Zasłużył na śmierć - Aleksandra Kaczan-Soremska - ebook
NOWOŚĆ

Zasłużył na śmierć ebook

Aleksandra Kaczan-Soremska

0,0

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Inka wjeżdża na tory i ucieka. Zaraz potem rozpędzony pociąg miażdży jej samochód. Samochód, w którym ktoś jest. Jeremiasz Retecki, syn prezydenta miasta.

Ginie na miejscu.

Ludzie mówią: „Tragedia”. „Okropny wypadek”.

Tylko czy to na pewno był wypadek?

 

Ktoś tam był. Ktoś wszystko widział. A teraz zamierza zmienić jej życie w koszmar. Tak jak wcześniej ona zmieniła jego.

 

Nie każda ofiara jest niewinna.

Nie każda śmierć jest przypadkiem.

Nie każdy, kto ucieknie z torów, przeżyje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 307

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Aleksandra Kaczan-SoremskaCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Magdalena Czmochowska

Projekt okładki: Adam Buzek

Zdjęcie na okładce i na wewnętrznej stronie: AI Gemini

Ilustracja na drugiej stronie: AI Gemini

Ilustracja przy nagłówkach: pngtree.com

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie

ISBN 978-83-8464-047-0

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

PROLOG

– Dzień dobry, pani Beatko, taka tragedia… Kto by pomyślał!

Starsza kobieta już od progu krzyczała w stronę ekspedientki, nie przejmując się zasadami dobrego wychowania.

– Szkoda gadać, pani Haniu. – Stojąca za ladą brunetka machnęła ręką. – I to niemal na moich oczach! Niepojęte. – Westchnęła.

– No właśnie. Tak blisko, a pani niczego nie widziała?

Ekspedientka pokręciła głową. Też żałowała, że kiedy dwieście metrów od jej sklepu pociąg Intercity relacji Katowice–Ustka uderzył w pozostawiony na torach samochód osobowy, niczego nie zarejestrowała – układała towar na półkach. Wybiegła ze sklepu dopiero, gdy usłyszała dźwięk uderzenia rozpędzonej maszyny o porzucony pojazd. Zobaczyła wtedy, jak niewiele zostało z samochodu, który znalazł się w złym miejscu w złym czasie. Ujrzała zszokowaną niespełna trzydziestoletnią kobietę, która w ostatniej chwili oszukała śmierć.

Z urywanych fragmentów wypowiedzi dziewczyny wychwyciła coś, co zmroziło jej krew w żyłach. Ocalała nie była jedną osobą jadącą Citroenem. W samochodzie był poza nią ktoś jeszcze. Ktoś, kto nie miał tyle szczęścia, co ona. Ktoś, kogo mimo usilnych prób nie zdołała wyciągnąć na zewnątrz. Ktoś, z kogo została już tylko miazga.

Jeremiasz Retecki – syn prezydenta miasta.

Wtedy

Nie mogę uwierzyć, że rozpoczynam piąty rok studiów. Serio? Nadal to do mnie nie dociera. Jeśli nic po drodze nie spieprzę, za rok o tej porze będę już panią psycholog. Wreszcie udowodnię rodzicom, że jeśli naprawdę mi na czymś zależy, jestem w stanie dopiąć swego. Niezależnie od tego, czy są po mojej stronie, czy też nie.

Wiem, że we mnie nie wierzyli. Sądzili, że psychologia to taki mój kaprys, krótkotrwała zachcianka. Moda. Od zawsze widzieli mnie na AWF-ie. A jednak jestem tu, wytrwałam i skończę te studia, choćby nie wiem co!

Wychodzę z uczelni i natychmiast mrużę oczy. Szczelnie owijam szyję grubym szalem, bo mimo bezchmurnego nieba jest po prostu zimno. Porywisty wiatr nie daje nadziei na powrót lata, gwarantuje natomiast problemy z uszami. Żałuję, że nie wzięłam nic na głowę. Zanim dojdę do Rynku, gdzie umówiłam się z Adą, na pewno zmarznę. Moja przyjaciółka nie należy do najbardziej punktualnych osób na świecie. Udowadnia to za każdym razem. Pewnie będę musiała na nią poczekać, a w taki dzień jak dziś to nic przyjemnego.

Wkładam słuchawki do uszu, może chociaż one zatrzymają podmuchy zimnego powietrza. Lubię ten moment, kiedy po skończonych zajęciach włączam Lanę Del Rey, żeby uciszyć myśli.

Na chwilę działa.

Ruszam w stronę centrum. Znam tę drogę na pamięć. Przemierzam ją kilka razy tygodniowo. Nie zachwyca mnie – jak całe Opole. Mimo to czuję się jak u siebie. Nie żałuję, że zamieszkałam tutaj, a nie we Wrocławiu, choć Wrocław jest piękny i ma bogatą historię. Opole jest brzydkie i nie czuć w nim magii przeszłości. Z mojego małego Brzegu i do jednego, i do drugiego mam taką samą odległość. Dlaczego więc nie zdecydowałam się na studia w stolicy Dolnego Śląska? Bo lubię Jerzego Grotowskiego i Remigiusza Mroza. A tak na poważne – duże miasta mnie męczą. Za dużo ludzi, dźwięków, zapachów. Czuję się tam obco, jakbym do nich nie pasowała. Zakładam wtedy maskę, która mnie uwiera i nie pozwala być sobą. A ja chcę być sobą. Tyle że na moich zasadach. I to tam, gdzie czuję się bezpiecznie. Introwertycy tak mają.

Idę dość szybko, żeby jak najmniej wychłodzić organizm. Poza dużą, skórzaną torbą na ramię mam przy sobie materiałową torbę sportową z akcesoriami do pływania. Kostium kąpielowy, czepek, okulary – wszystko, co potrzebne, by w jednej chwili móc wskoczyć do basenu. Jeszcze nie wiem, czy noszenie tego przez cały dzień się opłaci, ale wolę być przygotowana. Umiem wyciągać wnioski. Zwłaszcza z własnych porażek.

Kiedy Lana szepcze mi do ucha: Kiss me hard before you go,docieram pod ratusz. Stawiam kołnierz płaszcza, bo mam wrażenie, że wieje teraz jeszcze mocniej niż wcześniej. Powinnam w końcu przekonać się do polewania ciała zimną wodą, może to pomogłoby mi się zahartować. Zajmę się tym na pewno. Kiedyś.

Zerkam na zegarek. Jest już po czternastej, Ada powinna za chwilę się pojawić. Przestępuję z nogi na nogę i rozcieram zmarznięte ręce.

Błagam, pośpiesz się.

Kilka minut później moja przyjaciółka pojawia się na horyzoncie. Jest w cienkiej kurtce i nie wygląda, jakby odczuwała jakiekolwiek skutki niskiej temperatury. Jej rude loki powiewają na wietrze, jakby już z daleka chciały mnie pozdrowić.

