Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ta zbrodnia byłaby nieprawdopodobna… gdyby nie to, że wydarzyła się naprawdę.
Luty 1980 roku. Podczas rutynowego patrolu dwóch pracowników warszawskich zakładów komunalnych dokonuje szokującego odkrycia. W dryfującym po Jeziorku Czerniakowskim pakunku znajdują garnek z odciętą ludzką głową. Wkrótce makabryczne znalezisko zostaje powiązane ze zgłoszeniem zaginięcia Zofii Czajkowskiej, atrakcyjnej czterdziestojednoletniej pracownicy Telewizji Polskiej, która poprzedniego dnia rano wyszła z domu i zniknęła bez śladu. Kilkadziesiąt godzin później w przechowalni na Dworcu Centralnym zostaje odkryty bagaż z rozczłonkowanym ciałem Zofii. Na zamkniętej walizce morderca położył trzy kwiaty, teraz już zwiędłe: tulipan, żonkil i frezję.
Kto mógł pragnąć śmierci eleganckiej, ustosunkowanej, choć przy tym dość przeciętnej kobiety? Czy była przypadkową ofiarą seryjnego mordercy, czy świadomym celem kogoś, kto dobrze ją znał? Dlaczego zbrodnia miała tak makabryczny przebieg? Porucznik Mirosław Wolski i starsza sierżant Jolanta Derka z Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej prowadzą szeroko zakrojone śledztwo, w którym potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom staje w sprzeczności z politycznym embargo na niewygodne dla władzy informacje. Wreszcie dochodzą do prawdy tak szokującej, że do dziś nie mieści się w głowie tych, którzy dopiero ją poznają.
„Martwe kwiaty” to nie tylko rekonstrukcja śledztwa, które z zapartym tchem obserwowało całe społeczeństwo, ale też wstrząsający portret życia, w którym nic nie było takie, jakim się wydawało.
Marta Reich – studiowała stosunki międzynarodowe, ekonomię i romanistykę. Od wielu lat łączy pasję pisarską z pracą w międzynarodowych korporacjach. Kocha kryminalne zagadki i klimatyczne historie, których nastrój wciąga bez reszty. Nie mogłaby obejść się bez książek, sztuki, kawy, rozmów do rana i kulinarnych eksperymentów. Autorka książek kryminalnych i obyczajowych. „Martwe kwiaty” to jej pierwsza powieść true crime, łącząca w sobie oba te gatunki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 428
Copyright © Marta Reich, 2026
Projekt okładki
Agata Wawryniuk
Ilustracje na okładce
© Steve Johnson/unsplash.com
© Reilika Landen/acangel.com
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Dagmara Ślęk-Paw
Korekta
Anna Sidorek
Barbara Szymanek
ISBN 978-83-8444-504-4
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
– O CZYM MARZYSZ? – zapytała sennie, wpatrując się w zimowe promienie popołudniowego słońca prześwitujące przez firankę.
– Przecież wiesz.
Jego palce powoli przesuwały się po jej piersiach, głaszcząc nabrzmiałe z rozkoszy sutki. Zanurzył twarz w jej włosach – pachniała tak pięknie, rumiankiem i bułgarską różą przywiezioną z podróży.
– Nie wiem, powiedz mi. – Uśmiechnęła się leniwie, ale łobuzersko.
– Żeby być z tobą. Już zawsze.
Wtuliła się w niego.
– Wiesz, że ja też tego pragnę – wyszeptała mu do ucha. – Jak niczego innego. Najbardziej chciałabym uciec z tobą na koniec świata. Z dala od tego wszystkiego.
Pocałował ją w usta.
– Kocham cię – wymamrotał.
– Ja ciebie też – powiedziała z pasją, i jakby chcąc to udowodnić, powiodła palcem wzdłuż wgłębienia w jego płaskim, umięśnionym brzuchu, zatrzymując się na kroczu, które zaczęła pieścić. On nie pozostał jej dłużny, sprawnym ruchem przewrócił ją na plecy, lądując na górze, i wszedł w nią delikatnie, ale zdecydowanie.
Kochali się szybko, łapczywie, namiętnie. A potem leżeli, wtuleni w siebie, obserwując tańczące na suficie promienie światła z zewnątrz.
