46,99 zł
Wałbrzych, Jawor, Wrocław, Zamek Książ. Mistrzowski kryminał u stóp dolnośląskich gór. I tom serii wałbrzyskiej
W krainie fałszywego złota namiętność i chciwość prowadzą do zbrodni
Galgenberg, Wzgórze Szubieniczne w sercu Wałbrzycha. Blady świt splamiony krwią. Przypadkowy przechodzień odkrywa zmasakrowane ciała dwojga kochanków. Jakie jeszcze makabryczne tajemnice skrywa miasto białego i czarnego złota?
Młody psychiatra Herbert Anwaldt zaczyna pracę wśród syfilityków w szpitalu górniczym. U boku pięknej Friedy Bernhaus, lekarki zafascynowanej Freudem, doskonali sztukę medyczną i… miłosną.
Tymczasem z książęcej kopalni uciekają niebezpieczne więźniarki. Gang Wilczyc, zbiegłych zbrodniarek, szmugluje przez Góry Odrzańskie odurzający eter, usuwając każdego, kto stanie im na drodze. Na mieszkańców – i samego Anwaldta – pada blady strach…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 466
Data ważności licencji: 6/3/2031
Projekt okładki Michał Pawłowski
Redaktorka inicjująca Dorota Gruszka
Redaktorka prowadząca Aleksandra Pietrzyńska
Redakcja Zbigniew Kowerczyk Karolina Macios
Opieka redakcyjna i adiustacja Katarzyna Mach
Promotorka Emilia Rydel
Korekta Justyna Jagódka Marta Tyczyńska-Lewicka Ryszard Winerowicz
Copyright © by Marek Krajewski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-292-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Mojej Żonie Małgorzacie Krajewskiej, która odkryła przede mną powaby literackie Wałbrzycha
ROZDZIAŁ I
Wałbrzych, piątek 1 X 1926
Poranek
Nastał dzień krwi, mięsa i zgnilizny.
Takimi to słowy opisywał później ów świt i poranek profesor Zdenek Morawjetz, radca szkolny i emerytowany nauczyciel języków klasycznych w wałbrzyskim gimnazjum.
Październik zaczął się tak pięknie, że ludzie pogodnie nastawieni do życia – należał do nich stary filolog – sądzili, iż ten jesienny urok nie może zostać niczym zniszczony, niczym zatruty. Ci wszyscy naiwni optymiści i domorośli prorocy srogo się pomylili.
* * *
Morawjetz wspinał się na Galgenberg1 – jak zawsze o wczesnej godzinie dnia – i jak co dzień czytał starożytnych filozofów lub poetów. To był jego rytuał. Czysty i piękny dźwięk greckich i łacińskich rytmicznych zdań nie zdumiewał już ani sprzątaczek, ani majstra od drobnych napraw, którzy pracowali w schronisku Schillerbaude na stoku góry. Oni też stali się dla profesora elementem codziennego rytuału. Patrzył na nich dobrotliwie, gdy wskazywali go palcem i niezmiennie mówili do siebie:
– O, patrz, już stary idzie i coś pod nosem mamroce.
Gdy przechodził koło nich z książką w ręku i w staromodnym cylindrze na głowie – niewysoki, przygarbiony, z nastroszonymi brwiami i policzkami jak buldog – kłaniali mu się w pas i wołali:
– Dzień dobry, panie profesorze! Ładny dzień nam się zapowiada.
Morawjetz odpowiadał niezmiennie, bez względu na rzeczywistą pogodę:
– A ładny, zaiste ładny!
To był małpi żart pracowników schroniska. Wiedzieli, że profesor nie zważa zupełnie na pogodę – chyba że deszcz lub śnieg padały mu na stronice i uniemożliwiały lekturę. Po jego odpowiedzi wybuchały salwy śmiechu.
Spacerowicz stawał się częścią miejskiej legendy.
– Dystrakt – tak o nim mówili życzliwi.
– Sklerotyk – prychali pogardliwie złośliwcy.
Ale teraz jego machinalna odpowiedź, udzielona pracownikom schroniska – „a ładny, zaiste ładny” – okazała się zgodna z prawdą. Ten październikowy dzień był rzeczywiście urokliwy, lecz raczej w guście człowieka lubującego się w pięknie niezwykłym, niesztampowym. Doceniłby je prędzej malarz romantyczny niż pacykarz portretów na tle natury czy twórca myśliwskich landszaftów.
Chłodny październikowy poranek na Galgenbergu był naznaczony siwą jesienną melancholią. Góra o ponurej nazwie, która wyrastała w centrum i oddzielała przytulne kamieniczki Starego Miasta od rozumnie zaprojektowanego i modernistycznego Nowego Miasta, wynurzała się z szarej mgły, oblepiającej zbocza jak wilgotna wata. Na czerwonych i pomarańczowych liściach buków błyskały krople po nocnym deszczu, tu i ówdzie snuły się w powietrzu nitki babiego lata. Do wschodu słońca brakowało jeszcze godziny, ale mętne światło przedświtu już wydobywało spośród mgieł zarysy drzew i krzewów, których gałęzie kierowały się ku niebu jak ostre pazury.
Morawjetz wspinał się na wałbrzyskie wzgórze od strony swojego gimnazjum i – z powodu słabego światła – prawie wsadzał nos w książkę opatrzoną na grzbiecie złoconym napisem De rerum natura2. Recytował w myślach chropawe nieco i znane mu prawie na pamięć heksametry, które wyszły spod rylca poety Lukrecjusza. Choć droga pięła się stromo pod górę i panował półmrok, to stary filolog znał tu każdy kamień i każdy korzeń. Nie obawiał się, że o coś się potknie.
Gdy już podchodził do schroniska – nie odrywając się od lektury w czasie marszu – zirytowało go silniejsze niż zwykle krakanie kruków i pokrzykiwanie wron.
W rytmiczne heksametry wdarły się te głupie, jakby zardzewiałe dźwięki, wydawane przez gardła wiecznie głodnych ptaszysk. Przypominały skrzypienie drzwi wyrywające profesora ze świata Lukrecjusza, twórcy wstrząsających poetyckich obrazów i osobistego nieprzyjaciela bogów.
– Zaskrzeczała pospolitość – szepnął do siebie ze złością Morawjetz.
Nagle przebiegła mu przez głowę myśl, która wywołała silny niepokój. Zatrzymał się gwałtownie, zdjął z nosa binokle i rozejrzał w poszukiwaniu pracowników schroniska – tych, którzy go tutaj zawsze pozdrawiali i dworowali sobie z niego.
Dziś przy Schillerbaude nie było nikogo.
Spojrzał na zegarek.
„No tak – pomyślał. – Jest szósta, to jeszcze ich nie ma. Jakoś dużo wcześniej dzisiaj wyszedłem”.
I nagle jego myśl znów wróciła do kraczących ptaków. Przypomniał sobie, jak inny pisarz łaciński, Makrobiusz, mówi o krukach, że „chciwie pragną każdej padliny”.
Tutaj, na Galgenbergu, chrapliwie wrzeszczały te właśnie ptaki. Głośniej niż zwykle.
Poczuł dreszcz i spojrzał w górę. Już wiedział, dlaczego tak intensywnie nawołują się ci padlinożercy. Bo czekała ich wielka uczta.
Pod schroniskiem leżały na trawie nagie, zakrwawione ciała. Dwa z nich były nieruchome, trzecie zaś poruszało ręką.
Profesor szybko wspiął się na stok. Chciał schować książkę do kieszeni surduta, ale tam nie trafił.
Znad ciał unosił się przenikliwy smród. Leżący mężczyzna miał odciętą głowę i galaretę krwi sięgającą od podbrzusza do ud. Najwyraźniej ktoś go wykastrował. Jedna z kobiet była już naznaczona sinymi plamami rozkładu.
A tamta druga się ruszała.
Morawjetz podbiegł do niej.
Kilka metrów niżej leżał wśród liści poemat Lukrecjusza o rzeczywistości.