– Długo czekasz? – pyta, kiedy staje w końcu obok mnie.

Cała Ada – doskonale wie, że spóźniła się ponad dwadzieścia minut, a i tak udaje niewiniątko.

– Chwilę – odpowiadam, bo wiem, że w przypadku Ady żadne wyrzuty nie wchodzą w grę; i tak nie weźmie ich sobie do serca.

– Niedługo. No i git! – Moja przyjaciółka się rozpromienia. – Idziemy? – Wskazuje palcem naszą ulubioną kawiarenkę Dolce far niente.

Kiwam głową. Przechodzi mi przez myśl, że w sumie mogłam poczekać na nią w środku, skoro od zawsze wybieramy tylko to miejsce na pogaduchy. Ada jednak szybko odciąga moje myśli od tego wniosku, opowiadając mi o zerwaniu z chłopakiem, który miał być miłością jej życia.

Nie nadążam za nią, choć nie zmienia to faktu, że jestem pod wrażeniem. Jest moją najlepszą przyjaciółką i chciałabym, aby w końcu była szczęśliwa. Zasługuje na to. Jest piękna, wrażliwa i zawsze mogę na nią liczyć.

Poza tym gdyby nie ona… Zresztą nieważne. Kocham Adę i chcę dla niej jak najlepiej.

Słucham zwierzeń przyjaciółki, nie skupiając się jakoś szczególnie na słowach wypowiadanych pod wpływem emocji. Myślami jestem już na torze do pływania. Mam nadzieję, że w tym roku akademickim zepnę skutecznie cztery litery i raz na zawsze wygram z leniem. Taki mam cel.

Od zawsze lubiłam pływać.

Trenerzy mówili, że dobrze rokuję. Ojciec widział mnie już w kadrze z sukcesami na koncie. Mimo to nie zdecydowałam się poświęcić karierze sportowca. Chyba nie mam odpowiedniego charakteru, hartu ducha i samozaparcia. Mimo że forma fizyczna jest ważna, uważam, że dużo ważniejsze jest zdrowie psychiczne – właśnie dlatego wybrałam psychologię. Chcę leczyć złamane serca i podupadłe dusze. To moja misja.

Ada mówi i mówi, a do mnie dociera, że zupełnie nie potrzebuje, abym wchodziła z nią w dialog. Najważniejsze, aby mogła bez ograniczeń paplać jęzorem. W sumie jakoś wyjątkowo mi to nie przeszkadza, mam przynajmniej czas, aby zastanowić się, czy iść na basen od razu po spotkaniu z nią, czy może najpierw wejść na chwilę do mieszkania. Podejmuję decyzję, że skoro mam już ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy, nie będę traciła czasu. Dopiję herbatę i pójdę tam, gdzie czyhają na mnie moje słabości. To kształtuje mój charakter.

W zeszłym roku nie grzeszyłam systematycznością, właśnie dlatego, że kiedy po skończonych wykładach wracałam do pokoju, nie miałam ochoty znowu wychodzić na zewnątrz. Odpuszczałam. Wolałam zaparzyć herbatę i schować się pod kocem z dobrą książką. To był główny powód tego, że basen poszedł w odstawkę. A wraz z nim moja pewność siebie i świadomość, że jestem w czymś naprawdę dobra. Dużo lepsza niż inni.

Drugi raz tego samego błędu nie popełnię.

Teraz

Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. To naprawdę się wydarzyło. Rozpędzona, sunąca z zawrotną prędkością maszyna wjechała właśnie w mój samochód. Na szczęście uciekłam. Niestety, tylko ja.

Mojego Citroena już nie ma – został kompletnie zmiażdżony. Nie miał szans w starciu z masą i konstrukcją pociągu. Wiem, że to tylko samochód, środek komunikacji ułatwiający życie – nic więcej. Pewnie za jakiś czas sprawię sobie nowy, trochę pieniędzy po ciotce jeszcze mam na koncie. Nie powinnam płakać nad rozlanym mlekiem. Jak by nie patrzeć, żyję i tylko to się liczy. Oszukałam śmierć, jestem więc prawdziwą szczęściarą. A samochód? Rzecz nabyta. Musiałam go poświęcić. W zestawieniu z życiem jest niczym – wiem o tym doskonale. Perspektywa naprawdę zależy od punktu siedzenia. Niby taki banał, a pasuje jak znalazł.

Citroen to zresztą nie jedyna „ofiara” dzisiejszego wypadku. Na siedzeniu pasażera został Jeremiasz – mój kolega z dawnych lat. I teraz jest martwy. Nie sądziłam, że tak się to skończy – że mój samochód zepsuje się właśnie na przejeździe, a ja kompletnie nic nie będę mogła zrobić, aby odpalić silnik. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, próbowałam wyciągnąć Jeremiasza. Naprawdę próbowałam. Nie dałam jednak rady. Jego bezwładne, przesiąknięte nadmiarem alkoholu ciało było zbyt ciężkie.

Chciałam go obudzić. Potrząsałam nim, biłam go po czerwonej, pijackiej twarzy, a mimo to mój kolega ani drgnął. Nic, kompletnie nic nie mogłam zrobić. Nawet mój krzyk nie przywrócił mu świadomości. Nie obudził go. Chociaż tyle… Przynajmniej nie był świadomy, że zaraz zginie. Po prostu spał. Ja natomiast już zawsze będę żyła z piętnem morderczyni. Jeremiasz nie żyje przeze mnie i myśl ta powala mnie na kolana.

Może gdybym nie była tak bardzo zmęczona… Może gdybym bardziej skoncentrowała się na drodze, zamiast marzyć o gorącej kąpieli i przynajmniej dwóch godzinach snu…

Czuję nadchodzące torsje. W ostatniej chwili skręcam głowę, w przeciwnym razie na pewno ubrudziłabym sobie nowe buty. Jeżeli z samochodu została miazga, to co zostało z Jeremiasza? Wyobraźnia atakuje mnie przeróżnymi obrazami. Nie mogę od nich uciec.

Wokół mnie zbiera się coraz więcej ludzi. Gapiów. Ciekawskich. Patrzą, nagrywają, komentują. W dupie mają i mnie, i Jeremiasza. Liczy się tylko relacja z miejsca zdarzenia. Sensacja, której są świadkami. Czyjaś tragedia zawsze jest w cenie – liczba lajków musi się zgadzać. A nic tak nie zwiększa zasięgów jak krwawe historie, w których przynajmniej jedna osoba kończy w czarnym worku. Zwłaszcza jeśli denatem jest syn znanego polityka.

