Zanim się zakochamy - Zbigniew Zborowski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zanim się zakochamy ebook i audiobook

Zbigniew Zborowski

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

59 osób interesuje się tą książką

Opis

Ola jest młodą dziennikarką, która bardzo szybko przekonuje się, że w jej branży chodzi wyłącznie o medialny szum, a nie zawodową rzetelność. Z kolei Kuba całą energię poświęca walce o utrzymanie swojej podupadającej szkoły kung-fu. Ona na każdym kroku rozczarowuje się światem; on próbuje ocalić chłopięce marzenia. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy, lecz kolejne spotkania zbliżają tę dwójkę do siebie.

Wkrótce odkrywają dramatyczną historię sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Z pozoru odległa przeszłość coraz wyraźniej splata się ze współczesnością, a rodzinne tajemnice, dawne wybory i niewyjaśnione wydarzenia rzucają nowe światło na życie Oli i Kuby.

„Zanim się zakochamy” to pełna humoru oraz niespodziewanych zwrotów akcji opowieść o miłości, sekretach i pamięci. Zbigniew Zborowski serwuje czytelnikom emocjonalny rollercoaster, od którego nie sposób się oderwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 403

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 39 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Góral

Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Skulusia

Całkiem niezła

polecam
00



Na za­łą­czo­nej okładce książki oby­cza­jo­wej wi­dzimy uśmiech­niętą parę pa­trzącą na sie­bie z czu­ło­ścią na tle miej­skiej pa­no­ramy o za­cho­dzie słońca. Ca­łość do­peł­niają umiesz­czone na gó­rze imię i na­zwi­sko au­tora Zbi­gniew Zbo­row­ski oraz duży, ró­żowy ty­tuł „Za­nim się za­ko­chamy”.
Zbi­gniew Zbo­row­ski; Za­nim się za­ko­chamy; Gyl­den­dal Astra; 2026

Frag­ment

Ty­tuł: Za­nim się za­ko­chamy

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Zbo­row­ski, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Mo­nika Drob­nik-Sło­ciń­ska

Re­dak­cja: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Ko­rekta: Pa­weł Cie­śla­rek

ISBN 978-91-8153-351-4

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

I

Zgra­bia­łymi pal­cami Ma­ciek pró­buje upchnąć na­boje do pię­ciu ko­mór swo­jego Tran­tera. To jego duma. Od paź­dzier­nika, kiedy wy­grał ten re­wol­wer w karty od pew­nego au­striac­kiego ofi­cera, co­dzien­nie roz­kłada go na czę­ści, prze­ciera szmatką, oliwi. Setki razy spraw­dzał, czy oba spu­sty dzia­łają bez za­rzutu, czy w ko­mo­rach nie ma naj­mniej­szego na­wet za­bru­dze­nia, czy w gwin­to­wa­nej lu­fie nie za­gnieź­dził się na­gar. Dziś jed­nak palce Maćka są sztywne jak druty, a do tego trzęsą się ni­czym li­ście na wie­trze. Szlag! Nie mógł wcze­śniej na­ła­do­wać broni, bo po­ci­ski są bar­dzo po­datne na wil­goć, więc gdyby pod­czas mar­szu na ko­mo­rze osiadł choćby pła­tek śniegu, ka­pi­szon mógłby za­mok­nąć i by­łoby po pta­kach. Zde­ner­wo­wany, pa­trzy na in­nych żoł­nie­rzy ze swo­jego od­działu. Mało który ma te­raz za­wa­diacką minę. Sta­ni­sław pró­buje na­ło­żyć ba­gnet na ka­ra­bi­nek, ale dłoń zsuwa mu się raz za ra­zem – jemu też drżą palce. Hen­ryk się wła­śnie prze­że­gnał, ca­łuje me­da­lik wy­cią­gnięty spod guńki okry­wa­ją­cej strojny mun­dur żu­awa, po­tem że­gna się raz jesz­cze. Ma­ciek wi­dzi jego blade usta. „Wszy­scy się bo­imy” – my­śli z ulgą i prze­nosi wzrok na puł­kow­nika de Ro­che­brune’a. Do­wódca ze spo­ko­jem prze­cha­dza się przed szpa­le­rem szy­ku­ją­cych się do ataku żoł­nie­rzy. „Tylko ten ma nerwy jak po­stronki, psia jego…” – nie koń­czy w du­chu Ma­ciek, bo w tej wła­śnie chwili od strony cmen­ta­rza, gdzie po­zy­cję trzy­mają Ro­sja­nie, pada strzał. Su­chy trzask, jakby ktoś na­stą­pił na ga­łąź. Po nim na­stępne. A po­tem świst po­wie­trza i łup! Oło­wiana kula wali w drzewo tuż nad głową Staszka.

– Sa­cre­bleu! – klnie przez zęby de Ro­che­brune. – Czyli ich nie za­sko­czy­li­śmy.

Ma­ciek pa­trzy w kie­runku pa­górka cmen­tar­nego, z któ­rego strze­lają Ru­scy. Nad ni­skim ka­mien­nym mur­kiem i wi­docz­nymi po­nad nim krzy­żami na­grob­nymi unosi się mgiełka bia­łego dymu pro­cho­wego. Niebo w ten zi­mowy po­ra­nek jest czy­ste, po­wie­trze rześ­kie, nie ma wia­tru. Mgiełka stoi w miej­scu i czeka, aż ja­kiś głu­piec ru­szy w jej kie­runku. Tamci strze­lają gę­sto. Kule na ra­zie świsz­czą nie­groź­nie nad gło­wami Maćka i po­zo­sta­łych chłop­ców z od­działu, ale ża­den nie ma wąt­pli­wo­ści – za chwilę trzeba bę­dzie się ze­rwać i ru­szyć na ten pa­gó­rek. Nie­całe ćwierć mili od­kry­tego, lekko wzno­szą­cego się te­renu… Ma­ciek za­cze­pio­nym pod lufą po­boj­czy­kiem me­to­dycz­nie do­ci­ska na­boje w ko­mo­rach bę­benka i czuje, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła. „Sie­dem­na­sty lu­tego ty­siąc osiem­set sześć­dzie­siąt trzy. Mie­chów” – po­wta­rza w gło­wie dzi­siej­szą datę i miej­sce, w któ­rym się zna­lazł. – „Czy taki na­pis bę­dzie wy­ryty nad moją mo­giłą?”

– Roz­wi­nąć sztan­dar! – pada roz­kaz puł­kow­nika i na tle jego syl­we­tki po­ja­wia się czarna płachta z bia­łym krzy­żem oraz na­szytą na nim biało-czer­woną apli­ka­cją.

Ich pierw­sza bi­twa. Pierw­sze na­tar­cie. Ma­ciek wy­obra­żał to so­bie ty­siące razy. Za­wsze wi­dział sie­bie w pierw­szym sze­regu, jak grom­kim gło­sem po­wta­rza ro­dowe za­wo­ła­nie bo­jowe, go­tów zgi­nąć za uko­chaną oj­czy­znę. Dla­czego te­raz, kiedy na­de­szła wresz­cie ta go­dzina próby, naj­chęt­niej sku­liłby się w my­siej dziu­rze, za­krył twarz dłońmi, pod­cią­gnął ko­lana do piersi i cze­kał, aż ustaną te prze­klęte ka­ra­bi­nowe trza­ski?

– Pa­mię­taj­cie! – znowu sły­szy głos de Ro­che­brune’a. – Zgło­si­li­ście się do od­działu żu­awów śmierci na ochot­nika. Ślu­bo­wa­li­ście zwy­cię­żać lub gi­nąć. Dziś nad­szedł czas, żeby do­trzy­mać da­nego słowa.

„Nie wstanę! Nie ru­szę się z miej­sca. Je­stem tchó­rzem. Tak, je­stem za­sra­nym, prze­klę­tym tchó­rzem i nie chcę tam iść” – w gło­wie Maćka hu­czą my­śli, które jesz­cze pięć mi­nut temu by­łyby dla niego naj­gor­szą he­re­zją. Ba! Zdradą na­wet. Są jed­nak tak do­no­śne, że aż trzę­sie się od nich jak osika. Traci od­dech, wła­dzę w no­gach, w ogóle robi mu się słabo…

– Żoł­nie­rze… Do ataku! Za mną!

Jak to się dzieje, że jego ciało wy­ko­nuje ten roz­kaz? Nogi się pro­stują i ro­bią pierw­szy, sztywny krok w przód. Po­ru­sza się jak ma­rio­netka: nie­po­rad­nie, bez­wied­nie, ale idzie pod tę górkę, z któ­rej nad­la­tuje go­rący ołów. Wo­kół niego pod­no­szą się ko­lejne, po­dob­nie zdrew­niałe syl­we­tki. Osiem­na­sto-, dzie­więt­na­sto-, dwu­dzie­sto­letni chłopcy. Pa­ni­czyki ze szla­chec­kich do­mów, gdzie wie­czo­rami wspo­mi­nano dziadka, który bił się w po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym, albo pra­dziada, który po­legł pod roz­ka­zami Ko­ściuszki. Pa­dają po ko­lei: pierw­szy, drugi, trzeci… Kule ude­rzają w ich ciała z pla­śnię­ciem. W gło­wie Maćka po­ja­wia się nie­do­rzeczna myśl: „Skoro pa­dło trzech, to może ja prze­żyję? Bo ktoś chyba musi prze­żyć”.

Ale nie, na prawo, nieco po­wy­żej, ka­ra­bi­nowy po­cisk od­cina Stasz­kowi całe ra­mię. Chło­pak jesz­cze się zwija z bólu, jesz­cze pła­cze i krwawi, ale już po nim. Z ta­kiej rany się nie wy­cho­dzi. Po le­wej zaś upada Hen­ryk. Tra­fiony w pierś, na­wet nie jęk­nął.

– Ze­wrzeć szyk! – krzy­czy puł­kow­nik. – Nie zwal­niać! Już bli­sko.

Ma­ciek pod­nosi wzrok. Bli­sko? Może by­łoby bli­sko, gdyby przy­je­chali tu­taj na ku­lig. Dwa rzuty ka­mie­niem, może trzy. Z pięć­dzie­siąt sążni. Ale nie te­raz, kiedy zza murka wy­stają czapy ro­syj­skich pie­chu­rów. Wi­dzi też ich ka­ra­biny: unie­siony do góry – zna­czy ła­do­wany; opusz­czony – zna­czy ktoś ce­luje, może w niego? A po­tem ten trzask i biały dy­mek. Cza­sem świst nad głową, koło ucha, cza­sem pla­śnię­cie o za­śnie­żoną zie­mię tuż pod no­gami albo… o czy­jeś ciało.

– Nie zwal­niać! Do ataku!

Mu­rek jest stary, uło­żony z po­lnych ka­mieni, za­prawa po­mię­dzy nimi się po­wy­kru­szała. Z tej od­le­gło­ści wi­dać to już wy­raź­nie. Nad mur­kiem Ma­ciek do­strzega fu­trzaną czapę, nie­bie­skie oczy i czarne wą­si­ska. Ja­kiś męż­czy­zna… Ja­kiś męż­czy­zna? W otu­ma­nio­nym mó­zgu Maćka roz­lega się na­gle dzwo­nek alar­mowy. To wróg! Czło­wiek, który za­raz do niego wy­strzeli. Ma­ciek do­piero te­raz so­bie przy­po­mina, że w pra­wej dłoni ma na­ła­do­wa­nego Tran­tera. Pięć ko­mór, pięć po­ci­sków, ka­li­ber pół cala. Pod­czas po­dej­ścia na pa­gó­rek cmen­tarny nie wy­strze­lił ani razu (choć dzierży re­wol­wer, który sły­nie z do­brej cel­no­ści), ani razu nie pod­niósł na­wet dłu­giej na pół swo­jego przed­ra­mie­nia lufy. Był jed­nym wiel­kim stra­chem, kupką prze­ra­że­nia, jego ży­ciowe plany obej­mo­wały co naj­wy­żej pięć ko­lej­nych kro­ków. Ale te­raz stoi z tam­tym twa­rzą w twarz, dzieli ich ni­ski mu­rek. Na ogo­rza­łych po­licz­kach pie­chura Ma­ciek wi­dzi na­wet czarną sa­dzę pro­chową. Ro­sja­nin trzyma wpraw­dzie ka­ra­bin, ale nie strzela w mło­dego żu­awa, wy­ba­łu­sza tylko na niego oczy, jest nie mniej zszo­ko­wany niż on. Chyba się nie spo­dzie­wał, że kto­kol­wiek może przejść przez to wznie­sie­nie żywy.

– Do ataku! Bij, za­bij! – do­biega z od­dali zna­jomy, już lekko schryp­nięty głos.

Więc znów, jak ku­kiełka, Ma­ciek pod­nosi ciężką, wa­żącą dwa funty broń i me­cha­nicz­nie na­ci­ska dolny spust, a za­raz po nim górny. Na uła­mek se­kundy, tuż przed hu­kiem wy­strzału, do­strzega jesz­cze wiel­kie, pełne zwie­rzę­cego prze­ra­że­nia oczy tam­tego. Na­stęp­nie wszystko prze­sła­nia bia­ława mgiełka dymu. W nad­garstku, a na­wet też w barku, chło­pak czuje siłę od­rzutu. Se­kunda, dwie i dy­mek się roz­pra­sza. A po­tem Ma­ciek wi­dzi przed sobą już tylko trupa.