– Tylko z tobą czuję się naprawdę szczęśliwa – wyszeptała mu do ucha, walcząc z opadającymi powiekami. Nie chciała spać.
Pragnęła, by ta chwila trwała wiecznie.
PROLOG
Środa, 20 lutego 1980
– ZIMNO JAK W PSIARNI – stwierdził Jasiek Sikora, zapalając kolejnego papierosa i przytupując na śliskim podłożu, by nieco się zagrzać. Watowana kurtka i czapka uszatka, choć ciepłe, nie były w stanie ochronić przed dziesięciostopniowym mrozem. A tym bardziej przed porywistym wiatrem, który na wodzie dawał o sobie znać ze zdwojoną siłą.
– Na psy to schodzi ten kraj – prychnął Sławek Mazur, jego kolega z zakładu i towarzysz niedoli. Dla pracowników terenowych zdecydowanie najgorsze były zimy. – W sklepach coraz większe braki, moja ślubna wczoraj trzy godziny stała, bo parówki rzucili, a dzieciaki już się dopraszają na śniadanie, jak za dawnych czasów… No i dosłownie tuż zanim Cześka doszła do lady, okazało się, że wyszły. Nawet rodziny nie ma czym nakarmić. – Splunął.
– Jak na moje, to najgorsze są ostatnio te egipskie ciemności. Wczoraj wyłączyli prąd połowie osiedla. Sąsiedzi do nas przyszli, bo im się świece skończyły. A razem raźniej.
– Nam w zeszłym tygodniu ogrzewanie siadło. Aż się bałem, że to znowu jaka zima stulecia. To dopiero było… Coś się musi zmienić, cholera. Żeby było tak jak kilka lat temu. A zresztą… daj papierosa, co?
– Myślałem, że rzuciłeś.
– Ta… na dwa dni chyba. Za dużo nerwów wszędzie.
Już od dwudziestu minut płynęli smętnie w niewielkiej łodzi zakładów komunalnych, kontrolując sytuację na wodzie i pobierając próbki dla szanownych panów inżynierów. Ci to mieli dobrze! Zlecą, a sami nosa nie wyściubią poza to swoje laboratorium i nic ich nie obchodzi, że potem oni, taki Jasiek ze Sławkiem, muszą się dla nich poświęcać.
Latem Jeziorko Czerniakowskie było jednym z przyjemniejszych punktów na mapie Warszawy. Stanowiło miłą odskocznię dla szukających ochłody, udręczonych upałem mieszkańców, którzy z braku możliwości wyjazdu za miasto organizowali sobie wypoczynek w stolicy. Dzięki niewielkiej plaży i szuwarom przy dzikich brzegach można by naprawdę pomyśleć, że jest się na Mazurach, gdyby nie dość zaskakujący w tym miejscu widok na dymiące kominy Elektrociepłowni Siekierki. Mimo to podczas wakacji miejsce tętniło życiem. Powabne dziewczęta o nienagannych figurach opalały się w bikini, próbując ignorować hałaśliwych i czasem zbyt natrętnych nastolatków, a rodziny z dziećmi rozkładały się na kocach, by w wolnych od kąpieli chwilach grać w karty i pałaszować kanapki. Tak – latem to jeziorko było istną idyllą.
Zimą jednak okoliczny krajobraz zmieniał się radykalnie. Gołe czarne gałęzie rosnących na brzegach drzew schylały się upiornie na tle przygnębiającej szarości nieba, a dymiące kominy zdawały się nagle gigantyczne i złowrogie. W powietrzu unosił się drażniący smród palonego węgla, a w ciszę poranka co chwilę wdzierało się złowieszcze krakanie wron.
Przez ostatnie tygodnie mróz był na tyle silny, że tafla jeziorka pokryła się grubą warstwą lodu, przyciągając śmiałków pragnących pospacerować po powierzchni zbiornika. Kończyło się to dla nich różnie (stąd zresztą konieczność częstszych kontroli), nieuchronnie jednak generowało górę śmieci, bo zimowi przechodnie niekoniecznie dbali o środowisko. Bliskość elektrociepłowni podnosiła jednak temperaturę lokalnego ekosystemu i teraz, przy minus dziesięciu stopniach, tu i ówdzie lód kruszył się i zamieniał w kawałki kry, w wodzie zaś pływało pełno odpadków.