A przecież miałam go tylko odwieźć do domu po imprezie u Kamila. Był kompletnie pijany i było jasne, że sam nie wróci. Nie codziennie grupa przyjaciół ze studiów spotyka się po pięciu latach od obrony, by wspominać stare dzieje i wybaczyć sobie grzechy przeszłości. Dlatego nie mogę winić Jeremiasza za to, że zabalował. Zresztą kiedy wsiadał do mojego samochodu, był jeszcze przytomny. Miałam z nim kontakt. Gdybym wiedziała, że jest z nim aż tak źle, nie zabrałabym go ze sobą.

Czułam, że ta impreza wszystko zmieni. Od początku nie chciałam brać w niej udziału. Intuicja przestrzegała mnie, abym trzymała się z daleka od przeszłości. Nie posłuchałam jej. Jak zwykle dałam się przekonać Adzie i wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, nie złożyłabym mojej przyjaciółce obietnicy, przez którą jestem teraz tu, gdzie jestem. Na niestrzeżonym przejeździe kolejowym na przedmieściach Opola. Z miazgą zamiast samochodu i z ogromnymi wyrzutami sumienia.

Słyszę sygnał nadjeżdżającej policji. No tak, Jeremiasz nie żyje, to naturalne, że zaraz zaroi się tu od glin.

Chcę zadzwonić do Ady i opowiedzieć jej o tym, co się wydarzyło, ale moja przyjaciółka pewnie jeszcze śpi, a do tego nie mam siły wyszukiwać w torebce telefonu. Jak dobrze, że nie odłożyłam jej na tylne siedzenie, jak to mam w zwyczaju. Wtedy straciłabym również ją, a w niej telefon, klucze i portfel. Niby tylko rzeczy, ale ich utrata skomplikowałaby moje życie jeszcze bardziej. Zwłaszcza zawodowe.

Kątem oka widzę dwóch zbliżających się do mnie policjantów. Nie wyglądają, jakby szczególnie zależało im na pośpiechu – pracoholikami to oni nie są.

Przełykam ślinę. Wiem, że za chwilę będę musiała zmierzyć się z okrutną prawdą. Jeremiasz nie żyje przeze mnie. I chociaż wiem, że zrobiłam wszystko, by go ocalić, oni mogą mi nie uwierzyć. Na pewno mi nie uwierzą.

Wzdrygam się, czując na plecach czyjąś dłoń.

– Potrzebuje pani pomocy?

Czuję zapach drzewa sandałowego i pomarańczy. Spoglądam przez ramię.

– Bardzo chce mi się pić – wypowiadam niemal szeptem, patrząc w orzechowe oczy nieznajomego, który jest chyba jedyną osobą, która zwraca na mnie uwagę.

Na mnie, nie na mój skasowany samochód. I nie na liczbę wyświetleń relacji ze zdarzenia.

Naprawdę cholernie chce mi się pić.

Chłopak bez słowa odwraca się i odchodzi. Chwilę potem wraca, wyciągając w moją stronę dwie butelki Cisowianki.

– Nie wiedziałem, czy woli pani z gazem, czy bez.

– Inka. – Podaję mu rękę.

– Kuba – mówi w tym samym momencie, w którym widzę przed oczami policyjną odznakę i słyszę, jak funkcjonariusz się przedstawia.

– Starszy aspirant Karol Szymański…

W mojej głowie ląduje helikopter. Chyba nie dam rady teraz złożyć zeznań. Nie wiem, czy w ogóle dam radę je złożyć. W moje myśli wkrada się chaos. Ponownie wymiotuję.

Wtedy

– Zakochałam się.

Ada spina swoje długie loki klamrą i siada tuż obok. Czuję zapach jej wiśniowej wody toaletowej. Wyjątkowo mnie on irytuje, ale nic nie mówię, nie chcąc robić jej przykrości. Kiedy się poznałyśmy, pachniała ładniej – mieszanką lawendy i mięty. Tamten zapach zdecydowanie bardziej do niej pasował.

Znów jesteśmy w naszej ulubionej kafejce. Tym razem czekałam na Adę w środku i już wiem, że to najlepsze rozwiązanie – przynajmniej nie zmarzłam. Zdążyłam nawet przesłuchać najnowszy utwór Lany. Cztery razy. I poobserwować otoczenie.

Nie biorę słów Ady na poważne. Moja przyjaciółka zakochuje się średnio raz na dwa tygodnie. I zawsze na zabój. Historia zazwyczaj kończy się tak samo: łzami, histerią i postanowieniem, że nigdy więcej związków. Czasem dochodzi do tego jeszcze rwanie włosów z głowy, a mimo to jej burza skręconych pasm jest dużo bardziej okazała od mojej. To takie niesprawiedliwe.

– W kim tym razem? – pytam bardziej z grzeczności niż z ciekawości. Wiem, że Ada aż gotuje się w środku, by tylko o tym opowiedzieć.

– W Kamilu.

Chyba się przesłyszałam.

– Nic nie mów. Wiem, wiem.

Ada nie chce dopuścić mnie do głosu. Wie, że jedyne, co ciśnie mi się teraz na usta, to: „Tylko nie to”.

Kamila Malinowskiego znam od lat. Chodziliśmy do jednej klasy w liceum. Jest świetnym facetem. Wielokrotnie mogłam na niego liczyć. Przez krótką chwilę byliśmy nawet parą, ale szybko okazało się, że kompletnie różnimy się temperamentem. Kamil lubi błyszczeć i stawiać na swoim. Otacza się ludźmi, którzy coś znaczą, i nie potrafi usiedzieć w domu. Nienawidzi nudy i przewidywalności. Wiecznie gdzieś goni, ciągle czegoś szuka. Ja natomiast lubię spokój, stabilizację i rutynę.

Rozstaliśmy się w zgodzie, bez jakiejkolwiek urazy. Obopólnie stwierdziliśmy, że tak będzie dla nas lepiej. I po prostu zostaliśmy przyjaciółmi.

– Nie mów, że jesteś zazdrosna.

Głos Ady uświadamia mi, że odpłynęłam myślami.

Zaprzeczam zdecydowanym ruchem głowy.

Nie, nie jestem zazdrosna. Może tylko zdziwiona. Kamil od zawsze był zainteresowany moją przyjaciółką, ale ona jak dotąd nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. I tak było lepiej. Dużo lepiej.

Z tego nie wyniknie nic dobrego.

– Skąd ta zmiana? – pytam. – Mówiłaś, że prędzej piekło zamarznie, niż pozwolisz mu zaprosić się na drinka. Nie mówię o czymś więcej.

– Pokażę ci coś.

Ada wyciąga telefon i prezentuje mi filmik, na którym Kamil kredą rysuje na asfalcie serce i wpisuje w niej jej imię.

– Słodziak, nie? – pyta, gdy filmik dobiega końca.

Słodziak? Dawno nie widziałam nic tak kiczowatego. Że też Ada dała się na to nabrać.