II

„Po­ko­naj cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie!” Ola po raz ty­sięczny prze­biega wzro­kiem po za­jawce ar­ty­kułu wy­świe­tlo­nej na mo­ni­to­rze. Spe­cjal­nie przy­szła dzi­siaj do re­dak­cji wcze­śniej, żeby do­koń­czyć wresz­cie pro­jekt tej prze­klę­tej okładki na po­czą­tek marca. Po­trze­buje ośmiu ha­seł. Ośmiu cho­ler­nych zdań, które spra­wią, że re­dak­tor na­czelna nie bę­dzie jej co go­dzinę py­tać z nutą wy­rzutu w gło­sie: „I jak tam okładka? Do­stanę ją wresz­cie do ak­cep­ta­cji?”, a czy­tel­niczki ty­go­dnika „An­gela” wy­ku­pią cały na­kład pi­sma.

– Po­ko­naj cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie – oznaj­mia Ola na głos pu­stej sali.

Ze­wsząd osa­czają ją cia­sno usta­wione, roz­dzie­lone ni­skimi prze­pie­rze­niami biu­reczka. O tej po­rze nie ma tu jesz­cze ni­kogo.

– Rany, co za bzdury – szep­cze do sie­bie, mimo woli wspo­mi­na­jąc mo­ment, gdy jako po­cząt­ku­jąca re­dak­torka tra­fiła pro­sto po stu­diach do tej sali i roz­ba­wiła wszyst­kich py­ta­niem: „Cel­lu­lit? A co to ta­kiego?”. W ogóle jej wów­czas nie za­przą­tały ta­kie rze­czy i nie są­dziła, że bę­dzie mu­siała się nimi za­in­te­re­so­wać.

Czu­jąc na­ra­sta­jącą pa­nikę, bo od go­dziny guz­drze się cią­gle z tym jed­nym zda­niem, roz­gląda się wo­kół. Na końcu sali, w prze­szklo­nym bok­sie przy­po­mi­na­ją­cym akwa­rium, wciąż jesz­cze ro­lety są opusz­czone – oczy­wi­sty znak, że re­dak­tor na­czelna, Kry­styna Cze­siak, nie przy­szła jesz­cze do pracy. Ta sie­lanka za chwilę się skoń­czy i wtedy Ola już nic nie na­pi­sze. Za­raz za­czną scho­dzić się dziew­czyny, zrobi się gwarno. Pa­try­cja znowu bę­dzie traj­lo­wać o tym swoim no­wym chło­paku, a Kryśka spyta ob­ra­żo­nym gło­sem…

– No i jak tam okładka?

Dziew­czyna aż pod­ska­kuje na dźwięk tych słów za ple­cami. Słowo stało się cia­łem. To Kryśka!

– Cześć, sze­fowo – ję­czy Ola, pró­bu­jąc sie­dzieć tak, żeby za­sło­nić sobą mo­ni­tor i tę idio­tyczną za­jawkę.

Na­czelna wy­ciąga jed­nak szyję… Prze­czy­tała.

– Hm… – za­czyna, a Ola sroży się w ocze­ki­wa­niu re­pry­mendy. – Jest po­zy­tywny ko­mu­ni­kat, obiet­nica suk­cesu, kon­kret­nie okre­ślony ter­min. Ja­sne i przej­rzy­ste. Tylko ja­kieś ta­kie… za su­che.

– No, a do tego kom­plet­nie nie­praw­dziwe – od­po­wiada Ola z prze­ką­sem i za­nim jesz­cze zdążą prze­brzmieć jej wła­sne słowa, już wie, że po­peł­niła błąd. Cho­lera, tyle lat tu pra­cuje, a wciąż nie na­uczyła się trzy­mać gęby na kłódkę.

Brwi Kryśki uno­szą się wy­soko, da­jąc tym sa­mym światu wy­raźny ko­mu­ni­kat: jest zdzi­wiona i po­iry­to­wana, za chwilę może wy­buch­nąć.

– Ja wiem, że mu­simy pi­sać ta­kie rze­czy pod re­kla­mo­daw­ców – tłu­ma­czy po­jed­naw­czo Ola. – Ale cho­ciaż raz faj­nie by­łoby nie wci­skać lu­dziom kitu i na­pi­sać, jak jest na­prawdę.

– Tak? A jak jest na­prawdę? – Uśmiech na­czel­nej jest tak wy­mu­szony, że na jej po­licz­kach za­raz po­pęka skóra.

Ola zdaje so­bie sprawę, że za­brnęła w ślepą uliczkę. Awan­tura już wisi w po­wie­trzu. Po co w ogóle się od­zy­wała? Bo jest wście­kła, że znowu wy­padł jej dy­żur re­dak­cyjny? Że w związku z tym musi wy­my­ślać te na­iwne ko­mu­nały na­zy­wane za­jaw­kami okład­ko­wymi, czego – tak na mar­gi­ne­sie – ro­bić nie­na­wi­dzi? To wszystko nie jest warte ko­lej­nego kon­fliktu z na­czelną. Bu­rzy, po któ­rej na­stę­pują ci­che dni, dąsy, ob­ra­żone miny i cały ten cyrk od­sta­wiany przez prze­ło­żo­nych wo­bec pra­cow­ni­ków, któ­rzy im pod­pa­dli. Ale te­raz Ola już nie może… no do­bra: nie umie tak po pro­stu spu­ścić wzroku i ska­pi­tu­lo­wać.

– Prze­cież wiesz tak samo jak ja – pa­kuje się da­lej w kło­poty – że aby po­zbyć się cel­lu­litu, trzeba wstać zza biurka i za­cząć się ru­szać.

– Co ty po­wiesz? Skoń­czy­łaś kurs fi­zy­ko­te­ra­pii, że tak się wy­mą­drzasz? – głos re­dak­torki na­czel­nej ocieka sar­ka­zmem zim­nym jak prze­strze­nie mię­dzy­gwiezdne.

– Nie mu­szę mieć dy­plomu, żeby wie­dzieć, że za­miast wcie­rać w ty­łek krem, le­piej po­pra­co­wać nad formą… i dietą.

– Ach tak…

– I za­miast co­dzien­nie wy­sia­dy­wać do wie­czora w pracy, po pro­stu… no nie wiem… cie­szyć się sek­sem. – Gdy Ola koń­czyła to zda­nie, do­tarło do niej, że mówi o wła­snym, bez­na­dziej­nie nud­nym i po­zba­wio­nym szans na ja­ką­kol­wiek od­mianę ży­ciu.

– Ko­cha­nie… – głos Kryśki, choć ści­szony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło. – Za­po­mnia­łaś o jed­nym. Ga­zeta musi na sie­bie za­ro­bić. Od tego za­leżą na­sze etaty i co­mie­sięczne prze­lewy. Na­dą­żasz? A przy tek­ście o do­mo­wej ku­ra­cji an­ty­cel­lu­li­to­wej jest wy­ku­piona re­klama no­wego kremu, za którą wy­daw­nic­two zgar­nie grubą sumę. Pod wa­run­kiem jed­nak, że ar­ty­kuł obok za­pewni jej od­po­wied­nio ko­rzystny kon­tekst. Ro­zu­miesz, skar­bie? Kilka tu­tej­szych pen­sji w za­mian za kilka zdań o za­le­tach wkle­py­wa­nia so­bie w dup­sko ja­kie­goś ma­zi­dła.

– Su­per. – Ola prze­wraca oczami. – Po co my w ogóle pla­nu­jemy te­maty do ga­zety? Może niech od razu zro­bią to za nas re­kla­mo­dawcy?

– Pla­no­wa­nie, skar­bie – słowo to brzmi w ustach sze­fo­wej jak strzał z bi­cza słu­żą­cego do po­ga­nia­nia wo­łów ro­bo­czych – to ty już le­piej zo­staw mnie. My­ślisz, że ko­muś w ogóle chcia­łoby się czy­tać te twoje po­rady o zdro­wym stylu ży­cia i za prze­pro­sze­niem, o sek­sie? Nie! Bo czy­tel­niczki wcale nie chcą wie­dzieć, że roz­wią­za­nie ich pro­blemu wy­maga zmiany stylu ży­cia, wielu mie­sięcy gło­dze­nia się i jesz­cze ja­kichś tam cho­ler­nych ćwi­czeń. Albo pie­prze­nia się z bez­na­dziej­nie nud­nym i nie­atrak­cyj­nym mę­żem. Chcą wie­rzyć, że ist­nieje cu­do­wna maść, która szybko i bez wy­siłku przy­wróci im urodę. Prze­stań więc za­nu­dzać mnie swo­imi roz­ter­kami etycz­nymi i kończ okładkę. Za go­dzinę chcę mieć u sie­bie ko­lo­rowy wy­druk ze wszyst­kimi za­jaw­kami. Mają być krót­kie, po­zy­tywne i za­chę­ca­jące do ku­pie­nia pi­sma. Masz na to sześć­dzie­siąt mi­nut. Czas start. I le­piej się po­sta­raj, bo jed­nym pod­pi­sem mogę cię na­tych­miast uwol­nić za­równo od tego biurka, jak i od nad­go­dzin. Bę­dziesz wtedy miała mnó­stwo wol­nego czasu na ra­do­sny seks, a za mało kasy na wy­szu­kane diety. Chcesz tego?

Ola nie od­po­wiada. Raz – za­schło jej w gar­dle. Dwa – na­czel­nej już nie ma. W po­wie­trzu jesz­cze wi­bruje py­ta­nie re­to­ryczne, kiedy trzask pod­no­szo­nych ża­lu­zji w jej „akwa­rium” ob­wiesz­cza światu roz­po­czę­cie no­wego dnia.

– No i znowu mała Ola py­sko­wała ma­musi i do­stała po łap­kach – sły­szy obok sie­bie głos Pa­try­cji, re­dak­torki działu Uroda.

Ola uświa­da­mia so­bie, że aku­rat kiedy do­sta­wała od Kryśki burę, w re­dak­cji za­ro­iło się od lu­dzi.

– Na­ucz się wresz­cie nie dys­ku­to­wać z tą idiotką – tłu­ma­czy da­lej Pati. – Bo, cho­lera, komu będę opo­wia­dała o swo­ich mi­ło­snych pod­bo­jach, jak ta wście­kła baba cię stąd wy­rzuci?

Ola przy­gląda się przy­ja­ciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, za­darty no­sek i by­stre spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu. Ta fi­li­gra­nowa po­że­raczka mę­skich serc i we­te­ranka pracy w ko­bie­cych ty­tu­łach po­rad­ni­ko­wych jest jej je­dyną ostoją w sza­lo­nym świe­cie kor­po­ra­cji zrze­sza­ją­cej kil­ka­na­ście pism, z któ­rych każde ma tylko je­den cel: utrzy­mać wy­soką sprze­daż i za­ro­bić dużo pie­nię­dzy.

– Rany, Pati, ja już nie mogę – skarży się Ola. – Prze­cież mia­łam pi­sać re­por­taże. – Gdy za­czy­nała tę pracę za­raz po stu­diach, są­dziła, że o cel­lu­li­cie, wy­dłu­ża­niu rzęs czy mo­do­wych tren­dach dla go­spo­dyń do­mo­wych po­pi­sze naj­wy­żej przez parę mie­sięcy, a po­tem za­cznie speł­niać ma­rze­nia za­wo­dowe.

– Ach tak, wiel­kie pi­sar­stwo – wzdy­cha te­atral­nie Pati. – Na­groda Pu­lit­zera, li­te­racki No­bel… Ro­zu­miem, moja am­bitna przy­ja­ciółko.

– Bez prze­sady. Wy­star­czy mi praw­dziwe dzien­ni­kar­stwo za­miast wci­ska­nia lu­dziom gówna, bo ja­kiś waż­niak wy­ku­pił u nas pół­stro­ni­cową re­klamę.

– Skar­bie, wiesz, że cię uwiel­biam? – Pa­try­cja cmoka ją w po­li­czek. – Na­prawdę, sza­cu­nek.

– O czym ty, wa­riatko, mó­wisz?

– Je­steś je­dyną dziew­czyną w tej re­dak­cji, która ma od­wagę otwar­cie po­sta­wić się tej apo­dyk­tycz­nej ba­bie.

– Bez prze­sady. Pró­bo­wa­łam tylko z nią dys­ku­to­wać. Z opła­ka­nym skut­kiem.

– Za mniej­sze py­skówki dziew­czyny stąd wy­la­ty­wały.

– Su­per. Bar­dzo mnie po­cie­szy­łaś. Więc ja­kie jest twoje zda­nie? Mam da­lej my­śleć nad tymi za­jaw­kami? Czy ra­czej po­mału wrzu­cać swoje rze­czy do kar­to­no­wego pu­dełka?

– Prze­stań, żar­to­wa­łam. Kryśka cię nie wy­wali.

– Bo?

– Wie, że w ży­ciu byś tak po­kor­niutko jak inne la­ski nie przy­jęła wy­po­wie­dze­nia.

– Tak? A co niby bym zro­biła? Przy­kuła się do ka­lo­ry­fera?

– Go­rzej. Wdep­ta­ła­byś ją przed całą re­dak­cją w zie­mię. I to za po­mocą rap­tem paru słów.

– Paru słów? Pod­po­wiedz, że­bym miała coś na czarną go­dzinę.

