Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
302 osoby interesują się tą książką
Agnieszka ma czterdzieści pięć lat i z dnia na dzień traci pracę, zwolniona przez człowieka, którego uważała za przyjaciela. To boli, a znalezienie nowej pracy wcale nie jest proste. Najbliżsi też nie szczędzą jej wrażeń. Nastoletnia córka staje się coraz trudniejsza do odczytania, a pracujący za granicą mąż składa propozycję, która do reszty burzy kruchą rodzinną równowagę. Waśnie wtedy na drodze Agnieszki staje zaskakująco uważny i troskliwy sąsiad, a wraz z nim niespodziewanie pojawia się relacja, która nie mieści się w znanych jej dotąd standardach. Zaczynając od nowa kobieta uświadamia sobie, że to, co kiedyś przeszkadzało innym, nagle staje się jej atutem i pozwala definiować własne zasady gry. Tylko co musi się wydarzyć, by tak się stało?
Tytułowy "Żakiet w kwiatki" jest symbolem niezależności, wyznacznikiem własnego „ja”. Dobitnie przypomina, że bycie sobą to największa siła. Każda z nas powinna mieć w garderobie taki ciuch i często go zakładać. Polecam. Izabella Frączyk
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 264
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Katarzyna Kowalewska, 2026
Żakiet w kwiatki
Projekt okładki
Justyna Knapik
Redakcja
Agata Bizuk
Korekta
Maria Stanis, Barbara Sacka
Łamanie i skład
Beata Kostrzewska/Grafika Słowa
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
ISBN 978-83-68468-86-1
Kraków 2026
Wydawnictwo BOOKEND
www.bookend.pl
Capital Village Sp. z o.o.
ul. Gęsia 8/202, 31-535 Kraków
Tel: 663 041 041
„To mały krok dla człowieka, ale wielki…” Zaraz, zaraz. Agnieszka potrząsnęła głową. Nie o taki cytat jej chodziło. Ten był nie na miejscu. Kompletnie nie na miejscu. Westchnęła. Okej, jeszcze raz. „I should be so lucky, lucky, lucky, lucky…” Do diabła z tym!
Rzuciła na biurko kartonowe pudło podobne do tego, z jakim Tom Cruise opuszczał biuro w filmie „Jerry Maguire”. Agnieszka próbowała się trzymać. Mając czterdzieści pięć lat nie wypadało płakać. Łzy były zarezerwowane dla kobiet nadwrażliwych i dzieci. A Agnieszka była nieustraszona i dorosła. Tylko na wszelki wypadek wyjęła z szuflady chusteczki higieniczne. Tak na wszelki wypadek.
Najpierw spakowała różowy kubek z napisem „Jej wysokość śpiąca królewna. Nie dasz kawy – będzie wredna”. Potem kolorowe karteczki samoprzylepne z cytatami, o których zapominała natychmiast po zapisaniu. Figurkę Buddy, którą trzymała, bo wierzyła w spokój umysłu, tylko zapominała medytować. Breloczek z dyndającym preclem, bo cóż… lubiła pieczywo i kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Stary kalendarz z naklejkami, który prowadziła jako dziennik emocji, ale przestała w grudniu. W nagłym przypływie emocji. Planszę z korporacyjnym bullshit-bingo, z jej własnymi śmiesznymi dopiskami i rysunkami poniżej poziomu przedszkolaka. Kolczyki w kształcie ananasów na spontaniczne wyjścia, które nigdy nie nadeszły. Misia Paddingtona, którego kupiła na pamiątkę wypadu do kina z Paulą. Dla siebie, nie dla Pauli. Na koniec umieściła w pudełku tęczowy, brokatowy długopis z końcówką w kształcie rybiego ogona, który zdarzało jej się podawać Igorowi do podpisywania kontraktów. Łączyła ją z szefem znakomita chemia. Gdy klient przyjmował długopis, jakby dotykał śniętej ryby, i składał swój elegancki podpis, oni wymieniali łobuzerskie spojrzenia. Ale dziś te spojrzenia i chemia miały przejść do archiwum zakładowego.