Nie posądzałam Kamila o taką romantyczną naturę, chociaż trzeba przyznać, że jest mistrzem dobrego wrażenia. Potrafi zamydlić oczy i skraść serce. I jeszcze kłamać potrafi. W żywe oczy.

– Jesteśmy razem – rzuca nagle Ada, nie patrząc na mnie.

Wygląda, jakby przeglądała menu, ale wiem, że to tylko gra. Odkąd spotykamy się w Dolce far niente, zawsze zamawiamy zieloną, jaśminową herbatę. Nic więcej. Nie sądzę, aby miało się to dzisiaj zmienić. Ona po prostu boi się spojrzeć mi w oczy.

Nie odzywam się. I tak im się nie uda. Ani Kamil, ani Ada nie są stworzeni do stałych związków. To takie wolne, barwne ptaki. Życie w klatce, którą jest poważne zobowiązanie, dzień po dniu odbierze im cały urok i czar. Nie wróżę im szczęścia, zwłaszcza że Ada nie wie o Kamilu wszystkiego. A ja tak.

To przeszłość, coś, do czego nie chcę wracać. Kamil też nie. Ale stało się i wciąż mam nadzieję, że nie będę żałować tego, że stanęłam wtedy po jego stronie.

Że mu się upiekło. Mimo że zrobił coś tak strasznego.

Teraz

Przekraczam próg kawalerki i mam ochotę rozpłakać się ze szczęścia. Wreszcie jestem w domu. Mogę zdjąć niewygodne buty, wziąć prysznic i przebrać się w piżamę. To był naprawdę długi dzień.

Spędziłam w komendzie kilka godzin. Musiałam opowiadać szczegółowo o tym, co wydarzyło się dwa dni temu. Jak to możliwe, że nie zatrzymałam się przy znaku stop? Dlaczego nie próbowałam zjechać z torów, kiedy już zdałam sobie sprawę z tego, że nadjeżdża pociąg? Co się takiego stało, że na siedzeniu pasażera siedział kompletnie pijany syn prezydenta Reteckiego? I wreszcie najgorsze – dlaczego nie wyciągnęłam go z samochodu, skoro wiedziałam, że to jedyna szansa, by przeżył?

Znaleziona w sieci adwokatka starała się okazać mi wsparcie. Chyba tylko dzięki niej nie rozkleiłam się zupełnie. Z licznych opinii wynikało, że jest naprawdę skuteczna i wspierająca. Liczę, że przekonam się o tym na własnej skórze. W każdym razie dzisiaj dała radę.

Miałam zresztą dużo szczęścia, że zdecydowała się zająć moją sprawą. Jej grafik pęka w szwach, ale akurat ktoś przestał jej potrzebować i mogłam zająć jego miejsce.

Trafiło się ślepej kurze ziarno.

Napełniam wannę ciepłą wodą. Powoli do niej wchodzę, pozwalając, by igiełki na mojej skórze utwierdzały mnie w tym, że nadal żyję. Telefon odkładam na pralkę. Z głośnika wydobywa się zmysłowe Lust for Life. Miłość do Lany del Rey towarzyszy mi od lat.

Zamykam oczy. Chciałabym się zrelaksować, ale wracają do mnie obrazy z chwili wypadku. Nie umiem się od nich uwolnić. Mam wrażenie, że już zawsze będą mnie prześladować. Dopadać i niszczyć od środka. Są jak trujący bluszcz, który przyjmuje monstrualne rozmiary, zaciska się na mojej szyi i nie pozwala oddychać.

Jestem psycholożką. W teorii wiem, co powinnam teraz zrobić, by sobie pomóc. W praktyce jest to dużo trudniejsze. Książkowa wiedza nie ma racji bytu, gdy chodzi o mnie samą. I o moje traumy. Nie wiem, czy się z tego wszystkiego podniosę – zwłaszcza bez solidnego wsparcia. To, którego mogę sama sobie udzielić, na pewno nie wystarczy.

Kładę się na plecach. Pozwalam, by woda zakryła mnie całą. Liczę do czterdziestu i wynurzając się, łapczywie próbuję złapać powietrze. Dawno nie ćwiczyłam oddechu. Powinnam do tego wrócić.

Słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości. Wycieram dłoń w leżący na pralce ręcznik i sięgam po telefon. To pewnie Ada.

Trzymasz się jakoś?

Odczytuję SMS, którego nadawcy nie znam.

Zanim zdążę się zastanowić, kto to może być, przychodzi kolejna wiadomość.

Zapomniałem, że nie masz mojego numeru. Kuba

Kuba. No tak. Ten chłopak, który po wypadku zadbał, bym nie uschła z pragnienia. Ciemnowłosy przystojniak z dużymi orzechowymi oczami, pachnący pomarańczą i drzewem sandałowym. Nie wiem, dlaczego podałam mu numer telefonu – to do mnie zupełnie niepodobne. Tłumaczy mnie chyba tylko to, że byłam w szoku. Odwodniona i przerażona.

To miłe z jego strony, że pyta, co u mnie. Na pewno to zapamiętam.

Zastanawiam się, co odpisać, i mam pustkę w głowie. W tym momencie jest mi całkiem dobrze – relaksująca kąpiel działa oczyszczająco i łagodzi skołatane nerwy. Tylko co będzie jutro? Za tydzień? Za dwa? Jak mam żyć z poczuciem winy, że pozwoliłam Jeremiaszowi odejść? I z lękiem, że trafię przez to za kratki? Jest to wysoce prawdopodobne, adwokatka nie próbuje karmić mnie złudną nadzieją. Przeze mnie nie żyje człowiek. I to nie byle kto. Nie powinnam liczyć na to, że mi się upiecze.

Czuję nadchodzący atak paniki. Odkładam telefon na pralkę i znów nurkuję. W myślach nucę słowa piosenki: And a lust for life, and a lust for life, keeps us alive, keep us alivekeep us alive. Wynurzam się i łapczywie łapię oddech. Udało mi się wytrzymać o kilka sekund dłużej niż wcześniej, ale to jeszcze nie to. Gdybym chociaż dotrwała do końca refrenu. No ale nie jestem w takiej formie jak kiedyś.

Spieprzyłaś, Inka.

Wycieram dłonie.

Jakoś. Nie za dobrze.

Wystukuję. Nakładam na włosy odżywkę i czekam, aż zacznie działać. Kręcone kosmyki są bardzo wymagające, nie wiem, jak to możliwe, że Ada zachowuje swoje w tak dobrej kondycji praktycznie bez żadnego wysiłku. I to po porodzie i karmieniu piersią.

Poczujesz się lepiej po lodowym deserze. Zapraszam. Jutro o 16?

Mimowolnie się uśmiecham.

Koniecznie z bitą śmietaną.

