Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
59 osób interesuje się tą książką
Ola jest młodą dziennikarką, która bardzo szybko przekonuje się, że w jej branży chodzi wyłącznie o medialny szum, a nie zawodową rzetelność. Z kolei Kuba całą energię poświęca walce o utrzymanie swojej podupadającej szkoły kung-fu. Ona na każdym kroku rozczarowuje się światem; on próbuje ocalić chłopięce marzenia. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy, lecz kolejne spotkania zbliżają tę dwójkę do siebie.
Wkrótce odkrywają dramatyczną historię sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Z pozoru odległa przeszłość coraz wyraźniej splata się ze współczesnością, a rodzinne tajemnice, dawne wybory i niewyjaśnione wydarzenia rzucają nowe światło na życie Oli i Kuby.
„Zanim się zakochamy” to pełna humoru oraz niespodziewanych zwrotów akcji opowieść o miłości, sekretach i pamięci. Zbigniew Zborowski serwuje czytelnikom emocjonalny rollercoaster, od którego nie sposób się oderwać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 403
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Zanim się zakochamy
Copyright © Zbigniew Zborowski, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Monika Drobnik-Słocińska
Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Korekta: Paweł Cieślarek
ISBN 978-91-8153-351-4
Gyldendal Astra/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
I
Zgrabiałymi palcami Maciek próbuje upchnąć naboje do pięciu komór swojego Trantera. To jego duma. Od października, kiedy wygrał ten rewolwer w karty od pewnego austriackiego oficera, codziennie rozkłada go na części, przeciera szmatką, oliwi. Setki razy sprawdzał, czy oba spusty działają bez zarzutu, czy w komorach nie ma najmniejszego nawet zabrudzenia, czy w gwintowanej lufie nie zagnieździł się nagar. Dziś jednak palce Maćka są sztywne jak druty, a do tego trzęsą się niczym liście na wietrze. Szlag! Nie mógł wcześniej naładować broni, bo pociski są bardzo podatne na wilgoć, więc gdyby podczas marszu na komorze osiadł choćby płatek śniegu, kapiszon mógłby zamoknąć i byłoby po ptakach. Zdenerwowany, patrzy na innych żołnierzy ze swojego oddziału. Mało który ma teraz zawadiacką minę. Stanisław próbuje nałożyć bagnet na karabinek, ale dłoń zsuwa mu się raz za razem – jemu też drżą palce. Henryk się właśnie przeżegnał, całuje medalik wyciągnięty spod guńki okrywającej strojny mundur żuawa, potem żegna się raz jeszcze. Maciek widzi jego blade usta. „Wszyscy się boimy” – myśli z ulgą i przenosi wzrok na pułkownika de Rochebrune’a. Dowódca ze spokojem przechadza się przed szpalerem szykujących się do ataku żołnierzy. „Tylko ten ma nerwy jak postronki, psia jego…” – nie kończy w duchu Maciek, bo w tej właśnie chwili od strony cmentarza, gdzie pozycję trzymają Rosjanie, pada strzał. Suchy trzask, jakby ktoś nastąpił na gałąź. Po nim następne. A potem świst powietrza i łup! Ołowiana kula wali w drzewo tuż nad głową Staszka.
– Sacrebleu! – klnie przez zęby de Rochebrune. – Czyli ich nie zaskoczyliśmy.
Maciek patrzy w kierunku pagórka cmentarnego, z którego strzelają Ruscy. Nad niskim kamiennym murkiem i widocznymi ponad nim krzyżami nagrobnymi unosi się mgiełka białego dymu prochowego. Niebo w ten zimowy poranek jest czyste, powietrze rześkie, nie ma wiatru. Mgiełka stoi w miejscu i czeka, aż jakiś głupiec ruszy w jej kierunku. Tamci strzelają gęsto. Kule na razie świszczą niegroźnie nad głowami Maćka i pozostałych chłopców z oddziału, ale żaden nie ma wątpliwości – za chwilę trzeba będzie się zerwać i ruszyć na ten pagórek. Niecałe ćwierć mili odkrytego, lekko wznoszącego się terenu… Maciek zaczepionym pod lufą pobojczykiem metodycznie dociska naboje w komorach bębenka i czuje, jak żołądek podchodzi mu do gardła. „Siedemnasty lutego tysiąc osiemset sześćdziesiąt trzy. Miechów” – powtarza w głowie dzisiejszą datę i miejsce, w którym się znalazł. – „Czy taki napis będzie wyryty nad moją mogiłą?”
– Rozwinąć sztandar! – pada rozkaz pułkownika i na tle jego sylwetki pojawia się czarna płachta z białym krzyżem oraz naszytą na nim biało-czerwoną aplikacją.
Ich pierwsza bitwa. Pierwsze natarcie. Maciek wyobrażał to sobie tysiące razy. Zawsze widział siebie w pierwszym szeregu, jak gromkim głosem powtarza rodowe zawołanie bojowe, gotów zginąć za ukochaną ojczyznę. Dlaczego teraz, kiedy nadeszła wreszcie ta godzina próby, najchętniej skuliłby się w mysiej dziurze, zakrył twarz dłońmi, podciągnął kolana do piersi i czekał, aż ustaną te przeklęte karabinowe trzaski?
– Pamiętajcie! – znowu słyszy głos de Rochebrune’a. – Zgłosiliście się do oddziału żuawów śmierci na ochotnika. Ślubowaliście zwyciężać lub ginąć. Dziś nadszedł czas, żeby dotrzymać danego słowa.
„Nie wstanę! Nie ruszę się z miejsca. Jestem tchórzem. Tak, jestem zasranym, przeklętym tchórzem i nie chcę tam iść” – w głowie Maćka huczą myśli, które jeszcze pięć minut temu byłyby dla niego najgorszą herezją. Ba! Zdradą nawet. Są jednak tak donośne, że aż trzęsie się od nich jak osika. Traci oddech, władzę w nogach, w ogóle robi mu się słabo…
– Żołnierze… Do ataku! Za mną!
Jak to się dzieje, że jego ciało wykonuje ten rozkaz? Nogi się prostują i robią pierwszy, sztywny krok w przód. Porusza się jak marionetka: nieporadnie, bezwiednie, ale idzie pod tę górkę, z której nadlatuje gorący ołów. Wokół niego podnoszą się kolejne, podobnie zdrewniałe sylwetki. Osiemnasto-, dziewiętnasto-, dwudziestoletni chłopcy. Paniczyki ze szlacheckich domów, gdzie wieczorami wspominano dziadka, który bił się w powstaniu listopadowym, albo pradziada, który poległ pod rozkazami Kościuszki. Padają po kolei: pierwszy, drugi, trzeci… Kule uderzają w ich ciała z plaśnięciem. W głowie Maćka pojawia się niedorzeczna myśl: „Skoro padło trzech, to może ja przeżyję? Bo ktoś chyba musi przeżyć”.
Ale nie, na prawo, nieco powyżej, karabinowy pocisk odcina Staszkowi całe ramię. Chłopak jeszcze się zwija z bólu, jeszcze płacze i krwawi, ale już po nim. Z takiej rany się nie wychodzi. Po lewej zaś upada Henryk. Trafiony w pierś, nawet nie jęknął.
– Zewrzeć szyk! – krzyczy pułkownik. – Nie zwalniać! Już blisko.
Maciek podnosi wzrok. Blisko? Może byłoby blisko, gdyby przyjechali tutaj na kulig. Dwa rzuty kamieniem, może trzy. Z pięćdziesiąt sążni. Ale nie teraz, kiedy zza murka wystają czapy rosyjskich piechurów. Widzi też ich karabiny: uniesiony do góry – znaczy ładowany; opuszczony – znaczy ktoś celuje, może w niego? A potem ten trzask i biały dymek. Czasem świst nad głową, koło ucha, czasem plaśnięcie o zaśnieżoną ziemię tuż pod nogami albo… o czyjeś ciało.
– Nie zwalniać! Do ataku!
Murek jest stary, ułożony z polnych kamieni, zaprawa pomiędzy nimi się powykruszała. Z tej odległości widać to już wyraźnie. Nad murkiem Maciek dostrzega futrzaną czapę, niebieskie oczy i czarne wąsiska. Jakiś mężczyzna… Jakiś mężczyzna? W otumanionym mózgu Maćka rozlega się nagle dzwonek alarmowy. To wróg! Człowiek, który zaraz do niego wystrzeli. Maciek dopiero teraz sobie przypomina, że w prawej dłoni ma naładowanego Trantera. Pięć komór, pięć pocisków, kaliber pół cala. Podczas podejścia na pagórek cmentarny nie wystrzelił ani razu (choć dzierży rewolwer, który słynie z dobrej celności), ani razu nie podniósł nawet długiej na pół swojego przedramienia lufy. Był jednym wielkim strachem, kupką przerażenia, jego życiowe plany obejmowały co najwyżej pięć kolejnych kroków. Ale teraz stoi z tamtym twarzą w twarz, dzieli ich niski murek. Na ogorzałych policzkach piechura Maciek widzi nawet czarną sadzę prochową. Rosjanin trzyma wprawdzie karabin, ale nie strzela w młodego żuawa, wybałusza tylko na niego oczy, jest nie mniej zszokowany niż on. Chyba się nie spodziewał, że ktokolwiek może przejść przez to wzniesienie żywy.
– Do ataku! Bij, zabij! – dobiega z oddali znajomy, już lekko schrypnięty głos.
Więc znów, jak kukiełka, Maciek podnosi ciężką, ważącą dwa funty broń i mechanicznie naciska dolny spust, a zaraz po nim górny. Na ułamek sekundy, tuż przed hukiem wystrzału, dostrzega jeszcze wielkie, pełne zwierzęcego przerażenia oczy tamtego. Następnie wszystko przesłania biaława mgiełka dymu. W nadgarstku, a nawet też w barku, chłopak czuje siłę odrzutu. Sekunda, dwie i dymek się rozprasza. A potem Maciek widzi przed sobą już tylko trupa.