– MPO będzie miało co robić – stwierdził Sławek, sięgając po kolejnego papierosa z paczki kolegi. – Strasznie dużo tego syfu się tu nazbierało.
Byli jakieś dwieście metrów od elektrociepłowni, gdy pod mostem, wśród brył lodu i zerwanych gałęzi, zauważyli dziwny przedmiot.
– Jak myślisz, co to? – zainteresował się Jasiek.
Jego towarzysz wytężył wzrok.
– Hmm… nie wygląda na zwykły śmieć. Czekaj… jakby jakaś paczka… chyba związana sznurkiem.
– Dziwne.
– Powinniśmy to wyciągnąć i zabrać na brzeg – przyznał niechętnie Sławek. – Trzeba sprawdzić, co to jest.
Wziął sfatygowany, miejscami zardzewiały podbierak i sprawnym ruchem sięgnął po pływający pakunek.
– Kurza stopa, jaki ciężki – wysapał, gdy już udało mu się położyć go na dnie łódki. – Nie spodziewałem się, że aż tak.
– Dobra, wracajmy – zadecydował Jasiek. – Dość już się dziś namarzliśmy, a to tutaj lepiej otworzyć na brzegu. Chociaż… Myślisz, że powinniśmy?
– No a co? Nie zostawimy przecież w krzakach.
Jasiek wydawał się nieprzekonany.
– Może milicję wezwać, żeby sprawdzili komisyjnie? Uczciwi ludzie paczek nie topią.
– Daj spokój. – Jego towarzysz machnął ręką.
Zacumowali łódź w zwykłym miejscu i wyciągnęli pakunek. Był zapakowany w gazetę, która zdążyła już przymarznąć, i związany konopnym sznurkiem.
Sławek wyciągnął zza pazuchy scyzoryk i przeciął węzeł, a następnie wziął się do usuwania kolejnych warstw papieru. A potem oniemiał, widząc to, co kryło się pod nimi.
– Ty, zobacz! – krzyknął do Jaśka. – Garnek!
– I to jaki duży… Moja stara w takim gołąbki gotuje. Nie podoba mi się to. Może jednak…
Nie dane było mu dokończyć, bo Sławek, ignorując jego wątpliwości, jednym ruchem podniósł pokrywę. W pierwszej sekundzie mężczyźni pobledli, nie wierząc w to, co widzą, po czym spojrzeli na siebie z przerażeniem.
– To… czy to jest…?
– Nic nie mów! – przerwał Sławek, po czym odwrócił się i zwymiotował. Gdzieś, jakby w oddali, a przecież tak naprawdę tuż obok, powietrze przeciął zwierzęcy krzyk jego kolegi.
W wielkim garnku, dokładnie takim, w jakim gotuje się bigos lub parzy weki, znajdowała się zmasakrowana ludzka głowa.
CZĘŚĆ PIERWSZA
WCZEŚNIEJ
1
Wtorek, 4 grudnia 1979
— NO! TO ZDROWIE SOLENIZANTKI! – Mieczysław Rostowicz, jowialny wąsacz o sympatycznym spojrzeniu, uniósł kryształowy kieliszek wódki. Imieniny żony były jednym z najważniejszych corocznych rytuałów w ich domu. Wszystko musiało być idealne.
– Basieńko, wszystkiego, co najlepsze! – zawtórowali goście.
Stół uginał się pod ciężarem frykasów: karp w galarecie, rolada z cielęciny, sałatka jarzynowa, jajka faszerowane. Pod wódkę śledzik i tatar, a na honorowym miejscu półmisek wyśmienitych wędlin. Wspaniały bigos i schab po warszawsku czekały na swoją kolej w kuchni.
Dla przyjaciół i rodziny Basi dzień jej imienin był jedną z większych przyjemności w roku. Miecio, na co dzień kardiochirurg w szpitalu MSW w Warszawie, zawsze mógł liczyć na wdzięczność pacjentów wyrażaną w koniakach i szynce. A że po całym dniu nerwowej pracy relaksował się, gotując – imieniny w domu Rostowiczów zawsze były ucztą.
