­goś z han­dla­rzy wsz­cze­pami, możesz to uczy­nić, pani. Nie powtrzy­mam cię.

Łyp­nęła na mnie twardo.

– Dobrze wiesz, że to nie­moż­liwe.

– Rozu­miem. Zbyt wiele bodź­ców.

– Wła­śnie – syk­nęła przez zęby. – Na tytań­ską zarazę! Czemu ze wszyst­kich sub­li­mów dostał mi się ten z kijem w dupie?!

– Hm, w zasa­dzie sama mnie pani wybrała z całej listy chęt­nych.

– A więc cię odwy­biorę i wezmę kogoś nowego!

– To mało praw­do­po­dobne, pani. Bio­rąc pod uwagę, że prze­słu­cha­łaś sześć­dzie­się­ciu dwóch funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie, a więk­szość kan­tonu uważa cię za sza­loną, zna­le­zie­nie nowego sub­lima mogłoby być trudne.

Odrzu­ciła siturę na bok. Instru­ment gruch­nął o pod­łogę z głu­chym brzdę­kiem.

– Ja pier­ni­czę! Ja pier­ni­czę! Jak ja bym chciała znów być w jakimś cywi­li­zo­wa­nym miej­scu!

Czę­sto się o to kłó­ci­li­śmy. Ana utrzy­my­wała, że dotych­czas peł­niła obo­wiązki śled­czej w naj­bo­gat­szych pier­ście­niach w samym sercu Impe­rium Kha­num, a każda z jej pla­có­wek była bar­dziej sza­lona i zde­pra­wo­wana od poprzed­niej. Zdu­mie­wała się wielce za każ­dym razem, gdy tylko się oka­zy­wało, że jakiś nie­le­galny towar czy bar­ba­rzyń­ska aktyw­ność nie były w Dare­ta­nie na wycią­gnię­cie ręki. Uwa­żała, że skoro nie da się ich zdo­być w ciągu godziny, to jest to naj­za­pa­dlej­sza dziura na świe­cie.

Co oczy­wi­ście nasu­wało pyta­nie, z jakiego powodu immu­nisa Ana Dola­bra została przy­dzie­lona aku­rat tutaj, do pla­cówki na Obrze­żach Impe­rium.

Jedyna roz­sądna odpo­wiedź, do jakiej dosze­dłem, brzmiała, że to wygna­nie. Sta­no­wi­sko śled­czej Jurysu kan­tonu Dare­tana jesz­cze pięć mie­sięcy temu w ogóle nie ist­niało. Musieli je wymy­ślić w ramach kary dla niej, zapewne dla­tego, że łatwiej ją było prze­nieść niż zwol­nić.

Wyda­wało się to logiczne, bo choć pra­co­wa­łem dla Any dopiero od czte­rech mie­sięcy, wystar­czyła mi minuta w jej towa­rzy­stwie, aby zorien­to­wać się, że moja zwierzch­niczka posiada wybitny talent do sia­nia zgor­sze­nia. Z łatwo­ścią potra­fi­łem sobie wyobra­zić jakie­goś wysoko posta­wio­nego impe­rial­nego ary­sto­kratę, który zmę­czony jej wysko­kami wyko­pał ją do odle­głego kan­tonu, gdzie przy­dzie­lono jej wakat dla jed­nego asy­stenta, do wyboru spo­śród miej­sco­wych sub­li­mów.

To ja zosta­łem wybrany na jej sub­lima. Posada asy­stenta śled­czej była jedyną, jaką udało mi się zdo­być. Zamie­rza­łem peł­nić służbę pod zwierzch­nic­twem Any i pobie­rać upo­sa­że­nie, dopóki tylko się da. No chyba że Ana zmusi mnie do zro­bie­nia cze­goś tak nie­zgod­nego z pra­wem, że zostanę z miej­sca zwol­niony.

– Napi­jesz się her­baty, pani? – zapro­po­no­wa­łem.

– Nie, Din – wymam­ro­tała spod ramie­nia, któ­rym zakryła oczy. – Aro­ma­tyczna czy nie, nie chcę żad­nej two­jej cho­ler­nej her­batki.

– Może wobec tego chcia­ła­byś poroz­ma­wiać o spra­wie, nad którą pra­cu­jemy?

Opu­ściła ramię i przez moment wpa­try­wała się we mnie skon­ster­no­wana. A potem roz­pro­mie­niła się zachwy­cona.

– Ach! Ten pie­przony trup! Wła­śnie!

– Wła­śnie. – Wes­tchną­łem.

– Gdy dosta­łam wia­do­mość od immu­nisa Irtosa, myśla­łam, że ten kre­tyn nały­kał się jakie­goś tref­nego wsz­czepu czy coś. To by paso­wało do tego zadu­pia. Ale po two­jej minie, Din, poznaję, że jed­nak nie.