Przepracowała dla Igora dwanaście lat. Jako asystentka, radczyni, manager projektu, szefowa od PR-u. Pani od wszystkiego. Nawet papier w toalecie uzupełniała, jeśli było trzeba. Chodziła za nim od firmy do firmy. Mniejszej i większej. Obiecującej i ulotnej jak wena pisarza. Wierzyła w niego. Zwłaszcza w najnowszy start-up, który rozwijał się w imponującym tempie. Igor miał doskonałe pomysły, a przede wszystkim, pomimo presji na bycie królem gospodarki, pozostawał człowiekiem. Normalnym facetem, który chadzał do multipleksu w ocieplanych butach latem, po zakupy do Lidla, wyprowadzał na spacer yorka o imieniu Geogre i wolał facetów, przez co nigdy nie groził im romans w pracy. I bardzo dobrze. Spędzali razem dużo, czasami zbyt dużo czasu, ku narzekaniom jego partnera, Maksa. Ale dzięki temu mogli żartować ze sobą bez podtekstów. Spać w jednym pokoju gdzieś na trasie między Jelenią Górą a Szczecinem i nie musieć potem ratować rodziny.
Nie mogła zrozumieć przemiany, jaka w nim zaszła. Maks najwyraźniej też, bo niedawno odszedł od Igora. Z początku, żeby przykryć rozczarowanie i wściekłość na Maksa, jej szef żartował, że akurat Agnieszka będzie z nim zawsze, choćby się waliło i paliło. I co zrobił? Zwolnił ją. Właśnie dziś. Przez żakiet w kwiatki. Tak po prostu. Założyła go, bo uznała, że skoro spotkanie ze sponsorem ma przynieść ożywczy klimat wiosny, to powinna ubrać się w łąkę. Źle uznała. Należało założyć na siebie coś szarego, bezpłciowego i wywołującego depresję. Cytując Igora: „Coś profesjonalnego”.
O dziesiątej rano prezentowała stanowisko Igora, który nie cierpiał tego robić, bo w nerwach się pocił i jeśli poczuł, że klient to zauważył, potrafił się zablokować jak PIN w telefonie. Agnieszka mówiła w jego imieniu z charyzmą i niezachwianą pewnością, kontrastując z białą kartką cholernego flipcharta makami i bławatkami na swoim żakiecie i czując na sobie piorunujące spojrzenie szefa. Spojrzenie, którym raczył ją ostatnimi czasy coraz częściej. Tyle że ona je ignorowała.
Do końca wierzyła, do ostatniego głupiego gadżetu w pudełku, że Igor zaraz przekroczy próg jej biura i zacznie się wygłupiać. Że całe to wydalenie z firmy to po prostu durny żart. Przecież mnie znasz, Aga. Wiem, tym razem grubo przesadziłem, no nie dąsaj się już. Igor doda, że podczas prezentacji myślał tylko o tym, jak zarzucić na nią koc w kratkę i wyciągnąć z koszyka piknikowego kanapki z serem, a na koniec przypomni, że jest zwycięzcą i załatwiła im najlepszą jak dotąd umowę.
Nic z tego. Igor zaszył się w swoim gabinecie. Ze strachu albo dlatego, że rzeczywiście od dawna nie był facetem, który podpisuje umowy długopisem z rybim ogonem. Czekał ją los Jerryego Maguire’a. Do niej też nikt nie przyłączy się w geście solidarności. Nie mogła nawet liczyć na niepozorną postać w typie Renée Zellweger. Nikogo takiego nie było. Uświadomiła sobie, że tłumów to ona nie porwie. Była spalona. Wyłuskała z paczki chusteczkę i dyskretnie wydmuchała nos. A potem ukryła dowód zbrodni głęboko w kieszeni… Tak, nieszczęsnego żakietu. Potrząsnęła głową. Dajmy mu wreszcie spokój.
Gdyby była przewidująca, jak Maks, wiedziałaby, do czego zmierzają pełne dezaprobaty spojrzenia Igora i sama odeszłaby wcześniej. Z klasą. Wiedziałaby, że rybi ogon przestał być fajny. Że ich „czarne godziny” – poranne rytuały z kawą, gdy narzekali na rzeczywistość, wymyślając niskich lotów slogany reklamowe, już nie wrócą. Zauważyłaby, że ucichła piątkowa playlista, gdy puszczali kawałki z lat osiemdziesiątych i parodiowali słynne układy taneczne. Że pseudonimy, jakimi ochrzcili Kaśkę – Excelową Wiedźmę, Frasobliwą Madzię od Tabelek, Złotoustego Krzycha czy Adama – Króla Flipcharta, to były ich ostatnie tego typu pomysły. Igor nie puszczał już do niej oka, gdy rozszyfrował wiadomość ukrytą w prezentacji, przestał głosować w kuchennej memotece. Nowy Igor Korposzczur, odmieniający słowo „profesjonalizm” przez istniejące i nieistniejące przypadki, wręczył jej dziś wypowiedzenie bez obowiązku świadczenia pracy. Przez cholerny żakiet w maki i bławatki!