Klikam wyślij, zanim wrodzona ostrożność podpowie mi, że to beznadziejny pomysł umawiać się z nieznajomym facetem. Zwłaszcza w mojej sytuacji.

Odkładam telefon i spłukuję odżywkę. Moim włosom i tak nic już nie pomoże. Jeśli za chwilę trafię do więzienia, przesuszone kosmyki będą najmniejszym problemem.

Odkręcam zimną wodę i polewam nią ciało. Mimo że praktykuję to od trzech lat, nadal nie przyzwyczaiłam się do szoku, którego każdorazowo doświadcza mój organizm.

Wychodzę z łazienki i siadam do komputera. Muszę wreszcie popracować. Spotkania w gabinecie odwołałam, ale na maile powinnam odpisać. Nie mogę, z powodu słabszej formy, niszczyć pozycji zawodowej, o którą tak zażarcie walczyłam.

Loguję się na służbową pocztę. Od razu dostrzegam wiadomość z nieznanego mi adresu [email protected]. Otwieram ją, choć czuję, że będę tego żałować. Mail jest bardzo krótki.

Wcale nie chciałaś go uratować.

Przełykam ślinę, chociaż mam wrażenie, że jakaś ogromna gula stanęła mi w przełyku. Dławię się nią.

Co to ma być?

Zatrzaskuję laptop, aby jak najszybciej uwolnić oczy od absurdalnego komunikatu.

Próbuję się uspokoić, ale zupełnie mi to nie wychodzi. Serce za moment wyskoczy mi z piersi.

Chciałabym porozmawiać z kimś zaufanym, ale Ada nie odbiera, a nikt inny nie przychodzi mi do głowy.

To raczej ja, z racji swojego zawodu, pomagam ludziom. Nie oni mnie. Nie mam wielu przyjaciół. Nie lubię odsłaniać się przed światem, wolę sprawiać, że inni odsłaniają się przede mną. Tak już mam.

Po raz pierwszy od dawna czuję się bezsilna. I wiem, że muszę sobie z tym poradzić.

Wtedy

Idę na tę imprezę tylko dlatego, że Adzie na tym zależy. Zresztą nie mam pojęcia, dlaczego aż tak się uparła – ma przecież Kamila. Na pewno nie będzie się czuła samotna. W przeciwieństwie do mnie.

Spinam włosy w koński ogon. Pewnie po kilku godzinach będę mieć dość tej fryzury, ale chcę uniknąć sytuacji, gdy obie z Adą będziemy miały rozpuszczone włosy. Już kiedyś ktoś powiedział, że się do niej upodabniam. To oczywiście nieprawda, ale wolę dmuchać na zimne. Zwłaszcza że zarzut brzmiał właśnie tak: to ja upodabniam się do Ady, nie odwrotnie.

Stary Fiat Kamila podjeżdża pod moją stancję punktualnie o dziewiętnastej. Nie wiem, co ten chłopak zrobił mojej przyjaciółce, ale nagle okazuje się, że Ada potrafi szanować czas innych osób i być gotowa na umówioną godzinę. To dla mnie nowość.

Zajmuję miejsce z tyłu pośród zgrzewek piwa i paczek chipsów we wszystkich możliwych smakach. Tak jak przeczuwałam, Ada rozpuściła włosy. Opadają teraz na jej odkryte ramiona i zatrzymują się w zgięciu łokcia. Moja przyjaciółka odwraca się do mnie i już wiem – związek z Kamilem kwitnie. Ma to wypisane na twarzy.

Ciekawe, jak długo. I czy możliwe, że już zawsze?

Utwierdzam się w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję, nie dzieląc się wątpliwościami dotyczącymi mojego przyjaciela. Niepotrzebnie się obawiałam, że przeszłość da o sobie znać. Wygląda na to, że wszystko będzie dobrze. Może miłość naprawdę potrafi zmienić człowieka. A może to nie miłość, ale popełnione w przeszłości błędy, z których wyciągnie się wnioski?

– Balujemy do rana? – pyta Ada.

Upija łyk piwa i podaje mi butelkę. Wie, że odmówię, a mimo to nieustannie testuje moją silną wolę. Kto jak kto, ale ona wie doskonale, dlaczego już nie piję. Nie mam pojęcia, w jakim celu wciąż mnie prowokuje. Najważniejsze, że to robi. Cała Ada.

Abstynencja ma swoje plusy. Podczas gdy inni tracą kontakt z rzeczywistością, ja wciąż go mam. Dzięki temu widzę więcej niż oni. Więcej też słyszę i czuję.

– Wiecie, że Roch wpadnie? – Kamil nieświadomie wybawia mnie od odpowiedzi na pytanie, które chwilę wcześniej zadała moja przyjaciółka.

– No i git!

Ada przestaje zwracać na mnie uwagę. Odwraca się przodem do kierunku jazdy i kładzie dłoń na udzie Kamila. Podziwiam jej bezpośredniość w kontaktach damsko-męskich i nieprzejmowanie się niczym i nikim. Nawet przyjaciółką na tylnym siedzeniu.

Spoglądam za okno.

Opole spowite jest mrokiem. Światła ulicznych latarni pulsują miarowo, kiedy mkniemy przez opustoszałe ulice. Kolejny plus mieszkania w tym mieście. We Wrocławiu nawet po dziewiętnastej na pewno byłoby tłoczno.

Myślę o Rochu Brzezińskim, nieśmiałym chłopaku, którego poznałam dzięki Kamilowi. Jest jego zupełnym przeciwieństwem. Nie zmienia to faktu, że są najlepszymi kumplami od początku studiów. Łączy ich zamiłowanie do historii starożytnej i sytuacji politycznej w Europie, dzieli niemal wszystko. Na pewno temperament i stosunek do życia. Podczas gdy Kamil to lekkoduch i pajac, Roch jest wyważony i spokojny. Ma głowę na karku i to tłumaczy, dlaczego dotąd nie uczestniczył w naszych studenckich imprezach. Od kłopotów woli trzymać się z daleka. Przynajmniej tak było do tej pory.

Pochodzi z Opola i nadal mieszka z rodzicami. Większość czasu spędza na nauce albo boisku do koszykówki. To, że zdecydował się wziąć udział w dzisiejszym evencie, jest bardzo zastanawiające, zwłaszcza że gospodarzem imprezy jest nie byle kto – sam Jeremiasz Retecki. W sumie jedyne, co łączy ich obu, to ojcowie – obaj zamieszani w politykę. Może jeszcze wygląd. Zresztą wszyscy trzej, Kamil, Roch, i Jeremiasz, są do siebie podobni. Chociaż tylko o Jeremiaszu można powiedzieć, że zdaje sobie sprawę ze swojej atrakcyjności. Obnosi się z nią. I bez skrupułów ją wykorzystuje. Jego pewność siebie nie ma sobie równych.

