Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
48 osób interesuje się tą książką
Nastoletnia Bianka zakochuje się w mężczyźnie, w którym nigdy nie powinna. Jej uczucie do Oliwiera, najlepszego przyjaciela jej ojca, wydaje się niemożliwe. Gdy próbuje ułożyć sobie życie u boku kogoś innego, los daje im drugą szansę. Uczucie pomiędzy Bianką i Oliwierem rozkwita, lecz szczęście nie trwa długo i ich miłość, szybko zostaje wystawiona na próbę.
W starym radiu, od lat stojącym na parapecie, Bianka odnajduje listy pisane przez Oliwiera. Słowa, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego, odkrywają prawdę, jakiej nikt się nie spodziewał.
Jaką cenę trzeba zapłacić za uczucie, które miało być wieczne?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Justynie i Natalii – wspaniałym kobietom, które wpłynęły na moje życie, każda w niepowtarzalny sposób.
Kiedy czujemy się kochane, świat przestaje być tylko zbiorem zdarzeń, obowiązków i przypadków.
Codzienność, ta zwykła, szara, niepozorna, nagle zaczyna oddychać. Jakby ktoś wlał w nią kroplę eliksiru, który zmienia wszystko: kolory stają się głębsze, dźwięki cieplejsze, a zapachy bardziej wyraziste.
Przede wszystkim zmieniamy się jednak my.
Poranek zaczyna się inaczej. Ten sam pokój, w którym budziłam się tysiące razy, nagle wygląda jak scena z filmu, a ja gram w nim główną rolę. Promienie słońca nie wślizgują się już nieśmiało przez okno, one tańczą. Wirują po ścianach, odbijają się od luster, muskają poduszkę, jakby szeptały: „Dzień dobry, piękna. Dziś znów jesteś kochana”. W powietrzu unoszą się drobinki kurzu, ale nie wyglądają jak kurz. Przypominają rozsypany brokat, który mieni się paletą barw. Światło łapie je w locie, a ja patrzę na nie z zachwytem, jak dziecko, które pierwszy raz widzi śnieg i nie potrafi uwierzyć, że świat może być aż tak piękny.
Otwieram okno. Zwykły powiew wiatru, który kiedyś był tylko tłem, teraz pachnie bzami. Zakochanie ma własny kalendarz, własne pory roku i własne święta. Ptaki przelatują nad głową, a ich śpiew brzmi jak muzyka napisana specjalnie dla mnie.
Każda nuta trafia w serce, każda melodia przypomina, że jestem ważna. Że jestem widziana.
Ciało też się zmienia. Przez lata szkolne moje dwie lewe nogi trzymały mnie przyklejoną do krzesełka pod ścianą sali gimnastycznej. Taniec był dla innych, dla pewnych siebie, dla tych z błyskiem w oku. Dla takich jak moja najlepsza przyjaciółka Klara. Ja tylko patrzyłam.
A teraz? Teraz moje nogi same rwą się do tańca. Nie potrzebuję muzyki. Nie potrzebuję tłumu. Wystarczy myśl o nim. Wystarczy wspomnienie jego spojrzenia. I tylko grawitacja powstrzymuje mnie przed tym, by unieść się nad ziemię.
Noradrenalina krąży w moich żyłach jak szampan. Czuję euforię, przypływ energii, który sprawia, że mogłabym przenosić góry. I choć wiem, że to chemia, nie obchodzi mnie to. Bo ta chemia jest piękna. Jest dowodem, że miłość to nie tylko uczucie. To reakcja. To eksplozja. To cud.
Staję przed lustrem. Sukienka, która zawsze układała się źle, nagle wygląda jak szyta na miarę. Materiał opływa moje ciało z czułością, jakby znał każdą jego linię. Policzki mam lekko zaróżowione, moje oczy błyszczą niczym gwiazdy na czystym niebie. Ale nie chodzi o wygląd. Chodzi o to, co czuję, a czuję się piękna. Nie dlatego, że ktoś mi to powiedział, ale dlatego, że jestem kochana.
Sięgam po buty, te same, które odziedziczyłam po mamie. Przeleżały lata na dnie szafy, zbyt wysokie, zbyt odważne, zbyt „nie dla mnie”. A dziś? Dziś są idealne. Zakładam je bez wahania.
Idąc ulicą w stronę ukochanego, nie boję się, że się potknę, że upadnę i się ośmieszę.
Każdy krok jest pewny. Każdy ruch ma sens. Czuję się jak kobieta, która zna swoją wartość. Która nie musi niczego udowadniać.
Bo kiedy jesteśmy kochane, nie tylko świat się zmienia. My się zmieniamy. Nasze spojrzenie, nasz głos, nasz sposób chodzenia. Czujemy się pewne siebie. Czujemy się piękne. Bez filtrów. Bez masek.
Miłość nie jest tylko uczuciem. Jest lustrem, w którym widzimy siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. A jeśli to lustro pokazuje nam piękno, to znaczy, że jesteśmy gotowe, by je przyjąć. By uwierzyć, że zasługujemy. Że jesteśmy warte. Że jesteśmy.
– Tato, rusz się wreszcie, przez ciebie znowu spóźnię się na lekcje! – wołam zniecierpliwiona, stojąc już w drzwiach, z kluczykami w dłoni i torbą przewieszoną przez ramię.
Jeszcze miesiąc temu byłam tylko pasażerką. Świeżo po zdanym egzaminie na prawo jazdy, z dumą odebrałam kluczyki do samochodu, na zakup którego mój ojciec odkładał przez lata. Zamiast jednak spełnić swoje marzenie, podarował go mnie. To był gest miłości, ale też – jak się okazało – początek nowej dynamiki między nami, bo gdy jego sypiący się gruchot odmówił posłuszeństwa, to ja przejęłam stery. Dosłownie i metaforycznie. Teraz to ja jestem kierowcą, ale nie tylko. Stałam się też jego osobistą asystentką, stylistką, organizatorką i czasem… rodzicem.
Mieszkamy z tatą w Olsztynie, mieście szesnastu jezior, którego ulice codziennie przemierzam, by zawieźć mojego staruszka do pracy i zdążyć na lekcje w I LO im. A. Mickiewicza. Jego biuro znajduje się tuż obok mojej szkoły, więc te pięć minut jazdy powinno być błahostką. A jednak każdego ranka to najdłuższe pięć minut mojego życia, pełne nerwów, poganiania i prób ogarnięcia dorosłego mężczyzny, który pomimo czterdziestu jeden lat wciąż zachowuje się jak nieporadne dziecko.
– Już idę, kochanie. Nie mogłem znaleźć pasujących skarpetek – tłumaczy się, schodząc po schodach.
– Naprawdę, tato? Nie połączyłeś ich po praniu? – pytam lekko już poddenerwowana. Zwykle to ja składam jego ubrania, a skarpetki zawsze łączę w pary. Ostatnio jednak tata zadeklarował, że on się tym zajmie, i jak widać, nie mogłam ufać mu nawet w tak prostej czynności. Tata wzrusza ramionami i sięga po swoje buty. – Te się rozklejają, załóż brązowe. – Pouczam, bo pogoda w tym roku bywa nieprzewidywalna. Rano zachwycamy się białym puchem, a po południu z tego idealnego obrazka zostaje już tylko plucha. – Kiedy ty ostatni raz byłeś na zakupach? – pytam z udawaną surowością, jakbym dawała mu reprymendę. – Dwa lata temu? Trzy? Tato, wstyd. Po pracy pojedziemy do centrum handlowego. Trzeba cię trochę odświeżyć, staruszku.