Opuściła biuro bez koncepcji na mowę w stylu Toma Cruise’a. Wszyscy zajęci byli pracą. Pewnie nawet nie wiedzieli, co się stało. Tylko Marietta, sekretarka, posłała jej współczujący uśmiech. Smarkata jędza. Miała dwadzieścia kilka lat. Na wieść o zwolnieniu natychmiast przybiegła przytulić Agnieszkę. Kłamliwy, kleisty gest, którym pożegnała ostateczną przeszkodę na swojej drodze do wyższego stanowiska. Agnieszka mruknęła jakieś podziękowanie i odsunęła młodą chłodnym ruchem. Naprawdę starała się trzymać. Wiedziała, że Marietta w wyobraźni już przestawia meble w jej biurze. To ona przyniosła Agnieszce kartonowe pudło. Gdyby Aga umiała rysować choć w połowie tak dobrze jak jej córka, Paula, narysowałaby na nim markerem dłoń z wystawionym środkowym palcem. Wyszłaby z biura, trzymając pudełko tak, by wszyscy ten palec widzieli. No może za wyjątkiem Adama. Oprócz tego, że kochał swój flipchart, Adam był w porządku. I Madzia – ta kobieta o złotym sercu potrafiła pomóc naprawić każdy błąd. No i Kaśka o umyśle ostrym jak brzytwa – za nią Agnieszka będzie tęsknić. Na swój sposób również za Krzyśkiem, któremu usta się nie zamykały, ale na którego zawsze mogła liczyć.
Szła korytarzem, podtrzymując pudełko od spodu. Miała nadzieję, że się po drodze nie rozleci. Najwyższym i jedynym priorytetem w tej chwili było dla niej godne opuszczenie miejsca pracy. Ostatni raz rzuciła okiem na zapracowanych kolegów. Wszyscy byli jacyś tacy zdeterminowani i młodzi. Czy ona w ogóle była jedną z nich? Cóż, teraz już na pewno nie. Została wylogowana.
Dotarła na parking w całym kawałku. Pudełko również. Rzuciła je na podłogę samochodu pod fotel pasażera. Po chwili jednak poprawiła je z delikatnością, jaką wiele lat temu przykładała do smarowania kremem Pauli. To przecież były jej rzeczy. Jej rzeczy mocy. Nie mogła ich tak traktować.
Zajęła miejsce za kierownicą. Palce zacisnęła na niej tak mocno, że pobielały jej kostki.
– Faaaak!!! – wrzasnęła nagle, po czym zalęknionym spojrzeniem obrzuciła przestrzeń wokół.
W porządku. Uff. Nikt z parkingu nie zwrócił uwagi na kobietę krzyczącą w aucie. Wzięła kilka głębokich wdechów. Poklepała się dłońmi po policzkach. Nie wiedziała po co, ale nie znalazła lepszego sposobu na wyciszenie. Nigdy nie była w tym dobra. Działała spontanicznie i pod wpływem emocji. A jeśli coś szło nie tak, z pewnością nie zaczynała wertować poradnika uważności.
Nie miała pojęcia, co dalej, ani co ta nowa sytuacja dla niej znaczy. Jak zareaguje Paula. Jak Aga rozpocznie jutrzejszy dzień. Może od joggingu? Zaśmiała się pod nosem. W połowie kwietnia jogging mogłaby uprawiać jedynie na Dominikanie. Pod warunkiem, że miałaby odpowiedni strój. I chęć. Na pewno nie miała kondycji. Jakikolwiek sport uprawiała ostatnio dwa lata temu i był to sprint na stację WKD, kiedy jej auto odmówiło posłuszeństwa.