II
„Pokonaj cellulit w trzy tygodnie!” Ola po raz tysięczny przebiega wzrokiem po zajawce artykułu wyświetlonej na monitorze. Specjalnie przyszła dzisiaj do redakcji wcześniej, żeby dokończyć wreszcie projekt tej przeklętej okładki na początek marca. Potrzebuje ośmiu haseł. Ośmiu cholernych zdań, które sprawią, że redaktor naczelna nie będzie jej co godzinę pytać z nutą wyrzutu w głosie: „I jak tam okładka? Dostanę ją wreszcie do akceptacji?”, a czytelniczki tygodnika „Angela” wykupią cały nakład pisma.
– Pokonaj cellulit w trzy tygodnie – oznajmia Ola na głos pustej sali.
Zewsząd osaczają ją ciasno ustawione, rozdzielone niskimi przepierzeniami biureczka. O tej porze nie ma tu jeszcze nikogo.
– Rany, co za bzdury – szepcze do siebie, mimo woli wspominając moment, gdy jako początkująca redaktorka trafiła prosto po studiach do tej sali i rozbawiła wszystkich pytaniem: „Cellulit? A co to takiego?”. W ogóle jej wówczas nie zaprzątały takie rzeczy i nie sądziła, że będzie musiała się nimi zainteresować.
Czując narastającą panikę, bo od godziny guzdrze się ciągle z tym jednym zdaniem, rozgląda się wokół. Na końcu sali, w przeszklonym boksie przypominającym akwarium, wciąż jeszcze rolety są opuszczone – oczywisty znak, że redaktor naczelna, Krystyna Czesiak, nie przyszła jeszcze do pracy. Ta sielanka za chwilę się skończy i wtedy Ola już nic nie napisze. Zaraz zaczną schodzić się dziewczyny, zrobi się gwarno. Patrycja znowu będzie trajlować o tym swoim nowym chłopaku, a Kryśka spyta obrażonym głosem…
– No i jak tam okładka?
Dziewczyna aż podskakuje na dźwięk tych słów za plecami. Słowo stało się ciałem. To Kryśka!
– Cześć, szefowo – jęczy Ola, próbując siedzieć tak, żeby zasłonić sobą monitor i tę idiotyczną zajawkę.
Naczelna wyciąga jednak szyję… Przeczytała.
– Hm… – zaczyna, a Ola sroży się w oczekiwaniu reprymendy. – Jest pozytywny komunikat, obietnica sukcesu, konkretnie określony termin. Jasne i przejrzyste. Tylko jakieś takie… za suche.
– No, a do tego kompletnie nieprawdziwe – odpowiada Ola z przekąsem i zanim jeszcze zdążą przebrzmieć jej własne słowa, już wie, że popełniła błąd. Cholera, tyle lat tu pracuje, a wciąż nie nauczyła się trzymać gęby na kłódkę.
Brwi Kryśki unoszą się wysoko, dając tym samym światu wyraźny komunikat: jest zdziwiona i poirytowana, za chwilę może wybuchnąć.
– Ja wiem, że musimy pisać takie rzeczy pod reklamodawców – tłumaczy pojednawczo Ola. – Ale chociaż raz fajnie byłoby nie wciskać ludziom kitu i napisać, jak jest naprawdę.
– Tak? A jak jest naprawdę? – Uśmiech naczelnej jest tak wymuszony, że na jej policzkach zaraz popęka skóra.
Ola zdaje sobie sprawę, że zabrnęła w ślepą uliczkę. Awantura już wisi w powietrzu. Po co w ogóle się odzywała? Bo jest wściekła, że znowu wypadł jej dyżur redakcyjny? Że w związku z tym musi wymyślać te naiwne komunały nazywane zajawkami okładkowymi, czego – tak na marginesie – robić nienawidzi? To wszystko nie jest warte kolejnego konfliktu z naczelną. Burzy, po której następują ciche dni, dąsy, obrażone miny i cały ten cyrk odstawiany przez przełożonych wobec pracowników, którzy im podpadli. Ale teraz Ola już nie może… no dobra: nie umie tak po prostu spuścić wzroku i skapitulować.
– Przecież wiesz tak samo jak ja – pakuje się dalej w kłopoty – że aby pozbyć się cellulitu, trzeba wstać zza biurka i zacząć się ruszać.
– Co ty powiesz? Skończyłaś kurs fizykoterapii, że tak się wymądrzasz? – głos redaktorki naczelnej ocieka sarkazmem zimnym jak przestrzenie międzygwiezdne.
– Nie muszę mieć dyplomu, żeby wiedzieć, że zamiast wcierać w tyłek krem, lepiej popracować nad formą… i dietą.
– Ach tak…
– I zamiast codziennie wysiadywać do wieczora w pracy, po prostu… no nie wiem… cieszyć się seksem. – Gdy Ola kończyła to zdanie, dotarło do niej, że mówi o własnym, beznadziejnie nudnym i pozbawionym szans na jakąkolwiek odmianę życiu.
– Kochanie… – głos Kryśki, choć ściszony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło. – Zapomniałaś o jednym. Gazeta musi na siebie zarobić. Od tego zależą nasze etaty i comiesięczne przelewy. Nadążasz? A przy tekście o domowej kuracji antycellulitowej jest wykupiona reklama nowego kremu, za którą wydawnictwo zgarnie grubą sumę. Pod warunkiem jednak, że artykuł obok zapewni jej odpowiednio korzystny kontekst. Rozumiesz, skarbie? Kilka tutejszych pensji w zamian za kilka zdań o zaletach wklepywania sobie w dupsko jakiegoś mazidła.
– Super. – Ola przewraca oczami. – Po co my w ogóle planujemy tematy do gazety? Może niech od razu zrobią to za nas reklamodawcy?
– Planowanie, skarbie – słowo to brzmi w ustach szefowej jak strzał z bicza służącego do poganiania wołów roboczych – to ty już lepiej zostaw mnie. Myślisz, że komuś w ogóle chciałoby się czytać te twoje porady o zdrowym stylu życia i za przeproszeniem, o seksie? Nie! Bo czytelniczki wcale nie chcą wiedzieć, że rozwiązanie ich problemu wymaga zmiany stylu życia, wielu miesięcy głodzenia się i jeszcze jakichś tam cholernych ćwiczeń. Albo pieprzenia się z beznadziejnie nudnym i nieatrakcyjnym mężem. Chcą wierzyć, że istnieje cudowna maść, która szybko i bez wysiłku przywróci im urodę. Przestań więc zanudzać mnie swoimi rozterkami etycznymi i kończ okładkę. Za godzinę chcę mieć u siebie kolorowy wydruk ze wszystkimi zajawkami. Mają być krótkie, pozytywne i zachęcające do kupienia pisma. Masz na to sześćdziesiąt minut. Czas start. I lepiej się postaraj, bo jednym podpisem mogę cię natychmiast uwolnić zarówno od tego biurka, jak i od nadgodzin. Będziesz wtedy miała mnóstwo wolnego czasu na radosny seks, a za mało kasy na wyszukane diety. Chcesz tego?
Ola nie odpowiada. Raz – zaschło jej w gardle. Dwa – naczelnej już nie ma. W powietrzu jeszcze wibruje pytanie retoryczne, kiedy trzask podnoszonych żaluzji w jej „akwarium” obwieszcza światu rozpoczęcie nowego dnia.
– No i znowu mała Ola pyskowała mamusi i dostała po łapkach – słyszy obok siebie głos Patrycji, redaktorki działu Uroda.
Ola uświadamia sobie, że akurat kiedy dostawała od Kryśki burę, w redakcji zaroiło się od ludzi.
– Naucz się wreszcie nie dyskutować z tą idiotką – tłumaczy dalej Pati. – Bo, cholera, komu będę opowiadała o swoich miłosnych podbojach, jak ta wściekła baba cię stąd wyrzuci?
Ola przygląda się przyjaciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, zadarty nosek i bystre spojrzenie brązowych oczu. Ta filigranowa pożeraczka męskich serc i weteranka pracy w kobiecych tytułach poradnikowych jest jej jedyną ostoją w szalonym świecie korporacji zrzeszającej kilkanaście pism, z których każde ma tylko jeden cel: utrzymać wysoką sprzedaż i zarobić dużo pieniędzy.
– Rany, Pati, ja już nie mogę – skarży się Ola. – Przecież miałam pisać reportaże. – Gdy zaczynała tę pracę zaraz po studiach, sądziła, że o cellulicie, wydłużaniu rzęs czy modowych trendach dla gospodyń domowych popisze najwyżej przez parę miesięcy, a potem zacznie spełniać marzenia zawodowe.
– Ach tak, wielkie pisarstwo – wzdycha teatralnie Pati. – Nagroda Pulitzera, literacki Nobel… Rozumiem, moja ambitna przyjaciółko.
– Bez przesady. Wystarczy mi prawdziwe dziennikarstwo zamiast wciskania ludziom gówna, bo jakiś ważniak wykupił u nas półstronicową reklamę.
– Skarbie, wiesz, że cię uwielbiam? – Patrycja cmoka ją w policzek. – Naprawdę, szacunek.
– O czym ty, wariatko, mówisz?
– Jesteś jedyną dziewczyną w tej redakcji, która ma odwagę otwarcie postawić się tej apodyktycznej babie.
– Bez przesady. Próbowałam tylko z nią dyskutować. Z opłakanym skutkiem.
– Za mniejsze pyskówki dziewczyny stąd wylatywały.
– Super. Bardzo mnie pocieszyłaś. Więc jakie jest twoje zdanie? Mam dalej myśleć nad tymi zajawkami? Czy raczej pomału wrzucać swoje rzeczy do kartonowego pudełka?
– Przestań, żartowałam. Kryśka cię nie wywali.
– Bo?
– Wie, że w życiu byś tak pokorniutko jak inne laski nie przyjęła wypowiedzenia.
– Tak? A co niby bym zrobiła? Przykuła się do kaloryfera?
– Gorzej. Wdeptałabyś ją przed całą redakcją w ziemię. I to za pomocą raptem paru słów.
– Paru słów? Podpowiedz, żebym miała coś na czarną godzinę.
– Wystarczy, że byś jej zasunęła to zdanie o… jak to nazwałaś… – zawiesza głos Patrycja – …a tak! O „prawdziwym dziennikarstwie zamiast wciskania ludziom gówna”. Dobre! Już widzę, jak ta nasza wymuskana kretynka zapada się w sobie na dźwięk słowa „gówno”.