– Nie trzeba, iskierko. – Machnięciem ręki próbuje zignorować moją propozycję.
– Trzeba. I nie chcę słyszeć żadnych wymówek. Nawet nie próbuj zgrywać skąpca – rzucam, już planując zakup karty podarunkowej, żeby nie miał jak się z tego wykręcić. – Bella ma chłopaka niewiele młodszego od ciebie, ale on nosi markowe T-shirty i tenisówki, a nie lakierki, w których wygląda się jak na pogrzebie.
Po chwili walki na spojrzenia ojciec wreszcie unosi ręce w geście kapitulacji.
– Oj, coś ty się tak na mnie dzisiaj uwzięła… – marudzi pod nosem, podążając za mną do samochodu.
Ale ja się nie uwzięłam. Ja po prostu przejęłam stery. Bo od dziesięciu lat, odkąd mama zmarła na raka piersi, to ja się uczę, jak być dorosłą. A on, choć miał czas, by się tego nauczyć, nadal potrzebuje przypomnienia, żeby zabrać drugie śniadanie, uprasować koszulę czy zadbać o zapas świeżej bielizny.
Nie jestem już tylko córką. Jestem jego codziennym kompasem. I choć czasem mnie to męczy, wiem, że robię to z miłości. Takiej, która potrafi odwrócić role.
***
Pomimo złamania kilku przepisów i znacznego przekroczenia prędkości, znów oberwałam naganę za spóźnienie. Jestem w klasie maturalnej, a mój ojciec, dorosły mężczyzna, nadal pakuje mnie w kłopoty i to prawie codziennie.
Wpadłam więc na pomysł, który z jednej strony wydaje mi się genialny, a z drugiej może skończyć się katastrofą. Postanowiłam założyć mu konto na jednym z portali randkowych. Bez jego wiedzy oczywiście. Dopiero gdy znajdę odpowiednią kandydatkę, poinformuję go o całym przedsięwzięciu. Wiem o nim wszystko, od ulubionej kawy, po książkę którą ostatnio przeczytał, więc podszywanie się pod niego przez jakiś czas nie powinno być trudne. Chociaż… kobiety są teraz bardziej przezorne. Co będzie, jeśli któraś będzie chciała video chat przed spotkaniem? Dobra, nie ma co się martwić na zapas. Najpierw stworzę mu konto, a później zobaczymy, jaka draka z tego wyniknie. Najwyżej szybko je usunę.
– Co masz takie rozmyte oczy? – Klara, moja najlepsza przyjaciółka, wskakuje mi na plecy jak rozbrykany źrebak. – Znów rozmyślasz o tamtym „prawie” pocałunku sprzed roku? – Zakreśla w powietrzu znak cudzysłowu z rozbawieniem w głosie.
– Wiesz, czego najbardziej w żałuję? – pytam, a przyjaciółka kręci głową. – Że w ogóle ci o tym powiedziałam. Kiedy ja próbuję wymazać to wydarzenie z pamięci i skupić się na wszystkim innym, co w życiu ważne, ty przy każdej możliwej okazji mi o tym przypominasz. – Wyrzucam z siebie na jednym tchu, siląc się na złość. Wtedy Klara kładzie głowę na moim ramieniu i w jednej chwili wszystkie emocje opadają. – Rozmyślam o moim ojcu – tłumaczę. – Ma czterdzieści jeden lat, a ubiera się i zachowuje jak emeryt. Jak będzie tak nadal postępować, nigdy nie znajdzie sobie dziewczyny. Minęło już dziesięć lat od śmierci mamy, dlatego powinien chociaż umawiać się na randki.
– Ja się z nim umówię! – Przyjaciółka podskakuje radośnie. – Wiesz, jak bardzo szaleję na punkcie twojego taty. Chętnie go rozruszam. Mnie te jego staruszkowate ubrania wcale nie przeszkadzają. – Uśmiecha się zawadiacko, ignorując moje zmartwienia.
– Ja mówię o poważnym związku, Klara. U ciebie wszystko zależy od kierunku wiatru. Rok temu zakochałaś się w Piotrku, miesiącami za nim szalałaś, kokietowałaś go, a kiedy w końcu zerwał dla ciebie z dziewczyną, uznałaś, że ma dziwnie przerośnięty duży palec u lewej stopy i już ci przeszło.
Klara jest wymarzoną przyjaciółką, ale za nic na świecie nie zeswatałabym jej z żadnym bliskim mojemu sercu mężczyzną. W ciągu ostatnich dwóch lat zakochana była w Hubercie, Antonim, Jakubie, Łukaszu, drugim Jakubie i właśnie Piotrku. Każdy z nich jej się odwidział, kiedy tylko zwrócił na nią uwagę.
– Ale on naprawdę ma przerośnięty palec – zaczyna tłumaczyć Klara. – Przez to nosi lewy but o rozmiar większy od prawego. A co, jeśli to genetyczne i nasze dziecko odziedziczyłoby po nim tę wadę? Wiesz, że pieniędzy mi nie brakuje, ale to wcale nie oznacza, że należę do rozrzutnych osób. Wolę zabezpieczyć się przed niepotrzebnymi wydatkami.
– Jakimi niepotrzebnymi wydatkami? – pytam, nie wierząc w to, co słyszę.
– Koniecznością kupowania butów w dwóch różnych rozmiarach. Moje dziecko nosiłoby tylko jeden z każdego zestawu. A do tego jeszcze Piotrek. Kolejny podwójny wydatek.
– Klara, litości. – Przewracam oczami i macham ręką. Nie zamierzam walczyć z takimi argumentami.
– Proszę cię, zabierz mnie z wami na zakupy. – Przymila się, jakby spędzenie czasu z moim zrzędliwym staruszkiem miało sprawić jej przyjemność.
– Po lekcjach miałaś uczyć się matematyki z niejakim Grzegorzem, prawda? – pytam. – A może i on już ci się znudził?
– On ma nieproporcjonalnie dużą głowę do reszty ciała – rzuca całkowicie poważnie, a ja wybucham histerycznym śmiechem. Przez łzy widzę jej zdziwione spojrzenie, bo najwyraźniej nie opowiedziała mi przed chwilą żartu.
– Czemu się ze mnie nabijasz? Wiesz, jak trudno o odpowiedniego faceta w tych czasach? Wszyscy są jacyś tacy niedoskonali. Jedni mają zbyt dużą głowę, inni palec, jeszcze inni noszą obcisłe spodnie i nagrywają tutoriale o kosmetyce. Jestem załamana. – Wzdycha ciężko i spogląda na mnie z taką powagą, że mimo silnej kontroli ponownie wybucham śmiechem. Oczywiście Klara bardzo się za to gniewa. Tak bardzo, że o siedemnastej czekamy obie na mojego tatę pod jego biurem.
***
– Proszę cię, tylko nie wyciągaj żadnych głupot, które razem robiłyśmy. W oczach ojca nadal jestem jego małą dziewczynką – błagam Klarę, która swoim długim jęzorem mogłaby dwukrotnie owinąć kulę ziemską.
– Opowiem mu, jak w szóstej klasie podłożyłyśmy tej grubej nauczycielce pinezkę na krzesło, a ona nawet tego nie poczuła. Albo nie, zaczekaj, opowiem mu, jak omal nie zakaszlałaś się na śmierć, kiedy po raz pierwszy i ostatni… – Bardzo wyraźnie wymawia słowa. – …Spróbowałaś papierosa. Albo jak odrzuciłaś moją propozycję wspólnego nauczenia się całowania z języczkiem. – Klara spogląda na mnie prowokacyjnie. – Wiesz co, jesteś taka porządna, że aż nudna. W sumie więcej haków na ciebie nie mam, więc bez obaw. – Zapewnia i wykonuje ręką powszechnie znany gest zamykania ust na kłódkę.