* * *
Jawor, pół roku wcześniej,
Poniedziałek Wielkanocny 5 IV 1926
Przed wschodem słońca
Strażnik Benno Lippoltz pożądał tej osiemnastoletniej więźniarki od dawna – od momentu, gdy przekroczyła próg celi w więzieniu kobiecym w Jaworze. Leonie Gries dostała się na jego erotyczny celownik, bo wydawała się łatwą zdobyczą: nieco naiwna, powolna, wiecznie senna, jakby opóźniona w rozwoju. Olśniły go jej pełna figura i młodość – kompletne mlecznobiałe uzębienie i gładka skóra bez śladu egzem i chorób wenerycznych. Ona jedna witała go uśmiechem, zamiast – jak wszystkie inne – wydymać usta z odrazą i szydzić z jego otyłości oraz wystających górnych zębów.
Strażnik zacierał już ręce. Nazywał ją w myślach „krówką” i sądził, że odda mu się za jakiś drobny prezent. Dwie tabliczki czekolady wystarczą. Młody, lecz gruby i trzęsący się jak galareta Lippoltz do tej pory nie przymusił żadnej więźniarki do wiadomych czynności, ale pochopnie uwierzył starszym kolegom, którzy fałszywie go zapewniali, że jest to dziecinnie proste.
Wbrew pierwszemu wrażeniu strażnika więźniarka Gries nie była ani głupia, ani naiwna. Za to przebiegła i okrutna. Gdy Lippoltz przeczytał jej akta, jego pożądanie natychmiast wyparowało i postanowił trzymać się od niej z daleka. W dokumentach opisano modus operandi młodej przestępczyni. Jej specjalnością było udawanie na wrocławskim Dworcu Głównym nieszczęśliwej dziewczyny, okradzionej w pociągu przez szajkę złodziei. Niejeden mężczyzna, polujący tam na takie ofiary losu, litował się nad płaczącą nieszczęśnicą i ofiarowywał jej zapomogę i nocleg już to w hotelu, już to we własnym mieszkaniu. To był najważniejszy moment decyzyjny dla panny Gries – rozpoznanie, czy „wybawiciel” nadaje się do oskubania, czy też może okazać się człowiekiem niebezpiecznym i agresywnym.
Młoda Leonie objawiała w tych sytuacjach niezawodny instynkt, który przez całe cztery lata ani razu jej nie zawiódł. Gdy oszacowała pozytywnie zamożność i bezbronność „jelenia”, dawała się zaprosić do hotelu – ale wyłącznie do jakiegoś taniego i w okolicach dworca. A tam, gdy amator jej wdzięków już był odpowiednio rozpalony, otwierała mały kartonik, wypełniony drobno tłuczonym szkłem, i zaprószała szklanym pyłem oczy mężczyzny. Gdy niedoszły amant oślepiony miotał się i wył, panna Szkiełko – bo taki pseudonim do niej przylgnął w przestępczym świecie – uciekała w te pędy, a do akcji przystępowali jej dwaj wspólnicy, opłaciwszy pierwej hotelarza. Uciszali mężczyznę, waląc go prętem po głowie, i zostawiali w samych kalesonach i skarpetkach. Niestety, w końcu dokonała złej oceny. Pewien pan, wydający się miłym grubaskiem, okazał się zwinnym człowiekiem, który po prostu uchylił się przed niebezpieczną dla oczu chmurą. W dodatku ten były żołnierz posiadał rewolwer, który odebrał odwagę jej wspólnikom. Najpierw brutalnie pobił Leonie, a potem zaciągnął ją za włosy na dworcowy posterunek policji i zeznał wszystko w najdrobniejszych szczegółach. I tak panna Gries straciła wolność.
Lippoltz, dowiedziawszy się o tym wszystkim, wyobraził sobie, jak on sam traci wzrok, gdy „krówka” dmucha mu w oczy szklanym obłokiem. Postanowił je zatem – wciąż na szczęście zdrowe – skierować na inną potencjalną ofiarę.
Gertrude Riegel, pseudo „Skarpeta”, była wdową w średnim wieku, niewiastą nader powabną. Na wolności prowadziła intratny przestępczy interes. Posiadała dorożkę po zmarłym mężu i zatrudniała różnych kryminalistów jako fiakrów. Wyspecjalizowała się w napadach na pijanych, lecz zamożnych wrocławskich mieszczan, chcących skorzystać nad ranem z usług transportowych. Gdy taki się już wpakował do dryndy, pani Riegel dosiadała się do niego i zanim klient zdążył się dowiedzieć, dlaczego go spotkał zaszczyt podróżowania z wartą grzechu niewiastą, dostawał przez głowę skarpetą wypełnioną metalowymi kulkami.
Atakująca słynęła z bardzo wyważonego uderzenia. Choć jej skarpeta mogła nieszczęśnika zabić, Gertrude zawsze udawało się jedynie go ogłuszyć. Działalność swoją prowadziła z sukcesem – najpierw we Wrocławiu, a potem w mniejszych miastach dolnośląskich. Policji wydał ją rozgoryczony i dyszący zemstą współpracownik – jeden z owych fiakrów – którego zaloty odrzuciła.
Strażnik Lippoltz, wiedząc, że zarówno kulki łożyskowe, jak i butelki, których szkło można zmiażdżyć i rozdrobnić, łatwo mogą dostać się w ręce więźniarek – choćby przyniesione do cel przez jego skorumpowanych kolegów – porzucił myśl o wykorzystaniu wdzięków kolejnej osadzonej, która wpadła mu w oko: leciwej, ale za to bardzo zgrabnej Astrid Burbach. Butelka była jej ulubionym narzędziem do zadawania bólu i od niego otrzymała pseudo.
W zaułkach Opola i Gliwic kobieta ta z upodobaniem wykonywała katowskie powinności. Będąc szefową szajki hazardzistów – graczy w trzy karty i pokerzystów – łamała palce konkurencyjnym kanciarzom, gdy ci nie chcieli dla niej pracować. Jej ludzie przytrzymywali delikwenta, ona wciskała do szyjki jego kolejne palce, gwałtownym ruchem wykręcała butelkę szyjką ku górze, aż rozlegał się trzask. Na jej nieszczęście jednym z ukaranych był agent policyjny, który uruchomił sprawną akcję, i wkrótce hazardziści opolscy, niepracujący dla Burbach, odetchnęli z ulgą, a ona sama poznała zimne i wilgotne cele jaworskiego zakładu penitencjarnego dla kobiet.
Lippoltz po odrzuceniu i tej kandydatury na więzienną kochankę, wciąż nie mógł się pogodzić z porażką. Pewnego dnia skierował żądzę ku Marianne Martins.
– Albo ta, albo żadna! – postanowił i przystąpił najpierw do działań kusicielskich, a później do brutalnej presji.
Owa młoda, rudowłosa i wesoła dziewczyna, obdarzona przez naturę bardzo ładnym głosem, nie bała się go jednak i miała w nosie jego naciski. Ochronę nad nią sprawowała bowiem Hermine Dietz – nieformalna przywódczyni jaworskich więźniarek. Z ową potężną, wytatuowaną morderczynią zadzierać nie chciał nawet pan Robert von Rosen, dyrektor więzienia, skądinąd sam niezły okrutnik i sadysta. Wystarczyłoby bowiem jedno słowo, aby słuchające jej ślepo współwięźniarki wpadły w szał. Ich przepełnione cele o ścianach zalanych zaciekami i o malutkich, zakratowanych okienkach zamieniłyby się wtedy w prawdziwe fortece. Każdy strażnik, który próbowałby się tam dostać, ryzykowałby, że po otwarciu drzwi zostanie oblany cuchnącą kloaczną zawartością wiader, a na głowę spadną mu ciosy zadane wyrwanymi nogami stołowymi.
Były dwa tylko sposoby na stłumienie buntu. Jednym z nich – długotrwałym i grożącym wybuchem cholery – było przeczekanie i wzięcie głodem kobiet obleganych w celach. Inny środek to pacyfikacja cel z pomocą ręcznych miotaczy gazu. Nie było takowych w Jaworze, dyrektor von Rosen musiał zatem ten bojowy sprzęt wypożyczyć z arsenału prezydium policji we Wrocławiu. Uczynił to raz czy dwa i na długo zapamiętał lekceważące komentarze tamtejszych policjantów.
– Pan dyrektor nie daje sobie rady z babami? – zaśmiewały się do rozpuku wrocławskie byki3. – Niech pan wpuści kilku naszych jurnych chłopaków! Już oni uspokoją te kobitki! Mają swoje sposoby! Więźniarki będą leżały na pryczach z podniesionymi nogami i błagały o więcej!
