34,99 zł
Nadchodzi rychły koniec odwiecznej wojny między plemionami.
Levone i Sonya przygotowują się do zaślubin. Oboje chcą wyciągnąć jak najwięcej z ich wspólnej przyszłości, dlatego decydują się położyć kres bezsensownym przelewom krwi. Wciąż jednak stoi przed nimi ostatnie wyzwanie, jakie stanowi zniweczenie planów Cristal. Zdrajczyni, szamanka i niedoszła królowa pragnie zemsty i jest sprytniejsza, niż ktokolwiek śmie przypuszczać.
Zbliża się Zaćmienie, a z nim po raz kolejny obróci się Koło Przyszłości. Wszystkie karty losu nabierają mocy i znaczenia. Księżyc i Słońce staną naprzeciwko siebie. Czy Sonya i Levone zdołają zachować miłość?
Ostatnia część Trylogii Dnia i Nocy – gratka dla fanów książek Sarah J. Maas.
Agata Konefał – wielbicielka fantastyki od baśni po horrory. Tworzy i czyta historie w tym właśnie gatunku. Autorka Trylogii Dnia i Nocy, Dylogii Róży oraz Sagi Niebios i Otchłani. Od kilku lat pasjonuje się walką wręcz i łucznictwem. Amatorka ziołolecznictwa oraz kolekcjonowania minerałów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 405
Agata Konefał
Saga
Zaćmienie. Trylogia Dnia i Nocy tom 3
Mapa: Marta Rodzeń
Korekta i redakcja: Dorota Gryka
Copyright ©2023, 2025 Agata Konefał i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727229386
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Sonya
NA pewno chcesz mi to dać? – zapytał Levone, oglądając pod światłem fluorytowych grzybów pięknie oszlifowany obelisk kryształu górskiego. Wewnątrz kamienia tliła się złocista poświata pochodząca od pyłku wróżek. – Tobie przydałby się o wiele bardziej. – Spojrzał na nią, lekko marszcząc brwi.
– Mogę wyposażyć się w taki w każdej chwili – powiedziała, uśmiechając się ciepło, choć wcale nie czuła się pewna siebie. Wciąż uczyła się panować nad mocą, której nigdy nie spodziewała się posiąść. Magią. – Chcę, byś był bezpieczny i mógł znaleźć wyjście z każdej sytuacji.
– Och… – W jego szafirowych oczach pojawiły się wesołe iskierki. – Dziękuję. – Cmoknął ją w policzek.
Uśmiechnęła się szeroko, patrząc na jego twarz. Korzystała z jednej z niewielu chwil, które mogli spędzić razem. Pomimo hucznych przygotowań do balu zaręczynowego i następujących po nim zaślubin, nie mogli spędzać ze sobą dużo czasu. Książę stale zajmował się sprawami królestwa, gdyż Lalin nadal nie odzyskał pełni sił. Rekonwalescencja króla miała potrwać jeszcze minimum do następnej pełni, dlatego należało uzbroić się w cierpliwość.
Noce i dnie Sonyi także stały się obfitsze w zajęcia. Prócz masy przymiarek i lekcji uzdrowicielstwa co drugą noc odwiedzała króla, który obrał za zadanie stosowne przygotowanie jej do przyszłej roli królowej. Lalin był niezwykle uparty i dokładny w tym aspekcie. Wciąż zdawał się trzymać między nim a słoneczną dystans, lecz również szukał wspólnego języka, starał się do niej przekonać.
Dziewczyna musiała przyznać, że głęboko poruszały ją uczucia władcy wobec syna. Robił wszystko, żeby uszczęśliwić księcia, nawet jeśli jego całkowicie to nie zadowalało. Naprawdę był bardzo dobrym i inteligentnym człowiekiem.
Po czasie spędzonym w towarzystwie króla, Sonya zrozumiała, skąd wzięła się niechęć do jej pochodzenia. Plemię Słońca odebrało Lalinowi wielu przyjaciół, a przede wszystkim ojca i matkę. Choć wydarzyło się to wiele lat temu, wojownicy słonecznego klanu nie pozwolili tym ranom się zabliźnić. Stale i stale sypali w nie sól, rozdrapując coraz mocniej.