– O Boże!!! – wykrzykuję nagle i w myślach zaczynam szukać sposobów na zniknięcie. – Boże!!! – powtarzam.
– A ty co się tak kręcisz i panikujesz, jakby Piotrek nadepnął ci na odcisk? – rzuca przyjaciółka z kamienną twarzą, nie rozumiejąc mojego zachowania.
– Oliwier! – wykrzykuję. – Mój ojciec idzie z Oliwierem – syczę przez zęby, próbując powstrzymać chęć schowania się pod deskę rozdzielczą. Teraz już nie tylko ja widzę ich, ale również oni widzą mnie.
Klara bez najmniejszych ceregieli wyskakuje z samochodu i wyściskuje obu mężczyzn. Ja natomiast czuję, jakbym przykleiła się do fotela i mogę tylko pozazdrościć jej tej lekkości w relacjach z ludźmi. Palce tak mocno zaciskam na kierownicy, że po ich zwolnieniu całe się czerwienią. Kiedy zrozumiałam, że moja przyjaciółka razem z ojcem skierowali się na tylne siedzenie, myślałam, że dostanę ataku paniki.
– Cześć, Bianka – wita się Oliwier i zaraz po wejściu zapina pasy.
– Boisz się, że przy mojej córeczce stracisz życie? – żartuje ojciec, a Klara zamiast mi pomóc, wtóruje mu kolejnym przytykiem.
– Obydwoje siedzą na baczność, jakby to była randka w ciemno. – I tyle mogę liczyć na moją przyjaciółkę. Serio, zaczynam poważnie rozważać wyjazd z tego miasta. Niby wymarzony uniwersytet mam tu, na miejscu, a z ojcem ustaliliśmy, że zostanie razem będzie dla nas najlepsze… ale teraz mam coraz większe wątpliwości.
– Jedziemy prosto do centrum handlowego, czy chcecie najpierw gdzieś zajechać? – pytam, tylko po to, żeby zakończyć tę idiotyczną gadaninę i nie dać im się rozkręcić.
– Skoro moja córeczka twierdzi, że ubieram się jak sześćdziesięcioletni emeryt, to może od razu jedźmy na te zakupy. Pewnie czeka nas tam sporo pracy – mówi ojciec z powagą. Mam wrażenie, że jest w dużo lepszej formie niż o poranku.
– Ja panu we wszystkim pomogę – zapewnia Klara z entuzjazmem. – Choć uważam, że Bianka zdecydowanie przesadza. Mnie tam się pan podoba.
„KO-KIE-CIA-RA”, sylabizuję w myślach, próbując nie przewrócić oczami.
Ruszam z podjazdu i podkręcam radio, ale i tak nie mogę uciec od głosu ojca.
– Dla ciebie Julian, piękna – rzuca, jakby był bohaterem taniego filmu romantycznego.
Pomimo głośnej muzyki w samochodzie słyszę bicie własnego serca. Tum dum, tum dum, tum dum… Spoglądam w lusterko na zaczerwienione policzki i w myślach dziękuję Bogu, że stojąc na podjeździe, zdążyłam nałożyć na usta czerwoną szminkę. Chociaż trochę przyćmiewa rumieniec i co najważniejsze, wyglądam dojrzalej. Niestety, docinki ojca o jego „córeczce” wcale nie dodają mi pewności siebie.
Oliwier i Julian znają się od dziecka. Ich przyjaźń jest tak naturalna, jakby była wpisana w ich DNA. Jakby od zawsze byli dla siebie braćmi, choć nie łączą ich więzy krwi. Nasze rodziny od pokoleń splatają się w codzienności, w śmiechu, w troskach, w tych drobnych gestach, które tworzą prawdziwą więź. Moja babcia i mama Oliwiera pracowały razem w szkolnej stołówce. Dziadek opowiadał, że potrafiły godzinami rozmawiać pod furtką, nawet po pięciogodzinnej posiadówce przy kawie. Ich rozmowy były jak rytuał, niekończący się potok słów, śmiechu, plotek i czułości. W tamtych chwilach czas zdawał się zatrzymywać, a sąsiedztwo stawało się domem w najpełniejszym znaczeniu tego słowa.
Dorastałam przy Oliwierze. Był obecny w moim życiu od zawsze, nie jako przyjaciel mojego ojca, ale jako ktoś więcej. Jak drugi ojciec. Jak opiekun, który znał moje ulubione smaki lodów, który wiedział, że boję się ciemności i który potrafił rozpoznać smutek w moich oczach, zanim zdążyłam go nazwać.
Do dziś pamiętam, jak odbierał mnie ze szkoły, gdy rodzice nie mogli. Zachodziliśmy wtedy do pobliskiej lodziarni i mężczyzna pozwalał mi zamówić podwójną porcję ulubionego smaku. Pamiętam też, jak nosił mnie na barana, żebym nie ubrudziła nowych sandałków, które mama kupiła mi na wiosnę. Śmiał się wtedy, że jestem jego królewną, a ja wierzyłam, że naprawdę nią jestem. Zawsze był obok. W chwilach radości i w momentach, gdy świat wydawał się zbyt duży, zbyt głośny, zbyt trudny. Jego obecność była jak ciepły koc, otulała mnie, dawała poczucie bezpieczeństwa, przypominała, że nie jestem sama. Nie musiał mówić wiele. Wystarczył jego gest, spojrzenie, obecność. Wspierał mnie na każdym kroku, czasem nawet wtedy, gdy nie zdawałam sobie sprawy, że tego wsparcia potrzebuję. I choć czas zmienił wszystko – nas, nasze relacje, nasze role, to tamte wspomnienia wciąż we mnie żyją. Są jak fotografie w pamięci, które nigdy nie blakną. Oliwier był moim bohaterem, zanim się nauczyłam, że bohaterowie nie zawsze noszą peleryny. Czasem mają po prostu dobre serce i potrafią być tam, gdzie najbardziej ich potrzebujesz.
Lata mijały, a ja ze słodkiej dziewczynki wyrosłam na kobietę. Moje uczucia wobec Oliwiera zaczęły się zmieniać. Już nie był tym zabawnym wujkiem, który krył moje łobuzerstwa przed rodzicami, ale najprzystojniejszym, najseksowniejszym i najmądrzejszym mężczyzną, jakiego znałam. Na jego widok uginały mi się kolana, oddech przyspieszał, a motyle kręciły się nie tylko w brzuchu, ale też trochę niżej.
Niestety trzy lata temu zrobiłam coś głupiego. Coś, co przekreśliło naszą relację. Miałam wtedy szesnaście lat i od ponad roku byłam w nim zakochana. Nie tak zwyczajnie, nie tak jak nastolatka wzdychająca do aktora z plakatu. To było coś głębszego, intensywnego, szaleńczego. Każde jego spojrzenie, każdy gest, każde wspomnienie z dzieciństwa, w którym był moim bohaterem, wszystko to układało się w obraz mężczyzny, którego kochałam do granic wyobraźni.
Kiedy po długim i bolesnym procesie Oliwier otrzymał dokumenty rozwodowe, wyglądał na przybitego. Zgaszone oczy, cichy głos, zmęczony uśmiech. Widziałam w nim nie tylko przyjaciela mojego ojca, nie tylko mężczyznę, który znał mnie od dziecka – widziałam kogoś, komu chciałam dać ukojenie. Uznałam, że to moment, by wyjść ze strefy marzeń. Że może właśnie teraz, kiedy wszystko w nim pęka, ja mogę być tą, która go poskleja.