By uniknąć takich głupich i złośliwych komentarzy, von Rosen już więcej ani nie pożyczał miotaczy od nikogo, ani nie składał oficjalnych zamówień, bo jakiś pośrednik na drodze służbowej mógłby z niego kpić jak tamci wrocławscy policjanci.
Wolał zawrzeć z Hermine Dietz cichy rozejm. W zamian za spokój w swym przybytku przymykał oko na jej nieformalne rządy za zamkniętymi drzwiami cel. Ona sama wymierzała sprawiedliwość i dbała o drobne przyjemności dla siebie i dla swoich faworyt.
Ta morderczyni, która miała na sumieniu pewnego akwizytora torebek, okazała się dla Lippoltza największą przeszkodą w zniewoleniu Marianne Martins, ponieważ młoda więźniarka była jej ulubienicą. Aby uniknąć wrogości i zemsty Hermine Dietz, które rozlałyby się ogniem buntu po całym więzieniu, strażnik musiał Marianne zaszantażować tak perfidnie, żeby z jednej strony nie mogła odrzucić jego żądań, a z drugiej nie pisnęła swej protektorce ani słowa o całym zajściu.
Po przeszukaniu archiwum więziennego i po licznych telefonach do pewnego zaprzyjaźnionego policjanta z Legnicy, w którym to mieście Marianne Martins długo działała jako oszustka i naciągaczka, Lippoltz zdobył kluczowe informacje o jej siedmioletniej córce, która przebywała w legnickim sierocińcu.
– Jeśli mi się nie oddasz, to wypożyczę sobie z sierocińca twoją siedmioletnią córeczkę Charlotte – szepnął jej tydzień przed Wielkanocą, w czasie spaceru po nieregularnym, pięciobocznym więziennym dziedzińcu. – Wiem, gdzie jest. Legnica, Bitschenstrasse. Pod byle jakim pretekstem wypożyczę. Że potrzebuję jej do śledztwa na przykład. Mam dojścia i układy. I wtedy ją… no… wiesz, co z nią zrobię. Albo ty, albo ona.
Marianne stłumiła przerażenie pod przymilnym uśmiechem.
– W Wielkanoc będę gotowa – syknęła. – Teraz mam comiesięczną przypadłość. Niech pan będzie cierpliwy, tłuścioszku. Nie pożałujesz. Z samego rana. To będzie dla ciebie jak rezurekcja. I przynieś pan jakieś perfumy, żeby ładnie pachniało.
– W nocy z niedzieli na poniedziałek – skorygował termin. – Wtedy mam dyżur. Bądź czysta i ciasna!
Gdy już miał pewność, że chwila rozkoszy jest bliska, uważnie zlustrował miejsce, gdzie miał jej zażyć – ubikację dla służby więziennej, znajdującą się tuż koło wejścia na wieżę dawnego zamku piastowskiego w Jaworze, w którym od czterech prawie dekad upychano śląskie i nie tylko zabójczynie, prostytutki i złodziejki. Gdy stał już w ubikacji, uderzył go widok wiaderka przykrytego deklem, spod którego wystawała rączka żelaznej łopatki. Było tam chlorowane wapno – biały proszek, którym posypywano obficie brzegi dziury klozetowej wydrążonej w kamiennej podłodze. Ani groźna substancja, ani łopatka nie wzbudziły w tępym strażniku czujności. Zgodnie z zapowiedzią przyszedł do celi Marianne w Poniedziałek Wielkanocny. Nie zauważył znaczącego spojrzenia, jakie rzuciły koleżance Hermine Dietz oraz specjalistka od szklanego proszku Leonie Gries.
Gdy weszli z dziewczyną do ubikacji, rozpiął spodnie i spuścił je do kostek. Wręczył Marianne perfumy, które podwędził swojej siostrze Emmie. Dziewczyna zamiast siebie obficie skropiła nimi jego podbrzusze. Trochę go to zdziwiło, ale nie wtrącał się do jej poczynań.
– Zamknij oczy – powiedziała. – A zaraz ci będzie jak w niebie.
Zrobił to. Ale nic się nie działo. Żadnego nieba. Zaniepokoił go metaliczny dźwięk. Uniósł powieki i wtedy ujrzał chmurę białego pyłu wysypującą się z łopatki. Poczuł żrący obłok na członku, włosach łonowych i na podbrzuszu.
Marianne jeszcze raz zgarnęła łopatką wapno i znów sypnęła nim potężnie. Wyskoczyła z ubikacji i zaczęła krzyczeć. Jej głos odbijał się echem w ciemnych zamkowych korytarzach.
– Gwałci mnie, gwałci! Zwabił mnie do kibla! Knur Lippoltz.
Więźniarki, słysząc to wołanie z ciemności, zaczęły walić w drzwi menażkami. Już od dłuższej chwili stały i czekały na krzyk Marianne.
Hermine Dietz siedziała na pryczy i uśmiechała się do siebie. Leonie Gries uznała, że jej nauka, jak atakować niebezpiecznym pyłem, nie poszła w las.
Proszek wapna chlorowanego w zetknięciu z wilgocią wytrącił z siebie wodorotlenek wapnia. Mętna zawiesina, jaka powstała, zwana wapiennym mlekiem, przeżarła się przez naturalną warstwę tłuszczu pokrywającą skórę i ognistymi językami wtargnęła we wszystkie zagłębienia. Jak wrząca lawa zalała ujścia gruczołów potowych i łojowych. Osiadała przy tym palącym osadem na włosach łonowych strażnika i na jego przyrodzeniu.
Benno Lippoltz wył. Takiego bólu jeszcze nigdy nie doznał.
* * *
Wrocław, wtorek 6 IV 1926
Przedpołudnie
– Spodziewałem się po panu większej finezji, panie urzędniku policyjny Rau! Dla pokazania swojej władzy zająć komuś miejsce w jego własnym fotelu i w jego własnym gabinecie? Tak demonstrować swoją moc? Swoją wyższą pozycję? To banalne, doprawdy! Znam takie psychologiczne sztuczki. Sam je często stosowałem. Może pan nauczył się ich ode mnie?
Komisarz policji kryminalnej Eberhard Mock uśmiechał się drwiąco. Stał w drzwiach własnego gabinetu, na drugim piętrze prezydium policji4 przy Schuhbrücke, i patrzył rozbawionym wzrokiem na mężczyznę siedzącego za biurkiem.
Wiedział, że tą gryzącą ironią nie zburzy spokoju nieproszonego gościa, który w swej arogancji i w poczuciu bezkarności ośmielił się naruszyć przestrzeń jednego z najbardziej znanych policjantów. Wiedział, że na twarzy Adolfa Raua, wzbudzającego w prezydium powszechną niechęć, nie drgnie nawet mięsień – i tak było rzeczywiście – gdy obdarzy go tytułem Polizeiamtmann5. Z drugiej strony był przekonany, że to określenie – choć nie wywoła wyraźnej reakcji – wtargnie jednak w serce Raua jak zatrute żądło. Ranga ta – odpowiadająca randze komisarza policji – należała do oficjalnej nomenklatury, lecz była przez Raua bardzo nielubiana, o czym wiedzieli wszyscy. Określenie „urzędnik” odgraniczało go od policyjnej braci, noszącej tytuły wachmistrza, asystenta, komisarza i radcy. A przecież on, Rau, czuł się i był policjantem, członkiem zmilitaryzowanej grupy mężczyzn, pilnującej porządku w państwie pruskim.
Tę przynależność podkreślał zachowaniem i ubiorem. Strzelał obcasami i wydawał rozkazy, ubrany zawsze w dwurzędowy mundur policyjny ozdobiony pod kołnierzem żelaznym krzyżem.
Funkcjonariusze służący w prezydium policji we Wrocławiu zajmowali wobec Raua stanowisko trojakie, wyrażające się w odpowiedniej tytulaturze. Większość zwracała się do niego po prostu neutralnym „pan”. Pochlebcy i lizusi, którzy mieli coś na sumieniu i nie chcieli, by ten pełnomocnik do spraw dyscyplinarnych zaczął węszyć wokół ich ciemnych sprawek, tytułowali go ulubionym przez niego Polizeikommissar6 – ścisłym odpowiednikiem Polizeiamtmann.