Jako jedyny syn znanego na Opolszczyźnie polityka nie musi się niczym przejmować. Tatuś już nieraz ratował go z opresji. Jeremiasz może wszystko i doskonale o tym wie. Ma asa w rękawie – pozycję ojca. Bardzo mnie fascynuje. Jeszcze bardziej irytuje. A do tego wiem, że to tylko jego maska. Umiem czytać ludzkie dusze i wiem, kiedy ktoś udaje kogoś, kim nie jest.

Często zastanawiam się, jaki byłby, gdyby nie znany i wpływowy ojciec. Czy nadal udawałby takiego dupka? Jeszcze do tego nie doszłam, choć naprawdę dużo o tym myślę. Nawet po godzinach wychodzi ze mnie dusza przyszłej psycholożki skoncentrowanej na złożoności ludzkiej psychiki i wpływie środowiska na jednostkę.

Kamil powiedział mi kiedyś, że trzyma się blisko Jeremiasza, bo tylko wtedy inni się z nim liczą. Wydało mi się to wówczas co najmniej dziwne, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzi do mnie, że ma rację. Chcesz być kimś, trzymaj się blisko Reteckiego, w przeciwnym razie będziesz nikim. Przynajmniej w Opolu. A dla niektórych osób bycie kimś jest wyjątkowo istotne. Dla Kamila na pewno. Dla Ady chyba też.

Podjeżdżamy pod willę Jeremiasza. Witają nas głośna muzyka i obietnica dobrej zabawy. Ada wyskakuje z samochodu jako pierwsza. Wiem, że nie może się doczekać, kiedy ruszy na parkiet, mówiła o tym od kilku dni. Kamil gestem prosi mnie o podanie zgrzewki piwa. Do drugiej ręki wkładam mu chipsy. Na początek wystarczy.

Kiedy tylko przekraczamy próg ogromnego domu, już wiem, że nie będę się dobrze bawić. Nie lubię tłumów. Zwłaszcza takich tłumów. Nie umiem się wtedy wyluzować. Spięte przez kilka godzin ciało mocno to wszystko odchorowuje.

Do tego ten zapach. A raczej smród: alkohol, pot i słabej jakości żarcie.

Fatalna mieszanka.

W popłochu rozglądam się za Adą, chcąc złapać ją pod rękę i już nie puścić. Niestety, moja przyjaciółka zniknęła gdzieś w tłumie, podobnie jak Kamil. Zostałam sama.

Czuję się coraz mniej pewnie. Szukam znajomych twarzy. Przecież musi tu, do cholery, być ktoś, kogo znam – choćby z widzenia. Nie wiem, kim są ci wszyscy ludzie i skąd się tu wzięli, ale już mam ich dość. Ich i tego miejsca. I jeszcze tej muzyki, która doprowadza mnie do obłędu. Jest za głośna i zbyt psychodeliczna.

Do tego mam złe przeczucia. Bardzo złe.

Mam ochotę się napić. Stracić kontrolę nad sobą. Zrzucić maskę. Wiem, że wtedy byłoby mi dużo łatwiej tu wytrzymać. Nie zrobię tego jednak. Cokolwiek się stanie, muszę pozostać trzeźwa. To moja pokuta.

Teraz

Deser jest wyśmienity, a Kuba naprawdę sympatyczny. Siedzimy w Pożegnaniu z Afryką i mogłoby być naprawdę idealnie. Mogłoby, gdybym nie miała na sumieniu Jeremiasza, a w mojej skrzynce nie znajdowałby się dwuznaczny mail, który odebrał mi resztki spokoju ducha.

– Jesteś smutna. Nie smakują ci?

Jestem. A lody są pyszne.

– Przepraszam. Wiem, że chciałeś dobrze.

Podnoszę do ust filiżankę z zimną już kawą. Dopadają mnie wyrzuty sumienia. Kuba zabrał mnie tu, bo próbuje mnie pocieszyć, a ja cały czas błądzę gdzieś myślami, zamiast skoncentrować się na rozmowie. Tyle że to silniejsze ode mnie.

– Składałaś już zeznania?

Potakuję. Na samo wspomnienie mam ciarki na całym ciele. Wiem, że ten policjant mi nie wierzy. Jestem tego pewna. Widziałam to w sposobie, w jaki na mnie patrzył. Czułam w tonie głosu, gdy zadawał mi te wszystkie pytania. A najgorsze, że to nie koniec. To dopiero początek.

Kuba przysuwa się bliżej. Nasze ramiona się stykają. Dawno nie byłam tak blisko z żadnym mężczyzną.

– Podziwiam cię – mówi po chwili. – Jesteś bardzo dzielna.

Chcę coś powiedzieć, ale głos grzęźnie mi w gardle. Potrzebowałam to usłyszeć. Boli mnie tylko, że słyszę to od kompletnie obcej osoby. To nie Ada siedzi obok mnie, a sądzę, że powinna. Kiedyś byłyśmy nierozłączne i choć wiele się zmieniło, to wyjątkowa sytuacja. Potrzebuję jej. Przypominam sobie, jak bywało między nami dawniej, i moją twarz wykrzywia grymas.

Kuba się odsuwa. Mam wrażenie, że oczekiwał innej reakcji na swoje słowa.

Inka, kretynka z ciebie.

– Zaraz wrócę.

Odchodzi w stronę toalet. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyszedł teraz po angielsku. Zasługuję na to.

Podnoszę filiżankę do ust. Ostatni łyk kawy nieśmiało spływa mi do gardła. Jest wyjątkowo cierpki. Mimo to bardzo go doceniam.

Ciekawe, czy w więzieniu mają kawę?

Rozglądam się po przytulnym wnętrzu kawiarni. Teraz, kiedy Kuba poszedł do toalety, zaczynam czuć się tu nieswojo. Wyjątkowo odsłonięta. Tak jakby nie było nikogo, kto mógłby mnie ochronić przed czyhającym zagrożeniem.

Chciałabym już być w domu – wziąć ciepłą kąpiel i posłuchać Lany. Do tego mam wyrzuty sumienia. Ten chłopak chce mi pomóc, a ja zachowuję się jak idiotka. Zabiera mnie na deser, a ja myślę o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu i odgrodzić od świata. Bo mam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą. A ja nie chcę, by to robili.

Przy sąsiednim stoliku siedzą trzy dziewczyny, pewnie studentki. Co chwilę wybuchają beztroskim śmiechem – widać, że dobrze się razem bawią. Kiedyś byłam taka jak one. Szczęśliwa i naiwna. Planowałam przyszłość przekonana, że świat stoi przede mną otworem. A potem rzeczywistość pokazała mi środkowy palec i przywaliła obuchem w łeb. Nie umiem się pozbierać.