Nie myśląc o konsekwencjach, pojawiłam się u niego w domu. Nie zapowiedziałam się. Po prostu stanęłam w drzwiach, z sercem bijącym jak szalone. Wpuścił mnie bez słowa, z lekkim zdziwieniem w oczach. Wiedziałam, że próbuje trzymać mnie z daleka od swoich problemów. Usiadłam na kanapie, on obok. Rozmawialiśmy chwilę, o niczym i o wszystkim. O tym, że życie czasem nie układa się tak, jak powinno. O tym, że ludzie zawodzą. O tym, że czasem trzeba zacząć od nowa. Miałam wrażenie, że waży każde słowo i tłumaczy mi jak dziecku. Ale potem mnie przytulił. Nie tak jak kiedyś, nie jak dorosły przytula dziecko. To przytulenie było inne. Czułe, miękkie, pełne czułości. Możliwe, że tylko ja miałam takie odczucia, ale moje ciało natychmiast zadrżało. Serce zaczęło walić mi w piersi, jakby chciało się wyrwać. I wtedy – nie wiedząc, czy to odwaga czy głupota – spróbowałam go pocałować. Zbliżyłam twarz… powoli, niepewnie. Moje usta połyskujące od brzoskwiniowego błyszczyka dotknęły jego i chciały w nich zatonąć. Trwało to najwyżej sekundę, a może nawet krócej. Oliwier natychmiast się odsunął. Delikatnie, ale stanowczo. Spojrzał na mnie z czymś, co przypominało ból. Jakby właśnie coś się skończyło.
– Jesteś dla mnie jak córka – powiedział cicho, patrząc w bok.
Nie krzyczał. Nie oceniał. Ale jego słowa były jak nóż. Wstał, odsunął się, a ja, pomimo że siedziałam, poczułam jak grunt pod moimi stopami znika. Przeprosiłam, choć nie wiem, czy bardziej za to, co zrobiłam, czy za to, co czułam. On tylko skinął głową i otworzył drzwi.
Wyszłam. Z opuszczoną głową, z sercem w kawałkach i z poczuciem, że straciłam nie tylko szansę na miłość, ale też najważniejszą osobę w moim życiu. Drogę do domu przebiegłam bez nawet krótkiego postoju. Ojciec, widząc mnie zapłakaną, był przekonany, że pokłóciłam się z Klarą. Pokiwałam głową i nigdy nie powiedziałam mu prawdy. Wiem, że Oliwier później do niego dzwonił. Nie zdradził niczego, nie wspomniał o moich odwiedzinach. Tylko upewnił się, że dotarłam bezpiecznie do domu.
Od tamtej pory widywaliśmy się rzadko. Rozmowy były krótkie, uprzejme, ale chłodne. Trzymał mnie na dystans, a ja nie miałam odwagi więcej się do niego zbliżyć. No może raz, ale to się nie liczy, bo on nie był tego świadomy. A ten „prawie” pocałunek w dniu moich osiemnastych urodzin, z którego do tej pory naśmiewa się Klara, nie wyszedł z mojej inicjatywy, a był raczej mylną interpretacją jego gestu.
Do dziś wstydzę się za tamtą próbę pocałunku. Choć wtedy wydawało mi się, że robię coś pięknego. Że pokazuję mu, że nie jest sam. Że może być znów kochany. I może właśnie dlatego to bolało najbardziej, bo miłość, która miała być ratunkiem, stała się powodem kolejnego rozstania w życiu Oliwiera.
Później tylko tata się z nim spotykał. Ja trzymałam się z daleka. Nie planowałam zapraszać go nawet na swoją osiemnastkę, ale tata nalegał. Zgodziłam się tylko po to, by nie wzbudzać podejrzeń, że nasza przyjaźń to już tylko wspomnienie z dzieciństwa. Dla niepoznaki powiedziałam Julianowi, że też nie jest mile widziany, bo wstęp mają wyłącznie osiemnastolatkowie. Obraził się, pytając, od kiedy to nie jesteśmy już kumplami. Nie mogłam wyznać mu prawdy, powiedzieć, że od dnia, w którym poczułam smak ust jego najlepszego przyjaciela, dwie dekady starszego ode mnie i w którym do dzisiaj jestem szaleńczo zakochana.
Moja osiemnastka była udana. Dostałam mnóstwo zabawnych prezentów od koleżanek i butelek alkoholu od kolegów ze szkoły. Przez cały wieczór nie wypiłam ani kropli, ponieważ tata, który jednak się wprosił, co chwila spoglądał na mnie z miną porzuconego na deszczu szczeniaka. Nie mógł pogodzić się z faktem, iż jego księżniczka jest już dorosła. Nie tak chciałam zapamiętać swój pierwszy kieliszek, dlatego czekałam na odpowiedni moment. On też początkowo się krępował i co chwila wydzwaniał do Oliwiera, jednak ten sprytnie się wykręcał. Ostatecznie moi koledzy namówili tatę na brandy, potem piwo, kamikadze i po godzinie zanieśli go do łóżka. Julian nigdy nie miał głowy do alkoholu, ale ja wreszcie mogłam odetchnąć.
Oliwier się pojawił, tyle, że przed północą, gdy kończyłam sprzątanie ogrodu. Przeprosił za spóźnienie, tłumacząc, iż nie chciał psuć zabawy moim znajomym. Podarował mi butelkę kokosowej wódki i złote kolczyki w kształcie nieskończoności. W swoim zakochanym umyśle natychmiast dopisałam im znaczenie naszej wiecznej miłości. Zapytałam, czy możemy się napić. Wytłumaczyłam, dlaczego nie miałam jeszcze okazji spróbować mocniejszego alkoholu, jedynie kilka łyków piwa i bezwstydnie winą obarczyłam za to nadopiekuńczość ojca.
– Wybacz, że mnie wtedy przy was nie było – przeprosił ponownie Oliwier.
Tego wieczoru był inny. Zamyślony, melancholijny. Przez chwilę pomyślałam, że mnie podrywa, choć ten racjonalny głosik w mojej głowie napominał, że tylko sobie to wmawiam. Napiliśmy się wódki, smakowała okropnie, ale udawałam, że jest inaczej. Jeden kieliszek, drugi, po trzecim zakręcił butelkę, wskazując na zaparkowany przed bramą samochód. Zasmuciłam się, bo miałam nadzieję, że wypity alkohol zatrzyma go u nas na dłużej. On najwyraźniej nie był tak rygorystyczny w swoich zasadach jak ja. Przez kolejne dziesięć minut wspominał nasze wspólne przygody z mojego dzieciństwa, ale ani słowem nie wspomniał o tamtym incydencie sprzed lat.
Gdy odprowadziłam go do bramki, nachylił się nade mną. Myślałam, że mam pocałować go w policzek, jak dawniej. Jednak tym razem to on chciał pocałować mnie. Przez tę pomyłkę nasze wargi ledwie się musnęły, ale moje ciało natychmiast przeszył przyjemny dreszcz. Jakby samo ciepło bijące od jego ust potrafiło odebrać sztywność moich nóg.
– Przepraszam – chciałam się usprawiedliwić, ale Oliwier nie zachował się jak tamtej felernej nocy. Nie odsunął się, nie zrobił nic. Staliśmy jak sparaliżowani, tak blisko, że słyszałam nie tylko jego przyspieszony oddech, ale też bicie jego serca. Wpatrywaliśmy się sobie w oczy, a wokół nas tańczyły światła fajerwerków, tych wyimaginowanych, istniejących jedynie w mojej głowie.