Tym ostatnim określeniem natomiast obdarzała go nieliczna grupa tych, którzy – jak właśnie teraz Mock – chcieli mu dokuczyć. I Eberhard chyba faktycznie mu dopiekł, bo Rau, choć ani drgnął, to wciąż milczał, trawiąc zapewne słowa gospodarza gabinetu.
Tymczasem ten powiesił na wieszaku paltot i melonik, po czym stanął przed lustrem wiszącym nad małą umywalką. Z teczki wyjął płaski flakonik i wklepał pachnącą wodę kolońską w gładko ogolone policzki. Miał mocno zarysowaną, kwadratową prawie żuchwę, która zwiastowała pewną brutalność. Była ona jednak łagodzona regularnymi rysami – dużymi zielonobrązowymi oczami i prostym, kształtnym nosem – oraz niezwykle starannie dobranym strojem.
W aromacie korzennej wody kolońskiej, która trąciła nutami mięty i rozmarynu, wziął w dłoń krzesło i wszedł z nim za biurko. Usiadł na nim tuż obok Raua, tak blisko, że stykali się prawie udami. Ten odsunął się, jak dźgnięty ostrogą.
Był to jedyny – oprócz dotychczasowego milczenia – zwiastun negatywnych emocji, jakie Mock w nim wzbudzał. Po chwili na twarz Raua wypełzł znany wszystkim zimny, szyderczy uśmieszek. Po chwili jego wysoki, nieprzyjemny głos przeciął pachnące powietrze gabinetu.
– Usiadł pan bardzo blisko mnie, komisarzu Mock. Zbyt blisko. Wtargnął pan z tym krzesłem w moją przestrzeń osobistą. Zburzył pan ją swoimi tanimi perfumami… Odorem dzisiejszej nikotyny i wczorajszej gorzały.
W wypowiedzi Raua zabrzmiało kilka zaczepek. Być może byłyby one trafnymi ciosami, skuteczną kontrą za owo Polizeiamtmann, gdyby nie okazały się niecelnym bluffem. Woda kolońska, którą Mock się skropił, została kupiona w malutkim, lecz drogim perfumeryjnym sklepie Schrödera przy Gräbschener Strasse, a wczorajszy dzień i wieczór to jeden z nielicznych Poniedziałków Wielkanocnych, które Eberhardowi upłynęły w pełnej trzeźwości, chyba że ktoś uznałby za sprzeczne z tym pojęciem jego wczorajsze dzikie ekscesy erotyczne. Owszem, wypalił dzisiaj po śniadaniu dwa papierosy ulubionej marki Bergmann Privat, ale ich zapachu na pewno nie można uznać za odór, skoro – wychodząc od swej kochanki – wymienił z nią na pożegnanie długi namiętny pocałunek.
Wiedział jednak, że dalsze utarczki słowne z Rauem mają znaczenie jedynie symboliczne, bo ich zadaniem jest podkreślenie, kto jest górą w tej przepychance. Postanowił zagrać na zwłokę, zwłaszcza że był w trudnej pozycji – właściwie nie wiedział, jaką tajną broń jego gość ukrywa za pazuchą opinającego go munduru. Nie mógł sobie odmówić jednak ostatniej już złośliwości, choć wiedział, że balansuje na linie.
– Ma pan rację. – Wstał, wyszedł zza biurka i pociągnął nosem. – Nie warto włazić w cudzą aurę. Zwłaszcza jeśli właściciel tej aury jadł na śniadanie czosnek.
Podszedł do okna. Kciuki włożył w kieszonki kamizelki, eksponując brzuch. Kiwał się na obcasach, które kazał nieco podwyższyć w znanym magazynie obuwniczym Wernera Krojankera przy Friedrich-Wilhelm-Strasse. Zapatrzył się na cegły dawnego Konwiktu Świętego Józefa. Rau nie znalazł się nawet w kącie jego widzenia.
– Tak patrzę sobie na pana pokój, panie komisarzu – rzekł nieoczekiwanie tamten. – I nie widzę żadnych pamiątek. Żadnych kartek pocztowych od jakiejś pańskiej ukochanej, o których sporo się mówi na mieście… Żadnych zdjęć, żadnych obrazów.
Jego usta się otwierały, wypowiadały słowa i zdania, ale te ruchy warg były ukryte pod gęstymi wąsami. Małe czarne oczy rzucały krótkie spojrzenia. Najwyraźniej zadowolony, iż to on odgonił Mocka od jego własnego biurka, splótł dłonie na nieznacznie wystającym brzuchu. Swoim długim nosem, przypominającym dziób bociana, wskazywał różne przedmioty na biurku.
– To wszystko takie bez właściwości. Te segregatory na półce, ta temperówka przymocowana do blatu, ta blaszana popielniczka, ładnie wypucowana… W tym pokoju nie ma nawet kwiatów. Pamiętam, że kiedyś stała tu doniczka, chyba z geranium, ale roślinka zwiędła, prawda, komisarzu Mock? – Postukał o blat równo przyciętymi, czystymi paznokciami. – Nikt nie dba o kwiaty w tym męskim świecie… – zauważył w zamyśleniu. – Czy to w policji, czy to w więzieniu… Tak, komisarzu Mock. W więzieniu też nie ma kwiatów na parapecie.
Eberhard drgnął.
„Rau wytacza ciężką broń – przeszło mu przez głowę. – Znam ja dobrze tę żmiję. Tę tchórzliwą kreaturę. Jeśli pozwala sobie ona na tak mocną groźbę, to musi mieć asa w rękawie”.
Zrobiło mu się zimno, choć początek kwietnia był wyjątkowo ciepły, a w mieście już dawno kwitły forsycje. Starając się pohamować lekkie drżenie dłoni, wciąż stał bokiem do Raua i patrzył na ceglany mur za oknem.
Zwykle lubił ten widok. Wszystkie cegły znajdowały się na swoim miejscu i nawet jeśli któraś wystawała i była nierówna, to i tak całość tworzyła harmonijne wrażenie. Ale teraz dawny klasztorny mur kojarzył mu się z brakiem wolności, z zamknięciem i z opresją – czyli z tym wszystkim, do czego mógł doprowadzić urzędnik policyjny Adolf Rau.
Eberhard, udając lekkie zniecierpliwienie, spojrzał na swój złoty, naręczny szwajcarski zegarek marki takiej jak jego imię.
– Wie pan, mam sporo obowiązków – bąknął jakby od niechcenia.
Rau wstał.
– Naruszył pan dzisiaj granicę mojej aury – rzekł ściszonym głosem. – Ale proszę, niech pan nie przekracza innych granic, komisarzu. Chyba dla pana lepiej, żebyśmy się widywali wyłącznie na korytarzach prezydium i kłaniali się sobie z szacunkiem, lecz z daleka. Rozumiemy się, Mock?
Komisarz nie odpowiedział, ale doskonale zrozumiał groźbę, jaką było nagłe opuszczenie przez Raua policyjnej rangi Mocka.
Nie przewidział, że Polizeiamtmann dołoży jeszcze jedną przestrogę.
Rau miał coś za pazuchą w sensie literalnym. Wyjął stamtąd gazetę i rozłożył ją na biurku. Mock ze zdumieniem ujrzał tytuł „Volksblatt für das Waldenburger Industriegebiet”7.
– Tu jest ogłoszenie. – Rau przełożył gazetę na blacie, postukał w palcem w jej ostatnią stronę i zaczął bardzo szybko czytać: – „Konsorcjum Consolidierte Fürstensteiner Gruben w Wałbrzychu poszukuje strażników kopalnianych. Mile widziane doświadczenie w wojsku, w więziennictwie lub w policji”. – Spojrzał na Mocka, wyprostowany jak struna. – Jeśli pan przekroczy pewną granicę, to być może nie trafi pan do więzienia, ale pański powrót do rodzinnego miasta stanie się bardzo, bardzo realny. W kopalni pod ziemią jest ciemno. I ta ciemność pana wzywa. Niech pan nie dopuści, aby pana zadławiła. Niech pan nie idzie drogą ciemności, Mock.
Eberhard nawet nie usłyszał, kiedy Rau wyszedł z jego gabinetu.