Nienawiść wydawała się więc zupełnie naturalna.
– Sonyu? – Levone tknął ją palcem w policzek, wytrącając ją z zadumy.
– T-tak? – Zawiesiła wzrok na jego twarzy. – Mówiłeś coś? Przepraszam, zamyśliłam się.
– Mówiłem, że powinienem już iść. – Uśmiechnął się słabo. – A ty niedługo masz spotkanie z moim ojcem. Odprowadzę cię do jego komnat, jeśli chcesz.
– Oczywiście. – Rozpromieniła się.
Wstał i podał jej rękę, którą przyjęła. Podniosła się, zgarniając fałdy sukni. Zanim jeszcze postawiła krok, za oknem rozbrzmiał potężny grzmot, aż szyby zatrzęsły się w oknach. Pomieszczenie rozświetliły błyskawice, a słoneczna przyczepiła się do ramienia księcia. Zaśmiał się cicho.
– Boisz się burzy? – zapytał, przyciągając jej spojrzenie.
– Troszeczkę – wymamrotała zakłopotana. – Jest różnica między burzą a deszczem. To pierwsze jest zbyt nieprzewidywalne i potężne.
– Tak, ale burze są dobre – powiedział, patrząc za okno. – Paradoksalnie dają ludziom poczucie bezpieczeństwa.
Pokiwała głową, domyślając się, do czego zmierzał. Wyszli z pomieszczenia otoczeni przez czarne wilki o lodowatoniebieskich ślepiach. Droga ze szczytu wschodniej wieży do północnej części zamku należała do długich, dlatego mogli jeszcze przez ten czas cieszyć się wspólnie spędzonymi chwilami. Rozmawiali więc o dość trywialnych sprawach, ponieważ Sonya wiedziała, że Levone tylko w takich momentach zaznawał odrobiny odpoczynku i braku odpowiedzialności.
Burza szalała na zewnątrz w najlepsze. Przemierzając liczne korytarze, dziewczyna zastanawiała się, czy tak będzie wyglądała ich codzienność. Levone wiecznie zajęty sprawami klanu i ona skupiona na własnych obowiązkach. Kochali się wzajemnie, nie miała co do tego wątpliwości, choć ich uczucie wciąż było świeże. Nie potrafiła jednak nic poradzić na myśli, że częściej będą za sobą tęsknić, niż dawać ponieść się namiętności.
Ścisnęła rękę chłopaka, na co uśmiechnął się wesoło i odwzajemnił gest. Weszli na odpowiednie królewskim komnatom piętro i tam spotkali Mounda, który czekał na księcia. Strażnik przyboczny skinął na powitanie głową do obojga. Kulturalnie został z tyłu, dopóki narzeczeni nie znaleźli się pod odpowiednimi drzwiami.
– Mam nadzieję, że cię nie zanudza – powiedział półgłosem Levone. – Czasem ojcu zdarza się odbiegać zbyt daleko od tematu.
– Nie, nie. – Pokręciła szybko głową. – Dowiedziałam się od niego wielu rzeczy. Właściwie cieszę się z tych wizyt.
Skinął pogodnie głową i ucałował ją na pożegnanie w policzek. Rozdzielili się. Sonya jeszcze przez moment obserwowała plecy księcia, gdy odchodził w swoją stronę w towarzystwie przybocznego.
Tak bardzo pragnęła spędzić z nim jeszcze trochę czasu…
Westchnęła cicho i odwróciła się do gwardzistów. Mimo że przychodziła tu już od kilku nocy, a oni widzieli ją niemalże równie często, nadal wgapiali się w nią z przemożną ciekawością. Za wszelką cenę starali się tego nie okazywać, ale trudno było im to ukryć. Ich spojrzenia prawie wwiercały się słonecznej w skórę.