– No już-już, przestań – przerywa jej ze śmiechem Ola. – Nikogo nie zamierzam wdeptywać w ziemię. Po prostu chciałabym lubić to, co robię.
– To znajdź sobie jakieś hobby. Hoduj rybki albo rwij facetów jak ja. A co do reportaży… Wiesz przecież, że jeśli chcesz je robić, to nie musisz wcale dobrze pisać ani się specjalnie starać. Wystarczy, jak zaczniesz, przepraszam za kolokwializm, włazić w dupę Kryśce.
– No tego to niestety…
– Wiem, wiem, kochanie. Nie byłabyś do tego zdolna. I właśnie za to cię szanuję – dodaje Patrycja już całkiem serio.
– Daj spokój. Głupia jestem i tyle. Nie umiem się dostosować.
– To jest korporacja, skarbie. Inny świat niż na zewnątrz. Tu, nawet jeśli kogoś nienawidzisz, musisz się do niego uśmiechać, a im bardziej się obijasz, tym lepiej, bo nikt nie uzna cię za zagrożenie. Dlatego… chodźmy po kawę. – Patrycja chwyta Olę pod bok i ciągnie w kierunku kuchenki na korytarzu, przy której koncentruje się życie towarzyskie „Angeli” i innych położonych na tym samym piętrze redakcji. – Opowiem ci o facecie, który uczy mnie kung-fu! – Oczy Patrycji błyszczą. – Wiesz, to ten, do którego zapisałyśmy się z dziewczynami z promocji, jak nam w ramach oszczędności zamknęli firmowy klub fitness. No więc na początek trzy słowa na literę „wu”: wysoki, wysportowany, wolny.
– Pati, jedno słowo na „pe”: przyhamuj. Mam już tylko pięćdziesiąt cztery minuty na napisanie tych zajawek…
– Ach tak, rzeczywiście. Pokaż, jak to wygląda. – Pati potulnie zawraca i siada do komputera Oli.
Na chwilę zamiera, wpatrując się w wyświetlony projekt okładki z miejscami na osiem zajawek, w których oprócz nieszczęsnego cellulitu wpisane jest na razie tylko „XXXXX” czy „YYYYY”. I nagle drobne, zakończone czerwonymi pazurkami paluszki Patrycji ożywają. Klik, klik, klik – pierwsze hasło. Stuk, stuk, stuk – drugie.
– Gotowe! – oznajmia pięć minut później. – Drukuj, zanoś Kryśce i idziemy na kawę.
Ola pochyla się nad monitorem. Zaczyna czytać…
Uroda: „Pokonać cellulit w trzy tygodnie? Tak! To możliwe!”.
Odchudzanie: „Dieta białkowa – jesz i chudniesz 5 kg w tydzień”.
Styl: „10 fryzur, na których widok mężczyźni szaleją”.
Makijaż: „Kuszące usta w trzy minuty”.
Kuchnia: „Eskalopki cielęce – przepisy, których nie zna twoja teściowa”.
Dziecko: „Jak wychować geniusza – 5 prostych sposobów”.
Moda: „Ciuchy, które dodadzą ci kobiecości, a ujmą kilogramów”.
Zdrowie: „Radzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczęśliwą w każdym wieku”.
– Słuchaj, dziękuję, ale… – zacina się Ola.
– Ale co?
– Te zajawki są fajne, tyle że trochę za mocno, no, przegięte. Właściwie to kompletnie mijają się z prawdą. Nawet Kryśka tego nie kupi. Bo na przykład te fryzury to zwykłe przedruki sprzed kilku lat z jakiegoś francuskiego magazynu, nic specjalnego. Przecież sama wiesz, że wzięliśmy je, bo zdjęcia można dostać prawie za darmo. A na tej diecie w życiu nie da się zrzucić pięciu kilo w parę dni, chyba że odrąbiesz sobie rękę. To samo z geniuszem. Dajemy jakieś banalne rady w stylu: „Dużo rozmawiaj z dzieckiem”. To nie zrobi z nikogo wybitnej jednostki. No i te ciuchy… to w końcu mój artykuł. Nie ma tam nic o ujmowaniu kilogramów.
– Nie ma? To dopiszesz. – Patrycja wzrusza ramionami. – To samo z geniuszem. A stare fryzury wydadzą się ostatnim krzykiem mody, jeśli damy odpowiedni tytuł. Oj, Olu, taka doświadczona redaktorka, a zachowujesz się jak naiwna stażystka. Masz dzisiaj PMS czy co? No już, drukuj tę okładkę i nieś szefowej, a ja idę nastawić kawę.
***
– Okej, teraz to jakoś wygląda. – Kryśka wpatruje się w kolorowy wydruk formatu A3, który Ola położyła przed nią na biurku. – Do diety białkowej dopisz tylko, że siedem kilogramów w tydzień. To bardziej zachęcająco brzmi. A do cellulitu, że pokonasz go w dwa tygodnie. Jakoś lepiej się układa.
– Oczywiście, szefowo! – odpowiada z uśmiechem Ola. – Siedem kilo i dwa tygodnie. Zrozumiałam. – Odwraca się na pięcie i rusza w stronę ekspresu do kawy, błogosławiąc w myślach Patrycję. No bo, kurczę, ma dziewczyna rację i już. O co tu kruszyć kopie? Świata nie da się zmienić. Prędzej człowiek sam się wpakuje w kłopoty. A wtedy żywa dusza się o ciebie nie upomni.
III
– Pozycja klepsydry! Garda! Na moje odliczanie uderzacie na wprost – komenderuje Kuba głosem tak donośnym, jakby stała przed nim w karnych szeregach co najmniej setka wiernych uczniów, a nie grupka raptem sześciu kobiet, redaktorek jakiegoś pisma poradniczego. Miesiąc temu zapisały się one na jego zajęcia z kung-fu Wing Tsun Kuen całą bandą. I z góry opłaciły karnety na trzy miesiące! Pozostali kursanci pojawiają się sporadycznie, płacą raz za trening, a potem znikają na miesiąc, wracają, znów płacą za jedno wejście… i tak w kółko. W ogóle nie można na nich polegać, a przecież kung-fu wymaga systematyczności i konsekwencji! Systematyczności (w kwestii uiszczania opłat) konsekwentnie oczekuje też administracja bloku, w którym mieści się prowadzony przez Kubę City Fitness Club… Adres to ulica Grzybowska, czyli centrum Warszawy, klienci jednak najwyraźniej tego nie doceniają. Nie pchają się drzwiami i oknami. Szczerze mówiąc, w ogóle się nie pchają.
– Ji! Ar! San! Sy! – gromkim głosem odlicza po chińsku Kuba, młócąc w takt tych słów powietrze. – Stoi twarzą do kursantek, kontrolując, czy poprawnie go naśladują. To znaczy… od razu widzi, że nie. Nawet nie musi się im specjalnie przyglądać…
Agnieszka – zamiast na wprost – bez sensu macha ramionami na boki. Gdyby w ten sposób chciała kogoś uderzyć, musiałaby ustawić się do przeciwnika profilem.
Julita z kolei w ogóle nie zadaje ciosów, tylko wykonuje rękami w powietrzu jakiś karkołomny młynek. W czarnej godzinie mogłaby liczyć wyłącznie na to, że na widok jej cudacznych ruchów napastnik przewróci się ze śmiechu.
Najwięcej serca w ćwiczenia wkłada ta drobna blondynka – Patrycja. Nawet nieźle dziewczynie wychodzi, ale w jej akurat stronę Kuba stara się zbyt często nie zerkać, bo gdy tylko rzuci na nią choćby jednym okiem, świdruje go ona spojrzeniem tak gorącym, że aż czerwienieje mu skóra na policzkach. Nawet on, który – ujmując to delikatnie – nie jest kobieciarzem (czy raczej, jak mawiali o nim kumple z Akademii Wychowania Fizycznego, jest doskonałą antytezą pojęcia „podrywacz”), rozumie, że to nie fascynacja starożytną sztuką walki trzyma Patrycję w jego grupie…
– Ji! Ar! San! Sy! – odlicza już po raz enty Kuba, mimo narastającego zniechęcenia wciąż mający nadzieję, że kursantki, które przecież patrzą, jak on ćwiczy, zaczną wreszcie wykonywać swoje techniki poprawnie. Mógłby oczywiście co chwila zwracać im uwagę. Mówić: „Robisz to źle, popraw się, nie garb się, uszczelnij gardę”. Mógłby prostować im skrzywione plecy, pokazywać, jak prowadzić w uderzeniu ręce i w jaki sposób cofać ramiona do gardy, ale… Nauczył się już, że im surowszym i bardziej czepialskim jest instruktorem, tym szybciej uciekają od niego kursanci. Szczególnie kobiety nie lubią wojskowego drylu. Przy nich trzeba być uśmiechniętym, pogodnym, chwalącym, pozytywnie nastawionym i – no, cholera, powiedzmy to – lekko uwodzicielskim. – Stop! Opuśćcie gardę, rozluźnijcie ręce – wydaje polecenie. I czując fałsz we własnym głosie, dodaje: – Bardzo dobrze, widać, że robicie postępy. Jest jeszcze to i owo do poprawienia, ale podstawy już załapałyście. Teraz przejdziemy więc do techniki czi sao, czyli…
– Nauki nawiązywania kontaktów z partnerem! – radośnie wpada mu w słowo Patrycja, która do tej części treningów zawsze podchodzi z największym entuzjazmem.
– Nauki utrzymywania bezpiecznego dystansu z przeciwnikiem – poprawia ją łagodnie Kuba, udając, że nie dostrzega aluzji czy sygnałów, którymi bije w niego ta blondyneczka.