* * *
Wałbrzych, środa 7 IV 1926
Wczesne popołudnie
Herbert Anwaldt krzyknął z radości. Spowodowała ją wiadomość, jaką uzyskał, przerzuciwszy na wrocławskim Dworcu Świebodzickim oprawione w ramki tablice rozkładu jazdy. Otóż pociągi z Wrocławia do Wałbrzycha kursowały aż sześć razy dziennie. Z powodu mnogości połączeń niezamożny człowiek – taki jak on – nie musiał wydawać na nocleg w śląskiej metropolii ostatnich pieniędzy. Mógł obie posiadane srebrne monety jednomarkowe wydać tylko na posiłek i na podróż do celu, a był nim właśnie Wałbrzych – górnicze miasto u stóp Sudetów na pograniczu prusko-czechosłowackim.
I tak też uczynił. Jedną markę wysupłał na bilet klasy trzeciej, drugą zaś na pożywny obiad w restauracji wagonowej Mitropa, składający się z pysznych klusek z dziurką, jakie już jadał na Śląsku, z pieczeni wieprzowej w zawiesistym sosie własnym oraz z kapusty zasmażanej, przetykanej chrupiącymi skwarkami i krążkami przysmażonej cebuli.
Po wypiciu kielicha piwa, który był w cenie obiadu, wrócił na drewnianą ławę najtańszego przedziału. Zapalił papierosa i zapatrzył się w skąpany w zimnym słońcu rolniczy krajobraz za oknem, pełen brunatnych płacht ziemi, wśród których gdzieniegdzie wynurzała się nieśmiała jeszcze, wczesnowiosenna zieleń traw. Monotonia widoku, wzmacniana miarowym stukotem kół, sprawiła, że oczy same zaczęły mu się zamykać. Zgasił papierosa w połowie, niedopałek schował do blaszanego pudełeczka po miętówkach Vivil, położył na kolanach ciężką od książek kartonową walizkę, oparł na niej przedramiona, a jedną dłoń wsunął pod jej uchwyt. Na nim dopiero ułożył utrudzone czoło.
Ta dziwna pozycja drzemki była motywowana swoistą zapobiegliwością, świadomością ryzyka – że oto ktoś nieoczekiwanie wyrwie mu bagaż i wyskoczy z nim na jakiejś stacyjce zagubionej wśród pól i lasów.
Sądząc po zakazanych fizjonomiach jego współpasażerów, miał świadomość, że potencjalnych złodziei w wagonie nie brakowało. W samej walizce niczego wartościowego żaden z nich by nie znalazł – bo czyż ktoś mógłby się ucieszyć z dziesięciu książek medycznych i psychiatrycznych, z osiemnastu grubych zeszytów, pełnych studenckich notatek, oraz z zapasowej koszuli i mocno zużytego i pocerowanego kompletu bielizny? Za to dla posiadacza bagażu, młodego adepta medycyny, naukowa zawartość walizki była bezcenna.
Zasnął od razu i śniła mu się cała podróż, którą miał za sobą: długa, męcząca, czteroprzesiadkowa i dwudniowa. W głowie huczały mu charakterystyczne kolejowe odgłosy – syk pary, stukot kół, okrzyki konduktorów oraz wzmacniane głośnikami zapowiedzi na kolejnych stacjach: najpierw w Tybindze, a potem w Norymberdze, w Dreźnie, w Zgorzelcu i we Wrocławiu.
Nagle w jego sennej imaginacji pojawił się wyraźny, choć płynący jakby z oddali i zniekształcony przez megafon głos profesora Oesterreicha. Tybingeński uczony natarczywie się dopytywał, dlaczego Anwaldt, w którym takie pokładał nadzieje i widział swojego następcę, dlaczego ten niewdzięcznik nie chce składać egzaminu doktorskiego z zakresu psychiatrii, tylko zadowala się zwykłym absolutorium studiów medycznych bez uzyskania dyplomu.
I w tej półsennej wizji udzielał uczonemu takiej samej odpowiedzi, jaka zabrzmiała dwa tygodnie wcześniej w czasie ich pożegnalnej rozmowy w mieszkaniu Oesterreicha przy Nauklerstrasse.
– Muszę zarabiać na życie, panie profesorze! Doktorat u pana zrobię później.
– A nie może pan zarabiać na życie gdzieś bliżej? – nie ustępował psychiatra. – Musi pan jechać na kraj świata, siedemset kilometrów stąd? Dlaczego akurat na Śląsk, gdzie przeżył pan w zeszłym roku tyle przykrości8? Przecież moje wpływy w końcu przyniosą dobry skutek i znajdzie pan posadę w jakimś szpitalu w Badenii! Ja zdaję sobie sprawę, że to trwa długo, wiem, że panu od dawna już obiecywałem skuteczność mojej protekcji, ale wie pan, panie Anwaldt… Uff… – westchnął. – Moja książka o opętaniu nie samych przyjaciół mi przysporzyła, o nie! Wielu psychiatrów uważa mnie za historyka bajarza, za filozofa gadułę! Wielu nie dostrzega w mojej teorii o opętaniu żadnej wartości naukowej. Medycy kpią z mego dzieła, że niby nieścisłe i nieprzyrodnicze. Pan jest wyjątkiem, bo pan moją teorię zastosował w praktyce psychiatrycznej9. – Zaciągnął się wtedy papierosem. – Ale nie samych wrogów mam na uniwersyteckich katedrach i w klinikach dla nerwowo chorych. Któryś z moich cichych przyjaciół w odpowiednim momencie pana zaproteguje, zapewniam! Trochę więcej cierpliwości, Anwaldt!
Herbert ocknął się z tego realistycznego snu, wsłuchiwał przez chwilę w gwizd parowozu, ocierał oczy i spoglądał na swój tani chromowany zegarek naręczny marki Kienzle. Spał godzinę, do dworca Waldenburg Altwasser pozostawał mu jeszcze kwadrans.
Powrócił myślami do snu i do trudnej rozmowy, przeprowadzonej w bibliotece profesora w dymie tak gęstym, że nie widział dobrze swojego mistrza.
– Co ja mu wtedy właściwie odpowiedziałem? – szepnął do siebie i machinalnie spojrzał w okno.
Teren za nim stał się pagórkowaty, wagony sunęły powoli wśród zalesionych zboczy. W oddali majaczyły cienie gór.
– Jak ja dokładnie ująłem moją odmowę? – kontynuował to soliloquium10, omiatając niewidzącym wzrokiem współpasażerów.
– Co? – Siedzący naprzeciw chudy mężczyzna w rozpiętej flanelowej koszuli spojrzał na niego złym okiem. – Co tam bąkasz pod nosem?
Anwaldt nie widział go wcześniej, musiał wsiąść w Świebodzicach, gdy on sam był zatopiony w sennych majakach, w których odtwarzała mu się rozmowa z profesorem.
– Nic – odparł spokojnie. – Miałem sen.
Jego sąsiad mruknął coś mało życzliwego, błyskając przy tym srebrnym zębem. Brzegi jego dolnych powiek były czarne – jakby podmalowane tuszem. Anwaldtowi wydało się to absurdalne, że niechlujny chłop, wyglądający na bandytę, ma na twarzy makijaż. Ale zaraz to sobie wyjaśnił w duchu, gdy zauważył, że wokół ronda jego czapki ciągnie się łańcuszek z małą kłódką, a z płóciennej torby wystaje lampa karbidówka. Piwniczna woń wilgoci, jaka dochodziła z poszarpanego ubrania, tłumaczyła wiele. Mężczyzna okazał się górnikiem, który być może jechał na popołudniową szychtę, a to, co Anwaldt wziął za tusz, to po prostu węglowy pył.
– Po co jedziesz pan do Waldenburga? – zapytał górnik bez ogródek, a potem, jakby łagodząc obcesowość pytania, dodał: – Bo ja na grubie robię, ale szukam nowej roboty. Nawet mam coś na oku.
– Przepraszam – odparł Anwaldt, zarejestrowawszy z zaciekawieniem nazwę miasta w dialekcie. – Muszę się jeszcze zdrzemnąć, proszę wybaczyć.
Zamknął oczy, a współtowarzysz podróży stracił nim zainteresowanie. Mimo to Anwaldt uważnie go obserwował spod wpółprzymkniętych powiek.
Czuł narastające napięcie, które miało z tą wagonową sytuacją związek pośredni. W głowie dźwięczało mu wciąż pytanie obdartusa. Było ono powtórzeniem pytania profesora Oesterreicha o przyczynę wyjazdu i porzucenia przepięknego uniwersyteckiego miasteczka nad Neckarem pełnego ludzi nauki, uroczych winiarni i szachulcowych domów z pelargoniami w oknach.