– Wy­star­czy, że byś jej za­su­nęła to zda­nie o… jak to na­zwa­łaś… – za­wie­sza głos Pa­try­cja – …a tak! O „praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwie za­miast wci­ska­nia lu­dziom gówna”. Do­bre! Już wi­dzę, jak ta na­sza wy­mu­skana kre­tynka za­pada się w so­bie na dźwięk słowa „gówno”.

– No już-już, prze­stań – prze­rywa jej ze śmie­chem Ola. – Ni­kogo nie za­mie­rzam wdep­ty­wać w zie­mię. Po pro­stu chcia­ła­bym lu­bić to, co ro­bię.

– To znajdź so­bie ja­kieś hobby. Ho­duj rybki albo rwij fa­ce­tów jak ja. A co do re­por­taży… Wiesz prze­cież, że je­śli chcesz je ro­bić, to nie mu­sisz wcale do­brze pi­sać ani się spe­cjal­nie sta­rać. Wy­star­czy, jak za­czniesz, prze­pra­szam za ko­lo­kwia­lizm, wła­zić w dupę Kry­śce.

– No tego to nie­stety…

– Wiem, wiem, ko­cha­nie. Nie by­ła­byś do tego zdolna. I wła­śnie za to cię sza­nuję – do­daje Pa­try­cja już cał­kiem se­rio.

– Daj spo­kój. Głu­pia je­stem i tyle. Nie umiem się do­sto­so­wać.

– To jest kor­po­ra­cja, skar­bie. Inny świat niż na ze­wnątrz. Tu, na­wet je­śli ko­goś nie­na­wi­dzisz, mu­sisz się do niego uśmie­chać, a im bar­dziej się obi­jasz, tym le­piej, bo nikt nie uzna cię za za­gro­że­nie. Dla­tego… chodźmy po kawę. – Pa­try­cja chwyta Olę pod bok i cią­gnie w kie­runku ku­chenki na ko­ry­ta­rzu, przy któ­rej kon­cen­truje się ży­cie to­wa­rzy­skie „An­geli” i in­nych po­ło­żo­nych na tym sa­mym pię­trze re­dak­cji. – Opo­wiem ci o fa­ce­cie, który uczy mnie kung-fu! – Oczy Pa­try­cji błysz­czą. – Wiesz, to ten, do któ­rego za­pi­sa­ły­śmy się z dziew­czy­nami z pro­mo­cji, jak nam w ra­mach oszczęd­no­ści za­mknęli fir­mowy klub fit­ness. No więc na po­czą­tek trzy słowa na li­terę „wu”: wy­soki, wy­spor­to­wany, wolny.

– Pati, jedno słowo na „pe”: przy­ha­muj. Mam już tylko pięć­dzie­siąt cztery mi­nuty na na­pi­sa­nie tych za­ja­wek…

– Ach tak, rze­czy­wi­ście. Po­każ, jak to wy­gląda. – Pati po­tul­nie za­wraca i siada do kom­pu­tera Oli.

Na chwilę za­miera, wpa­tru­jąc się w wy­świe­tlony pro­jekt okładki z miej­scami na osiem za­ja­wek, w któ­rych oprócz nie­szczę­snego cel­lu­litu wpi­sane jest na ra­zie tylko „XXXXX” czy „YY­YYY”. I na­gle drobne, za­koń­czone czer­wo­nymi pa­zur­kami pa­luszki Pa­try­cji oży­wają. Klik, klik, klik – pierw­sze ha­sło. Stuk, stuk, stuk – dru­gie.

– Go­towe! – oznaj­mia pięć mi­nut póź­niej. – Dru­kuj, za­noś Kry­śce i idziemy na kawę.

Ola po­chyla się nad mo­ni­to­rem. Za­czyna czy­tać…

Uroda: „Po­ko­nać cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie? Tak! To moż­liwe!”.

Od­chu­dza­nie: „Dieta biał­kowa – jesz i chud­niesz 5 kg w ty­dzień”.

Styl: „10 fry­zur, na któ­rych wi­dok męż­czyźni sza­leją”.

Ma­ki­jaż: „Ku­szące usta w trzy mi­nuty”.

Kuch­nia: „Eska­lopki cie­lęce – prze­pisy, któ­rych nie zna twoja te­ściowa”.

Dziecko: „Jak wy­cho­wać ge­niu­sza – 5 pro­stych spo­so­bów”.

Moda: „Ciu­chy, które do­da­dzą ci ko­bie­co­ści, a ujmą ki­lo­gra­mów”.

Zdro­wie: „Ra­dzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczę­śliwą w każ­dym wieku”.

– Słu­chaj, dzię­kuję, ale… – za­cina się Ola.

– Ale co?

– Te za­jawki są fajne, tyle że tro­chę za mocno, no, prze­gięte. Wła­ści­wie to kom­plet­nie mi­jają się z prawdą. Na­wet Kryśka tego nie kupi. Bo na przy­kład te fry­zury to zwy­kłe prze­druki sprzed kilku lat z ja­kie­goś fran­cu­skiego ma­ga­zynu, nic spe­cjal­nego. Prze­cież sama wiesz, że wzię­li­śmy je, bo zdję­cia można do­stać pra­wie za darmo. A na tej die­cie w ży­ciu nie da się zrzu­cić pię­ciu kilo w parę dni, chyba że od­rą­biesz so­bie rękę. To samo z ge­niu­szem. Da­jemy ja­kieś ba­na­lne rady w stylu: „Dużo roz­ma­wiaj z dziec­kiem”. To nie zrobi z ni­kogo wy­bit­nej jed­nostki. No i te ciu­chy… to w końcu mój ar­ty­kuł. Nie ma tam nic o uj­mo­wa­niu ki­lo­gra­mów.

– Nie ma? To do­pi­szesz. – Pa­try­cja wzru­sza ra­mio­nami. – To samo z ge­niu­szem. A stare fry­zury wy­da­dzą się ostat­nim krzy­kiem mody, je­śli damy od­po­wiedni ty­tuł. Oj, Olu, taka do­świad­czona re­dak­torka, a za­cho­wu­jesz się jak na­iwna sta­żystka. Masz dzi­siaj PMS czy co? No już, dru­kuj tę okładkę i nieś sze­fo­wej, a ja idę na­sta­wić kawę.

***

– Okej, te­raz to ja­koś wy­gląda. – Kryśka wpa­truje się w ko­lo­rowy wy­druk for­matu A3, który Ola po­ło­żyła przed nią na biurku. – Do diety biał­ko­wej do­pisz tylko, że sie­dem ki­lo­gra­mów w ty­dzień. To bar­dziej za­chę­ca­jąco brzmi. A do cel­lu­litu, że po­ko­nasz go w dwa ty­go­dnie. Ja­koś le­piej się układa.

– Oczy­wi­ście, sze­fowo! – od­po­wiada z uśmie­chem Ola. – Sie­dem kilo i dwa ty­go­dnie. Zro­zu­mia­łam. – Od­wraca się na pię­cie i ru­sza w stronę eks­presu do kawy, bło­go­sła­wiąc w my­ślach Pa­try­cję. No bo, kur­czę, ma dziew­czyna ra­cję i już. O co tu kru­szyć ko­pie? Świata nie da się zmie­nić. Prę­dzej czło­wiek sam się wpa­kuje w kło­poty. A wtedy żywa du­sza się o cie­bie nie upo­mni.

III

– Po­zy­cja klep­sy­dry! Garda! Na moje od­li­cza­nie uder­za­cie na wprost – ko­men­de­ruje Kuba gło­sem tak do­no­śnym, jakby stała przed nim w kar­nych sze­re­gach co naj­mniej setka wier­nych uczniów, a nie grupka rap­tem sze­ściu ko­biet, re­dak­to­rek ja­kie­goś pi­sma po­rad­ni­czego. Mie­siąc temu za­pi­sały się one na jego za­ję­cia z kung-fu Wing Tsun Kuen całą bandą. I z góry opła­ciły kar­nety na trzy mie­siące! Po­zo­stali kur­sanci po­ja­wiają się spo­ra­dycz­nie, płacą raz za tre­ning, a po­tem zni­kają na mie­siąc, wra­cają, znów płacą za jedno wej­ście… i tak w kółko. W ogóle nie można na nich po­le­gać, a prze­cież kung-fu wy­maga sys­te­ma­tycz­no­ści i kon­se­kwen­cji! Sys­te­ma­tycz­no­ści (w kwe­stii uisz­cza­nia opłat) kon­se­kwent­nie ocze­kuje też ad­mi­ni­stra­cja bloku, w któ­rym mie­ści się pro­wa­dzony przez Kubę City Fit­ness Club… Ad­res to ulica Grzy­bow­ska, czyli cen­trum War­szawy, klienci jed­nak naj­wy­raź­niej tego nie do­ce­niają. Nie pchają się drzwiami i oknami. Szcze­rze mó­wiąc, w ogóle się nie pchają.

– Ji! Ar! San! Sy! – grom­kim gło­sem od­li­cza po chiń­sku Kuba, młó­cąc w takt tych słów po­wie­trze. – Stoi twa­rzą do kur­san­tek, kon­tro­lu­jąc, czy po­praw­nie go na­śla­dują. To zna­czy… od razu wi­dzi, że nie. Na­wet nie musi się im spe­cjal­nie przy­glą­dać…

Agnieszka – za­miast na wprost – bez sensu ma­cha ra­mio­nami na boki. Gdyby w ten spo­sób chciała ko­goś ude­rzyć, mu­sia­łaby usta­wić się do prze­ciw­nika pro­fi­lem.

Ju­lita z ko­lei w ogóle nie za­daje cio­sów, tylko wy­ko­nuje rę­kami w po­wie­trzu ja­kiś kar­ko­łomny mły­nek. W czar­nej go­dzi­nie mo­głaby li­czyć wy­łącz­nie na to, że na wi­dok jej cu­dacz­nych ru­chów na­past­nik prze­wróci się ze śmie­chu.

Naj­wię­cej serca w ćwi­cze­nia wkłada ta drobna blon­dynka – Pa­try­cja. Na­wet nie­źle dziew­czy­nie wy­cho­dzi, ale w jej aku­rat stronę Kuba stara się zbyt czę­sto nie zer­kać, bo gdy tylko rzuci na nią choćby jed­nym okiem, świ­druje go ona spoj­rze­niem tak go­rą­cym, że aż czer­wie­nieje mu skóra na po­licz­kach. Na­wet on, który – uj­mu­jąc to de­li­kat­nie – nie jest ko­bie­cia­rzem (czy ra­czej, jak ma­wiali o nim kum­ple z Aka­de­mii Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­nego, jest do­sko­nałą an­ty­tezą po­ję­cia „pod­ry­wacz”), ro­zu­mie, że to nie fa­scy­na­cja sta­ro­żytną sztuką walki trzyma Pa­try­cję w jego gru­pie…

– Ji! Ar! San! Sy! – od­li­cza już po raz enty Kuba, mimo na­ra­sta­ją­cego znie­chę­ce­nia wciąż ma­jący na­dzieję, że kur­santki, które prze­cież pa­trzą, jak on ćwi­czy, za­czną wresz­cie wy­ko­ny­wać swoje tech­niki po­praw­nie. Mógłby oczy­wi­ście co chwila zwra­cać im uwagę. Mó­wić: „Ro­bisz to źle, po­praw się, nie garb się, uszczel­nij gardę”. Mógłby pro­sto­wać im skrzy­wione plecy, po­ka­zy­wać, jak pro­wa­dzić w ude­rze­niu ręce i w jaki spo­sób co­fać ra­miona do gardy, ale… Na­uczył się już, że im su­row­szym i bar­dziej cze­pial­skim jest in­struk­to­rem, tym szyb­ciej ucie­kają od niego kur­sanci. Szcze­gól­nie ko­biety nie lu­bią woj­sko­wego drylu. Przy nich trzeba być uśmiech­nię­tym, po­god­nym, chwa­lą­cym, po­zy­tyw­nie na­sta­wio­nym i – no, cho­lera, po­wiedzmy to – lekko uwo­dzi­ciel­skim. – Stop! Opuść­cie gardę, roz­luź­nij­cie ręce – wy­daje po­le­ce­nie. I czu­jąc fałsz we wła­snym gło­sie, do­daje: – Bar­dzo do­brze, wi­dać, że ro­bi­cie po­stępy. Jest jesz­cze to i owo do po­pra­wie­nia, ale pod­stawy już za­ła­pa­ły­ście. Te­raz przej­dziemy więc do tech­niki czi sao, czyli…

– Na­uki na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów z part­ne­rem! – ra­do­śnie wpada mu w słowo Pa­try­cja, która do tej czę­ści tre­nin­gów za­wsze pod­cho­dzi z naj­więk­szym en­tu­zja­zmem.

– Na­uki utrzy­my­wa­nia bez­piecz­nego dy­stansu z prze­ciw­ni­kiem – po­pra­wia ją ła­god­nie Kuba, uda­jąc, że nie do­strzega alu­zji czy sy­gna­łów, któ­rymi bije w niego ta blon­dy­neczka.