Co tu kryć, nagłe objawienie się tak licznej grupy kursantek uratowało Kubę przed kolejną wizytą windykatorów. Smutni panowie zaglądali ostatnio do jego klubu z regularnością szwajcarskiego zegarka. Administracja naprawdę nie musiała z powodu drobnych, hm, nieciągłości płatniczych, uciekać się od razu do takiego sposobu! Kiedy więc w recepcji klubu zmaterializowała się ta gromadka pań, pytając Pawła – jedynego pracownika zatrudnianego przez Kubę (odźwiernego, kelnera w minibarze z napojami energetyzującymi i instruktora fitness w jednej osobie) – o zajęcia z aerobiku, układów synchronicznych dla cheerleaderek lub choćby, jakże modnego ostatnio, tańca na rurze, Kuba zrozumiał, że musi zrobić wszystko, żeby je u siebie zatrzymać. Ale jak? Zabarykadować drzwi i okna i jeszcze desperacko położyć się w progu? Co do tego, że zanęci te wielkomiejskie kobietki swoją szkołą kung-fu, jakoś od razu wyzbył się złudzeń. Zaczął więc wić się w wyjaśnieniach, że naucza kobiecego stylu walki, czegoś w sam raz dla takich przebojowych dziewczyn jak one, bo przecież legenda głosi, że przed wiekami właśnie tę odmianę kung-fu wymyśliła dziewczyna o imieniu Piękność Wiosny, czyli po chińsku właśnie Wing Tsun…
Mówiąc to, szybko spostrzegł, że jedna z kobiet zaczyna w skupieniu odczytywać na swoim iPhonie jakąś wiadomość, druga dyskretnie ziewa, a trzecią interesuje wyłącznie zawartość jej własnej torebki. „Nie udało się. Zaraz odejdą szukać klubu z tym pieprzonym aerobikiem” – pomyślał wtedy, tracąc powoli wątek w swojej opowieści o młodej Chince, która tysiąc lat temu wymyśliła styl walki, którego dziś nikt już nie chce trenować.
I wtedy stał się cud. A to za sprawą filigranowej, ale bardzo energetycznej blondyneczki, która najwyraźniej przewodziła grupie.
– Słodko pan marszczy czoło, opowiadając o tej chińskiej wiośnie – oznajmiła, patrząc mu w oczy, po czym krzyknęła do swojej gromadki: – Dziewczyny! Zapisujemy się na zajęcia. Ten przystojniak zrobi z każdej z nas Larę Croft! – Potem z werwą wyciągnęła do Kuby swoją drobną rączkę, wyznając: – Oddaję się w twoje ręce, mistrzu. Jestem Patrycja. Dla przyjaciół Pati.
Tak to się zaczęło. Prawie trzy tygodnie temu. Dziewczyny pod wodzą Pati przychodzą od tamtej pory we wtorki i piątki. Ćwiczą półtorej godziny, od dziewiętnastej do dwudziestej trzydzieści. Dzisiejszy, piątkowy trening jest już ich czwartym… nie, piątym spotkaniem. Kuba nauczył je do tej pory pozycji klepsydry (nogi lekko ugięte, kolana razem, palce stóp skierowane ku sobie), pozycji wykrocznej (ciężar ciała głównie na tylnej nodze), trzymania gardy, uderzenia rękami na wprost i kilku bloków.
***
– Zanudzisz je – powiedział Paweł po ostatnim, wtorkowym spotkaniu. – Patrzę na was zza tego swojego barku i widzę, że panienki zaczynają ziewać. One chcą ruchu, muzyki, energii, a nie tego twojego żmudnego mieszania powietrza rękami.
– Widzę, że nieźle znasz się na kung-fu – odburknął Kuba.
– Na kung-fu się nie znam i tak szczerze mówiąc, mam je w dupie. – Na opaloną na solarium twarz Pawła wypłynął ironiczny uśmiech. – Ale znam się na kobietach. I powiem ci, że gdyby nie Pati, która przychodzi tutaj, bo rozpaczliwie chce cię poderwać, panienki już dawno by sobie odpuściły tę twoją monotonną do wyrzygania Piękność Wiosny.
– Słuchaj, wolałbym, żebyś się trochę hamował, kiedy wypowiadasz się o sztuce walki, której poświęciłem kilka lat życia…
– Nie gniewaj się, szefie, ale zmarnowałeś te lata. Trzeba było, jak ja, pouganiać się w tym czasie za kobietkami, pobawić się… À propos, kiedy weźmiesz się wreszcie za tę Patrycję? Chyba wiesz, jak to się robi? Mam nadzieję, że twoje kung-fu nie nakazuje ci celibatu?
– Nie jest w moim typie. Nie lubię kobiet, które narzucają się facetom.
– Lepiej zmień swoje zasady, bo jak będziesz taki drętwy, dziewczyna się w końcu zniechęci. A bez niej cała grupa rozsypie ci się w pięć minut! – Paweł w uśmiechu zaprezentował lśniąco białe zęby. – Zdaje się, że tylko ona wierzy jeszcze w tę twoją podstarzałą i nudną jak stara panna Piękność Wiosny…
– Prosiłem cię, żebyś nie wypowiadał się na tematy, na których się…
– No, chyba że zostawisz tę wiekopomną sztukę walki dla siebie, a dziewczynom pokażesz jakieś normalne ćwiczenia – mówił dalej Paweł, zupełnie niezrażony marsową miną Kuby. – Jakiś disco boxing albo coś. Jak nie potrafisz, mogę je wziąć w obroty. Lubię takie drapieżne kotki.
***
Dlaczego akurat dzisiaj, pod koniec treningu, przypomina sobie tamtą rozmowę? Bo Paweł miał rację. Kuba obserwuje miny ćwiczących kobiet i – mówiąc najdelikatniej – nie widzi w nich zaangażowania. Faktycznie, gdyby nie determinacja Pati, pewnie już dawno by sobie poszły ćwiczyć gdzie indziej, wcześniej zażądawszy zwrotu pieniędzy za karnety. Kuba postanawia więc zakończyć trening dynamicznym akcentem.
– Teraz nauczę was podstawowego kopnięcia! – oznajmia, udając, że nie słyszy szeptanych między paniami komentarzy w rodzaju: „No, może wreszcie zacznie się coś tutaj dziać”. – O, tak to się robi. – Staje w pozycji z obciążoną nogą zakroczną i szybkim, krótkim ruchem kopie nogą wykroczną na wysokość pasa swojego wyimaginowanego przeciwnika.
– I już? – pyta Agnieszka, nawet nie udając rozczarowania. – Tylko tyle?
– Naprawdę to wierzgnięcie jest kopniakiem w twoim kung-fu? – nie może nadziwić się Julita.
– Spokojnie, dziewczyny – próbuje ratować sytuację Patrycja. – On przecież określił je „podstawowym” kopnięciem, prawda? Na pewno masz w zanadrzu… – mówiąc to, zwraca się do coraz bardziej skonfundowanego Kuby – …jakieś inne, bardziej wystrzałowe techniki…
„To koniec. Nie przedłużą karnetów” – w głowie Kuby huczy rozpaczliwa myśl, ale (bo co ma niby zrobić?) instruktor przyznaje:
– To jest… właściwie jedyne kopnięcie w tym stylu walki. Innych nie ma… – Po tym oświadczeniu zapada niemal namacalna cisza. Kuba próbuje ją rozproszyć: – Są oczywiście różne modyfikacje tego uderzenia. Kopnięcie w kolano, podcięcie…
– Kopnięcie w kolano?! – prycha Agnieszka. – Jaja sobie robisz? To ja po to się tutaj od tygodni męczę w tej idiotycznej pozycji klepsydry, żeby teraz się dowiedzieć, że nie nauczysz nas żadnych wykopów z obrotu, wyskoku i… – przerywa na chwilę dla nabrania tchu, a potem oznajmia z wyrzutem: – Jak mogłeś obiecywać, że z każdej z nas zrobisz Larę Croft! Ty w ogóle widziałeś ten film?! Halo, pobudka!
– Spokojnie, laski! – odzywa się nieoczekiwanie Patrycja. – Aga dobrze powiedziała. Nie po to się tutaj od paru tygodni męczymy, żeby zrażać się jedną wpadką mistrzunia. Wszystko jest do naprawienia. Myślę, że skoro kopnięcie podstawowe ma tyle modyfikacji, to można wprowadzić także inne. Na przykład walnięcie z obrotu w czyjś pysk! – dodaje, wykonując z zadziwiającą lekkością coś na kształt ciosu rodem z filmu Tomb Raider. – Dobrze mówię? – podsumowuje, patrząc na Kubę tak wymownie, jakby chciała telepatycznie przekazać mu jeden, prosty komunikat: „Tylko teraz tego nie spieprz”.
– Hm, no jasne! Oczywiście. – Kuba się uśmiecha, z lekkim niepokojem myśląc, co powiedziałby jego mistrz na wieść o tym, że właśnie zgodził się na hollywoodzką modłę zmodyfikować styl walki, który w niezmienionej formie przetrwał tysiąc lat… – Na dzisiaj koniec! Do zobaczenia we wtorek! – oznajmia grupie, dorzucając w myślach: „Mam nadzieję, że do zobaczenia”.
Kursantki znikają w szatni, Kuba zmęczonym krokiem podchodzi do barku i otwiera butelkę wody.
– No to żeś im strzelił pokazówę, szefuniu. – Paweł dusi się ze śmiechu. – Zastosuj to swoje kopnięcie, jak przyjdą tu znowu komornicy. Może wzbudzisz ich litość i się odczepią.
– Zamknij się, bo… – próbuje się odgryźć Kuba.
– Idziemy na pizzę! Czy mistrz wyrwie się z nami? – słyszy za sobą pełen energii głos Pati, która już zdążyła ze swoją gromadką wyjść z szatni.
– Muszę pilnować klubu – odpowiada zmęczonym głosem.
– Paweł cię może zastąpić – ripostuje natychmiast Patrycja.
– Paweł? Ale on jest tu tylko… – urywa. „Lepiej zmień swoje zasady”, przypominają mu się słowa tego napompowanego na siłowni, opalonego na skwarkę pajaca. Ma jednak facet rację… – Super! – odpowiada, siląc się na entuzjazm. – Za pięć minut będę gotowy – dorzuca, udając, że nie zauważa triumfalnego uśmiechu swojego irytującego pracownika.