– Nie mogę uzyskać dyplomu, panie profesorze – odpowiedział na to pytanie dwa tygodnie wcześniej – mimo całej pańskiej życzliwości. Powód jest prosty. Przecież pan profesor wie, że posady we wszystkich szpitalach dla nerwowo chorych w Badenii i w Wirtembergii są zajęte, a wielu psychiatrów z doktoratami tylko czeka, aż któryś z tamtejszych lekarzy nie pożegna się z tym światem albo dokądś wyjedzie, by zająć jego miejsce. Musiałbym stać w bardzo długiej kolejce. Jak utrzymam rodzinę, którą już mi czas zakładać, bo jestem już w dwudziestym czwartym roku życia? Z czego będę żył w tym czasie oczekiwania i niepewności? Z korepetycji z łaciny i greki, jakich udzielałem przez całe studia w Tybindze? Co to, to nie! Mam dość wlewania do tych tępych łbów wiedzy o aorystach i koniunktywach. – Sapnął. – Mam za sobą wszystkie egzamina, a dla lekarzy bez dyplomu posad jest wiele, zwłaszcza na naszych obszarach wschodnich. Jedna z nich wydała mi się najbardziej kusząca. Szpital górniczy w Wałbrzychu ma duży oddział dla syfilityków. Wśród nich jest wielu chorych na paralysis progressiva. A czyż paraliż postępujący nie jest chorobą mózgu niszczonego przez kilaki? Czyż do zadań psychiatry nie należy ulżenie tym pacjentom w cierpieniu? I tutaj, panie profesorze, łączy się dermatologia z psychiatrią. Jeśli nie mogę być psychiatrą sensu stricto leczącym trans opętaniowo-dysocjacyjny wedle pańskiej teorii, to mogę nim być sensu lato11! Zwłaszcza że w Wałbrzychu dostanę służbowe mieszkanie i całkiem godziwą pensję! Praca w górnictwie jest wciąż intratna mimo pogłosek o kryzysie.
Profesor kręcił wtedy głową z niedowierzeniem, a może nawet z niechęcią. Jego najlepszy student nie zmienił już decyzji i szybko się pożegnał.
Wybór był nieodwołalny z innego jeszcze powodu. Swojemu mentorowi Anwaldt nie powiedział wszystkiego, a zwłaszcza tego, że wyczerpało się już stypendium, które w połączeniu z dochodami z korepetycji pozwalało na skromny, lecz wystarczający wikt i opierunek w Tybindze. Jakiś tajemniczy dobrodziej – Anwaldt domyślał się, że to może być jego nieznany ojciec – wspierał go finansowo w berlińskim sierocińcu. Pewien fundusz powierniczy opłacał sztubakowi Anwaldtowi dziewięcioletnią naukę w słynnym berlińskim Gimnazjum na Wyspie Fryderycjańskiej, a potem pięć lat studiów na wybranym przez abiturienta dalekim uniwersytecie w Republice Badenii. I właśnie ten piąty rok skończył się niedawno – kilka tygodni temu.
– Waldenburg Altwasser – pokrzykiwał konduktor w miejscowym dialekcie, przechodząc z wagonu do wagonu.
Na tym właśnie przystanku górnik wysiadł, narzuciwszy na grzbiet kapotę, która wydzielała charakterystyczną woń piwnicznej wilgoci.
Rzucił Anwaldtowi chmurne spojrzenie. Nie wypowiedział pod jego adresem nawet słowa pożegnania. Najwyraźniej był dotknięty, że ten – sądząc po wymowie – wykształcony człowiek okazuje mu lekceważenie, nie paląc się do pogawędki. Obrażalski dołączył do jakiejś większej grupy mężczyzn, którzy – trzymając w rękach płócienne torby albo duże blaszane puszki – zmierzali w stronę dworcowej hali.
Anwaldt również wysiadł i znalazł się na peronie, nad którym widniał wielki szyld „Waldenburg Altwasser”. Ruszył pomiędzy wysmukłymi kolumienkami podtrzymującymi zadaszenie i wszedł do niedużej hali dworcowej, rozłożonej – jak natychmiast zauważył – na planie regularnego ośmioboku.
Wszystko mu się tutaj podobało, było tu na pierwszy rzut oka uroczo i przytulnie, co w odniesieniu do hal dworcowych, zawsze pełnych hałasu i zamieszania, wydawało mu się wyjątkowe.
Jego dobry humor sprawił, że właśnie tak odbierał to miejsce. Obcasy kobiecych pantofli i podkute męskie buty wybijały na granitowej posadzce dysonanse, które w uszach Anwaldta zamieniały się w zgodne akordy.
Słońce przecinało szyby wysokich okien, oświetlało dwie kasy biletowe, kiosk z gazetami i papierosami. Reklamy miejscowych gazet, sklepów i hoteli, widniejące na ścianach, obiecywały przybyszowi pomyślność w załatwianiu przeróżnych spraw codziennych, a kopuła ozdobiona wijącymi się ornamentami była przyjemna dla oka. Wszystko tu pachniało nowością i świeżością.
„Dobrze mnie wita to moje przyszłe miasto” – pomyślał, schodząc z budynku dworca po dość stromych stopniach.
Wyjął z kieszeni starannie sporządzony plan wskazujący, jak dostać się do szpitala. Wyrysowany przez sekretarkę dyrektora zakładu, przyszedł przed tygodniem pocztą na tybingeński adres Anwaldta wraz z oficjalnym pismem, potwierdzającym zatrudnienie go jako praktykanta medycznego w szpitalu górniczym przy Barbara-Strasse.
Cel jego podróży znajdował się stosunkowo niedaleko, lecz puste kieszenie praktykanta medycznego nie pozwalały mu na skorzystanie z jednej z dorożek stojących pod okazałym, zaokrąglonym, ceglastoczerwonym budynkiem, który Anwaldt w pierwszej chwili wziął za pocztę lub szkołę12. Kiedy się do niego zbliżył, ujrzał napis: „Drukarnia ceramiczna E. Wunderlich & Comp. A.G.”.
„Drukarnia ceramiczna… – zamyślił się na chwilę. – Co to znaczy? Aaa, zapewne tu drukują wzory na porcelanę – odpowiedział sobie zaraz. – Wszak czytałem w informatorze o pruskich miastach, że Wałbrzych to »miasto gór, węgla i porcelany«. Ono już mnie zaskakuje. Dworzec jest przytulny, a zakłady przemysłowe kryją się za pięknymi ceglanymi fasadami”.
Wiał ostry wiatr. Przybysz zapiął płaszcz pod szyją, na głowę mocniej nacisnął kapelusz i ruszył w kierunku zaznaczonym na planie.
Minął piękny pałac13, za którym wznosiła się jakaś wyniosła neogotycka wieża14, i ruszył na południe. Tutaj już nie było tak spektakularnie. Okazałe gmachy ustąpiły miejsca jedno- i dwupiętrowym długim i skromnym domom, zamieszkiwanym zapewne przez robotników. Minąwszy je, zaraz ujrzał po swej lewej ręce nowoczesne budynki szpitala stojące wśród niewielu drzew, których gałęzie dopiero zaczynały się pokrywać małymi listkami, przypominającymi z daleka zielony puch.
Na teren szpitalny wszedł – zgodnie z planem – przez bramę od strony Wald-Strasse, mijając okazałą willę, zamieszkaną zapewne przez dyrektora albo zajętą przez administrację. Następnie minął kaplicę i prosektorium, po czym znalazł się pod portykiem nad wejściem głównym, wspartym na czterech prostych kolumnach bez żadnych dodatkowych ornamentów. Był na miejscu.
W kantorku przy drzwiach wejściowych siedział portier w uniformie i w narzuconym nań sfatygowanym fartuchu, co świadczyło o tym, że mężczyzna sprawuje również funkcję woźnego. Wykazywał on uderzające podobieństwo do Bismarcka – takie same dwupiętrowe podpuchnięcia pod oczami, takie same sumiaste wąsy i równie gęste loki wokół wielkiej, łysej głowy. Ów szpitalny funkcjonariusz nosił długi, dwurzędowy surdut, obsypany na ramionach pyłem łupieżu, co mogłoby świadczyć, że całkiem się chciał upodobnić do Żelaznego Kanclerza, który nie słynął z przesadnego zamiłowania do higieny.