Opuściła osłonę przeciwsłoneczną. Przyjrzała się sobie w lusterku. Czy wyglądała na nieuprawiającą sportu kobietę w średnim wieku? Niewiele zmarszczek, niezłe geny, ale plamy od opalania były bardzo widoczne. Podobnie jak zaczerwienione oczy. W mordę! Gwałtownym ruchem podniosła osłonę. W tym samym momencie zauważyła przemykającego przez parking Igora. Nabrała ochoty, by odpalić silnik i wcisnąć gaz do dechy. Może chociaż przejedzie mu po tych beżowych Catepillarach, z których był tak dumny i które, jej zdaniem, kupił o cztery miesiące za późno. Wszak to nie był ten kwiecień, który wymagałby butów na Spitsbergen.
– Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy – uspokoiła się.
Zdecydowanym ruchem przekręciła kluczyk w stacyjce, skontrolowała sytuację we wszystkich lusterkach, wycofała powoli i ruszyła w podróż do domu. Do Grodziska. Do Pauli. I nie wiadomo do czego jeszcze.
Agnieszka otworzyła furtkę akurat, gdy Paulina bejcowała pod płotem jakieś drewniane skrzynki. Obok niej leżała bela agrowłókniny i narzędzia, przy pomocy których z pewnością wyczaruje jakieś ekologiczno-praktyczne przedmioty, a których przeznaczenie nieszczególnie Agę interesowało. Paula była uzdolnioną artystycznie siedemnastolatką. Agnieszka z kolei była jej dumną, posiadającą dwie lewe ręce matką. Matką, której gust różnił się od córczynego jak „Deadpool” od „Miasteczka Twin Peaks”, ale której nie przeszkadzało wspierać i podziwiać latorośl.
Za płotem stał sąsiad o nieznanym jej imieniu i biogramie. Niedawno, jakieś dwa lata temu, wprowadził się do niewielkiego domu, który czasy świetności miał za sobą. Dom stał za to na dość dużej działce, którą mężczyzna przekształcił w busz pełen krzaków, warzyw i owoców oraz zwierzęcych dźwięków, które Agnieszka jako tako tolerowała – w końcu nie była osobą, która by się awanturowała o byle co.
Facet był na oko po sześćdziesiątce. Miał na sobie rozciągnięty sweter nijakiego koloru i spodnie upaprane ziemią. Włosy związał w okropny, niechlujny, siwy kucyk. Nie był to typ, z którym Aga chciałaby kiedykolwiek zadzierzgnąć bliższą relację. Wyglądał jak podstarzały hipis. Kiedy była młoda, może by jej imponował, ale teraz… W myślach wysłała go pod prysznic. Mężczyzna trzymał w ręku wiklinowy koszyk. Rozmawiał z jej córką, jakby się znali od kołyski. Dla Agi był to po prostu dziwak zza płotu. Dla Pauli jednak najwyraźniej był kumplem? Prychnęła.
Podtrzymując coraz bardziej rozchodzące się od spodu pudełko, ruszyła w górę podjazdu. Paulina i hipis kontynuowali rozmowę, nie zawracając sobie głowy jej obecnością. Ona za to przyglądała się im z uwagą.
– Możesz spróbować z lawendą. Świetnie działa na komary i wprowadza balans energetyczny. No i estetycznie wpisuje się w twój skandynawski vibe – powiedział.
Paulina z namysłem przyjrzała się skrzynkom.
– Myślałam o wrzosie, ale lawenda to świetny pomysł. Chociaż mama zabije każdą roślinę.
Naprawdę nic sobie nie robili z przechodzącej obok Agnieszki.
– Wrzos wymaga słońca i ciepła. Jak twoja mama – zauważył hipis i puścił do Pauli oko.
Tego było za wiele. Agnieszka stanęła i wbiła w niego wzrok.
– A ty to kto? Mój nowy internista? – warknęła, ściągając brwi.
Paulina przewróciła oczami, jakby matka zapytała o wzór na obwód koła.
– Sąsiad – wyjaśniła córka. – Nie udawaj, że nigdy go nie widziałaś. Przyszedł dać mi jajka.
– Andrzej. Hoduję warzywa i wmawiam wszystkim, że da się zaprowadzić pokój na świecie.
Przynajmniej ma poczucie humoru, zauważyła Agnieszka. Zawsze to jakiś plus.
Mężczyzna nad ogrodzeniem podał Paulinie koszyk, zatrzymując rękę w geście powitania.
Agnieszka nie ruszyła się z miejsca. Obdarzyła sąsiada spojrzeniem od stóp do głów, potem zerknęła na karton z wystającym misiem, następnie znów na sąsiada.