– No, to powiedzcie, co tam słychać w wielkim świecie – rzuciła Jadzia Kotowska, kuzynka Basi.
Pytanie powtarzało się co roku i stanowiło taki sam imieninowy zwyczaj, jak galaretka z nóżek i galantyna. Skierowane było do gospodyni i osób, które wraz z nią pracowały w Telewizji. Większości gości gmach na Woronicza jawił się niemal jak inny świat, pełen pięknych ludzi, do bólu światowych i szykownych, niepodlegających ograniczeniom, z jakimi mierzyły się szare masy.
Redaktorki Bożena Kowalczyk i Joanna Szmidt zawsze skłonne były do opowieści naszpikowanych rzucanymi od niechcenia poufnymi sensacjami z branży. „Maryla Rodowicz ubrała się tak cudacznie, że jej nie wpuścili do studia”. „Daniel Olbrychski z bliska wcale nie jest aż taki przystojny”, „Łomnicki zachorował na grypę i trzeba było przesuwać nagrania…”
Zofia Czajkowska słuchała tej paplaniny, odczuwając ulgę, że sama nie musi się do niej włączać. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi – wolała obserwować pozostałych. Poza tym i tak miała ostatnio dużo na głowie. Jako montażystka i inspektorka programów musiała borykać się z reżyserami i kierownikami produkcji, którzy najpierw guzdrali się z dostarczeniem materiałów, po czym oczekiwali, że w cudowny sposób obrobi im je „na wczoraj”. A potem to oni zbierali laury, podczas gdy jej wkładu nikt nie doceniał, mimo że bez niego żaden projekt nie ujrzałby światła dziennego. Odgoniła od siebie poczucie frustracji, które tak często na nią spływało. Dziś powinna cieszyć się świętem przyjaciółki.
Nie było to jednak łatwe, bo humor zatruwały jej także inne problemy. Niełatwo było przyznać, że coś ją przerasta.
Miała prawo do spokoju. Do szczęścia. Od rozwodu z Adamem minęło już tyle czasu, a jej prywatne sprawy, zamiast się unormować, jeszcze bardziej się skomplikowały.
– A Zosia jedzie w marcu na wycieczkę Orbisu do Włoch! – wypaliła nagle Bożena.
Zamarła. Po tylu latach koleżanka mogłaby się wreszcie nauczyć, by nie omawiać jej planów publicznie. Zaraz zaczną się irytujące pytania. Gdzie? Jak? No i najgorsze – z kim? Nie miała ochoty odpowiadać, szczególnie na to ostatnie. Z trudem ukryła rozdrażnienie, przywołując na usta czarujący uśmiech. Z Bożeną rozmówi się później.
– Ach, to, wiecie… taka mała odskocznia. Dobrze czasem gdzieś pojechać, przewietrzyć głowę.
– Też bym tak chętnie odskoczyła – prychnęła Lusia Solińska, szturchając siedzącego obok małżonka. – No ale wiecie, ten tu nigdy na to nie pozwoli. Dwie marne pensje nauczycielskie, no i nie zostawilibyśmy dzieciaków samych, bo na pewno wejdą w szkodę.
– Jak ostatnio latem wyjechaliśmy na tydzień na działkę, to mieszkanie po naszym powrocie wyglądało, jakby tajfun przeszedł – dodał jej mąż.
– Ja na szczęście nie mam tego problemu. – Zofia uśmiechnęła się z delikatną wyższością. – Ewę spokojnie można zostawić samą, bardzo dobrze opiekuje się mieszkaniem, sprząta, gotuje…
– Nawet sama sobie szyje! – wtrąciła Bożena z entuzjazmem. – Zosia kupiła jej teraz na studniówkę chłopaka piękny jedwab z Milanówka, bo Ewa chce sama zaprojektować sobie kreację…
– To prawda. – Uśmiech Zofii nie gasł. – Chociaż ostatecznie uparłam się, żeby uszyli jej suknię w Modzie Polskiej. Proszę bardzo, projekt może zrobić sama, ale nie będzie ślęczała nad maszyną. To taki ważny dzień… chcę, by moje dziecko miało z tej okazji wszystko, co najlepsze.