Mężczyzna nagle potrząsnął głową, jakby nie dowierzał temu, co się właśnie wydarzyło. Przełknął ślinę i wreszcie się odezwał.
– Dobranoc – wyszeptał. Tylko tyle, ale w tonie jego głosu słychać było konsternację. Raz jeszcze potrząsnął głową i pośpiesznie wsiadł do samochodu, po czym tak po prostu odjechał. Zostawiając mnie w ciszy, która zdawała się krzyczeć.
Przez dłuższą chwilę stałam nieruchomo, całkowicie wniebowzięta i skołowana jednocześnie. Z kieszonki bluzy, którą założyłam, gdy słoneczny dzień ustąpił chłodnemu wieczorowi, wyjęłam małe pudełeczko. W środku kryły się złote kolczyki od Oliwiera. Natychmiast je założyłam i do dziś, choć od moich osiemnastych urodzin minął ponad rok, nie wyjęłam ich z uszu.
***
Z zamyślenia wyrwały mnie ukradkowe spojrzenia mężczyzny siedzącego obok mnie. W innych okolicznościach pewnie by mnie rozczuliły, może nawet dodały pewności siebie. Ale teraz? Teraz sprawiły, że całe moje ciało zesztywniało. Ponownie zacisnęłam dłonie na kierownicy, tak mocno, jakby była moją ostatnią kotwicą w rzeczywistości. W myślach błagałam, by Oliwier nie zauważył fali paniki, która właśnie mnie zalała.
Choć droga do Centrum Handlowego Aura była krótka, czułam się tak wyczerpana, jakbyśmy jechali przez pół kraju. Zakupy? W tej chwili wydawały się czymś zupełnie nieistotnym.
– Wata cukrowa! – zakrzyknęła Klara, wyciągając mojego ojca z samochodu i prowadząc go pod rękę w stronę kolorowego stoiska. Jej energia tak mocno kontrastowała z napięciem, jakie było we mnie.
Złożyłam boczne lusterka, próbując odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją. Poprosiłam Oliwiera, by podał mi portfel ze schowka. Ten również był prezentem od niego.
– Bianko… jeśli czujesz się nieswojo w moim towarzystwie, powiedz mi to wprost. Znajdę pretekst, żeby się wcześniej ulotnić – powiedział cicho Oliwier, co natychmiast wywołało skurcz w moim żołądku. Niby nie czułam się przy nim komfortowo, jednak ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to żeby teraz zniknął. – Julian uparł się, żebym jechał razem z wami i doradził mu w zakupach. Ostatecznie chce wyglądać jak twój ojciec, a nie brat. A wiesz, jak trudno z nim dyskutować…
Jego głos brzmiał niepewnie, jakby sam nie był przekonany, czy powinien tu być. Zauważyłam jego zawstydzenie, może nawet cień skruchy.
– Nie, Oliwierze… Naprawdę cieszę się, że cię widzę. Tęskniłam za tobą – wypowiedziałam te słowa, choć wiedziałam, że zabrzmią zbyt wylewnie, zbyt szczerze. Mój głos zadrżał, ocierając się o desperację. Ale to już nie miało znaczenia. On wiedział. Od lat wiedział, że moje serce bije mocniej, gdy jest blisko. I właśnie dlatego on tak bardzo mnie unikał, a ja się nie narzucałam.
Przez chwilę milczał. Cisza między nami stała się gęsta, pełna niewypowiedzianych słów i trudnych emocji. Jak zwykle. A potem, tuż przed tym, jak wysiadłam z samochodu, rzucił cicho:
– Bardzo ładnie ci w tych kolczykach.
Ja przywiązuję się do ubrań. Trudno mi się rozstać ze znoszonymi, bo zwykle łączy nas długa historia, wspomnienia i emocje. Przed zakupem oceniam materiał, sprawdzam jakość szwów, testuję suwaki. Mija zwykle trochę czasu, zanim rzecz z półki sklepowej trafi do koszyka, a to dopiero połowa drogi. W przymierzalni wykonuję serię groteskowych ruchów: skłony, podskoki, skręty tułowia, wszystko po to, by upewnić się, że ubranie nie będzie mnie uwierać ani krępować. Potem przez pięć minut wpatruję się w lustro, próbując dostrzec w sobie kogoś lepszego, bardziej dorosłego.
Cena? Nie ma znaczenia. Kupuję maksymalnie trzy rzeczy w roku. Najczęściej sukienki z działu biurowego, bo chcę wyglądać dojrzalej. Moja szafa to paleta trzech kolorów: czarnego, granatowego i szarego.
Klara to moje zupełne przeciwieństwo. Ona jest hieną rabatową. Zna wszystkie promocje, kupuje dużo, tanio, pstrokato. Ubrania zakłada raz, najwyżej dwa. To samo tyczy się butów, kosmetyków… i, jeśli być brutalnie szczerym, również chłopaków.
– Juliaaaaaan! Zobacz, jakie czadowe spodnie dla ciebie wynalazłam! – Klara, obłożona ubraniami po samą szyję, biegnie w stronę przymierzalni, potykając się o własne nogi.
Oliwier spogląda na nią z rozbawieniem. Nasze spojrzenia się spotykają i oboje uśmiechamy się pod nosem.
– Twoja przyjaciółka jest niezwykle żywiołowa. Jesteś pewna, że to odpowiednia dziewczyna dla Juliana?
– Czy ja wyglądam na swatkę? – pytam z przekąsem. – Klara uparła się, żeby jechać ze mną na zakupy. Nie spodziewałam się, że tak dobrze się dogadają.
– W jeden dzień odjęła Julianowi kilka lat – zauważa.
– Tobie też się takie dziewczyny podobają? – pytam bezmyślnie, a już po chwili żałuję, że nie ugryzłam się w język.
– Nie bardzo. Mnie podobają się dojrzalsze – mówi lekko zamyślony. – Kobiety – dodaje po chwili, jakby chciał, żebym na pewno zrozumiała przesłanie.
No tak. Wsadziłam palec w ogień, więc nie ma się co dziwić, że piecze. Jaka ja jestem głupia. Co ja sobie przez te wszystkie lata wyobrażałam?
Oliwier, najlepszy przyjaciel mojego ojca, rokujący grafik w liczącej się firmie. Mężczyzna, który na co dzień spotyka się z ludźmi biznesu, nosi garnitur, jeździ ładnym samochodem, stać go na sprzątaczkę. Gdzie mnie do takiego faceta? Przez najbliższe lata nie mógłby nawet przedstawić mnie jako swojej dziewczyny. Zostałby wyśmiany. Umawia się z małolatą? Jego przyjaciele mają dzieci starsze ode mnie.
Kiedy Oliwier podchodzi do wieszaka z krawatami, ja ukradkiem wychodzę ze sklepu, ponieważ łzy zdążyły mi już napłynąć do oczu. Jestem dzieckiem. Małym, naiwnym dzieckiem, które zbyt szybko uwierzyło, że dorosłość to tylko kwestia stroju, tonu głosu i kilku poważnych słów. Wkładam buty ojca, za duże, za ciężkie, niepasujące do moich kroków. Wyglądam w nich karykaturalnie, jak postać z teatralnej farsy, która próbuje udawać kogoś, kim nigdy nie była. Ale w mojej głowie to wszystko ma sens. W mojej głowie jestem już dorosła, dojrzała, gotowa na rozmowy, decyzje i uczucia, które należą do świata starszych. Według mnie już potrafię dorównać Oliwierowi intelektem, emocjami, stylem życia. Ale rzeczywistość nie działa według moich wyobrażeń. Tak naprawdę jestem dziewiętnastoletnią dziewczynką, która dopiero poznaje dorosłe życie. Jestem spojrzeniem, które zbyt długo zatrzymało się na mężczyźnie, który znał mnie, zanim nauczyłam się czytać. Jestem emocją, która nie wie, czy jest zakochaniem, fascynacją, czy tylko desperacką próbą bycia kimś więcej niż córką przyjaciela. I kiedy patrzę na siebie z boku – z tej perspektywy, której nie chciałabym widzieć – widzę dziecko. Zbyt małe, by nosić cudze buty; zbyt kruche, by udźwignąć ciężar dorosłej relacji; zbyt naiwne, by zrozumieć, że niektóre marzenia nigdy nie staną się rzeczywistością.