Co tu kryć, na­głe ob­ja­wie­nie się tak licz­nej grupy kur­san­tek ura­to­wało Kubę przed ko­lejną wi­zytą win­dy­ka­to­rów. Smutni pa­no­wie za­glą­dali ostat­nio do jego klubu z re­gu­lar­no­ścią szwaj­car­skiego ze­garka. Ad­mi­ni­stra­cja na­prawdę nie mu­siała z po­wodu drob­nych, hm, nie­cią­gło­ści płat­ni­czych, ucie­kać się od razu do ta­kiego spo­sobu! Kiedy więc w re­cep­cji klubu zma­te­ria­li­zo­wała się ta gro­madka pań, py­ta­jąc Pawła – je­dy­nego pra­cow­nika za­trud­nia­nego przez Kubę (odźwier­nego, kel­nera w mi­ni­ba­rze z na­po­jami ener­ge­ty­zu­ją­cymi i in­struk­tora fit­ness w jed­nej oso­bie) – o za­ję­cia z ae­ro­biku, ukła­dów syn­chro­nicz­nych dla che­er­le­ade­rek lub choćby, jakże mod­nego ostat­nio, tańca na ru­rze, Kuba zro­zu­miał, że musi zro­bić wszystko, żeby je u sie­bie za­trzy­mać. Ale jak? Za­ba­ry­ka­do­wać drzwi i okna i jesz­cze de­spe­racko po­ło­żyć się w progu? Co do tego, że za­nęci te wiel­ko­miej­skie ko­bietki swoją szkołą kung-fu, ja­koś od razu wy­zbył się złu­dzeń. Za­czął więc wić się w wy­ja­śnie­niach, że na­ucza ko­bie­cego stylu walki, cze­goś w sam raz dla ta­kich prze­bo­jo­wych dziew­czyn jak one, bo prze­cież le­genda głosi, że przed wie­kami wła­śnie tę od­mianę kung-fu wy­my­śliła dziew­czyna o imie­niu Pięk­ność Wio­sny, czyli po chiń­sku wła­śnie Wing Tsun…

Mó­wiąc to, szybko spo­strzegł, że jedna z ko­biet za­czyna w sku­pie­niu od­czy­ty­wać na swoim iPho­nie ja­kąś wia­do­mość, druga dys­kret­nie ziewa, a trze­cią in­te­re­suje wy­łącz­nie za­war­tość jej wła­snej to­rebki. „Nie udało się. Za­raz odejdą szu­kać klubu z tym pie­przo­nym ae­ro­bi­kiem” – po­my­ślał wtedy, tra­cąc po­woli wą­tek w swo­jej opo­wie­ści o mło­dej Chince, która ty­siąc lat temu wy­my­śliła styl walki, któ­rego dziś nikt już nie chce tre­no­wać.

I wtedy stał się cud. A to za sprawą fi­li­gra­no­wej, ale bar­dzo ener­ge­tycz­nej blon­dy­neczki, która naj­wy­raź­niej prze­wo­dziła gru­pie.

– Słodko pan marsz­czy czoło, opo­wia­da­jąc o tej chiń­skiej wio­śnie – oznaj­miła, pa­trząc mu w oczy, po czym krzyk­nęła do swo­jej gro­madki: – Dziew­czyny! Za­pi­su­jemy się na za­ję­cia. Ten przy­stoj­niak zrobi z każ­dej z nas Larę Croft! – Po­tem z we­rwą wy­cią­gnęła do Kuby swoją drobną rączkę, wy­zna­jąc: – Od­daję się w twoje ręce, mi­strzu. Je­stem Pa­try­cja. Dla przy­ja­ciół Pati.

Tak to się za­częło. Pra­wie trzy ty­go­dnie temu. Dziew­czyny pod wo­dzą Pati przy­cho­dzą od tam­tej pory we wtorki i piątki. Ćwi­czą pół­to­rej go­dziny, od dzie­więt­na­stej do dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści. Dzi­siej­szy, piąt­kowy tre­ning jest już ich czwar­tym… nie, pią­tym spo­tka­niem. Kuba na­uczył je do tej pory po­zy­cji klep­sy­dry (nogi lekko ugięte, ko­lana ra­zem, palce stóp skie­ro­wane ku so­bie), po­zy­cji wy­krocz­nej (cię­żar ciała głów­nie na tyl­nej no­dze), trzy­ma­nia gardy, ude­rze­nia rę­kami na wprost i kilku blo­ków.

***

– Za­nu­dzisz je – po­wie­dział Pa­weł po ostat­nim, wtor­ko­wym spo­tka­niu. – Pa­trzę na was zza tego swo­jego barku i wi­dzę, że pa­nienki za­czy­nają zie­wać. One chcą ru­chu, mu­zyki, ener­gii, a nie tego two­jego żmud­nego mie­sza­nia po­wie­trza rę­kami.

– Wi­dzę, że nie­źle znasz się na kung-fu – od­burk­nął Kuba.

– Na kung-fu się nie znam i tak szcze­rze mó­wiąc, mam je w du­pie. – Na opa­loną na so­la­rium twarz Pawła wy­pły­nął iro­niczny uśmiech. – Ale znam się na ko­bie­tach. I po­wiem ci, że gdyby nie Pati, która przy­cho­dzi tu­taj, bo roz­pacz­li­wie chce cię po­de­rwać, pa­nienki już dawno by so­bie od­pu­ściły tę twoją mo­no­tonną do wy­rzy­ga­nia Pięk­ność Wio­sny.

– Słu­chaj, wo­lał­bym, że­byś się tro­chę ha­mo­wał, kiedy wy­po­wia­dasz się o sztuce walki, któ­rej po­świę­ci­łem kilka lat ży­cia…

– Nie gnie­waj się, sze­fie, ale zmar­no­wa­łeś te lata. Trzeba było, jak ja, po­uga­niać się w tym cza­sie za ko­biet­kami, po­ba­wić się… À pro­pos, kiedy weź­miesz się wresz­cie za tę Pa­try­cję? Chyba wiesz, jak to się robi? Mam na­dzieję, że twoje kung-fu nie na­ka­zuje ci ce­li­batu?

– Nie jest w moim ty­pie. Nie lu­bię ko­biet, które na­rzu­cają się fa­ce­tom.

– Le­piej zmień swoje za­sady, bo jak bę­dziesz taki drę­twy, dziew­czyna się w końcu znie­chęci. A bez niej cała grupa roz­sy­pie ci się w pięć mi­nut! – Pa­weł w uśmie­chu za­pre­zen­to­wał lśniąco białe zęby. – Zdaje się, że tylko ona wie­rzy jesz­cze w tę twoją pod­sta­rzałą i nudną jak stara panna Pięk­ność Wio­sny…

– Pro­si­łem cię, że­byś nie wy­po­wia­dał się na te­maty, na któ­rych się…

– No, chyba że zo­sta­wisz tę wie­ko­po­mną sztukę walki dla sie­bie, a dziew­czy­nom po­ka­żesz ja­kieś nor­malne ćwi­cze­nia – mó­wił da­lej Pa­weł, zu­peł­nie nie­zra­żony mar­sową miną Kuby. – Ja­kiś di­sco bo­xing albo coś. Jak nie po­tra­fisz, mogę je wziąć w ob­roty. Lu­bię ta­kie dra­pieżne kotki.

***

Dla­czego aku­rat dzi­siaj, pod ko­niec tre­ningu, przy­po­mina so­bie tamtą roz­mowę? Bo Pa­weł miał ra­cję. Kuba ob­ser­wuje miny ćwi­czą­cych ko­biet i – mó­wiąc naj­de­li­kat­niej – nie wi­dzi w nich za­an­ga­żo­wa­nia. Fak­tycz­nie, gdyby nie de­ter­mi­na­cja Pati, pew­nie już dawno by so­bie po­szły ćwi­czyć gdzie in­dziej, wcze­śniej za­żą­daw­szy zwrotu pie­nię­dzy za kar­nety. Kuba po­sta­na­wia więc za­koń­czyć tre­ning dy­na­micz­nym ak­cen­tem.

– Te­raz na­uczę was pod­sta­wo­wego kop­nię­cia! – oznaj­mia, uda­jąc, że nie sły­szy szep­ta­nych mię­dzy pa­niami ko­men­ta­rzy w ro­dzaju: „No, może wresz­cie za­cznie się coś tu­taj dziać”. – O, tak to się robi. – Staje w po­zy­cji z ob­cią­żoną nogą za­kroczną i szyb­kim, krót­kim ru­chem ko­pie nogą wy­kroczną na wy­so­kość pasa swo­jego wy­ima­gi­no­wa­nego prze­ciw­nika.

– I już? – pyta Agnieszka, na­wet nie uda­jąc roz­cza­ro­wa­nia. – Tylko tyle?

– Na­prawdę to wierz­gnię­cie jest kop­nia­kiem w twoim kung-fu? – nie może na­dzi­wić się Ju­lita.

– Spo­koj­nie, dziew­czyny – pró­buje ra­to­wać sy­tu­ację Pa­try­cja. – On prze­cież okre­ślił je „pod­sta­wo­wym” kop­nię­ciem, prawda? Na pewno masz w za­na­drzu… – mó­wiąc to, zwraca się do co­raz bar­dziej skon­fun­do­wa­nego Kuby – …ja­kieś inne, bar­dziej wy­strza­łowe tech­niki…

„To ko­niec. Nie prze­dłużą kar­ne­tów” – w gło­wie Kuby hu­czy roz­pacz­liwa myśl, ale (bo co ma niby zro­bić?) in­struk­tor przy­znaje:

– To jest… wła­ści­wie je­dyne kop­nię­cie w tym stylu walki. In­nych nie ma… – Po tym oświad­cze­niu za­pada nie­mal na­ma­calna ci­sza. Kuba pró­buje ją roz­pro­szyć: – Są oczy­wi­ście różne mo­dy­fi­ka­cje tego ude­rze­nia. Kop­nię­cie w ko­lano, pod­cię­cie…

– Kop­nię­cie w ko­lano?! – pry­cha Agnieszka. – Jaja so­bie ro­bisz? To ja po to się tu­taj od ty­go­dni mę­czę w tej idio­tycz­nej po­zy­cji klep­sy­dry, żeby te­raz się do­wie­dzieć, że nie na­uczysz nas żad­nych wy­ko­pów z ob­rotu, wy­skoku i… – prze­rywa na chwilę dla na­bra­nia tchu, a po­tem oznaj­mia z wy­rzu­tem: – Jak mo­głeś obie­cy­wać, że z każ­dej z nas zro­bisz Larę Croft! Ty w ogóle wi­dzia­łeś ten film?! Halo, po­budka!

– Spo­koj­nie, la­ski! – od­zywa się nie­ocze­ki­wa­nie Pa­try­cja. – Aga do­brze po­wie­działa. Nie po to się tu­taj od paru ty­go­dni mę­czymy, żeby zra­żać się jedną wpadką mi­strzu­nia. Wszystko jest do na­pra­wie­nia. My­ślę, że skoro kop­nię­cie pod­sta­wowe ma tyle mo­dy­fi­ka­cji, to można wpro­wa­dzić także inne. Na przy­kład wal­nię­cie z ob­rotu w czyjś pysk! – do­daje, wy­ko­nu­jąc z za­dzi­wia­jącą lek­ko­ścią coś na kształt ciosu ro­dem z filmu Tomb Ra­ider. – Do­brze mó­wię? – pod­su­mo­wuje, pa­trząc na Kubę tak wy­mow­nie, jakby chciała te­le­pa­tycz­nie prze­ka­zać mu je­den, pro­sty ko­mu­ni­kat: „Tylko te­raz tego nie spieprz”.

– Hm, no ja­sne! Oczy­wi­ście. – Kuba się uśmie­cha, z lek­kim nie­po­ko­jem my­śląc, co po­wie­działby jego mistrz na wieść o tym, że wła­śnie zgo­dził się na hol­ly­wo­od­zką mo­dłę zmo­dy­fi­ko­wać styl walki, który w nie­zmie­nio­nej for­mie prze­trwał ty­siąc lat… – Na dzi­siaj ko­niec! Do zo­ba­cze­nia we wto­rek! – oznaj­mia gru­pie, do­rzu­ca­jąc w my­ślach: „Mam na­dzieję, że do zo­ba­cze­nia”.

Kur­santki zni­kają w szatni, Kuba zmę­czo­nym kro­kiem pod­cho­dzi do barku i otwiera bu­telkę wody.

– No to żeś im strze­lił po­ka­zówę, sze­fu­niu. – Pa­weł dusi się ze śmie­chu. – Za­sto­suj to swoje kop­nię­cie, jak przyjdą tu znowu ko­mor­nicy. Może wzbu­dzisz ich li­tość i się od­cze­pią.

– Za­mknij się, bo… – pró­buje się od­gryźć Kuba.

– Idziemy na pizzę! Czy mistrz wy­rwie się z nami? – sły­szy za sobą pe­łen ener­gii głos Pati, która już zdą­żyła ze swoją gro­madką wyjść z szatni.

– Mu­szę pil­no­wać klubu – od­po­wiada zmę­czo­nym gło­sem.

– Pa­weł cię może za­stą­pić – ri­po­stuje na­tych­miast Pa­try­cja.

– Pa­weł? Ale on jest tu tylko… – urywa. „Le­piej zmień swoje za­sady”, przy­po­mi­nają mu się słowa tego na­pom­po­wa­nego na si­łowni, opa­lo­nego na skwarkę pa­jaca. Ma jed­nak fa­cet ra­cję… – Su­per! – od­po­wiada, si­ląc się na en­tu­zjazm. – Za pięć mi­nut będę go­towy – do­rzuca, uda­jąc, że nie za­uważa trium­fal­nego uśmie­chu swo­jego iry­tu­ją­cego pra­cow­nika.

IV

Wielka sala o po­wierzchni około dwu­stu me­trów kwa­dra­to­wych, w któ­rej na­gry­wany jest pro­gram Do­bry po­ra­nek, mie­ści się na pią­tym pię­trze. Na dole bu­dynku, w holu, każdy wcho­dzący na­tyka się naj­pierw na re­cep­cjo­nistkę.