Kuba wraca. Widzę, jak trzy studentki wodzą za nim wzrokiem. Nic dziwnego – przystojny z niego facet. Może i mogłabym się w nim zakochać, gdyby nie…

– Chcesz coś jeszcze?

Studentki zerkają na mnie i zaczynają coś między sobą szeptać. Właśnie mnie zauważyły. Celują we mnie palcami. Wyłapuję z ich wypowiedzi pojedyncze słowa: „pociąg”, „syn prezydenta”, „morderczyni”.

Tylko nie to.

Kręci mi się w głowie, mimo to decyduję się wyjść z lokalu. Nie wytrzymam w nim ani sekundy dłużej. Wnętrze kurczy się i zaczyna mnie przygniatać. Brakuje mi tchu.

Chwytam torebkę i bez oglądania się za siebie wybiegam na zewnątrz.

– Inka, poczekaj! – Słyszę wołanie Kuby, który dobiega do mnie na światłach. – Myślałem, że już cię nie dogonię. Musiałem zapłacić.

Odwracam się i patrzę mu prosto w oczy.

– Nie mogłam tam zostać. Te dziewczyny… one rozmawiały o mnie. Rozpoznały mnie, nazwały morderczynią.

Emocje biorą nade mną górę. Wiem, że już ich nie powstrzymam. Zaczynam płakać.

Kuba podchodzi bliżej i po prostu mnie przytula. Potrzebowałam podobnego gestu, odkąd wjechałam na tory i zabiłam Jeremiasza.

Uspokajam oddech, ocieram łzy i delikatnie się od niego odsuwam. Na linii jego brwi zauważam maleńki pieprzyk w kształcie półksiężyca. Kiedy robię krok w tył, pieprzyk znika. Z tej odległości jest niezauważalny.

– Odprowadzę cię – proponuje Kuba i zarzuca swoją wiatrówkę na moje ramiona.

Faktycznie jest dość chłodno. Jak na zawołanie moje ciało pokrywa się gęsią skórką. W moim cienkim sweterku na pewno bym zmarzła.

Wracamy w milczeniu. Nie mam ochoty nic mówić. Scena w kawiarni skutecznie pozbawiła mnie resztek dobrego humoru i odarła ze złudzeń. Nie jestem już anonimowa. Kojarzę się ludziom z jednym. Morderczyni… I tak już pewnie będzie zawsze. A przecież słyszałam to słowo już wcześniej. Nie jest niczym nowym. Dlaczego więc tak bardzo mnie teraz boli?

Moją głowę zaprząta jeszcze inna, niesforna myśl.

Szarogęsi się w moim umyśle i zatruwa całe wnętrze. Ten pieprzyk… Kiedyś widziałam już podobny. Jestem tego pewna. Najgorsze jednak, że zupełnie nie umiem sobie przypomnieć gdzie ani w jakim kontekście. Mam pustkę w głowie.

I wiem, że nie powinnam zignorować cichego głosu, który mówi mi, że to nie może być przypadek. A mimo to go ignoruję.

Wtedy

Od dwóch godzin nie mogę znaleźć Ady. Na każdym kroku natykam się na ludzi, którzy już dawno stracili kontakt z rzeczywistością. Albo pod wpływem alkoholu, albo dragów, albo jednego i drugiego.

Chcę stąd uciec.

Dostrzegam Kamila. Stoi pod ścianą i pije piwo. Wygląda na to, że bawi się świetnie. Dużo lepiej niż ja. Oczywiście bez swojej dziewczyny. Podchodzę do niego wściekła.

– Gdzie jest Ada?! – próbuję przekrzyczeć muzykę.

Kamil mnie nie słyszy. Albo nie chce słyszeć. Nachylam się i krzyczę jeszcze głośniej.

– Gdzie jest Ada?!

Wzrusza ramionami. Nie mam złudzeń – w tym momencie mało go to interesuje. Piwo, które trzyma w dłoni, na pewno nie jest jego pierwszym. Mój przyjaciel ledwo trzyma się na nogach. Nie da rady odwieźć nas do domu. Ja będę musiała to zrobić, pod warunkiem że w jakiś sposób odbiorę mu kluczyki.

Dalej szukam Ady, choć wątpię, abym ją odnalazła. W tym domu jest masa osób, a ja nie widziałam jej, odkąd przyjechaliśmy. Może to oznaczać dwie rzeczy: bawi się tak świetnie, że o mnie zapomniała, albo od dawna jej tu nie ma. Tylko gdzie w takim razie jest?

Po cholerę tu przyszłyśmy?

Dostrzegam Rocha. On też wygląda, jakby kogoś szukał. Torując sobie łokciami drogę, przeciskam się przez tłum, by do niego dotrzeć. Z ulgą zauważam, że jest trzeźwy.

– Widziałeś gdzieś Adę?! – krzyczę, licząc na to, że nie będę musiała się powtarzać.

Kręci głową.

– Daj spo… tu jest chy… z trzysta osób. Nie wiem, jak Jerry oga… potem ten syf.

Nie jestem pewna, czy to właśnie mówi. Słowa są urywane, czytam trochę z ruchu jego warg.

Świetnie.

– Musz… go znaleźć. Ktoś rozwa… plazmę w poko… obok, będzie z tego dym.

W dupie to mam. Nie obchodzi mnie plazma, obchodzi mnie przyjaciółka.

Ada, gdzie jesteś, do cholery?

Strasznie tu śmierdzi. Piwem. Potem. Wciąż nie przyzwyczaiłam się do tego zapachu. Mdli mnie. Muszę natychmiast zaczerpnąć świeżego powietrza. Jeśli tego nie zrobię albo się uduszę, albo zwariuję.

Kiedy idę w stronę drzwi, dostrzegam w końcu Adę. Siedzi na podłodze przy wejściu do salonu oparta o ścianę. Ma zamknięte oczy, wygląda, jakby spała.

– Ada! – Kucam koło niej i łapię ją za bark. Potrząsam, by upewnić się, że wszystko jest w porządku.

Otwiera oczy. Są zamglone. Patrzy na mnie, ale mam wrażenie, że mnie nie widzi. Niczego nie widzi.

– Gdzie byłaś, do cholery?! – krzyczę, bo puszczają mi hamulce.

Emocje wylewają się ze mnie gwałtownie, za długo je w sobie skrywałam. Mimo to Ada nie zwraca na mnie uwagi. Albo nie słyszy, albo mnie ignoruje. Jest tylko ciałem.

Po plecach spływa mi zimny pot. Moja przyjaciółka lubi się dobrze bawić, ale wiem, że mimo wszystko jest rozsądna. Alkohol – jak najbardziej. Tyle że na pewno nie do urwania filmu. Dragi? Nigdy w życiu. Nie Ada.

Coś musiało się stać.