IV
Wielka sala o powierzchni około dwustu metrów kwadratowych, w której nagrywany jest program Dobry poranek, mieści się na piątym piętrze. Na dole budynku, w holu, każdy wchodzący natyka się najpierw na recepcjonistkę.
– Czym mogę służyć? – pyta sympatyczna dziewczyna. I choć życzliwie się uśmiecha, od razu czujesz, że lepiej szybko podać dobry powód obecności w tym miejscu.
Tłumaczysz więc, że masz zaproszenie do programu Dobry poranek… Okej, sprawdzimy. Dziewczyna gdzieś dzwoni, komuś podaje twoje nazwisko, w porządku.
– Zaraz zejdzie asystentka – mówi tajemniczo i traci tobą zainteresowanie.
Asystentka jest tak samo młodą i tak samo uśmiechniętą dziewczyną jak ta w recepcji. Wysiada z windy, mówi „dzień dobry” i już poznajesz po głosie, że to jest właśnie ta osoba, która zadzwoniła do ciebie o godzinie siódmej zero pięć (jest sobota), wyrywając cię ze snu słodkim pytaniem:
– Czy pan jest już w drodze do nas? Prosimy o wcześniejsze przybycie, musimy jeszcze oddać pana w ręce wizażystki, no i program jest nagrywany na żywo, wiadomo, lepiej być wcześniej…
Dla kogoś, kto myślał, że na nagranie zaplanowane na dziewiątą można dotrzeć z piętnastominutowym zapasem, i nastawił budzik na wpół do ósmej, takie przebudzenie stanowi niezły bodziec do działania. Wsiadając więc o godzinie ósmej zero zero do windy w towarzystwie asystentki, czujesz się jak ułan, który właśnie zakończył ostrą szarżę kawaleryjską. Cały poranek – począwszy od małego kłamstewka („Tak, jestem już w drodze, niedługo u państwa będę”) – upłynął ci w biegu (szybkie mycie, szybka kawa, szybkie ubieranie, a potem bieg do autobusu) i stresie (na przygotowane wczoraj eleganckie ciuchy wylała się kawa, klucze od mieszkania gdzieś zniknęły, autobus odjechał). No ale nareszcie jesteś na miejscu. Winda dojeżdża na piąte, asystentka prowadzi do sali, w której powstaje Dobry poranek. Po lewej widzisz stanowiska wizażystek, siedzą tam ludzie o niepewnych minach z pudrowanymi nosami i zamalowywanymi korektorem pieprzykami. Na środku hali są skórzane fotele, sofy i stół, przy których siedzą jeszcze bardziej stremowani osobnicy – ci wchodzą na wizję już za kilka minut. Po prawej, pod przeszkloną ścianą, z której roztacza się panorama centrum Warszawy, jest podwyższenie z dwiema mniejszymi sofami. Na jednej siedzą wyluzowani prowadzący program redaktorzy, na drugiej – silący się na luz ich goście. Wokół kamery, mikrofony, lampy, kable i ludzie z obsługi technicznej. W tym momencie zaczynasz się zastanawiać, czy nie lepiej było zostać w domu, w ciepłym łóżku. Nie ma jednak odwrotu. Zwalnia się miejsce na jednym ze stanowisk przed wielkim lustrem. Siadasz i pozwalasz pudrować się wizażystce. W lustrze widzisz swoją twarz. Masz bardzo niepewną minę…
***
„Cholera, o czym ja właściwie mam tutaj gadać?” – myśli lekko spanikowany Kuba, który właśnie przebrnął przez to wszystko i zasiadł w podobnym do fryzjerskiego fotelu. Do udziału w programie namówił go Darek, najlepszy kumpel jeszcze z czasów podstawówki. Darek w telewizji pracuje jako researcher. Inaczej mówiąc, ma za zadanie wynajdywać rozmówców dla redaktorów.
– Stary, to jest łatwizna – powiedział Kubie parę dni temu. – Rozmowa trwa kilka minut. Marcin i Dorota, znaczy się prowadzący, zdążą ci zadać tylko kilka pytań. I po sprawie.
– No tak, ale o co będą pytać? – przytomnie indagował Kuba. – Bo ja znam się tylko na prowadzeniu klubu fitness, kung-fu i…
– Temat rozmowy: tradycja rodzinna – przerwał mu Darek.
– Tradycja rodzinna? Zwariowałeś? Przecież znasz moją sytuację! Co akurat ja mogę wiedzieć o rodzinnej tradycji?
– Proszę cię, to tylko kilka minut…
Kuba nagle nabrał podejrzeń.
– Ty, a właściwie, dlaczego tak bardzo ci zależy, żebym tam poszedł? Pracujesz w tej telewizji od trzech lat i nigdy nie proponowałeś mi udziału w programie.
– Okej, w porządku, dobra. Przyznam się jak na spowiedzi. Właśnie wycofał się jeden z rozmówców. A na wizji koniecznie mają być trzy osoby: taki jeden profesor od heraldyki, jakaś kobieta, która zna losy swojego rodu od pokoleń i… No nieważne, ktoś trzeci. Pomyślałem o tobie, bo wspominałeś, że masz mało klientów na te swoje treningi. Odpowiadając na jedno z pytań, wspomnij więc, że dla ciebie bardzo ważna jest tradycja chińskiej sztuki walki, której nauczasz tu i tu. Zrób sobie za darmo reklamę. W tym czasie antenowym program ogląda milion widzów. Człowieku, milion widzów! Zobaczysz, klienci będą walić do ciebie drzwiami i oknami!
– Naprawdę pomyślałeś, żeby mi pomóc? – Kubie zrobiło się trochę głupio, że tak dopytywał Darka.
– Naprawdę! – żarliwie zapewnił przyjaciel.
***
Ola, idąc krok w krok za przydzieloną asystentką, wychodzi z windy i od razu zostaje zaprowadzona do fotela wizażystki. Obok niej pudrują nos jakiemuś przystojniakowi, który wpatruje się w swoje odbicie z dość nieobecną, ale zafrasowaną miną. Ola siada wygodnie, pozwalając układać sobie włosy, aplikować bazę, podkład i puder. W lustrze widzi, co dzieje się na podwyższeniu, na którym nagrywany jest program. Prowadzący redaktorzy – drągal o imieniu Marcin i korpulentna, sympatyczna Dorota – właśnie razem ze swoimi gośćmi z czegoś się zaśmiewają. Nie słyszy, o czym mowa, ale wygląda na to, że panuje tam miła i swobodna atmosfera. Oddycha z ulgą. Dla Oli to ma być pierwszy występ na żywo. Ba! Pierwsza wizyta w studiu telewizyjnym. Czuje więc lekką tremę. Poznała Dorotę – jako jedną z szefostwa programu – gdy odbywała w stacji radiowej staż po pierwszym roku studiów. Kilka dni temu to właśnie ona zadzwoniła na telefon redakcyjny Oli.
– Ty mnie w ogóle jeszcze pamiętasz? – zdziwiła się, słysząc w słuchawce głos telewizyjnej gwiazdy.
– No jasne! Czytuję twoje teksty w „Angeli”.
– Jaja sobie robisz…
– No dobra, przesadziłam. Fakt, jeszcze przed chwilą nie wiedziałam, gdzie pracujesz. Namiar na ciebie znalazł mi Darek, znaczy się jeden z naszych researcherów. Ale pamiętam cię z praktyk w mojej dawnej rozgłośni. Masz taki radiowy głos… Marnujesz się w tej prasie kobiecej.
– Nie obraź się, ale nie uwierzę, że dzwonisz po dziesięciu latach tylko po to, żeby krytykować moje życiowe wybory – odpowiedziała Ola.
Odpowiedział jej śmiech.
– No tak, nic się nie zmieniłaś. Ten sam cięty język. Zgadza się, dzwonię w innej sprawie. W tę sobotę mamy w programie rozmowę na temat tradycji rodzinnych. Wiesz… czy warto znać swoich przodków, co nam to daje i takie tam.
– No i?
– No i pamiętam, jak powiedziałaś kiedyś, że znasz historię swojej rodziny na kilkanaście pokoleń wstecz. Kogoś takiego potrzebuję do rozmowy. Będzie jeszcze profesor od heraldyki i odczytywania starych dokumentów oraz jakiś chłopak, który w ogóle nie wie, skąd się wziął na świecie, biedaczek.
– I chce się tym chwalić publicznie?
– Ludzie pochwalą się wszystkim, żeby tylko zaistnieć w telewizji.
– Być może. Ale nie ja – odpowiedziała Ola kategorycznie.
– Rany. Dlaczego?
– Jeśli pamiętasz, jak opowiadałam o tych swoich przodkach, to pewnie nie zapomniałaś też, że zawsze uważałam całe to mitologizowanie swojego pochodzenia, obnoszenie się ze starymi herbami i inne takie bzdury za żenujące i głupie. Bo najważniejsze, kim się jest tu i teraz. A nie, co osiągnęli ludzie, z którymi łączy cię tylko część twojego DNA. Bardzo ci więc dziękuję za pamięć i ciekawą propozycję, ale jestem zmuszona…
– Poczekaj, przecież ja cię nie proszę, żebyś mitologizowała, czy jak to chcesz nazywać, swoją rodzinę. Powiedz na antenie to, co teraz. I będzie okej.
– No nie wiem… – zawahała się Ola.
– Nie gniewaj się, ale szukając cię w tej redakcji, zadzwoniłam najpierw do twojej naczelnej – dodała Dorota. – Wyjaśniłam, czemu potrzebuję do ciebie kontaktu i…
– I? – podchwyciła Ola, czując, że ogarnia ją fala gniewu.
– Pani Krystyna bardzo się ucieszyła. Zwłaszcza gdy jej obiecałam, że podpiszemy cię w pasku z imienia, nazwiska i tytułu, w którym pracujesz.
***
Kuba dopiero teraz zauważa, że siedząca obok niego szatynka dyskretnie przygląda się mu w lustrze. Mężczyzna w pierwszej chwili odruchowo ucieka wzrokiem. Potem patrzy jeszcze raz – dziewczyna jest naprawdę ładna. Długie, proste włosy, niebieskie oczy, prosty nosek, kształtne usta. Nie jest może pięknością w hollywoodzkim rozumieniu tego słowa, ale urody z pewnością jej nie brak. Bardzo kobieca, wygląda też na zdecydowaną i pewną siebie. Ich spojrzenia (czy raczej odbicia ich spojrzeń) znowu się spotykają. Kuba właśnie postanawia się tym razem uśmiechnąć, kiedy – cholera, dokładnie w tym momencie – wizażystka donośnym głosem oznajmia:
– Już pana wykończyłam, zapraszam na fotel obok.