– Pani doktor Frieda Bernhaus czeka już na pana praktykanta – powiedział woźny, obdarzając przybysza należnym mu tytułem. – Proszę do niej iść na oddział. To w następnym budynku, w głębi parku. A ja się zajmę pańskim bagażem. Będzie czekał w pokoju numer cztery na poddaszu. Tu są schody, obok mojej portierni.
Anwaldt, zdumiony, że jego zwierzchniczką zostanie kobieta, i niemile zaskoczony informacją o pokoju na poddaszu, co mu się kojarzyło z niewygodą studenckiej mansardy, udał się alejkami w głąb szpitalnego parku, do budynku, nad którego drzwiami szyld głosił „Oddział Chorób Płciowych i Zakaźnych”.
Jak woźny był uderzająco podobny do Bismarcka z całym jego niechlujstwem, tak doktor Frieda Bernhaus była podobna do aktorki Lillian Gish – z całym jej magnetyzmem, jak eufemistycznie nazywano seksapil.
Wysoka, szczupła kobieta o gęstych kasztanowych włosach uczesanych w kok wyciągnęła do niego dłoń pozbawioną jakiejkolwiek biżuterii
„Co to za miasto! – pomyślał Anwaldt. – Wszystko wymyka się stereotypom. Dworce są miłe, fabryki piękne, a lekarki przypominają powabne gwiazdy kina, a nie babochłopy, z jakimi dotąd się stykałem”.
Pani doktor zachowała się zupełnie niestereotypowo, także jeśli chodzi o maniery. Gdy Anwaldt chciał ją pocałować w rękę, wyszarpnęła dłoń i rzuciła krótko:
– Uścisk wystarczy. Niech pan siada.
Zrobił, co mu nakazała. Sama stała za swoim biurkiem i patrzyła na niego przez dłuższą chwilę bez słowa. Czuł, że jej wzrok go pali i wychwytuje wszelkie garderobiane niedoskonałości: skarpetki, które – pozbawione podwiązek – fałdowały mu się nad cholewkami butów; zbyt miękki kołnierzyk taniej koszuli, który wyginał mu się na wszystkie strony; trzewiki pełne załamań skóry, których nie zdołał zapastować mimo obsesyjnego pucowania butów co drugi dzień.
Ta lustracja wywołała na jej twarzy lekki uśmiech. Nie potrafił rozpoznać uczuć, które się za nim kryły – czy była to przyjazna ironia, czy już lekkie szyderstwo?
Patrzył na nią bez mrugnięcia powiek – wcale nie dlatego, iżby staczał tu jakiś pojedynek na siłę wzroku. On po prostu był zdumiony – i to nie tyle kruchą kobiecością jej ciała, ile raczej tymi wszystkimi małymi oznakami nieprzeciętnej inteligencji: dużymi oczami, w których błyskały ogniki wesołości, gdy taksowała zakłopotanego młodzieńca od stóp do głów; delikatną, ledwo widoczną siatką zmarszczek wokół oczu i na przegubach dłoni, co zdradzało, że jest kobietą grubo po trzydziestce, a zatem ma na koncie wiele medycznych lektur i wiele niełatwych doświadczeń; dwiema małymi bruzdkami nad kącikami wąskich ust, które pokazywały, że potrafi zacisnąć mocno wargi, gdy jest nieubłagana i zdecydowana.
Te wszystkie linie czasu wydały się Anwaldtowi nader powabne, ale w kontekście nie tyle erotycznym, ile raczej edukacyjnym. Krótko mówiąc, czuł, że w tym przedziwnym mieście trafia jako praktykant medyczny pod przedziwne skrzydła.
Doktor Bernhaus usiadła, a Anwaldt odetchnął w duchu. Jej ponadprzeciętny wzrost, prawie równy wzrostowi przybysza, już go nie deprymował. Jej szczupła, skierowana ku niemu dłoń, w której tkwiła teraz otwarta papierośnica, była – tak to sobie zinterpretował – swoistym znakiem pokojowego nastawienia.
Zapaliła sobie i podała mu benzynową zapalniczkę z wysokim płomieniem.
– Nasza praca… – powiedziała głębokim altem, wydmuchując dym – …a nawet rzekłabym „nasza służba” na oddziale chorób płciowych jest trudna, mój panie. Mamy stu dwudziestu pięciu pacjentów w różnych stadiach kiły. To ci aktualni. W naszym mieście żyje też wielu pacjentów potencjalnych. To głównie górnicy, którzy zaludniają hotele robotnicze, a w soboty idą do szynków na tańce i wieczory piwne, gdzie spotykają urocze roznosicielki dwoinek Neissera oraz krętków bladych. I potem ci Abelardowie wraz ze swoimi Heloizami trafiają do nas. Większość leczymy salwarsanem, czasami rtęcią czy bizmutem. Poddajemy ich kąpielom parowym albo zanurzamy w stopniowo podgrzewanej wodzie. Zastanawiam się nad wprowadzeniem malarioterapii. – Westchnęła. – Mizerne skutki, mało wyleczeń, wiele frustracji.
Spojrzała na Anwaldta, jakby oczekiwała jakichś pytań. W swojej granatowej sukience, którą było widać pod rozpiętym fartuchem, zwieńczonej koronkowym kołnierzykiem, wyglądała jak nauczycielka, która jest ciekawa, czy ma do czynienia z uczniem pojętnym, czy też z tępakiem.
– Powiedziała pani doktor: „Większość leczymy”. A co pani doktor robi… co my robimy – poprawił się – z mniejszością? I o jaką mniejszość tu chodzi?
Pokiwała głową z aprobatą, jakby takiego właśnie pytania oczekiwała. Na bystrego ucznia natrafiła.
– Na stu dwudziestu pięciu pacjentów, stu trzech to owa typowa syfilityczna większość – odpowiedziała. – Natomiast dwudziestu dwóch to przypadki beznadziejne. Ośmiu to chorzy na wściekliznę, pogryzieni przez psy, a także lisy i borsuki, których nie brakuje tu, w naszych lesistych górach. Czternastu zaś ma kiłowe rozmiękczenie mózgu, co nazywamy, jak pan wie… – Zawiesiła głos.
– Paralysis progressiva – skwapliwie uzupełnił młody przybysz.
Lekarka pokiwała głową z aprobatą. Jej usta były wąskie, ale tylko pozornie, bo tak je podmalowała, by tworzyły modne wrażenie „buzi w ciup”. Spojrzał na jej dłoń. Na prawej też nie nosiła biżuterii. Żadnej obrączki.
– Będzie pan mógł na nich poćwiczyć swoje psychiatryczne nowinki…
Urwała, bo Anwaldt nie mógł powstrzymać gestu przykrego zdumienia, jakie wzbudziło w nim lekceważące określenie „nowinki”. Otworzył usta, aby przeciwko niemu zaprotestować.
Doktor Bernhaus mu na to nie pozwoliła.
– Jestem wenerologiem, ale i psychiatrą, jak pan – powiedziała szybko. – Absolwentką Uniwersytetu w Królewcu, gdzie studiowałam razem z moją imienniczką Friedą Reichmann. Byłyśmy obie, jedyne studentki na tamtejszym wydziale medycznym, pod wielkim wpływem psychoanalizy. Marzyłyśmy o tym, aby psychoterapią ulżyć schizofrenikom i paranoikom w ich cierpieniu. Jak pan się może domyślić, szybko spotkałyśmy się z niechęcią freudystów, którzy za swoim guru powtarzali, że w wypadku chorób psychicznych psychoterapia jest nieskuteczna. Wobec wrogości tych środowisk Frieda, mając własne środki, założyła prywatne sanatorium w Heidelbergu, a ja… No cóż… Szukałam posady. I trafiłam tutaj. Nasz dyrektor, drogi doktor Krocker, nie obawiał się zatrudnić kobiety. – Uśmiechnęła się smutno. – Moje marzenia tutaj się urealniły. Zeszły z piedestału. Zamieszkałam tutaj. Ale niech pan nie zrozumie mnie źle. Nie jestem zgorzkniałą lekarką, która chce pozbawić entuzjazmu młodego adepta artis medicinae. Nie żałuję, że trafiłam do tych syfilityków, a cały mój wywód o studiach królewieckich jest tylko po to, aby panu pokazać, że słowo „nowinki” nie jest mi straszne.