– To fajnie – skwitowała bez cienia entuzjazmu. – Ja właśnie straciłam pracę i wmawiam wszystkim, że mnie to nie rusza.
Sąsiad cofnął dłoń i pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Gratuluję. To początek czegoś nowego.
Agnieszka parsknęła.
– Nowego? Chyba czarnej dziury w CV.
– Albo wolności. Zależy, jak na to spojrzysz.
Paulina ściągnęła brwi, wbiła spojrzenie w matkę, po czym, przy braku reakcji, wzruszyła ramionami, odstawiła koszyk na trawę i wróciła do bejcowania skrzynki. Agnieszka pokręciła głową i ruszyła w stronę domu. Pragnęła jak najszybciej zostawić sąsiada i córkę z ich filozoficznymi rozważaniami. Niestety, dokładnie w tym momencie zawiodła ostatnia siła trzymająca dno pudełka. Przez otwór wyleciała figurka i roztrzaskała się na kostce brukowej.
Paula, w swoich lnianych beżowych spodniach, czarnym pozbawionym wzorów T-shircie i równie czarnej, rozpiętej bluzie, zauważyła ze stoickim spokojem:
– O, twój złoty budda. Jednak nie był ze złota.
Agnieszka machnęłaby na to ręką, gdyby tylko miała którąś wolną rękę. Pozwoliła tej dziwnej dwójce ciągnąć swoje niezrozumiałe dysputy i wkroczyła na ganek. Odstawiła pudło obok drzwi i weszła do środka. Pomyśli o nim jutro. W spokojnym, urządzonym przez Paulinę wnętrzu, zamierzała odzyskać wewnętrzny zen. Bez pomocy buddy, który i tak nigdy do niczego jej się nie przydał.
To Paulina odpowiadała za wystrój domu. Młoda projektantka właściwie od początku, gdy Marek wybudował ich domek w stylu pasywnej stodoły, urządzała go na swoją modłę. Choć była jeszcze dzieckiem, już miała wyczucie stylu, którego matce brakowało niezależnie od wieku. Marek po zakończeniu budowy umył ręce od jego dekorowania, a Agnieszka pozostawiła córce pełną dowolność. Sama urządziłaby przestrzeń inaczej. Kolorowo, krzykliwie, z dużym prawdopodobieństwem nie dałoby się tam wytrzymać. Córka miała zupełnie inną estetykę. Preferowała jasne, spokojne formy. Jak sama wyjaśniła matce podczas mini-wykładu na temat dizajnu, urządziła wnętrza w ekologicznym, skandynawskim stylu hygge.
Wszędzie pełno było miękkich, naturalnych materiałów. Na drewnianych meblach leżały ciepłe, brązowe i beżowe poduszki, gdzieniegdzie poprzetykane niebieskimi akcentami. Miliony lamp i świec, których Agnieszka prawie nigdy nie zapalała, bo wolała mocne, górne oświetlenie, według Pauli uzupełniały naturalny blask płynący z okien. Kolejne nieprzydatne dodatki stanowiły wiklinowe kosze i ceramiczne wazony. Ach, i kwiaty doniczkowe! Agnieszka się na nich nie znała. Kojarzyła jedynie paprotkę zwisającą z sufitu w old-schoolowej makramie. Ale było ich pełno. Jakieś wielkie liście przypominające żebra, bluszcze i coś, co jej zdaniem, miało niebawem uschnąć ze względu na białe obwódki. Aga musiała przyznać, że dzięki plecionemu fotelowi i pufom wyrastającym niczym borowiki w lesie salon zapraszał do odpoczynku i uporządkowania myśli. Tego właśnie Agnieszka potrzebowała teraz najbardziej.
Zdjęła botki, rzuciła żakiet na tekową ławkę w wiatrołapie i zajęła swoje ulubione miejsce na kanapie. Przykryła nogi lekkim i mięciutkim kocem w liście. Ciepło kwietnia dotarło i do domu, ale koc pozwalał jej się poczuć jak dziecko utulone przez mamusię.
Parę minut później do domu weszła Paulina. Czego można się było spodziewać, w pierwszej kolejności umieściła buty i żakiet mamy w szafie tak zgrabnie wkomponowanej w ścianę, że trzeba było być detektywem, by ją dojrzeć. Agnieszka lubiła usprawiedliwiać porzucane po kątach ubrania właśnie niewidoczną szafą. Paulina uważała ów żart za wyjątkowo niskich lotów.