– Czym mogę słu­żyć? – pyta sym­pa­tyczna dziew­czyna. I choć życz­li­wie się uśmie­cha, od razu czu­jesz, że le­piej szybko po­dać do­bry po­wód obec­no­ści w tym miej­scu.

Tłu­ma­czysz więc, że masz za­pro­sze­nie do pro­gramu Do­bry po­ra­nek… Okej, spraw­dzimy. Dziew­czyna gdzieś dzwoni, ko­muś po­daje twoje na­zwi­sko, w po­rządku.

– Za­raz zej­dzie asy­stentka – mówi ta­jem­ni­czo i traci tobą za­in­te­re­so­wa­nie.

Asy­stentka jest tak samo młodą i tak samo uśmiech­niętą dziew­czyną jak ta w re­cep­cji. Wy­siada z windy, mówi „dzień do­bry” i już po­zna­jesz po gło­sie, że to jest wła­śnie ta osoba, która za­dzwo­niła do cie­bie o go­dzi­nie siód­mej zero pięć (jest so­bota), wy­ry­wa­jąc cię ze snu słod­kim py­ta­niem:

– Czy pan jest już w dro­dze do nas? Pro­simy o wcze­śniej­sze przy­by­cie, mu­simy jesz­cze od­dać pana w ręce wi­za­żystki, no i pro­gram jest na­gry­wany na żywo, wia­domo, le­piej być wcze­śniej…

Dla ko­goś, kto my­ślał, że na na­gra­nie za­pla­no­wane na dzie­wiątą można do­trzeć z pięt­na­sto­mi­nu­to­wym za­pa­sem, i na­sta­wił bu­dzik na wpół do ósmej, ta­kie prze­bu­dze­nie sta­nowi nie­zły bo­dziec do dzia­ła­nia. Wsia­da­jąc więc o go­dzi­nie ósmej zero zero do windy w to­wa­rzy­stwie asy­stentki, czu­jesz się jak ułan, który wła­śnie za­koń­czył ostrą szarżę ka­wa­le­ryj­ską. Cały po­ra­nek – po­cząw­szy od ma­łego kłam­stewka („Tak, je­stem już w dro­dze, nie­długo u pań­stwa będę”) – upły­nął ci w biegu (szyb­kie my­cie, szybka kawa, szyb­kie ubie­ra­nie, a po­tem bieg do au­to­busu) i stre­sie (na przy­go­to­wane wczo­raj ele­ganc­kie ciu­chy wy­lała się kawa, klu­cze od miesz­ka­nia gdzieś znik­nęły, au­to­bus od­je­chał). No ale na­resz­cie je­steś na miej­scu. Winda do­jeż­dża na piąte, asy­stentka pro­wa­dzi do sali, w któ­rej po­wstaje Do­bry po­ra­nek. Po le­wej wi­dzisz sta­no­wi­ska wi­za­ży­stek, sie­dzą tam lu­dzie o nie­pew­nych mi­nach z pu­dro­wa­nymi no­sami i za­ma­lo­wy­wa­nymi ko­rek­to­rem pie­przy­kami. Na środku hali są skó­rzane fo­tele, sofy i stół, przy któ­rych sie­dzą jesz­cze bar­dziej stre­mo­wani osob­nicy – ci wcho­dzą na wi­zję już za kilka mi­nut. Po pra­wej, pod prze­szkloną ścianą, z któ­rej roz­ta­cza się pa­no­rama cen­trum War­szawy, jest pod­wyż­sze­nie z dwiema mniej­szymi so­fami. Na jed­nej sie­dzą wy­lu­zo­wani pro­wa­dzący pro­gram re­dak­to­rzy, na dru­giej – si­lący się na luz ich go­ście. Wo­kół ka­mery, mi­kro­fony, lampy, ka­ble i lu­dzie z ob­sługi tech­nicz­nej. W tym mo­men­cie za­czy­nasz się za­sta­na­wiać, czy nie le­piej było zo­stać w domu, w cie­płym łóżku. Nie ma jed­nak od­wrotu. Zwal­nia się miej­sce na jed­nym ze sta­no­wisk przed wiel­kim lu­strem. Sia­dasz i po­zwa­lasz pu­dro­wać się wi­za­ży­stce. W lu­strze wi­dzisz swoją twarz. Masz bar­dzo nie­pewną minę…

***

„Cho­lera, o czym ja wła­ści­wie mam tu­taj ga­dać?” – my­śli lekko spa­ni­ko­wany Kuba, który wła­śnie prze­brnął przez to wszystko i za­siadł w po­dob­nym do fry­zjer­skiego fo­telu. Do udziału w pro­gra­mie na­mó­wił go Da­rek, naj­lep­szy kum­pel jesz­cze z cza­sów pod­sta­wówki. Da­rek w te­le­wi­zji pra­cuje jako re­se­ar­cher. Ina­czej mó­wiąc, ma za za­da­nie wy­naj­dy­wać roz­mów­ców dla re­dak­to­rów.

– Stary, to jest ła­twi­zna – po­wie­dział Ku­bie parę dni temu. – Roz­mowa trwa kilka mi­nut. Mar­cin i Do­rota, zna­czy się pro­wa­dzący, zdążą ci za­dać tylko kilka py­tań. I po spra­wie.

– No tak, ale o co będą py­tać? – przy­tom­nie in­da­go­wał Kuba. – Bo ja znam się tylko na pro­wa­dze­niu klubu fit­ness, kung-fu i…

– Te­mat roz­mowy: tra­dy­cja ro­dzinna – prze­rwał mu Da­rek.

– Tra­dy­cja ro­dzinna? Zwa­rio­wa­łeś? Prze­cież znasz moją sy­tu­ację! Co aku­rat ja mogę wie­dzieć o ro­dzin­nej tra­dy­cji?

– Pro­szę cię, to tylko kilka mi­nut…

Kuba na­gle na­brał po­dej­rzeń.

– Ty, a wła­ści­wie, dla­czego tak bar­dzo ci za­leży, że­bym tam po­szedł? Pra­cu­jesz w tej te­le­wi­zji od trzech lat i ni­gdy nie pro­po­no­wa­łeś mi udziału w pro­gra­mie.

– Okej, w po­rządku, do­bra. Przy­znam się jak na spo­wie­dzi. Wła­śnie wy­co­fał się je­den z roz­mów­ców. A na wi­zji ko­niecz­nie mają być trzy osoby: taki je­den pro­fe­sor od he­ral­dyki, ja­kaś ko­bieta, która zna losy swo­jego rodu od po­ko­leń i… No nie­ważne, ktoś trzeci. Po­my­śla­łem o to­bie, bo wspo­mi­na­łeś, że masz mało klien­tów na te swoje tre­ningi. Od­po­wia­da­jąc na jedno z py­tań, wspo­mnij więc, że dla cie­bie bar­dzo ważna jest tra­dy­cja chiń­skiej sztuki walki, któ­rej na­uczasz tu i tu. Zrób so­bie za darmo re­klamę. W tym cza­sie an­te­no­wym pro­gram ogląda mi­lion wi­dzów. Czło­wieku, mi­lion wi­dzów! Zo­ba­czysz, klienci będą wa­lić do cie­bie drzwiami i oknami!

– Na­prawdę po­my­śla­łeś, żeby mi po­móc? – Ku­bie zro­biło się tro­chę głu­pio, że tak do­py­ty­wał Darka.

– Na­prawdę! – żar­li­wie za­pew­nił przy­ja­ciel.

***

Ola, idąc krok w krok za przy­dzie­loną asy­stentką, wy­cho­dzi z windy i od razu zo­staje za­pro­wa­dzona do fo­tela wi­za­żystki. Obok niej pu­drują nos ja­kie­muś przy­stoj­nia­kowi, który wpa­truje się w swoje od­bi­cie z dość nie­obecną, ale za­fra­so­waną miną. Ola siada wy­god­nie, po­zwa­la­jąc ukła­dać so­bie włosy, apli­ko­wać bazę, pod­kład i pu­der. W lu­strze wi­dzi, co dzieje się na pod­wyż­sze­niu, na któ­rym na­gry­wany jest pro­gram. Pro­wa­dzący re­dak­to­rzy – drą­gal o imie­niu Mar­cin i kor­pu­lentna, sym­pa­tyczna Do­rota – wła­śnie ra­zem ze swo­imi go­śćmi z cze­goś się za­śmie­wają. Nie sły­szy, o czym mowa, ale wy­gląda na to, że pa­nuje tam miła i swo­bodna at­mos­fera. Od­dy­cha z ulgą. Dla Oli to ma być pierw­szy wy­stęp na żywo. Ba! Pierw­sza wi­zyta w stu­diu te­le­wi­zyj­nym. Czuje więc lekką tremę. Po­znała Do­rotę – jako jedną z sze­fo­stwa pro­gramu – gdy od­by­wała w sta­cji ra­dio­wej staż po pierw­szym roku stu­diów. Kilka dni temu to wła­śnie ona za­dzwo­niła na te­le­fon re­dak­cyjny Oli.

– Ty mnie w ogóle jesz­cze pa­mię­tasz? – zdzi­wiła się, sły­sząc w słu­chawce głos te­le­wi­zyj­nej gwiazdy.

– No ja­sne! Czy­tuję twoje tek­sty w „An­geli”.

– Jaja so­bie ro­bisz…

– No do­bra, prze­sa­dzi­łam. Fakt, jesz­cze przed chwilą nie wie­dzia­łam, gdzie pra­cu­jesz. Na­miar na cie­bie zna­lazł mi Da­rek, zna­czy się je­den z na­szych re­se­ar­che­rów. Ale pa­mię­tam cię z prak­tyk w mo­jej daw­nej roz­gło­śni. Masz taki ra­diowy głos… Mar­nu­jesz się w tej pra­sie ko­bie­cej.

– Nie ob­raź się, ale nie uwie­rzę, że dzwo­nisz po dzie­się­ciu la­tach tylko po to, żeby kry­ty­ko­wać moje ży­ciowe wy­bory – od­po­wie­działa Ola.

Od­po­wie­dział jej śmiech.

– No tak, nic się nie zmie­ni­łaś. Ten sam cięty ję­zyk. Zga­dza się, dzwo­nię w in­nej spra­wie. W tę so­botę mamy w pro­gra­mie roz­mowę na te­mat tra­dy­cji ro­dzin­nych. Wiesz… czy warto znać swo­ich przod­ków, co nam to daje i ta­kie tam.

– No i?

– No i pa­mię­tam, jak po­wie­dzia­łaś kie­dyś, że znasz hi­sto­rię swo­jej ro­dziny na kil­ka­na­ście po­ko­leń wstecz. Ko­goś ta­kiego po­trze­buję do roz­mowy. Bę­dzie jesz­cze pro­fe­sor od he­ral­dyki i od­czy­ty­wa­nia sta­rych do­ku­men­tów oraz ja­kiś chło­pak, który w ogóle nie wie, skąd się wziął na świe­cie, bie­da­czek.

– I chce się tym chwa­lić pu­blicz­nie?

– Lu­dzie po­chwalą się wszyst­kim, żeby tylko za­ist­nieć w te­le­wi­zji.

– Być może. Ale nie ja – od­po­wie­działa Ola ka­te­go­rycz­nie.

– Rany. Dla­czego?

– Je­śli pa­mię­tasz, jak opo­wia­da­łam o tych swo­ich przod­kach, to pew­nie nie za­po­mnia­łaś też, że za­wsze uwa­ża­łam całe to mi­to­lo­gi­zo­wa­nie swo­jego po­cho­dze­nia, ob­no­sze­nie się ze sta­rymi her­bami i inne ta­kie bzdury za że­nu­jące i głu­pie. Bo naj­waż­niej­sze, kim się jest tu i te­raz. A nie, co osią­gnęli lu­dzie, z któ­rymi łą­czy cię tylko część two­jego DNA. Bar­dzo ci więc dzię­kuję za pa­mięć i cie­kawą pro­po­zy­cję, ale je­stem zmu­szona…

– Po­cze­kaj, prze­cież ja cię nie pro­szę, że­byś mi­to­lo­gi­zo­wała, czy jak to chcesz na­zy­wać, swoją ro­dzinę. Po­wiedz na an­te­nie to, co te­raz. I bę­dzie okej.

– No nie wiem… – za­wa­hała się Ola.

– Nie gnie­waj się, ale szu­ka­jąc cię w tej re­dak­cji, za­dzwo­ni­łam naj­pierw do two­jej na­czel­nej – do­dała Do­rota. – Wy­ja­śni­łam, czemu po­trze­buję do cie­bie kon­taktu i…

– I? – pod­chwy­ciła Ola, czu­jąc, że ogar­nia ją fala gniewu.

– Pani Kry­styna bar­dzo się ucie­szyła. Zwłasz­cza gdy jej obie­ca­łam, że pod­pi­szemy cię w pa­sku z imie­nia, na­zwi­ska i ty­tułu, w któ­rym pra­cu­jesz.