Uderzam ją otwartą dłonią po policzkach. Mam nadzieję, że wreszcie złapie kontakt z rzeczywistością. Na jej twarzy dostrzegam grymas, chyba sprawiłam jej ból – to dobry znak. Mimo to Ada milczy.

– Słyszysz mnie?

Dalej nic. Jej oczy są puste.

Próbuje coś powiedzieć, ale przez ten cholerny hałas nie jestem w stanie jej usłyszeć. Zaraz potem ukrywa twarz w ramionach. Zamyka się przede mną. Znów nią potrząsam.

– Zostaw mnie.

Tyle.

Siadam obok. Chwilowo niczego z niej nie wyciągnę. Muszę poczekać na lepszy moment. Tym razem jednak nie spuszczę jej już z oka.

Rozpuszczam włosy – tak jak się spodziewałam, skóra głowy ciągnie mnie od dłuższego czasu. I tak długo wytrzymałam. Teraz jest mi już wszystko jedno. Kto chce, niech twierdzi, że kopiuję Adę, że próbuję się do niej upodobnić. Chociaż wątpię, by ktokolwiek zwrócił na to uwagę.

Mam po dziurki w nosie tej imprezy. Chcę już być w swoim pokoju na Ozimskiej, który wynajmuję od miłej, starszej pani. Kobieta traktuje mnie jak wnuczkę i pewnie nie zmruży oka, dopóki nie wrócę.

Ada mruczy coś pod nosem. Przysuwam się do niej, ale nie umiem wychwycić, czy faktycznie coś mówi, czy może tylko mi się to wydaje – słyszę jeden wielki bełkot.

Roch też znalazł to, czego szukał. A raczej tego, kogo szukał. Mimo to nie wygląda na zadowolonego. Zaciska pięści, jakby chciał przywalić stojącemu naprzeciw Jeremiaszowi. Mimo wszystko tego nie robi. Nic dziwnego. Nie znam nikogo, kto odważyłby się podnieść rękę na Reteckiego. Jest nietykalny. Tak jak jego ojciec.

Robi mi się przeraźliwie zimno. Ten człowiek ma w sobie coś z węża – jest równocześnie intrygujący i niebezpieczny. Powinniśmy wszyscy trzymać się od niego z daleka, a z jakiegoś irracjonalnego powodu żadne z nas tego nie robi.

Nawet ja.

Teraz

Nie zapraszam Kuby do siebie, mimo że odprowadza mnie pod same drzwi. Nie jestem w nastroju do udawania, że dobrze się bawię. Muszę złapać dystans. Osaczają mnie natrętne myśli, że dla tych przypadkowych studentek jestem morderczynią. Jeśli dla nich – to pewnie i dla innych. Opole nie jest duże, założę się, że w każdej części tego miasta jest ktoś, kto źle o mnie myśli.

Moją sytuację komplikuje to, że w samochodzie zginął Jeremiasz – syn prezydenta. Adwokatka nie pozostawiła mi złudzeń – będzie trudno wyjść z tego bez szwanku. Prezydent Retecki stracił jedyne dziecko, a od zawsze wiadomo, że jest człowiekiem bezkompromisowym. Nie puści mi tego płazem. Zrobi wszystko, bym zgniła w więzieniu.

– Mimo to proszę być dobrej myśli. Prawda zawsze się obroni.

Prawda zawsze się obroni.

Chciałabym myśleć pozytywnie, ale nie potrafię. Wiem, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Niezależnie od wyroku mam na sumieniu czyjeś życie. Poczucie winy już zawsze będzie deptać mi po piętach. Nie powinnam była brać udziału w tej imprezie. Jak zawsze uległam namowom Ady, tymczasem teraz widzę, jak wielki był to błąd.

Mogłaś jej nie obiecywać.

Mogłam.

Żałuję, że dzisiejsze spotkanie z Kubą skończyło się w taki sposób. A przecież było tak miło. Niepotrzebnie dałam się ponieść emocjom. Nie zdziwię się, jeśli po mojej niespodziewanej ucieczce Kuba nie będzie chciał już ze mną rozmawiać. Zraziłam go do siebie. A może sam też zobaczył dzisiaj we mnie morderczynię? Coś, co zapowiadało się całkiem interesująco, rozsypało się właśnie w drobny mak.

Słyszę dźwięk telefonu. To Ada.

– Prosiłam…

– O, przypomniałaś sobie o moim istnieniu – przerywam jej.

Nie zamierzam udawać, że wszystko jest w porządku.

Moje życie wali się jak domek z kart, a najbliższa przyjaciółka przez kilkadziesiąt długich godzin nie pamiętała o tym, że przyjaźń do czegoś zobowiązuje. Mam prawo okazać jej swoją frustrację.

– Teo źle się czuł. Już kiedy wychodziłam w piątek z domu, był markotny i senny, ale nie sądziłam, że to coś poważniejszego. Piotr nie chciał mnie martwić i psuć mi zabawy, dlatego o niczym mi nie powiedział.

Bla, bla, bla.

– Dopiero, gdy wróciłam z imprezy, dowiedziałam się o wysokiej gorączce i drgawkach. Kolejne godziny były koszmarem. Nie miałam głowy do innych spraw. Bałam się, że trafimy do szpitala. Sama rozumiesz…

Ada urywa. Może właśnie zdała sobie sprawę z tego, że nie rozumiem. Nie jestem matką, nie wyszło mi w życiu. Kto by pomyślał, że z nas dwóch to ona szybciej się ustatkuje i założy rodzinę.

Milczę. Moja przyjaciółka bierze głęboki wdech i kontynuuje:

– Inka, ja nie chcę brać w tym wszystkim udziału. Nie zrozum mnie źle, ale ja mam swoje życie, swoje sprawy. Piotrek i Teo są dla mnie najważniejsi… – Urywa. – Jesteś tam? – dodaje już po przerwie.

– Mhm.

– Nie chcę wracać do czegoś, co było dawniej. Nieważne, co myślisz, dla mnie to przeszłość. Już o niej zapomniałam. Nie jestem tamtą dziewczyną, co wtedy. Miałaś rację, ta impreza to był błąd. Muszę się odciąć. Od wszystkiego, co się stało. Tak będzie lepiej. Powinnam była zrobić to już dawno.

Wiedziałam, że prędzej czy później usłyszę takie słowa. Nie jestem zaskoczona. Mimo to czuję ogromny żal.

– Nie musisz się tłumaczyć. Wszystko jasne.

Ada mi nie pomoże.

Przerywam rozmowę. Zaczęła mnie już nużyć. Teraz przynajmniej wiem, że każda przyjaźń prędzej czy później się kończy. Takie jest życie i nic na to nie poradzę.

Głowa zaraz mi eksploduje, coś rozrywa ją od środka. Powinnam wziąć tabletkę, aby stłumić zło w zarodku. W przeciwnym razie już sobie z nim nie poradzę.