Kuba zrywa się jak oparzony i nie rozglądając się więcej, rusza w kierunku skórzanego kompletu, na którym pocą się oczekujący na swoją kolej goście.
***
Chwilę wcześniej Ola dobrze przyjrzała się pudrowanemu sąsiadowi. Facet ma w sobie coś, co przyciąga wzrok kobiet. Ciemne włosy, układające się w naturalne fale, opadające na wysokie, przecięte poziomą zmarszczką czoło, a do tego gęste, zrośnięte u nasady brwi, gruby nos boksera i kwadratowa szczęka, pokryta granatowym cieniem starannie wygolonego zarostu. Byłaby to twarz prawdziwego twardziela, gdyby nie oczy. Duże, brązowe, trochę jakby smutne, trochę jakby zdziwione. Spojrzenie wielkiego, ciekawego świata, ale naiwnego chłopca.
Mężczyzna zauważył jej wzrok, co jednak Oli ani trochę nie speszyło. Nie należy do dziewczyn czerwieniących się z byle powodu. On jednak, co było nawet na swój sposób urocze, natychmiast odwrócił oczy. Nieśmiały jak dzieciak. Ola uśmiechnęła się ukradkiem i przestała zwracać na niego uwagę. Choć w przeciwieństwie do na przykład Patrycji nie ma zbyt wielu doświadczeń w kontaktach z facetami, to na pewno nie kręcą jej ci, którzy boją się kobiet. A niestety Ola ma w sobie akurat coś takiego, że w jej towarzystwie większość panów zaczyna wycofywać się raczkiem. Tym razem jednak kątem oka zauważyła, że nieznajomy znów zaczął się jej przyglądać. Przez chwilę go ignorowała, aż wreszcie przeniosła spojrzenie na jego odbicie. Ciekawe, czy znowu wbije oczy gdzieś w podłogę. Wtedy jednak wizażystka zerwała okrywający go fartuch i władczym tonem poleciła mu przenieść się na sofę. Wyprostował się (jest wysoki, proporcjonalnie zbudowany!) i odszedł. Ola zauważyła jeszcze w swoim lustrze, że facet – choć musi ważyć z dziewięćdziesiąt kilo – chód ma sprężysty i lekki. „Skubaniec, porusza się jak kocur” – pomyślała, ale sekundę później już o nim zapomniała.
***
Z sof i foteli, na których posadzeni zostali Kuba i Ola, powoli znikają kolejni zaproszeni do programu rozmówcy. Na pierwszy ogień idzie jakiś rajdowy mistrz samochodowy i gwiazdka serialu, o którym ani Ola, ani Kuba nigdy nie słyszeli. Temat rozmowy: czy warto żyć szybko i odejść z hukiem. Pięć minut, goście kończą w pół słowa (czas na reklamy) i wychodzą, a po chwili z sofy podnosi się kolejny zestaw – porośnięty rzadką brodą podróżnik, kobieta, która wdrapała się na jakiś szczyt, i ubrany w strój służbowy i naszywki z niebieskim krzyżem ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Temat rozmowy: dlaczego ludzie chodzą w góry. Osiem minut i zagadnienie zostaje wyczerpane, a goście mogą wracać do domów. TOPR-owiec wydaje się lekko oszołomiony tempem telewizyjnego życia. Kubie robi się go nawet żal – facet jechał kilka godzin pociągiem z Zakopanego, żeby powiedzieć dwa zdania, i teraz ma przed sobą kilka godzin tłuczenia się z powrotem.
Do Oli (do Kuby zresztą też) powoli dociera, że oni dwoje i sześćdziesięcioletni facet w wymiętym garniturze o niebanalnym kroju, który był modny kilka dekad temu, są następnym „zestawem do zmaglowania tematu”. Tym razem: waga rodzinnej tradycji. Wszyscy troje zaczynają na siebie popatrywać.
„To ten gość, który nie wie kompletnie nic o swoim pochodzeniu” – myśli o Kubie Ola. Czuje lekką irytację, że ma tu robić za ostoję rodzinnego ładu i przekazywanych z pokolenia na pokolenie wartości.
„To ta panienka, która przyszła tu chełpić się rozrośniętym korzeniem swojego rodu” – podsumowuje Olę z sarkazmem Kuba.
A co chodzi po głowie facetowi od heraldyki? Ani Oli, ani Kuby kompletnie to nie obchodzi.
– Zapraszamy przed kamery – oznajmia z lekkim patosem w głosie któraś z asystentek po ponad półgodzinnym oczekiwaniu.
Kuba puszcza przodem Olę i profesora od starodruków, potyka się o jakiś kabel (za co technik, któremu omal nie wyrwał wtyczki od kamery, piorunuje go wzrokiem), idzie w stronę redaktorów prowadzących. Jeszcze tylko przypięcie mikrofonów i zaczepienie portów do transmisji dźwięku. Jeszcze uścisk dłoni promiennie uśmiechniętego Marcina i uroczo roześmianej Doroty. Jeszcze przypomnienie, jak kto ma na imię (godność profesora to „profesor Jeremiasz Wolski”; nie chce, żeby mówić do niego inaczej), i można zaczynać. Raz, dwa, trzy. Na jednej z kamer zapala się czerwona dioda i już wchodzą na wizję.
– Rodzinna tradycja, co to właściwie takiego? – zwraca się Marcin do kamery głosem o dwa tony niższym niż przed chwilą.
– Czy dobrze jest znać dzieje swojej rodziny? Czy istnieją przekazywane z pokolenia na pokolenie wartości, którymi warto kierować się w życiu? A może to tylko niepotrzebny bagaż minionych dziejów? – wtóruje mu nieco melodramatycznie Dorota.
Sekundę później, kiedy Marcin przedstawia zaproszonych do studia gości, Kuba już go nawet nie słucha. Właśnie do niego dociera, dlaczego się tutaj znalazł – ma robić za przedstawiciela tych, którzy nie mieli szczęścia otrzymać na podróż przez życie „pożytecznego bagażu dziejów”.
„Darek, już jesteś trupem” – myśli ze złością i wtedy słyszy skierowane do siebie pytanie:
– Kuba, zapanowała ostatnio moda na rodzinną heraldykę, rozrysowywanie swoich drzew genealogicznych i odnajdywanie pradawnych przodków. Nie żal ci trochę, że nie możesz w tym uczestniczyć?
Na długą jak wieczność i pustą jak wszechświat sekundę w mózgu Kuby zapanowuje kompletna nicość. A potem, niczym błysk supernowej, eksploduje w nim wściekłość. Chcą zabawić się moim kosztem? Myślą, że zaprosili do studia faceta, który będzie biadolił, że tak niewiele wie o swoim pochodzeniu? No to się, kurna, zaraz zdziwicie.
– Dla mnie to tylko cholerna strata czasu.
– Strata czasu? – powtarza niezbyt rezolutnie Marcin. Mimo całego swojego wieloletniego doświadczenia telewizyjnego redaktor wydaje się nieco zbity z tropu. Inaczej miała przebiegać ta rozmowa. Miało być miło, grzecznie, no, kurczę, rodzinnie. Przecież to telewizja śniadaniowa!
– Owszem, strata czasu – powtarza z mocą Kuba. – Bo jakie znaczenie ma, no nie wiem… kto był na przykład twoim pradziadem za czasów Jagiellonów? W jaki sposób to wpływa na twoje obecne życie? Że był rycerzem? Że bił się z Krzyżakami? I co z tego? To w żaden sposób ani nie przydaje ci chwały obecnie, ani nie oznacza, że ty też będziesz w swoim życiu odważnym człowiekiem. On to on, ty to ty. Łączy was tylko parę genów zapisanych w jakimś fragmencie chromosomu. Nic więcej. Trzeba być kompletnym idiotą, żeby się puszyć swoim pochodzeniem!
Ola w osłupieniu słucha tyrady tego nieznajomego chłopaka o łagodnych (w każdym razie do niedawna) oczach spaniela. Bo raz – gnojek skradł jej kwestię. To ona chciała zaskoczyć prowadzących (i tę idiotkę swoją naczelną, która ją tu de facto przysłała) taką kontrowersyjną wypowiedzią. Facet przecież wyartykułował dokładnie to, co ona myśli na ten temat! I dwa – czuje się zaatakowana. Tak, za-a-ta-ko-wa-na. No bo skoro została przed chwilą przedstawiona jako osoba, która zna całe pokolenia swoich przodków, a ten koleś nazywa to idiotyzmem, to niby co ona ma teraz zrobić? Zgodzić się z przedmówcą i przyznać mu rację? Niedoczekanie!
– Idiotyczne to jest, za przeproszeniem… – zawiesza głos Ola i lekko kłania się Kubie – …odcinanie się od swojej rodziny.
– Ależ ja się wcale nie… – próbuje bronić się Kuba, ale dziewczyny już nie da się zatrzymać.
– Przecież jesteśmy w dużej mierze tacy, jakimi ukształtowali nas rodzice – mówi. – Ich z kolei kształtowali dziadkowie, tamtych pradziadowie i tak dalej. Genealogia to nic innego jak trochę może pogłębiona wiedza o tym, kim byli bliscy nam ludzie. Ci, dzięki którym wiemy na przykład, co jest dobre, a co złe. Jeśli więc chce pan kwestionować genealogię, to wtedy, konsekwentnie, powinien pan odciąć się od wszystkich swoich przodków. Rodziców i dziadków też. I to właśnie… chyba się pan jednak ze mną zgodzi… byłoby idiotyczne. Chyba nie byłby pan szczęśliwy, nie mając pojęcia, no na przykład, kim jest pana ojciec?