– Trzeba przyznać, że Ewa jest bardzo utalentowana – dodała Basia. – I do tego to taka piękna dziewczyna…
– No cóż… – głos Lusi, choć słodki jak lukier, krył w sobie morderczą nutę. – Można zatem powiedzieć, Zosiu, że jesteś prawdziwą szczęściarą.
Zofia uśmiechnęła się zimno. Przyzwyczaiła się do zawistnych komentarzy małych ludzi i nie miała zamiaru dać się sprowokować. Niech sobie zazdroszczą.
2
Czwartek, 13 grudnia 1979
ZOFIA NIE NALEŻAŁA DO KOBIET WYLEWNYCH. Nie znaczy to jednak, że za fasadą stoickiego spokoju nie skrywała gwałtownych emocji. Wczoraj wieczorem na przykład do szału doprowadziła ją informacja, że Adam zaproponował Ewie, by po raz kolejny została na noc u niego i tej jego całej Elżuni. Wiedziała, że były mąż robi to tylko po to, by zagrać jej na nosie.
Zofia nie lubiła, gdy córka nocowała poza domem lub późno wracała. Adam doskonale o tym wiedział. Jednak prośby i tłumaczenia nie pomagały, a w niej buzowało poczucie niesprawiedliwości. Nie dość, że zostawił ją samą z dorastającą córką i odszedł do innej, to jeszcze teraz specjalnie robił jej na złość, a sam udawał wzorowego tatusia.
Ale ona, Zofia, też miała swoje sprawy i swoje tajemnice. I gdy Adam dowie się jakie, to zzielenieje z zazdrości. A ona wreszcie odczuje satysfakcję płynącą ze słodkiej zemsty.
3
Piątek, 14 grudnia 1979
PACH!
Wielka śnieżna kula trafiła go prosto w plecy, a po chwili jego uszu dobiegł głośny, zaraźliwy śmiech.
– Ewka? – Obrócił się. – To ty?
– No przecież, że ja, ty gapo! – Dziewczyna podbiegła i cmoknęła go czule.
Miała na sobie modny długi kożuch, a na głowie czapkę z lisa, spod której na ramiona spływały gęste brązowe włosy. Wielkie oczy błyszczały, usta rozciągnęły się w łobuzerskim uśmiechu. Zaróżowione od mrozu policzki tylko podkreślały jej mleczną cerę. Codziennie uderzało go, jaka była piękna, a do tego inteligentna i żywiołowa. Ależ miał szczęście, że trafiła mu się taka dziewczyna. I że spośród tylu innych wybrała właśnie jego.
– Myślałem, że kończysz dopiero za godzinę – zdziwił się. – Chciałem wstąpić do domu, żeby zostawić książki, i wyjść po ciebie.
– Odwołali nam ostatnią lekcję. – Mrugnęła wesoło.
Uczyli się w Liceum im. Czackiego, jednym z najlepszych w Warszawie, choć to nie w szkole się poznali. Stało się to w lipcu, gdy Wojtek spotkał Ewę na letnim obozie sportowym w Szczawnicy. Zapalony siatkarz i jeden z najlepszych graczy w drużynie męskiej, cieszył się na wyjeździe tak wielkim powodzeniem, że nareszcie ośmielił się spróbować szczęścia z piękną filigranową brunetką, którą dotąd podziwiał z daleka.
Na obozie spędzali razem każdą wolną chwilę, ale powrót do Warszawy jeszcze scementował ich uczucia. A gdy Ewa wyjechała z matką na dwa tygodnie do Sopotu, on z rodzicami zaś do Zakopanego, dzwonili do siebie co drugi dzień.
Początek szkoły pozwolił wypracować nową rutynę. Po lekcjach szli do Ewy, jeśli tylko jej matka miała dyżur w Telewizji. Co prawda mieszkał tam także ten dziwny gość, sublokator, który zajmował u pani Czajkowskiej pokój, ale na szczęście zazwyczaj wpadał tylko na chwilę, zamykał się u siebie, po czym znowu gdzieś znikał.
– Idziemy do mnie? – zapytała Ewa, uśmiechając się zalotnie.