***

Kuba do­piero te­raz za­uważa, że sie­dząca obok niego sza­tynka dys­kret­nie przy­gląda się mu w lu­strze. Męż­czy­zna w pierw­szej chwili od­ru­chowo ucieka wzro­kiem. Po­tem pa­trzy jesz­cze raz – dziew­czyna jest na­prawdę ładna. Dłu­gie, pro­ste włosy, nie­bie­skie oczy, pro­sty no­sek, kształtne usta. Nie jest może pięk­no­ścią w hol­ly­wo­odz­kim ro­zu­mie­niu tego słowa, ale urody z pew­no­ścią jej nie brak. Bar­dzo ko­bieca, wy­gląda też na zde­cy­do­waną i pewną sie­bie. Ich spoj­rze­nia (czy ra­czej od­bi­cia ich spoj­rzeń) znowu się spo­ty­kają. Kuba wła­śnie po­sta­na­wia się tym ra­zem uśmiech­nąć, kiedy – cho­lera, do­kład­nie w tym mo­men­cie – wi­za­żystka do­no­śnym gło­sem oznaj­mia:

– Już pana wy­koń­czy­łam, za­pra­szam na fo­tel obok.

Kuba zrywa się jak opa­rzony i nie roz­glą­da­jąc się wię­cej, ru­sza w kie­runku skó­rza­nego kom­pletu, na któ­rym pocą się ocze­ku­jący na swoją ko­lej go­ście.

***

Chwilę wcze­śniej Ola do­brze przyj­rzała się pu­dro­wa­nemu są­sia­dowi. Fa­cet ma w so­bie coś, co przy­ciąga wzrok ko­biet. Ciemne włosy, ukła­da­jące się w na­tu­ralne fale, opa­da­jące na wy­so­kie, prze­cięte po­ziomą zmarszczką czoło, a do tego gę­ste, zro­śnięte u na­sady brwi, gruby nos bok­sera i kwa­dra­towa szczęka, po­kryta gra­na­to­wym cie­niem sta­ran­nie wy­go­lo­nego za­ro­stu. By­łaby to twarz praw­dzi­wego twar­dziela, gdyby nie oczy. Duże, brą­zowe, tro­chę jakby smutne, tro­chę jakby zdzi­wione. Spoj­rze­nie wiel­kiego, cie­ka­wego świata, ale na­iw­nego chłopca.

Męż­czy­zna za­uwa­żył jej wzrok, co jed­nak Oli ani tro­chę nie spe­szyło. Nie na­leży do dziew­czyn czer­wie­nią­cych się z byle po­wodu. On jed­nak, co było na­wet na swój spo­sób uro­cze, na­tych­miast od­wró­cił oczy. Nie­śmiały jak dzie­ciak. Ola uśmiech­nęła się ukrad­kiem i prze­stała zwra­cać na niego uwagę. Choć w prze­ci­wień­stwie do na przy­kład Pa­try­cji nie ma zbyt wielu do­świad­czeń w kon­tak­tach z fa­ce­tami, to na pewno nie kręcą jej ci, któ­rzy boją się ko­biet. A nie­stety Ola ma w so­bie aku­rat coś ta­kiego, że w jej to­wa­rzy­stwie więk­szość pa­nów za­czyna wy­co­fy­wać się racz­kiem. Tym ra­zem jed­nak ką­tem oka za­uwa­żyła, że nie­zna­jomy znów za­czął się jej przy­glą­dać. Przez chwilę go igno­ro­wała, aż wresz­cie prze­nio­sła spoj­rze­nie na jego od­bi­cie. Cie­kawe, czy znowu wbije oczy gdzieś w pod­łogę. Wtedy jed­nak wi­za­żystka ze­rwała okry­wa­jący go far­tuch i wład­czym to­nem po­le­ciła mu prze­nieść się na sofę. Wy­pro­sto­wał się (jest wy­soki, pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wany!) i od­szedł. Ola za­uwa­żyła jesz­cze w swoim lu­strze, że fa­cet – choć musi wa­żyć z dzie­więć­dzie­siąt kilo – chód ma sprę­ży­sty i lekki. „Sku­ba­niec, po­ru­sza się jak ko­cur” – po­my­ślała, ale se­kundę póź­niej już o nim za­po­mniała.

***

Z sof i fo­teli, na któ­rych po­sa­dzeni zo­stali Kuba i Ola, po­woli zni­kają ko­lejni za­pro­szeni do pro­gramu roz­mówcy. Na pierw­szy ogień idzie ja­kiś raj­dowy mistrz sa­mo­cho­dowy i gwiazdka se­rialu, o któ­rym ani Ola, ani Kuba ni­gdy nie sły­szeli. Te­mat roz­mowy: czy warto żyć szybko i odejść z hu­kiem. Pięć mi­nut, go­ście koń­czą w pół słowa (czas na re­klamy) i wy­cho­dzą, a po chwili z sofy pod­nosi się ko­lejny ze­staw – po­ro­śnięty rzadką brodą po­dróż­nik, ko­bieta, która wdra­pała się na ja­kiś szczyt, i ubrany w strój służ­bowy i na­szywki z nie­bie­skim krzy­żem ra­tow­nik Ta­trzań­skiego Ochot­ni­czego Po­go­to­wia Ra­tun­ko­wego. Te­mat roz­mowy: dla­czego lu­dzie cho­dzą w góry. Osiem mi­nut i za­gad­nie­nie zo­staje wy­czer­pane, a go­ście mogą wra­cać do do­mów. TOPR-owiec wy­daje się lekko oszo­ło­miony tem­pem te­le­wi­zyj­nego ży­cia. Ku­bie robi się go na­wet żal – fa­cet je­chał kilka go­dzin po­cią­giem z Za­ko­pa­nego, żeby po­wie­dzieć dwa zda­nia, i te­raz ma przed sobą kilka go­dzin tłu­cze­nia się z po­wro­tem.

Do Oli (do Kuby zresztą też) po­woli do­ciera, że oni dwoje i sześć­dzie­się­cio­letni fa­cet w wy­mię­tym gar­ni­tu­rze o nie­ba­nal­nym kroju, który był modny kilka de­kad temu, są na­stęp­nym „ze­sta­wem do zma­glo­wa­nia te­matu”. Tym ra­zem: waga ro­dzin­nej tra­dy­cji. Wszy­scy troje za­czy­nają na sie­bie po­pa­try­wać.

„To ten gość, który nie wie kom­plet­nie nic o swoim po­cho­dze­niu” – my­śli o Ku­bie Ola. Czuje lekką iry­ta­cję, że ma tu ro­bić za ostoję ro­dzin­nego ładu i prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie war­to­ści.

„To ta pa­nienka, która przy­szła tu cheł­pić się roz­ro­śnię­tym ko­rze­niem swo­jego rodu” – pod­su­mo­wuje Olę z sar­ka­zmem Kuba.

A co cho­dzi po gło­wie fa­ce­towi od he­ral­dyki? Ani Oli, ani Kuby kom­plet­nie to nie ob­cho­dzi.

– Za­pra­szamy przed ka­mery – oznaj­mia z lek­kim pa­to­sem w gło­sie któ­raś z asy­sten­tek po po­nad pół­go­dzin­nym ocze­ki­wa­niu.

Kuba pusz­cza przo­dem Olę i pro­fe­sora od sta­ro­dru­ków, po­tyka się o ja­kiś ka­bel (za co tech­nik, któ­remu omal nie wy­rwał wtyczki od ka­mery, pio­ru­nuje go wzro­kiem), idzie w stronę re­dak­to­rów pro­wa­dzą­cych. Jesz­cze tylko przy­pię­cie mi­kro­fo­nów i za­cze­pie­nie por­tów do trans­mi­sji dźwięku. Jesz­cze uścisk dłoni pro­mien­nie uśmiech­nię­tego Mar­cina i uro­czo ro­ze­śmia­nej Do­roty. Jesz­cze przy­po­mnie­nie, jak kto ma na imię (god­ność pro­fe­sora to „pro­fe­sor Je­re­miasz Wol­ski”; nie chce, żeby mó­wić do niego ina­czej), i można za­czy­nać. Raz, dwa, trzy. Na jed­nej z ka­mer za­pala się czer­wona dioda i już wcho­dzą na wi­zję.

– Ro­dzinna tra­dy­cja, co to wła­ści­wie ta­kiego? – zwraca się Mar­cin do ka­mery gło­sem o dwa tony niż­szym niż przed chwilą.

– Czy do­brze jest znać dzieje swo­jej ro­dziny? Czy ist­nieją prze­ka­zy­wane z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie war­to­ści, któ­rymi warto kie­ro­wać się w ży­ciu? A może to tylko nie­po­trzebny ba­gaż mi­nio­nych dzie­jów? – wtó­ruje mu nieco me­lo­dra­ma­tycz­nie Do­rota.

Se­kundę póź­niej, kiedy Mar­cin przed­sta­wia za­pro­szo­nych do stu­dia go­ści, Kuba już go na­wet nie słu­cha. Wła­śnie do niego do­ciera, dla­czego się tu­taj zna­lazł – ma ro­bić za przed­sta­wi­ciela tych, któ­rzy nie mieli szczę­ścia otrzy­mać na po­dróż przez ży­cie „po­ży­tecz­nego ba­gażu dzie­jów”.

„Da­rek, już je­steś tru­pem” – my­śli ze zło­ścią i wtedy sły­szy skie­ro­wane do sie­bie py­ta­nie:

– Kuba, za­pa­no­wała ostat­nio moda na ro­dzinną he­ral­dykę, roz­ry­so­wy­wa­nie swo­ich drzew ge­ne­alo­gicz­nych i od­naj­dy­wa­nie pra­daw­nych przod­ków. Nie żal ci tro­chę, że nie mo­żesz w tym uczest­ni­czyć?

Na długą jak wiecz­ność i pu­stą jak wszech­świat se­kundę w mó­zgu Kuby za­pa­no­wuje kom­pletna ni­cość. A po­tem, ni­czym błysk su­per­no­wej, eks­plo­duje w nim wście­kłość. Chcą za­ba­wić się moim kosz­tem? My­ślą, że za­pro­sili do stu­dia fa­ceta, który bę­dzie bia­do­lił, że tak nie­wiele wie o swoim po­cho­dze­niu? No to się, kurna, za­raz zdzi­wi­cie.

– Dla mnie to tylko cho­lerna strata czasu.

– Strata czasu? – po­wta­rza nie­zbyt re­zo­lut­nie Mar­cin. Mimo ca­łego swo­jego wie­lo­let­niego do­świad­cze­nia te­le­wi­zyj­nego re­dak­tor wy­daje się nieco zbity z tropu. Ina­czej miała prze­bie­gać ta roz­mowa. Miało być miło, grzecz­nie, no, kur­czę, ro­dzin­nie. Prze­cież to te­le­wi­zja śnia­da­niowa!

– Ow­szem, strata czasu – po­wta­rza z mocą Kuba. – Bo ja­kie zna­cze­nie ma, no nie wiem… kto był na przy­kład twoim pra­dzia­dem za cza­sów Ja­giel­lo­nów? W jaki spo­sób to wpływa na twoje obecne ży­cie? Że był ry­ce­rzem? Że bił się z Krzy­ża­kami? I co z tego? To w ża­den spo­sób ani nie przy­daje ci chwały obec­nie, ani nie ozna­cza, że ty też bę­dziesz w swoim ży­ciu od­waż­nym czło­wie­kiem. On to on, ty to ty. Łą­czy was tylko parę ge­nów za­pi­sa­nych w ja­kimś frag­men­cie chro­mo­somu. Nic wię­cej. Trzeba być kom­plet­nym idiotą, żeby się pu­szyć swoim po­cho­dze­niem!

Ola w osłu­pie­niu słu­cha ty­rady tego nie­zna­jo­mego chło­paka o ła­god­nych (w każ­dym ra­zie do nie­dawna) oczach spa­niela. Bo raz – gno­jek skradł jej kwe­stię. To ona chciała za­sko­czyć pro­wa­dzą­cych (i tę idiotkę swoją na­czelną, która ją tu de facto przy­słała) taką kon­tro­wer­syjną wy­po­wie­dzią. Fa­cet prze­cież wy­ar­ty­ku­ło­wał do­kład­nie to, co ona my­śli na ten te­mat! I dwa – czuje się za­ata­ko­wana. Tak, za-a-ta-ko-wa-na. No bo skoro zo­stała przed chwilą przed­sta­wiona jako osoba, która zna całe po­ko­le­nia swo­ich przod­ków, a ten ko­leś na­zywa to idio­ty­zmem, to niby co ona ma te­raz zro­bić? Zgo­dzić się z przed­mówcą i przy­znać mu ra­cję? Nie­do­cze­ka­nie!

– Idio­tyczne to jest, za prze­pro­sze­niem… – za­wie­sza głos Ola i lekko kła­nia się Ku­bie – …od­ci­na­nie się od swo­jej ro­dziny.

– Ależ ja się wcale nie… – pró­buje bro­nić się Kuba, ale dziew­czyny już nie da się za­trzy­mać.

– Prze­cież je­ste­śmy w du­żej mie­rze tacy, ja­kimi ukształ­to­wali nas ro­dzice – mówi. – Ich z ko­lei kształ­to­wali dziad­ko­wie, tam­tych pra­dzia­do­wie i tak da­lej. Ge­ne­alo­gia to nic in­nego jak tro­chę może po­głę­biona wie­dza o tym, kim byli bli­scy nam lu­dzie. Ci, dzięki któ­rym wiemy na przy­kład, co jest do­bre, a co złe. Je­śli więc chce pan kwe­stio­no­wać ge­ne­alo­gię, to wtedy, kon­se­kwent­nie, po­wi­nien pan od­ciąć się od wszyst­kich swo­ich przod­ków. Ro­dzi­ców i dziad­ków też. I to wła­śnie… chyba się pan jed­nak ze mną zgo­dzi… by­łoby idio­tyczne. Chyba nie byłby pan szczę­śliwy, nie ma­jąc po­ję­cia, no na przy­kład, kim jest pana oj­ciec?

– No i co z tego, że nie wiem, kim jest mój oj­ciec? – wy­pala Kuba w za­cie­trze­wie­niu i… do­piero wtedy do­ciera do niego, do czego wła­śnie się przy­znał. – Cho­lera, po­wie­dzia­łem to na głos? – pyta w oszo­ło­mie­niu i już zu­peł­nie sko­ło­wany do­daje, pa­trząc z na­dzieją na Do­rotę i Mar­cina. – Da się to jesz­cze wy­ma­zać?

Nikt mu nie od­po­wiada. Chyba że za od­po­wiedź uznać pełne osłu­pie­nia spoj­rze­nia: re­dak­to­rów pro­wa­dzą­cych, Oli, pro­fe­sora i obiek­tywu ka­mery. Świe­cąca się na tej ostat­niej czer­wona dioda uświa­da­mia Ku­bie osta­tecz­nie, że to pro­gram na żywo. Już ni­czego nie da się cof­nąć ani wy­ma­zać. Wła­śnie zdra­dził mi­lio­nowi wi­dzów swój naj­bar­dziej wsty­dliwy, naj­pil­niej skry­wany se­kret.

 – Nie­stety, mu­simy za­koń­czyć tę wielce, hm, emo­cjo­nu­jącą roz­mowę – sły­szy głos Do­roty. – Po krót­kiej prze­rwie na re­klamy za­pra­szamy pań­stwa na na­stępną roz­mowę. Zo­stań­cie z nami.

Kuba czuje się, jakby na przej­ściu dla pie­szych wal­nął w niego tir. Słowo „ogłu­szony” na­wet w dzie­się­ciu pro­cen­tach nie od­daje obec­nego stanu jego du­cha. Obe­rwał, a wła­ści­wie – spro­wo­ko­wany przez tę prze­mą­drzałą pa­nienkę – sam kop­nął się w jaja.

***

Wsia­dają do windy we dwoje, pro­fe­sor zo­stał jesz­cze na gó­rze, ma zdaje się żal, że w cza­sie trzy­mi­nu­to­wej dys­ku­sji na an­te­nie nie do­pu­ścili go do wy­po­wie­dze­nia jed­nego choćby słowa. A może boi się, że po zej­ściu z wi­zji da­lej będą się kłó­cić? Tak czy ina­czej zo­staje na gó­rze. Drzwi się za­my­kają, winda ru­sza w dół. Ola zerka na Kubę. Ten spra­wia wra­że­nie lekko nie­obec­nego. Lekko? Fa­cet wy­gląda jak zbity pies! Cho­lera, skąd mo­gła wie­dzieć, że on tak się po­grąży! Sam w końcu za­czął od moc­nych słów… Mimo wszystko żal jej czło­wieka.

– Słu­chaj, tro­chę głu­pio to wy­szło, prze­pra­szam – zwraca się do niego po­jed­naw­czo.

Kuba pa­trzy na nią tak, jakby do­piero te­raz za­uwa­żył, że ktoś je­dzie ra­zem z nim.

– Nic nie szko­dzi, dro­biazg – od­po­wiada sar­ka­stycz­nie. – Tylko zro­bi­łem z sie­bie pu­blicz­nie kre­tyna. Ale to nic. Go­rzej, że do­wa­li­łem swo­jej ma­mie. Za­wsze mó­wiła są­siad­kom, że „były mąż” ma ze mną do­sko­nały kon­takt. Te­raz te kwoki będą ją wy­ty­kać pal­cami.

Winda się za­trzy­muje, wy­cho­dzą.

– Wiesz, ża­łuję, że da­łam ci się spro­wo­ko­wać – po­dej­muje Ola, któ­rej robi się jesz­cze bar­dziej żal tego wiel­kiego, choć bez­bron­nego jak dziecko, fa­ceta. – Ale ja o tym ojcu, tak przy­kła­dowo… Nie mia­łam po­ję­cia, że to aku­rat twój słaby punkt.

– Spro­wo­ko­wać? – Kuba pa­trzy na nią za­sko­czony. – Ach tak, za­czą­łem po­śred­nio się cie­bie cze­piać. Fakt. Ale to przez to, że Da­rek, kum­pel, który tu pra­cuje, nie po­wie­dział mi, w ja­kim cha­rak­te­rze mnie za­pro­szono. Prze­klęci dzien­ni­ka­rze…

– Hm, no cóż, ja też je­stem dzien­ni­karką.

– Aha, su­per.

Ola nie może się po­wstrzy­mać i par­ska śmie­chem.

– Go­rzej już się nie dało za­cząć na­szej zna­jo­mo­ści – mówi. I do­daje, pa­trząc na ba­rek i kilka sto­li­ków roz­sta­wio­nych na­prze­ciw re­cep­cji: – Chodź, po­sta­wię ci kawę. Tego, co było, już nie od­kręcę, ale na dużą latte mogę się dla cie­bie szarp­nąć. Tylko nie mów, że nie lu­bisz ko­biet, które pierw­sze wy­cho­dzą z ini­cja­tywą…

– No, wła­ści­wie to… – za­czyna Kuba, ale gry­zie się w ję­zyk, bo po­doba mu się ta wy­soka, prze­bo­jowa dziew­czyna. Zresztą, wcale mu się nie na­rzuca. Po pro­stu jest na­tu­ralna, swo­bodna, bez kom­plek­sów… sam za­wsze chciał taki być. A poza tym, dla­czego, u li­cha, nie miałby się po tym wszyst­kim na­pić po­rząd­nej kawy?

***

– Naj­lep­sze w tym wszyst­kim jest to, że cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam – mówi Ola ze śla­dem mlecz­nej piany na ustach.

– Żar­tu­jesz. Zno­kau­to­wa­łaś mnie, a te­raz mó­wisz, że je­steś po mo­jej stro­nie?

– No na to nie­stety wy­cho­dzi.

– A ci wszy­scy twoi przod­ko­wie, hi­sto­ria rodu….

– Bzdury – ucina Ola. – W mo­jej ro­dzi­nie za­wsze pa­no­wał kult mi­nio­nych po­ko­leń. Stare ob­razy wi­siały w domu na eks­po­no­wa­nych miej­scach, dużo się mó­wiło o her­bach, tra­dy­cji… I wiesz co?

– No co?

– To wszystko do ni­czego. Tak, nie patrz tak na mnie. Do ni­czego. Przez to za­pa­trze­nie w dawne wieki nikt z mo­ich bli­skich ni­czego w ży­ciu nie osią­gnął. Dziad­ko­wie miesz­kają w ja­kiejś klitce w tej na­szej dziu­rze… À pro­pos, wiesz, gdzie leży Msz­czo­nów?

Kuba wzru­sza ra­mio­nami.

– No wła­śnie – kon­ty­nu­uje Ola. – Małe mia­steczko bez per­spek­tyw. Dziad­ko­wie całe ży­cie prze­pra­co­wali w nim jako na­uczy­ciele. Moja mama: bi­blio­te­karka. Nic tylko książki, hi­sto­ria, prze­szłość. A świat wo­kół pę­dzi i nie czeka na ma­ru­de­rów.

– To dla­tego ucie­kłaś do War­szawy?

– A że­byś wie­dział! Wy­je­cha­łam tu na stu­dia, a te­raz za­mie­rzam zro­bić ka­rierę.

– I jak ci idzie?

– A coś ty taki cie­kawy? Le­piej za­miast sie­dzieć z miną sfinksa, po­wiedz coś o so­bie.

– Tak? No to ci po­wiem. Ja dał­bym wszystko, żeby wie­dzieć cho­ciaż co­kol­wiek o swo­jej ro­dzi­nie ze strony ojca. Chciał­bym go kie­dyś spo­tkać i… dać mu w mordę.

Ola wy­bu­cha śmie­chem.

– Nie wy­glą­dasz na za­ka­piora.

– To prawda – zga­dza się Kuba. – Wolę kom­pro­mis od kon­fron­ta­cji.

– Albo ka­pi­tu­la­cję, też na „ka” – do­rzuca Ola.

– Drugi raz mnie już nie pro­wo­kuj – od­po­wiada Kuba. – Bo ina­czej wy­ja­wię ko­lejny wsty­dliwy ro­dzinny se­kret i po­czu­cie winy cię znisz­czy.

Tym ra­zem śmieją się oboje.

– Wra­ca­jąc do tego mo­jego ojca… – po­dej­muje Kuba po chwili. – Nie je­stem czło­wie­kiem mści­wym ani pa­mię­tli­wym, ale tego, że przez całe dzie­ciń­stwo wsty­dzi­łem się przed kum­plami, że nie mam ta­tu­sia… Ba! Że na­wet nie wiem, kim on, do cho­lery, jest… tego mu nie za­po­mnę.

– Nie spy­ta­łeś mamy?

– Spy­ta­łem, ale… Hej! A co ty mnie tak cią­gniesz za ję­zyk? Brak ci te­ma­tów do re­por­taży?

– Prze­pra­szam. A re­por­taży nie pi­suję, tylko ta­kie idio­tyczne… Nie­ważne. Jak twoja kawa?

***

Kiedy go­dzinę póź­niej Kuba od­pro­wa­dza Olę do za­par­ko­wa­nego na Ho­żej Nis­sana Mi­cry (za wy­cie­raczką au­tka tkwi man­dat za prze­kro­cze­nie czasu par­ko­wa­nia), ma już za­pi­saną jej ko­mórkę i są nie­zo­bo­wią­zu­jąco umó­wieni na ko­lejne spo­tka­nie. Czuje też, że to może być coś wię­cej niż prze­lotna zna­jo­mość. Ta dziew­czyna mu się po­doba. Ta dziew­czyna mu im­po­nuje. Ta dziew­czyna ma w so­bie to coś, czego ni­gdy jesz­cze nie do­strzegł u żad­nej z po­zna­wa­nych do­tych­czas ko­biet. No, oprócz jed­nej. Ale to stara i nie­we­soła hi­sto­ria…

Ola od­jeż­dża (wcze­śniej mu­siała wy­szarp­nąć Ku­bie man­dat za par­ko­wa­nie – ko­niecz­nie chciał go sam za­pła­cić, bo „to ja cię tak długo za­ga­dy­wa­łem”) z po­sta­no­wie­niem, że umówi się z tym drą­ga­lem na jesz­cze jedną randkę. Kuba ujął ją tym, że choć jest ży­ciowo nie­za­radny, a słowo „prze­bo­jo­wość” to dla niego kom­plet­nie obcy ter­min, wy­daje się czło­wie­kiem szcze­rym, uczci­wym i ho­no­ro­wym. A aku­rat te trzy ce­chy były z ko­lei zu­peł­nie nie­znane wszyst­kim fa­ce­tom, któ­rych spo­ty­kała, od­kąd prze­pro­wa­dziła się do War­szawy. No i co tu ukry­wać, Kuba jest przy­stojny. Na­resz­cie mia­łaby kim za­im­po­no­wać Pa­try­cji.

V

„Za­ko­pane sto­licą pol­skich Tatr”. Każdy sły­szał ten slo­gan. A jak sto­lica Tatr, czyli gór, to – zimą i wcze­sną wio­sną – także i nart. Wie­rzą w to tłumy Kra­ko­wian, Ślą­za­ków, War­sza­wia­ków, a na­wet Gdańsz­czan. A na do­da­tek ko­chają oni ten swój sym­bol bia­łego sza­leń­stwa mi­ło­ścią czy­stą i… nie­od­wza­jem­nioną. Wier­nym fa­nom za­tło­czo­nej, przy­kry­tej czapką smogu mie­ściny nie prze­szka­dza, że ich „nar­ciar­ska sto­lica” ofe­ruje za­le­d­wie kilka tras zjaz­do­wych, z któ­rych po­łowa jest tak pła­ska, że aby się z nich zsu­nąć, trzeba do­brze na­ro­bić się kij­kami. Po­zo­stałe dla od­miany są kar­ko­łom­nie nie­przy­go­to­wane do jazdy – we­hi­kuł zwany ra­tra­kiem go­ści na nich rzadko i tylko przez chwilę (znacz­nie czę­ściej można spo­tkać tam śmi­gło­wiec TOPR zbie­ra­jący ze stoku po­ła­mań­ców). Muldy wiel­ko­ści nad­mor­skich wydm, śli­zgawki nie­znacz­nie tylko ustę­pu­jące ja­ko­ścią lodu to­rowi dla pan­cze­ni­stów, ka­mulce po­ja­wia­jące się w naj­mniej spo­dzie­wa­nych miej­scach – oto, co (chcąc nie chcąc) uwiel­biają pol­scy nar­cia­rze. To dziwna ka­te­go­ria lu­dzi. Bez szem­ra­nia, przez cały so­botni po­ra­nek prze­dzie­rają się za­kor­ko­waną wą­ską Za­ko­pianką, aby w po­łu­dnie sta­nąć na szczy­cie Ka­spro­wego Wier­chu. Pięć mi­nut zjazdu, trzy­dzie­ści w ko­lejce do wy­ciągu, a w cza­sie prze­rwy na obiad – jesz­cze czter­dzie­ści ocze­ki­wa­nia na ka­wa­łek pizzy w knaj­pie. Dwa dni zla­tują jak z bi­cza strze­lił. W nie­dzielne po­po­łu­dnie na­stępne parę go­dzin na Za­ko­piance i już w po­nie­dział­kowy po­ra­nek można po­wie­dzieć w pracy: „Ale to był za­je­biasz­czy week­end!”.

Do tej fa­na­tycz­nej spo­łecz­no­ści na­leży także Ola. Na de­skach jeź­dzi od dziecka. To za­sługa dziadka – on ku­pił jej przed laty pierw­sze narty. Dziew­czyna nie wy­ob­raża so­bie se­zonu bez kilku wi­zyt na Ka­spro­wym i No­salu. A po­nie­waż w re­dak­cji o urlop trudno, nad­ga­nia week­en­dami. Do Za­ko­pa­nego, a kon­kret­nie do tej sa­mej od lat kwa­tery przy ulicy Kar­ło­wi­cza, jej Mi­cra mo­głaby tra­fić na­wet na węch. Stromy stok za­raz na po­czątku zjazdu z Ka­spro­wego Wier­chu na stronę Do­liny Gą­sie­ni­co­wej to jej uko­chane miej­sce na Ziemi. Nic nie mąci jej szczę­ścia, gdy spor­towe Ros­si­gnole tną prze­mar­z­nięty śnieg, a nogi jak dwa amor­ty­za­tory dy­na­micz­nie wy­bie­rają nie­rów­no­ści muld. Ow­szem, była dwa razy w Al­pach. Rów­niut­kie stoki, nie­mal pu­ste wa­go­niki ko­lejki gór­skiej, je­den kar­net na wszyst­kie kil­ka­dzie­siąt tras zjaz­do­wych w oko­licy… Za każ­dym ra­zem wra­cała znu­dzona.

***

Kuba zdaje so­bie sprawę, ja­kie to wy­róż­nie­nie, że Ola za­pro­siła go na week­end w Za­kopcu. Od czasu ka­ta­stro­fal­nego – w jego oczach – wy­stępu w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej spo­ty­kają się nie­mal co­dzien­nie. Było już kino (trzy razy), te­atr (raz, bo trudno do­stać bi­lety), bi­lard (dwa razy), ko­la­cja we dwoje (oboje nie lu­bią drob­no­miesz­czań­skiego za­dę­cia, więc po­szli do McDo­na­lda), a na­wet spa­cer w Ogro­dzie Ła­zien­kow­skim. To wła­śnie tam ją po­ca­ło­wał.

Sie­dzieli na ławce (bez trudu zna­leźli wolną, w pierw­szej po­ło­wie marca było jesz­cze zimno jak dia­bli), kar­mili kaczki, roz­ma­wiali. O czym? Kuba nie ma po­ję­cia. Od­kąd tylko tam przy­sie­dli, w gło­wie miał jedną myśl: „MU­SZĘ TO ZRO­BIĆ”. Pa­trzył na jej usta. Coś mó­wiła, uśmie­chała się, a on wy­obra­żał so­bie wy­łącz­nie, jak by to było wpić się w nie war­gami. Zer­kał na jej szczel­nie osło­nięty przed zim­nem de­kolt i… aż mu się go­rąco ro­biło, gdy od­sła­niał w my­ślach jej nie­duże, kształtne piersi. Ze­zo­wał na­wet na jej bio­dra, a wtedy w gło­wie ry­so­wał mu się ob­raz… No do­bra, na ra­zie jego plan koń­czył się na pierw­szym po­ca­łunku. Nie ja­kimś tam przy­ja­ciel­skim buzi w po­li­czek czy mu­śnię­ciu ustami jej wło­sów. P-O-C-A-Ł-U-N-E-K. Ola go jed­nak onie­śmie­lała.

„A może nie jest jesz­cze zde­cy­do­wana? Może ją tylko do sie­bie znie­chęcę? Czy na­wet wręcz ob­rażę? To prze­cież piękna ko­bieta, pew­nie ma ja­kie­goś fa­ceta!” – po gło­wie błą­dził mu ze­staw obaw i kom­plek­sów.

W tym cza­sie Ola znowu coś po­wie­działa. Do za­klaj­stro­wa­nego te­sto­ste­ro­nem mó­zgu Kuby ten ko­mu­ni­kat prze­dzie­rał się w żół­wim tem­pie. Ale kiedy już tam tra­fił, wzbu­dził pa­nikę. Brzmiał w skró­cie tak: skoń­czyła się karma, kaczki so­bie po­szły, my chyba też się zbie­ramy.

„Zbie­ramy?” To by ozna­czało ko­lejną nie­wy­ko­rzy­staną oka­zję! „Zrób to. Po pro­stu dzia­łaj!” – roz­ka­zał so­bie w my­ślach i…

– Zimno ja­koś – oświad­czył od­kryw­czo, ota­cza­jąc dziew­czynę ra­mie­niem i przy­su­wa­jąc się tak bli­sko, że na udzie po­czuł cie­pło jej bio­der.

Ola spoj­rzała w górę lekko za­sko­czona. Z od­le­gło­ści kilku cen­ty­me­trów wi­dział jej nie­bie­skie oczy, czoło nie­mal za­sło­nięte rów­niutką grzywką, czuł na twa­rzy jej od­dech. Po­chy­lił się lekko, przy­mknął oczy i (na­resz­cie!!!) po­czuł jej usta na swo­ich. Cie­płe, o smaku tru­skaw­ko­wej po­madki, przy­pra­wia­jące o dresz­cze. Po­ca­ło­wał ją de­li­kat­nie, jakby za­da­wał py­ta­nie. Po­tem jesz­cze raz, wcią­ga­jąc no­sem bo­ski za­pach jej ciała. Usta dziew­czyny le­ciutko się roz­chy­liły. Od­wza­jem­niła jego piesz­czotę, od­da­jąc mu cząstkę swo­jej wil­goci i cie­pła.

Kilka mi­nut póź­niej, kiedy zdy­szani, za­ru­mie­nieni, oszo­ło­mieni tym no­wym wszech­świa­tem, który wła­śnie za­częli wspól­nie od­kry­wać, ode­rwali się od sie­bie, Ola spy­tała:

– Wy­je­dziesz ze mną na narty? Na week­end?

Aż za­krę­ciło mu się w gło­wie.

Bo po pierw­sze – Ola już setki razy opo­wia­dała mu, jaką pa­sją jest dla niej to całe ze­śli­zgi­wa­nie się po stoku (w ży­ciu nie przy­szłoby mu do głowy, że taka ba­na­lna czyn­ność może bu­dzić aż ta­kie emo­cje, ale nie­ważne) i jak nie­zwy­kłym miej­scem jest dla niej Za­ko­pane. W jed­nej chwili po­jął więc, że ta week­en­dowa pro­po­zy­cja jest jak za­pro­sze­nie do klubu tylko dla VIP-ów, byle komu Ola by go nie wrę­czyła. No i po dru­gie – week­end ozna­cza dwa dni: so­botę i nie­dzielę. A co jest po­mię­dzy so­botą i nie­dzielą? Tak! Te dwa piękne dni dzieli jedna noc! Noc, którą się spę­dza w po­koju, a kon­kret­nie w łóżku. Aż mu się nogi ugięły, kiedy zdał so­bie sprawę, że wła­śnie do­stał szansę spę­dze­nia z tą wspa­niałą ko­bietą – o któ­rej nie po­tra­fił już my­śleć bez naj­wyż­szych emo­cji – jed­nej, fan­ta­stycz­nej nocy.

– Ja­sne! – od­po­wie­dział na­tych­miast. I do­piero po chwili, z nutką nie­po­koju do­dał: – Tyle że ja jesz­cze ni­gdy…

– O to się nie martw! Po­ży­czymy dla cie­bie narty i za­biorę cię na ja­kąś oślą łączkę. Raz dwa na­uczysz się jeź­dzić.

***

– Je­dziemy ra­zem na narty! – oświad­cza na­za­jutrz (jest po­nie­dzia­łek) Ola.

– Nie, dzięki. Ze spor­tów to ja lu­bię tylko fan­ta­styczne, upojne i… wy­bacz, skar­bie… ale he­te­ro­sek­su­alne bzy­kano – od­po­wiada Pa­try­cja, na­wet nie od­ry­wa­jąc wzroku od kom­pu­tera.

– Nie z tobą, wa­riatko! Z nim!

Pa­try­cja aż pod­ska­kuje na krze­śle.

– Za­pro­si­łaś ob­cego fa­ceta do swo­jej świą­tyni dwóch de­sek?!

– Nie taki on już obcy… – Ola nie­win­nie spusz­cza wzrok.

– Zro­bi­li­ście to? – Oczy Pa­try­cji nie­mal wy­cho­dzą z or­bit.

– No… Pra­wie. Po­ca­ło­wał mnie.

– Ach tak, po­ca­ło­wał. – Pati wy­raź­nie się uspo­kaja. – Ja, po paru drin­kach w klu­bie, ca­łuję się z fa­ce­tami, za­nim jesz­cze spy­tają, jak mam na imię. Fakt, że cza­sami w ogóle póź­niej nie py­tają… No nic, nie­ważne. Do­bre i to. Więc się po­ca­ło­wa­li­ście i je­dzie­cie ra­zem na narty. Su­per.

– Już my­śla­łam, że ni­gdy tego nie zrobi – opo­wiada da­lej Ola, nie za­uwa­ża­jąc na­wet dy­le­ma­tów tar­ga­ją­cych jej przy­ja­ciółką. – Przez pół go­dziny sie­dzia­łam na ławce w parku. Zmar­z­łam tak, że za­czy­na­łam już tra­cić czu­cie w pal­cach. Wy­czer­pa­łam też wszyst­kie te­maty do roz­mowy, na­kar­mi­łam po gar­dło całe stado ka­czek, a on sie­dział jak po­sąg i tylko tak­so­wał mnie wzro­kiem.

– Tak­so­wał wzro­kiem, po­wia­dasz? To już coś, na­prawdę. Ten mój, z któ­rym się te­raz spo­ty­kam, jest jesz­cze bar­dziej nie­śmiały. Wpada wręcz w pa­nikę, gdy tylko pró­buję wy­cią­gnąć go gdzieś sam na sam. Boi się, że chcę go upro­wa­dzić i sprze­dać na or­gany, czy jak?

– No więc sie­dzimy tak i sie­dzimy… – nie daje się wy­trą­cić z rytmu Ola – a on nic. Gdyby to był ktoś inny, już dawno bym so­bie po­szła i wy­ka­so­wała nu­mer te­le­fonu ta­kiego nie­dojdy. Ale on jest taki… Wiesz, to uro­cze. Wielki fa­cet. Mę­ska uroda. A taki ży­ciowo bez­bronny, na­iwny na­wet.

– O, o! – prze­rywa jej Pati. – Mój to samo. Tyle że go­rzej. Ru­mieni się, jak po­wiem coś bar­dziej pi­kant­nego, co chwila ucieka ze wzro­kiem. Ci duzi fa­ceci tak mają czy ki dia­beł?

– Mó­wisz o swoim in­struk­to­rze kung-fu?

– No a o kim by in­nym? Ile ja się za tym chło­pem na­la­ta­łam… A on jak księż­niczka uwię­ziona przez smoka na wieży. Nie­do­stępny, od­le­gły. Mam na­dzieję, że cho­ciaż tego smoka ma jak się pa­trzy, bo ina­czej…

– Pati, nie bądź wul­garna!

Wy­bu­chają śmie­chem.

– Po­wiedz le­piej, czym się ten twój zaj­muje? – wraca do roz­mowy Pa­try­cja.

– Wła­ści­wie to… nie wiem. Pod­czas ran­dek to ja ga­dam jak na­jęta. On tylko słu­cha. Ma­ło­mówny gość. Ale jak umie słu­chać, ci mó­wię, dziew­czyno…

– Faj­nie. Ca­łu­jesz się z nie­zna­jo­mymi. Idziesz w moje ślady.

– No bez prze­sady. Spo­ty­kamy się już trzeci ty­dzień.

– Ża­den z mo­ich związ­ków nie prze­trwał aż ta­kiej próby czasu – ko­men­tuje Pa­try­cja z uśmie­chem. – No, nie li­cząc tego bie­żą­cego. Z pa­nem Piękna Wio­sna. Ale czy to w ogóle jest zwią­zek? Nie by­li­śmy ra­zem na­wet w ki­nie.

– Jak to? Mó­wisz prze­cież, że się spo­ty­ka­cie?

– No tak, ale za­wsze tylko po tre­ningu i za każ­dym ra­zem są z nami dziew­czyny, z któ­rymi ćwi­czę.

– O cho­lera…

– Nie-nie, czuję, że to musi być z jego strony coś wię­cej – do­daje szybko Pa­try­cja. – Bo zresztą po co ła­ziłby z nami na te ciastka i pizzę, gdyby cze­goś do mnie nie czuł?

– Z głodu?

– Prze­stań, nie na­śmie­waj się. Jesz­cze go zła­pię w sieć. Może tym ra­zem ty mi pod­po­wiesz? Jak usi­dlić cho­ro­bli­wie nie­śmia­łego fa­ceta? Bo ja do tej pory spo­ty­ka­łam ra­czej tylko ta­kich, któ­rzy od razu pchają łapy pod su­kienkę…

***

– Wiesz, mia­łem ochotę spu­ścić ci ło­mot – oznaj­mia Kuba lek­kim, ra­do­snym wręcz to­nem Dar­kowi.