– No i co z tego, że nie wiem, kim jest mój ojciec? – wypala Kuba w zacietrzewieniu i… dopiero wtedy dociera do niego, do czego właśnie się przyznał. – Cholera, powiedziałem to na głos? – pyta w oszołomieniu i już zupełnie skołowany dodaje, patrząc z nadzieją na Dorotę i Marcina. – Da się to jeszcze wymazać?
Nikt mu nie odpowiada. Chyba że za odpowiedź uznać pełne osłupienia spojrzenia: redaktorów prowadzących, Oli, profesora i obiektywu kamery. Świecąca się na tej ostatniej czerwona dioda uświadamia Kubie ostatecznie, że to program na żywo. Już niczego nie da się cofnąć ani wymazać. Właśnie zdradził milionowi widzów swój najbardziej wstydliwy, najpilniej skrywany sekret.
– Niestety, musimy zakończyć tę wielce, hm, emocjonującą rozmowę – słyszy głos Doroty. – Po krótkiej przerwie na reklamy zapraszamy państwa na następną rozmowę. Zostańcie z nami.
Kuba czuje się, jakby na przejściu dla pieszych walnął w niego tir. Słowo „ogłuszony” nawet w dziesięciu procentach nie oddaje obecnego stanu jego ducha. Oberwał, a właściwie – sprowokowany przez tę przemądrzałą panienkę – sam kopnął się w jaja.
***
Wsiadają do windy we dwoje, profesor został jeszcze na górze, ma zdaje się żal, że w czasie trzyminutowej dyskusji na antenie nie dopuścili go do wypowiedzenia jednego choćby słowa. A może boi się, że po zejściu z wizji dalej będą się kłócić? Tak czy inaczej zostaje na górze. Drzwi się zamykają, winda rusza w dół. Ola zerka na Kubę. Ten sprawia wrażenie lekko nieobecnego. Lekko? Facet wygląda jak zbity pies! Cholera, skąd mogła wiedzieć, że on tak się pogrąży! Sam w końcu zaczął od mocnych słów… Mimo wszystko żal jej człowieka.
– Słuchaj, trochę głupio to wyszło, przepraszam – zwraca się do niego pojednawczo.
Kuba patrzy na nią tak, jakby dopiero teraz zauważył, że ktoś jedzie razem z nim.
– Nic nie szkodzi, drobiazg – odpowiada sarkastycznie. – Tylko zrobiłem z siebie publicznie kretyna. Ale to nic. Gorzej, że dowaliłem swojej mamie. Zawsze mówiła sąsiadkom, że „były mąż” ma ze mną doskonały kontakt. Teraz te kwoki będą ją wytykać palcami.
Winda się zatrzymuje, wychodzą.
– Wiesz, żałuję, że dałam ci się sprowokować – podejmuje Ola, której robi się jeszcze bardziej żal tego wielkiego, choć bezbronnego jak dziecko, faceta. – Ale ja o tym ojcu, tak przykładowo… Nie miałam pojęcia, że to akurat twój słaby punkt.
– Sprowokować? – Kuba patrzy na nią zaskoczony. – Ach tak, zacząłem pośrednio się ciebie czepiać. Fakt. Ale to przez to, że Darek, kumpel, który tu pracuje, nie powiedział mi, w jakim charakterze mnie zaproszono. Przeklęci dziennikarze…
– Hm, no cóż, ja też jestem dziennikarką.
– Aha, super.
Ola nie może się powstrzymać i parska śmiechem.
– Gorzej już się nie dało zacząć naszej znajomości – mówi. I dodaje, patrząc na barek i kilka stolików rozstawionych naprzeciw recepcji: – Chodź, postawię ci kawę. Tego, co było, już nie odkręcę, ale na dużą latte mogę się dla ciebie szarpnąć. Tylko nie mów, że nie lubisz kobiet, które pierwsze wychodzą z inicjatywą…
– No, właściwie to… – zaczyna Kuba, ale gryzie się w język, bo podoba mu się ta wysoka, przebojowa dziewczyna. Zresztą, wcale mu się nie narzuca. Po prostu jest naturalna, swobodna, bez kompleksów… sam zawsze chciał taki być. A poza tym, dlaczego, u licha, nie miałby się po tym wszystkim napić porządnej kawy?
***
– Najlepsze w tym wszystkim jest to, że całkowicie się z tobą zgadzam – mówi Ola ze śladem mlecznej piany na ustach.
– Żartujesz. Znokautowałaś mnie, a teraz mówisz, że jesteś po mojej stronie?
– No na to niestety wychodzi.
– A ci wszyscy twoi przodkowie, historia rodu….
– Bzdury – ucina Ola. – W mojej rodzinie zawsze panował kult minionych pokoleń. Stare obrazy wisiały w domu na eksponowanych miejscach, dużo się mówiło o herbach, tradycji… I wiesz co?
– No co?
– To wszystko do niczego. Tak, nie patrz tak na mnie. Do niczego. Przez to zapatrzenie w dawne wieki nikt z moich bliskich niczego w życiu nie osiągnął. Dziadkowie mieszkają w jakiejś klitce w tej naszej dziurze… À propos, wiesz, gdzie leży Mszczonów?
Kuba wzrusza ramionami.
– No właśnie – kontynuuje Ola. – Małe miasteczko bez perspektyw. Dziadkowie całe życie przepracowali w nim jako nauczyciele. Moja mama: bibliotekarka. Nic tylko książki, historia, przeszłość. A świat wokół pędzi i nie czeka na maruderów.
– To dlatego uciekłaś do Warszawy?
– A żebyś wiedział! Wyjechałam tu na studia, a teraz zamierzam zrobić karierę.
– I jak ci idzie?
– A coś ty taki ciekawy? Lepiej zamiast siedzieć z miną sfinksa, powiedz coś o sobie.
– Tak? No to ci powiem. Ja dałbym wszystko, żeby wiedzieć chociaż cokolwiek o swojej rodzinie ze strony ojca. Chciałbym go kiedyś spotkać i… dać mu w mordę.
Ola wybucha śmiechem.
– Nie wyglądasz na zakapiora.
– To prawda – zgadza się Kuba. – Wolę kompromis od konfrontacji.
– Albo kapitulację, też na „ka” – dorzuca Ola.
– Drugi raz mnie już nie prowokuj – odpowiada Kuba. – Bo inaczej wyjawię kolejny wstydliwy rodzinny sekret i poczucie winy cię zniszczy.
Tym razem śmieją się oboje.
– Wracając do tego mojego ojca… – podejmuje Kuba po chwili. – Nie jestem człowiekiem mściwym ani pamiętliwym, ale tego, że przez całe dzieciństwo wstydziłem się przed kumplami, że nie mam tatusia… Ba! Że nawet nie wiem, kim on, do cholery, jest… tego mu nie zapomnę.
– Nie spytałeś mamy?
– Spytałem, ale… Hej! A co ty mnie tak ciągniesz za język? Brak ci tematów do reportaży?
– Przepraszam. A reportaży nie pisuję, tylko takie idiotyczne… Nieważne. Jak twoja kawa?
***
Kiedy godzinę później Kuba odprowadza Olę do zaparkowanego na Hożej Nissana Micry (za wycieraczką autka tkwi mandat za przekroczenie czasu parkowania), ma już zapisaną jej komórkę i są niezobowiązująco umówieni na kolejne spotkanie. Czuje też, że to może być coś więcej niż przelotna znajomość. Ta dziewczyna mu się podoba. Ta dziewczyna mu imponuje. Ta dziewczyna ma w sobie to coś, czego nigdy jeszcze nie dostrzegł u żadnej z poznawanych dotychczas kobiet. No, oprócz jednej. Ale to stara i niewesoła historia…
Ola odjeżdża (wcześniej musiała wyszarpnąć Kubie mandat za parkowanie – koniecznie chciał go sam zapłacić, bo „to ja cię tak długo zagadywałem”) z postanowieniem, że umówi się z tym drągalem na jeszcze jedną randkę. Kuba ujął ją tym, że choć jest życiowo niezaradny, a słowo „przebojowość” to dla niego kompletnie obcy termin, wydaje się człowiekiem szczerym, uczciwym i honorowym. A akurat te trzy cechy były z kolei zupełnie nieznane wszystkim facetom, których spotykała, odkąd przeprowadziła się do Warszawy. No i co tu ukrywać, Kuba jest przystojny. Nareszcie miałaby kim zaimponować Patrycji.
V
„Zakopane stolicą polskich Tatr”. Każdy słyszał ten slogan. A jak stolica Tatr, czyli gór, to – zimą i wczesną wiosną – także i nart. Wierzą w to tłumy Krakowian, Ślązaków, Warszawiaków, a nawet Gdańszczan. A na dodatek kochają oni ten swój symbol białego szaleństwa miłością czystą i… nieodwzajemnioną. Wiernym fanom zatłoczonej, przykrytej czapką smogu mieściny nie przeszkadza, że ich „narciarska stolica” oferuje zaledwie kilka tras zjazdowych, z których połowa jest tak płaska, że aby się z nich zsunąć, trzeba dobrze narobić się kijkami. Pozostałe dla odmiany są karkołomnie nieprzygotowane do jazdy – wehikuł zwany ratrakiem gości na nich rzadko i tylko przez chwilę (znacznie częściej można spotkać tam śmigłowiec TOPR zbierający ze stoku połamańców). Muldy wielkości nadmorskich wydm, ślizgawki nieznacznie tylko ustępujące jakością lodu torowi dla panczenistów, kamulce pojawiające się w najmniej spodziewanych miejscach – oto, co (chcąc nie chcąc) uwielbiają polscy narciarze. To dziwna kategoria ludzi. Bez szemrania, przez cały sobotni poranek przedzierają się zakorkowaną wąską Zakopianką, aby w południe stanąć na szczycie Kasprowego Wierchu. Pięć minut zjazdu, trzydzieści w kolejce do wyciągu, a w czasie przerwy na obiad – jeszcze czterdzieści oczekiwania na kawałek pizzy w knajpie. Dwa dni zlatują jak z bicza strzelił. W niedzielne popołudnie następne parę godzin na Zakopiance i już w poniedziałkowy poranek można powiedzieć w pracy: „Ale to był zajebiaszczy weekend!”.