– Nie, pani, jed­nak nie.

– A więc co w tym takiego cie­ka­wego?

– Z denata wyro­sła kępa drzew, roz­dzie­ra­jąc go od środka. – Aż się wzdry­gną­łem. – W życiu… W życiu nie widzia­łem cze­goś tak kosz­mar­nego, pani.

Ana zamarła i po raz pierw­szy tego dnia pło­mień sza­leń­stwa w jej oczach zgasł.

– Na nie­biosa, Din – mruk­nęła. – Sły­sza­łeś to?

– Co takiego, pani?

– Tę emo­cję.

– Nie rozu­miem?

– To była naj­sil­niej­sza emo­cja, jaką dotych­czas sły­sza­łam w twoim gło­sie! To dopiero musi być kapi­talna śmierć, skoro prze­ła­mała twoją drę­twą postawę i wywo­łała w tobie tak dziką pasję!

Zawią­zała oczy i uśmiech­nęła się nie­po­ko­jąco dra­pież­nie, uka­zu­jąc zbyt wiele zbyt bia­łych zębów.

– Opo­wiedz mi wszystko, co wry­łeś w tę swoją małą, śliczną cza­szeczkę! No, Dinio­sie Kolu, dawaj!

Wycią­gną­łem z torby bute­leczkę z ługiem, odkor­ko­wa­łem ją i zacią­gną­łem się zapa­chem. Potem poczu­łem łasko­ta­nie za oczami i zaczą­łem mówić.

Rozdział trzeci

Jeśli cho­dzi o ciało ludz­kie, impe­rialni apo­te­ka­rze pre­fe­ro­wali dwie metody mody­fi­ka­cji. Pierw­szą z nich były wsz­czepy, które wywo­ły­wały poje­dyn­cze zmiany, zapew­nia­jąc obiek­towi krót­ko­trwałe wzmo­że­nie, na przy­kład zwięk­sze­nie wytrzy­ma­ło­ści, popra­wie­nie odpor­no­ści, wyostrze­nie wzroku lub utwar­dze­nie kości. Drugą były nasy­ce­nia, bar­dziej inwa­zyjny spo­sób, który jed­nak, co waż­niej­sze, wywo­ły­wał trwałe zmiany, nie­od­wra­calne i dzie­dziczne, o ile dane nasy­ce­nie nie pozba­wiało zdol­no­ści pro­kre­acyj­nych, a więk­szość z nich miała taki sku­tek.

Ozna­czało to oczy­wi­ście, że Impe­rium posia­dało lep­szych żoł­nie­rzy niż siły wroga. Ale jądro Impe­rium sta­no­wili sub­li­mo­wie, kasta ulep­szo­nych ludzi o wzmoc­nio­nych umy­słach, któ­rzy dzięki swoim umie­jęt­no­ściom pla­no­wali, zarzą­dzali i koor­dy­no­wali dzia­ła­nia licz­nych jale­tów cesar­stwa.

Ist­niały różne rodzaje sub­li­mów: aksjo­mo­wie, któ­rych umy­sły zmo­dy­fi­ko­wano do wyko­ny­wa­nia obli­czeń z nie­osią­galną dla zwy­kłych ludzi bie­gło­ścią; lin­gwo­wie, nasy­ceni tak, by mogli przy­swoić nie­zli­czone języki w mowie i piśmie; topo­so­wie, bez­błędni w poj­mo­wa­niu prze­strzeni, co czy­niło ich feno­me­nal­nymi rysow­ni­kami i kar­to­gra­fami; oraz parę innych, bar­dziej nie­ty­po­wych i rza­dziej spo­ty­ka­nych typów.

Nasy­ce­nia to nic przy­jem­nego. Wiele z nich skra­cało życie o całe lata, jeśli nie dzie­się­cio­le­cia. Mimo to sub­li­mo­wie byli nie­za­stą­pieni. Prze­trwa­nie tego, co każ­dej pory desz­czo­wej nad­cho­dziło z mórz na wscho­dzie, wyma­gało nie­wia­ry­god­nej zmyśl­no­ści i sta­ran­nego pla­no­wa­nia.

Naj­po­trzeb­niejsi sub­li­mo­wie, mne­mo­ry­tow­nicy tacy jak ja, byli nasy­ceni, by pamię­tać wszystko, co zoba­czą, i słu­żyli za żywe zbiory infor­ma­cji. To wła­śnie ulep­sze­nie wyko­rzy­sty­wa­łem, prze­ka­zu­jąc Anie infor­ma­cje zdo­byte na miej­scu zda­rze­nia. Rela­cjo­no­wa­łem każdy frag­ment rze­czy­wi­sto­ści, który widzia­łem, powta­rza­łem każde słowo dokład­nie takim tonem, jakim zostało wypo­wie­dziane. Przez nie­mal cztery godziny prze­ka­zy­wa­łem zwierzch­niczce, co zare­je­stro­wa­łem pod­czas mojego pobytu w rezy­den­cji Hazów.