Krążę bez celu po korytarzu w galerii handlowej, wdzięczna losowi, że te wspólne zakupy nie odbyły się kilka tygodni wcześniej, w samym środku świątecznego szaleństwa. Wtedy witryny sklepowe tonęły w migoczących światełkach, a z głośników sączyły się melancholijne melodie, które nawet największego ponuraka potrafiły wprowadzić w stan niepokojącego optymizmu. W tamtym czasie czułabym się jak bohaterka jednej z tych niskobudżetowych komedii romantycznych, w których aktorki w rozciągniętych swetrach i z rozmazanym tuszem do rzęs snują się pośród świerkowych dekoracji, wypłakując złamane serca pod czerwoną kokardką zawieszoną nad wejściem do perfumerii. Z drugiej strony dziś jest tydzień przed walentynkami, a ja już wiem, że i w tym roku spędzę je w samotności.
Jakby nie patrzeć, sytuacja nie wygląda lepiej.
Nagle, na jednej z wystaw, dostrzegam sukienkę. Nie byle jaką, najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek widziałam. Choć marka jasno daje do zrozumienia, że to nie moja liga, pragnienie zobaczenia jej z bliska popycha mnie do przodu. Ma prosty, klasyczny krój, ale to detale przyciągają wzrok: delikatne perełki doszyte wokół szyi i przy rękawach o długości trzy czwarte. Jest elegancka, subtelna, po prostu piękna. Ale tak jak Oliwier, nigdy nie będzie moja.
– Biankaaaaaa! – Z zamyślenia wyrywa mnie głośny okrzyk Klary. Odwracam się i widzę, jak cała trójka kieruje się na wyższe piętro galerii.
Dołączam do nich, a przyjaciółka z entuzjazmem opowiada o zakupowych sukcesach mojego ojca. Kokieteryjnie dodaje, że od teraz każdego ranka będę musiała walczyć o dostęp do łazienki, bo kolejka kobiet będzie nieunikniona. Mój ojciec, wyraźnie rozbawiony jej pochlebstwami, oddaje Klarze pełnię władzy nad wyborem restauracji na kolację, zapewniając, że cena nie gra roli.
„Świat staje na głowie”, myślę. Mój ojciec, który potrafi przeliczyć każdą złotówkę na trzy sposoby, nagle zachowuje się jak filantrop. Ten sam człowiek, który bywa bardziej skąpy niż Pan Scrooge z Opowieści wigilijnej.
Po długich rozważaniach Klara decyduje się na nowo otwartą restaurację. Jest to wegetariański lokal, który serwuje fast food w eleganckiej, niemal salonowej oprawie. Śnieżnobiałe ściany, meble w stylu wiktoriańskim, subtelne dekoracje, wszystko wygląda jak z magazynu o wystroju wnętrz. Żadne z nas nie jest wegetarianinem, choć był czas, kiedy Oliwier zrezygnował z mięsa. Stało się to zaraz po tym, jak Celina się wyprowadziła. Uznał, że skoro kobieta odchodzi, to trzeba zmienić nawyki. Celina była mistrzynią przyrządzania steków, więc jego decyzja nikogo nie dziwiła. Wytrwał dwa lata. Złamał się dopiero wtedy, gdy dowiedział się, że jego była żona zamieszkała z partnerem młodszym o pięć lat, zanim jeszcze ich rozwód został prawnie sfinalizowany.
Osobiście życzyłam jej szczęścia. Naprawdę. Byle tylko trzymała się z daleka od Oliwiera. Poza tym oddając jej prawdę, zawsze była dla mnie bardzo miła.
– Julian, przepraszam… – Słyszę głos Klary, lekko drżący, choć wciąż kokieteryjny. Spoglądam w ich stronę i widzę, jak chusteczką próbuje zetrzeć rozlaną colę z koszuli i spodni mojego ojca, pochylając się nad nim z przesadną troską.
– Nie szkodzi, kotku. Przecież mam tyle nowych ubrań. Pójdę się przebrać – odpowiada z uśmiechem, zaskakująco spokojnie, kierując się z torbami zakupowymi w stronę toalet. Klara rusza za nim bez wahania.
„Kotku”? Zero złości, żadnego westchnienia irytacji, tylko łagodny ton i uśmiech? To zupełnie nie w jego stylu. Mój ojciec, ten sam, który potrafi wywołać awanturę o zbyt mocno odkręcony kran, bo „woda kosztuje”, właśnie z uśmiechem zignorował całe zajście. Zwykle wystarczy jedno zabrudzenie na świeżo wyprasowanej koszuli, by rozpętała się w domu burza. Bo przecież koszula była noszona tylko raz, a pranie to nie tylko zużycie proszku, ale też energii, wody i co najważniejsze – czasu. A czas, według mojego ojca, to waluta cenniejsza niż złoto. A teraz? Uśmiech, łagodność, „Kotku”? Jakby ktoś podmienił mu duszę. Jakby Klarze udało się rozbroić mechanizm, który przez lata działał wyłącznie w trybie „kontrola kosztów”.
– Jesteś dzisiaj jakaś nieobecna – odzywa się Oliwier. – Wszystko w porządku? – pyta.
W porządku? Nie poznaję ojca, który był największą stałą mojego życia, a do tego czuję się, jakby ktoś właśnie wyciągnął mi serce i położył je na stole, obok pustej szklanki. Dzisiaj uświadomiłam sobie, tak realnie, bo w głębi serca wiedziałam to już od dawna, że przez cztery lata żyłam w iluzji. Lokowałam uczucia w kimś, kto nigdy nie miał zamiaru ich odwzajemnić. Kto właśnie powiedział mi, że pociągają go kobiety, dojrzałe, pewne siebie, z przeszłością, której ja dopiero się uczę.
– Tak, wszystko jest dobrze. Trochę boli mnie głowa – kłamię, zbyt szybko, zbyt gładko. – Przygotowuję się do matury, a za chwilę będę wybierać uczelnię. Czas leci, a ja wciąż żyję z głową w chmurach – dodaję, próbując nadać temu ton lekkości, której w sobie nie czuję.
Oliwier sięga po moją dłoń. Jego palce są ciepłe i pewne, a gest, zbyt czuły i zbyt intymny, by był neutralny. Zaciska ją lekko, jakby chciał mi coś przekazać bez słów.
– Wierzę w ciebie, Bianko. Poradzisz sobie ze wszystkim.
Nie, nie, nie. On nie ma prawa tego mówić. Nie ma prawa dotykać mnie w ten sposób, jeśli nie zamierza być częścią mojego świata. Nie może bawić się moimi uczuciami, które po takich słowach wybuchną jak pożar w suchym lesie.