Do tej fanatycznej społeczności należy także Ola. Na deskach jeździ od dziecka. To zasługa dziadka – on kupił jej przed laty pierwsze narty. Dziewczyna nie wyobraża sobie sezonu bez kilku wizyt na Kasprowym i Nosalu. A ponieważ w redakcji o urlop trudno, nadgania weekendami. Do Zakopanego, a konkretnie do tej samej od lat kwatery przy ulicy Karłowicza, jej Micra mogłaby trafić nawet na węch. Stromy stok zaraz na początku zjazdu z Kasprowego Wierchu na stronę Doliny Gąsienicowej to jej ukochane miejsce na Ziemi. Nic nie mąci jej szczęścia, gdy sportowe Rossignole tną przemarznięty śnieg, a nogi jak dwa amortyzatory dynamicznie wybierają nierówności muld. Owszem, była dwa razy w Alpach. Równiutkie stoki, niemal puste wagoniki kolejki górskiej, jeden karnet na wszystkie kilkadziesiąt tras zjazdowych w okolicy… Za każdym razem wracała znudzona.
***
Kuba zdaje sobie sprawę, jakie to wyróżnienie, że Ola zaprosiła go na weekend w Zakopcu. Od czasu katastrofalnego – w jego oczach – występu w telewizji śniadaniowej spotykają się niemal codziennie. Było już kino (trzy razy), teatr (raz, bo trudno dostać bilety), bilard (dwa razy), kolacja we dwoje (oboje nie lubią drobnomieszczańskiego zadęcia, więc poszli do McDonalda), a nawet spacer w Ogrodzie Łazienkowskim. To właśnie tam ją pocałował.
Siedzieli na ławce (bez trudu znaleźli wolną, w pierwszej połowie marca było jeszcze zimno jak diabli), karmili kaczki, rozmawiali. O czym? Kuba nie ma pojęcia. Odkąd tylko tam przysiedli, w głowie miał jedną myśl: „MUSZĘ TO ZROBIĆ”. Patrzył na jej usta. Coś mówiła, uśmiechała się, a on wyobrażał sobie wyłącznie, jak by to było wpić się w nie wargami. Zerkał na jej szczelnie osłonięty przed zimnem dekolt i… aż mu się gorąco robiło, gdy odsłaniał w myślach jej nieduże, kształtne piersi. Zezował nawet na jej biodra, a wtedy w głowie rysował mu się obraz… No dobra, na razie jego plan kończył się na pierwszym pocałunku. Nie jakimś tam przyjacielskim buzi w policzek czy muśnięciu ustami jej włosów. P-O-C-A-Ł-U-N-E-K. Ola go jednak onieśmielała.
„A może nie jest jeszcze zdecydowana? Może ją tylko do siebie zniechęcę? Czy nawet wręcz obrażę? To przecież piękna kobieta, pewnie ma jakiegoś faceta!” – po głowie błądził mu zestaw obaw i kompleksów.
W tym czasie Ola znowu coś powiedziała. Do zaklajstrowanego testosteronem mózgu Kuby ten komunikat przedzierał się w żółwim tempie. Ale kiedy już tam trafił, wzbudził panikę. Brzmiał w skrócie tak: skończyła się karma, kaczki sobie poszły, my chyba też się zbieramy.
„Zbieramy?” To by oznaczało kolejną niewykorzystaną okazję! „Zrób to. Po prostu działaj!” – rozkazał sobie w myślach i…
– Zimno jakoś – oświadczył odkrywczo, otaczając dziewczynę ramieniem i przysuwając się tak blisko, że na udzie poczuł ciepło jej bioder.
Ola spojrzała w górę lekko zaskoczona. Z odległości kilku centymetrów widział jej niebieskie oczy, czoło niemal zasłonięte równiutką grzywką, czuł na twarzy jej oddech. Pochylił się lekko, przymknął oczy i (nareszcie!!!) poczuł jej usta na swoich. Ciepłe, o smaku truskawkowej pomadki, przyprawiające o dreszcze. Pocałował ją delikatnie, jakby zadawał pytanie. Potem jeszcze raz, wciągając nosem boski zapach jej ciała. Usta dziewczyny leciutko się rozchyliły. Odwzajemniła jego pieszczotę, oddając mu cząstkę swojej wilgoci i ciepła.
Kilka minut później, kiedy zdyszani, zarumienieni, oszołomieni tym nowym wszechświatem, który właśnie zaczęli wspólnie odkrywać, oderwali się od siebie, Ola spytała:
– Wyjedziesz ze mną na narty? Na weekend?
Aż zakręciło mu się w głowie.
Bo po pierwsze – Ola już setki razy opowiadała mu, jaką pasją jest dla niej to całe ześlizgiwanie się po stoku (w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że taka banalna czynność może budzić aż takie emocje, ale nieważne) i jak niezwykłym miejscem jest dla niej Zakopane. W jednej chwili pojął więc, że ta weekendowa propozycja jest jak zaproszenie do klubu tylko dla VIP-ów, byle komu Ola by go nie wręczyła. No i po drugie – weekend oznacza dwa dni: sobotę i niedzielę. A co jest pomiędzy sobotą i niedzielą? Tak! Te dwa piękne dni dzieli jedna noc! Noc, którą się spędza w pokoju, a konkretnie w łóżku. Aż mu się nogi ugięły, kiedy zdał sobie sprawę, że właśnie dostał szansę spędzenia z tą wspaniałą kobietą – o której nie potrafił już myśleć bez najwyższych emocji – jednej, fantastycznej nocy.
– Jasne! – odpowiedział natychmiast. I dopiero po chwili, z nutką niepokoju dodał: – Tyle że ja jeszcze nigdy…
– O to się nie martw! Pożyczymy dla ciebie narty i zabiorę cię na jakąś oślą łączkę. Raz dwa nauczysz się jeździć.
***
– Jedziemy razem na narty! – oświadcza nazajutrz (jest poniedziałek) Ola.
– Nie, dzięki. Ze sportów to ja lubię tylko fantastyczne, upojne i… wybacz, skarbie… ale heteroseksualne bzykano – odpowiada Patrycja, nawet nie odrywając wzroku od komputera.
– Nie z tobą, wariatko! Z nim!
Patrycja aż podskakuje na krześle.
– Zaprosiłaś obcego faceta do swojej świątyni dwóch desek?!
– Nie taki on już obcy… – Ola niewinnie spuszcza wzrok.
– Zrobiliście to? – Oczy Patrycji niemal wychodzą z orbit.
– No… Prawie. Pocałował mnie.
– Ach tak, pocałował. – Pati wyraźnie się uspokaja. – Ja, po paru drinkach w klubie, całuję się z facetami, zanim jeszcze spytają, jak mam na imię. Fakt, że czasami w ogóle później nie pytają… No nic, nieważne. Dobre i to. Więc się pocałowaliście i jedziecie razem na narty. Super.
– Już myślałam, że nigdy tego nie zrobi – opowiada dalej Ola, nie zauważając nawet dylematów targających jej przyjaciółką. – Przez pół godziny siedziałam na ławce w parku. Zmarzłam tak, że zaczynałam już tracić czucie w palcach. Wyczerpałam też wszystkie tematy do rozmowy, nakarmiłam po gardło całe stado kaczek, a on siedział jak posąg i tylko taksował mnie wzrokiem.
– Taksował wzrokiem, powiadasz? To już coś, naprawdę. Ten mój, z którym się teraz spotykam, jest jeszcze bardziej nieśmiały. Wpada wręcz w panikę, gdy tylko próbuję wyciągnąć go gdzieś sam na sam. Boi się, że chcę go uprowadzić i sprzedać na organy, czy jak?
– No więc siedzimy tak i siedzimy… – nie daje się wytrącić z rytmu Ola – a on nic. Gdyby to był ktoś inny, już dawno bym sobie poszła i wykasowała numer telefonu takiego niedojdy. Ale on jest taki… Wiesz, to urocze. Wielki facet. Męska uroda. A taki życiowo bezbronny, naiwny nawet.
– O, o! – przerywa jej Pati. – Mój to samo. Tyle że gorzej. Rumieni się, jak powiem coś bardziej pikantnego, co chwila ucieka ze wzrokiem. Ci duzi faceci tak mają czy ki diabeł?
– Mówisz o swoim instruktorze kung-fu?
– No a o kim by innym? Ile ja się za tym chłopem nalatałam… A on jak księżniczka uwięziona przez smoka na wieży. Niedostępny, odległy. Mam nadzieję, że chociaż tego smoka ma jak się patrzy, bo inaczej…
– Pati, nie bądź wulgarna!
Wybuchają śmiechem.
– Powiedz lepiej, czym się ten twój zajmuje? – wraca do rozmowy Patrycja.
– Właściwie to… nie wiem. Podczas randek to ja gadam jak najęta. On tylko słucha. Małomówny gość. Ale jak umie słuchać, ci mówię, dziewczyno…
– Fajnie. Całujesz się z nieznajomymi. Idziesz w moje ślady.
– No bez przesady. Spotykamy się już trzeci tydzień.
– Żaden z moich związków nie przetrwał aż takiej próby czasu – komentuje Patrycja z uśmiechem. – No, nie licząc tego bieżącego. Z panem Piękna Wiosna. Ale czy to w ogóle jest związek? Nie byliśmy razem nawet w kinie.
– Jak to? Mówisz przecież, że się spotykacie?
– No tak, ale zawsze tylko po treningu i za każdym razem są z nami dziewczyny, z którymi ćwiczę.
– O cholera…
– Nie-nie, czuję, że to musi być z jego strony coś więcej – dodaje szybko Patrycja. – Bo zresztą po co łaziłby z nami na te ciastka i pizzę, gdyby czegoś do mnie nie czuł?
– Z głodu?
– Przestań, nie naśmiewaj się. Jeszcze go złapię w sieć. Może tym razem ty mi podpowiesz? Jak usidlić chorobliwie nieśmiałego faceta? Bo ja do tej pory spotykałam raczej tylko takich, którzy od razu pchają łapy pod sukienkę…
***
– Wiesz, miałem ochotę spuścić ci łomot – oznajmia Kuba lekkim, radosnym wręcz tonem Darkowi.