Musiała przyznać, że ulżyło jej, kiedy wreszcie przeszła przez próg. Król czekał na nią w fotelu, zaczytany w jakiejś starej książce. Mrużył lekko powieki, co sugerowało, że miał problemy ze wzrokiem, jak to zdarzało się w starszym wieku. Jego lekko falowane włosy i schludnie przystrzyżoną brodę przecinały pasma ciemnizny.
Kiedy dowiedziała się, że księżycowym na starość czarnieją włosy, zamiast siwieć, była mocno zdumiona. Wielu z przedstawicieli ludu nocy miało też od początku ciemny zarost lub brwi, w tym członkowie rodziny królewskiej. Ciekawiło ją, od czego to zależało.
– Spóźniłaś się – stwierdził władca.
Sonya zesztywniała na te słowa i prędko odnalazła wzrokiem wahadłowy zegar. Rzeczywiście zjawiła się dwie minuty po wyznaczonym czasie.
– Przepraszam, Wasza Królewska Mość.
– Nie przepraszaj, tylko siadaj. Zacznijmy lekcję.
Pośpiesznie zajęła swoje miejsce. Czekała w ciszy, aż król odłoży książkę i skupi na niej spojrzenie lazurowych oczu.
Do tej pory Lalin wydawał się ją akceptować, lecz nie zachowywał się przy niej tak, jak przy swoim synu. Zwykle, gdy miał Levonego obok, jego twarz promieniała dumą i radością. W towarzystwie Sonyi pozostawał surowy. Nie w taki sposób jak Helios lub Hiru, jednak potrafił dać dziewczynie w kość.
Mimo to nie potrafiła czuć wobec starszego mężczyzny niechęci. Wiedziała, że pod tą skorupką krył się w istocie bardzo dobry, kochany przez wielu człowiek.
Za oknem znów zagrzmiało tak mocno, że aż dzwoniło w uszach. Sonya skuliła się w fotelu i zerknęła z przestrachem na zewnątrz. Obawiała się, że jeśli ta burza potrwa jeszcze choćby pięć minut, to wydarzy się coś złego.
– Wydajesz się nieswoja – zauważył Lalin. – Coś nie tak?
– Niezbyt dobrze znoszę burze.
Król niespodziewanie zamarł, ale po chwili pokiwał powoli głową. Przez jego twarz przemknęła mieszanka emocji, która szybko zniknęła pod maską spokoju.
– Trochę ją przypominasz – wyznał nieoczekiwanie przyciszonym głosem.
– Przypominam? – zdziwiła się słoneczna. – Kogo, panie?
Spojrzał jej w oczy.
– Moją żonę, Estrellę. Matkę Levonego.
Rozchyliła lekko usta, zaskoczona. Nie miała pojęcia, jak powinna zareagować. Nigdy nie przypuszczała, że zostanie porównana do tak ważnej, okrytej tajemnicą osoby.
– J… Jaka ona była? – zapytała cicho i niepewnie.
– Cudowna. – Wbił wzrok w dal, owiany wspomnieniami. – Piękna, uczciwa, dobra… Jej zaletom nie było końca. Dla mnie była ideałem. Dowodem na to, że boginki naprawdę mogą zstępować z blasku księżyca na ziemię. – Uśmiechnął się smutno.
Sonyę poruszyło, ile uczucia tkwiło w tych paru zdaniach. Uderzyło ją też, jak mocno król tęsknił za swoją królową.
Do tej chwili niewiele wiedziała o matce księcia. Słyszała tylko, że ta umarła w połogu, bo doszło do zakażenia. Prócz tego nie dowiedziała się właściwie niczego o zmarłej władczyni. Levone nigdy o niej nie wspominał.
– Musiałeś, panie, bardzo ją kochać – oznajmiła półgłosem słoneczna.
– Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia i modliłem, bym mógł spędzić z nią życie. – Skupił spojrzenie na dziewczynie. – Być może już słyszałaś, że nie było nam to dane. Estrella odeszła, zostawiwszy mi syna. Musiałem się pogodzić z krzywdą i darem od losu.
Skinęła głową, starając się ukryć współczucie, które odmalowało się na jej obliczu. Nie umiała sobie wyobrazić, jaki to musiał być cios, stracić ukochaną osobę, choć planowało się z nią przeżyć wieczność.