Przeszła obok mamy, obdarzając ją pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Wyrzuciła przyniesione na kawałku tektury skorupki buddy do kosza pod zlewem i starannie umyła ręce. Wycieranie ich w kuchenny ręcznik trwało jakąś godzinę. Paulina miała w sobie dużo gracji i jeszcze więcej powolności. Obserwującej ją Agnieszce dosłownie podskoczyło ciśnienie, bo miała ochotę zerwać się z kanapy i przyspieszyć jej ruchy. Wreszcie dziewczyna otworzyła lodówkę i zaczęła przeglądać jej zawartość.
– No to jak było? – zapytała, podchodząc do matki z jogurtem i łyżeczką. – Fajerwerki? Pożegnalny tort?
Agnieszka przymknęła oczy. Zdążyła ogłosić córce dobrą nowinę, dzwoniąc w drodze z auta.
– Może dla Igora.
Paulina usiadła na podłokietniku fotela.
– Serio cię wywalił? – spytała ciszej. – Za co?
– Za żakiet – mruknęła Agnieszka. – Za całokształt, ale maki i bławatki były gwoździem do trumny.
Paulina spojrzała na nią z ukosa.
– Przecież nigdy nie ubierałaś się jak wszyscy. Nieważne co o tym sądzę, Igorowi to nie przeszkadzało. Biurowy kostium, stonowane barwy to dla ciebie powolna śmierć. Zero osobowości.
– Dzięki za wsparcie – westchnęła Agnieszka. – Ale Igor troszkę się zmienił. Teraz jest fanem takich słów jak „feedback”,„ASAP” i „fokusować się”.
Paulina podniosła się z podłokietnika i zajęła miejsce na kanapie obok mamy. Podciągnęła nogi i usiadła po turecku.
– Myślałam, że się lubicie.
– Też tak myślałam. – Agnieszka potarła twarz dłońmi. – Ale chyba mam za słaby poziom korpomowy, jak na tę pracę. Rozumiesz? – dodała, prychając.
Paulina wzruszyła ramionami.
– Nie. Ale mogę udawać.
Agnieszka się zaśmiała.
– Miło z twojej strony.
Przez chwilę siedziały w ciszy.
– Może to i dobrze? – powiedziała w końcu Paulina, grzebiąc łyżeczką w pudełku. – Może znajdziesz coś, co pozwoli ci pozostać sobą.
– Mhm. Coś w stylu hodowli alpak? – Agnieszka spojrzała na nią z uniesionymi brwiami.
– Alpaki już mają. W Radoniach. Może własna knajpka ze zdrowym jedzeniem.
– Wiesz, że nienawidzę gotować.
Paulina uśmiechnęła się krzywo.
– Zawsze możesz poprosić Andrzeja. Sąsiada od jajek.
Agnieszka oparła głowę o zagłówek i zamknęła oczy.
– Świetny plan. Masz jeszcze jakieś złote rady?
Paulina nachyliła się w jej stronę.
– No… Możesz się załamać, leżeć miesiąc w piżamie i objadać się Laysami fromage. Ale ja wtedy przeprowadzam się do taty.
Agnieszka otworzyła jedno oko.
– Szantaż emocjonalny?
– Po prostu mam zamiar być twoim czynnikiem motywującym. – Paulina uszczypnęła matkę w czubek nosa. – Czasami trochę złośliwym.
Aga wyciągnęła rękę i zmierzwiła córce włosy.
– Jesteś straszna.
– Wiem. – Dziewczyna wstała i ruszyła do kuchni. Pudełko po jogurcie włożyła do żółtego worka, łyżeczkę do zmywarki. – Ale to dzięki tobie jestem na tym świecie.
Agnieszka pozwoliła sobie na chwilę ciszy. W tym czasie Paulina przemierzyła salon i zniknęła w swoim pokoju. Może miała rację. Pozostawanie sobą miało dla Agnieszki bardzo wysoki priorytet. A dwanaście długich lat z Igorem to mogło być za długo. Niektóre przyjaźnie nie wytrzymują aż tyle.
Może to była szansa na nowy początek. Albo początek katastrofy. Agnieszka potrząsnęła głową, żeby odpędzić kuszącą myśl o ukochanych chipsach o smaku fromage.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Rozdział 1