– Dlaczego ja ci się nie podobam? – pytam nagle, bez filtra, bez przygotowania. Jego spojrzenie, to cudowne, głębokie spojrzenie, zupełnie mnie rozbraja. Już nie dbam o to, co sobie o mnie pomyśli. Nie potrafię dłużej udawać. Nie chcę.
– Kto ci powiedział, że mi się nie podobasz? – odpowiada zaskoczony. – Jesteś piękna, Bianko. I jestem przekonany, że masz wielu adoratorów w swoim wieku. To w nich powinnaś lokować uczucia.
– Ale oni mnie nie interesują. Ja chcę być z tobą. – Nie wierzę, że wypowiedziałam to na głos.
– Bianko, kochanie… – Znów ten ton. Ojcostwo w jego głosie, troska, która boli bardziej niż obojętność. – Już o tym rozmawialiśmy. Jesteś dla mnie jak córka. Bardzo zależy mi na twoim szczęściu.
– Nieprawda. Między nami jest coś więcej. Widziałam, jak na mnie patrzyłeś w moje osiemnaste urodziny. Prawie się wtedy pocałowaliśmy. Albo kiedy byliśmy na Dzikiej Plaży, czy wtedy, gdy przyprowadziłeś pijanego ojca do domu. Za każdym razem miałeś przyspieszony oddech i spocone dłonie. Tak nie reaguje się na członka rodziny – wypominam przeszłość i choć głos mi się łamie, nie przestaję.
– Bianko, wystarczy – przerywa mi stanowczo. – Przeprosiłem. Tłumaczyłem, że tak być nie może. Zrozum wreszcie, nie jestem dla ciebie odpowiednim mężczyzną. Jestem przyjacielem twojego ojca – powtarza, sama już nie wiem, po raz który.
– Odtrącasz mnie, bo nic do mnie nie czujesz? Czy dlatego, że jesteś jego przyjacielem? – pytam ostatni raz z nadzieją, że może tym razem odpowie.
Ale on tylko wpatruje się w swoją szklankę z wodą. Milczy. Nie ma odwagi powiedzieć mi prawdy. A może właśnie ją powiedział w tej ciszy, która boli bardziej niż jakiekolwiek słowa.
– Nie możemy być razem – powtarza jak zacięta płyta. – To… niewłaściwe – dodaje po chwili milczenia, jakby każde słowo ważyło tonę. – Moja relacja z Julianem nie ma tutaj nic do rzeczy. Masz dziewiętnaście lat, Bianko. Ja prawie czterdzieści. Musisz to w końcu zrozumieć. Nie możemy być razem.
Zapada cisza tak gęsta, że aż dzwoni mi w uszach. Co mogę powiedzieć, gdy ktoś tak stanowczo przekreśla wszystko, co czuję? W środku pękam. Jedyne, czego teraz pragnę, to wrócić do domu, zakopać się w pościeli i płakać całą noc w poduszkę.
– Spokojnie, to tylko koszula, nikt nie umarł – rzuca ojciec z uśmiechem, widząc nasze posępne miny, gdy wracają do stolika z Klarą. Ona od razu wyczuwa, że coś się wydarzyło. Udając zawroty głowy z powodu „spraw kobiecych”, łapie mnie za rękę i wyprowadza na zewnątrz.
– Spotkajmy się w samochodzie za pół godziny – mówi. – Tylko nie zapomnijcie zabrać naszych zamówień na wynos.
Ojciec kiwa głową, zapewniając, że wszystkim się zajmie. Bóg jeden wie, jak bardzo jestem wdzięczna przyjaciółce za ratunek. Gdy tylko zamykamy drzwi samochodu, wybucham płaczem. Głośnym, niekontrolowanym, bolesnym.
– Płacz, Bianko, płacz – mówi łagodnie, jakby była naocznym świadkiem całej rozmowy z Oliwierem i jakby doskonale rozumiała mój ból. – Ale nie za długo. Bo jeśli doprowadził cię do takich łez, to nie jest ich wart.
Jeśli kiedyś miałam wątpliwości, czy warto przyjaźnić się z dziewczyną, która tak mocno się ode mnie różni, to po dzisiejszych doświadczeniach walnę się w głowę, jeśli choćby raz nawiedzą mnie takie myśli. Pomimo wszystkich jej szalonych pomysłów i notorycznego doprowadzania mnie do szału Klara jest najwspanialszą osobą, jaką w życiu spotkałam. Kiedy cierpię, ona potrafi poruszyć niebo i ziemię, by przywrócić mi uśmiech.
– Powiedział, że nigdy nie będziemy razem – szepczę przez łzy. – Nie z powodu ojca. Po prostu… podobają mu się starsze kobiety. Ja mam dziewiętnaście lat i nie jestem w jego typie.
– Co za bzdury! – prycha Klara. – A tobie podobają się starsi faceci czy raczej chłopcy z naszej szkoły? – pyta.
– Nie wiem. Kocham tylko jego.
– Rozumiem, ale ja pytam tak ogólnie. Gdyby nie było Oliwiera, to umawiałabyś się ze starszymi czy z rówieśnikami?
– Pewnie z kolegami z klasy. Dawid jest całkiem fajny… może z nim bym się umówiła.
– No właśnie! – wykrzykuje przyjaciółka, jakby właśnie odkryła Amerykę. – Kiedy się zakochujemy, ideały przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko uczucie. Gdybym ja zakochała się w Piotrze tak, jak ty w Oliwierze, nawet jego przerośnięty palec u lewej stopy nie byłby dla nas przeszkodą.
Ona zawsze wie, jak poprawić mi humor. Nie wierzy w jego słowa. Twierdzi, że powiedział to ze strachu, dlatego że dziewiętnastolatka nie pasuje do jego świata. Bo dziewiętnastolatka mogłaby wywrócić jego uporządkowane życie do góry nogami.
– Czyli… uważasz, że mam u niego jakieś szanse? – pytam cicho, desperacko, jakby ostatnia iskra nadziei właśnie miała zgasnąć.
Klara nie odpowiada od razu. Patrzy na mnie długo, z troską, której nie potrafię znieść. W końcu mówi:
– Nie, Bianko – jej głos jest stanowczy, ale łagodny. Rozwiewa moje marzenia jednym zdaniem, jakby zdmuchiwała domek z kart. – Bez względu na to, co przed chwilą powiedziałam… musisz pogodzić się z tym, że najprawdopodobniej nie będziecie razem. Oliwier nie wygląda na faceta, który rzuci się na głęboką wodę. Raczej nie podejmie ryzyka. – Klara obejmuje moją twarz dłońmi i delikatnie ociera łzy, które jednak nie przestają płynąć. – Musisz o nim zapomnieć – tłumaczy. – Przykro mi, ale nie warto, żebyś marnowała na niego ani chwili dłużej.
I wtedy znów pękam. Łzy wracają z podwójną siłą, a przyjaciółka przyciąga mnie do siebie, mocno, bez słowa. Jej uścisk jest jak kotwica, jak ratunek przed utonięciem.
Nie oczekiwałam, że Oliwier rzuci mi się w ramiona przy następnym spotkaniu. Nie miałam złudzeń. Przez cały rok po tamtej nocy, po moich osiemnastych urodzinach, unikał mnie z precyzją chirurga. Spotykaliśmy się tylko z konieczności, przy świątecznym stole, w obecności innych. Nigdy sam na sam. Nigdy dłużej niż przez kilka minut. Ale mimo wszystko… miałam nadzieję. Że może teraz, kiedy jestem starsza, zacznie dostrzegać we mnie kobietę. Że spojrzy inaczej. Że zaczniemy ze sobą flirtować, nieśmiało, ostrożnie. Że uda mi się go przekonać, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Ale teraz już wiem, że to były wyłącznie czcze marzenia. Iluzje utkane z tęsknoty i wyobrażeń. I ta świadomość boli bardziej niż uderzenie w policzek. Bo kiedy marzenie umiera, nie zostaje po nim nic, tylko pustka, która wypełnia całe ciało.