– Postanowiłem wychować moje jedyne dziecko jak najlepiej – kontynuował władca i przymrużył powieki. – I zdaje się, że mi się udało. Jesteś jego jedynym przejawem egoizmu.
Wbrew sobie Sonya zarumieniła się po czubki uszu. W słowach i tonie głosu mężczyzny było coś takiego… Coś, co sprawiło, że przyśpieszył jej puls.
Wydawało jej się, że znała Levonego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż nigdy nie stawiał na pierwszym miejscu siebie. Zawsze przekładał dobro innych ponad swoje, stale o kogoś się troszczył i starał zadowolić. Ale kiedy się zakochał, pomyślał o własnym szczęściu. Wybrał to, dzięki czemu niczego nie będzie żałował. Uszczęśliwił siebie i swoją ukochaną. Nie potrafiła powstrzymać szerokiego uśmiechu, choć tak bardzo nie chciała szczerzyć się przy królu.
Lalin odchrząknął, jakby zmieszany, a potem odłożył książkę. Oparł się wygodnie w fotelu i spojrzał z uwagą na słoneczną.
– Dobrze, przejdźmy do lekcji. Masina wyłożyła ci częściowo zasady etykiety dworskiej, lecz ja wciąż dostrzegam mnóstwo braków. Skorygujemy to.
Przytaknęła i zamieniła się w słuch. Lubiła spokojne i zrozumiałe monologi władcy. Nie traktował swojego rozmówcy z góry, jak głupca. Podchodził do każdego człowieka indywidualnie, z szacunkiem, nawet jeśli miał drobne uprzedzenia.
Czasem zadawała pytania, żeby przekonać się, że wszystko prawidłowo sobie przyswoiła. Lalin odpowiadał na każde wyczerpująco, upewniając się, że tym razem nie ma żadnych niejasności, a kolejno przechodził dalej. Zaznaczył też, że w ciągu jednego spotkania nie zdoła omówić każdego pożądanego zachowania, dlatego lekcje dobrych manier i wymogów postępowania w wyjątkowych sytuacjach rozdzieli na kilka następnych nocy.
W ten sposób upłynęły trzy godziny, po których dziewczyna pożegnała się z Lalinem. Opuściła komnatę, poruszając się bezszelestnie, ponieważ chciała, żeby mężczyzna od razu mógł zacząć wypoczywać. Wiedziała, że choć tego nie okazywał, wciąż szybko tracił siły. Potrzebował dużo spokoju i snu.
Ledwo znalazła się na korytarzu, a uderzyło w nią poruszenie, które panowało na zamku. Od dawna nie widziała tylu ludzi, którzy przelewali się przez kolejne przejścia w pośpiechu, z obawami wyrytymi na twarzach.
Ścisnęło ją w dołku i zaschło jej w gardle. Zerknęła na gwardzistów, obserwujących zamieszanie w niemym niepokoju. Nie miała odwagi zadawać im pytań, więc zaczęła przedzierać się przez ciżbę służących do przejścia po prawej stronie. Po licznych spacerach po budynku wreszcie wiedziała, jak się po nim poruszać, dlatego bez zawahania postanowiła udać się pod Salę Nocnego Kręgu.
Powtarzała jak mantrę, że to niemożliwe, by nastąpił atak. Nie, kiedy trwała tak potężna burza. Dzicy nie mogli zbliżyć się do miasta. Ale jeśli… Przełknęła ślinę i wydostała się na schody. Zbiegła po stopniach na dół, prawie potykając się o własne stopy.
Zamieszanie, jak przypuszczała, wywołały złe wieści. Na parterze czekało w napięciu i gotowości bojowej wiele wojowników, uzdrowicielek i kapłanek. Nieliczna grupka z nich zmierzała w kierunku Sali Nocnego Kręgu. Pozostali zaś patrzyli za nimi lub wymieniali zdawkowe uwagi. Wszyscy byli podenerwowani, chcieli czym prędzej działać.
Sonya przecisnęła się między ludźmi. Czuła, jak zatrzymują się na niej spojrzenia. Teraz przyciągała uwagę nie tylko dlatego, że była jedyną przedstawicielką Plemienia Słońca na zamku. Wszyscy już wiedzieli z kim zaręczy się książę.
Absolutnie nikt tego nie przewidział, a fala plotek w pierwszych dniach omal nie powaliła dziewczyny na ziemię. Masina i Volana podczas oficjalnego ogłoszenia rozdziawiły szeroko usta i nie zamknęły ich, dopóki Mound nie upomniał ich, iż wyglądają bardzo głupio. Pozostali nadworni dostojnicy, służba i kilkoro gości wytrzeszczyli oczy, wymieniając zdawkowe szepty. Nie wybuchły żadne protesty, nikt się nie zaśmiał. Wszyscy byli po prostu niesamowicie zdumieni. Nie takiej decyzji spodziewali się ze strony rodziny królewskiej.
A już z pewnością nie członkowie Rady.
Levone tylko napomknął, że Bulan, Stelo i Alqamar wyrazili dezaprobatę. Nie śmieli żądać od księcia, żeby zmienił decyzję, jednak dali do zrozumienia, iż bardzo im się nie podoba taki obrót spraw.
Sonya odsapnęła krótko, zatrzymując się w holu prowadzącym do wielkich drzwi zdobionych rycinami gwiazd i sierpowatego księżyca. Stała przez moment w łukowatym przejściu, zanim ruszyła pewnym krokiem do dwóch znajomych kobiet. Ciągle pozostawała pod gradem spojrzeń, więc musiała walczyć ze swoją nieśmiałością. Nie zamierzała spuszczać służalczo wzroku. Tego w końcu nauczył ją król.
– Jest i nasza gwiazdeczka – rzuciła z uśmieszkiem Masina, gdy blondynka przystanęła obok.
– Przestań, proszę – wymamrotała lekko zażenowana słoneczna. – Co się dzieje? – dodała pewniejszym tonem. – Wyszłam ze spotkania z królem prosto w to zamieszanie.
– Dotarły do nas niezbyt dobre wieści. – Uzdrowicielka spoważniała w mgnieniu oka. – Tropiciele trafili na ślady Dzikich po tej stronie Wilczych Gór. A co gorsza, do Naneli przybył twój lepszy brat wraz z Firen, aby przekazać, że Dzicy przypuścili atak na ziemie pod pieczą Plemienia Słońca.
Słoneczna stała jak wryta przez dwa uderzenia serca, po czym zamrugała, marszcząc czoło, i potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
– Jak to możliwe? – wydusiła oszołomiona. – Przecież na ziemiach Plemienia Księżyca rozpoczął się Sezon Burz. Dzikich nie powinno tu być, a stepy mojego klanu… – urwała i nabrała głębszego tchu.
Susza nadal trwała, dlatego obecność oszalałych wrogów nie powinna nikogo dziwić. Ale to, że Sonn i Firen przynieśli wiadomość, oznaczało najgorsze. Ataki musiały nastąpić bardzo blisko Ogniska.
– Co teraz zrobimy? – zapytała bezradnie.
– Właśnie trwają w tej sprawie obrady – oznajmiła lekko drżącym głosem Volana. – Jeśli Dzicy przedostali się do Obrzeży… Trzeba będzie ich zatrzymać za wszelką cenę.
Na te słowa Sonya pokiwała głową. Serce zatłukło jej się w piersi. Miała nadzieję, że jej bratu i przyjaciółce nic się nie stało. Że poza ostrzeżeniem, nie mieli ze sobą jeszcze gorszych wieści.
Ogromne drzwi otworzyły się, na co wszyscy gwałtownie się wyprostowali i zebrali po dwóch stronach przedsionka. Każdy wlepił wyczekujące spojrzenie w opuszczających salę mężczyzn, którym przewodniczył Levone. Jego twarz nie wyrażała niczego, ale wiele można było wywnioskować po oczach. Błyszczały od gniewu.
– Natychmiast przygotujcie się do wymarszu – obwieścił książę. – Dzicy wypowiedzieli nam wojnę.