Założyła ręce za głowę i oparła się wygodnie na obrotowym fotelu za biurkiem. Miała drobne piersi, co również było wyraźnym podobieństwem do Lillian Gish.
– Niech mi pan teraz opowie o swojej drodze życiowej.
Anwaldt zawahał się. Sięgnął do kieszeni po blaszane pudełeczko po pastylkach miętowych Vivil, aby wyjąć z niego niedopałek, który zachował z pociągu. Zrobiło mu się wstyd.
„Zobaczy, że palę kiepa” – przeszło mu przez głowę.
Zamknął je z trzaskiem. Doktor Bernhaus zacisnęła usta, wyrażając tą mimiką zniecierpliwienie, a może dezaprobatę.
– Będzie pan moim praktykantem, Anwaldt – rzuciła nieco rozdrażnionym tonem. – I musimy się dobrze poznać. Powiedziałam panu coś o sobie. Czyż nie nadszedł czas na rewanż?
Nie zdążył nic odpowiedzieć, bo rozległo się głośne pukanie do drzwi jej gabinetu. Stanęła w nich młoda, tęga kobieta w długiej czarnej sukni z wysokim kołnierzem. Suknię częściowo okrywał biały fartuch, którego troczki zawiązane były za karkiem i nad pośladkami. Na głowie nosiła czepek takiegoż koloru.
– Pani doktor, znów dzwoni pan dyrektor von Rosen!
* * *
Diakonisa15 spojrzała na Anwaldta. Doktor Bernhaus uczyniła to samo. Herbert wstał.
– Poczekam na korytarzu albo pójdę… – Zawahał się. – Do swojej kwatery. Rozpakować się…
– To nie będzie długa rozmowa, niech pan zaczeka na korytarzu – powiedziała lekarka i zerknęła szybko na diakonisę. – Połącz mnie z nim, Mario.
Maria szybko wyszła i pośpieszyła do dyżurki ulokowanej tuż obok gabinetu doktor Bernhaus. Anwaldt usiadł na krześle na korytarzu. Nie zwracał uwagi na snujących się wokół niego chorych i już bez żadnego skrępowania odpalił niedopałek.
Przez długi czas zza drzwi gabinetu nie dochodził żaden dźwięk. Nagle dał się słyszeć podniesiony głos doktor Bernhaus.
– Chce pan, dyrektorze von Rosen, kontynuować naszą przykrą poranną rozmowę? Chce pan mi wciąż przypominać, że się pomyliłam jako konsultantka psychologiczna? Tylko dlatego, że więźniarka Martins się zemściła na jakimś pańskim bydlaku, który ją zmuszał do bezeceństw? Przecież kobieta doprowadzona do ostateczności… Niech mi pan nie przerywa, dyrektorze! Niech mi pan nie przerywa! Ona jest kobietą, nieprawdaż? I proszę mnie nie straszyć, że zrezygnuje pan z moich ekspertyz! Nie znajdzie pan lekarki, która byłaby w tak dobrych relacjach z pańskimi więźniarkami. Niech pan spróbuje im dać lekarza mężczyznę, a zaraz zaczną go uwodzić!
Zapadło długie milczenie. Po kilku minutach Anwaldt znów usłyszał głęboki alt.
– Dobrze. Jestem wdzięczna za zmianę tonu, panie dyrektorze von Rosen. Rozumiem… To bardzo przykra i niewygodna dla pana sprawa… Nie można ujawniać, bo strażnik ma rodzinę. Tak, rozumiem. Dobrze. Mogę przyjechać i zbadać tego strażnika. Po starej znajomości potwierdzę, że miał kiłę i usiłował ją wypalić proszkiem wapna chlorowanego. Raz zresztą miałam taki przypadek. Dobrze, dobrze. Napiszę panu stosowne zaświadczenie i zapominamy o naszej porannej scysji. Tyle że muszę go obejrzeć, bo te chemiczne poparzenia mogą być groźne, a moja etyka lekarska nie pozwala mi na wystawianie zaświadczeń bez bezpośredniego… Tak, tak, proszę go tu przywieźć. Do widzenia, panie dyrektorze von Rosen.
Anwaldt usłyszał, jak doktor Bernhaus odkłada słuchawkę. Po chwili stanęła w drzwiach. Była zarumieniona, co odejmowało jej kilka lat. Z jej starannie jeszcze przed chwilą uformowanego koka wymykało się teraz kilka niesfornych pasm gęstych włosów. Anwaldt pomyślał, że zmierzwiła je sobie w czasie tej rozmowy. Wydało mu się to zabawne i na swój sposób pociągające. Ale minę miała bardzo poważną.
– Słyszał pan wszystko, prawda? – zapytała. – Myśli pan, że specjalnie mówiłam tak głośno?
– Nie wiem – odparł zaskoczony.
– Nie panuję nad moim głosem – powiedziała cicho. – Gdy mówię przez telefon, to krzyczę. Widzi pan mój gabinet…
Wskazała na pokój – na puste biurko, na którego blacie leżała szyba, a pod nią tylko jedna kartka z jakimiś notatkami. Na wielki plakat przedstawiający ludzki mózg. Na stolik z telefonem. Na szafę z książkami, których grzbietów nie było widać, bo zasłaniały je falbaniaste zasłonki. Na sterylną czystość pomieszczenia.
– Nad wszystkim sprawuję kontrolę, panie Anwaldt – powiedziała twardo. – Tylko nie nad swoim głosem. – Uśmiechnęła się lekko. – Dowiedział się pan o mnie czegoś. A ja wciąż nie wiem o panu nic, oprócz tego, co ujawnił pan w oficjalnym życiorysie. Niech mi pan odpowie jak najkrócej, w kilku słowach, na pytanie: dlaczego pan tu właściwie przyjechał?
– Dla pieniędzy i dla mieszkania – odrzekł Anwaldt. – To tak najkrócej…
Doktor Bernhaus nie zareagowała dobrze na tę szczerość. Wydała z siebie dziwny odgłos – mlaśnięcie, jakby nagle rozbolał ją ząb.
– A trochę więcej? W kilku zdaniach?
– Jestem lekarzem bez dyplomu, pani doktor – rzekł, uważnie dobierając słowa. – Chcę zarabiać na życie, mierząc się z chorobą i ze śmiercią. Chcę walczyć z chaosem i ciemnością, tak jak mierzyłem się niedawno z chorobą młodej dziewczyny, uznanej za opętaną16. Z takich szpitali, z takich miasteczek, z odludnych dolin i gór dochodzi do mnie wołanie. Wołanie z ciemności. Usłyszałem ten głos. No i jestem.
Doktor Frieda Bernhaus długo milczała i wpatrywała się w młodego człowieka wzrokiem uważnym i jasnym.
– Pojawia się tylko pytanie, kto tak naprawdę pana zawołał – rzekła. – Czy ktoś udręczony przez mrok, czy to raczej sama ciemność tutaj pana wzywa?
1 Słowniczek nazw własnych zamieszczono na s. 469.
2 O naturze wszechrzeczy lub O rzeczywistości – tytuł poematu filozoficznego Lukrecjusza.
3 Bulle – potoczna nazwa policjanta (niem.).
4 Budynek Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego.
5 Urzędnik policyjny (niem.).
6 Komisarz policji (niem.).
7 Dziennik Ludowy dla Wałbrzyskiego Okręgu Przemysłowego (niem.).
8 Zob. M. Krajewski, Głos z piekła.
9 Zob. tamże.
10Rozmowa z samym sobą (łac.).
11W szerokim sensie (łac.).
12 Późniejsze Wałbrzyskie Zakłady Graficzne Kalkomania.
13 Pałac Tielscha, właściciela fabryki porcelany C. Tielsch & Co. Altwasser; późniejszej Fabryki Porcelany Wałbrzych SA.
14 Wieża ciśnień szamotowni fabryki porcelany C. Tielsch & Co. Altwasser.
15 Diakonisa – w Kościele protestanckim kobieta pełniąca rozmaite posługi, na przykład pielęgniarskie czy opiekuńcze.
16 Zob. M. Krajewski, Głos z piekła.
ROZDZIAŁ II
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ III
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ IV
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ V
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ VI
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ VII
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ VIII
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ IX
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ X
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ XI
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ XII
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ XIII
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