Skoń­czy­łem po zacho­dzie słońca. Umiesz­czona w rogu latar­nia mai zaczęła się jarzyć, gdy prze­bu­dzone robaczki w jej wnę­trzu roz­po­częły żero­wa­nie na roz­sy­pa­nych na dnie gra­nul­kach, co powo­do­wało reak­cję świetlną. W ciszy roz­le­gło się odle­głe zawo­dze­nie jakie­goś samot­nego ptaka.

Ana zaczerp­nęła gwał­tow­nie powie­trza, jakby prze­bu­dziła się z głę­bo­kiego snu.

– Dobrze – powie­działa. – Bar­dzo dobrze. Mam jed­nak kilka pytań, Din…

Zaczęła mnie wypy­ty­wać o dziwne rze­czy. Ile kro­ków wyko­na­łem, prze­cho­dząc od końca do końca budynku? Czy Gen­na­dios była prawo czy lewo­ręczna? Czy Uxos miał jakieś wyraźne bli­zny na dło­niach? Czy zauwa­ży­łem gdzieś pod ogro­dze­niem posia­dło­ści świeżo wzru­szoną zie­mię? A może wil­gotny ślad na ściółce pode­rwa­nej czy­jąś pode­szwą?

Przy każ­dym pyta­niu czu­łem woń ługu, ten spe­cy­ficzny trze­pot za oczami, a odpo­wie­dzi spły­wały z mojego języka z gra­cją przy­pra­wia­ją­cych o mdło­ści wymio­tów: osiem­dzie­siąt dzie­więć kro­ków; Gen­na­dios trzy­mała na kola­nach dło­nie zaple­cione w taki spo­sób, że prawa znaj­do­wała się na lewej, co wska­zuje na pra­wo­ręcz­ność; Uxos miał dwie cien­kie, jasne bli­zny na knyk­ciu pra­wego kciuka, a choć pozo­stałe knyk­cie były pora­nione, tamte ślady powstały w wyniku pęk­nię­cia zro­go­wa­ceń; i nie, nie widzia­łem wzru­szo­nej ściółki poza skraw­kiem podzio­ba­nym przez drozda.

Po tym Ana mil­czała przez chwilę.

– Dzię­kuję ci, Din – rze­kła wresz­cie, mnąc w zadu­mie fałdy sukni. – Ten ród Hazów… Nic o nim nie wiesz.

– Wiem, że są bogaci, pani. Posia­dają wiele wło­ści w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Ale nic poza tym.

– Uhm. Są zie­mia­nami. To zna­czy, posia­dają to, co w Impe­rium naj­cen­niej­sze. – Ręka Any wystrze­liła naprzód, a jej palce zgar­nęły z mojego buta grudkę ziemi. Immu­nisa roz­tarła ją opusz­kami na pył. – Zie­mię. Uprawa roślin, hodowla zwie­rząt oraz pro­duk­cja reagen­tów nie­zbęd­nych do mody­fi­ka­cji impe­rial­nych wyma­gają wiele prze­strzeni. To nie­wy­obra­żalna wręcz praca rolna, która odbywa się za dru­gim i trze­cim murem. Ozna­cza to, że uszy cesar­stwa są bar­dziej wyczu­lone na głosy zie­miań­stwa, co spra­wia, że ci nie­ko­niecz­nie czują się zobo­wią­zani do prze­strze­ga­nia wszyst­kich naszych praw. To znów może być pro­ble­ma­tyczne, gdy są uwi­kłani w takie podej­rzane gówno jak to.

– Czyż­bym nie speł­nił two­ich ocze­ki­wań w tej spra­wie, pani? – Zanie­po­ko­iłem się nie na żarty.

– Och nie, nie, spi­sa­łeś się dosko­nale, Din. Wiesz, gdy­bym ja była na twoim miej­scu, to wzię­ła­bym kie­lich do wina tej pier­do­lo­nej och­mi­strzyni i dosy­pała do niego napar­stek sprosz­ko­wa­nego szkła. Ale jak na pierw­sze śledz­two w spra­wie mor­der­stwa pora­dzi­łeś sobie feno­me­nal­nie. Nie każdy prze­pro­wa­dziłby tak dobrze prze­szu­ka­nie posia­dło­ści takich Hazów i prze­słu­cha­nie każ­dego świadka z osobna.

– Dzię­kuję, pani – powie­dzia­łem ura­do­wany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki