40,00 zł
Największe niebezpieczeństwo czai się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.
Małgosia i Bartek Zającowie żyli jak w serialu. On – czuły mąż, świetny ojciec, szanowany ratownik medyczny i przyszły lekarz. Ona – piękna, kochana i rozpieszczana. Dwoje uroczych dzieci, wygodny domek na przedmieściu i wiele marzeń na przyszłość.
Ale pewnej nocy tuż przed Bożym Narodzeniem Bartek dzwoni na pogotowie z informacją, że właśnie obudził się obok martwej żony. Sprawa wydaje się prosta, lecz rodzina Małgosi z uporem domaga się dochodzenia, nie wierząc w śmierć we śnie. Dlaczego Małgosia była w piżamie, której nigdy nie nosiła? Czemu włosy miała zebrane w kucyk, choć zawsze je na noc rozpuszczała? Kim naprawdę jest Bartek, którego całe miasto uważało za lokalnego bohatera, a który kilka dni później zjawia się na sylwestrowej zabawie w towarzystwie nieznanej kobiety?
Na przekór presji środowiska lekarskiego prokurator Wojciech Bednarek i doktor Agnieszka Dobrzańska poszukują prawdy o śmierci Małgorzaty. Ich pracę utrudnia wspólna bolesna przeszłość, o której oboje woleliby zapomnieć…
„Zatruta krew” to inspirowana prawdziwymi zdarzeniami opowieść o dążeniu do prawdy w hermetycznej lokalnej społeczności, która wyroki o ludzkiej naturze wydaje poza salą sądową, oraz o obsesji zachowania pozorów, która doprowadziła do tragedii.
Marta Reich – studiowała stosunki międzynarodowe, ekonomię i romanistykę. Od wielu lat łączy pasję pisarską z pracą w międzynarodowych korporacjach. Kocha kryminalne zagadki i klimatyczne historie, których nastrój wciąga bez reszty. Nie mogłaby obejść się bez książek, sztuki, kawy, rozmów do rana i kulinarnych eksperymentów. Autorka książek kryminalnych i obyczajowych. „Zatruta krew” to druga część serii true crime „Tajemnice zbrodni”, łączącej oba te gatunki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 366
Copyright © Marta Reich, 2026
Projekt okładki
Agata Wawryniuk
Ilustracje na okładce
© Dave Wall/Arcangel
© rawpixel.com/Freepik
© Freepik
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Renata Bubrowiecka
Korekta
Sylwia Kozak-Śmiech
Anna Sidorek
ISBN 978-83-8444-589-1
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
PROLOG
Zapis zgłoszenia do miejskiej stacji pogotowia ratunkowego z 18 grudnia 2008 roku, godz. 4:45.
Dyspozytorka: Pogotowie, Mariola Lewandowska, słucham.
Bartek Zając: Witaj, Mariolka, Bartek się kłania.
D: [zdziwiona] Cześć, Bartuś. Co tam?
BZ: Obudziłem się i żona nie żyje.
D: [zszokowana] Co?
BZ: Obudziłem się… i nie żyje.
D: Boże, Bartuś… Może ja do was erkę wyślę?
BZ: Mariolka, nie… plamy są, więc…
D: [milczy]
BZ: Już nic się nie da zrobić. Lekarza tylko przyślij, żeby wypisał zgon.
D: Bartek, Chryste… Tak mi przykro. Ale jesteś pewien? Może da się jeszcze jej pomóc?
BZ: [cicho, spokojnie] Mariolka… Wiesz, że ja się na tym znam. I mówię ci, że już pozamiatane. Ona nie żyje. Jej już nie ma.
Sierpień 1995
Mężczyzna oparł się o ladę.
– Dwie zapiekanki i dwa piwa poproszę.
– Ja go obsłużę – mruknęła do Małgosi Wiolka i zanim tamta zdążyła odpowiedzieć, postawna blondyna wyprostowała się, ukazując największe atuty swojej figury.
Tonąc w zalotnych uśmiechach, podeszła do klienta.
– Niestety, alkohol sprzedajemy dopiero po treningach – zaczęła słodkim głosem, udając, że nie dostrzega wzroku mężczyzny łakomie przesuwającego się po jej biuście. – Ale spokojnie, mamy tu wiele innych frykasów. – Mrugnęła.
Małgosia patrzyła z mieszaniną zażenowania i zazdrości, jak Wiolka zagaduje oczarowanego nią osiłka. Facet nie był co prawda w jej typie, ale i tak pomyślała z żalem, że los do tego stopnia pozbawił ją umiejętności flirtowania… i tego nieskrępowania połączonego z pewnością siebie, dzięki którym Wiolka bez oporu podsuwała mięśniakowi swój obfity dekolt, podczas gdy on zapisywał już jej numer telefonu.
– To ja przygotuję może te zapiekanki – wtrąciła się nieśmiało, nie chcąc przerywać romantycznego sam na sam.
Towarzysz mężczyzny, który do tej pory cierpliwie stał obok, ale zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę, widząc, że jego kolega już dawno zapomniał o zamówieniu, spojrzał na nią z wdzięcznością.
– Niezłe ciacho, co? – rzuciła Wiolka z ekscytacją, gdy mężczyźni odebrali zapiekanki i usiedli na zewnątrz. Osiłek co jakiś czas obrzucał ją łakomym spojrzeniem przez szybę.
– Świetnie zbudowany, to prawda – odparła Gosia uprzejmie, nie chcąc podcinać skrzydeł koleżance.
Nie przepadała za mężczyznami tego typu, godzinami rzeźbiącymi na siłowni swe ciała i oceniającymi kobiety przez pryzmat rozmiaru biustu, ale rozumiała doskonale, że nie ma sensu mówić o tym Wioli. W przeciwieństwie do niej – wrażliwej, romantycznej, marzącej o związku opartym na wieloletniej więzi – koleżanka preferowała krótkie, niezobowiązujące relacje oparte na seksie i fizycznym pociągu. Praca w bufecie klubu sportowego stwarzała świetne warunki do nawiązywania takich znajomości. Choć oczywiście na treningi przychodziło też mnóstwo żonatych nudziarzy, niezainteresowanych jej wdziękami, zawsze trafił się jakiś nieodkryty wcześniej przystojniak poszukujący przygód. To jednak, co służyło Wiolce, w ogóle nie sprawdzało się w przypadku jej szefowej.
Małgosia, która mimo młodego wieku od roku pełniła funkcję kierowniczki bufetu, miała w sobie nieśmiałość i wrażliwość niepasujące do tego miejsca. Lubiła swoją pracę, poznała w niej wiele ciekawych osób, bo z oferty sportowej Orła korzystali różni mieszkańcy miasta, których regularne wizyty owocowały regularnymi rozmowami, ale druga strona roboty odpowiadała jej znacznie mniej. Niemal codziennie trafiał się klient, który podrywał ją w natarczywy sposób, niewybrednie komentował jej figurę albo wprost pytał, czy nie umówiłaby się z nim na kawę, nawet gdy na jego serdecznym palcu świeciła obrączka. Małgosia zdawała sobie sprawę, że jest atrakcyjna, ale takie umizgi zawsze ją krępowały. Kilka miesięcy wcześniej rozstała się z chłopakiem z czasów technikum i marzyła o tym, by pewnego dnia w jej bufecie pojawił się przystojny, kulturalny miłośnik fitnessu, który wyrazi swoje zainteresowanie nią poprzez miłą rozmowę, a nie gapienie się w jej dekolt. Do tej pory jednak nic takiego się nie wydarzyło.
– Na pewno się z nim umówię – skwitowała tymczasem Wiolka, gdy osiłek i jego kolega wreszcie opuścili bar. – Boski jest.
Małgosia westchnęła. Właściwie podziwiała w koleżance łatwość, z jaką ta wpadała w zauroczenie i dawała się adorować. Ale jej pewność siebie i pozbawiony wątpliwości entuzjazm zawsze wpędzały ją w kompleksy. Czy ona, Gosia, znajdzie kiedyś kogoś, skoro jest taka nieśmiała, by nie powiedzieć: dzika?
Poczuła, że potrzebuje przerwy, aby odgonić ponure myśli. Na ogół optymistyczna i wesoła, przy Wiolce często traciła swój wewnętrzny blask. Robiło się jej z tego powodu głupio, bo lubiła dziewczynę, która zawsze okazywała jej życzliwość, a do tego była świetną pracownicą. Pogodziła się już jednak z tym, że musi dawkować sobie jej towarzystwo. Jakby Wiolka, która imponującymi kształtami i nieskrępowanym sposobem bycia dominowała każdą przestrzeń, przyćmiewała także ją.
– Zaraz wracam – rzuciła szybko i zanim Wiolka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, wyszła. Przejdzie się chwilę, dobrze jej to zrobi.
Pogoda była tego dnia przepiękna. Na obsypanych liśćmi drzewach zaczynały pojawiać się złote refleksy. Słońce prażyło przyjemnie skórę, ale już jej nie paliło. Kochała ten moment w roku – koniec sierpnia. Klub Sportowy Orzeł mieścił się na skraju niewielkiego parku z fontanną i gazonami, zawsze było więc gdzie uciec, by przewietrzyć głowę.
Niecierpliwie spojrzała na zegarek. Boże, żeby ten dzień wreszcie się skończył! Wieczorem wybierała się do kina ze starszą siostrą, jutro miała wolne. Byle do osiemnastej.
Miała opracowaną szybką trasę spacerową: dookoła stawu, następnie pętelka wąskimi bocznymi alejkami i z powrotem wzdłuż wody. Wyrabiała się w dziesięć minut, a dawało jej to energię na resztę dnia. Skręciła właśnie z powrotem w główną aleję, gdy zobaczyła, że na ławce leży kobieta. Poczuła ucisk w sercu. Takie sytuacje zawsze wyprowadzały ją z równowagi – wiedziała, że musi zareagować. Większość ludzi przeszłaby obok, zakładając, że to nie ich sprawa albo że kobieta jest po prostu pijana… Co zresztą było niestety możliwe. Ale co, jeśli nieznajoma zasłabła i potrzebuje pomocy?
Małgosia rozejrzała się wokół. W parku było trochę ludzi, nikt jednak nie zatrzymał się przy ławce, żeby sprawdzić, co się dzieje. Podeszła bliżej i od razu stwierdziła, że coś jest nie tak. Kobieta musiała być po pięćdziesiątce. Pod starannym makijażem widać było chorobliwą bladość. Pachniała perfumami, nie alkoholem, i była elegancko ubrana. Niewiele myśląc, Małgosia pobiegła do budki telefonicznej i zadzwoniła na pogotowie. Po wyjaśnieniu dyspozytorce, że nie, osoba nie reaguje na próbę obudzenia i nie ma z nią kontaktu, usłyszała, że karetka przyjedzie jak najszybciej.
Ambulans pojawił się kilka minut później.
– To tutaj. – Pośpiesznie wskazała ławkę wychodzącym z karetki ratownikom.
– Bardzo słabe tętno – zauważył mężczyzna, który dobiegł do kobiety pierwszy i od razu zmierzył puls. – To może być zapaść.
– Bierzemy ją – oświadczyła młoda blondynka z napisem „lekarz” na uniformie.
Małgosia stała na chodniku jak skamieniała. Wiedziała, że powinna odejść – jej rola dobiegła końca, nieładnie było tak się gapić. Ale to był pierwszy raz w jej dwudziestojednoletnim życiu, gdy miała sposobność zobaczyć prawdziwą akcję ratowniczą. Zafascynowana przyglądała się wprawnym, szybkim, idealnie zsynchronizowanym ruchom zespołu, który uwijał się wokół chorej. Podziwiała zimną krew ratowników, przytomność umysłu, ale też fizyczną siłę, dzięki której z łatwością umieścili kobietę na noszach. Poczuła ukłucie strachu. Miała nadzieję, że cokolwiek przytrafiło się nieznajomej, wróci do zdrowia.
– Przepraszam… – zapytała nieśmiało, gdy ratownicy zapakowali nosze do karetki i już mieli odjeżdżać.
Lekarka obrzuciła ją przez szybę oburzonym spojrzeniem z gatunku „proszę nie przeszkadzać”, ale kierowca uśmiechnął się do niej ciepło.
– Dobrze pani zrobiła, wzywając pogotowie – oznajmił, odpalając silnik.
Był wysoki i szczupły. Spod jasnej czupryny patrzył na Małgosię przyjaźnie błękitnymi oczami. Było w nim coś, co spowodowało, że od razu poczuła się raźniej.
– Czy ona… – zaczęła niepewnie.
– Zrobimy wszystko, by jej pomóc. A teraz przepraszam, musimy jechać.
– Oczywiście, oczywiście – wymamrotała.
Gdy odjechali, jeszcze długo stała w parkowej alei. Cała scena trwała pewnie jakieś dwie minuty, ale jej wydawało się, jakby to była wieczność. Czuła, że obraz wysokiego chłopaka o życzliwych jasnych oczach będzie prześladować ją teraz przez wiele dni. Z żalem pomyślała o swojej zaczerwienionej od gorąca twarzy, o włosach, które żyły własnym życiem i z pewnością zdążyły się napuszyć od ostatniego czesania.
A potem zrobiło jej się głupio, że martwi się o swój wygląd zamiast o nieznajomą.
Obróciła się na pięcie i zdecydowanym krokiem poszła w stronę klubu. Cóż, zrobiła to, co należało. I to w zasadzie było najważniejsze.
Grudzień 2008
Doktor Agnieszka Dobrzańska, która tej nocy pełniła dyżur w pogotowiu, spojrzała na kolegę z troską.
– Bartek, co mogę powiedzieć… To jasne, ona nie żyje. Strasznie, strasznie mi przykro.
Mężczyzna nerwowo chodził po sypialni. Zazwyczaj sypiał w samych slipkach i choć przed przyjazdem erki zdążył włożyć coś na siebie, widać było, że ubierał się w pośpiechu i bez pomyślunku.
– Wiesz, co się dokładnie stało? – odezwał się w końcu udręczonym głosem. – Na moje oko to zatrzymanie akcji serca, ale jestem w takim szoku, że sam nie do końca wiem, co myśleć.
Spojrzał na leżącą na łóżku kobietę. Wyglądała tak spokojnie… zupełnie, jakby spała. Uśmiechała się przy tym łagodnie tak jak zazwyczaj, gdy żyła. Tylko nienaturalna bladość cery i niewidoczne pod kołdrą plamy opadowe zdradzały, że od kilku godzin jest już martwa.
Agnieszka wzdrygnęła się mimowolnie. Kobieta miała zaledwie trzydzieści cztery lata i z tego, co mówił Bartek, wynikało, że stanowiła okaz zdrowia. Zresztą ich miasto nie było znowu takie duże i gdyby chorowała, Agnieszka z pewnością by o tym usłyszała. Plotki były stałą lokalną rozrywką, więc wieść o chorobie młodej żony i matki rozeszłaby się w środowisku w mgnieniu oka.
Lekarka popatrzyła na Bartka ze współczuciem. Starał się zachować spokój i profesjonalizm, ale nie chciała nawet myśleć, co teraz przeżywał. Za chwilę święta Bożego Narodzenia… a on z dnia na dzień został sam z dwójką dzieci. Agnieszka uświadomiła sobie, że w salonie dostrzegła mieniącą się kolorami choinkę. Pomyślała o maluchach śpiących w pokoju obok, bez wątpienia śniących o Mikołaju, nieświadomych, że za kilka godzin ich świat rozpadnie się na kawałki.
– Tak – odpowiedziała w końcu ze ściśniętym gardłem, przypominając sobie, że Bartek wyczekuje jej profesjonalnej opinii. – To bez wątpienia zatrzymanie akcji serca, masz rację.
Mężczyzna nie odpowiedział. Patrzyła, jak pochyla głowę, ostrożnie siada w fotelu, a w końcu chowa twarz w dłoniach.
– Naprawdę niczego nietypowego nie zauważyłeś? – spytała delikatnie. – Może żona jednak na coś się skarżyła?
– Wczoraj nie czuła się najlepiej – przyznał zdławionym głosem. – Wcześnie położyła się spać. Ale to była tylko migrena… nic więcej. Miała do niej skłonności… Za bardzo się wszystkim przejmowała… Do tego stres dusiła w sobie… Z tych nerwów często bolała ją głowa.
– Badała to kiedykolwiek?
– Tak, kilkakrotnie załatwiałem jej wizytę u neurologa. Wszystko było w porządku.
– No dobrze, czyli położyła się i co?
– Ja wypiłem jeszcze piwo, obejrzałem mecz, a potem też poszedłem spać. Kiedy się kładłem, na pewno żyła. Zauważyłbym, gdyby coś było nie tak. To musiało być… nie wiem… najpóźniej koło jedenastej. Ale gdy zbudziłem się w okolicach wpół do piątej i wyciągnąłem rękę, by się do niej przytulić… – urwał. – Co mam ci powiedzieć, Aga? Ona była już martwa, i to ewidentnie od jakiegoś czasu. Musiała się zatrzymać, kiedy spałem. Ciało było zupełnie zimne, no i te plamy…
Agnieszka wstrzymała oddech. Nie chciała nawet wyobrażać sobie, co przeżywa mężczyzna, który budzi się koło ukochanej kobiety i odkrywa, że leży obok trupa.
– I na pewno żona na nic się nie skarżyła? – zapytała ponownie, by ukryć zmieszanie. – Zastanów się. Może wspominała o czymś, co z pozoru mogło brzmieć niewinnie? Jakaś drętwiejąca ręka, ból w kostkach…
– Aga, przecież mówię, że nie. Może nie jestem jeszcze lekarzem, ale mam za sobą kilkanaście lat pracy w tej firmie i dziewięć semestrów medycyny. Zjadłem na tym zęby, więc gdyby dolegało jej coś, co daje nawet niewinne objawy, zaniepokoiłbym się.
– To może przyjmowała ostatnio jakiś nowy silny lek? Albo zaczęła uprawiać wysiłkowe sporty?
Bartek pokręcił głową.
To wezwanie, cała ta sytuacja to był jakiś koszmar. W ciągu dziesięciu lat pracy w zawodzie Agnieszka spotkała się z wieloma zgonami, a dyżury w pogotowiu nikogo nie oszczędzały. Regularnie widywała zawałowców, wisielców, nieboszczyków, których śmierć spotkała w domu gdzieś między robieniem prania a parzeniem kawy. Po raz pierwszy jednak patrzyła na młodą zdrową osobę, która po prostu położyła się spać po zwyczajnym dniu i zmarła we śnie – bez żadnego konkretnego powodu. Agnieszka poszła na medycynę, bo czuła przemożną potrzebę odzyskania kontroli – nad sobą, światem, okrutnym losem, który zdawał się robić z nią i bliskimi jej ludźmi, co tylko chciał. Naiwnie wyobrażała sobie, że jeśli przestudiuje przyczyny chorób i sposoby ich leczenia, znajdzie sposób, by ochronić siebie i innych przed zdrowotnymi kataklizmami, a w rezultacie odzyska władzę przynajmniej nad jednym ważnym wycinkiem życia, które przerażało ją swoją przypadkowością. Kiedy wypisywała kartę zgonu dla ofiary wypadku lub zatoru płuc, czuła oczywiście smutek, ale nie panikę – doskonale bowiem potrafiła powiedzieć, co spowodowało tę śmierć, jaki splot nieszczęśliwych okoliczności przywiódł daną osobę do tego punktu. W tym wypadku jednak nie wiedziała, nie rozumiała – i to przerażało ją bardziej, niż była gotowa przyznać. Przecież musi być jakiś medyczny powód, dla którego serce młodej zdrowej kobiety nagle przestaje bić. Bo jeśli nie, to znak, że ona, Agnieszka, znów musi zacząć się bać strat, na które nie ma wpływu.
Jeszcze raz przyjrzała się kobiecie. Musiała umrzeć we śnie, bo jej twarz była całkowicie spokojna, a ułożenie ciała – naturalne. Chociaż tyle dobrego, że nie cierpiała i nie walczyła. Nie widać było też jakichkolwiek śladów działania osób trzecich – siniaków, zadrapań, niczego zarówno na ciele, jak i w pomieszczeniu, co mogłoby sugerować cudzą ingerencję.
Nagle w zgięciu szczupłego łokcia Agnieszka zobaczyła coś, co zwróciło jej uwagę.
– Widzisz to wkłucie? – zapytała Bartka. – Tutaj, zobacz.
Mężczyzna podszedł bliżej i zaczął z uwagą przyglądać się temu, co ona: wyraźnemu śladowi po głęboko wbitej w żyłę igle.
Z początku jego twarz wyrażała zdziwienie, po chwili jednak coś mu się chyba przypomniało, bo powiedział:
– No tak, przez to wszystko zupełnie zapomniałem. Żona miała ostatnio robione badania medycyny pracy. Ma… miała… zaraz po Nowym Roku zostać kierowniczką dużego sklepu. Wypisali jej w kadrach kilka czynników, do tego jeszcze dochodzi praca z żywnością, więc trochę tej krwi jej pobrali. Swoją drogą, też niczego nie znaleźli.
– Widziałeś wyniki?
– Nie, tylko orzeczenie. Ale podobno wszystko było w normie. Zresztą nie dziwiło mnie to. Goniłem całą rodzinę na morfologię co kilka miesięcy. Chciałem mieć pewność, że są zdrowi.
Agnieszka zadrżała. To tak, jak ja – pomyślała. Tyle że Bartkowi i jego żonie nic ta przezorność nie dała.
– A kiedy były te badania?
Mężczyzna zastanawiał się chwilę.
– Nie pamiętam dokładnie. Jakoś w zeszłym tygodniu.
– I jeszcze widać ślad po wkłuciu?
– To u mojej żony normalne – wyjaśnił. – Miała żyły do niczego, czasem trzeba było się wkłuwać kilka razy, żeby coś wyciągnąć. Zawsze po pobraniach była poturbowana jeszcze przez kilka dni.
– Rozumiem…
Bartek z niepokojem spojrzał na zegarek.
– Wiesz co, przepraszam cię – powiedział skrępowany – ale czy moglibyśmy… Minęła piąta. Zależy mi, żeby zakład pogrzebowy zabrał ciało, zanim obudzą się dzieci. Nie chciałbym, żeby zobaczyły mamę… taką.
– Oczywiście, oczywiście…
Agnieszka wyciągnęła bloczek, by wypisać kartę zgonu. Już miała obok przyczyny śmierci umieścić formułkę „nagłe zatrzymanie krążenia” i dodać „z przyczyn naturalnych”, gdy coś kazało jej przerwać. Chyba to nieznośne, przerażające poczucie, że nic nie dzieje się tak po prostu, z powodu kaprysu losu.
– Wiesz co, Bartek? Uważam, że należy przeprowadzić sekcję zwłok.
Mężczyzna drgnął. Widziała, że pomysł mu się nie spodobał.
– To nie wchodzi w grę – powiedział spokojnie, ale stanowczo, co zdziwiło Agnieszkę.
Wiedziała, że rodziny zmarłych często stawiają opór, bo nie mogą poradzić sobie z wizją ukochanej osoby krojonej na stole, traktowanej – jak im się wydaje – bez należnego szacunku. Ale Bartek był doświadczonym ratownikiem, wkrótce także lekarzem… To zwłaszcza jemu powinno zależeć na tym, by dokopać się do prawdy i poznać przyczynę śmierci żony.
– Posłuchaj… – westchnęła. – Rozumiem, że wiesz, jak to wygląda w praktyce, i nie chcesz…
– To, czego nie chcę, to rozwlekania tej makabry nie wiadomo jak długo. Wiesz, jak poczują się moje dzieci, gdy dowiedzą się o śmierci mamy? To będzie dla nich koszmar, trauma na całe życie. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to pocieszyć je najlepiej i najszybciej, jak się da.
– Ale…
– Za tydzień są święta i do tego czasu wszystko musi wrócić do normy. Dzieci muszą mieć namiastkę normalności.
– Myślisz, że do tej pory się otrząsną?
– Oczywiście, że nie. Ale będziemy mogli jako rodzina zacząć proces stawania na nogi. Dzieci przede wszystkim potrzebują stabilizacji, Mikołaja, prezentów, rodzinnej kolacji jak co roku. Bez tego będzie znacznie gorzej. Muszę się więc uporać z pogrzebem, a mam na to dwa, trzy dni. Potem to już żaden ksiądz mi jej nie pochowa przed Wigilią… Nie ma opcji, żeby w trakcie świąt żona leżała w kostnicy.
Agnieszka otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. W zasadzie Bartek miał rację. Sekcja wszystko skomplikuje.
– Postaw się w mojej sytuacji – ciągnął tymczasem mężczyzna. – To jest koszmar, a ja muszę jakoś żyć dalej. Mam obowiązki nie tylko jako mąż, ale teraz przede wszystkim jako ojciec. Kochałem żonę ponad wszystko, ale teraz muszę być silny i racjonalny. Jej nic już życia nie wróci.
– Nie chcesz wiedzieć, czemu zmarła?
Bartek znów ukrył twarz w dłoniach.
– A co to zmieni? – zapytał cicho. – Przecież doskonale wiesz, że czasem ludzie umierają, zatrzymują się nie wiadomo dlaczego. Czasem… po prostu… odchodzą i ani najmądrzejsi lekarze, ani żadna nauka nie mają na to wyjaśnienia. Stanęło jej serce, Agnieszka – powiedział zdławionym głosem. – To się zdarza.
Lekarka poczuła, że jej serce zaczyna walić jak szalone.
– Przecież widzisz, że nic się tu nie wydarzyło. Nikt jej nie napadł, nie zrobił krzywdy, ona nawet nie zauważyła… Zobacz, nadal wygląda, jakby spała.
Agnieszce zaczęło brakować tchu. W głębi serca wiedziała, że Bartek ma rację, ale nie była gotowa tego przyznać, bo to by oznaczało, że odpuszcza kontrolę nad tym, co od tylu lat próbowała ujarzmić.
– Masz dzieci? – zapytał, a jej na chwilę zrobiło się ciemno przed oczami.
– Nie… nie mam – wymamrotała w końcu.
To nie był dobry moment na doprecyzowania, na wspomnienia, które co noc prześladowały ją w snach.
– No właśnie. Gdybyś miała, z pewnością byś mnie zrozumiała. Zmieniamy się jako ludzie, gdy zostajemy rodzicami. Nasze widzenie świata, priorytety… wszystko staje na głowie.
Przez chwilę milczała, chociaż chciała powiedzieć, że to nie tak, że rozumie bardzo dobrze, co Bartek ma na myśli…
– Jeśli tak zależy ci na dzieciach, tym bardziej powinieneś się zgodzić – oznajmiła w końcu zimno. – Twoja żona mogła mieć niezdiagnozowane schorzenie kardiologiczne, które doprowadziło do jej śmierci. Wiesz doskonale, że niektóre z nich są dziedziczne. Dla twoich dzieci bezpieczniej będzie, jeśli to sprawdzimy.
– To ryzyko, z którym mogę żyć – usłyszała. – Po świętach, jak już dojdą trochę do siebie, porobię dzieciakom wszystkie możliwe badania. Na razie jednak muszę zadbać o ich komfort psychiczny. Proszę, pomóż mi w tym.
Agnieszka westchnęła.
– No dobrze – stwierdziła i wróciła do uzupełniania karty zgonu.
Opisała prawdopodobną przyczynę śmierci jako bezpośrednie zatrzymanie akcji serca z nieznanych przyczyn. Po chwili wahania na końcu zdania dodała: „naturalnych”. Wręczyła Bartkowi druk, wstała i bez słowa ruszyła w kierunku schodów. Na dole jeszcze raz minęła udekorowany świątecznie salon. Starała się nie patrzeć ani na ozdoby, ani na inne oznaki szczęśliwej normalności, której od teraz zabraknie w tej rodzinie. Bartek został na górze. Nalegała, by jej nie odprowadzał. Rozumiała, że chce czuwać przy żonie, póki nie zabiorą jej pracownicy zakładu pogrzebowego.
Wyszła na mroźne powietrze i patrząc na puchaty, mieniący się śnieg, odetchnęła głęboko. To tylko praca, powiedziała sobie stanowczo. Nie mogła pozwolić, by za bardzo wchodziła jej na psychikę.
Wsiadła do karetki, w której cały czas czekał na nią sanitariusz. Starała się nie myśleć o Bartku, próbującym za wszelką cenę wyekspediować z domu ciało żony, zanim obudzą się jego dzieci. Nie miała pojęcia, że gdy tylko wyszła, mężczyzna wziął do ręki komórkę i zanim jeszcze zadzwonił do zakładu pogrzebowego, wystukał esemesa:
Właśnie zostałem wdowcem…
Sierpień 1995
Po raz kolejny spotkała go kilka dni później. Był czwartek, bufet pękał w szwach, bo akurat skończyły się popołudniowe treningi, a dodatkowo bliskość parku powodowała, że oprócz sportowców do baru przychodzili też po pracy lokalni mieszkańcy, by przy piwie i frytkach pogadać ze znajomymi i złapać najnowsze plotki. Razem z Wiolką uwijały się jak w ukropie, starając się nie patrzeć na kolejkę, która zamiast topnieć, stawała się coraz dłuższa. Normalnie w godzinach szczytu pomagała im jeszcze Arleta, która pracowała na pół etatu, ale tego dnia musiała zostać w domu z powodu choroby dziecka. Z kolei w kuchni brakowało jednej z kucharek, która poprzedniego dnia zwichnęła nogę, więc zamówienia również realizowane były z opóźnieniem.
W przeciwieństwie do Wiolki, która nic sobie nie robiła z kąśliwych uwag klientów („No co? Przecież się nie rozdwoję!”), Małgosię tego typu sytuacje stresowały. Tym bardziej że to na niej jako na kierowniczce spoczywała odpowiedzialność zapewnienia odpowiedniej obsługi. I choć w tym wypadku nie było fizycznej możliwości, by wydawać zamówienia szybciej, zadręczała się myślą, że rosnący na ich oczach ogonek zniecierpliwionych i głodnych gości był jej winą. Może gdyby od razu zareagowała i poprosiła na przykład o pomoc w obsłudze którąś ze swoich sióstr, nie miałyby tu teraz takiego chaosu? Albo gdyby nauczyła się pracować jeszcze lepiej, jeszcze szybciej… Przecież dla chcącego nic trudnego!
W głębi serca Małgosia wiedziała, że jej prawdziwym problemem nie jest niekompetencja, tylko perfekcjonizm. Była sumienna i świetnie zorganizowana, ale jak wielu ludzi, którzy za wszystkie błędy świata obwiniają siebie, i tak miała wrażenie, że każdą rzecz dałoby się zrobić lepiej, a wskazywanie fizycznych granic uważała za zwykłą wymówkę. Co ciekawe, tylko w stosunku do siebie. To wobec siebie miała niemożliwe do spełnienia oczekiwania. Od innych wymagała tylko tego, co wykonalne. Tego dnia jednak nawet ona rozumiała, że toczy nierówną walkę. Wakacje się kończyły, większość bywalców wróciła już z urlopów i chciała wykorzystać ostatnie podrygi ładnej pogody w zacienionym przez drzewa ogródku. Ale upał, który sprzyjał siedzeniu na zewnątrz, dla Małgosi, Wiolki i pracownic kuchni stanowił dodatkowe przekleństwo – w barze panowała taka duchota, że ledwo stały na nogach.
– Pani Małgosiu, niech pani się tak nie spieszy, bo zaraz tu pani padnie – pocieszył ją pan Markowski, lokalny notariusz, który w klubie grał w tenisa. Lubiła go, bo był oazą spokoju i kultury, a do tego pozostawał zupełnie niewrażliwy na wdzięki Wiolki. – Robicie, panie, co możecie. Przecież to dla nas zupełnie oczywiste.
– Dziękuję.
Małgosia uśmiechnęła się do niego ciepło i na chwilę zapomniała nawet o mokrych od potu włosach i lepiącej się do ciała sukience pod fartuszkiem. Ale mężczyzna odebrał napoje i odszedł, a ona została, marząc już tylko o fajrancie i prysznicu. Z gorąca i zmęczenia było jej słabo. Że też ta Arleta właśnie dziś musiała zostać w domu, a nie na przykład w poniedziałek, kiedy zawsze jest spokojnie…
– Długo jeszcze będziemy czekać? – odezwał się opryskliwie osiłek stojący w połowie kolejki.
Małgosia aż się wzdrygnęła. Znała go dobrze – Sebastian Wojda, wielbiciel kulturystyki i niestety kiedyś także Wiolki. Z natury nieprzyjemny i dość agresywny, od czasu rozstania z Wiolką dosłownie nie dawał im żyć. I choć głównie wyżywał się na byłej dziewczynie, Gosi obrywało się rykoszetem, zwłaszcza że kilka miesięcy wcześniej stanęła w obronie koleżanki i kazała Sebie się wynosić, póki nie przemyśli swojego zachowania. Niestety ojciec mięśniaka był jednym ze sponsorów klubu, więc Sebastian otrzymał od prezesa przeprosiny, a Małgosia – reprymendę. Od tamtej pory obie z Wiolką starały się go po prostu ignorować, z różnym skutkiem. Sebastian nie był głupi, nie pozwalał sobie na zbyt wiele, gdy istniała obawa, że ktoś stanie w obronie dziewczyn. Dziś jednak wszedł w rolę niezadowolonego klienta i odgrywał się na nich do woli.
– Stoję i stoję! – denerwował się coraz głośniej. – Jak tak dalej pójdzie, to zamkniecie, a ja jeszcze tu będę kwitł!
– Staramy się z całych sił – wyjaśniła Małgosia cierpliwie, próbując utrzymać emocje w ryzach. Czuła, że musi zareagować przez wzgląd na innych klientów. – Dziękujemy państwu za wyrozumiałość.
Większość oczekujących pokiwała głowami. Ale Sebastian oczywiście co chwila rzucał kąśliwe uwagi niby do siebie, lecz tak, by wszyscy słyszeli. Zapewne gdyby w ten sposób zachowywał się kto inny, pozostali wzięliby personel w obronę. W tym jednak wypadku każdy udawał, że nie słyszy zaczepek.
Gdy przyszła jego kolej, ostentacyjnie rzucił na ladę banknot o sporym nominale i zażądał trzech piw oraz trzech porcji fasolki po bretońsku. Małgosia zajrzała do kuchni, by przekazać zamówienie. Kiedy otworzyła drzwi, buchnął na nią żar tak wielki, że zrobiło jej się ciemno przed oczami. Zmęczenie, przegrzanie i stres zrobiły swoje. Musiała chwycić się framugi, by nie stracić przytomności.
– Wszystko w porządku? – zapytała Stasia.
Małgosia zacisnęła zęby. Musiała wziąć się w garść.
– Ttaaak… – wymamrotała. – Jestem po prostu zmęczona. Wy pewnie też macie już dziś dość.
– Może powinnaś na chwilę usiąść i odpocząć?
– I zostawić tę wielką kolejkę? Nie mogę…
– To napij się chociaż wody.
W głosie Stasi słychać było troskę i ciepło. Kucharka przypominała Gosi mamę, więc poczuła teraz wielką ochotę, by dać za wygraną – usiąść na środku kuchni i po prostu się rozpłakać.
– Nie ma potrzeby, ale bardzo dziękuję – powiedziała jednak dzielnie. – To naprawdę miłe, że się tak o mnie martwisz, ale niepotrzebnie. Wszystko jest okej.
Odwróciła się na pięcie i wróciła do bufetu.
– Jedzenie zaraz będzie – oznajmiła słabym głosem. – Zawołam.
– Co? To znowu mam czekać? Jeszcze czego! I gdzie jest moje piwo?
A tak, jeszcze to…
Małgosia wyjęła z lodówki trzy butelki, ale gdy otwierała je na barze, ręce odmówiły jej posłuszeństwa i niechcący wylała zawartość jednej z nich prosto na opięte spodnie Sebastiana.
– Ochujałaś, laska? Zapłacisz mi teraz za pralnię!
W innych warunkach Małgosia najpewniej by zaprotestowała, ale było jej tak słabo, że marzyła tylko o tym, by facet wreszcie wziął, co jego, i sobie poszedł.
Kątem oka spojrzała na Wiolkę, zwykle tak przebojową, która teraz wcisnęła się w najgłębszy kąt za lodówką i modliła się, by Seba jej nie zauważył, i z przerażeniem zrozumiała, że jest zdana tylko na siebie.
– Ja… przepraszam… Już daję nowe piwo…
– Nowe piwo, pierdolenie! Za spodnie mi wybulisz, idiotko!
Ludzie w kolejce spojrzeli po sobie z oburzeniem, ale nikt nie miał odwagi się odezwać. Sebastian miał prawie dwa metry wzrostu i co najmniej sto kilo żywych mięśni.
– Co tu się dzieje? – rozległ się nagle wściekły głos kogoś, kto wszedł właśnie do baru. – Jak ty się odzywasz do tej pani, kretynie?
Do Małgosi te słowa ledwo docierały, ale poczuła wzruszenie. Ktoś wreszcie się za nią wstawił!
Spojrzała w stronę mężczyzny i serce zabiło jej mocniej. Zobaczyła przed sobą ni mniej, ni więcej, tylko przystojnego ratownika, który kilka dni wcześniej rozmawiał z nią przy ambulansie. Ubrany był w służbowy uniform, więc raczej nie przyjechał tu na treningi. Może wpadł spotkać się z kimś po pracy jak wielu innych gości?
Mimo oszołomienia przyjrzała mu się uważnie. Wysoki, dobrze zbudowany – nie tak napakowany jak Seba, ale zapewne równie silny. Jasnopopielata czupryna układała się zawadiacko, a w niebieskich oczach widać było gniew.
– Masz natychmiast przeprosić panią – wysyczał – albo inaczej pogadamy.
– Tak? – prychnął mięśniak. – A niby co ty mi możesz zrobić, leszczu?
– Bardzo dużo. Po pierwsze, mogę obić ci gębę…
– Pierdolenie!
– Po drugie, mogę wezwać policję…
– Tak? A niby co mi zrobią, jak ich tu nie było?
– Ukarzą cię za znęcanie się nad bezbronną kobietą na oczach kilkunastu świadków. Uwierzą mnie, a nie tobie, stary, bo ty wyglądasz jak bandzior, a ja wykonuję zawód zaufania społecznego. Więc radzę ci dobrze: spierdalaj, zanim się naprawdę zdenerwuję.
– Nic mi nie zrobią, debilu! Wiesz, kim jest mój ojciec?
– Akurat tak. Nie jest premierem ani prezydentem. Ma tylko trzy stacje benzynowe, więc już się tak nie sadź. A przy okazji: leczy się w wojewódzkim. Jeszcze raz zachowasz się jak cham, to nie tylko spiorę cię na kwaśne jabłko, ale jeszcze tak zrobię, że twojego starego nie przyjmie żaden lekarz w tym mieście. A teraz zabieraj się stąd.
Sebastian zrobił się cały czerwony, przez co jeszcze bardziej upodobnił się do wielkiego buraka. Wymruczał coś pod nosem, rzucił kilkoma inwektywami, ale ostatecznie zabrał się i poszedł.
– Panowie, idziemy – rzucił jeszcze na odchodnym do dwóch kumpli równie napakowanych jak on, którzy do tej pory czekali cierpliwie pod ścianą z beznamiętnym wyrazem twarzy. Wyskoki kolegi ewidentnie nie zrobiły na nich żadnego wrażenia.
Gdy Wojda wyszedł, w barze odczuć można było niemal fizyczne odprężenie. Wszyscy zaczęli bić chłopakowi brawo.
– Super, naprawdę wielkie dzięki – odezwała się dziewczyna w legginsach i obcisłym topie. – Chciałam coś powiedzieć, ale się bałam.
– Ale go załatwiłeś, człowieku. – Młody mężczyzna klepnął go po ramieniu. – Chciałbym wiedzieć, jak to robisz!
– Szkoda, że tylko ja jeden – mruknął ratownik niezadowolony. – Co najmniej dziesięciu chłopa w barze, podobno sami sportowcy, a jak przychodzi co do czego, to nie ma odważnych, żeby zareagować.
Podszedł do przerażonej Małgosi.
– Wszystko w porządku? – zapytał łagodnie.
– No… chyba… – zaczęła, starając się zapanować nad sobą, ale zanim zorientowała się, co się dzieje, po policzkach popłynęły jej łzy.
Tymczasem Wiolka, która po wyjściu Seby szybko odzyskała pewność siebie, a chyba również czuła się winna, że nie pomogła koleżance, oświadczyła:
– Idź do domu, Gośka. Powinnaś odpocząć i się uspokoić. My tu sobie ze wszystkim poradzimy.
Dziewczyna spojrzała na nią niezdecydowanie.
– Tylko ci wszyscy klienci…
– Najwyżej wyjdą głodni. Sami sobie winni, chojracy – prychnęła Wiolka. – Nawet tyle nie mieli odwagi, żeby zawołać pomoc.
– Tak, ale…
– I tak miałyśmy dzisiaj niezły utarg. Na pewno zrobiłyśmy już więcej kasy niż w przeciętny dzień. No, idź.
– A szef?
– Wyjaśnię mu wszystko.
– Będzie na nas znowu zły… Jak Seba przyjdzie na skargę…
– Spokojna głowa – wtrącił się młody ratownik. – Nie przyjdzie. Raczej będzie się modlił, żeby ojciec nie dowiedział się o tym wyskoku. On naprawdę leczy się w wojewódzkim, a ja tam wszystkich znam i wiem, co mówią. Stary ciągle się na niego skarży i w domu krótko go trzyma, dlatego Sebiks tak się popisuje na mieście. Podobno ojciec chciałby mu przekazać interes, ale na razie się wstrzymuje, bo nie ufa synowi. No i dostałby szału, gdyby wiedział, że młody zadarł z kimś z personelu medycznego. On ma teraz naprawdę poważne problemy i z kim jak z kim, ale z ludźmi w szpitalu chce żyć dobrze.
– Nie może ich przekupić? – zdziwiła się Wiolka.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Nie wszystko jest na sprzedaż.
Małgosia spojrzała na niego wielkimi oczami, w których kryła się wdzięczność, ale i podziw. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie Wiolka oznajmiła:
– Nie wiem, jak masz na imię, ale odprowadzisz Gośkę do domu.
– Nie ma takiej potrzeby… – Dziewczyna zrobiła się cała czerwona.
– Ależ jest – zaprotestował chłopak. – Nie powinna pani być teraz sama.
– Idźcie już, bo teraz to serio muszę wrócić do obsługi – fuknęła Wiolka. – Tylko mi przeszkadzacie.
– Dziękuję – powiedziała miękko Małgosia, gdy znaleźli się na zewnątrz. Świeże powietrze ją otrzeźwiło, bo mimo upału było znacznie bardziej rześkie niż zaduch panujący w barze. – I nie musi pan mnie odprowadzać. Naprawdę dam sobie radę, już mi lepiej…
Chłopak uśmiechnął się do niej zawadiacko.
– Po pierwsze, żaden pan. Bartek jestem.
– Małgosia.
Wyciągnęła do niego drobną, delikatną dłoń. Pomyślał, że taka kobieta nie powinna pracować w barze.
– Na ogół u nas w pracy jest bardzo w porządku – oznajmiła, jakby słyszała jego myśli. – Większość klientów jest miła i kulturalna. To tylko ten Sebastian… Dostał kiedyś kosza od Wiolki, mojej koleżanki, i teraz się na nas wyżywa.
– To twoja szefowa?
– Co? – zdziwiła się dziewczyna. – Nie, podwładna… A co?
Chłopak wyglądał na zaskoczonego.
– W sumie nic… – przyznał. – Po prostu pomyślałem…
– Ona uwielbia rozstawiać ludzi po kątach, ale to ja umiem prowadzić to miejsce. Wiolka padłaby na pierwszym zamówieniu z hurtowni. – Roześmiała się, a w tym momencie niebieskie oczy chłopaka również rozbłysły. Małgosia znów zwróciła na nie uwagę – były takie żywe, pełne ekspresji, a równocześnie ciepła.
– Cieszę się, że już ci lepiej.
– Znacznie! – przyznała z entuzjazmem, starając się nie myśleć o tym, jak fatalnie musi teraz wyglądać: spocona, zziajana, cała czerwona od upału i emocji. – Można powiedzieć, że mnie uratowałeś… Chociaż w sumie to nie dziwne, skoro jesteś ratownikiem! – Zaśmiała się, a potem zarumieniła z zakłopotania. Ale głupotę strzeliła!
Bartek zdawał się jednak tego nie zauważyć. Pochwała sprawiła mu chyba przyjemność.
– A po drugie? – przypomniała mu. – Bo skoro było po pierwsze…
– A, tak. A po drugie, to może i nie muszę cię odprowadzać, ale chcę. Właściwie to dziś przyszedłem do klubu tylko po to, żeby cię spotkać.
Gosia przystanęła, oszołomiona. Ten przystojny, wrażliwy, romantyczny chłopak naprawdę szukał akurat jej? Ale czy to znaczy… Nie, to nie mogło znaczyć, że mu się podoba. Może po prostu chciał przekazać jej, co ostatecznie stało się ze znalezioną przez nią kobietą? Wydawał się bardzo empatyczny, więc może zrozumiał, że się martwiła, i chciał ją uspokoić?
– Spotkać? – upewniła się. – Mnie? Dlaczego?
– Dlatego – podszedł do niej nieco bliżej, tak że poczuła świeży zapach jego wody kolońskiej – żeby móc zaprosić cię na kawę.
– Ale… skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – spytała, przeklinając się w duchu za swoją niezdarność. To mogła być taka piękna chwila, a ona wszystko zepsuła! Wiolka na pewno świetnie wiedziałaby, jak się odnaleźć w takiej sytuacji.
– To proste. – Wzruszył ramionami. – Gdy wróciłem do szpitala, powiedziałem, że fajna z ciebie dziewczyna i chętnie bym cię jeszcze spotkał, i wtedy jeden z sanitariuszy mi zdradził, że cię zna, bo przyjaźnisz się z jego dziewczyną…
– Z Anitą? – domyśliła się Małgosia. Czyli Zbyszek musiał być wśród personelu karetki, pomyślała ze wstydem. Była tak zaaferowana chorą kobietą i przystojnym ratownikiem, że nawet go nie zauważyła.
– Tak. W ten sposób dowiedziałem się, że tu pracujesz. Dziś schodziłem wcześnie z dyżuru, więc przyszedłem.
– Wow – powiedziała, a jej twarz rozbłysła. – Naprawdę się cieszę, że to zrobiłeś. I to nie tylko dlatego, że mi pomogłeś.
– Ja też się cieszę. – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Bardziej, niż możesz sobie wyobrazić.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
PROLOG
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
ROZDZIAŁ III
Okładka