***
Kiedy mężczyźni wracają do samochodu, moja twarz wciąż zdradza ślady niedawnego płaczu: lekko opuchnięte powieki, zaczerwienione oczy. Ale nikt zdaje się tego nie zauważać. Klara siedzi nieruchomo na przednim fotelu, jakby zastygła w jakimś wewnętrznym zamyśleniu. Tata i Oliwier wrzucają torby z zakupami do bagażnika, po czym bez słowa zajmują miejsca na tylnych siedzeniach.
Przyjaciółka podkręca głośność radia, chcąc zagłuszyć nie tylko niezręczną ciszę, ale też to, co między nami wisi w powietrzu – moje zranione serce, które bije zbyt głośno, choć nikt go nie słyszy.
Najpierw odwozimy Klarę. Tata, jak zawsze elegancki i pełen szacunku, całuje ją w rękę na pożegnanie. Tego nie mogę mu zarzucić, odkąd tylko pamiętam, zawsze traktował kobiety z dystynkcją i może dlatego mama tak szybko wybaczała mu wszelkie niedociągnięcia i błędy. Potem przychodzi kolej na Oliwiera. Nawet nie wysiadam z samochodu, żeby się z nim pożegnać. Nie mam na to siły ani tym bardziej odwagi. Mam wrażenie, że cały animusz wykorzystałam podczas dzisiejszej rozmowy – katastrofy. Tylko macham mu ręką, kiedy wyciąga swoje torby z bagażnika. On zresztą też na mnie nie patrzy, choć głośno się żegna. Tak na pokaz, przed moim ojcem. Show must go on, choć za kurtyną sceny panuje grobowa cisza.
Zostajemy sami z tatą. Silnik mruczy cicho, a ja próbuję zebrać myśli. Wiem, że zaraz coś się wydarzy, czuję to każdą komórką mojego ciała. I rzeczywiście, jego pytanie spada na mnie jak grom z jasnego nieba. Gdybym stała, pewnie nogi ugięłyby się pode mną.
– Kochanie, dlaczego tak nieładnie zachowujesz się w stosunku do Oliwiera?
– Co? Ja? Kiedy? – wyrzucam z siebie serię bezsensownych pytań, próbując zyskać na czasie, choć wiem, że nie mam żadnej dobrej odpowiedzi.
– Wiele razy – mówi spokojnie, ale stanowczo. – Widziałem, jak próbował zagadać do ciebie w sklepie, a ty, jak tylko się odwrócił, po prostu od niego uciekłaś. Albo przed obiadem, miałaś taką naburmuszoną minę, że nawet ja bałbym się do ciebie odezwać.
Patrzę na niego z niedowierzaniem, oczy mam szeroko otwarte, bo właśnie usłyszałam coś zupełnie absurdalnego. Ale tata nie przestaje mówić. Wylicza kolejne sytuacje, w których to ja, a nie on – ja byłam tą, która oddalała się, która raniła, która nie dawała szansy.
– Gdybym nie nalegał, nie zaprosiłabyś go nawet na swoje osiemnaste urodziny – dodaje, a jego głos jest już bardziej miękki, może nawet trochę smutny.
Czuję, jak coś we mnie się zaciska, nie pęka, nie kruszy się, ale zastyga w bolesnym napięciu. To nie duma. Nie strach. To gniew pomieszany z bezsilnością. Bo przecież to nie ja odrzucam Oliwiera. To on odsuwa się ode mnie, milknie, znika, kiedy tylko próbuję się zbliżyć. A jednak z zewnątrz wygląda to zupełnie inaczej. Tata widzi mnie jako chłodną i obojętną. Nie rozumie, że za moim milczeniem kryje się lęk przed kolejnym zranieniem, nie zliczę już którym. To niesprawiedliwe. To boli. Bo próbuję, na swój sposób, nieporadnie, ale jednak staram się spełnić życzenie Oliwiera i przestać go kochać. A i tak wychodzi na to, że to ja jestem winna. Ja, która tylko chciałam być zauważona. Ja, która nie potrafię już odróżnić, czy to naprawdę ja niszczę tę relację czy po prostu nikt nie widzi, jak bardzo się staram ją utrzymać.
– Tam byli moi koledzy z klasy – mówię, niezgrabnie się tłumacząc, choć wiem, że brzmi to jak kiepska wymówka. Tata wszystko przeinaczył, jakby patrzył na mnie przez krzywe zwierciadło.
– Rozumiem – odpowiada spokojnie, ale z wyraźnym tonem rozczarowania. – Ale nasza wieloletnia przyjaźń z Oliwierem chyba znaczy więcej niż kilku nastolatków, których imiona zapomnisz za kilka miesięcy. Kiedy już wszyscy rozjedziecie się po wybranych uczelniach.
W normalnych okolicznościach jego słowa miałyby sens. Może nawet by mnie przekonały. Ale teraz czuję, jak coś we mnie się buntuje. Bo to nie jest kwestia zapomnianych imion. To nie jest kwestia lojalności.
– Tato, nie mów tak – mówię ostrzej, niż zamierzałam. – To są moi przyjaciele. Prawdziwi. Nie zasługują na to, żeby ich tak deprecjonować.
Zaczynam się denerwować. Mam ochotę wyrzucić mu całą prawdę prosto w twarz. Że to nie ja sprawiam przykrość jego przyjacielowi. To jego przyjaciel złamał mi serce. To on mnie ignoruje, odsuwa się, milczy, kiedy najbardziej go potrzebuję. Ale nie mówię tego. Nie teraz. Nie jemu.
– Bianko, ja to wszystko rozumiem – mówi łagodnie, jakby próbował mnie uspokoić. – Jesteś młoda, a my, wapniaki, już ci tylko zawadzamy. Ale proszę cię o jedno, bądź dla wujka odrobinę serdeczniejsza. Jemu naprawdę bardzo na tobie zależy.
W tym momencie tata wyciąga przed siebie elegancką, czarną papierową torebkę z różową kokardką. Macha nią przed moimi oczami, jakby to miało mnie przekonać.
– Oliwier kupił to dla ciebie – mówi. – Powiedział, że obiecał ci to już jakiś czas temu, ale ciągle zapominał. Prosił, żebym ci to dał.
Patrzę na torebkę, próbując zachować spokój. Czuję, jak w środku wszystko się we mnie kotłuje. Nie wiem, co bardziej mnie boli, jego gest czy fakt, że tata uważa go za ofiarę, a mnie za tę, która powinna się poprawić.
– Dobrze, tato. Obejrzę to w domu – mówię, starając się skupić na drodze, choć moje myśli krążą już tylko wokół tej czarnej torebki. Co tam jest? Co to znaczy? Czy to próba naprawy naszej relacji, czy tylko pozór?
– Obiecaj mi tylko, że postarasz się być milsza dla Oliwiera.
– Obiecuję, tato – rzucam na odczepnego, nie patrząc mu w oczy. Nie dlatego, że nie chcę. Po prostu nie potrafię. Cały czas myślę już tylko o zawartości torebki. I o tym, jak bardzo wszystko wygląda inaczej z zewnątrz, niż naprawdę jest.
Redakcja
Beata Gołkowska
Korekta
Dorota Honek-Sac
Projekt graficzny okładki, skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Kinga Jesman, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384301999
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Strona redakcyjna
Spis treści