Zawahał się.
– A to nie jest aby dzień, kiedy twoja mama ma wolne?
Uniosła brwi.
– A co? Boisz się, że cię przepędzi kijem? Nie martw się. Ona jest uprzedzająco miła dla ludzi, których dobrze nie zna.
Wojtek się zarumienił. Prawda była taka, że trochę denerwował się perspektywą poznania pani Czajkowskiej. Choć Ewa prawie o niej nie wspominała, wiedział od jej przyjaciółek, Karoliny i Justyny, że matka trzyma ją krótko i jest bardzo wymagająca. Co sobie pomyśli o nim?
Co prawda, mimo kilkumiesięcznej zażyłości, między Ewą a nim do niczego poważniejszego jeszcze nie doszło – dziewczyna nie była gotowa, a on nie chciał naciskać. Ale co, jeśli pani Zofia wysnuje własne wnioski? Przecież nie będą się przed nią tłumaczyć.
– Nie martw się, kochanie. – Dziewczyna poklepała go uspokajająco po ramieniu. – Owszem, ma wolne, ale gdy wychodziłam rano do szkoły, gdzieś się szykowała i uprzedziła, żebym zrobiła sobie obiad, bo wróci późno. W ogóle ostatnio dużo czasu spędza poza domem.
– Gdzie? – zainteresował się Wojtek.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Nie wiem – powiedziała spokojnie. – Nie tłumaczy mi się przecież.
4
Poniedziałek, 17 grudnia 1979
– NO, TO KARPIE NA WIGILIĘ nam przytrzymają w rybnym, umówiłam się z ekspedientką – wyliczała Elżbieta. – Jarzyny na sałatkę też już mam, barszcz zakisiła moja siostra na początku grudnia, a jutro przyjdzie po pracy, będziemy kleić pierogi i uszka. Mięso ojciec załatwił u nich na wsi, więc na pierwszy dzień świąt też wszystko w zasadzie mam. Jeszcze tylko śledzie mi przywieź, na Mirowskiej na pewno będą. – Zrobiła pełną oczekiwania pauzę, ale Adam się nie odezwał. Myślami był bardzo daleko. – Kochanie, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Coś cię gryzie? Chodzi o pracę? Wiesz, co o tym sądzę. Zanadto się przejmujesz cudzym partactwem. Nie na wszystko możesz mieć wpływ.
Pokręcił głową.
– Nie, to nie to. Chodzi o tego nowego sublokatora u Zofii. Przedwczoraj, gdy odwoziłem Ewę do domu, natknąłem się na niego. Facet jest dziwny. Mrukliwy, skryty. Ledwo się odezwał. Gdy tylko wchodzi do mieszkania, zamyka się w swoim pokoju i bardzo pilnuje, by nikt tam do niego nie zajrzał.
– I? Martwisz się?
– Wiesz, że od początku nie podobał mi się pomysł, by ktoś obcy tam mieszkał. Ale Zofia się uparła, że mieszkanie duże, po rozwodzie jeden pokój stoi pusty, a jej dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą. Nie odzywałem się, bo to jej dom, a ja od czasu wyprowadzki nie mam żadnego tytułu, by mówić jej, jak ma żyć. No i oficjalnie najemcą jest przedsiębiorstwo, a nie przypadkowa osoba prywatna. To Energomontaż kieruje do Zośki swoich pracowników, więc w zasadzie sprawa jest bezpieczna. Z tego, co wiem od Ewy, wszyscy poprzedni lokatorzy byli w porządku, głównie młodzi technicy lub początkujący inżynierowie na dorobku. Nie wchodzili w szkodę, robili wszystko, by jak najszybciej się jakoś tu w Warszawie urządzić.
– To co cię zaniepokoiło tym razem?
– Ten cały Szczęsny… nie ufam mu po prostu. Mam wrażenie, że coś ukrywa. Wiesz, taki podejrzany facecik z rozbieganymi oczami. I widziałem, jak patrzył na Ewę…
– A, więc to o to chodzi… Boisz się o nią?
– Zofia jest dorosła i może robić, co chce. Ale nie życzę sobie, by narażała moje dziecko.
– Porozmawiasz z nią?
– Spróbuję.
– A sama Ewa? Boi się go?
– Wiesz, jaka ona jest. Nawet jeśli coś ją niepokoi, to nie powie tego głośno. Mnie powiedziała tylko, że facet jest bezproblemowy, bo do domu wraca późno i bardzo często wyjeżdża albo gdzieś znika.
Elżbieta niepewnie poruszyła się na krześle.
– Wiesz, że mogłaby u nas zamieszkać. Przecież i tak często tu bywa. Chciałabym, żeby wiedziała, że nasz dom jest także jej domem.
– I jestem ci za to niesamowicie wdzięczny, skarbie. – Adam nachylił się i delikatnie ją pocałował. – Ale Zośka już i tak ma pretensje, gdy Ewa zostaje u nas na noc. Więc sam nie chcę niczego sugerować.
– To pogadasz z nią przynajmniej o tym sublokatorze? Żeby na niego uważała?
Adam nie odzywał się przez chwilę.
– Zastanowię się, jak to ugryźć – obiecał. – Ale może niepotrzebnie się tak martwię? W końcu facet mieszka oficjalnie, może trochę jest dziwakiem, ale to jeszcze nie zbrodnia. Zresztą… – pomyślał chwilę – co najgorszego mogłoby się stać?
5
Piątek, 4 stycznia 1980
POCZĄTEK ROKU ZAWSZE DZIAŁAŁ NA NIĄ PRZYGNĘBIAJĄCO. Szarość, przejmujące zimno i wieczne ciemności, zamarzająca podłoga w tramwajach i awarie ogrzewania. Dlatego z tym większą przyjemnością uciekała w obowiązki. Telewizja, gdzie pracowała od kilkunastu lat, była jej azylem. Nie przeszkadzało jej, że dyżury trwały po dwanaście godzin i że w dni, w które przypadały, właściwie w ogóle nie było jej w domu.
Kochała swój zawód – to ona nadawała kształt programom i produkcjom filmowym, miała wpływ na to, co widz zobaczy na ekranie. Zofia uwielbiała tę techniczną magię manipulacji. Lubiła myśleć, że to ona opowiada ludziom historie – dokładnie tak, jak chce. I choć oczywiście ostateczne decyzje należały do realizatorów produkcji, Zofia zdawała się dokładnie wiedzieć, czego każdy z nich oczekuje – jej propozycje przyjmowali niemal bez poprawek.
Uwierało ją jednak to, że od lat zajmuje się tym samym. Zawsze marzyła jej się praca przy produkcji, może kierowanie projektami? Prawdziwa kariera, jakieś zagraniczne wyjazdy, kontakty z ważnymi ludźmi… Niestety – zamiast tego wciąż siedziała w montażu, bo – jak wyjaśnił jej kiedyś naczelnik – była w tym zbyt dobra, by ktokolwiek chciał puścić ją do innych zadań. Oczywiście mogłaby odejść, ale była na to zbyt rozsądna. Zdawała sobie sprawę, że wśród peerelowskiej przaśności praca w Telewizji jest jak los wygrany na loterii. Zarobki kilkukrotnie wyższe niż przeciętna polska pensja, dostęp do dolarów i luksusowych dóbr z Peweksu, kontakt z artystami i nieszablonowymi ludźmi… To wszystko miało wymierną wartość, z której tylko głupi by sam zrezygnował.
Nie była gotowa, by to wszystko stracić. Posłusznie robiła swoje, a nachodzącą ją nieraz frustrację odreagowywała w ukryciu i po swojemu.
– Kawa? – zapytała Basia, która pracowała razem z nią w montażu. – Czuję, że bez tego się nie obudzę!
– Oj tak! – Ożywiła się. – Żebyś wiedziała. Robota w ogóle mi dziś nie idzie. Po prostu nie mam siły.
– Tym bardziej kofeina dobrze ci zrobi.
Wyszły na długi korytarz, kierując się w stronę jednej z telewizyjnych kawiarni znajdujących się przy wejściach do studiów. W powietrzu zapach nagrzanej aparatury mieszał się z papierosowym dymem. Po drodze mijały spikerów, znane redaktorki, a nawet kilka sław ze świata kultury, ale nie robiło to już na nich żadnego wrażenia. Zbyt długo pracowały na Woronicza, by czuć jeszcze jakąkolwiek ekscytację.
– Nie masz pojęcia, jak ci zazdroszczę tego wyjazdu do Włoch! – westchnęła Basia, gdy już zamówiły kawę i ulokowały się przy stoliku. – Miecia nie sposób wyciągnąć gdziekolwiek. Czuje się zbyt zobowiązany wobec pacjentów, tu ciekawy przypadek, tam obiecał rodzinie i nie wypada delikwenta przekazać koledze… No i ciągle jakieś szychy przysyłają mu na stół, a on nie może odmówić, bo sama wiesz, jak jest.
– Wiem. – Zofia wrzuciła do szklanki dwie kostki cukru i zamieszała gorący ciemny płyn, czekając, aż fusy ponownie spłyną na dno.
– Ale się uparłam! W przyszłym tygodniu wybieramy się do Orbisu wykupić wycieczkę na lato. Marzy mi się Adriatyk albo chociaż Morze Czarne… No, ale nieważne. Powiedz lepiej, jak ty się miewasz.
Zofia wzruszyła ramionami. Z Basią łączyła ją duża zażyłość, nawet chyba przyjaźń, i zazwyczaj mówiła jej wszystko. Zdawała sobie jednak sprawę, że w ostatnich czasach nie była z nią do końca szczera. Celowo pomijała pewne sprawy, a w rozmowach skupiała się na opowieściach o córce, problemach z byłym mężem i rozważaniach, czy kupić nową sukienkę z Mody Polskiej, którą widziała w zeszłym tygodniu.
– Kreacja Ewy na studniówkę jest już gotowa – powiedziała z dumą. – Muszę dać teraz dziecku pieniądze na jakieś dodatki.
– Cieszy się?
– Chyba tak. Wiesz, ten kolega, który ją zaprosił… to chyba coś poważniejszego.
– Poznałaś go?
Zofia zaprzeczyła ruchem głowy.
– W zasadzie nie. Natknęłam się na niego tylko raz, gdy odprowadzał Ewę do domu, a ja akurat wychodziłam na zakupy. O ile wiem, przesiaduje u nas popołudniami, gdy jestem na dyżurze, ale wtedy, kiedy mam wolne, nie przychodzi.
– Wiesz, jakie są dzieciaki… – Basia uśmiechnęła się pobłażliwie. – Pewnie się trochę wstydzi. Niby to już takie dorosłe, a rozumu nie ma za grosz.
– Zobaczymy. Nie może się przede mną chować w nieskończoność!
– Dobrze, że Ewa sobie kogoś znalazła.
Zofia otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Tak naprawdę była zazdrosna o nową znajomość córki, ale czuła instynktownie, że nawet Basi nie wypada tego mówić. Nie chciała przyznać, że wolałaby mieć Ewę tylko dla siebie. Nie, to byłoby niskie i źle by o niej świadczyło.
Zastanawiała się właśnie, jak by tu zręcznie zmienić temat, gdy do kawiarni wpadła zaaferowana sekretarka:
– Pani Zosiu, telefon do pani!
– W montażowni?
– Nie, w sekretariacie. Nie było pani u siebie, więc przerzuciło do nas.
Zaniepokojona, podniosła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę biura. O co mogło chodzić? Jej numer do pracy znała zaledwie garstka osób.
Na szczęście w pokoju nie było nikogo – widocznie koleżanki także wywiało na przerwę. Asystentka taktownie zatrzymała się na korytarzu, choć Zofia nie mogła wykluczyć, że podsłuchuje pod drzwiami.
Chwyciła za słuchawkę.
– Halo? – spytała, na wszelki wypadek wciskając się z telefonem w najgłębszy kąt pokoju.
Głos po drugiej stronie linii sprawił, że ogarnęły ją ekscytacja i złość zarazem. Czuła, że policzki jej płoną – nie była pewna, czy z podniecenia, czy z oburzenia.
– Mówiłam ci – powiedziała powoli – żebyś pod żadnym pozorem tutaj nie dzwonił.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
CZĘŚĆ PIERWSZA. STOPKLATKA
Okładka
